- Opowiadanie: cobold - Drugie Królestwo

Drugie Królestwo

Kiedy świat stanie się czarno-biały?

Od 11.03. wersja ze zmienionym zakończeniem.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Drugie Królestwo

„Ku łagodniejszej fali wzdyma płótno

Łódź mego ducha i na cichsze morze

Wpływa, za sobą mając toń okrutną.

A ja o wtórym z królestw śpiew ułożę…”

Dante

 

– Dar Jego Królewskiej Mości, Manuela Portugalskiego! – Papieski herold wykrzyczał wreszcie słowa, na które wszyscy zgromadzeni czekali od wielu miesięcy. Od strony trybun odpowiedział mu gwar ożywionych głosów. Siedzący w dolnych rzędach powstali z ław, zmuszając po chwili do tego samego widzów zajmujących bardziej zaszczytne miejsca. Z perspektywy balkonu Raffaella wyglądało to jak sunąca w górę purpurowa fala. Zachowanie dostojników było zrozumiałe – rzadko ostatnio zdarzała się okazja do podobnej rozrywki. Z drugiej strony, rzekomy podarunek był takich rozmiarów, że trudno byłoby go przegapić.

Mechaniczny słoń kroczył przez dziedziniec Pałacu Papieskiego.

Jego kończyny, jak potężne kafary, kruszyły marmurowe płyty podłoża. Mlecznobiała skóra opinała ogromne cielsko, doskonale maskując ukrytą w środku maszynerię. Wielkie uszy wachlowały w rytmie kroków. Dla lepszego efektu machinie towarzyszyło sześciu mameluków o hebanowej skórze, którzy udawali, że kierują krokami słonia przy pomocy uprzęży i batów. Wzniesiona dumnie trąba celowała prosto w lożę Jego Świątobliwości.

Raffaell spojrzał z uznaniem na swojego towarzysza. Leonardo uśmiechnął się szelmowsko.

– Poczekaj młody, najlepsze jeszcze przed nami!

Słoń zbliżył się do trybun zajmowanych przez Kolegium Kardynalskie. Wypełniające wnętrze machiny przekładnie i koła zębate zazgrzytały wyższym tonem, olbrzym zachwiał się do przodu, do tyłu, znowu do przodu i stanął w miejscu. Na moment zapadła całkowita cisza. Widzowie, wciąż stojąc, wstrzymywali oddech w oczekiwaniu na dalszy ciąg widowiska. Po chwili dał się słyszeć cichy terkot, a potem dwa potężne tąpnięcia, od których zadrżały mury pałacu – słoń opadł na przednie kolana i skłonił głowę przed papieżem!

Zachwyceni kardynałowie zaczęli bić brawo, Jego Świątobliwość powstał i z łagodnym uśmiechem pozdrawiał wiwatujący tłum. W tym momencie słoń uniósł trąbę i prysnął strumieniem wody prosto w papieża i otaczających go dostojników. Ogromny kleks rozlał się po czcigodnych ciałach, spłukując z nich kolory. Tęczowy liszaj spływał po stopniach widowni, zabierając ze sobą barwy tych, którzy nie zdążyli się w porę uchylić. Gdy dotarł do poziomu dziedzińca, wyglądał jak gigantyczny pawi ogon. Albo jak wschodni dywan rozłożony u stóp białego słonia.

Brawa umilkły. Ojciec Święty, podobnie jak połowa składu Kolegium Kardynalskiego, był teraz tylko płaską, białą sylwetką otoczoną czarnym konturem. Jak papierowa zabawka na wietrze, kręcił się w miejscu, wyraźnie zdezorientowany, aż w końcu zastygł w perspektywicznym skrócie, oskarżycielsko wyciągając zarys ręki w kierunku loży zajmowanej przez Raffaella i Leonarda.

– Powinien pamiętać, że tak się to skończy – gderał starzec, niechętnie dźwigając się z ławy. – Masz, młody, pędzle ze sobą? Szykuje ci się dodatkowa robota!

Resztki farby wsiąkały w szczeliny marmuru wokół klęczącego słonia.

 

W pewnym oddaleniu od podobnych dworskich rozrywek (a dokładniej rzecz ujmując, jakieś dwieście łokci ponad dziedzińcem pałacu) Michelangelo malował sklepienie niebieskie. Leżąc na plecach, na samym szczycie chybotliwej konstrukcji, kawałek po kawałku pokrywał wnętrze kopuły kolejnymi plackami świeżego tynku, na który następnie nanosił pigmenty szlachetną techniką al fresco. Technika była szlachetna, ale Michelangelo chętnie odstąpiłby komuś innemu zaszczyt obolałych pleców, wapna pryskającego do oczu i marmurowego pyłu drapiącego w gardle. Z drugiej strony, miał świadomość, że są rzeczy, które może zrobić tylko on sam.

Właśnie kończył nakładać kolejną porcję tynku, kiedy poczuł rytmiczne drżenie drewnianej platformy pod plecami.

– Znowu? – mruknął pod nosem. – Trzeci raz w tym miesiącu…

Jedna była tylko osoba, której strażnicy nie mogli zabronić wejścia na rusztowanie. Michelangelo przetoczył się na brzuch i poczołgał w kierunku drabiny. Wprawdzie Jego Świątobliwość był teraz w znacznie lepszej formie niż za życia, ale wciąż pozostawał mężczyzną przy kości. Wychodząc mu na spotkanie, malarz miał nadzieję zaoszczędzić nieco czasu. Może tynk nie zdąży wyschnąć przed jego powrotem i nie trzeba będzie skuwać wszystkiego.

Spotkali się dwie platformy niżej – czyli znacznie bliżej nieba niż Rzymu. Michelangelo pochylił głowę, by pocałować papieski pierścień.

– Ostrożnie! – Ojciec Święty z zakłopotaniem cofnął rękę. – Świeżo malowane…

Odchrząknął, nerwowo splótł dłonie za plecami i zaczął przechadzać się po podeście. Rusztowanie skrzypiało przy każdym jego kroku.

– Powiedz, komu chcesz zrobić na złość w ten sposób? – zaczął swoją przemowę. Dzisiaj próbował po dobroci. – Na dole jest mnóstwo pięknej przestrzeni do pokolorowania. Nie przeczę, Watykan w czerni i bieli ma jakiś klasyczny urok… Może zostawię lochy w tym stanie?  – Wypowiadając słowo „lochy” rzucił malarzowi znaczące spojrzenie. – Ale galerie trzeba niezwłocznie pomalować! Przygnębia mnie już ten kontrast.

Michelangelo nie odpowiadał. Obserwował papieża, przesuwając się cały czas, tak żeby zasłonić leżące w kącie worki z pigmentem. Czarnym i białym.

– Przecież szkoda twojego talentu! – Kusił dalej Ojciec Święty. – Malować sufit na niebiesko potrafi byle rzemieślnik!

