- Opowiadanie: Shawarkar100 - Kealakekua

Kealakekua

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Kealakekua

Już nie żyję…

W agonii miotam się, ostatkami sił rozpruwając chmary oblegających mnie wrogów. Nie widzę słońca, gwiazd, niczego oprócz zalewającego, odbierającego oddech i tłamszącego myśli potoku barw. Za każdym razem gdy przecinam ich ciała, kolejna fala otacza mnie na nowo, uderza ze zwiększoną siłą. Jest tak gęsta i rwąca, że odbiera, wyrywa ostatnie tchnienie, zaciskając pazury na mym gardle. Jeszcze raz patrzę na konających obok towarzyszy. Ich twarze wykrzywia grymas bólu, ich oczy zwężają się w małe szparki, wypełnione niewypowiedzianym żalem, zadające tylko jedno pytanie – dlaczego? Nie potrafię im odpowiedzieć. A może potrafię, lecz wciąż od tego uciekam. Zdaje mi się, jakby ich twarze były czarno-białe, ale to tylko agonalne złudzenie. Spojrzę jeszcze raz na szarzejące korony drzew i upadnę na burą ziemię. Jeszcze chwila i ląd zleje się z nieokiełzanym oceanem, panem moich snów i marzeń.

Jeszcze chwila i…

 

* * *

 

– Ląd, widzę ląd! – Ochrypły głos Willisa wdarł się do mojej kajuty przez niedomknięte drzwi.

Udało się, choć nikt we mnie nie wierzył. Po niecałym kwartale uśpienia, bezustannego słuchania kołysanki granej przez niebieską toń, dotarliśmy do celu naszej podróży, czyli nie wiadomo gdzie…

Piasek przyjemnie ogrzewał stopy i wchodził między palce. Odwróciłem się, by spojrzeć na moją małą, spróchniałą łajbę. Kupiłem ją za mały mieszek złota otrzymany od wielmożnego Lorda Protektora Aragossy. On jeden wierzył w powodzenie mojej misji i on jeden zostanie za tę wiarę sowicie nagrodzony. Wielu śmiałków, takich jak ja, wypłynęło w ostatnich dniach, by później rozpłynąć się, żeglować w wieczność. Cóż, zew nowych lądów szybko rozprzestrzenił się po starym świecie i zabrał ze sobą wiele młodych istnień. Ale nie moje, ja nie pozwolę go sobie odebrać.

Niektórzy powiadają, że ląd wybiera tylko tych, którzy mają co do niego dobre zamiary. Łżą jak psy. Wszyscy jesteśmy tu tylko z jednego powodu. Tylko dla niego.

Zarośla nie stawiały większego oporu, gdy pierwsza stopa człowieka cywilizowanego przekraczała ich plątaninę. Wyspa była niewielka, wystarczył dzień drogi by obejść ją dookoła. W jej środku znajdowała się nieprzebyta gęstwina, otaczana przez piaszczystą plażę. Dosyć malownicze miejsce, nieprawdaż?

 Maczety, mokre od roślinnego soku, lśniły już w świetle zachodzącego słońca, gdy spotkaliśmy ich po raz pierwszy. Byli w całości nadzy, a ich jedyną osłonę przed naszymi ostrymi, wścibskimi spojrzeniami stanowiły drewniane maski. Każda była inna, unikatowa, mająca swoją odrębną historię wypisaną na powierzchni czarną niczym noc farbą. Tło dla niej stanowiły białe fragmenty namalowane najprawdopodobniej kredą. Spod masek spoglądały na nas spokojne, smutne, jakby kamienne oczy.

Ulegli stosunkowo szybko, sam nastawiałem się na rozlew krwi, lecz widocznie nie chcieli nas drażnić. Jeden z nich gestem wskazał byśmy za nim podążali. Zza jego wymalowanej w czarne wzory maski spływała plątanina srebrnych włosów, okrywająca pomarszczone ramiona. Całą drogę trzymałem go na muszce, z dzikusami nigdy nic nie wiadomo. Przystanął dopiero obok jaskini, której wejście zasłaniał opadający z wysokości wodospad, rozbryzgujący się pod naszymi stopami na tysiące małych kawałeczków. I wtedy nasze spojrzenia się spotkały. Jego szare oczy pokryte były jakby kamienną mgłą. Patrzył na mnie pełen politowania i żalu, jakby rozpoznawał moje kruczoczarne włosy i bliznę na lewej skroni. Odgoniłem szybko myśli, przytykając bagnet do jego szyi i ruchem głowy wskazując jaskinię. Zniknął w mroku na moment, aby po chwili powrócić z garstką czarnego pyłu. Wręczył mi go ze spokojem na twarzy.

