- Opowiadanie: michal3 - Tajemniczy spiskowiec

Tajemniczy spiskowiec

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Tajemniczy spiskowiec

7 Lipca

Ko­ry­ta­rze Bro­ad­mo­or to źró­dło wielu nie­sa­mo­wi­tych hi­sto­rii. W tym naj­słyn­niej­szym szpi­ta­lu dla obłą­ka­nych prze­trzy­my­wa­no nie tylko mor­der­ców, ale i fa­na­ty­ków re­li­gij­nych; cza­sem lo­ko­wa­no nawet ja­kie­goś sza­leń­ca. Cho­ciaż do­ży­wo­cie wy­da­je się lep­sze niż śmierć przez po­wie­sze­nie, to stwier­dze­nie nie­po­czy­tal­no­ści nie musi być naj­ko­rzyst­niej­szym roz­wią­za­niem. Na prze­strze­ni lat kie­ro­wa­no tutaj różne bez­na­dziej­ne przy­pad­ki: ma­la­rza bę­dą­ce­go pod wpły­wem egip­skie­go boga Ozy­ry­sa, chi­rur­ga woj­sko­we­go po­dej­rze­wa­ne­go o czyny ho­mo­sek­su­al­ne czy ko­bie­tę roz­sy­ła­ją­cą za­tru­te cze­ko­lad­ki bo­ga­tym i sław­nym. Zna­lazł się tutaj rów­nież pan At­kins – ar­che­olog, wła­ści­ciel skra­dzio­ne­go klej­no­tu Cin­ta­ma­ni, a zarazem wielki pechowiec, gdyż nigdy nie „wy­szedł” z hipnozy, w którą wprowadził go tajemniczy złodziej. Wciąż pró­bo­wał po­peł­nić sa­mo­bój­stwo, przez co za dnia sie­dział za­wi­nię­ty w ko­szu­lę z dłu­gi­mi, za­wią­za­ny­mi na ple­cach rę­ka­wa­mi (w nocy przypinali go pasami do łóżka). Na szczęście nie wpadł na to, aby z rozbiegu uderzyć głową w ścianę.

– Dok­to­rze Owens – ode­zwał się in­spek­tor Grand­son – to ja­sno­widz M. z Lon­dy­nu, wraz z przy­ja­cie­lem.

Nie wiem dla­cze­go, ale „przy­ja­ciel” za­brzmiał jakoś dwu­znacz­nie. Czyż­by funk­cjo­na­riusz Me­tro­po­li­tan Po­li­ce Se­rvi­ce wciąż nie po­tra­fił mi wy­ba­czyć wielu mi­nio­nych uszczy­pli­wo­ści?

Przy­wi­ta­li­śmy się z le­ka­rzem i po­szli­śmy do po­ko­ju obłą­ka­ne­go pana At­kin­sa. Czu­łem lekki nie­po­kój przed spo­tka­niem z tym bied­nym czło­wie­kiem, który ab­so­lut­nie nie za­słu­żył na to, co go spo­tka­ło.

Dok­tor Owens otwo­rzył drzwi i na­szym oczom uka­zał się przy­gnę­bia­ją­cy widok. Nie­gdyś pan At­kins pre­zen­to­wał się dum­nie ni­czym ty­po­wy an­giel­ski dżen­tel­men. Teraz z kolei zo­ba­czy­li­śmy bro­da­te­go, si­wie­ją­ce­go star­ca. Jed­nym sło­wem: wrak czło­wie­ka. Spo­co­ne włosy kle­iły się do czoła, a co gor­sza, po­zba­wio­no go zębów. Wszyst­kich. W końcu nie od dziś wia­do­mo, że sza­leń­stwo kryje się w uzę­bie­niu. Tylko jak on teraz prze­żu­wa bekon?

M. pod­szedł do zwią­za­ne­go sza­leń­ca.

– Na so się ga­pi­sie?! – krzyk­nął roz­hi­ste­ry­zo­wa­ny. Se­ple­nił, ale nie mogło być ina­czej. – Bój­sie się go! On wrasa! Ha ha… Wrasa!

– Po­wta­rza to odkąd go za­mknę­li­śmy – stwier­dził dok­tor Owens. – Nigdy nie ze­chciał wy­tłu­ma­czyć, o kogo cho­dzi, kto ma po­wró­cić. Uzna­li­śmy, że może jakiś kon­takt z prze­szło­ścią, no i fa­cho­wa ręka ja­sno­wi­dza, po­zwo­lą mu na chwi­lę od­zy­skać kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. W końcu, co mamy do stra­ce­nia?

Jed­nak M. po­sta­no­wił za­dzia­łać po swo­je­mu:

– Jest już bli­sko – po­wie­dział ja­sno­widz, wy­glą­da­jąc za za­kra­to­wa­ne okno. – Czuję jego obec­ność. Zmie­rza, aby wy­ra­to­wać wier­ne sługi.

W At­kin­sa wstą­pi­ła nowa ener­gia.

– Tes go cujes? – za­py­tał, a w jego oczach po­ja­wił się dawny blask. – Wrasa na sele armii po­tę­sniej­sej nis Wiel­ka Ar­ma­da. Naj­piełw usta­no­wi kon­su­lat, potem smie­ni prawo, a na­stęp­nie set­nie głowy swych wło­gów. Bój­sie się więs! Bój­sie się!

Znam pewną starą mak­sy­mę ła­ciń­ską: „ordo ab chao”, lecz beł­kot pana At­kin­sa w żaden spo­sób nie ukła­dał się w ja­ki­kol­wiek po­rzą­dek. Tym­cza­sem M. spra­wiał wra­że­nie usa­tys­fak­cjo­no­wa­ne­go. Wręcz za­chwy­co­ne­go. Ni­czym ko­kiet­ka, która zło­wi­ła ko­lej­ne­go bo­ga­cza.

 

Wraz z M. sie­dzie­li­śmy na ta­ra­sie i kon­tem­plo­wa­li­śmy nad za­ska­ku­ją­cy­mi zmia­na­mi spo­łecz­ny­mi, za­cho­dzą­cy­mi w Wiel­kiej Bry­ta­nii i Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Pnące się ku słoń­cu róże przy­po­mi­na­ły mi mło­dość i cie­szy­ły węch.

– Drogi przy­ja­cie­lu – za­czął M. – a po­wiedz mi, o co cho­dzi z tymi su­fra­żyst­ka­mi?

– Wiel­kie nieba! – za­wo­ła­łem. – Skąd to py­ta­nie?

– Wi­dzisz – za­czął – roz­ma­wia­łem wczo­raj z wi­ceh­ra­bią Ro­ber­tem Mi­li­bran­dem i wy­obraź sobie, iż jego żona wy­gło­si­ła wy­jąt­ko­wo celną uwagę o „Le­wia­ta­nie” Tho­ma­sa Hob­be­sa. Mia­no­wi­cie…

– Chwi­lecz­kę! – prze­rwa­łem za­sko­czo­ny. – Chcesz mi po­wie­dzieć, że ko­bie­ta prze­czy­ta­ła trak­tat fi­lo­zo­ficz­ny?