– W Rzymie nie ma byle rzemieślników.

– Masz do mnie ciągle żal o tamto malowidło? – Papież zatrzymał się wreszcie na brzegu podestu. Patrzył teraz prosto na malarza. – Przecież rozumiesz, w naszej obecnej sytuacji było w nim coś… niestosownego. Zresztą, za mojego pontyfikatu ta ściana nie była jeszcze pomalowana.

– A za moich czasów, ten fresk uznano za arcydzieło!

– Namalujesz jeszcze niejedno. Zejdź na dół, zajmij się czymś godnym twojego talentu. Do tego sklepienia przyślę kogoś młodszego.

– To musi być zrobione porządnie! Nie wiadomo jak długo będziemy tu siedzieć. Wasza Świątobliwość nie chciałby przecież, żeby kiedyś spadł mu na głowę kawał nieba.

Ojciec Święty wychylił się poza krawędź platformy i z nieufnością przyjrzał sklepieniu.

– Myślisz, że spędzimy tu dużo czasu? – zapytał.

– A gdzie my w ogóle jesteśmy?! – Nie wytrzymał Michelangelo.

Papież machnął ręką zniecierpliwiony.

– Oj, przecież wiesz, że nigdy nie byłem biegły w tych tematach… Zwołałem Kolegium Kardynalskie, w celu ustalenia tej kwestii.

– I jakie wnioski?

– Połowa składu orzekła że jesteśmy w Niebie, połowa że w Piekle. Dobrze, że nie mieli więcej opcji…

– Jak na tak szlachetne grono, zastanawiający brak pewności co do własnego przeznaczenia – zauważył malarz.

– Podejrzewam, że głównym źródłem rozterek jest dla nich wzajemne tutaj towarzystwo – odparł z pewnym roztargnieniem Ojciec Święty.

Michelangelo pokiwał głową.

Jego Świątobliwość jakby zapomniał o celu swojej wizyty. Przyjrzał się raz jeszcze sklepieniu, pobłogosławił machinalnie malarza i ruszył ku drabinom wiodącym w dół rusztowania. Michelangelo, nie czekając, skierował się w przeciwnym kierunku. Może jeszcze zdąży zamalować ten świeży tynk…

– Nie brakuje ci tutaj błękitu? – Usłyszał nagle za plecami. Głowa papieża wystawała znad podestu, ręka wskazywała na worki z pigmentami.

– Nie – odpowiedział Michelangelo.

 

Purpurowe szaty Ojca Świętego pysznie prezentowały się na tle czarno-białych ścian, gdy szybkim krokiem przemierzał korytarze Galerii Watykańskich. Czasu i talentu nadwornych malarzy wystarczyło, póki co, jedynie na dziedziniec i prywatne apartamenty. Oraz na niezbędne poprawki blednących mieszkańców tego dziwnego miejsca.

Kiedy pojawili się tutaj po śmierci, przywitał ich świat jak z jednobarwnych rycin. Zarysy budynków, jak szkice przygotowane przez wielkich architektów. Płaskie powierzchnie pozbawione ozdób. Dekoracje z teatrzyku cieni. Czyste przestrzenie, geometrycznie posiatkowane czarnymi liniami. I puste białe niebo. Jedynym realnie wyglądającym miejscem była ściana na wprost wejścia do Kaplicy Sykstyńskiej. Ta z freskiem przedstawiającym Sąd Ostateczny.

Na początku przychodził tu często, próbując zrozumieć znaczenie malowidła. Ale z czasem, gdy dzięki wysiłkom malarzy, inne fragmenty pałacu odzyskiwały głębię a życie wracało do normy, bywał tu coraz rzadziej. Wreszcie, gdy zaczęło brakować niektórych pigmentów, wydał polecenie skucia fresku i wykorzystania jego barw do innych celów.

Stał teraz przed pustą ścianą i próbował zrozumieć raz jeszcze. Mur, choć obecnie już biały jak wszystkie pozostałe, posiadał swoistą głębię. Ślady po dłutach nadawały mu niezwykłą fakturę. Zadrapania, odpryski i wypukłości tworzyły fascynujący wzór. Jak piana na morzu. Albo jak chmura.

Nadal nie wiedział, co to mogłoby znaczyć. Zsunął z palca papieski pierścień. Spojrzał na swoją dłoń. Nie była już taka jak dawniej. Na palcu, jak piętno, pozostał niezamalowany ślad. Przyłożył rękę do białej ściany i pochylił głowę.

– Obmyj mnie zupełnie z mojej winy i oczyść mnie z grzechu mojego.

 

Raffaell z Leonardem wylądowali na przedostatniej platformie. Michelangelo już na nich czekał. Siedział w kącie, w fartuchu pokrytym szarymi plamami, z plackami tynku na twarzy, włosami barwy popiołu i wyglądał jak zwykły robotnik w czasie przerwy na posiłek.

– Młody, nie będzie ci żal tego wszystkiego? – zażartował, wstając.

Raffaell tylko skrzywił się  lekceważąco, ale nie spojrzał mu w oczy.

Michelangelo sięgnął w górę i zaczął demontować podest nad ich głowami. Wysunął ostrożnie jedną z desek i odłożył ją na bok. W powstałej szczelinie coś zamigotało wszystkimi odcieniami szarości. Zapachniało oceanem. Kolejne deski wyciągali już wspólnie, w gorączkowym pośpiechu. Wilgotne drewno ślizgało się w dłoniach.

– Za Sąd Ostateczny? – zawołał Leonardo, przekrzykując narastający hałas.

– Za Sąd! – odparł Michelangelo. – Niech już wreszcie nastąpi – dodał ciszej.

Potężna chmura kotłowała się na sklepieniu. Poczuli na twarzach pierwsze krople deszczu. Leonardo skrzywił się z niechęcią. Był naprawdę bardzo stary. Usiadł na brzegu rusztowania, popatrzył ze smutkiem na dół. Kilka srebrnych piór spadało, kręcąc w powietrzu drobne kółeczka.

– Myślałem, że słoń wystarczy… – westchnął.

Rafaell nadal milczał. Też miał nadzieję, że papież zrozumie jego, ukryte pod pierścieniem, przesłanie.

– Takie rzeczy, to już nie dla mnie. Następnym razem weźcie ze sobą kogoś innego. Na przykład Gabriela… – dokończył stary archanioł.

 

 

Złożyli swe skrzydła książęta zastępów, spoczęli pod niebem pełnym miłosierdzia. A deszcz, jak to deszcz, padał przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy.

 

 

 

 

Fragment „Czyśćca” Dantego w tłumaczeniu Edwarda Porębowicza.

 

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Na początku wydawało mi się, że to ciekawy pomysł. Samo umieszczenie akcji w renesansowym Rzymie byłoby na plus. Ale potem okazało się, że to nie tak, jak myślę. I zgłupiałam. Straciłam punkt podparcia, nie rozumiem, co się dzieje, kto komu podkłada świnię i za co.

