- Opowiadanie: gregory999 - Przekaz

Przekaz

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Przekaz

John Irving kręcił się i gniótł spoconą pościel w swoim mieszkaniu na piętnastym piętrze najdroższego apartamentowca Miami. Mimo otwartego szeroko okna i powiewającej delikatnie firanie w pomieszczeniu było wyjątkowo gorąco. Na skroni śpiącego mężczyzny pojawiały się krople potu.

Nic dziwnego, bo śnił on właśnie wyjątkowo mocny, hipnotyczny i zarazem niebezpiecznie realistyczny sen.

Sen? Nie, to złe określenie. To było drapieżne, tłuste sennisko. O charakterze wybitnie filmowym.

Kamera snu Irvinga obserwowała z oddali opuszczony i skąpany w deszczu opuszczony budynek fabryczny. Najazd do środka pomieszczenia pokazał gruzowisko i stół pingpongowy, używany przez dwie zakonnice. Kobiety były w trakcie zaciekłego pojedynku, a odgłosy gry zagłuszały nawet deszcz wpadający przez dziurę w dachu.

Najazd kamery pokazał szczegóły – czarne paletki miały nietypowy kształt pentagramu a zakonnice grały z intensywnością niespotykaną nawet na międzynarodowych międzynarodowych. Po piętnastu diabelnie szybkich zagraniach wygrała wyższa z kobiet. Podskoczyła z radości i odsłoniła zęby w szerokim uśmiechu. Najazd kamery był diabelnie szybki i pokazał wybitnie wampirze i zakrwawione kły. I właśnie wtedy kobieta skierowała swoje agresywne spojrzenie prosto w oczy Irvinga.

Zareagował przerażeniem. Było tak intensywne, że mężczyzna się od razu obudził.

Irving wstał, napił się wody z lodówki i wkładając głowę do zamrażarki próbował uspokoić szaleńczo bijące serce. Udało się to dopiero po 10 minutach.

Kolejny sen był koloru czerwonego. Właśnie ten kolor widział Irving przez zakurzoną przyłbicę swojego skafandra kosmicznego, gdy z czterema innymi mieszkańcami bazy Kościuszko 10 wspinał się się na wulkan tarczowy Arsia Mons.

Irving szedł jako pierwszy, tuż za nim człapał w ogromnym kombinezonie Kowalski, główny medyk bazy, dalej szła nieomal tanecznym krokiem bioinżynier Skawińska, wyprawę zamykał Petersen, który szedł wolno, przygnieciony ciężarem ogromnego lasera przemysłowego.

Astronauci szli w ciszy, w komunikatorach słychać było tylko szelest materiału skafandrów i głośne oddechy Kowalskiego, dla którego każdy wysiłek fizyczny był trudny. Medyk rzadko musiał ruszać swoje pokaźne, 140 kilogramowe ciało a nawet przy marsjańskim ciążeniu było to trudne.

Irving czuł ekscytację. Namówienie Centrali na udzielenie zgody na wyprawę trwało aż półtora tygodnia, wspinaczka była natomiast upragnioną odmiana od uciążliwej codzienności w bazie, wypełnione eksperymentami, badaniami i przesyłaniem danych na Ziemię.

Na górze wulkanu zobaczyli fascynujący marsjański krajobraz – czerwone skały, doliny i zerodowane zbocza wypełniały cały horyzont. To było niemal hipnotyczne i kojące doświadczenie, Irving złapał się na tym, że mogły spędzić kilka dni tylko na obserwowaniu krajobrazu.

Leniwą obserwację przerwał zimny głos Petersena.

– Ty tu zostajesz, Skurwysynu!

Skawińska sprawnie unieruchomiła Irvinga, Kowalski powalił go na ziemię.

Petersen wycelował laser prosto w jego klatkę piersiową. Palcem wskazującym odbezpieczył spust broni.

– To za Bukareszt!

Nie zdążył się przestraszyć, ale zdążyć zauważyć różowy promień lasera, który za chwilę miał przysmażyć jego ciało.

Właśnie wtedy nastąpiły dwie rzeczy jednocześnie. Sen Irvinga przeszedł do fazy płytkiej, czyli takiej, gdzie śniący może sobie zdawać sprawę z nierealności rzeczywistości. Promień różowego lasera zamienił się w intensywne białe światło, które zdominowało cały zakres widzenia mężczyzny. Wkrótce zaczęło ona migać jak stroboskop, w jego centrum pojawiały się niewielkie obrazy. Irving zaczął słyszeć coraz głośniejszą muzykę klasyczną.

Pomiędzy błyśnięciami światła pojawiały się czarno-białe wizje, niewyraźne jak zniekształcony sygnał kineskopowego telewizora. Intrygujące doświadczenie bez specjalnych ostrzeżeń zamieniało się w irytujące.

