- Opowiadanie: pablo026 - Sędzia

Sędzia

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy II

Oceny

Sędzia

 

 

Dwa lata temu na plażach u ujścia Ryny wylądowali pierwsi rycerze zakonu Balanisa. W towarzystwie najemników ze wszystkich stron świata zaczęli krucjatę, która zebrała okropne żniwo wśród miejscowych. Miasta padały jedno po drugim. Zginęły tysiące, a ogień pochłonął pamięć księcia Rytgryna i jego rodziny, strawił stare porządki i dawne wierzenia. Wyspa stała się lennem Cesarstwa i nową ziemią dla kapłanów Balanisa, w pełnym zapale nawracających ciemny lud na prawdziwą wiarę. Chociaż więcej pracy, jak na razie, mieli inkwizytorzy. Wzywani tam, gdzie kapłani zostali poszczuci psami, powieszeni za to, że ośmielili się zniszczyć święte posągi, a nawet tam gdzie po ugoszczeniu i wysłuchaniu, serdecznie wyśmiani, z torbą pełną prowiantu wysłani w drogę powrotną do domu. Wtedy przychodzili oni. Niszczyli posągi, palili kaplice i chaty w których chronili się kapłani. Mordowali. Oczywiście nie wszystkich, bo śmierć jednych miała być lekcją dla innych. I odchodzili.

A kiedy wydawało się, że miejscowi pojęli lekcję, musieli wrócić. Bo pojawiali się mąciciele, którzy na polanach gdzie kiedyś chłopi spotykali się na modłach, stawiali nowe posągi, albo chodzili od wsi do wsi i leczyli, przyzywając opiekuńcze duchy z innych wymiarów. To było przeciwne naukom Balanisa. Wtedy dostawali rozkaz znaleźć mąciciela i dostarczyć go na męki do stolicy prowincji w Vasar. Jeśli jeszcze był żywy rzecz jasna.

Zielarz był magiem, czyli mącicielem, który właśnie wpadł w łapy inkwizycji. Magiem pechowym, bo zadenuncjowanym nie przez kapłana Balanisa, czy miejscowego władykę, ale przez chłopów. Siedział teraz na podłodze dużej, zniszczonej chaty, pozbawionej drzwi i szyb w oknach. Przy stole po drugiej stronie izby siedział z kolei zakonnik, który go złapał.

Wóz albo przewóz, pomyślał Zielarz. Musiał wykorzystać to, że tamtemu nie chciało się związać mu nóg i ograniczył się do skrępowania rąk. Z tym można było biegać i to całkiem szybko. Poderwał się z podłogi. Od drzwi dzieliło go sześć, może siedem kroków. Problem w tym, że nie docenił szybkości inkwizytora, który błyskawicznie chwycił stołek, na którym jeszcze przed momentem siedział i z całą siłą rzucił nim w nogi Zielarza. Czarownik ścięty jak kosą, poleciał bezwładnie przed siebie. W ostatniej chwili zasłonił twarz dłońmi, ale i tak uderzenie o framugę go zamroczyło. Nie do końca wprawdzie. Do końca zamroczył go cios zakonnika.

Kiedy się obudził, nogi miał już porządnie związane w kolanach i kostkach. Leżąc na boku, widział całą chatę i swojego prześladowcę, który powoli kończył jeść polewkę. Robił to powoli, wpatrywał się przy tym pustym wzrokiem w stół, powoli przeżuwając kawałki mięsa. Jego oczy nigdy nie zdradzały nic szczególnego. Jasnoniebieskie, niepokojąco nieludzkie zwykle bez wyrazu. Miał spojrzenie cesarskiego urzędnika wypełniającego nudne i monotonne zajęcie. Jednak wszystko co robił, robił z pełnym przekonaniem, wiarą w to co robi i w podstawy tego co o tym stanowi. Tylko w chwilach kiedy do głosu dochodziła adrenalina, można było w nich zobaczyć coś żywego. Jak wtedy, kiedy dopadł Zielarza.

Inkwizytor czekał na niego, kiedy lekko podchmielony wyszedł z oberży. Miał nadzieję, że ucieknie ciężko opancerzonemu żołdakowi, ten jednak wykazał się nadludzką szybkością i wytrzymałością w biegu. Mag wiedział że to koniec. Nie miał nawet gdzie wbić noża, który ze sobą nosił.

Nawet teraz, kiedy uciekinier leżał związany na krzywych, zbutwiałych deskach, a on jadł w spokoju chłopską polewkę, nie zdjął z siebie nic oprócz hełmu i rękawic. Zdobione krwawą czerwienią płyty pancerza, założone były na kolczugę. Kirys na piersi ozdobiony został złotym ornamentem otwartej księgi, znakiem religii Balanisa. Na czerwonym płaszczu poniżej księgi wyhaftowany był miecz, co z kolei wyróżniało rycerzy zakonu. Wszystkie elementy rynsztunku musiały służyć wiele lat, bo zdobiły je liczne wgniecenia i ślady cięć. Przybrudzona czerwień dawno przestała być krwista i trudno było stwierdzić, czy płaszcz zawdzięczał swój kolor barwnikowi, czy krwi niewiernych przelanej przez jego właściciela.

Skończył jeść. Wylizał do czysta drewnianą łyżkę, schował ją do niewielkiego mieszka przy pasie. Rozsiadł się wygodnie, oparł plecami o ścianę i położył nogi na stole. Zamknął oczy.

Bezczynność nie trwała długo.

– Pochwalone. – W drzwiach pojawiła się siwa, potargana głowa miejscowego sołtysa. Nie mniej potargane od włosów były wielkie wąsy i krzaczaste brwi. – Można zająć chwilkę mości panie?

– Czego chcesz? – inkwizytor nawet nie otworzył oczu.

– Można wejść?

– Nie można, gadaj czego chcesz.

– No to, mości panie, ja tu jestem wedle tego tu – machnął wąsami w kierunku Zielarza.

– Ten tu jest mój i wam już nic do niego.

– No właśnie panie, tu w karczmie jest rodzina Kryspina. Uradzili, że oni nie potrzebują inkwizytora. Z Zielarzem już sami poradzą, skoro już związany leży. I po prawdzie już powróz przewiesili przez buczek przy kaplicy, a dzieciaki chrust na ognisko szykują, coby szczypczyki przygrzać.

– Won.

– Ale uradzili też, że zapłacą – rzucił szybko sołtys, utrzymując uniżony ton. – To honorne chłopy, mają już mieszek gotowy. Zresztą, panie, tu jest…– tu sołtys położył szczególnie mocny akcent – cała rodzina Kryspina – ton głosu zmienił się na bardziej stanowczy. – Siła ich – To już była na pewno groźba.

– Won! – wrzasnął inkwizytor, nie zmieniając pozycji z nogami na stole, rzucił z całej siły drewnianą miską po nalewce w kierunku sołtysa. Miska trafiła we framugę, stopę od twarzy kmiotka i pękła na kilka kawałków.

Przerażony chłop rzucił się pędem w kierunku wioski, gubiąc przed chatą oba chodaki.

– Sukinsyny – powiedział Zielarz. – Chcą mnie powiesić za tego obrzyganego pijaka? Chciałem go leczyć, mówiłem że może być źle. A teraz po ciebie gnoje posłali.

– Dziwisz się? Odpowiednia kara za twoje bluźniercze praktyki. Nawet niepiśmienny chłop na takim zadupiu czuje obrzydzenie do takich jak ty. Do tego co robisz. Nawet oni mieli tu jakichś bogów, których obrażasz. Fakt faktem wierzyli w coś przy czym ich nowa wiara, jest jak… – Zastanowił się chwilę. – Chora szkapa od pługa, do bojowego wierzchowca, ale to nie ich wina, że byli nieświadomi istnienia Balanisa.

– Jeśli to nie ich wina, czemu w co drugiej wsi płoną stosy, a na nich ich kapłani?

– Kapłani to co innego. Wiedzą więcej o świecie. Poza tym wracają w miejsca, gdzie już dotarło światło nowej religii. Bezczeszczą ślady boga. Powinni to zrozumieć.

– Nie liczyłbym na zrozumienie. Dla nich to obca, fałszywa wiara.

– No widzisz, wystarczy na stos – mruknął zakonnik. – Sam sobie odpowiedziałeś na pytanie. Światło boże jest w każdym z nas, wystarczy wsłuchać się w jego słowa.

– To nie żadne światło – parsknął Zielarz. – To stwierdzenie faktu. Przecież oni o was myślą dokładnie tak samo. Tylko nie mają środków i możliwości, żeby to was wysłać na stos.

Inkwizytor otworzył oczy i spojrzał na więźnia.

– Nie ma boga nad Balanisa – warknął.

– No tak, jedno zdanie załatwia wszystko. Łatwiej tak niż zastanawiać się, czym dla chłopków na zadupiu jest nowy bóg, w porównaniu do ich idoli którym oddają cześć od setek lat? Z pokolenia, na pokolenie.

– Znowu sam sobie odpowiadasz – głos ponownie był spokojny. – Ich idole to drewniane kukły, to odpryski czarnej magii. To energia bluźnierczych mocy, którą oni brali za działanie bóstw. Do teraz. Teraz prawdziwy bóg wziął ich pod swoje skrzydła.

– Chyba pod swój but, czy raczej pod but takich jak ty.

– Co ty wiesz? Całe życie, które niedługo się skończy, byłeś tylko popychadłem. Narzędziem w rękach ohydnych mocy. Całe twoje istnienie i moce którym służysz są zaprzeczeniem boskiego porządku.

– A skąd ty możesz to wiedzieć? – uśmiechnął się pogardliwie Zielarz. – Przyjeżdżasz tu na rozkaz, nie masz myśleć, tylko zrobić co ktoś ci powie. Nie sprawdzasz, nie myślisz, wykonujesz. Jakiś spasły kapłan, mówi ci – jedź mój waleczny… – Przerwał i spojrzał w oczy inkwizytora. – No właśnie, waleczny kto? Jak cię zwą? Bo chyba masz jakieś imię?

– Mam – odparł, ale nie myślał kontynuować.

– No to wypada podać, nie? W końcu moje już znasz. Chyba to nie powód do wstydu?

– Anders Ulf Friston – powiedział dumnie. – Od lat moi przodkowie byli w zakonie Balanisa. Cztery pokolenia walki za jedyną słuszną wiarę.

– Gratuluję. Fanatyk z dziada pradziada.

– Nie kpij, bo zabić cię nie zabiję, ale nigdzie nie jest napisane, że musisz w całości doczekać sądu.

– No widzisz, Anders i tu się różnimy. Ty, bogobojny, zatłukłbyś mnie za to, że powiedziałem coś tam o twojej religii. Ja bym nie pomyślał żeby ci zrobić krzywdę gdybyś stwierdził, że moja magia to humbug, klątwy na złośliwe teściowe i bujda.

– Bo nie ma w tobie wiary, mocy bożej i zasad moralnych. Twoja magia to żaden fundament.

– Pycha. To w tobie jest, tylko i wyłącznie. I dziwne, chociaż często spotykane przeświadczenie, że jesteś lepszy, bo wierzysz w to co liczna grupa innych. Ich liczba sprawia, że jesteś jaki jesteś – parsknął Zielarz. – A fundament? Nie wiesz z czego moc bierze moja magia.

– O, dowiemy się, spokojnie. Niech tylko sędzia zjedzie. Dojdzie skąd płynie moc. Z jakiego plugawego źródła – uśmiechnął się, ale nie było w tym nic pogodnego. – A krzywdy byś mi nie zrobił, nawet gdybyś chciał – dodał lekceważąco.

– Z góry zakładasz, że z plugawego. Wszyscy jesteście tacy sami – mag nie mógł powstrzymać grymasu pogardy. – Widzicie świat bez kontrastów. Albo dobre, albo złe. Pobożne – plugawe. Biedni chłopi w walce z pogańskimi magami. Tylko że chłopi korzystają z naszych usług od stuleci, a takich jak ja wystawiają wam tylko jak coś się stanie, albo jak mag nie da się przepędzić bez zapłaty, a jest za mocny żeby pogonić z widłami. A co ty myślisz, że nie wiem czemu w pełnej zbroi biegasz z szybkością wystraszonej sarny? Że nie wiem skąd opowieści o inkwizytorach, którzy walczą trzy dni bez przerwy na spanie i jedzenie?

– Co ty tam wiesz – Anders wziął się za czyszczenie butów z wiosennego błota.

– Wyobraź sobie, że wiem. Nie spędziłem całego życia na tej wyspie. Jako asystent i popychadło mojego mistrza, terminowałem we Fryburgu, a mój mistrz był wybitnym specjalistą od tatuaży. Byłem obecny przy robieniu dziesiątek tych arcydzieł.

Inkwizytor momentalnie stracił zainteresowanie butami. Wstał z krzesła i podszedł do maga. Jeniec ani myślał przerwać.

– Kto wie, może nawet byłem przy wykonywaniu twoich? Bo przecież masz pod tą warstwą stali, na ramionach i plecach węże Trygłowa. Rysunki mocy, starsze niż najdawniej datowana świątynia Balanisa – Zielarz patrzył w oczy Andersa bez cienia strachu. – Mam powiedzieć w jakim są kolorze? Ich moc nie bierze się z wieczornych modlitw – syknął. – Gdzie tu miejsce, na: pobożne – plugawe? Na pancerzu złota księga, pod nim starożytne, pogańskie wzory?

Zakonnik stał już nad więźniem z zaciśniętymi pięściami.

– Zaprzęgliśmy ciemną moc w służbę Balanisowi. Od waszych śmierdzących idoli, na chwałę jedynego, prawdziwego boga.

– Tak? Czy może jednak między białym, a czarnym pojawił się szary? Bo tak wygodniej, o ile nikt postronny nie widzi.

Dłoń inkwizytora zacisnęła się na szyi Zielarza. Bez wysiłku podciągnął go z podłogi, tak żeby spojrzeć mu w oczy.

– Jeszcze jedno słowo i będziesz błagał, żeby sędzia nie zatrzymywał się po drodze. Żeby czym prędzej mógł zabrać cię na męki z moich rąk – wyszeptał. – No, wyzywam cię. Powiedz coś jeszcze.

– A po co ci sędzia? – Wystękał mag. – Przecież ty już mnie osądziłeś…

– Pochwalone – dobiegł głos sołtysa zza pleców Andersa. – Panie, ja znowu wedle tego tu.

Zielarz wylądował z powrotem na podłodze.

– Bo, tego… Kryspinowi mówią, że jak trzeba to oni jeszcze co nieco dołożą. Wiedzą żeście tu szmat drogi zmitrężyli i wracać z małym mieszkiem, wam nie wypada.

Nie usłyszał odpowiedzi. Za kołnierz został zaciągnięty do wyjścia i mocnym kopniakiem wyrzucony z chaty.

– Powinieneś podziękować tym chłopkom, jeszcze trochę i dostałbyś taki łomot, że…

Bełt wleciał w otwór po drzwiach, zrykoszetował na naramienniku zakonnej zbroi i wbił się w ścianę pod samym sufitem. Anders z wściekłością w oczach odwrócił się do wyjścia. Dookoła chaty zebrała się grupa chłopów z widłami, pałkami i cepami. Jeszcze trzymali dystans, przez okna wpadło kilka kamieni, a ze stromego, dwuspadzistego dachu zjechały dwie, rzucone przez motłoch pochodnie. Inkwizytor nie czekał na więcej. Założył hełm, wyszarpnął miecz z pochwy i wbiegł na zewnątrz. Do wnętrza chaty dobiegły wrzaski i odgłosy walki. Wrócił po chwili wolnym krokiem. Z wbitym w udo bełtem, wgnieciona płytą na plecach od potężnego ciosu cepem, bez hełmu i połowy prawego ucha. Ale na podwórku, w wiosennym błocie wykrwawiało się siedmiu chłopów. Reszta wycofała się chwilowo i radziła, co dalej.

– Pali się – zauważył Zielarz.

– Co? – Anders nie wiedział o co chodzi.

– Strzecha, za chwilę się zapadnie.

Faktycznie pochodnie zrobiły swoje i płomienie zaczęły pojawiać się w chacie.

– Zatłukę gnoi – inkwizytor ruszył w stronę wyjścia.

– Stój! Zatłuką cię, albo ustrzelą, jeszcze ich trochę zostało. A mnie powieszą.

– Jak tu zostanę…

– Nie. Musimy się dostać do chaty obok, tej malowanej na zielono. Jeśli nas tam doprowadzisz, to mamy szansę. Z niej można się wydostać, ma przejście. Tunel.

– Skąd wiesz?

– Mieszkał tu kiedyś mag, wiele lat. Potem ja, kiedy tu trafiłem. Rozwiąż mnie, to cię poprowadzę.

Zakonnik chwilę się wahał, jednak klęknął przy Zielarzu i rozciął sznur na nogach. W tym momencie poczuł ogromny ból w udzie. Wrzasnął, a kiedy na powrót pojaśniało mu w oczach zobaczył wyciągnięty bełt w rękach maga. Ten dotknął dłonią rany i krew przestała lecieć.

– Nie dziękuj – głos czarownika był gęsty od sarkazmu. – Uwolnij mi ręce, to zlikwiduję ból.

– Na tyle ci nie wierzę, wytrzymam. Idź za mną.

Ruszyli. Przebiegli dystans między budynkami, a trzech chłopów, którzy mieli pecha być akurat po drodze, Anders zabił dwoma wściekłymi cięciami. Prawie się przy tym nie zatrzymał.

Zaryglowali drzwi. Chłopi widząc że uciekinierzy nie czmychnęli daleko, prawie się nie ruszyli.

– Otwórz klapę w podłodze – zakomenderował Zielarz. – Stój! – Krzyknął, widząc Andersa przy drabince na dół. – To dla chłopów. Weź kaganek i odsuń skrzynię. Potem zasuniesz za nami, szybciej.

Za skrzynią zaczynał się szeroki tunel, do którego musieli się wczołgać. Kilka metrów dalej łączył się z mocno opadającym korytarzem jaskini, uciekający mogli iść i zapalić kaganek.

– Uratowałeś mi życie, dzięki – powiedział Zielarz.

– Ja w sumie tobie też – mówił dalej, nie widząc reakcji zakonnika. - Może jednak jakoś się dogadamy? Miejsca na wyspie jest dla nas obu.

– Nie ratowałem cię z miłości, masz stanąć przed sąd i tak będzie.

Korytarz otworzył się na rozległą salę, z zalanym wodą dnem.

– No tak. Widzę, że nic nie jest w stanie zmienić twojego myślenia. Tylko że teraz muszę już iść, bywaj inkwizytorze – ostatnie zdanie Zielarza było niemal beztroskie, chociaż Andersowi wydało się, że wyczuł nutkę goryczy, czy też może rozczarowania.

– Nawet nie próbuj ucie…

Kaganek zgasł i zrobiło się czarno. Anders nic nie widział. Nie słyszał kroków czarownika, tylko krople wody spadające z wysokiego sklepienia.

Po chwili jaskinię zalał delikatny, srebrzysty blask. Inkwizytor został sam. Po ścianach i głazach pełzały cienie, a lustro wody szarpały podmuchy wiatru, których Anders nie czuł. Pośrodku podziemnego jeziora, dwa metry nad poziom wody wznosił się ogromny, pokryty płaskorzeźbami głaz o regularnych kształtach. Ołtarz, po którego dwóch stronach wznosiły się, niczym kolumny w świątyni, stalagnaty rzeźbione w wyciągnięte postacie kobiety i mężczyzny.

Anders odruchowo sięgnął po broń. Głownia inkwizytorskiego miecza zajęczała o stalowy kołnierz pochwy.

– Myślisz, że kawał stali cię obroni? – zapytała kobieta, powoli wychodząca zza ołtarza, głosem będącym kwintesencją spokoju. Proste włosy koloru zboża w środku lata, opadały na ramiona. Prosta i leciutka suknia osłaniała kształtne, nieziemsko atrakcyjne ciało. Wolnym krokiem, boso szła przez zalaną jaskinię w jego kierunku.

Inkwizytor ruszył energicznie do niej, rozchlapując niezbyt głęboka wodę, ale nagle zatrzymał się.

– Znam cię. Widziałem cię i to nie raz – zmarszczył czoło, usiłując sobie przypomnieć. – Kim jesteś?

– Oczywiście, że mnie znasz. Hejże! Inkwizytorze, a gdzież błądzą twoje oczy? – zaśmiała się kobieta. – I cóż za myśli rodzi religijny umysł? Godzi się to?

– Czytasz w myślach – stwierdził fakt Anders, a jego spojrzenie wróciło do jej oczu.

– Tak – uśmiechnęła się zalotnie. – Nie tak dawno byłam dla ciebie ohydna, plugawa, a teraz takie myśli na mój widok.

– Kiedy? Nic takiego nie pamiętam. Kim ty jesteś? – jego głos robił się coraz bardziej zły.

– A nie tak mówiłeś o mnie dzisiaj Zielarzowi? Tak, to ja jestem źródłem, z którego moc bierze Zielarz i tacy jak on. A kim jestem? Pomogę ci, przypomnisz sobie.

Przestała się uśmiechać, a twarz stała się nagle brzydka. Skóra, z opalonej i zdrowej zmieniła się w czerwoną, pokrytą oparzeniami i bąblami, włosy zapłonęły.

– Marta Kovas! – krzyknął i mocniej zacisnął dłoń na rękojeści miecza. – Jędzo! Upolowałem cię w Kiromatei. Byłaś winna wybuchowi epidemii i za to skończyłaś na stosie!

– Osądzona, ale nie winna! – przerażającym głosem wrzasnęła kobieta. – Może teraz lepiej pamięć zadziała?

Oparzenia zniknęły, zniknęły też włosy. Ręce i nogi wygięły się nienaturalnie, jak połamane kołem. Ciało pokryły liczne rany.

– Gerta, chłopi z Zalesia mówili na ciebie „Umiąca” – głos Andersa przygasł. Coraz mniej rozumiał. – Potrułaś żołnierzy z granicznej twierdzy w Marts.

– Ratowała ich kiedy przyjechaliście – syknęła. – Nie chcieliście słuchać, wiesz że przez was umarło ze dwudziestu z nich? Tak! – Roześmiała się. – Wystarczyło dać pracować Gercie. Woleliście zawlec ją do kata, a te młode chłopaki poumierały przez was.

– Nie wierzę ci! Na Balanisa, odejdź albo pożałujesz swojego marnego istnienia!

– Nie, to jeszcze nie koniec. Pytałeś kim jestem.

Twarze, postacie, sytuacje zaczęły przewijać się jedna po drugiej. Anders kojarzył je wszystkie. Różne miejsca, różne zarzuty, podobne tortury i taki sam koniec.

– Dość! Wszystkie byłyście takie same, to nienormalne, sprzeczne z myślą boga!

– Nie, to ty je tak widziałeś. Nie interesowało cię kim są, była ważna tylko nienawiść do nich. Zresztą magów też traktowałeś podobnie – twarz i ciało kobiety wróciły do pierwszego, spokojnego i pięknego wcielenia. – Mało która z nich była podobna do reszty, twoja ślepa nienawiść tak ci je pokazywała. A teraz ty trafiłeś pod sąd. Szczęściarz, obyło się bez tortur, chociaż sędzia wnioskował – złośliwy uśmiech pojawił się na jej twarzy.

– Sędzia?

– Zielarz. Nie musiał cię tu sprowadzać, ale zdecydował, że zasłużyłeś. Chyba nawet gdzieś po drodze dał ci szansę, a jednak ostatecznie nagiął waszą drogę do tego miejsca.

– Nagiął?

– Nieważne, za długo by tłumaczyć. Nie mógł za bardzo czarować związany, ale tyle zrobił, wystarczyła siła woli i moja pomoc. Nie musiał, ale to zrobił. Bo was nienawidzi. Was fanatyków religijnych. Do tego, czasem postrzega świat jakoś tak… czarno-biało, zawsze mógł ci dać jakąś inną karę – dodała z lekkim smutkiem. Nie wiadomo czy żal jej było inkwizytora, Zielarza, czy kobiet, których wspomnienie przewinęło się przez jaskinię – Żegnaj.

Odwróciła się i odeszła. Zakonnik chciał za nią ruszyć, podniósł miecz, ale ręka zdrętwiała i ostrze poleciało do wody. Odrętwienie przeszło na resztę ciała, aż do nóg. Nie mógł oderwać skamieniałych stóp od ziemi. Woda zakotłowała się, a skała zaczęła wnikać w ciało. Padł na kolana, ale nic więcej nie mógł zrobić. Skała opanowała mięśnie, żyły, całe ciało. Anders Ulf Friston, inkwizytor w czwartym pokoleniu, niczym rzeźba ukorzonego grzesznika przed ołtarzem został tam na zawsze.

Blask niknął, jaskinia pogrążała się w ciemności. Nie było w niej już nikogo żywego.

Koniec

Komentarze

Melduję, że przeczytałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

…”kończył powoli nalewkę. Zaczął ją jeść…” – nalewka, to trunek. Chodziło zapewne o polewkę, ale polewka, to postna zupa, więc kawałki mięsa nie bardzo pasują.

“Kirys na piersi ozdobiony został złotym ornamentem otwartej księgi, znakiem religii Balanisa.” – Inkwizytor, to określenie odnoszące się wyłącznie do wiary chrześcijańskiej. Jeżeli jest mowa o “religii Balanisa”, to ja użyłbym określenia rycerz zakonny, balanita, krzewiciel wiary, itp., albo zmieniłbym tą religię.

Tempo niezłe, dobrze się czytało.

Jeszcze jedna uwaga: brakuje mi walki w kulminacyjnej, bądź co bądź, scenie.

Na początku trochę się potykałam. Tutaj taki przykład:

 

Zielarz zerwał się z podłogi. Miał skrępowane ręce, ale nogi wolne, bo dopiero przed chwilą dotarli do chaty. Od drzwi dzieliło go sześć, może siedem kroków, a on liczył na swoją szybkość. Problem w tym, że nie docenił szybkości inkwizytora. Siedzący przy stole po drugiej stronie izby inkwizytor, błyskawicznie zerwał się z siedziska, chwycił pozbawiony jednej nogi ciężki stołek, który leżał na ziemi obok niego i z całą siłą rzucił w nogi Zielarza, który ścięty jak kosą, poleciał bezwładnie przed siebie. W ostatniej chwili zasłonił twarz dłońmi, ale i tak uderzenie o framugę go zamroczyło. Nie do końca wprawdzie. Do końca zamroczył go cios inkwizytora.

Już leżał na podłodze, ale nogi nadal miał wolne, bo przyszli dopiero przed chwilą?

Powtórzenia. W tekście inkwizytor pojawia się chyba 38 razy.

Siedział przy stole, ale stołek leżał już na ziemi ( lepiej → podłodze) obok niego. Niby rozumiem, o co chodzi, ale jakoś mi to nie brzmi.

Poleciał bezwładnie, tutaj chyba przysłówek jest zbędny ;)

Potem co prawda nie zacinałam się niesamowicie, ale można było jeszcze dopracować. Tym bardziej, że sporo czasu do terminu końcowego ;)

 

Pomysł całkiem, całkiem. Chociaż trochę uciążliwe jest to nieustanne wspominanie o inkwizytorze. Ale, niech będzie, może się niepotrzebnie czepiam ;)

Coś w tym jest, świat każdego fanatyka jest czarno-biały…

Wykonanie mogło być lepsze. Interpunkcja kuleje, powtórzenia… Jest różnica między “z resztą” a “zresztą”.

przez okna widać było niebo i korony niewysokich drzew rosnących w sadzie. Siedział na podłodze, w kącie sporej, opuszczonej i zaniedbanej chaty. Było takich więcej w okolicy, a na całej wyspie Vasaris były ich teraz tysiące.

Początki byłozy.

Weź kaganek i odsuń skrzynię. Potem zasuniesz za nami, szybciej.

W jaki sposób można zasunąć skrzynię, tkwiąc w tunelu tak wąskim, że trzeba się czołgać? Nawet jeśli inkwizytor miał pełznąć nogami do przodu, zadanie wydaje się dość trudne.

Babska logika rządzi!

Witam

Pierwsze poprawki wprowadzone.

~trico: Dzięki za polewkę :) nie wiem jak mi się wkradła nalewka. Inkwizytor był już w światach fantasy i sf, co mi się podobało i zostanę przy nim. Zaleta jest taka, że czytelnik od razu wie z kim ma do czynienia.

Mi też brakuje walki, ale ilość znaków zmusiła mnie do skrócenia opowiadania, więc jest tak a nie inaczej.

 

~lenah: mam nadzieję, że teraz trochę lepiej. Wyciąłem trochę inkwizytorów :) i to był inny stołek, ale już go nie ma :)

 

~Finkla: wziąłem coś na byłozę :) a opis sposobu zaciągnięcia skrzyni na miejsce sobie darowałem, bo ze względu na ograniczoną ilość znaków i tak usuwałem ważniejsze rzeczy.

 

Dziękuję za komentarze i propozycje poprawek. Mam nadzieję, że wasz czas przy tekście jednak nie był stracony i jakoś tam się dobrze czytało.

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Widać, że dużo miejsca na manewry nie zostało. ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałam bez przykrości, ale też nie dopatrzyłam się w opowiadaniu niczego szczególnego – ot, nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka. Zastanawiam się czy Sędzia jest wystarczająco czarno-biały, ale cieszę się, że nie muszę rozstrzygać tej kwestii.

 

Jasno nie­bie­skie, nie­po­ko­ją­co nie­ludz­kie zwy­kle bez wy­ra­zu. Jasnonie­bie­skie, nie­po­ko­ją­co nie­ludz­kie zwy­kle bez wy­ra­zu.

 

Tylko w chwi­lach kiedy do głosu do­cho­dzi­ła ad­re­na­li­na… – Skąd wiedzieli o adrenalinie?

 

Przy­bru­dzo­na czer­wień dawno prze­sta­ła być krwi­sta i cięż­ko było stwier­dzić… – …trudno było stwier­dzić

 

– Po­chwa­lo­ne… – w drzwiach po­ja­wi­ła się siwa… – – Po­chwa­lo­ne… – W drzwiach po­ja­wi­ła się siwa

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi.

 

mach­nął wą­sa­mi w kie­run­ku Zie­la­rza. – Jak się macha wąsami, w dodatku w czyimś kierunku?

 

moce któ­rym słu­żysz są za­prze­cze­nie bo­skie­go po­rząd­ku. – Literówka.

 

Uśmiech znik­nął z twa­rzy ko­bie­ty, twarz stała się brzyd­ka. – Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

…ale polewka, to postna zupa, więc kawałki mięsa nie bardzo pasują.

Trico, dawniej niemal o każdej zupie mówiło się polewka.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

~regulatorzy dziękuję za uwagi. Fajnie że bez przykrości. Czy wystarczająco? Każdy sobie sam odpowie. Nie chciałem żeby zadany temat “walił po oczach”, więc pozostaje mieć nadzieję, że nie przegiąłem w drugą stronę :)

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Anonimie, zgodnie z Twoim założeniem – nic po oczach nie waliło, a i o jakimś drastycznym niedostatku zadanego tematu nie ma mowy. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Napisane dość poprawnie, ale ciężkawo. Niestety, mało odkrywcze i oryginalne. Jeden zdybał drugiego, potem role się odwróciły, gdzieś tam w tle parę wtrętów, żeby było czarno-biało i szaro.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

Mi się podobało.

 

Na plus: 

+ Całe rozwinięcie. Zassało i czytało się samo. O ile jednak środowy dialog Zielarza z Inkwizytorem się nie nudził o tyle w innych dialogach występowały przeszkadzajki, np. szyk zdania.

+ Motyw z tatuażami. 

Na minus:

– Wstęp i zakończenie – w obu potykałem się nieco.

 

Choć konfrontacja starych bogów z nowymi to temat dość powszechny, to ukazałeś całość w przystępny i nienudny sposób. (Jak dla mnie) Wstęp jest do przełknięcia, środek miodny, ale zakończenie niczym chwast, do wyrwania. Krzyczy sobie “JESTEM OKROPNYM CHWASTEM, ARGHBLAHWOMGWTF!”

Szczególnie to mnie w oczy kole:

 

Po chwili jaskinię zalał delikatny, srebrzysty blask. Inkwizytor był sam. Po stalagmitach i stalaktytach pełzały cienie, lustro wody szarpały podmuchy wiatru, których Anders nie czuł. Pośrodku podziemnego jeziora, dwa metry ponad poziom wody wznosił się ogromny głaz o regularnych kształtach, pokryty płaskorzeźbami. Ołtarz, po którego dwóch stronach wznosiły się stalagnaty wyrzeźbione w wyciągnięte postacie kobiety i mężczyzny.

Anders sięgnął po broń. Głownia inkwizytorskiego miecza zajęczała o stalowy kołnierz pochwy.

– Myślisz, że kawał stali cię obroni? – zapytała kobieta, powoli wychodząca zza ołtarza. Ton jej głosu był kwintesencją spokoju. Proste włosy koloru zboża w środku lata, opadały na ramiona.

 

Może to tylko ja tak mam :D

stalagmity, stalaktyty, stalagnaty – kurna, i co jeszcze :D Nacieki solne?

Co znaczy “stalagnaty wyrzeźbione w wyciągnięte postacie kobiety i mężczyzny.” O co chodzi ze słowem wyciągnięte? – może tylko ja tego nie rozumiem.

A ta kobieta – bogini, co wyszła zza ołtarza to najpierw myślałem, że to ożył jeden z tych stalagnatów rzeźbionych – no bo Anders “był sam” w pomieszczeniu, ale później patrze, że jest “wyszła zza ołtarza”. Więc nie był sam sobie myślę. No tak ale jej nie widział albo się pojawiła. I tak to zamiast się skupić na tekście zacząłem rozważać :D

I tak na koniec to ostatnio ciągle włosy są koloru zboża. :P

 

Przydzielam pełne prawo się ze mną nie zgodzić a nawet wytknąć mi błędne rozumowanie :)

 

Generalnie poza końcówką, jestem ukontentowany :)

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mytrix dzięki za komentarz. Cieszę się że się w dużej części podobało. Nie będę Ci nic wytykał, tym bardziej, że opowiadanie zostało lekko poprawione. Zniknął wykład ze speleologii :) ale stalaktyty zostały. Wyciągnięte bo stalaktyty wysokie. To zostało.

A koloru zboża, bo miało być jakieś tam skojarzenie z ludowymi wierzeniami z boginią od plonów itp. A jak ktoś nie skojarzy , to ma po prostu blondynkę :)

Pozdrawiam

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Tzn. zostały stalagnaty a nie stalaktyty. Tak to jest jak się w pracy siedzi na Fantastyce :)

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Wiem o co chodzi z tymi skałami tylko przypominanie sobie, które są które, w trakcie czytania opka utrudniało odbiór. ;)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Racja

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Zastanawiam się, czy cały ten wstęp jest potrzebny – w sumie historia starcia wierzeń do złudzenia przypomina inne, podobne, a większość z tego, co opisujesz na początku można i tak wywnioskować z rozmowy Zielarza i Inkwizytora. Pomyśl, może dałoby się skrócić początek i zyskać trochę znaków na rozwinięcie.

Sama rozmowa bohaterów tez nie do końca mnie przekonuje, w tym sensie, że nie jestem pewna, czy jakiś Inkwizytor wszedłby w ego rodzaju dyskusje z pojmanym więźniem. Właściwie w trakcie tego dialogu najbardziej ożywcze były dla mnie wejścia sołtysa i chyba ta postać wydała mi się najbardziej interesująca ;P

Dałem klika :-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dzięki za klika :)

Werwena taki był pomysł autora, więc tak zostanie. Sołtys się ucieszył :) Pozdrawiam.

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Średnio. Spodobał mi się pomysł na odwrócenie ról w zakończeniu, poza tym czytało się szybko i sprawnie. Dyskusja inkwizytora z zielarzem wydała mi się trochę zbyt długa i zbyt banalna. Czarno-biel niedosłowna, ale jest. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Cieszę się że czytało się szybko i sprawnie. Sam lubię takie opowiadania. I że było coś co się spodobało. “Czarno-biel” miała być właśnie taka niedosłowna, dobrze że się udało. Pozdrawiam.

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Zajmująca i ładna opowieść. I miałaby swój czarno-biały wydźwięk nawet bez użycia tych słów i bieli i czerni. Ładnie i wyraźnie zostało to pokazane. Szkoda tylko, że wykonanie pozostało w tyle. Interpunkcja, pisownia roz/łączna i jeszcze kilka innych usterek zaburzyły płynność czytania. Na plus – widzę po wyrywkowym sprawdzeniu, że usterki poprawione. Jednak słowo inkwizytor pojawia się zdecydowanie za często. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Gratuluję wyróżnienia :-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dzięki, również gratuluję :)

Śniąca mam nadzieję, że uda mi się z czasem wyeliminować wszystkie usterki i coraz lepiej opowiadać historie.

"Nic mnie nie zmusi dzisiaj do biegania, mimo wszystko znów zasiadam zaraz do pisania."

Nowa Fantastyka