Babska logika rządzi!

Ale czytało się dobrze ;)

Nie przeczę – czytało się dobrze. Tylko na końcu zostaje pytanie: “Ale o so chozi?”

Babska logika rządzi!

Mnie tak często zostaje, przyzwyczaiłam się ;)

Melduję, że przeczytałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Tagi trochę mnie zniechęciły, bo nie przepadam za ściślejszymi nawiązaniami do historii, ale całość przeczytałam bez przykrości :)

 

Fragment że słoniem mnie zainteresował. Potem nie było już tak kolorowo, bo nie umotywowałeś należycie postępowania artystów i papieża. Niby wiemy o co i dlaczego mają żal, ale z drugiej strony jakkolwiek piękne nie byłoby zniszczone dzieło, chyba można by wybaczyć jego dewastację, tym bardziej, że przeprosiny były. 

 

Plus za dialogi:) Szczególnie ten o głosowaniu kardynałów odnośnie miejsca w którym się znaleźli :)

Jestem w kłopocie – przeczytałam opowiadanie bez najmniejszej przykrości i nawet mi się podobało, tyle że nie bardzo wiem, Anonimie, o co w tym wszystkim chodzi…

 

– Dar od Jego Kró­lew­skiej Mości Ma­nu­ela Por­tu­gal­skie­go! – pa­pie­ski he­rold wy­krzy­czał wreszcie słowa… –  – Dar od Jego Kró­lew­skiej Mości Ma­nu­ela Por­tu­gal­skie­go! – Pa­pie­ski he­rold wy­krzy­czał wreszcie słowa

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czyli wyszło jak zwykle…

Spróbuję na razie bez przepotężnych spojlerów. Klucz do opowieści leży w ostatnim zdaniu (tym stanowiącym przypis); myślałem, żeby je wrzucić na początek, po cytacie, ale nie chciałem psuć zabawy Czytelnikom. Ja tam osobiście nie wyobrażam sobie bardziej czarno-białego świata, niż ten stanowiący perspektywę rezydentów tego miejsca. Malarze chyba nie są po prostu malarzami, dla ułatwienia dodam, że pomimo noszonych imion, nie są też żółwiami ninja. W tekście nie chodzi o podkładanie świni, ale raczej o oczyszczenie i miłosierdzie. A końcowy toast (?) to raczej marzenie steranych wieczną pracą robotników niż wezwanie do zemsty.

Finkla – szkoda, że nie weszło. Specjalnie czekałem na Twój dyżur. Spróbuj może jeszcze raz, to krótki tekst…

Anet – fajnie, że się dobrze czytało. I komentarz taki wylewny… Fajnie!

Lenah – scena ze słoniem oparta na faktach. Biały słoń Hanno stanowił podarunek Manuela Szczęśliwego dla Leona X. Papież odwzajemnił się złotą konsekrowaną różą i ekskluzywnym prawem do prowadzenia handlu z Afryką.

Regulatorzy – fajnie, że tylko jeden babol, fatalnie, że na samym początku. Poprawiony.

 

EDIT: Dodałem jedno zdanie. Szóste od końca.

Miło się czytało, ale ja również miałem spory problem ze zrozumieniem – co miałeś/aś na myśli? Twoje wskazówki niewiele pomogły. Malarze nie są malarzami – tylko duchami malarzy? Potop zmył ze wszystkich kolory? Na jakim sklepieniu kotłowała się chmura – sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej czy sklepieniu niebieskim? Niespecjalnie mi pasuje również określenie “kleks” odnośnie wody (skoro kleks spłukiwał kolory, to chyba chodzi o wodę, nie o farbę?), “liszaj” w stosunku do farby…

Arcydzieło to nie jest, ale mimo wszystko fajne opko, gdyby tylko dać czytelnikowi więcej wskazówek – wtedy byłoby naprawdę super.

Precz z sygnaturkami.

Niebieski_kosmito, bardzo dziękuję za lekturę i komentarz. Tekst jest dwuznaczny, bo chciałem, żeby był inteligentnym rebusem. Każdy motyw zyskuje na koniec (po zmyciu fałszującej wszystko farby) drugie znaczenie. Określenia takie jak “liszaj”, “kleks” miały pejoratyzować to, co fałszywie kolorowe. Odpowiadam na Twoje pytania:

 

UWAGA: PAKIET PRZEPOTĘŻNYCH SPOJLERÓW !

 

Jeżeli jeden z bohaterów ma na imię Michał ANIOŁ, kumpluje się z innymi gośćmi o imionach m.in. Rafał i Gabriel, goście ci sypią piórami, posiadają zdolność lądowania znienacka na szczycie podniebnej konstrukcji, a na co dzień zajmują się oczyszczaniem na różne sposoby dusz czyśćcowych, to kim też oni mogą być?

Co do sklepienia – rusztowanie miało ok 200 łokci. Łokieć (wł. braccio) to renesansowa miara długości, stosowana m.in. przez Leonarda da Vinci, licząca sobie ok 65cm. Czyli, Anioł Michał pracował na wysokości ok 130m. Kaplica Sykstyńska ma ok 20m wysokości.

Rozważałam opcję z archaniołami, ale mi Leonardo nie pasował. I IMO Michelangelo jednak bardziej wskazuje na Buonarottiego niż na archanioła (jest chyba różnica między archaniołem a zwykłym aniołem?). To już łatwiej było założyć, że Gabriel ma być Giovannim Gabrielim i trzymać się twórców renesansowych.

Rzeczy oczywiste i jednoznaczne dla Autora nie muszą takie być dla czytelnika.

Wysokości Kaplicy Sykstyńskiej nie znam.

Babska logika rządzi!

Leonardo nie pasował i dlatego poszedł na emeryturę. I słuch o nim zaginął. A o Gabrielu śpiewają w kolędach…

Michelangelo wskazywał na Buonarottiego, a Raffaello na Santiego, bo się dobrze kamuflowali – takie zasady tej misji.

Nie trzeba znać wysokości Kaplicy Sykstyńskiej, żeby kojarzyć, że to trochę mniej od 10-piętrowego bloku, podczas gdy 200 łokci (miara przecież popularna w fantasy i intuicyjnie większa od kilkunastu cm) to jednak więcej. Na swoją obronę dodam, że rozważałem użycie sformułowania “dokładnie rzecz ujmując półtora grosa łokci”.

 

Kurczę, tak bardzo chciałem, żeby czarno-białe nie było łopatologiczne…

Hmmm. Nie wiem, jak wysoko jest sklepienie w najwyższych katedrach gotyckich. No, że sporo nad głową, to pewne. ;-)

Coś się udało – łopatologicznie z pewnością nie wyszło.

Babska logika rządzi!