– Co to do stu diabłów jest?! – wysyczałem przez zęby, trzymając w garści podaną przez dzikusa garść pokruszonego węgla. – Złoto, rozumiesz psie, chcę złoto!

Lecz on wciąż patrzył na mnie, spokojnymi niczym ocean oczyma. Wymierzyłem mu cios prosto w brzuch. Upadł głucho na rosnące dookoła wodospadu trzciny. Fakt, że miała być to misja pokojowa, niosąca światłość na nowe lądy, lecz wszyscy wiedzieli o co tak naprawdę chodzi. Nie myślałem zbyt długo, nie mam tego w zwyczaju. Karabin stęknął i buchnął parą, rozrywając pierś starca na pół, lecz druga kula zatrzymała się w połowie drogi. Usłyszałem pierwszy krzyk…

 

Na plaży byłem sam ze sobą. Las wydawał się niedostępny, odległy. Sylwetka zbliżała się z każdą sekundą. Promienie słoneczne rozmazały ją, nadając dziwny kształt. Nie miał przy sobie żadnej broni. Jego muskularnego ciała nie okrywał ani jeden strzępek materiału. Nie potrzebował ubrań, wystarczyła mu drewniana maska ochlapana niedbale czarną farbą. Wyglądał niczym nowo narodzony bóg, który dopiero co wyłonił się wprost z czeluści oceanu…

Gdy zbliżył się, poczułem znajomą woń, znajomą chociaż bardzo odległą. Krzyk w uszach wciąż narastał.

– Wierzysz w przypadek, igraszki losu? – zapytał szeptem.

Nie chciałem z nim rozmawiać. Nie wiedziałem skąd i po co się tutaj znalazłem, nie miałem jednak swojej broni…

– Wciąż wierzysz, że znalazłeś się tutaj przypadkowo?

– Nieważne. Pod tą ziemią jest dużo złota. Czuję, jak pulsuje w żyłach wyspy. Dostanę je, choćbym miał zabić jeszcze ze stu dzikusów.

– Znajdziesz coś jeszcze lepszego niż złoto, gwarantuję ci to. Coś dzięki czemu twój świat nie będzie już wyglądał tak samo.

Ze wszystkich sił chciałem uciszyć jego perfidny śmiech. Rzuciłem się, przygważdżając go do skały.

Krzyk z każdą sekundą narastał. Nie niknął, chociaż zatkałem uszy. Upadłem na piach obok niego.

– Boli prawda? Nasza lekcja dopiero się zaczyna. Dam ci jeszcze dwie szanse. Patrz na księżyc, pamiętaj. – Zdążył wykrzyczeć, nim moje ręce zacisnęły się na jego szyi, wystającej spod czarno-białej maski.

Na moment straciłem wzrok. Dalej była już tylko ciemność.

 

Czy mieliście kiedyś uczucie, jakby to wszystko kiedyś się już wydarzyło? Tak jakbyście już to przerabiali i nagle wracali na start, utknęli w martwym punkcie. Fakt, ludzie mówią że historia zatacza koło, lubi się powtarzać, ale to tylko głupie wymysły ciemnej masy. Prawie tak ciemnej jak ten księżyc.

Pobladłem i rzuciłem lunetę na stołek. Chociaż według zegara pokładowego, powinno zmierzchać już kilka godzin temu, niebo świeciło jaśniej niż za dnia, a księżyc przypominał wielką bryłę węgla. Widziałem strach w oczach moich towarzyszy, podobny do strachu bijącego ze ślepi zaszczutej łani. Oni także nie wiedzieli co się dzieje. Długo biłem się z myślami, lecz życie wydawało mi się ważniejsze. Z piekielną magią nie można walczyć. O północy obraliśmy kurs na wschód. Zmęczony całą sytuacja skierowałem mimowolnie swe kroki ku kajucie kapitańskiej. Moja duma pozostała niezaspokojona, oszukałem lorda i wiedziałem, że nie mam po co wracać do Portugalii.

Albo…

W kilka chwil znalazłem się z powrotem na mostku kapitańskim i ponownie zawróciłem statek. Pieśń złota, wydobywająca się z trzewi wyspy, była silniejsza od jakiegokolwiek rozsądku czy instynktu samozachowawczego.

I wtedy znowu straciłem czucie w nogach. Było mi wszystko jedno.

 

– Zostaw mnie, pozwól mi uciec z tej przeklętej wyspy – krzyczałem, ale on wciąż nie reagował. Swoim zachowaniem, spokojem i obojętnością przypominał starca.

– Muszę ci coś pokazać – wyszeptał i ruszył przed siebie.

Po kwadransie przemierzania niedostępnej puszczy stanęliśmy pod rozłożystym drzewem. Lecz nie to było najdziwniejsze. Dookoła konarów krążyło stado czarno-białych motyli okrywające liście olbrzymią szachownicą. Spojrzałem na jego maskę. Miał te same oczy co starzec, przesłonięte jakby bezgwiezdną nocą. Nic nie rozumiałem…

– Nic nie rozumiesz – powiedział, nie odrywając wzroku od drzewa. – Ci, jak ich nazywasz, „dzikusi” uznają te motyle za duchy swoich przodków, które wciąż im towarzyszą.

Odwrócił się powoli w moją stronę ukazując w całości popękaną od słońca maskę.

– Jesteś bystry, więc zapewne zauważyłeś już, że z naszymi oczyma coś jest nie w porządku. To klątwa. Te motyle były niegdyś naszym wspomożeniem, dziś stały się największym przekleństwem.

Usiadłem na kamieniu nie mówiąc ani słowa. Wciąż nie mogłem oderwać wzroku od drzewa.

– Musisz wiedzieć, że niegdyś było nas znacznie więcej. Lecz pewnego dnia morska fala odebrała nam wielu naszych towarzyszy, zostawiając na pocieszenie tylko ich opuchnięte szczątki. Myśleliśmy, że to kara od bogów, lecz to była zwykła próba, której nie przeszliśmy. Doszczętnie przejęci strachem, nie opuściliśmy bezpiecznych jaskiń w centrum wyspy, zostawiliśmy ciała naszych towarzyszy na pastwę hien i drapieżnych ptaków. Nie pogrzebaliśmy ich, skazując swoje dusze na potępienie.  Był to straszliwy grzech, występek przeciw samym bogom. Duchy naszych przyjaciół w zamian zabrały nasze oczy, odebrały nam nasz kolorowy świat. Widzimy tylko czerń i biel. Tylko tyle. Dały nam za to coś jeszcze, coś czego wy, przybysze, nigdy nie zrozumiecie. Każdy z nas ma swoje motyle – ludzi, którzy przez nas musieli cierpieć. Tylko od ciebie zależy, jak wiele ich będzie, czy ich krzyk będzie na tyle donośny by zakrzyczeć twoje serce.

Miałem dość tych bezsensownych opowieści. Nic nie mówiąc wstałem i pomknąłem wprost w gęstwinę. On nie próbował mnie zatrzymać, nawet nie drgnął…

 

Zeszliśmy na ląd, kolejny raz, gdy dzień już dawno ustąpił miejsca nocy. Miałem dość tej bezsensownej gadaniny, która wciąż nie przynosiła mi żadnego zysku. Jeszcze raz spojrzałem na głuchą puszczę i na czarny księżyc. Podłożyliśmy ogień i ustawiliśmy się w rzędzie na plaży. Na mój znak żołnierze naładowali muszkiety. Jeszcze nigdy tak nie pragnąłem złota i przelewu krwi.

Po chwili spośród plątaniny lian i krzewów wychynęła pierwsza maska. W panice przebiegła wzdłuż plaży i padła martwa, obficie brocząc krwią. Pierwszy strzał był celny. Nie potrzebowałem dzikusów, aby znaleźć złoto. Mogłem sam przekopać tę przeklętą ziemię, choćbym miał to robić gołymi rękami.

Po chwili pojawiło się ich więcej. Dałem żołnierzom znak, aby strzelali bez rozkazu, a na plaży zakotłowało się i po chwili cała nasiąkła krwią. Raz po raz roztrzaskiwałem kulą drewniane maski tubylców. Sięgnąłem do mieszka po kolejną kulę, gdy nagle poczułem dziwne mrowienie w rękach. Nie władałem już bronią i bez sił upadłem na twarz.

 

Gdy znowu przyszedłem, siedział na rozłożystej palmie na skraju plaży, pijąc mleko kokosowe. Przez dłuższy czas nie mówił nic i trwaliśmy w milczeniu, słuchając kołysanki morza. Wreszcie rzucił na ziemię łupiny orzecha i zeskoczył na piasek. Wyprostował się, szybkim ruchem prezentując swoją maskę w całej okazałości.

– Pewnie sądzisz, że jesteśmy ślepcami, przez co nie dorastamy ci nawet do pięt. Uwierz mi, widzimy znacznie więcej niż ty – powiedział swoim nienaturalnie spokojnym głosem.

Lecz ja go nie słuchałem. Moją uwagę przykuły jego czarne niczym kawa włosy, dziwnie znajome.

– Mówiłem już, przekleństwo naszych motyli jest dla nas także błogosławieństwem. Tracąc możliwość widzenia barw, zyskaliśmy wzrok dostrzegający ważniejsze rzeczy, to co naprawdę się liczy. Czy, jeżeli nie widzisz barw, złoto różni się czymkolwiek od grudki węgla? Nie ma to dla nas większego znaczenia, dlatego jesteśmy szczęśliwi. A ty, jeżeli mnie nie posłuchasz, dopóki nie zaczniesz widzieć świata we właściwych kolorach, dopóki nie zamkniesz kolorów w swoim wnętrzu, dopóki nie zaczniesz widzieć czarno na białym…

Miałem go zdecydowanie dość. Nie wiedziałem gdzie jestem, kim jest ten przeklęty dzikus, który chce za wszelką cenę mnie zmienić i dlaczego każdego dnia na nowo muszę przypływać na tę cholerną wyspę. Rzuciłem się na niego, chcąc wydrapać mu te jego zalane mgłą oczy i zedrzeć przeklętą maskę,

– Ostatnia szansa, daję ci ostatnią szansę! – wykrzyczał jeszcze, nim przygwoździłem go do ziemi. Nie zdążyłem jednak nic zrobić, gdy na nowo pochłonął mnie ocean.

 

Wystrzał z pistoletu rozerwał nocną ciszę, rozchodząc się jeszcze przez chwilę głuchym echem. Na mój rozkaz Willis zarzucił kotwicę, a statek obrócił się burtą do tej piekielnej wyspy. Jeszcze nigdy nie byłem tak pewny swoich czynów jak teraz. Rozerwę tych dzikusów na strzępy, a później rozprawię się z Nim. Zanim zabrzmiały pierwsze wystrzały armatnie, jeszcze raz spojrzałem na księżyc. Był na powrót przesączony jasnością, a na niebie świeciły gwiazdy…

 

* * *

 

Po raz pierwszy widziałem go złego. Wszędzie dookoła kłębiły się stosy trupów moich towarzyszy, a plaża miała kolor szkarłatnej czerwieni. Nie miałem nic na swoją obronę i dopiero teraz rozumiałem sens jego słów. Obok niego leżała sterta złota.

– Proszę bardzo – wychrypiał wskazując na kruszec. – Masz swój skarb i cel.

Już miał odejść, ale zatrzymał się jeszcze na moment, odwrócił i rzucił na piasek pistolet.

– Uwierz mi – powiedział. – Za kilka godzin będzie dla ciebie droższy niż ta sterta metalu…

 

W ustach czułem piach, a z oczu broczyła mi  krew. Leżałem teraz na rozgrzanym złocie, które parzyło moją skórę, nie wiedząc, ile czasu minęło odkąd zostałem sam na wyspie. Moich przyjaciół już dawno rozszarpały drapieżne zwierzęta, które lada chwila zabiorą się też do mnie. Było mi wszystko jedno, a pistolet jakby sam zbliżał się do mojej rozpalonej skroni.

I wtedy zobaczyłem go jeszcze raz.

Sam nie jestem pewien, czy to nie był tylko sen. Był ubrany dokładnie tak samo jak ja, choć wciąż nosił tę przeklętą maskę.

– Historia lubi zataczać koło, chociaż wiem że w to nie wierzysz. Lekcja niestety nie została zakończona, choć mój udział w niej już tak. Będzie trwać, dopóki nie staniesz się jednym z nich, mieszkańców wyspy, dopóki nie uspokoisz krzyku swoich motyli – ludzi, którzy przez ciebie musieli cierpieć. Dopóki nie zaczniesz widzieć naprawdę.

Uniósł na moment wzrok ku niebu i przełknął ślinę. Po chwili kontynuował.

– Wiesz, tak naprawdę nie było żadnej powodzi, to tylko metafora. Oni także kiedyś przypłynęli na tę wyspę, ale odpokutowali, zagłuszyli swój krzyk. Tobie się nie udało, więc będziesz musiał spróbować ponownie, tym razem w roli nauczyciela samego siebie.

Widział jak kręcę przecząco głową, lecz tylko uśmiechnął się.

– Nie masz wyboru. Nie przypadkowo trafiłeś właśnie na tę wyspę. Każdy z nas tutaj kiedyś się znajdzie. Stąd nie ma ucieczki. Motyle dogonią cię wszędzie.

Nie mogłem wypowiedzieć ani słowa, lecz agonalnym gestem wskazałem na jego twarz. Zdjął maskę, a ja zamarłem. Po chwili pochłonął go ocean, ale ja wciąż nie mogłem zapomnieć czerni jego włosów i białej blizny na lewej skroni.

 

Pochowali mnie w złotej trumnie, albo drewnianej, nie potrafiłem rozpoznać. Nie mogłem się poruszyć, a twarz przysłaniał mi dziwny przedmiot, który gasił wszelkie światło. Czułem jak trumna kołysze się raz w górę, raz w dół. Nie wiem ile czasu zdążyło minąć zanim poczułem głuche uderzenie. Dookoła mnie rozpościerała się plaża, lecz piasek utracił swój kolor. Drzewa przypominały wielkie słupy węgla i soli. Wszystko było czarno-białe. Chciałem uciec, wyrwać się z tego straszliwego koszmaru, lecz nie było dokąd.

I wtedy go zobaczyłem. Stał dumnie naprzeciwko mnie, patrząc z pogardą, gładząc jedną ręką kruczoczarne włosy. Upadłem bez sił na piasek, tuż obok jego skórzanych butów, lecz nie mogłem już zginąć. Spojrzałem w górę, na moją bezczelnie pewną siebie gębę i zapłakałem. Byłem więźniem krzyku…

…krzyku motyli.

Koniec

Komentarze

Obawiam się, że mogłam nie pojąć sensu opowiadania, bo poza niepohamowaną żądzą zdobycia złota i osobliwymi tej żądzy konsekwencjami, nie dostrzegłam wiele więcej. Czarno-białości, jak dla mnie, w sam raz.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

– Ląd, widzę ląd! – ochry­pły głos Wil­li­sa… – – Ląd, widzę ląd! – Ochry­pły głos Wil­li­sa

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

któ­rej wej­ście za­sła­niał opa­da­ją­cy z wy­so­ko­ści wo­do­spad, roz­bry­zgu­ją­cy się pod na­szy­mi sto­pa­mi na ty­sią­ce ma­łych ka­wa­łecz­ków. – Jeśli coś opada, to zrozumiałe, że z wysokości. Wodospad opada/ spływa z definicji. Jakim sposobem woda rozbryzgiwała się na kawałeczki? Zamarzała?

 

Jego szare oczy po­kry­te były jakby ka­mien­ną mgła. – Literówka.

 

Wrę­czył mi ze spo­ko­jem na twa­rzy. – Ponieważ wręczył pył, a ten jest rodzaju męskiego, to raczej: Wrę­czył mi go ze spo­ko­jem na twa­rzy.

Skąd wiadomo, że ze spokojem, skoro twarz skrywała maska?

 

Ka­ra­bin stęk­nął i buch­nął parą, roz­ry­wa­jąc pierś star­ca na pół… – Skąd para w karabinie?

 

Nie ważne. Pod tą zie­mią jest dużo złota. – – Nieważne. Pod tą zie­mią jest dużo złota.

 

Krzyk z każdą se­kun­d na­ra­stał. Nie nik­nął, cho­ciaż za­tka­łem uszy. Upa­dłem na piach obok niego. – Czy dobrze rozumiem, że upadł obok krzyku? ;-)

 

do­pó­ki nie za­czniesz pa­trzeć czar­no na bia­łym… – Czy można patrzeć czarno na białym?

Może: …do­pó­ki nie za­czniesz widzieć czar­no na bia­łym…

 

chcąc wy­dra­pać mu te jego za­la­ne mgłą oczy i ze­drzeć prze­klę­tą maskę, – Zdanie kończy kropka, nie przecinek.

 

Na mój roz­kaz Wil­lis za­rzu­cił ko­twi­ce… – Literówka.

 

Wszę­dzie do­oko­ła kłę­bi­ły się stosy tru­pów moich to­wa­rzy­szy… – Czy to były żywe trupy i dlatego się kłębiły? ;-)

 

dra­pież­ne zwie­rzę­ta, które lada chwi­la za­bio­rą się też za mnie. – …dra­pież­ne zwie­rzę­ta, które lada chwi­la zabio­rą się też do mnie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Trochę nie rozumiem, dlaczego za trzecim razem wszyscy przybysze zginęli. Mieli broń, więc trochę nielogiczne, żeby dzikusi mogli ich pokonać.

Czy może chodzi o to, że między drugim, a trzecim razem świat przekręcił się na lewą stronę i ci dzikusi, których zabili okazali się nimi samymi? Dlaczego więc między pierwszym, a drugim razem tak nie było?

 

Ogólnie bardzo ciekawa opowieść, motyw powtarzania jest często spotykany, ale udało ci się stworzyć nietypowe zakończenie.

Antyradek – zwróć uwagę na gwiazdki, które pokazują nastepstwo czasu. "Wystrzał z pistoletu rozerwał nocną ciszę, rozchodząc się jeszcze przez chwilę głuchym echem". – dopiero po tym fragmencie rozgrywa się bitwa opisana na początku tekstu. Główny bohater zginął bo nie wykorzystał danych mu szans.

Hmmm. Tekst do mnie nie przemówił. Niewiele zrozumiałam. Głównie denerwował mnie bohater, który, zamiast posłuchać jakichś wyjaśnień, od razu pchał się do zabijania.

Oprócz błędów wytkniętych przez Reg (czemu nie poprawiasz?), kuleje interpunkcja.

Babska logika rządzi!

Wszystkie błędy poprawię jak tylko wrócę do domu :)

Witaj! Nie najgorzej napisane, lecz z literówkami. Sam pomysł fajny, i dobre zakończenie. Na początku nie bardzo wiadomo o co chodzi, lecz później można się połapać. Nie porwało, ale źle też nie było :) Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

“Dzień świstaka” bez happy endu. Jednowymiarowość postaci dobrze wpisuje się w temat konkursu. W ogóle czarno-białość na kilku poziomach: dosłownym (maski, motyle, księżyc na opak), głębszym (starcie cywilizacji) i przenośnym (antynomia: dobry tubylec-zły konkwistador). 

Podobało mi się zdanie: “Pochowali mnie w złotej trumnie, albo drewnianej, nie potrafiłem rozpoznać”.

Melduję, że przeczytałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A mnie się niestety nie podobało :( Pierwsze zdanie bardzo dobre, od razu łapie i człowiek ciekawy co dalej. Tytuł też intryguje. Ale dalej metafora za metaforą, za gęsto, za poetycko, pretensjonalnie, tym bardziej, że grasz jeszcze różnymi planami czasowymi. Masz takie zdanie: miał te same oczy co starzec, przesłonięte jakby bezgwiezdną nocą. A ja zachodzę w głowę, czy chodzi o czarną maskę z otworami na oczy. Czerń i biel to wg mnie prostota i jednoznaczność. Przekaz rozmył się w zbyt wyszukanej formie. Co nie znaczy, że opowiadanie jest złe. Moje zarzuty, to kwestia raczej gustu, osobistej wrażliwości, lub jej braku ;)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Błędy poprawione :)

Jestem zaszokowany, że nikt nie pyta o znaczenie tytułu…

A czy poza tym, że to hawajska zatoka, ma jakieś inne znaczenie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No nie taka sobie pierwsza lepsza, hawajska zatoka ;-)

 

BTW gdzie powinny być przecinki w powyższym zdaniu?

A czym się różni od innych hawajskich zatok?

Dałabym przecinek po “no”. Chyba. A reszty to już w ogóle nie jestem pewna.

Babska logika rządzi!

Chyba nie do końca załapałem. W opowiadaniu jest kilka ciekawych pomysłów, ale ta powtarzalność kolejnych scen mnie znudziła.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Mnie się podobało :) Motyw kilkukrotnego przeżywania tego samego nie jest taki znowu oryginalny, ale ładnie wprowadziłeś czytelnika w stan, w którym przebywa bohater. Chociaż utrata jednej scenki raczej by tekstowi nie zaszkodziła – przy obecnej ilości, fragmenty mogą nieco nużyć.

 

Butność i upór głównego bohatera trochę mnie irytowały, ale z drugiej strony były niezbędne do zrealizowania końcówki, która bardzo misie ;)

 

 

 

Co kto woli, ale mnie urzekło. Niezwykły czarno – biały świat. Kolor skóry, maski, nocne niebo, księżyc. Wszystko przemyślne i dopracowane. Jedynie główny bohater, nie przypadł mi do gustu. Był dzikszy od dzikusów ;) 

Pomysł miałeś niezły, Anonimie, jednak wydaje mi się, że zawiodłeś w opisach oraz przejrzystości treści. Nie czułem niepokoju i żądzy głównego bohatera, posmaku tajemnicy, pozostałem niewzruszony na wypełniające wyspę niesamowitości.

Szkoda, bo potencjał jest, wielowymiarowość opisywanej przez Ciebie biało-czarnej rzeczywistości naprawdę fajna.

Warsztatowo dobrze, jednak interpunkcja dość licha. Tutaj przyda się popracować.

Pochowali mnie w złotej trumnie, albo drewnianej, nie potrafiłem rozpoznać.

A to zdanie mnie akurat nie przekonuje… Żeby odróżnić złoto od drewna naprawdę nie potrzeba oczu.

Tyle ode mnie, na koniec lista wątpliwości:

Zarośla nie stawiały większego oporu, gdy pierwsza stopa człowieka cywilizowanego przekraczała ich plątaninę.

Być może to tylko ja czegoś nie jarzę, ale jaka “pierwsza stopa”? Dziwne to zdanie…

Byli w całości nadzy, a ich jedyną osłonę przed naszymi ostrymi, wścibskimi spojrzeniami stanowiły drewniane maski.

Wywaliłbym to “całości”, bo skoro tak zaznaczasz, że są całkowicie nadzy, to nie powinni mieć tych masek XD

Każda była inna, unikatowa, mająca swoją odrębną historię wypisaną na powierzchni czarną[-,] niczym noc[-,] farbą.

Niby to takie małe wtrącenie, ale wywaliłbym te przecinki. Osłabiają dynamikę, a poza tym, przed niczym zazwyczaj (albo i zawsze) ich nie stawiasz…

Zdążył wykrzyczeć[+,] nim moje ręce zacisnęły się na jego szyi[+,] wystającej spod czarno-białej maski.

A tym razem lepiej przecinki umieścić, bo zdanie jest nieczytelne.

Prawie tak ciemnej[+,] jak ten księżyc.

Tak zwane powtórzenie paralelne. Poczytaj sobie ;)

Moja duma pozostała niezaspokojona, oszukałem lorda i wiedziałem[+,] że nie mam po co wracać do Portugalii.

Przecinek przed że. Przeskanuj sobie pod tym kątem tekst, bo jeszcze gdzieś chyba zabrakło ;)

Pieśń złota[+,] wydobywająca się z trzewi wyspy[+,] była silniejsza od jakiegokolwiek rozsądku czy instynktu samozachowawczego.

Wtrącenie

– Nic nie rozumiesz[-.] – powiedział[+,] nie odrywając wzroku od drzewa.

W innych miejscach dialogi są w porządku, zakładam więc, że to wina chochlika ;)

Przez dłuższy czas nie mówił nic i trwaliśmy w milczeniu[+,] słuchając kołysanki morza.

Zachowuj rytm zdania…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Czemu błędy jeszcze niepoprawione? Niestety, nawet dwie łapanki nie wytknęły wszystkich technicznych usterek. Brakuje dużo przecinków. 

 

W jej środku znajdowała się nieprzebyta gęstwina, otaczana przez piaszczystą plażę.

To tak jakby napisać, że w środku pomarańczy znajdował się słodki owoc, otoczony przez skórkę. Bez sensu.

 

. Dookoła konarów krążyło stado czarno-białych motyli okrywające liście olbrzymią szachownicą.

Czytałem to zdanie kilka razy, zanim zrozumiałem. Może coś jest na rzeczy.

Wciąż są błędy w dialogach. Ale takie rzeczy powinno się szlifować przy betowaniu. 

To teraz przejdę do pozytywów. Fabuła i pomysł mi się spodobały. Jak już pisali poprzednicy – czarno-białość na kilku poziomach. Poprzeczka postawiona wysoko. Nie mówię, że trzeba było ją obniżać… trzeba było skakać wyżej! Betowanie naprawdę by tu pomogło. Spodobały mi się też egzotyczne realia, a motywy motyli czy przekonywania samego siebie – super! 

Zdradź w końcu, Anonimie, o co chodzi z tytułem? Mnie nie przyciąga, nawet trochę odstrasza. Gdybyś dał coś z “krzykiem motyli”, to pewnie przyleciałbym jak na skrzydłach, żeby czytać. Duży plus należy się też za dobre pierwsze zdanie i ogólnie wciągający początek. 

Odwróciłem się(+,) by spojrzeć na moją małą, spróchniałą łajbę

 

chcieli nas drażnić.  Jeden z nich ← podwójna spacja

 

Lecz on wciąż patrzył na mnie, spokojnymi niczym ocean oczyma.

 

Czy mieliście kiedyś uczucie, jakby to wszystko kiedyś się już wydarzyło? Tak jakbyście już to przerabiali i nagle wracali na start, utknęli w martwym punkcie. Fakt, ludzie mówią że historia zatacza koło, lubi się powtarzać, ale to tylko głupie wymysły ciemnej masy. Prawie tak ciemnej jak ten księżyc. ← na moje oko zbędne, lekko grafomańskie, nie pasuje do reszty

 

– Nic nie rozumiesz. – powiedział(+,) nie odrywając wzroku od drzewa.– (zjedzona spacja) Ci, jak ich nazywasz, „dzikusi” uznają te motyle za duchy swoich przodków, które wciąż im towarzyszą.

 

Zaczynasz dwa akapity pod rząd od “Po chwili”, nieładnie wygląda.

 

Pomysł – tak. Klimat – tak. Rozwiązania fabularne – nie przemówiły. Wykonanie ok, ale bez szału. I taka jest moja ocena końcowa. Mam wrażenie, że można to było zrobić lepiej, pozostało we mnie jakieś poczucie braku, co oznacza, że wciągnąłeś mnie w tę historię, ale mnie nie usatysfakcjonowała.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Dość mroczna i tajemnicza opowieść. Nie zdradzasz z tej tajemnicy za wiele, bo chociaż kilka elementów się wyjaśnia, to chyba nawet więcej wciąż pozostało poza moim zrozumieniem. Zapętliłeś zdrowo. I przez to niestety nie ma pełnej satysfakcji z lektury. Dodatkowo zauważyłam kilka niefajnych usterek, które nie zostały ostatecznie poprawione (a wskazane). 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka