- Opowiadanie: BogusławEryk - Papierowe niebo

Papierowe niebo

Syn marnotrawny... ;)

Tekst powstały w stanie skrajnego wyczerpania i nagłej potrzeby. Pierwszy po (zbyt!) długiej przerwie, więc zakładam, że nie obejdzie się bez konstruktywnej, ale bolesnej dla autora krytyki :P

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Papierowe niebo

Znów jestem bliski poznania prawdy, którą skrywa, prawdy o niej, jej prawdy. Bliski, a zarazem daleki. I jak zawsze, kiedy na drodze staje mi ten paradoks, nienawidzę siebie, nie jako osoby, lecz jako istoty ludzkiej. Ograniczeń narzuconych mi przez fakt, że jestem tym, kim jestem. Że oczy moje tak różne są od dłoni i nie sposób wybadać za ich pomocą faktury kształtów tkwiących w mroku, tuż-tuż, na wyciągnięcie ręki.

Niestety, tym razem także pozostaje mi jedynie zadowolić się graniczącym z pewnością przypuszczeniem, że nie opuściła mnie i nie opuści, choć nadal jeszcze zsuwam się po równi pochyłej ku śmierci, podczas gdy ona…

Wspomnienia bolą. To truizm, ale przede wszystkim prawda. Poznał ją każdy, kto zasmakował dość życia, by posiąść choćby parę dobrych wspomnień. Czyli każdy, poza nielicznymi, a przez to uwierzytelniającymi regułę wyjątkami – kleksami na płótnie rozmiarów wszechświata.

Niezrównanie bardziej od dobrych wspomnień bolą jednak wspomnienia dobre, lecz niepełne, te z upływem czasu tracące dawną ostrość; twarze, które – mimo że wydawało się to nam niemożliwe – zapominamy.

Czy można kochać zjawę? Osobę, wspomnienie twarzy której zastąpiły słowa: kolor oczu taki, włosów taki, uśmiech… Czyż to nie prawda, że każdy z nas uśmiecha się na swój niepowtarzalny sposób, oryginalny niczym linie papilarne? I że żadne z określeń znanych i zapomnianych języków nie odda w pełni subtelnej, acz na pierwszy rzut oka widocznej różnicy pomiędzy uśmiechami dwóch osób uśmiechających się z pozoru tak samo?

Czy można kochać słabnące echo wspomnienia? Streszczenie słowne? Synopsę?

Wierzę, że tak. Z drugiej strony nie potrafię z ręką na sercu stwierdzić, że wiara uczyniła w moim życiu cokolwiek dobrego. Przeciwnie, niewłaściwie ukierunkowana, zgubiła mnie.

Zgubiła całą ludzkość…

 

 

Głowa w dół lub przed siebie. Zawsze: w dół lub przed siebie.

Miasto, martwe jak skuta lodem pustynia Antarktydy.

A pomyśleć tylko, że dawniej, przed Rozdarciem, uwielbiałem ciszę. Natomiast obecnie z trudem ją cierpię, gdyż, jak wszystko, w nadmiarze wyłącznie szkodzi. Jakże miłym był ten specyficzny szmer mnogości rozmów zlanych w jedną, pozbawioną sensu, co prawda, jednak skrywającą prosty i czytelny przekaz – tu, teraz, w tym miejscu toczy się życie. Cóż, aby tęsknić, trzeba stracić.

Kopię zalegającą na chodniku puszkę coca-coli, choćby tylko po to, żeby rzucić wyzwanie tej wszechogarniającej martwocie. Puszka upada na jezdnię z głuchym brzdękiem. Krótkie „pac” i rzeczywistość natychmiast wraca do stanu wyjściowego… Nie, nie całkiem. Przez chwilę cisza zdaje się głębsza, zupełnie jakby odpowiadała na zaczepkę. Wiem, że to nieprawda, że to tylko moja wyobraźnia. Że antropomorfizuję abstrakcję.

A mimo to przegrywam.

Znów – niczym zakamuflowany szpieg – do głowy zakrada mi się myśl: Unieś wzrok. No dalej. Spójrz i miej to wszystko już za sobą. Opieram się jednak, jakkolwiek, przyznaję, przychodzi mi to z coraz większym trudem.

O ile łatwiej byłoby… Stop! To nie czas na takie myśli. Nie tu, pod gołym niebem, pod Obcością. Jeśli istnieje Bóg, istnieje raj, i tam właśnie czeka na mnie ona – miłość mego życia, której twarzy nie pamiętam. Obcość, podobno, ofiaruje wiele – prawdę ostateczną, katharsis, spełnienie – ale nie może dać mi tego, co dla mnie najważniejsze. Ona nie ujrzała Obcości. Umarła przed Rozdarciem, kiedy niebo wciąż było czarne lub błękitne, nie zaś niebieskofioletowe i rozdarte niczym kartka papieru. Jeśli chcę ją jeszcze ujrzeć – i jeśli wytrwam w wierze, że śmierć da mi taką możliwość – nie wolno mi unieść wzroku.

W dół lub przed siebie. Zawsze: w dół lub przed siebie.

 

 

Biegnę…

Jak dalece sięgam pamięcią, zakładałem, że apokalipsie – czy ściślej: życiu tuż po – nieodłącznie towarzyszyć będzie bieganie.

Nie pomyliłem się. Nawet jeśli wyobraźnia podpowiadała mi odmienne przyczyny oraz obrany względem tychże kierunek.

Niedługo – zegarki to przeszłość, tak samo jak poznawanie pory dnia po niebie – po wywołanym przeze mnie „hałasie”, zza lśniącej po przeciwnej stronie ulicy szyby – ukazującej niegdyś wystawę sklepu odzieżowego, na co wskazywały trzy porośnięte mchem, groteskowo rozczłonkowane manekiny – dobył się jęk. Cichy i urwany, jakby ktoś nagle wystraszony zbyt późno nakrył dłonią usta.

Do głowy naraz zakołatało mi kilka myśli. Wpuściłem jedynie dwie, przy czym pierwszą odrzuciłem z miejsca. To nie mógł być Nawrócony. Oni zawsze szukają audytorium. A już na pewno się nie kryją, starając trzymać gęby na kłódkę. Zatem… człowiek? Zwykły, najnormalniejszy w świecie – o ile wciąż coś takiego w ogóle istnieje – człowiek? Taki jak ja?

Musiałem to sprawdzić.

Przystaję, zdyszany. Mrużę oczy. Pomimo upływu lat, nadal nie przeszedłem do porządku dziennego z kilkoma anomaliami. Wszystko pomału obróciło się w ruinę: beton, drewno, stal czy cegła. Jednak nie szkło. Co wcale nie znaczy, że przetrwało do dziś w stanie niezmiennym. Stwardniało wraz z Rozdarciem, a z czasem poczęło emanować własnym, jaskrawożółtym blaskiem – który od samego początku kojarzył mi się ze znamionującym chorobę odbarwieniem skóry.

Ostrożnie wymijam świecący prostokąt. Staję. Przyglądam się dokładniej manekinom. Żaden z nich, wbrew moim nadziejom, się nie porusza, demaskując swój prowizoryczny kamuflaż. Już mam się wycofać, uznając, że słuch – albo spragniony interakcji umysł – spłatał mi figla, gdy kolejny jęk wtóruje poprzedniemu.

 

 

W dowodzie miała Żaneta, ale i tak wszyscy nazywali ją Ariel. Jak prawie każdy człowiek nie lubiła swojego imienia, nie był to jednak główny powód. Wymagała tego, i kropka. A jeśli już ktoś znalazł w sobie dosyć czelności – względnie odwagi – by uczynić odstępstwo w tej kwestii, to szybko sprowadzała go na właściwą drogę mniej lub bardziej wymyślnym, lecz zawsze zapadającym w pamięć figlem – wystarczy przytoczyć drobniutko pokrojone papryczki habanero ukryte na kanapce pod plasterkami szynki i sera czy gumowe pająki rzucane prosto w ręce arachnofoba.

Odkąd czteroletnia Żanetka po raz pierwszy – i bynajmniej nie ostatni – obejrzała „Małą Syrenkę”, to rzeczywistość musiała dostosowywać się do niej, nie na odwrót.

Przynajmniej w sprawie imienia.

Kochałem ją za to. Nie za „Syrenkę”. Bóg mi świadkiem, że w ciągu tych siedmiu spędzonych wspólnie lat zapałałem szczerą nienawiścią do tego rozkapryszonego disnejowskiego rudzielca i całej podmorskiej ferajny. Moją Ariel pokochałem za upór oraz umiejętność wytyczania sobie jasno określonych celów. Jak  też za konsekwencję i wytrwałość w dążeniu do ich realizacji. Nie ma co ukrywać – były to cechy, które pragnąłem kiedyś ujrzeć u siebie, na tej samej zasadzie, na której bezdomny żebrak pragnie z piskiem opon zaparkować ferrari vis-a-vis basenu i wskoczyć do wody w garniturze od Anderson & Sheppard.

Może jest prawdą, że przeciwieństwa się przyciągają? Tak czy nie, Ariel dopełniła mnie. Nauczyła być lepszym człowiekiem, a – co ważniejsze – lepszym sobą, takim jakim zawsze marzyłem, by zostać.

Uczyniła to wszystko, po czym, nagle, odeszła.

Odeszła…

Jakaż niewymowna ambiwalencja targa mną, gdy smakuję w myślach to słowo! O ile łatwiej, zapewne, bym się z nim oswoił, gdybym winą mógł obarczyć chorobę, pijanego kierowcę, nawet nieszczęsny upadek ze schodów.

Żadna syrenka nie powinna umrzeć od ciosów pięści swojego księcia…

 

 

Nie jestem wiarygodnym narratorem.

Wspomniałem, że Nawróceni, ludzie, którzy spojrzeli w niebo i ujrzeli Obcość, szukają audytorium. To kłamstwo. Nie wymysł – kłamstwo. Dawniej, owszem, tak właśnie to wyglądało. Jednak odkąd jestem ostatnim człowiekiem na tej przeklętej przez Boga Ziemi, na co wskazują wszystkie dowody, to niech sobie szukają i do usranej śmierci.

Jęki okazały się halucynacją. Względnie omamem słuchowym – dla tych, którzy słowo „halucynacja” kojarzą tylko z obrazem. A głos wewnętrzny – mógłbym określić go mianem rozsądku lub jakoś tak, jednak wizualizacja w postaci stojącego na ramieniu rogatego diablika skutecznie mnie przed tym powstrzymuje – już po raz któryś podjął ze mną natarczywy dialog:

Spójrz.

Nie!

Co ci szkodzi?

Nie!

Pomyśl. Przecież to do niczego nie prowadzi. Tułasz się jak…

Nie!

…jakiś włóczykij. Bez celu, bez planu, bez perspektyw. Tak naprawdę to nie żyjesz. Nie tak naprawdę. Spójrz. Jeśli nie na niebo, to chociaż na siebie…

Ja żyję!

Ty istniejesz.

Właśnie!

I to ci wystarczy?

Powiedz, kiedy ostatni raz jadłeś coś, z czego połowy później nie zwróciłeś? Kiedy ostatni raz nie płakałeś przed zaśnięciem? A kiedy…

Dosyć!

Po co się męczyć? Spójrz.

I tak w kółko.

Nie odpowiadam. Udaję głuchego. Odpornego na przytyki.

Na bolesną prawdę.

Czuję zbliżający się sen. Oraz łzy cieknące po policzkach.

 

 

Stoję na skarpie.

W dole rozciąga się poprzetykana zagajnikami połać trawy; aż po horyzont, gdzie schodzi się z zawsze niebieskofioletowym, a mimo to zwodniczo bezpiecznym niebem. Obcość nie przecina go niczym smuga kondensacyjna. Przypomina słońce zastygłe w zenicie, jakimś cudem widoczne z dowolnego punktu na globie; obce słońce ze złośliwą premedytacją zawisłe nad głową każdego człowieka i podążające z nim krok w krok. Jakby każdy z nas – zakładając, że istniejemy jeszcze jacyś „my” – posiadał osobistą, wypaczoną wersję anioła stróża.

Czy to Piekło?

Nie zliczę, ile razy zadawałem sobie to i podobne pytania.

Może nie nastąpiło żadne Rozdarcie? Może niebo wcale nie okazało się papierowe i z wyłomu, który nań powstał, wcale nie spogląda coś tak obcego, że każdy, kto to ujrzy, zaraz wydłubuje sobie oczy, po czym plecie od rzeczy, nie je, nie pije, a mimo to trwa? Może świat, nasz stary, dobry świat, wciąż ma się dobrze, a szaleństwo, które mnie otacza, to indywidualna kara?

Sprawdź to. Spójrz.

Jak długo można trwać w niepewności? I jak mam definiować „długo”, gdy brak mi punktów odniesienia? Jak…

Spójrz. Inaczej nigdy się nie przekonasz.

A jeśli, tylko jeśli, ujrzeć twarz Boga, faktycznie równa się – poznać szaleństwo, to czy mimo wszystko warto ją ujrzeć? Na co więcej może liczyć grzesznik? Morderca?

Spójrz, a poznasz prawdę.

Czym jest prawda? Czy istnienie jakiejkolwiek ostatecznej jest możliwe, skoro tak wiele prawd wyklucza inne prawdy? Czyż niebo nie miało być nam przyjacielem, bramą do wszechświata, drogą wiodącą ludzkość ku nowym słońcom, nowym ziemiom?

Spójrz!

Nie!

Bo jeśli nic nie jest pewne i żadnej prawdy nie sposób uznać za niepodważalnie prawdziwą, to pozostaje jeszcze wiara. Nie w człowieka, który na ślepo goniąc za postępem, sprowadził koniec świata. W Boga. Bo jeśli istnieje Bóg, istnieje również raj. A jeśli istnieje raj, to wiem, że ona na mnie czeka. Dostanę się tam, choć nie zasługuję. Odkupię swoją winę, prędzej czy później. I nie ulegnę pokusie.

Wierzę w to.

Zamykam oczy.

Wiatr pieści mi policzki i czoło.

Zabiłem ją. Moją Ariel.

Nie z zazdrości, nie w gniewie. W transie, jeśli można to tak nazwać, narkotycznym. Byliśmy młodzi i lubiliśmy korzystać z życia, smakować je, odkrywać, kąsać zakazane owoce – wszystko to z głową, pilnując się, nawzajem i każde z osobna, aby nie popaść w żaden zgubny nałóg. Stąpaliśmy po tej cienkiej linie, sprawnie niczym para cyrkowych akrobatów. Do czasu.

Dziś już nie wiem, czy czynnikiem sprawczym był wyłącznie narkotyk, czy może za jego pośrednictwem jakiś demon zdołał się przedostać do naszego świata i opętać moje ciało. W każdym razie w jednej chwili, nigdy tego nie zapomnę, kochaliśmy się, dziko i namiętnie, w następnej, dziko i namiętnie, przemieniłem twarz Ariel w oblepioną strzępami okrwawionych mięśni trupią czaszkę.

I tylko taką twarz zapamiętałem.

Krew, trupi uśmiech i puste oczodoły.

Głosy…

Otwieram oczy, wytężam wzrok.

Trzy sylwetki – ciemne w gęstwie ciemnej trawy, oblewane fioletowym i niebieskim światłem.

Pchnięty gwałtowną, nieprzemożną potrzebą, zbiegam na dół. Krzyczę, jednak wiatr porywa moje słowa. Serce wali młotem, mięśnie palą żywym ogniem, ale biegnę, w duchu modląc się, by tym razem świadectwo oczu pokryło się z rzeczywistością.

– Hej!… Ludzie!…

Zatrzymują się, odwracają, dostrzegają. Ja także przystaję i również dostrzegam – napięcie na twarzach kobiety i dziecka oraz lęk w ich dziwnych oczach, ślepych lub półślepych, jednakowo zasnutych mgiełką katarakty. Otwieram usta i tak zastygam. Z całej mnogości kotłujących się w głowie słów nie potrafię wybrać właściwych. Ile czasu upłynęło, odkąd…

Kroki. Tuż za mną.

Jakże jestem głupi, przebiega mi przez myśl…

 

Śniłem, że krzyczę, i budził mnie własny krzyk.

Kiedy na krótko odzyskiwałem przytomność, świat składał się wyłącznie z dymu i bólu.

Oraz z szeptów:

człowiek wymyśla Boga, by Bóg mógł stworzyć człowieka; gwiazdy stają się podobne Słońcu, Słońce podobne gwiazdom; prawda ukryta w prawdzie ukrytej w prawdzie, wszystkie są kłamstwem…

Wciąż żyję, uświadamiam sobie, gdy po kolejnym ocknięciu pozostaję przytomny dostatecznie długo, żeby uświadomić sobie cokolwiek. Leżę w trawie, obok ostygłego ogniska. Diablik, który dotąd zasiadał mi na ramieniu, teraz, uśmiechnięty, umościł się na klatce piersiowej. Szepcze, nie poruszając ustami:

…długość życia wydłużona z tysięcy lat do dziesiątej części tysiąca; dwoje oczu miast trojga; pałace zapomnianych ludzi zapomnianych czasów zapamiętane jako grobowce, nazywane cudami; prawda ukryta w prawdzie…

Odwzajemniam się uśmiechem, wyciągając szyję, by obejrzeć kolejno cztery przypalone kikuty – pozostałości po kończynach, które przez tak wiele lat, zbyt wiele, zapewniały mi przetrwanie, a teraz przedłużą o kilka dni życie trójki – być może rodziny? – nieznajomych.

Diabełek szepcze:

…martwe ciała karmią żołądki umierających ciał, które po śmierci nie staną się ciałem; miliony trupów nie wracają do ziemi, pozostają zamknięte, odcięte od przemian; pierwiastki, atomy, struny, piksele; śmierć kupowana w walucie czasu; prawda ukryta w prawdzie ukrytej w prawdzie…

Nie, to nie diabełek. Wcale go tu nie ma, nigdy nie było. Oto szepcze do mnie niebo. Kusi. Odkrywa przede mną tajemnice.

…trucizna nabywana za czas; lot dookoła dokładnie tym co lot w kółko; oczy nie widzą, uszy nie słyszą; poją potomstwo sokami Ziemi, zwąc owe soki – sokami Jej martwych dzieci, tych, których nigdy nie miała; zło definiowane odmiennie dwa kroki w przód i znowu inaczej dwa kroki w tył; przekaz ukryty w przekazie ukrytym w przekazie…

Bóg jest sprawiedliwy. Na to wygląda. Nie dla grzesznika raj.

Może to i lepiej? Może lepiej będzie jej, tam, beze mnie…

…nic trwałego, wszystko z zamierzenia nietrwałe; sztuczny człowiek, sztuczne dzieła jego dłoni, sztuczna entropia; Apollo pokochał Dafne i staje się mitem; Apollo pokochał Lunę i staje się prawdą ukrytą w prawdzie…

Jest tam, nade mną, w zasięgu wzroku. Odpowiedź na każde pytanie. Życie, nowe, inne, ale mimo wszystko życie! A jednak…

Jednak z pewnością nie ma tam jej…

…wspomnienia ze słów, nie z pamięci; historia napisana w przeddzień wydarzeń, które nie przejdą do historii; mnogość nieskończoności, a wszystkie sobie nierówne…

Umieram. I jestem wdzięczny Bogu za ten wybór. Wystarczy obrócić głowę, a mój płomień nie wygaśnie, rozpali się na nowo, przetrwa. Tabula rasa, pierwszy rozdział. Oto co gwarantuje mi Obcość. Z drugiej strony zaś niewiadoma, niepewność, strach. I, przede wszystkim, nadzieja. Nikła, jeśli mieć na względzie mój grzech, ale zawsze.

…triumf wyobraźni nad empirią, wiary nad rozsądkiem, triumf marzeń nad życiem; triumf człowieka; prawda skryta w prawdzie skrytej w prawdzie…

Zaryzykuję. Zamykam oczy. Szepty milkną.

Koniec

Komentarze

Witaj,  Bogusławie, po długiej przerwie :) Już myślałam, że nas  całkiem opuściłeś.

 

Nie do końca jestem zadowolona z lektury, a to dlatego, że wolę więcej konkretów niż filozofowania i rozmyślań bohaterów. A tu dostałam w sumie same przemyślenia i wspomnienia i ledwie nikły zarys świata. Z tych strzępów prześwituje do mnie bardzo zamglony obraz postapokaliptycznej rzeczywistości i “nowych ludzi” (Nawróceni), a chętniej bym się dowiedziała na ten temat więcej. Co się stało? Co to za apokalipsa? Kim tak naprawdę są Nawróceni? O co tu chodzi?  

Jednak bez problemu doczytałam do końca, znaczy, że w jakiś sposób opanowałeś strumień świadomości, że nie zalał mnie pełnym niezrozumieniem. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przeczytałam z pewnym trudem, nie do końca wiedząc, o czym traktują te filozoficzne i chyba dość osobiste wynurzenia.

 

rze­czy­wi­stość na­tych­miast wraca do stanu wyj­ścio­we­go…. – Po wielokropku nie stawiamy kropki.

 

Nie­dłu­go – ze­gar­ki to prze­szłość, tam samo jak… – Literówka.

 

Leże w tra­wie, obok osty­głe­go ogni­ska. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie przemówiło do mnie, odbiłam się od strumienia świadomości. Bohater, zamiast do czegoś dążyć, zamiast chociaż realizować swój cel, marudzi dość monotonnie, użala się nad sobą…

Witamy z powrotem. :-)

Babska logika rządzi!

A mnie się całkiem podobało :) Trochę skojarzyło się z “Drogą” McCarthy’ego. Niepokojące, klimatyczne.

 

Papierowe niebo rozbudziło moją ciekawość i trochę szkoda, że nie dowiedziałam się o nim za wiele.

 

 

Tego typu przemyślenia, zahaczające o strumień świadomości, nie są dla mnie; chociaż jednak muszę przyznać, że ten trzymałeś w ryzach. Tekst jest warsztatowo bardzo dobry, ale obawiam się, że nie zrozumiałam wszystkiego, co chciałeś przekazać. Miejscami, tam gdzie świat i postacie stawały się nagle bardziej wyraziste, historia jaśniejsza – tam było naprawdę dobrze. Ale potem znowu przeważało filozofowanie i psychologizowanie, a ja ponownie wchodziłam w rolę dziecka we mgle.

Mimo to – miło Cię znowu poczytać. :)

Bogusławie, stęskniłam się przestraszliwie, ale czemu, cholera, czemu musiałeś wrócić ze strumieniem świadomości, moim najnieulubieńszym gatunkiem poza bizzaro ;) Ja nawet Dukaja w tej formie nie mogłam strawić. A w ogóle za to, o…

Bóg mi światkiem

…to tydzień klęczenia na grochu :P

Tylko nie "Tęcza"!

Sadystka! ;-)

Babska logika rządzi!

Dziękuję wszystkim za odwiedziny :)

Tenszo – tak wyszło po prostu :P Przez jakiś czas zmagałem się z jednym, konkretnym projektem, głównie poprawiając, przestawiając, wykreślając itp. Najmniej w tym wszystkim było pisania. Aż w końcu, zwątpiłem, czy umiem, nawet na znośnym poziomie, i czy kiedykolwiek umiałem. Do tego stopnia, że przestałem w ogóle. Aż tu, po długiej przerwie, naszła mnie potrzeba. Złośliwa, bo zastała mnie w stanie absolutnie nie sprzyjającym pisaniu. Do tego z pustką w głowie (poza tytułem). A że uparta była i nie dała się odpędzić, to usiadłem i napisałem, co mi ślina na język, czy tam głowa na palce . No i wyszło, jak wyszło, ale ważne, że wyszło :)

A swoją drogą: sam nie przepadam za strumieniem świadomości. Dukajowym zwłaszcza :P

 

Ocho – za to:

Tekst jest warsztatowo bardzo dobry

mógłbym Cię wyściskać :) Może jeszcze nie kamień z serca, ale pomału się kruszy.

 

lenah – chyba coś w tym jest, bo właśnie niedawno skończyłem “Drogę” McCarthy’ego. Cieszę, się, że opowiadanie trafiło w gusta :)

 

Finklo, regulatorzy – przepraszam i obiecuję poprawę. A przynajmniej się postaram :P

 

Śniąca – nie opuściłem, nie całkiem :) Za to jakich sobie narobiłem zaległości! Co do postawionych pytań, to musiałbym się nad nimi zastanowić :P

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Ładnie napisane, ale niestety wiele nie zrozumiałam. :(

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Wybitnie wręcz nie moje klimaty,  wolę jednak teksty z klasycznym ciągiem przyczynowo-skutkowym. :) 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Bóg mi światkiem, że w ciągu tych siedmiu spędzonych wspólnie lat

Tu, stary, poleciłeś.

Uderzyło mnie też, że to, co nazwałeś w tekście rozsądkiem, zostało zwizualizowane jako diablik. Generalnie, z tego co pamiętam, rolę rozsądku w tego typu przypadkach odgrywał łaniołek. Ale że tutaj nie do końca rozsądek jest rozsądny – moim zdaniem wręcz przeciwnie – to diablik chyba faktycznie lepiej pasuje.

 

Jakkolwiek nie mogę powiedzieć, że po prostu mi się nie podobało – to chyba bardziej złożone – jestem lekturą po prostu zmęczony. I, generalnie, chyba jednak mi się nie podobało. Jeśli chodzi o treść, to zasadniczo szału bez zupełnie, ale to forma położyła opowiadanie, przynajmniej w moich oczach. Znalazłem tu kilka naprawdę fajnych zdań i trafiłem na pytania, na których odpowiedzi z pewnością by mnie zainteresowały, ale niemal kiczowaty melodramatyzm bohatera i jego nieco – wybacz szczerość – bełkotliwe rozkminy, o życiu, śmierci, wszystkim i niczym całkowicie zepsuły efekt i przysłoniły w tekście to, co – moim zdaniem – było w nim najciekawsze: rozdarte niebo, Obcość, ludzi, którzy w nią spojrzeli i całe to tło. Jak wszystko dzisiaj pomysł już zapewne nieoryginalny, ale dający sporo miejsca do zabawy, mający potencjał na coś jednocześnie naprawdę ciekawego i przerażającego. Ale to też ginie w powolnym, jednostajnie nieemocjonującym nurcie rzeki – bo to już nie strumień, jeno rzeka – świadomości. Nawet moment, kiedy naprawdę zaczyna się coś dziać – a przynajmniej powinno – zostaje przez tą monotonię totalnie spłycony. (MINISTERSTWO FANTASTYKI OSTRZEGA: KOMENTARZ ZAWIERA WIĘCEJ NIŻ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERA) Mówię tu o finale – nieoczekiwane spotkanie z ludźmi, napaść, pozbawienie kończyn i wreszcie… wybór. Jedyny moment w opowiadaniu, kiedy naprawdę mamy do czynienia z jakąś akcją. Ale tej akcji zupełnie nie czuć, wciąż ma się wrażenie, że to tylko kolejny epizod snu na jawie; bez emocji ze strony narratora i zaciekawienia ze strony czytacza.

Żanetka jako taka – ani żywa, ani umierająca – też mnie nie przekonała (papryczka, gumowe pająki – jakieś to takie… mało istotne, może nawet groteskowe, przynajmniej w skali uczuć, jakimi darzył ją bohater). Rozumiem za to prywatne piekło protagonisty, cierpienie z powodu własnego czynu, paranoja i szaleństwo, które go ogarnia, pragnienie odkupienia. Prawda jest jednak taka, że to można by równie dobrze – może nawet lepiej – ukazać na tle bledszym niż apokalipsa. Bo tak do końca nie wiem, co jest przyczyną, co skutkiem, a co – o ile w ogóle coś – urojeniem.

Ech, no dobra, koniec pastwienia się.

Fajnie, że wróciłeś.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

“Znów – niczym zakamuflowany szpieg – do głowy zakrada się mi myśl – lepiej by brzmiało:

Znów niczym zakamuflowany szpieg – do głowy zakrada mi się myśl”.

“Jak dalece sięgam pamięcią, zakładałem, że apokalipsie – czy ściślej: życiu tuż po – nieodłącznie towarzyszyć będzie bieganie.“ : “czy ściślej: tuż po życiu

“Bóg mi światkiem, że w ciągu tych siedmiu“ – świadkiem

“Byliśmy młodzi i lubiliśmy korzystać z życia, smakować je, odkrywać, kąsać zakazane owoce – wszystko to z głową, pilnując się, nawzajem i z każde z osobna, aby nie popaść w żaden zgubny nałóg.” – pierwsze “z” zbędne.

Dobrze, błędy zostawiliśmy za sobą teraz przejdę do oceny tekstu. Opowiadanie ma ciągle ten sam rytm. Nie ma balansu w akcji, ciągle panuje ten leniwy, powolny nastrój. Fantastyki też tak trochę mało, ale to akurat nie wpływa na jakość utworu. Liczyłem na fajne zakończenie, z jakąś niespodzianką, ale niestety jej nie otrzymałem. Czyta się lekko przez to, że masz lekkie pióro, ale nie czyni to tekstu wyjątkowym. Trochę dużo tu filozofowania, a czemu by tak tej twojej filozofii nie wymieszać z akcją, która będzie chwytać za serca? Czytało się lekko, ale entuzjazmu nie było. Może następnym razem?

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Witaj!

Niestety tekst nie przypadł mi do gustu. Poprawek błędów też nie widać.

Proporcje są odwrócone. Otrzymałem mało ciekawy strumień świadomości i strzępki akcji i ciekawego świata. W moim odczuciu powinno być odwrotnie. Dodatkowo bohater popada chyba w jakiś rodzaj choroby psychicznej i "gada" do siebie w myślach, za pomocą fikuśnych porównań. To przeszkadza.

Na plus,że ze strzępków informacjo wyłania się zarys ciekawego świata. No ale tylko zarys, a i to skrótowy i na brudno.

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

“Skórowy zarys” to szkic na pergaminie? ;-)

Wiem, czepiam się, pewnie Ci autokorekta namieszała.

Babska logika rządzi!

Nie mam czasu do komputera nigdy usiąść, więc męczę się na telefonie ;P

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dziękuję wszystkim za wizytę. Błędy poprawię jutro, jak znajdę w końcu wolną chwilę, żeby usiąść przy komputerze.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Bogu, a Ty dalej ze sznura piszesz? ;-)

Babska logika rządzi!

Przepraszam, że odnoszę się do Waszych komentarzy dopiero teraz. Czytałem na bieżąco, ale szlak mnie trafia, gdy mam pisać z telefonu, a do kompa nie miałem kiedy usiąść. Oczywiście zgadzam się z całą krytyką. Ba, pluję sobie w brodę, że w ogóle wstawiłem ten tekst, i trzymam kciuki, żeby nikt tu więcej nie zaglądał :P Akcji faktycznie, jak mawia znajoma, tyle co kot napłakał. Pamiętam, że pisząc, chciałem wprowadzić drugą postać – stąd jęk za szybą – ale zwyczajnie stchórzyłem (przerwa w pisaniu robi swoje). Ale tłumaczę się, a miałem błędy poprawiać ;-) Jeszcze raz dzięki za odwiedziny i komentarze.

 

Finklo – z jakiego sznura, bo albo nie pamiętam, albo nie kojarzę? :P

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

A, to żarcik – nawiązanie do skeczu Neonówki “Niebo”. Tam Lucyfer zadaje rozmówcy słynne pytanie: “Bohu, a ty dalej ze sznura dzwonisz?”. Tak mi się skojarzyło.

Babska logika rządzi!

Finklo, chyba przesadziłaś tym razem :D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Możliwe, ale Autor Bogusław i nie mogłam się oprzeć. ;-)

Babska logika rządzi!

Perełki:Czyż to nie prawda, że każdy z nas uśmiecha się na swój niepowtarzalny sposób, oryginalny niczym linie papilarne?”.

 

„Nie ma co ukrywać – były to cechy, które pragnąłem kiedyś ujrzeć u siebie, na tej samej zasadzie, na której bezdomny żebrak pragnie z piskiem opon zaparkować ferrari vis-a-vis basenu i wskoczyć do wody w garniturze od Anderson & Sheppard”.

 

Z całą pewnością tekst wykracza poza przyjęte na tym portalu granice gatunkowe. Stąd prawdopodobnie kłopoty co-po-niektórych z przetrawieniem tego opka. Ja na szczęście, takich problemów nie mam – być może dlatego, że sam nie przepadam za ciasnymi ramami Odgrzanych Schematów Literackiej Odtwórczości (OSLO).

Śmiem twierdzić, że na tym portalu było już prawie wszystko, co literacka młódź może aktualnie z siebie wydusić i zapisać w postaci mniej lub bardziej składnych zdań. Napisanie czegoś nowego, świeżego – na dodatek od podstaw – graniczyłoby z cudem (być może stąd narastające znużenie co-po-niektórych portalowymi produkcjami).

 

Tak czy inaczej, mnie Twój tekst nie zmęczył. Raczej zaintrygował. I nie ma się co przejmować krytyką, bo nie jest to tekst, który można wcisnąć w ciasne ramki sf czy nawet soc sf / post apo sf– ale to akurat OK, bo świadczy o niebanalnych kierunkach poszukiwań Autora. I tu najważniejsze spostrzeżenie: level techniczny i – uwaga, uwaga: trudne słowo! – duchowy tego szkicu bije na głowę uśredniony poziom opowiadań ukazujących się na tym portalu.

Bardzo osobisty i naładowany emocjami tekst o apokaliptycznym przeobrażaniu się Starego Świata, który z tych czy innych powodów zanurza się w Obcości. Pozostają tylko wspomnienia, tęsknota – i podświadomy lęk, jak to się wszystko skończy.

Fajne. Nowe. Trudne.

I takie ma być : )

Pozdrawiam.

...always look on the bright side of life ; )

Dziękuję, Jacku za wizytę i opinię ;) Z pewnością był to eksperyment i z pewnością mogłem rozwinąć go na wiele sposobów, gdybym miał jakiś plan. Nie miałem, więc wyszło, jak wyszło. Szkoda, ale mam nauczkę, żeby w przyszłości “z potrzeby chwili” pisać do szuflady.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Nowa Fantastyka