Napiszę tak: bardzo mi się podobał język (starannie dobrany, kreuje plastyczne obrazy ;) ale niestety ni rozumim o co chodzi. Próbowałem z arką (i nawet całkiem fajna wizja mi wyszła :), próbowałem z obrazem (i tu też całkiem mi się podobało co sobie wyobraziłem) i podejścia ściśle historycznego (tu nie ogaranąłem i wróciłem do poprzednich wizji ;P), ale może jestem za głupi…

F.S

Dzięki Foloinie za lekturę i komentarz. Jeżeli Czytelnik jest zdezorientowany, to zawsze jest wina autora. Zwłaszcza, jeżeli więcej osób czytających nie wie o co chodzi, a już szczególnie, jeśli autor, tak jak tutaj, zna swoich przyszłych czytelników i wie czego oczekują…

Za późno, żeby wrzucać na betalistę, ale że bardzo polubiłem pomysł na ten tekst, może poradzicie mi tutaj co powinienem zmienić, aby był zrozumiały?

Pomysł był następujący: najbardziej czarno-biały świat, jaki mogłem sobie wyobrazić, to świat po Sądzie Ostatecznym. Tak już mam, że wieczność i niezmienność mnie przerażają. Wymyśliłem sobie dantejski czyściec, jako przestrzeń i czas przygotowania do tego ostatecznego podziału. To przygotowanie, w sensie symbolicznym miało polegać na oczyszczaniu z barw (rozumianych jako rzeczy powierzchowne, wspomnienie dawnego życia) i odsłanianiu tego co pod spodem, co prawdziwe i jednoznaczne. Wizualnie inspirowałem się czarno-białymi rycinami Piranesiego przedstawiającymi architekturę Rzymu. W świecie tym umieściłem renesansowy dwór papieski, znany właśnie z zamiłowania do splendoru, sztuki, bogactwa. I dodałem renesansowych artystów, zmuszanych przez papieża do ciągłego odtwarzania ziemskiej chwały (stąd zamierzona dwuznaczność tytułu – Drugie Królestwo jako określenie Czyśćca w cytacie z Boskiej Komedii, ale też jako podkreślenie wtórności tego, co z uporem maniaka próbuje w zaświatach odtworzyć papież). Na koniec zauważyłem, że dwoje z tych artystów nosi archanielskie imiona i pomyślałem, że ciekawym twistem fabularnym będzie uczynienie z nich zakamuflowanych zarządców tego świata, próbujących skłonić papieża i kardynałów do zrozumienia jak pozorna jest ich chwała i nietrwałe dążenie do odtworzenia dawnego stylu życia. Papież, w toku rozmowy z Michelangelo uświadamia sobie, że poza Piekłem i Niebem istnieje jeszcze trzecia (ale tymczasowa opcja) a widząc fragment własnego ciała nie pokryty farbą przez Rafaella, uświadamia sobie potrzebę oczyszczenia z tego co sztuczne. Nota bene Leon X będący pierwowzorem postaci papieża, był podejrzewany (uczciwie mówiąc głównie przez środowiska antyklerykalne) o ateizm – tu postanowiłem go usprawiedliwić.

Chciałem czytelnika wprowadzić w ten świat stopniowo i zaskakiwać odsłanianiem nowej perspektywy w każdym kolejnym rozdziale, aż do ostatnich słów – chyba za dużo na tak krótki tekst.

Hmmm. Chyba dodałabym jakąś scenkę z rozmową dwóch zakamuflowanych, z której jasno wynika, jaką pełnią rolę. Może to samo wydarzenie (słoń by się nadał) z perspektywy normalnego, najlepiej nowego, słabo wtajemniczonego widza i któregoś z nich.

Może jeszcze wyjaśnienie (przemowę do oczyszczanych?), że powinni dążyć do bieli, aby jak najjaśniej wyglądać, kiedy staną przed zbliżającym się Sądem. Ale to by już mogło zahaczać o łopatologię.

Może scenkę przyjęcia nowej duszy?

Babska logika rządzi!

Dzięki Finkla, (czemu Ty jeszcze nie śpisz?) pierwszy pomysł pasuje mi najbardziej. Bo rozumiem, że główny problem jest z tożsamością Archaniołów?

Bo jestem nocnym markiem. ;-)

Mnie najbardziej przeszkadzało to, że nie potrafiłam ustalić ich tożsamości – tak nie pasuje, owak zgrzyta… A jak nie wiadomo, gdzie leży kamień węgielny, to całe fundamenty szlag trafia…

Dante w motto nieźle naprowadza, ale Czyściec i Niebo uważam za paskudnie nudne.

I zwróć uwagę, że anonimowe teksty czyta się trochę inaczej. Wiadomo, są różni ludzie. Przy jednych nickach trzeba kminić na maksa, przy innych można spokojnie czytać co drugą linijkę w celu odlania zbędnej wody. W tym konkursie odruchowa wiedza, jak podejść do danego Twórcy, nie działa.

Babska logika rządzi!

Niebo i Piekło są nudne.

Czyściec jest fascynujący.

Ze specyfiką anonimowych konkursów masz całkowitą rację. Właśnie się tego nauczyłem.

Wizja stała się jaśniejsza, choć wolałbym wyczytać ją tekstu. Mimo wszystko zostanę przy swoich interpretacjach, które w dużej mierze nie odbiegały znacząco od Twoich :)

F.S

Dzięki Foloin!

Zmieniłem nieco zakończenie. Mam nadzieję, że teraz jest lepiej.

Mnie się podobało. Zinterpretowałem sobie że Aniołowie szykują sąd ostateczny w czyśćcu. Za daleko z interpretacją się jednak nie posunąłem, bo to nie za długi tekst ;P a w ręcz jak dla mnie za krótki na tyle rozważań i płaszczyzn. Choć po komentarzach autora rozumien i widzę jego zamierzenia zakotwiczone w tekście. Niestety nie miały okazji zbytnio się rozwinąć. Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dzięki Mytriksie! Ja po prostu nie lubię lania wody. A że pomysł trochę drabblowy, to i rozmiarowo starałem się tylko nie zejść poniżej dolnego konkursowego limitu. Za to liczyłem, że skuszę więcej czytelników.

Po chwili dał się słyszeć cichy terkot a potem dwa potężne tąpnięcia

Przecinek przed “a potem”

 

Michelangelo chętni odstąpiłby

literówka

 

Jedna była tylko osoba

dziwny szyk

 

– Nie brakuje ci tutaj błękitu? – Usłyszał nagle za plecami.

rozpocząłbym tutaj didaskalia z małej

 

– Przecież szkoda twojego talentu! – Kusił dalej Ojciec Święty.

tutaj to samo, błąd zapisu powtarza się gdzieś jeszcze, chyba przy “nie wytrzymał”

 

Poczekaj młody

przecinek przed wołaczem

 

Poza tymi paroma potknięciami napisane bardzo dobrze, z konkursowych tekstów, które dotychczas czytałem – najlepiej. Pomysły barwne, takie jak lubię. Już przy pierwszym czytaniu zrobiło wrażenie, choć byłem nieco niepewny interpretacji. Potem przeczytałem jeszcze raz, by wyłapać jak najwięcej smaczków i tekst tylko na tym zyskał. Początek i zakończenie stanowią niezłą klamrę. Przy uważnym czytaniu liczne elementy okazują się tworzyć logiczną całość. Może to jest właśnie minus, że trzeba UWAŻNIE czytać. Elementy układanki powoli wskakują na swoje miejsce – jak dla mnie dałoby radę w ogóle bez cytatu i przypisu. Przy ponownym czytaniu widać, jak zostawiasz tropy na poziomie zdania. 

Ogólnie bardzo dobry tekst. Ale anonimowość też się kłania. 

 

PS Uśmiałem się przy tych żółwiach ninja ;)

 

Dzięki, Fun!

Tak czułem, że są tu Czytelnicy, którym się w końcu spodoba. Piszę tak, jak sam lubię czytać. Może powinienem spróbować opowiadań detektywistycznych?

Zapisy dialogów zgodne z jedynym słusznym (na potrzeby konkursu) lokalnym poradnikiem. Choć, kusiło, żeby przynajmniej w dwóch przypadkach użyć małej litery (zwłaszcza przy tym kuszeniu). Szyk zdania, na które zwróciłeś uwagę, też uważam za dziwny, ale jakoś się do mnie przykleił i dobrze mi w tym miejscu brzmi.

Myślę, że jeszcze się znajdą czytelnicy, a dwie szóstki dadzą do zrozumienia, że coś w tym opowiadaniu jest ;)

Poradnik nie jest idealny. Ale weźmy to na zdrowy rozum. 

 

– A gdzie my w ogóle jesteśmy?! – Nie wytrzymał Michelangelo.

Moim zdaniem wypowiedzenie tych słów jest właśnie “niewytrzymaniem”. “Nie wytrzymał” traktuję w tym przypadku jako “wypalił”. Natomiast jeśli chcesz stwierdzić, że Michelangelo nie wytrzymał, bo np. stłukł filiżankę czy okazał to w jakiś inny sposób za pomocą gestu, a nie słów, wypadałoby zastosować normalny szyk: “Michelangelo nie wytrzymał”.

 

– Nie brakuje ci tutaj błękitu? – Usłyszał nagle za plecami.

Tutaj usłyszenie także odnosi się do wypowiedzi. Kropka oddziela dwa zdania. Co to za zdanie “Usłyszał nagle za plecami”? Nawet jak zmienisz szyk, to bez dopełnienia będzie kulawy. Bez kropki otrzymujemy: “Nagle za plecami usłyszał pytanie, czy nie brakuje mu tutaj błękitu?” (w luźnym przełożeniu na mowę zależną). Jeśli to jednak dwa zdania – co sugeruje wielka litera – konstrukcja nie ma sensu. Bo (1) najpierw padły jakieś słowa (2) bohater usłyszał coś za plecami – oddzielenie kropką zasugerowałoby, że to “coś” to nie owe słowa. Dopuszczalne byłoby ewentualnie:

“Nagle usłyszał głos za plecami.

– Nie brakuje ci tutaj błękitu?”

Choć w tym przypadku postawiłbym zamiast kropki dwukropek. 

Zatem “usłyszał” także z małej. Co kończy dowód ;)

Popieram Funa względnie Funta. Zwłaszcza w kwestii usłyszenia – takie niby zdanie nie ma sensu. Przy niewytrzymaniu już zostawiłabym wybór Autorowi.

Babska logika rządzi!

Jeśli “nie wytrzymał” ma być z dużej litery, to szyk jest błędny, przynajmniej tak na moje oko i według punktu 5. → http://www.jezykowedylematy.pl/2011/09/jak-pisac-dialogi-praktyczne-porady/

No dobra, remis ze wskazaniem na wersję Funa. ;-)

Babska logika rządzi!

Szanownym Bluźniercom zwracam jedynie uwagę, że tekst był już opiniowany przez Reg…

Z całym szacunkiem, nawet Reg nie jest nieomylna, choć na pewno jej pomoc jest nieoceniona ;)

Co do błędu, który Ci wytknęła, to mi umknęło. Ale idąc za i moimi wnioskami, i portalowym poradnikiem, powinieneś zostawić małą literę i zmienić szyk, bo słowo “gębowe”. 

– Dar Jego Królewskiej Mości, Manuela Portugalskiego! – Papieski herold wykrzyczał wreszcie słowa, na które wszyscy zgromadzeni czekali od wielu miesięcy.

Choć wtedy trudno by wcisnąć dopełnienie… Można by to rozwiązać rozbijając blok tekstu:

“Papieski herold wykrzyczał wreszcie słowa, na które wszyscy zgromadzeni czekali od wielu miesięcy:

- Dar Jego Królewskiej Mości, Manuela Portugalskiego!”

I ośmielę się sugerować, że otwarcie byłoby o tyle ciekawsze, że od razu pojawiłaby się jakaś mini-zagadka: na co wszyscy mogli tyle czekać? 

 

No i zostałam bluźnierczynią. Dobrze chociaż, że przez duże B. ;-)

Mam tylko nadzieję, że Reg tak beztrosko fatwami nie rzuca. Bo kapłani, to wiadomo, jak potraktują… ;-)

Babska logika rządzi!

Ja najbardziej boję się ponurej klątwy, zaczynającej się od słów: “Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi…” Brrr!

Sam pomysł i wykonanie podobało mi się, jednak fabuła już nie do końca. Potencjał nie został wykorzystany choć temat był wdzięczny (polecam opowiadanie Roberta Silverberga Na scenę wkracza żołnierz, a po nim wkracza drugi).

Dzięki Belhaju za lekturę, komentarz, ocenę i polecajkę. Znalazłem sobie tego “Żołnierza” i po pierwszych akapitach zapowiada się apetycznie. Mówisz, że potencjał nie wykorzystany? Silverberg, który wielkim pisarzem był,  potrzebował 80K znaków, ja, sługa nieużyteczny, wolałem się skondensować niż potem ścieśniać pod koniec limitu ;)

Nota bene, już jeden tekst o konkwistadorach, którzy trafili w specyficzne zaświaty, pojawił się w tym konkursie. Nie powiem czemu, ale polecam. 

Limity czasem potrafią zabić pomysł. Wiem coś o tym :)

Dorzuciłem klika do biblioteki :-)

 

A widzę, że fun rzucił do nominacji.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dzięki Mytrix!

Już jakby trochę z górki ;)

Urocze opowiadanie, bardzo zgrabnie i ciekawie wykorzystujące kontekst historyczny. Nie miałem problemu ze zrozumieniem, kim są w rzeczywistości malarze. Bardzo spodobała mi się pierwsza scena z mechanicznym słoniem ;) 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki NoWhereMan,

Fajnie, że wydało Ci się urocze. Takie właśnie chciałem, żeby było: krótkie, zgrabne i smaczne.

Wessała mnie ta scena ze słoniem. Świetny wstęp. Dalej też czytałam z dużą przyjemnością, płynąc przez kolejne, świetnie napisane sceny. Na koniec zostałam ze znakiem zapytania i musiałam dłuższą chwilę pogłówkować o co kaman. Z komentarzy autora wnioskuję, że jakoś w miarę ogarnęłam, ale nie do końca. Czuję się pokonana – rebus wyszedł aż nazbyt inteligentny ;) 

 

PS Ciekawa jestem, czy moje domysły odnośnie tożsamości autora okażą się słuszne :)

Specjalnie dla Werweny (choć pamiętam, że Cesarzowa woli te hebanowe) wizerunek białego słonia, skreślony anielską dłonią Raffaella.

 

 

 

źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Hanno_(elephant)

 

P.S. Też jestem ciekaw tych domysłów.

 

 

:D

Fun, Foloin, Mytrix – dla Was też po papieskim słoniku, podzielcie się ;)

Zwracam uwagę, że jeden zostanie bez opiekuna.

 

Znalezione obrazy dla zapytania hanno elephant

Ja biorę tego po prawej. 

To mój ten na dole.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Ależ uczta dla wyobraźni. Czytało mi się świetnie i coś tam zrozumiałam, choć może nie dokładnie tak, jak Autor sobie zamierzył.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Fleur, dzięki!

Możesz wybrać między słoniem lewym a środkowym ;)

 

P.S. Autor zamierzył sobie przede wszystkim, żeby się czytało z satysfakcją.

Biorę środkowego, bo ma trąbę do góry. Tylko, żeby mi nie zadeptał jaszczurki ;)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Nie ma popytu na słonia od dupy strony… ;-)

Babska logika rządzi!

Świetnie napisane. Niestety potrzebowałem Twoich wyjaśnień, żeby zrozumieć tekst. A to jest naprawdę świetna kwestia: "– Połowa składu orzekła że jesteśmy w Niebie, połowa że w Piekle. Dobrze, że nie mieli więcej opcji…"

Oj tam, Nimrod, co tu jest do rozumienia? Jakąś koncepcję musiałem mieć, żeby napisać te min. 10K znaków. Ale najważniejsze, żeby czytelnik był zadowolony. Też lubię tę kwestię i dwie kolejne. Podobne ostre dialogi prowadził Michał Anioł z papieżem w “Udręce i ekstazie” Irvinga Stone.

Słonie już się skończyły (a właściwie trzymam jeszcze jednego dla Śniącej) ale dzięki za komentarz i ocenę!

Słoń to niezbyt dyskretna łapówka ;)

Zwłaszcza jeśli lubi oblewać wodą obdarowanego wraz z otoczeniem. ;-)

Babska logika rządzi!

Fun, wziąłeś swojego? No, to nie wydziwiaj!

To jeszcze ja, jeszcze ja się “pochwalę”, że w Twoim tekście, Anonimie, zabłądziłam :) Aczkolwiek nie tak całkowicie, bo chociażby te postaci rozkminiłam tak, jak sobie tego życzyłeś. Z tym, że jakoś nie bardzo załapałam, co tu się właściwie dzieje :P A jak już, czytając, miałam nadzieję na rozwidnienie w głowie, to tekst się skończył :P ALE ja przecież zostawiam komentarze tylko tam, gdzie mogę pochwalić… czyli: to opowiadanie mi się podobało. Scena ze słoniem – bardzo, taka plastyczna, oryginalna, pomysłowa. Co do reszty to podobały mi się na przykład… moje własne fragmentaryczne interpretacje różnych elementów tego opowiadania, wybacz szczerość ;) :P No, oczywiście żartuję – chcę napisać, że tekst jest fajnie napisany i malowniczy, prowokuje do skojarzeń, przemyśleń, wyobrażeń. Także sympatycznie, naprawdę :)

Z całego opowiadania najbardziej spodobał mi się mechaniczny słoń. Tekst bardzo dobrze się czytało, choć historia nie jest dla mnie klarowna. Ogólnie dobry pomysł, choć jasności fabule by się przydało. 

Bo to wiecie, rozumiecie, są w ogóle trochę niejasne sprawy…

I chyba dobrze ;)

 

A za przeczytanie, komentarze i oceny dziękuję. I cieszę się, że lektura opowiadania była, mimo wszystko, źródłem przyjemności.

“…zachwiał się do przodu, do tyłu, znowu do przodu i stanął w miejscu. Na moment zapadła całkowita cisza. Widzowie, wciąż stojąc, wstrzymywali…”

 

Przeczytałam tekst i zgłupiałam. Przeczytałam Twoje wyjaśnienia i choć mi rozjaśniły, nomen omen, obraz, to uważam, że przekombinowałeś z symboliką. Ach, jakże trudno jest przemycić obraz z głowy na papier… (przy okazji – tak, nie ukrywam, że silne skojarzenie z żółwiami ninja przeszkadzało mi przez cały tekst, mimo że nigdy nie byłam fanką ; p). W skrócie – Leonardo zaburza ten cały interes, Michelangelo faktycznie kojarzy się przede wszystkim z Buonarottim i niestety zakładanie, że ktoś zastanowi się nad wysokością podaną w łokciach to jednak duży optymizm ;) Ja ogólnie skupiłam się przede wszystkim na próbach wyobrażenia sobie tego mgliście opisanego “obrazowego” świata, z którego można spłukać kolor, a nie na bohaterach jako takich, no ale to już mój problem, rzecz jasna.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Chwilami miałam wrażenie, że tekst jest świetnie napisany, a przy niektórych zdaniach całkowicie wypadałam z rytmu i musiałam wracać po kilka razy, żeby zrozumieć o co chodzi. Ale może to wina późnej pory.

Opowiadanie mnie nie wciągnęło. Miałam wrażenie, że czytam opis ładnego obrazka. Ale teraz, po przeczytaniu czuję bardzo dziwną satysfakcję, że nie zrezygnowałam w połowie, więc chyba muszę powiedzieć, że mi się podobało.

Zgubiłem się w tekście. Paniałem, że po śmierci są czarno-biali, ze się kolorują etc. etc., ale co, skąd, jak, dlaczego… Niby sa jakies podpowiedzi, ale pogmatwane, zaowalone toto nadmiernie jak na mój gust.

 

Za to ładnie napisane. I otwierająca scena ze słoniem zasysa nalezycie.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jose, Wybuchowa Dziewczyno i Psychofiszu – dziękuję za nocne odwiedziny, ale sami rozumiecie, że słonie już się skończyły ;( Zresztą, po co rybie słoń?

Za dużo symboli, powiadacie, zbyt pogmatwane… Nawet jak na apokalipsę?