Irving widział tam czarną jak dusza Szatana retrospekcję swojego życia. Tajemniczy życiooperator wyświetlał mu wszystkie świństwa, które zrobił w życiu, pikantne grzechy i pęknięte serca. Widział zrujnowane przez siebie kariery i przegrane życia. Doświadczał dawnych sytuacji, gdy ranił i niszczył złośliwym gestem i także tych, gdzie powodował destrukcję przez zaniechanie. Widział ludzi, którzy nie mogli się podnieść ze swoich porażek, słyszał wykrzyczane z głębi serca przekleństwa na swój temat. Muzyka narastała, obrazy stawały się wyraźniejsze

– Chyba tak właśnie jest przed śmiercią. I chyba nie pójdę do nieba – pomyślał.

I właśnie wtedy się obudził. Usiadł na łóżku, zrzucił na podłogę zapoconą pościel i nabrał powietrza, niczym świeżo uratowany topielec.

Dojście do siebie zabrało mu aż 147 głębokich oddechów. Za oknem panoszył się już świt a promień słońca podkreślał skrawek papieru na stoliku nocnym.

Irving uświadomił sobie najpierw, że słowa były skreślone jego charakterem pisma. Potem przyszło zaskoczenie, że nie pamiętał momentu pisania.

Na skrawku papieru ktoś napisał: Roboty zaatakowały o świcie…

Koniec

Komentarze

Opisywanie snów jest nudne i mało fantastyczne. Tak jest również w tym przypadku.

Szkoda, że przed zamieszczeniem tekstu nie przeczytałeś go, bo pewnie zauważyłbyś, jak źle został napisany. Może dostrzegłbyś, że w obecnym  kształcie szort raczej nie powinien ujrzeć światła dziennego.

Poniżej niektóre usterki. Niektóre, bo poprawienia wymaga niemal każde zdanie.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą zdecydowanie ciekawsze i lepiej napisane.

 

Czy to urodziny Johna Irvinga natchnęły Cię, Gregory, do popełnienia Przekazu?

 

John Irving krę­cił się i gniótł spo­co­ną po­ściel w swoim miesz­ka­niu na pięt­na­stym pię­trze naj­droż­sze­go apar­ta­men­tow­ca Miami. – Czy dobrze rozumiem, że John Irving wirował we własnym apartamencie i miął zalegającą tam, wilgotną od potu pościel? Dość osobliwe zajęcie.

 

Mimo otwar­te­go sze­ro­ko okna i po­wie­wa­ją­cej de­li­kat­nie fi­ra­nie… – Mimo otwar­te­go sze­ro­ko okna i po­wie­wa­ją­cej de­li­kat­nie fi­ra­ny

 

Ka­me­ra snu Irvin­ga ob­ser­wo­wa­ła z od­da­li opusz­czo­ny i ską­pa­ny w desz­czu opusz­czo­ny bu­dy­nek fa­brycz­ny. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

za­kon­ni­ce grały z in­ten­syw­no­ścią nie­spo­ty­ka­ną nawet na mię­dzy­na­ro­do­wych mię­dzy­na­ro­do­wych. – Międzynarodowe międzynarodowe, są, podejrzewam, międzynarodowe po wielokroć.

 

Po pięt­na­stu dia­bel­nie szyb­kich za­gra­niach wy­gra­ła wyż­sza z ko­biet. Pod­sko­czy­ła z ra­do­ści i od­sło­ni­ła zęby w sze­ro­kim uśmie­chu. Na­jazd ka­me­ry był dia­bel­nie szyb­ki… – Powtórzenie.

 

Udało się to do­pie­ro po 10 mi­nu­tach.Udało się to do­pie­ro po dziesięciu mi­nu­tach.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Irving szedł jako pierw­szy, tuż za nim czła­pał w ogrom­nym kom­bi­ne­zo­nie Ko­wal­ski, głów­ny medyk bazy, dalej szła nie­omal ta­necz­nym kro­kiem bio­in­ży­nier Ska­wiń­ska, wy­pra­wę za­my­kał Pe­ter­sen, który szedł wolno, przy­gnie­cio­ny cię­ża­rem ogrom­ne­go la­se­ra prze­my­sło­we­go.

Astro­nau­ci szli w ciszy… – Powtórzenia.

 

Medyk rzad­ko mu­siał ru­szać swoje po­kaź­ne, 140 ki­lo­gra­mo­we ciało… – Medyk rzad­ko mu­siał ru­szać swoje po­kaź­ne, stuczterdziestokilogramowe ciało

 

Na górze wul­ka­nu zo­ba­czy­li fa­scy­nu­ją­cy mar­sjań­ski kra­jo­braz… – Dlaczego marsjański krajobraz był na górze wulkanu?