– A cóż w tym dziw­ne­go? – za­py­tał M., pa­trząc na mnie z wy­rzu­tem.

– Jak to? To mąż po­zwa­la czy­tać wła­snej żonie? Do tego to już do­szło? Zaraz za­żą­da­ją praw wy­bor­czych!

M. ro­ze­śmiał się.

– Nie są­dzi­łem, iż je­steś aż tak sta­ro­świec­ki, przy­ja­cie­lu. Uwa­żasz, że ko­bie­ty nie po­win­ny czy­tać?

Teraz to mnie roz­sier­dził.

– Oczy­wi­ście, że nie po­win­ny! – Pra­wie się oplu­łem.

– Ależ to non­sens.

– Słu­cham???

Utkwi­łem wzrok w M., nie­do­wie­rza­jąc.

– Chyba nie mó­wisz po­waż­nie? – do­py­ta­łem. – Zrów­na­nie ko­biet i męż­czyzn może za­koń­czyć się to­tal­ną ka­ta­stro­fą. Wy­obra­żasz sobie, że ko­bie­ta zo­sta­je le­ka­rzem? Albo pre­mie­rem?

– Uwa­żam, że ko­bie­ty mają po­ten­cjał, aby prze­wyż­szyć nas, męż­czyzn, w prak­tycz­nie każ­dym aspek­cie życia.

Teraz to już nie wie­dzia­łem jak za­re­ago­wać. Chyba, że… M. dro­czy się ze mną. Tak, to na pewno to. Prze­cież nie­moż­li­wo­ścią jest, aby tak świa­tły i wy­kształ­co­ny ary­sto­kra­ta mógł mieć tak za­ścian­ko­we po­glą­dy. Cho­ciaż roz­gry­złem jego dziw­ne za­cho­wa­nie, to jed­nak czu­łem skrę­po­wa­nie. M. za­pew­ne to za­uwa­żył i po­sta­no­wił zmie­nić temat:

– Po­wiedz mi, przy­ja­cie­lu, co wiemy o ta­jem­ni­czym W.?

– No cóż, to bar­dzo dobre py­ta­nie. Po pierw­sze, prze­jął część ma­jąt­ku pana Har­ri­sa. Jak mniemam pamiętasz tego szanownego dżentelmena. Obawiał się o swoje życie, więc upozorowaliśmy śmierć tego młodzieńca, dzięki czemu W. nie zdą­żył prze­jąć ca­ło­ści jego ak­ty­wów. Naprawdę tego nie pamiętasz? No ale wracając do tematu. Wiemy więc, że jest spryt­ny i cier­pli­wy, a teraz także i bo­gat­szy. Po dru­gie, ukradł ka­mień Cin­ta­ma­ni, który ponoć umoż­li­wia wpły­wa­nie na umy­sły. Do listy jego cech można także do­pi­sać, iż jest bardzo nie­bez­piecz­ny.

– I takie są fakty. Jed­nak mnie in­te­re­su­je coś in­ne­go. Otóż, mamy do czy­nie­nia z kimś nie­by­wa­le in­te­li­gent­nym. Umiał za­aran­żo­wać dwie sy­tu­acje i się nie ujaw­nić. Wiemy, że prze­jął część ma­jąt­ku pana Har­ri­sa. Jed­nak­że kiedy tego do­ko­nał?

– Odzie­dzi­czył? – za­py­ta­łem.

– Pan Har­ris nie miał krew­nych. Ca­łość ma­jąt­ku prze­ję­łoby mia­sto.

– Chyba wiem, kiedy mogło dojść do za­gar­nię­cia.

M. był sku­pio­ny jak nigdy.

– Kiedy? – za­py­tał.

To przy­jem­ne uczu­cie, choć raz być tym mą­drzej­szym.

– Pa­mię­tasz, jak ostat­nim razem od­wie­dzi­łeś hotel, któ­rym za­rzą­dzam? Wła­śnie wtedy pan Har­ris prze­gry­wał roz­gryw­kę za roz­gryw­ką. Nie wiem, ile osób sie­dzia­ło przy stole, może czte­ry, może pięć, ale ta­jem­ni­czy W. mu­siał też tam być. Pa­mię­tam do­brze ten dzień mię­dzy in­ny­mi dla­te­go, że go­ściem był rów­nież baron An­drew Weir.

M. ski­nął głową. Zgo­dził się ze mną.

– Ależ byłem głupi – rzekł. – Nie za­uwa­ży­łem ta­kiej oczy­wi­sto­ści. My­ślisz, że…

Lecz M. nie do­koń­czył zda­nia. Na taras wbiegł za­dy­sza­ny in­spek­tor Grand­son. Chciał coś po­wie­dzieć, ale nie mógł zła­pać od­de­chu. Wy­da­wa­ło­by się, że stróż prawa po­wi­nien być w lep­szej kon­dy­cji. Zło­dzie­je, śpij­cie spo­koj­nie.

– Pre­mier Asqu­ith… za­strze­lo­ny!

– Co? – zdu­mia­łem się. – Kiedy?

– Go­dzi­nę temu.

Nie mo­głem uwie­rzyć wła­snym uszom.

– Przez kogo?

– Nie wia­do­mo – skwi­to­wał krót­ko Grand­son. – Są­sie­dzi usły­sze­li wy­strzał i za­wia­do­mi­li In­ter­pol. – Zwró­cił się w kie­run­ku ja­sno­wi­dza. – Przy­sła­no mnie po pana, panie M.

Jed­nak­że M. nie re­ago­wał. Wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go, wręcz wstrzą­śnię­te­go. Wy­mam­ro­tał je­dy­nie kilka słów:

– Ale… to się nigdy nie miało wy­da­rzyć.

 

– Po­wiedz – na­le­ga­łem – co mia­łeś na myśli mó­wiąc, że to nigdy nie miało się wy­da­rzyć?

M. był skry­ty od za­wsze. Jakby jego celem ży­cio­wym było sko­lek­cjo­no­wa­nie jak naj­więk­szej licz­by ta­jem­nic oraz nie­do­mó­wień. Je­stem pe­wien, że wie, co skry­wa uśmiech „Mony Lisy”, a także skąd tyle bólu eg­zy­sten­cjo­nal­ne­go u czło­wie­ka na ob­ra­zie Mun­cha.

– Idźmy, przy­ja­cie­lu – od­parł ze spo­ko­jem ja­sno­widz. – Nie mamy teraz czasu na roz­wa­ża­nia o hi­sto­rio­zo­fii.

– Szko­da – za­uwa­ży­łem. – Od­nio­słem wra­że­nie, iż mamy mnó­stwo czasu.