Przeczytałem opowiadanie i komentarze i mam tak samo jak poprzednicy: czytało mi się dobrze, ale nadal nie wiem, w jakim celu jego bohaterowie znaleźli się w zaświatach i dlaczego w takiej formie.

Marcinie Robercie – dziękuję za komentarz.

w jakim celu jego bohaterowie znaleźli się w zaświatach – rozumiem, że pytanie jest natury egzystencjalnej i odpowiedź “bo umarli” Cię nie satysfakcjonuje. Nie czuję się jednak kompetentny aby udzielić głębszej odpowiedzi.

 dlaczego w takiej formie – a to już licentia poetica + wymogi konkursu.

No tak, lecz autor powinien chyba czymś więcej uzasadnić opisywany świat, niż tylko prostym “bo tak mi się chciało”.

Marcinie, masz całkowitą rację co do obowiązków autora – on musi wiedzieć, o co mu chodzi. Dość rozwlekle opisywałem swój pomysł kilkanaście komentarzy wyżej (wpis z 11.03. tuż po północy), jeżeli chcesz abym coś jeszcze wyjaśnił, napisz konkretnie, który element budzi Twoje wątpliwości. Będę natomiast uparcie bronił zagadkowej formy samego opowiadania, uważam, że o rzeczach ostatecznych po prostu nie wypada pisać w sposób dosadny i jednoznaczny.

Pozdrawiam!

Coś w tym jest, Anonimie.

Precz z sygnaturkami.

Nie twierdzę, że ma być dosadnie i jednoznacznie.

Jak ze wszystkim, warto znaleźć pewne equilibrium – tu, jak mi się wydaje, jest za bardzo zagadkowo, zabrakło prostszych podpowiedzi co do klucza interpretacyjnego lub objętości, by wprowadzić czytelnika w zamysł stopniowo, nie powodując mętliku w głowie. Ale to tylko moja opinia.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo plastyczty i ładny język. Sama lektura z tej strony była więc przyjemnością. Zbyt jednak enigmatyczne jak dla mnie, bym mogła w pełni zrozumieć, o co dokładnie chodzi. Ciężko więc też jest mi tu napisać jakiś konkretniejszy komentarz.

Zostawiam oryginalną część komentarza, a po powtórnym przejrzeniu po zakończeniu, widzę, że zmieniła się końcówka. Przyznaję, że w obecnej postaci sporo rzeczy mi się wyklarowało. I jeśli dobrze teraz odczytuję, to widzę tu czyściec, w którym dopiero ma nastąpić wybór/ocena – czarny czy biały świat z jednoczesną tęsknotą i pragnieniem pozostania w realnym, pełnym kolorów świecie. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

O proszę, Śniąca zrozumiała bez podpowiedzi!

I za to ostatni słonik, spod lady ;)

Znalezione obrazy dla zapytania hanno elephant

Trudny w ocenie tekst. Z jednej strony – napisany obrazowo, biało-czarność podobała mi się bardzo, jest też elegancko upakowana w niewielkiej objętości akcja, jednak problemy ze zrozumieniem (o których wspomniała spora ilość przedpiśców) sprawiły, że i ja zakończyłem czytać lekko zdezorientowany.

Późniejsze wyjaśnienia oraz modyfikacje w zakończeniu poprawiły odbiór całości. Opko na plus :)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dziękuję za słonika :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Coboldzie pogratulować opka :-) i wyróżnienia :D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dzięki Mytrix!

Dbaj o swojego słonia i nie przekarmiaj go! Oryginał zdechł na zatwardzenie.

Przekarmić to ja go nie przekarmię, prędzej w drugą stronę jak zapomnę dać mu fistaszki.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Fajne, ale mnie nie przekonało. Mam wrażenie, że już coś takiego czytałam, nie ma tu powiewu świeżości. Motywom, z których skorzystałeś, można było dać więcej, a wydaje mi się, że wziąłeś jedynie skorupy i skorupami je pozostawiłeś.

Bardzo podobała mi się pierwsza scena. Taka w stylu serialu Demony da Vinci. Obiecywała co innego niż dostałam. Potem za dużo gadania :P

Doceniam wykonanie. Nie rozpiszę się, bo już wszyscy wszystko powiedzieli.

 

– Poczekaj(+,) młody, najlepsze jeszcze przed nami!

 

Z drugiej strony, rzekomy podarunek był takich rozmiarów, że trudno byłoby go przegapić

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Wszystkie nominowane anonimy przeczytałem jeszcze zanim przestały być anonimowe, ale to chyba bez znaczenia, bo uczciwie mogę powiedzieć, że żaden nie podobał mi się na tyle, bym wsparł go swoim głosem piórkowładnym.

 

Największym grzechem, za który skazuję to opowiadanie na – no tak – czyściec, jest to, że ni cholery nie zrozumiałem, o co w tym wszystkim chodzi. Nawet łopatologia w komentarzach nie sprawiła, bym zrozumiał, choć wiem już, o co chodziło.

Pierwsza scena (która, wyjęta z kontekstu, wydała mi się absurdalna) wskazywała mi jednoznacznie, że opowiadanie będzie raczej humorystyczne, lekkie łatwe i, dejcie Bóg, przyjemne. Stety niestety, z tych przypuszczeń nie zostało prawie nic, bo o ile faktycznie proces czytelniczy był swojego rodzaju przyjemnością, ponieważ styl fajny, a tekst dopieszczony, to jednak nie mogę powiedzieć, by lektura przynosiła jakikolwiek rodzaj satysfakcji.

Pozwolisz, że nie będę wyłuszczał, gdzie dokładnie się pogubiłem, bo sam już nie wiem. Pewnie wszędzie. Pamiętam tylko, że już końcówka pierwszej sceny mi nie zagrała. Ale to akurat z przyczyn technicznych. Otóż:

Jak papierowa zabawka na wietrze, kręcił się w miejscu, wyraźnie zdezorientowany, aż w końcu zastygł w perspektywicznym skrócie, oskarżycielsko wyciągając zarys ręki w kierunku loży zajmowanej przez Raffaella i Leonarda.

– Powinien pamiętać, że tak się to skończy – gderał starzec, niechętnie dźwigając się z ławy. – Masz, młody, pędzle ze sobą? Szykuje ci się dodatkowa robota!

Z początku byłem pewien, że tym gderającym starcem jest spłowiały papież, bo tak wskazuje podmiot, ale finalnie chodzi o jednego z Mistrzów. To mi jakoś utknęło.

Reszta, jak wspomniałem, to już totalny chaos, nad którym nie zdołałem zapanować.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

PsychoFishu – “zabrakło prostszych podpowiedzi co do klucza interpretacyjnego lub objętości” – o, z tym drugim jestem w stanie się zgodzić. Trafić w equlibrium to jest sztuka, ale z dwojga złego wolę opowieść zbyt trudną, niż zbyt łopatologiczną. Możliwe natomiast, że rozciągnięcie tego tekstu dałoby czas czytelnikowi na przemyślenie podpowiedzi. Dzięki!

Śniąca – słonik jak słonik. Ale jaki kornak! I z jakim ankusem!!!

CountPrimagen – dzięki sojuszniku! Fakt, że byłeś współtypowanym do autorstwa to dla mnie osobny powód do satysfakcji.

Enazet – żal, że tym razem nie rozwaliło… “wziąłeś jedynie skorupy i skorupami je pozostawiłeś” – zabrzmiało bardzo starotestamentowo, muszę to przemyśleć.

Cieniu – “styl fajny, a tekst dopieszczony” – wystarczyło tyle napisać ;)

Sorry, Winnetou, jestem na nie.

Przeczytałam drugi raz.

Zmiany ułatwiły odgadnięcie, o co Ci chodzi (doceniam psikusa zrobionego papieżowi), ale nadal mam głowie mętlik malarsko-archanielski. Być może, gdybym lepiej znała historię Włoch, Rzymu i Watykanu… No i nadal nie widzę wszystkiego, co zawarłeś w komentarzach. Na przykład ojciec święty uświadamiający sobie istnienie trzeciej możliwości.

Bardzo ładna i plastyczna pierwsza scena. Chociaż i tam zgrzytnęli mi zgromadzeni czekający na coś od miesięcy. Tak w jednym miejscu się zebrali i czekali?

I tak z ciekawości: dlaczego w tym miejscu był tylko jeden papież?

Babska logika rządzi!

Nie gniewam się, Old Finklehand.

Konsekwencja to zacna cecha.

Wyjaśniam pozostałe wątpliwości:

 

“ojciec święty uświadamiający sobie istnienie trzeciej możliwości” – o tu, między wierszami:

Dobrze, że nie mieli więcej opcji…(…) – odparł z pewnym roztargnieniem Ojciec Święty. (…) Jego Świątobliwość jakby zapomniał o celu swojej wizyty. Przyjrzał się raz jeszcze sklepieniu, pobłogosławił machinalnie malarza i ruszył ku drabinom wiodącym w dół rusztowania.

 

“dlaczego w tym miejscu był tylko jeden papież?” – bo w takim miejscu każdy jest samotny. Dla najwnikliwszych czytelników ukryłem przekaz podprogowy w tej dziwnej konstrukcji gramatycznej:

Jedna była tylko osoba, której strażnicy nie mogli zabronić wejścia na rusztowanie” – z punktu widzenia walki o duszę tej konkretnej osoby, wszyscy pozostali to tylko dekoracje. Dlatego mogli tak sobie stać i czekać. Taka zabawa solipsystyczna.

 

 

Ufff! Dobrze, że mój czerwony brat nie chowa urazy. ;-)

No, to przyznam, że zaskoczyłeś mnie informacją, że to był teatrzyk zorganizowany dla jednego widza. Myślałam, że nie mogli mu zabronić ze względu na fuchę papieską.

Babska logika rządzi!

Dla mnie również o krztynę zbyt zagadkowe. Nie znam Dantego na tyle dobrze, aby wiedzieć, co miał na myśli, pisząc o drugim królestwie, a tekst nie zawiera wystarczająco wyraźnej podpowiedzi (choć wydaje się, że mogła bez zbędnej łopatologii zostać wpleciona w dialogi).

Scena ze słoniem <3. Warsztat na plus. Natomiast całość odrobinę przekombinowana – nie dojrzałem do takiej literatury ;P.

 

Skąd mieli pigmenty? Wspominasz, że ich źródłem był Sąd Ostateczny, ale dopiero, gdy zaczęły się kończyć. W takim razie, wszystko było czarno-białe czy nie?

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

No, nie da się ukryć, że przekombinowane ;)

Też nie znam Dantego, otworzyłem sobie początek Czyśćca i znalazłem taki fragment. Celowo podpisałem go tylko imieniem autora, bo słowo “czyściec” chciałem umieścić na samym końcu, jako zwornik opowieści, element, który powoduje, że wszystkie cegiełki wskoczą na swoje miejsca. Ale przekombinowałem.

Faktycznie, trochę niejasno opisałem dekoracje – wyjściowo, po wprowadzeniu się papieskiego dworu, wszystko (z wyjątkiem fresku) miało być czarno-białe, a na rozkaz papieża artyści zaczęli odtwarzać dawne kolory. Jakieś pigmenty mieli, jak to malarze w swoich pracowniach, ale wobec ogromu pracy zaczęło ich brakować i wtedy Ojciec Święty wpadł na obrazoburczy pomysł skucia fresku. Sam został zresztą, po oblaniu przez słonia, odnowiony przy użyciu tych barwników. Ich cudowne rozmnożenie powinno dać mu do myślenia…

Muszę przyznać, że przeczytałam z przyjemnością, ale zrozumiałam o co chodzi dopiero w komentarzach. Niestety nigdy nie zagłębiałam się w taką tematykę, dlatego moja wiedza w jej zakresie jest mocno ograniczona. Następnym razem poproszę o mniej niejasności. :P

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

No cóż, powtórzę za przedpiścami – bardzo dobrze napisane “nie wiem, co przeczytałam” :D Co gorsza, przy koniunkcji też miałam wątpliwości, więc twoje teksty coboldzie są chyba zbyt niejasny dla mojego małego rozumku ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Znaczy, że do "Smoko" nie mam nawet co słać? ;)

O rety, no co ty! Tak sobie zażartowałam. Poza tym “Życie Lothara…” głosowałam wszystkiemi ręcami i nogami, i w plebiscycie też. No i w Smoko oceniamy teksty grupowo, więc jedna osoba nie decyduje o wszystkim ;) A że pisać umiesz, to zapraszam gorąco :D

Tylko nie "Tęcza"!

Zaproszenie przyjęte ;-)

Możliwe, że zrobiłam coś źle, bo zrozumiałam tekst. ;) Chciałam zostawić krótki komentarz, że jak to miło, jak tekst ma ręce i nogi, wszystko ładnie, plastyczny język, misię, po czym weszłam w komentarze i widzę, że panuje tu powszechny brak zrozumienia. Teraz trochę zapadłam w konsternację. Z reguły to ja jestem tą jedyną na sto, która nie zrozumiała tekstu.

Tak czy inaczej – choć czytało mi się dość wolno (dużo opisów i dialogów, mało akcji) to ostatnia scena mi wszystko wynagrodziła. A zakończenie odbieram jako otwarte do interpretacji (przynajmniej dla mnie jest tu kilka możliwości). Chyba że wyjaśnienie “kolorowego świata” jest tylko jedno, i tu się zgubiłam?

Dziękuję, kam_mod!

 

Zakończenie zdecydowanie otwarte, ale raczej dobre. A na pewno trzeba mieć taką nadzieję.

Nowa Fantastyka