 

– Ty tu zo­sta­jesz, Skur­wy­sy­nu! – Dlaczego skurwysyn jest napisany wielką literą?

 

Nie zdą­żył się prze­stra­szyć, ale zdą­żyć za­uwa­żyć… – Powtórzenie.

 

Wkrót­ce za­czę­ło ona migać jak stro­bo­skop… – Literówka.

 

swo­je­go życia. Ta­jem­ni­czy ży­cio­ope­ra­tor wy­świe­tlał mu wszyst­kie świń­stwa, które zro­bił w życiu, pi­kant­ne grze­chy i pęk­nię­te serca. Wi­dział zruj­no­wa­ne przez sie­bie ka­rie­ry i prze­gra­ne życia. – Powtórzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy, pokornie dziękuje za wszystkie uwagi.

Urodziny Irvinga nie stanowiły dla mnie żadnej inspiracji

Czy liczba 147 to jakiś symbol, którego znaczenia nie potrafię odkryć? Czy Skurwysyn to nazwa własna, skoro pisane wielką literą? Pewne oczywiste zaimki można by opuścić np. przy ludziach podnoszących się ze swoich porażek – raczej nie podnosiliby się z cudzych ;)

Akurat to opowiadanie nie trafiło w mój gust, ale życzę powodzenia w kolejnych próbach.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Przeczytałem. Miałeś “jakiś” pomysł. Nic nowego, ale jednak. Niestety położyłeś to i owo…

 

Jakbym mógł coś doradzić, to zanim wrzucisz jakiś tekst na portal, nie żałuj autokorekty. Przeczytaj sobie tekst na głos i, to ważne, pozwól tekstowi odleżeć (najlepiej pisz następne opowiadanie w tym czasie). A tuż przed samym wrzuceniem tekstu skorzystaj z tego:

http://www.fantastyka.pl/loza/17

Pamiętam jakby to było wczoraj. To Reg (Regulatorzy) oświeciła mnie tym linkiem. I dziś ja daję, go Tobie. Niech Ci służy i prowadzi. A pewnego dnia, może Ty przekażesz go dalej ;)

 

Pozdrawiam :)

 

Gregory, jeśli uznałeś uwagi za przydatne, to bardzo się cieszę. ;)

 

Blacktomie, dziękuję. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Drapieżne, tłuste sennisko? Brzmi okropnie :P Nie porwało, przykro mi.

Precz z sygnaturkami.

Motyw snu oklepany, a Ty, Gregory, chyba nie postarałeś się,  żeby tekst był ujmujący:(

Starałam się nie powielać tego, co już wskazała Regulatorzy ; )

 

“wspinaczka była natomiast upragnioną odmiana od uciążliwej codzienności w bazie, wypełnione eksperymentami“ – odmianą; wypełnionej

 

“Irving złapał się na tym, że mogły spędzić kilka dni tylko na obserwowaniu krajobrazu.“ – mógłby

 

“…tylko na obserwowaniu krajobrazu.

Leniwą obserwację przerwał zimny głos Petersena.“

 

“Wkrótce zaczęło ona migać jak stroboskop, w jego centrum pojawiały się niewielkie obrazy. Irving zaczął słyszeć…”

 

“Muzyka narastała, obrazy stawały się wyraźniejsze“ – brak kropki na końcu zdania.

 

“Dojście do siebie zabrało mu aż 147 głębokich oddechów.“ – sto czterdzieści siedem słownie

 

Poczytaj sobie o przecinkach w zdaniach z “a”. W tym tekście mignęło mi kilka zdań o takiej konstrukcji, w których przecinka brakowało. Przykład:

“Za oknem panoszył się już świt[+,] a promień słońca podkreślał skrawek papieru na stoliku nocnym.“

 

Przyznam, że nie rozumiem twistu na koniec. Znaczy nie wiem też, skąd te zmieniające się realistyczne sny, ale to jestem w stanie łyknąć jako element fantastyczny – może to jakaś symulacja, specjalny program, jakieś prochy itp. Ale zakończenie pozostaje dla mnie zagadką.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Hmmm. Też nie zrozumiałam. Może dlatego, że na razie nie czytałam nic Irvinga.

Zgadzam się z Reg, że opowiadane sny zazwyczaj są nudne.

Babska logika rządzi!

Niestety nic ciekawego. Sam fakt, że od początku wiem, że był to sen, nie pomaga – czuję, że to nierealne i bohaterowie nic nie grozi. Zero stawki, zero konfliktu, zero emocji. Przesłania tego snu też nie zrozumiałem.

Ot przeczytałem tego szorta i zapomniałem.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Może gdyby to nie był sen… jakoś by bardziej trafiło, ale przykro mi ze snu można się obudzić. Próbowałeś się ratować w paru ostatnich linijkach, niestety z marnym skutkiem.

F.S

Nowa Fantastyka