M. spoj­rzał się na mnie z nie­zde­cy­do­wa­niem. Zo­ba­czy­łem, jak się uśmie­cha i już wie­dzia­łem, że zmie­nił zda­nie.

– Czy­ta­łeś kiedyś Hegla? Hi­sto­ria to nie tylko suche fakty. To przede wszyst­kim pro­ces, na który skła­da­ją się wy­da­rze­nia, a także po­stęp, bę­dą­cy efek­tem zmian za­cho­dzą­cych w spo­łe­czeń­stwie. Zwróć uwagę, iż hi­sto­rię można po­dzie­lić na kilka cykli. A każdy cykl cha­rak­te­ry­zu­je się po­cząt­kiem i koń­cem. Niektórzy złośliwi powiedzą nawet, że i środkiem. Tak samo dzie­je się z róż­ne­go ro­dza­ju im­pe­ria­mi: Ce­sar­stwo Rzym­skie, Bi­zan­cjum, Chiny za pa­no­wa­nia Qian­lon­ga czy w końcu nasze wspa­nia­łe Im­pe­rium Bry­tyj­skie.

Tak, sam się pro­si­łem o wykład. A tym­cza­sem M. za­pa­mię­ta­le kon­ty­nu­ował:

– Hi­sto­ria jest ra­cjo­nal­na. Każda po­je­dyn­cza scena ma sens i zo­sta­ła z góry wdro­żo­na. Oczy­wi­ście, to co robię, czyli in­ge­ro­wa­nie w góry za­ło­żo­ny pro­ces jest nie­kie­dy bo­le­sne. Nigdy nie za­sta­na­wia­łeś się nad ceną, jaką płacę? Bez­sen­ność, ból w całym ciele. Jesz­cze tego nie widać, gdyż wciąż je­stem mło­dym czło­wie­kiem. A w końcu i ja się zła­mię.

M. chyba po­czuł ulgę, zwie­rza­jąc się ze swego cier­pie­nia.

– Mu­sisz wie­dzieć, drogi przy­ja­cie­lu – jego głos brzmiał smut­no. – Pre­mier Her­bert Henry Asqu­ith po­wi­nien umrzeć do­pie­ro w 1928 roku w swoim domu w Sut­ton Co­ur­te­ney.

– Jak to po­wi­nien?! – Nie wie­rzy­łem wła­snym uszom. Czyż­bym się prze­sły­szał?

– Hi­sto­rię two­rzą żywi lu­dzie, a nie abs­trak­cyj­ne byty – po­wie­dział. – To oni po­dej­mu­ją de­cy­zje, dzia­ła­ją w imię wła­snych, nie­kie­dy par­ty­ku­lar­nych celów, po­trzeb oraz na­mięt­no­ści. Co za­baw­ne, nie za­wsze wszyst­ko idzie po ich myśli. W końcu świat to zbiór ta­kich pier­wot­nych i nie­kon­se­kwent­nych ży­wych jed­no­stek. Co z tego, że Alek­san­der Wiel­ki chciał zdo­być Indie? Co z tego, że Na­po­le­on chciał rzą­dzić Rosją? I to w tym wszyst­kim jest naj­pięk­niej­sze. To, że Hi­sto­ria jest czymś więk­szym, stoi nad nami, czuwa co dnia.

– Chcesz mi po­wie­dzieć, że Hi­sto­ria po­słu­gu­je się kró­lem Je­rzym V? – za­py­ta­łem, aby po­ukła­dać ga­lo­pu­ją­ce w gło­wie myśli.

– Hi­sto­ria re­ali­zu­je nie­zro­zu­mia­ły dla nas cel – od­parł M. – Zwróć uwagę, jak wielu tak zwa­nych „bo­ha­te­rów” skoń­czy­ło tra­gicz­nie. „Ka­mer­dy­ner zro­bił swoje, ka­mer­dy­ner może odejść” – wy­ja­śnił. – Tylko że nie nad­szedł jesz­cze czas pre­mie­ra Asqu­ith’a. Ktoś mu­siał za­in­ge­ro­wać, i to tak, jak ja nigdy bym się nie od­wa­żył…

 

Na 10 Do­wning Stre­et pa­no­wa­ło ko­lo­sal­ne za­mie­sza­nie. We­szli­śmy do bu­dyn­ku i zna­leź­li­śmy się w małym po­ko­ju peł­nym naj­wy­bit­niej­szych an­giel­skich po­li­ty­ków. Ni­g­dzie jed­nak nie mo­głem do­strzec ciała pre­mie­ra. Swoją drogą, to na­praw­dę dziw­ne, że ktoś ich tutaj wpu­ścił. Ale jak In­ter­pol nie mar­twi się za­tar­ciem śla­dów, to ja tym bar­dziej nie będę.

– Mógł­byś mi coś po­wie­dzieć na ich temat? – zwró­cił się do mnie M. I słusz­nie, gdyż wielu tu obec­nych ko­rzy­sta­ło z go­ści­ny ho­te­lu, któ­rym za­rzą­dzam, szu­ka­jąc przy­jem­no­ści w szkla­necz­ce whi­sky i blac­kjac­ku. Naj­za­baw­niej­sze w tym wszyst­kim było to, że gra po­cho­dzi­ła z Fran­cji i nikt o tym nie wie­dział. Do dziś każdy dżen­tel­men myśli, iż z kraju ża­bo­ja­dów je­dy­ne, co przy­ję­ło się w Zjed­no­czo­nym Kró­le­stwie, to kino. – Za­cznij­my od tam­te­go, który stoi przy ko­min­ku. Kto to jest?

– Mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych Her­bert Glad­sto­ne – wy­ja­śni­łem. – Ponoć pod­czas po­dró­ży do Indii na­ba­wił się pa­skud­nej cho­ro­by po­wo­du­ją­cej bez­płod­ność. Jego żona, jak się o tym do­wie­dzia­ła, za­praw­dę nie była za­do­wo­lo­na. Zwa­żyw­szy na to, że jest teraz przy na­dziei.

– A tam? – M. wska­zał na męż­czy­znę po­pi­ja­ją­ce­go ko­niak.

– Głów­ny Se­kre­tarz Ir­lan­dii Au­gu­sti­ne Bir­rell. Nie­speł­nio­ny pi­sarz. Zwy­kł ma­wiać, iż trze­cie tomy z re­gu­ły są naj­gor­sze. Dasz wiarę? Zna fran­cu­ski i opie­ra swój po­gląd na książ­ce Alek­san­dra Du­ma­sa „Wi­ceh­ra­bia de Bra­ge­lon­ne”. Poza tym, wiel­ki na­cjo­na­li­sta.

– Obok niego stoi Po­czmistrz Ge­ne­ral­ny, jak mnie­mam?

– Tak – po­twier­dzi­łem. – Syd­ney Bu­xton, za­pa­lo­ny węd­karz i, wy­obraź sobie, w tysiąc dziewięćset dwunastym roku zło­żył wnio­sek o po­wo­ła­nie ko­mi­sji do zba­da­nia przy­czyn za­to­nię­cia RMS Ti­ta­nic. Na po­cząt­ku każdy radził, aby się nie wy­głu­piał, ale osta­tecz­nie ko­mi­sja po­wsta­ła i nawet coś usta­lo­no.

– A kim jest tam­ten zgorzk­nia­ły czło­wiek?

Po­cząt­ko­wo nie wie­dzia­łem, o kim M. mówi. Jed­nak już po chwi­li zo­ba­czy­łem mło­de­go męż­czy­znę spo­glą­da­ją­ce­go z za­wi­ścią na Kanc­le­rza Skar­bu Da­vi­da Lloy­da Geo­r­ge’a.

– A to, mój drogi, jest Win­ston Chur­chill. Pierw­szy Lord Ad­mi­ra­li­cji. Niby dzia­ła, pró­bu­je re­for­mo­wać, ale wiesz jak to jest: młody szyb­ko na­uczy się od bar­dziej do­świad­czo­nych, że we wła­dzy nie cho­dzi o dzia­ła­nie, a o stwa­rza­nie po­zo­rów. Kogoś jesz­cze ci opi­sać?

– Tak – od­parł. – Wskaż mi ba­ro­na Weira.

Przez chwi­lę my­śla­łem, iż się nie po­ja­wił. Do­pie­ro po kilku mi­nu­tach do­strze­głem su­mia­sty wąs, ele­ganc­ki trzy­czę­ścio­wy gar­ni­tur i drewnianą laskę.

– Stoi przy bu­ja­nym fo­te­lu – wska­za­łem. – Wraz ze swym asy­sten­tem. – Po­dra­pa­łem się po gło­wie. – Nie wiem, czy sły­sza­łeś, ale baron Weir jest wła­ści­cie­lem jed­ne­go z naj­więk­szych przed­się­biorstw że­glu­go­wych dzia­ła­ją­cych pod bry­tyj­ską ban­de­rą.

Mi­nę­ło dobre pół go­dzi­ny nim zna­leź­li­śmy po­miesz­cze­nie, w któ­rym do­ko­na­no za­bój­stwa. Otóż oka­za­ło się, że przy zwło­kach zo­sta­wio­no list za­adre­so­wa­ny do M. Przed­sta­wi­cie­le In­ter­po­lu długo za­sta­na­wia­li się, czy otwo­rzyć za­la­ko­wa­ną ko­per­tę, w końcu cho­dzi­ło o spra­wę bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go. Uzna­no jed­nak, że to życia ni­ko­mu nie wróci i po­sta­no­wio­no po­cze­kać, aż in­spek­tor Grand­son przy­pro­wa­dzi ja­sno­wi­dza. W tym cza­sie funk­cjo­na­riu­sze ra­czy­li się czar­ną her­ba­tą.

M. prze­czy­tał list, a w jego oczach zo­ba­czy­łem naj­pierw zdzi­wie­nie, a na­stęp­nie zna­jo­my błysk za­in­te­re­so­wa­nia i już wiedziałem, że jest gotów podjąć rzuconą rękawicę. Po­pro­si­łem, aby w kilku sło­wach stre­ścił treść pisma, lecz od­mó­wił i po pro­stu wrę­czył mi za­pi­sa­ną kart­kę:

 

 ABMOB EINH­CU­BYW ZARAZ

 

20 Thermidor

Rzad­ko się zda­rza, aby tak zna­mie­ni­ty dżen­tel­men jak diuk Kentu Weir, który rów­nież pia­sto­wał sta­no­wi­sko pre­mie­ra, ze­chciał od­wie­dzić hotel, któ­rym go­spo­da­ro­wa­łem. Oczy­wi­ście wszy­scy go­ście, jak jeden mąż, wsta­li od sto­łów i przy­wi­ta­li Weir’a okla­ska­mi. Tak Im­pe­rium oka­zu­je wdzięcz­ność bo­ha­te­rom wo­jen­nym. Ja tylko się uśmie­cha­łem. Zna­łem diuka tylko z wi­dze­nia, ale wie­dzia­łem, że łak­nie braw.

Weir był w świet­nym hu­mo­rze. Kilka dni wcze­śniej wy­grał po­je­dy­nek szer­mier­czy z nie­ja­kim ba­ro­nem Brow­nem, który ośmie­lił się ob­ra­zić ce­sa­rza Na­po­le­ona IV, na­zy­wa­jąc go „wstręt­nym pe­de­ra­stą”. Nie wiem, czy Weir do­sta­nie ko­lej­ne od­zna­cze­nie, ale ja dał­bym mu i dwa. Na świe­cie po­win­no być wię­cej ta­kich osób jak on. Pewny sie­bie, z nie­na­gan­ny­mi ma­nie­ra­mi, o zde­cy­do­wa­nym cha­rak­te­rze. Za­wsze jak opie­rał się o lasce, to pal­cem wska­zu­ją­cym lewej ręki za­krę­cał wąsa. Co praw­da bywał za­pa­trzo­ny w sie­bie, ale na­zwa­nie go próż­nym by­ło­by dużą przesadą.

Diuk prze­cha­dzał się po sali, witał z każ­dym, szybko zniknął mi z oczu. Tym­cza­sem pod­szedł do mnie wi­ceh­ra­bia Black­cha­pel i za­py­tał:

– Co tam cie­ka­we­go, sza­now­ny przy­ja­cie­lu?

– Szcze­rze? Je­stem mocno zaniepokojony in­for­ma­cją z dzi­siej­szej ga­ze­ty. Jakiś wa­riat uciekł z Bro­ad­mo­or i ponoć wi­dzia­no go nie­da­le­ko.

– I uwa­żasz, że masz się czego oba­wiać?

– Męż­czy­zna, który ucie­ka, któ­re­go klep­ki się ob­lu­zo­wa­ły, zde­cy­do­wa­nie jest nie­bez­piecz­ny. A zna­jąc moje szczę­ście, je­stem pe­wien, że spo­tkam go, wra­ca­jąc do domu.

– Wspo­móc cię sza­blą?

Zmie­sza­ła mnie ta pro­po­zy­cja. Nie chcia­łem wyjść na tchó­rza.

– Po­ra­dzę sobie – stwier­dzi­łem z uda­wa­ną od­wa­gą w gło­sie. – Naj­wy­żej za­cznę ucie­kać. Kie­dyś zwia­łem niedź­wie­dzio­wi pod­czas wy­ciecz­ki po Al­pach. Gonił mnie chyba ze trzy mile, zanim zo­ba­czył, jaki je­stem ży­la­sty i po pro­stu prze­stał.

– Może jest na ja­kiejś ko­ka­inie albo in­nych nar­ko­ty­kach?

– Nie ro­zu­miem, kto jest na ko­ka­inie lub in­nych nar­ko­ty­kach?

Wi­ceh­ra­bia Black­cha­pel spoj­rzał się na mnie dziw­nie.

– Nic nie mó­wi­łem, sza­now­ny przy­ja­cie­lu.

– Za­wsze na­rze­ka­łeś, że nie masz z kim za­grać…

– Ja? Na­rze­ka­łem?

– I w związ­ku z tym wpa­dłeś na po­mysł, abym ogo­ło­cił i tak już zu­bo­ża­łe­go bie­da­ka?

– Prze­cież to bez sensu! – krzyk­ną­łem. – O co ci cho­dzi?

Nie wiem, co się ze mną dzia­ło, ale nagle po­czu­łem się bar­dzo słabo. Zanim moja twarz ze­tknę­ła się z pod­ło­gą, zdą­ży­łem tylko zo­ba­czyć, jak do ho­te­lu wszedł bro­da­ty męż­czy­zna, któ­re­go nigdy nie wi­dzia­łem na oczy.

 

Obu­dzi­łem się gwał­tow­nie. Czoło ocie­ka­ło potem, a świat wi­ro­wał. Serce wa­li­ło ni­czym pę­dzą­cy dy­li­żans. Każdy od­dech spra­wiał nie­sa­mo­wi­ty ból.

– Witaj, drogi przy­ja­cie­lu – wy­chry­piał ta­jem­ni­czy głos. – To moja wina, że ze­mdla­łeś. Zbyt szyb­ko chcia­łem cię od­na­leźć, przez co nie zdą­ży­łeś się do mnie przy­zwy­cza­ić. Wy­bacz, ale mu­sia­łem się spie­szyć. Wo­la­łem, abyś w naj­gor­szym razie ze­mdlał, niż cał­ko­wi­cie się ze mną roz­stro­ił. Wi­dzisz, je­ste­śmy ofia­ra­mi praw­dzi­we­go ge­niu­sza, który sta­nął w szran­ki z Hi­sto­rią. Ubierz się i chodź. Wy­tłu­ma­czę wszyst­ko w dro­dze.

Tak więc wsta­łem, przebrałem się i po­wo­li ru­szy­łem za ta­jem­ni­czym, bro­da­tym męż­czy­zną, któ­re­go do­strze­głem w ho­te­lu. Za­baw­ne, jak nasz in­stynkt po­tra­fi się wy­łą­czyć. Nigdy wcześniej go nie widziałem, a jed­nak mu za­ufa­łem. Ostat­ni raz byłem tak nie­ra­cjo­nal­ny, kiedy – za ma­leń­ko­ści – za­ło­ży­łem się, że zjem ki­lo­gram pia­sku. Na szczę­ście za­uwa­ży­ła to moja matka.

– Wiesz, kim był Franz Anton Me­smer? – spy­tał bro­dacz, wsiadając do karety.

– Ku­cha­rzem? – wark­ną­łem, szukając sobie wygodnego miejsca. – Oczy­wi­ście, że wiem, kim był Me­smer! Nie­udol­nym pla­gia­to­rem ge­nial­ne­go Ri­char­da Meada. Przecież to wła­śnie Mead wy­su­nął kon­cep­cję „gra­wi­ta­cji zwie­rzę­cej”.

Bro­dacz uśmiech­nął się, uka­zu­jąc nie­na­gan­ne uzę­bie­nie.

– Ale po kolei – po­le­ci­łem. – Po pierw­sze, kim je­steś? Po dru­gie, gdzie je­dzie­my? Po trze­cie, dla­cze­go pyta mnie pan o Me­sme­ra i po czwar­te, strasz­nie mi zimno, czy mógł­bym pro­sić o koc?

Nie­zna­jo­my podał mi przy­kry­cie leżące pod siedzeniem, grzecz­nie po­dzię­ko­wa­łem.

– Na­zy­wam się M. i je­stem ja­sno­wi­dzem – przed­sta­wił się bro­dacz.

Cóż, już nie nie­zna­jo­my, a wa­riat.

– Nie je­stem wa­ria­tem, drogi przy­ja­cie­lu.

– I po piąte, nie je­stem pana przy­ja­cie­lem – wark­ną­łem bar­dzo nie­uprzej­mie, jak jakiś por­to­wy rze­zi­mie­szek. – Prze­cież nic pan o mnie nie wie.

– I tu się my­lisz. I po­wiem wię­cej, je­stem w sta­nie to udo­wod­nić.

– To, że się mylę, czy to, że je­stem pań­skim przy­ja­cie­lem? – Wy­po­wie­dzi tego ca­łe­go M. za­czy­na­ły mnie już de­ner­wo­wać.

– Pań­ska matka – za­czął – to Lady Friend.

M. wy­glą­dał na bar­dzo za­do­wo­lo­ne­go z sie­bie. A ja? No cóż, tylko kilku bli­skich zna­jo­mych zna na­zwi­sko pa­nień­skie mojej matki. Nie zmie­nia to jed­nak faktu, iż nie mia­łem naj­mniej­sze­go po­ję­cia, kim był ten bro­dacz. Jedno wie­dzia­łem na pewno, byłem jego przy­ja­cie­lem, cho­ciaż on nie był moim.

Boże, to nie ma naj­mniej­sze­go sensu.

– Nie ma – po­wie­dział M., prze­ry­wa­jąc moje jakże za­wi­łe roz­my­śla­nia. – Czasu też nie ma. Mu­si­my się spie­szyć. Woź­ni­co! – krzyk­nął. – Wieź nas do po­sia­dło­ści pre­mie­ra Wol­ne­go Mia­sta Lon­dy­nu diuka Kentu Weir’a.

 

Po­je­cha­li­śmy na pół­noc, da­le­ko od daw­nej sto­li­cy Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go. Trzy­ma­li­śmy się po­lnych dróg, wą­skich i pod­mo­kłych. Mi­ja­li­śmy fa­bry­ki i ko­pal­nie, aż w końcu by­li­śmy już tylko o go­dzi­nę od naj­więk­szej po­sia­dło­ści w po­łu­dnio­wej An­glii.

Z tego, co po­wie­dział mi M., bitwa pod Wa­ter­loo po­win­na za­koń­czyć się ina­czej. W pierw­szej po­ło­wie tysiąc osiemset piętnastego roku Na­po­le­on pod­jął próbę po­wro­tu do wiel­kiej po­li­ty­ki. Zde­cy­do­wał się więc na uciecz­kę z Elby, a już kilka dni póź­niej przy­był do brze­gów Fran­cji i roz­po­czął trium­fal­ny marsz do stolicy. Bo­na­par­te do­ko­nał rze­czy nie­by­wa­łej: dys­po­nu­jąc sym­bo­licz­ną armią, nie od­da­jąc jed­ne­go strza­łu, prze­był w ciągu dzie­więt­na­stu dni drogę do Paryża, zmu­sił do uciecz­ki króla i sam po­now­nie za­siadł na tro­nie.

W czerw­cu tysiąc osiemset piętnastego roku ce­sarz na czele nowej armii wy­ru­szył do Bel­gii zmie­rzyć się z woj­ska­mi an­giel­ski­mi i pru­ski­mi. Osiemnastego czerw­ca nie­opo­dal mia­stecz­ka Wa­ter­loo do­szło do de­cy­du­ją­cej bitwy. Wy­rów­na­ny i bar­dzo krwa­wy bój trwał cały dzień, ale pod wie­czór po­łą­czo­na armia an­giel­sko-bel­gij­ska ule­gła siłom wroga i rzu­ci­ła się do pa­nicz­nej uciecz­ki. Klę­ska pod Wa­ter­loo była ostat­nią bitwą Ar­thu­ra Wel­le­sley’a oraz Ge­bhar­da von Blüchera. Dwaj wiel­cy do­wód­cy stra­ci­li życie za swe oj­czy­zny.

Ko­lej­ne mie­sią­ce to nie­sa­mo­wi­te pasmo suk­ce­sów Na­po­le­ona. Naj­pierw pod­bił Eu­ro­pę, a na­stęp­nie Wiel­ką Bry­ta­nię, zmu­sza­jąc tym samym Im­pe­rium Bry­tyj­skie do prze­nie­sie­nia sto­li­cy do Delhi (cho­ciaż sam król uciekł do Kapsz­ta­du). Po kil­ku­na­stu la­tach sta­rań ce­sarz zgo­dził się na wy­dzie­le­nie Wol­ne­go Mia­sta Lon­dyn. Po­to­mek diuka Kentu Weir’a, jako naj­za­go­rzal­szy po­plecz­nik Na­po­le­ona, zgod­nie z ocze­ki­wa­nia­mi zo­stał pre­mie­rem tego dziw­ne­go tworu. Po jakimś czasie urząd stał się dzie­dzicz­ny.

Taką wer­sję hi­sto­rii zna­łem.

Ten cały M. po­wie­dział mi, że w rze­czy­wi­sto­ści – co­kol­wiek ma to zna­czyć w ustach sza­leń­ca – Na­po­le­on prze­grał pod Wa­ter­loo i zo­stał ze­sła­ny na wy­gna­nie.

Uśmiech­ną­łem się sze­ro­ko i bar­dzo nie­szcze­rze. Sły­sza­łem, że wariatów le­piej nie de­ner­wo­wać. Po­sta­no­wi­łem użyć rów­nież dru­giej broni prze­ciw­ko tego typu lu­dziom. Po­przez in­te­li­gent­ne py­ta­nia sam miał dojść do wnio­sku, że coś jest nie tak i przez to otrzeź­wieć.

– Panie M., cze­goś tutaj nie ro­zu­miem, w jaki spo­sób pre­mier Weir zmie­nił prze­szłość?

– Dzię­ki ma­jąt­ko­wi pana Har­ri­sa, klej­no­to­wi Cin­ta­ma­ni oraz Me­sme­ro­wi – wy­tłu­ma­czył ła­god­nym tonem. – Nie wiem wszyst­kie­go, ale za­pew­ne wiódł spo­koj­ne życie, do­pó­ki nie spo­tka­ła go jakaś ogrom­na przy­krość. Wtedy zde­cy­do­wał się na wiel­ce mi­ster­ny plan. Zdo­był ma­ją­tek, udał się w po­dróż, aby zdo­być umie­jęt­no­ści hip­no­zy, a na­stęp­nie skradł klej­not Cin­ta­ma­ni, zwany także klej­no­tem umy­słu. Ponoć wy­star­czy wy­po­wie­dzieć ży­cze­nie, a ono na­tych­miast się speł­ni. Oczy­wi­ście to wie­rut­na bzdu­ra. Tak na­praw­dę klej­not ten wspo­ma­ga pracę mózgu. Tak więc wy­traw­ny hip­no­ty­zer mógł­by spra­wić, że cały świat po­my­śli, iż stan rze­czy jest inny niż w rze­czy­wi­sto­ści. I to bez kontaktu wzrokowego. Wobec tego – i na tym po­le­ga ge­niusz pre­mie­ra Weir’a – on nie zmie­nił prze­szło­ści. Po pro­stu spra­wił, że wszy­scy lu­dzie przyjęli jej inną wer­sję. Doskonale wiedział, że musi wyeliminować najtęższy umysł świata, czyli mój. Podłożył bombę, abym stracił przytomność i nie mógł w porę zaingerować. Zwiódł mnie w pułapkę, gdyż wiedział, że nie oprę się zagadce, nieważne jak prostej i oczywistej.

– Na­praw­dę? – wy­krztu­si­łem, ga­niąc się w my­ślach, że za­miast pod­wa­żyć wywód tego ca­łe­go M., naj­zwy­czaj­niej w świe­cie mu… uwie­rzy­łem.

– Tak że w imie­niu Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go oraz Hi­sto­rii po­win­ni­śmy prze­szko­dzić pre­mie­ro­wi Weir’owi – po­wie­dział, zer­ka­jąc, czy widać już naszą de­sty­na­cję.

– Ale jak? – za­py­ta­łem pełen en­tu­zja­zmu.

M. nic nie od­po­wie­dział. Naj­wy­raź­niej sam jesz­cze nie wie­dział.

 

– A kimże pa­no­wie są, aby po­ja­wiać się nie­za­po­wie­dzia­ny­mi? – ode­zwał się pre­mier Weir, ce­dząc sy­la­by z ak­cen­tem ty­po­wym dla ma­ry­na­rzy, a nie ary­sto­kra­cji.

– Pre­mie­rze! – krzyk­ną­łem – pan po­zwo­li, że wy­ja­śnię. – Po opusz­cze­niu ka­re­ty cała od­wa­ga na­tych­miast mnie opu­ści­ła. – Ten męż­czy­zna, który stoi po mojej pra­wi­cy, uciekł z Bro­ad­mo­or i ubz­du­rał sobie, że do­ko­nał pan hip­no­zy stu­le­cia, oma­mia­jąc cały świat. Pro­szę nie wzy­wać służb po­rząd­ko­wych, zaraz opu­ści­my pań­ską po­siadło…

Nie zdą­ży­łem skoń­czyć zda­nia, kiedy wiatr ucichł, konie prze­sta­ły rżeć, a pre­mier Weir za­stygł w dosyć dziw­nej pozie. Nie mia­łem po­ję­cia, co się dzie­je, zwłasz­cza, że pan M. rów­nież wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go. Tym bar­dziej, że po chwi­li od­kry­łem, iż ja także nie mogę się po­ru­szyć.

Cóż za nie­ocze­ki­wa­ne zda­rze­nie.

– Na­praw­dę, sza­now­ny M., my­śla­łeś, że pre­mier Weir jest po­szu­ki­wa­nym przez cie­bie ge­niu­szem zbrod­ni? Jakiż je­stem za­wie­dzio­ny…

No tak. Ni­czym w mier­nym kry­mi­na­le. Spraw­cą za­wsze musi być lokaj. Hm, tylko z tego, co pa­mię­tam, to ten nie­zna­ny mi z imie­nia dżen­tel­men jest asy­sten­tem. W sumie asy­stent to taki pra­wie lokaj.

Ale się po­ro­bi­ło.

– Za­miast tutaj przyjeżdżać, po­win­ni­ście skryć się w naj­czar­niej­szej dziu­rze – wark­nął. – Mu­sie­li­ście wpa­dać na tak idio­tycz­ny po­mysł? Przy­by­li­ście ni­czym grupa bun­tow­ni­ków, od fron­tu. Co chcie­li­ście osią­gnąć?

– Zabić pana, oczy­wi­ście – po­wie­dział M. gło­sem moc­nym i sta­now­czym, by po­ka­zać, iż nie utra­cił re­zo­nu.

Asy­stent pre­mie­ra Weir’a wy­glą­dał, jakby tłu­mił śmiech.

– Ja przy­je­cha­łem, gdyż zo­sta­łem po­rwa­ny. – Uzna­łem, że kiep­skie wy­ja­śnie­nia to naj­lep­szy spo­sób na prze­ży­cie. – Nie mia­łem wy­bo­ru.

– W nor­mal­nych wa­run­kach wy­zwał­bym pana, panie M., na po­je­dy­nek, ale…

– Zga­dzam się – od­parł ja­sno­widz, nie dając do­koń­czyć prze­ciw­ni­ko­wi wy­po­wie­dzi.

Za­pa­no­wa­ła ni­czym nie­prze­ry­wa­na cisza.

Po chwi­li asy­stent zwró­cił się do M.

– Tutaj. Jutro. O świ­cie.

 

– Za­sa­da jest jedna, bar­dzo pro­sta – za­czął asy­stent pre­mie­ra Weir’a – Wal­czy­my na śmierć i życie. Niech nikt się nie wtrą­ca. To po­je­dy­nek dżen­tel­me­nów, a nie za­pi­ja­czo­nych chło­pów z karcz­my.

Krót­ko i zwięź­le. Tym­cza­sem M. był we­so­ły jak jakiś szczy­gieł w po­god­ny ranek.

Prze­ciw­ni­cy sta­nę­li na­prze­ciw­ko sie­bie, wy­ję­li sza­ble i roz­po­czę­li starcie.

Cóż, nie je­stem poetą, ale konfrontacja przy­wo­ły­wa­ła w mej gło­wie me­ta­fo­ry godne naj­po­wab­niej­szej nie­wia­sty. Gra­cja, polot i bie­głość, z jaką wal­czy­li, były iście do­sko­na­łe. Myślę, że ba­let­ni­ce po­ru­sza­ją się to­por­niej niż tych dwóch god­nych sie­bie prze­ciw­ni­ków. Przez długi czas wy­da­wa­ło się, że roz­strzy­gnię­cia nie bę­dzie. Prę­dzej uwie­rzył­bym, że padną ze zmę­cze­nia, niż w triumf jed­ne­go z nich. Raz M. ata­ko­wał z furią godną sza­leń­ca, któ­rym chyba był, a raz asy­stent diuka Kentu, któ­re­go imie­nia dalej nie zna­łem, niby to nie­dba­le od­sła­niał się tylko po to, aby ni­czym mistrz dać na­ucz­kę nie­po­kor­ne­mu ucznio­wi. Wy­gi­ba­sy su­ge­ro­wa­ły, że obaj nie mają krę­go­słu­pów, jed­nak siła, z jaką ude­rza­li, i impet, z jakim ata­ko­wa­li, po­ka­zy­wa­ły, że tra­fił swój na swego.

Praw­do­po­dob­nie po­je­dy­nek trwa­łby do wie­czo­ra, gdyby nie błąd ja­sno­wi­dza.

Mniej wię­cej po dwóch kwa­dran­sach cięć, uni­ków, prób, ata­ków i obron M. wy­łu­skał sza­blę na­le­żą­cą do asy­sten­ta pre­mie­ra. Prze­le­cia­ła nad moją głową i upa­dła za ple­ca­mi. Wpierw my­śla­łem, że M. krzyk­nie, aby prze­ciw­nik śmia­ło pod­niósł oręż, jed­nak nic ta­kie­go się nie stało. Ja­sno­widz z praw­dzi­wym obłę­dem w oczach, dumny z za­sto­so­wa­ne­go ma­new­ru, ru­szył na lekko zdez­o­rien­to­wa­ne­go wroga. Dy­stans malał o oczach, a asy­stent nie ru­szał się nawet o krok. W pew­nym mo­men­cie chcia­łem pod­biec i uchro­nić bie­da­ka przed furią sza­leń­ca, jed­nak moja pomoc nie była ko­niecz­na.

M. nagle stanął spa­ra­li­żo­wa­ny. Jak widać po­je­dy­nek dżen­tel­me­nów skoń­czył się w mo­men­cie, w któ­rym asystent został rozbrojony.

 – Nie mo­głeś dać się zabić w po­je­dyn­ku? – za­py­tał oszust. Co cie­ka­we, usły­sza­łem praw­dzi­wy żal w jego gło­sie. – I tak byś nie zwy­cię­żył. Znisz­czy­łem klej­not Cin­ta­ma­ni.

– Waść… ma­chasz… jak… cepem – od­po­wie­dział z tru­dem ja­sno­widz. Pa­ra­liż nie tylko go po­wstrzy­mał, ale rów­nież spra­wiał i ból. Jed­nak dow­cip po­zo­stał.

Ostat­ni ko­men­tarz wy­raź­nie zi­ry­to­wał asy­sten­ta pre­mie­ra, który po­wo­li za­czął wyj­mo­wać sza­blę z dłoni M., który krzyk­nął.

Asy­stent Weir’a rów­nież krzyk­nął.

Chyba się nie spo­dzie­wał, że prze­szy­ję go jego wła­sną sza­blą.

– Ty dur­niu! – wrza­snął.

Życie gasło w nim szyb­ko. Po oczach po­zna­łem, że od­szedł do lep­sze­go miej­sca. Albo gor­sze­go. W sumie to spo­dzie­wam się, że spo­glą­da na nas teraz z dołu.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dział M.

– Nic się nie zmie­ni­ło.

– Słu­cham?

– Wszyst­ko sobie przy­po­mnia­łem. Nasze przy­go­dy, roz­mo­wy, wo­ja­że. A jed­no­cze­śnie pa­mię­tam tą dziw­ną wer­sję hi­sto­rii. Nic się nie zmie­ni­ło. Dla­cze­go?

– Dla­te­go, że hip­no­za trwa. Śmierć hip­no­ty­ze­ra nic nie zmieni, a wszystko przez klejnot Cin­ta­ma­ni. Może i prze­gra­li­śmy, ale praw­dzi­wy ma­ni­pu­lant nie żyje. I to jest twoja za­słu­ga. Na swój po­kręt­ny spo­sób je­steś bo­ha­te­rem.

Nie mogę się do­cze­kać, aż po­wiem mamie.

Koniec

Komentarze

Historie alternatywne to bardzo moja bajka, więc czytałam z zainteresowaniem, ale muszę powiedzieć, że nieco gubię się w “mechanice” tego wszystkiego.

Rozumiem, że pojedynek na szable jest po to, żeby zacytować Sienkiewicza, ale trochę to sapkowszczyzna na siłę, zwłaszcza że w XIX/XX w. pojedynkowano się jednak głównie na broń palną, a na dodatek szabla była bronią pojedynkową głównie w Polsce i na Węgrzech. Nie twierdzę, że nie było wyjątków, ale jeśli nie przegapiłam jakiegoś wątku polskiego w tym opowiadaniu, to ten ostatni rozdzialik nie skleja mi się z resztą.

Nie rozumiem też, dlaczego thermidor? Napoleon zniósł kalendarz republikański w 1805 roku, nijak mi się to więc nie klei nawet w tej alternatywnej rzeczywistości

 

“Co z tego, że Napoleon chciał rządzić Rosją?“ – normalnie bym się może nie czepiła, ale rozprawiają ludzie, którzy wedle świata przedstawionego znają się na historii, opowiadanie jest o historii, więc powinni wiedzieć, że nie chodziło ani o rządzenie Rosją, ani nawet o jej podbój, ale o wymuszenie na carze dotrzymywania traktatów. Gdyby zamienić Rosję na Hiszpanię (dla Anglików zresztą ważniejszy i nośniejszy mem związany z epoką napoleońską), to byłoby ok.

We fragmencie o ucieczce z Elby jak dla mnie nieco za dużo infodumpu, ale to może być skrzywienie zawodowe.

Rozwinięcie wygranej pod Waterloo – ma pewne niedociągnięcia, wydaje mi się dość naciągane jako możliwy scenariusz dalszych wypadków, no i opiera się na stereotypach, ale jakoś się trzyma kupy i tłumaczy wewnątrz opowiadania, więc nie będę się nad nim bardzo znęcać, aczkolwiek wpisuję sobie na listę do potencjalnych prelek konwentowych.

 

Skądinąd ja zdecydowanie poproszę o tę alternatywną wersję historii :)

 

 

Porcja drobniejszego czepialstwa (nie po kolei):

 

“bólu egzystencjonalnego“ → egzystencjalnego

 

“Serce waliło niczym pędzący dyliżans.“ – metafora niezbyt trafiona

 

“Na 10 Downing Street“ → po polsku jednak Downing Street 10

 

“Zna francuski“ – to jeszcze wtedy norma, nawet w Anglii

 

diuka Kentu Weir’a → Weira (analogicznie Weirowi; po spółgłosce oraz y wymawianym jak j nie daje się apostrofów). Widzę z dalszego ciągu, że księstwo Kentu gra rolę w fabule, ale ten konkretny tytuł od końca XVIII w. związany był wyłącznie z rodziną królewską, więc nie wiem, jak ten Weir się go dorobił – jeśli stało się to w alternatywnej wersji historii, to warto zaznaczyć

 

Wellesley’a → Wellesleya. Skądinąd czy w międzyczasie odebrano mu tytuł wicehrabiego Wellington?

 

dziedziczny urząd premiera… To raczej dziwaczna idea polityczna, trochę nie do obrony w jakichkolwiek realiach

 

Fabularnie bym jeszcze nad tym popracowała na twoim miejscu – początek z tym tutejszym Renfieldem jakoś się gubi w dalszym ciągu, koniec dla mnie średnio czytelny z tym “powiem mamie”, ale w czytaniu z ekranu czasem gubią się szczegóły, więc mogłam coś przegapić (albo jednak jest niedopracowane)

 

 ABMOB EINHCUBYW ZARAZ :) :) piękne wykorzystanie palindromu

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Już nie pamiętam poprzednich części i nie mogłam się połapać w Twoim świecie. Chaotycznie wyszło, IMO.

Wykonanie nie najgorsze.

M. podszedł do związanego szaleńca.

– Na so się gapisie?! – krzyknął rozhisteryzowany.

Kto jest podmiotem na końcu i dlaczego M.?

Sąsiedzi usłyszeli wystrzał i zawiadomili Interpol.

A Interpol to nie jest międzynarodowa policja? Przy świeżych zwłokach chyba raczej zawiadamia się najpierw lokalną.

Babska logika rządzi!

Szkoda, że trzecią część dodajesz po dwuletniej przerwie – po tym czasie nie jestem w stanie przypomnieć sobie początku historii, nie zdołałam też pojąć intrygi będącej treścią Tajemniczego spiskowca.

 

Wraz z M. sie­dzie­li­śmy na ta­ra­sie i kon­tem­plo­wa­li­śmy nad za­ska­ku­ją­cy­mi zmia­na­mi spo­łecz­ny­mi… –> Wraz z M. sie­dzie­li­śmy na ta­ra­sie i kon­tem­plo­wa­li­śmy zaskakujące zmiany społeczne

Można kontemplować coś, ale nie można kontemplować nad czymś.

 

Utkwi­łem wzrok w M., nie­do­wie­rza­jąc. –> Utkwi­łem wzrok w M., nie­ do­wie­rza­jąc.

 

czyli in­ge­ro­wa­nie w góry za­ło­żo­ny pro­ces… –> …czyli in­ge­ro­wa­nie w z góry za­ło­żo­ny pro­ces

 

– Pre­mier Her­bert Henry Asqu­ith po­wi­nien umrzeć do­pie­ro w 1928 roku w swoim domu w Sut­ton Co­ur­te­ney. –> – Pre­mier Her­bert Henry Asqu­ith po­wi­nien umrzeć do­pie­ro w tysiąc dziewięćset dwudziestym ósmym roku, w swoim domu w Sut­ton Co­ur­te­ney.

W dialogach liczebniki zapisujemy słownie.

 

Ostat­ni raz byłem tak nie­ra­cjo­nal­ny, kiedy – za ma­leń­ko­ści – za­ło­ży­łem się, że zjem ki­lo­gram pia­sku. – Jestem przekonana, że bohater założyłby się o zjedzenie funta piasku, nie kilograma.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka