- Opowiadanie: MWid - SYNTH

SYNTH

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

SYNTH

 

0

 

Dudnił palcami o blat stołu, czekając aż złośliwie dzisiaj wolne wskazówki na cyfrowej tarczy zegara, wskażą osiemnastą. Zauważył, co robi, powstrzymał się. Podniósł rękę znad stołu i położył ją na udzie. Zagryzł zęby. Zacisnął pięści.

Miał wrażenie, że zaraz oszaleje. Nie mógł znieść tych wszystkich nerwowych tików, automatycznych reakcji, tego przymusu ruchu. Chaos i bezsens, to reprezentowały, a trzeba wiedzieć, że niczym nie gardził bardziej niż chaosem i bezsensem właśnie.

Zwykle zatracał się w pracy, zakopywał w niezliczonych tabelach, raportach i planach, w których tkwił całymi dniami, nocami zresztą także. Analizował, liczył, przyswajał.

Lecz nie dziś. Dziś głowę zaprzątały mu rzeczy zdecydowanie niższe, podlejsze. Wykrzywił twarz w grymasie, czując nieprzyjemne ssanie w żołądku. Jedzenie, całkiem zapomniał o jedzeniu.

Wszystkie trzy wskaźniki zegara nałożyły się na siebie, wypuszczając go jakby z niewidzialnej klatki. Cóż jednak z tego, skoro tkwił w kolejnej? Podniósł się i rozprostował zastane mięśnie, mamrocząc przy tym pełnym poirytowania szeptem.

– Zabierzcie z mojego biura krzesło, nie będzie już potrzebne – powiedział, wgniatając palcem obły przycisk na blacie stołu. Potem wyszedł.

Korytarze zewnętrzne Banku Jednostek, tego samego, w którym pracował od dobrych piętnastu lat, stanowiły dla niego istny labirynt, zagadkę. Rzadko opuszczał swoje biuro, a jeszcze rzadziej – budynek w ogóle. Obecnie jednak sytuacja była szczególna: oto bowiem podpisać mieli prawdopodobnie najważniejszą umowę w tym dziesięcioleciu, umowę, która będzie kolejną cegiełką w postępującym dzięki nim procesie zmiany świata. I dzieła tego dokonać miał on właśnie, nikt inny – Jacob Vermotty. I tylko jakaś podświadoma z tego satysfakcja, podsycona jeszcze bardziej w biologicznym ciele, pozwalała mu wytrzymać wszystkie związane z tym wymagania i niedogodności. A te, trzeba przyznać, były dla niego dość męczące. Konieczność spędzenia całego tygodnia w naturalnej powłoce, znoszenie jej potrzeb i odruchów – toż to prawdziwe piekło!

Zjechał windą na parter, ze znudzeniem obserwując zmieniające się na wyświetlaczu numery. Za plecami majaczyła mu rozświetlona panorama miasta, piękny obrazek niczym z pocztówki, tapety. Zignorował ją, nie zaszczycił nawet spojrzeniem. Podziwianie krajobrazów nie należało do zbioru jego nawyków. Kapsuła zatrzymała się delikatnie, bez szarpnięcia. Wkroczył do holu, w mrowie ludzi i maszyn, w świat tysięcy spraw do załatwienia. Przechodząc między nimi, obserwował innych biologików. Zastanawiało go: przebywają w tej formie z własnej woli, czy tak jak i on, zostali do tego przymuszeni?

Zamyślił się, zapomniał nieco, stanął w miejscu.

– Wszystko w porządku, Vermotty? – Jakiś głos, kobiecy, wyrwał go z zadumy. Zamrugał zaskoczony. – Muszę przyznać, że prawie cię nie poznałam. Nie widziałam cię w biolu już dobre parę lat.

– Udręka. Nie wiem, jak znosisz to na co dzień. – Obrócił głowę ku Justine. Tak jak i on, była wysoko postawioną pracowniczką banku, poza tym jednak – stanowili swe zupełne przeciwieństwa, niczym dwa różne bieguny.

Prychnęła kpiąco, pokręciła głową.

– Bredzisz Vermotty, bredzisz. – Zgrabnym ruchem zgarnęła z twarzy niesforny kosmyk kasztanowych włosów. Była szalenie atrakcyjną, wysportowaną i pełną wigoru kobietą. Minęła chwila, nim uspokoił nagły przypływ myśli i emocji, jaki wywołał jej widok. Zapomniał już, jak trudna to sztuka, gdy biol atakuje czujniki hormonami. Postanowił zmniejszyć czułość, gdy tylko nadarzy się okazja. – Nie wiem, jak można tak zaniedbywać biola. Karmisz go czymś w ogóle, czy jedziesz tylko na komorze podtrzymującej? Wyglądasz strasznie!

Pełne litości spojrzenie, było jedyną odpowiedzią, jaką od niego otrzymała. Zrezygnowała w końcu, machnęła ręką.

– Jak chcesz. – Znów zaczęła kręcić głową. – Ale naprawdę, idź zjeść coś porządnego, bo nam się chińczycy obrażą, że przysyłamy na negocjacje trupa.

Przytaknął polubownie, zwracając się już myślami ku innym całkiem sprawom. Opuściła go bez słowa pożegnania, słusznie domyślając się, że i tak nie zwróciłby na nią większej uwagi.

Ostatecznie zgodził się z tym, co uświadomiła mu Justine – jego biol wyglądał źle i należało nad tym popracować. Spróbował podejść do tego w sposób racjonalny – każda powłoka wymaga przecież raz na jakiś czas serwisowania. Jedyna różnica polegała na tym, że w przypadku tej konkretnej, wszelkie prace musiał wykonać osobiście i świadomie. Może w kontekście jego przyszłych planów nie miało to sensu, postanowił jednak do końca zachowywać pozory. Ruszył ku wyjściu.

Świat zewnętrzny przywitał go zimnym, jesiennym wiatrem. Zadrżał. Ręka automatycznie niemal powędrowała do szala, zaciskając go ciaśniej wokół wątłej szyi.

– Jeszcze tylko deszczu cholera brakuje – mruknął, przechodząc na ułamki sekund w tryb systemowy, by zamówić samochód. Gdyby nie spotkanie w holu, które tak wytrąciło go z rytmu, pojazd już by na niego czekał. Teraz czekać musiał on. Usiadł na ławce, pod bezlistną koroną starego drzewa. Starając się nie tracić czasu, próbował wrócić do spraw firmowych, przywołać jakieś nieukończone zadanie czy problem, który mógłby tu i teraz, na poczekaniu rozwiązać. Wciąż jednak coś odwracało jego uwagę, rozpraszało. Zgodnie z szeroko głoszonym przez niego stanowiskiem efektywna praca na biolu, poza warunkami skrajnie sprzyjającymi, okazała się niemożliwa. Hałas, którego nie mógł wyciszyć, zapachy, które niczym natrętne muchy atakowały go z wszystkich stron. Przeklinał je w duchu, okropne rozpraszacze.

Zamówiony wehikuł zatrzymał się na najbliższym miejscu parkingowym. Usadowił się wygodnie w fotelu, wybrał cel, uruchomił radio. Wiedział, że biol nie lubi braku bodźców, wariuje wtedy. Nie chciał jednak zaśmiecać sobie głowy muzyką, bezsensownym jazgotem, kakofonią dźwięków. Uważał ją za kolejny, niepotrzebny już relikt przeszłości. W ramach wyboru mniejszego zła zdecydował się na stację informacyjną. Wiedział, o czym będzie mowa, jeszcze nim z głośników rozległ się głos dziennikarza.

– Wywołująca wiele kontrowersji umowa Centralnego Banku Jednostek z chińską korporacją Devon, ma zostać sfinalizowana już jutro, pomimo szerokiego sprzeciwu społecznego i prób zablokowania porozumienia przez Trybunał Narodów. Europejsko-chińska kooperacja może znacząco poprawić komfort użytkowania nie-biologicznych powłok, wnieść je niejako na kompletnie nowy poziom, jej przeciwnicy podkreślają jednak, jak dramatyczne w skutkach mogą być związane z tym zagrożenia. Na pierwszym miejscu jest przede wszystkim możliwa destabilizacja sieci CBJ, a także znaczące obniżenie bezpieczeństwa, tak prywatnych przecież danych.

Westchnął, rozbawiony i rozczarowany jednocześnie. Jak to możliwe, że ludzie aż tak boją się postępu? Protestując, sabotują jedynie swój własny rozwój, swoją drogę do doskonałości. Jak marną trzeba być istotą, by dobrowolnie odrzucać wielkość?

No cóż – on już wie, jak wykorzystać ich własny sprzeciw dla dobra gatunku.

Jego mieszkanie – podarowany mu przez firmę luksusowy apartament na trzydziestym siódmym piętrze – przywitało go ciemnością i kojącą ciszą. Ciężko było mu nazwać to miejsce domem. Przebywał w nim rzadko, prawie nigdy z własnej inicjatywy. Jedynie regularne odwiedziny dbających o porządek sprzątaczek, ratowały całość przed pokryciem się warstwą kurzu i siecią pajęczyn.

Na ciemno-brązowym blacie stołu czekał na niego hermetyczny pojemnik z zamówionym jedzeniem. Przetrząsał po kolei szuflady – nie pamiętał już, w której trzyma sztućce. Mimo wszystko zaczął się nieco uspokajać, ochłonął. Jakiż bowiem pożytek miał z tego ciągłego narzekania, walki z własnym ciałem? Tracił tylko cenny czas, obniżał wydajność. Poprawi wczorajsze zaniedbania, wyreguluje czujniki – i wszystko będzie w jak najlepszym porządku. Cierpi przecież w słusznym celu.

Jadł szybko, mechanicznie niemal, znów wędrując myślami gdzieś zupełnie indziej. Krzyknął z bólu i zaskoczenia, gdy kawałek gorącej wołowiny poparzył go w język. Mięso było miękkie i soczyste, wyraziste w smaku. Ślina nabiegła mu do ust, organizm domagał się pożywnego posiłku. Z niemałym zdziwieniem obserwował tak nietypową u siebie fascynację płynącymi z jedzenia bodźcami.

Nie udało mu się wcisnąć w siebie całej porcji. Nieprzyzwyczajony do dużych ilości jedzenia biol zbuntował się, wyraźnie dając mu znać, że powinien już zakończyć konsumpcję.

Choć pora wciąż była wczesna, postanowił nie zwlekać z zaśnięciem. Położył się w ciepłej pościeli, uznając, że wyciągnięcie biola z komory zajmie mu rano zbyt wiele czasu.

system@jvermotty: → Hibernacja;

Wypowiedziana w przestrzeni systemowej komenda zadziałała błyskawicznie i zapadł w głęboki, martwy niemal sen.

 

1

 

system@jvermotty:→ Zmniejsz wrażliwość czujnika bodźców biola o trzy poziomy;

system@jvermotty: → Transfer do powłoki biologicznej;

system@jvermotty: → Wybudzenie;

 

Jego biol otworzył oczy. Podniósł go z łóżka, rozruszał. Standardowy zestaw zalecanych

ćwiczeń miał poprawiać sprawność i responsywność jednostki. Zignorował zapakowany w folię zestaw nowych, oficjalnych ciuchów, które zamówił parę dni wcześniej i poprowadził powłokę do kuchni. Świeże śniadanie czekało na stole. Jajecznica parowała jeszcze – obsługa musiała wyjść dosłownie przed chwilą. Wszystko zgodnie z jego zaleceniami.

Pozwolił biolowi spokojnie się posilić, samemu analizując wnikliwie cały plan dnia. Smaki i zapachy nie rozpraszały go już. Odczuwał tylko rozmyte i przytłumione odbicia prawdziwych wrażeń, echa ledwie, mógł więc w spokoju oddawać się wszelkim rozmyślaniom.

Gdy jednostka jadła, on obserwował maszyny pracujące na dachu sąsiedniego – niższego nieco wieżowca. Masywne obiekty – omal niewidoczne w mroku poranka – ani trochę nie przypominały naturalnych powłok, choć to właśnie ludzka świadomość sterowała każdym z nich. Vermotty w pewien sposób zazdrościł ich operatorom, wyzwolonym z narzuconej im przez ewolucję formy. Dopasowali swoje ciała do wykonywanej przez siebie pracy, odrzucili zbędne rozpraszacze, osiągając tym samym optymalną wydajność. Mogli dźwigać ważące całe tony belki i nie kosztowało ich to nawet krzty siły. Żadnego wysiłku – zamiast tego pełna kontrola nad narzędziem. Był dumny, wiedząc, że niedługo da im nawet większe możliwości.

Gdy biol wyszedł z budynku, samochód już czekał. Droga na lotnisko nie była długa, pozwolił więc myślom dryfować swobodnie. Zapatrzył się na ognistą kulę wschodzącego słońca. Tak właśnie wyobrażał sobie najbliższe dni: jako jutrzenkę, początek nowej ery człowieka, istoty całkowicie wolnej od ograniczeń ciała.

Usłyszał charakterystyczny brzęczący sygnał, znikąd i zewsząd zarazem.

system@jvermotty:→Odbierz;

Zamknął oczy, planując przenieść swoją świadomość do systemowej przestrzeni konferencyjnej, nie było jednak takiej potrzeby. Transmisja była wyłącznie głosowa.

@jvermotty: Tak?

@awestwood: Na lotnisku już czekają, ktoś odbierze cię spod drzwi.

Dzwonił sam prezes Westwood.

@awestwood: Samolot jest gotowy. Jesteś pewien, że chcesz to zrobić?

@jvermotty: Oczywiście.

Cóż to w ogóle było za pytanie? Sam wpadł na cały pomysł, starannie przeanalizował wszelkie niuanse i implikacje, jakie mógł za sobą pociągnąć. Przeprowadzał symulacje i testy. Gdyby nie był gotów wprowadzić go w życie, nigdy nie przedstawiłby planu zarządowi.

@jvermotty: Upewnijcie się, że w Pekinie zareagują jak należy.

@awestwood: Jeśli się uda, to następnym razem widzimy się już na spotkaniu zarządu, Jacob.

@jvermotty: Wie prezes, że nie dlatego to robię.

@awestwood: Oczywiście, Vermotty. Oczywiście.

 

Rozłączył się.

Dojazd do lotniska zajął im nieco ponad trzydzieści minut. W tym czasie Jacob utrzymywał powłokę w stanie miękkiej hibernacji przypominającej drzemkę, samemu obserwując w sieci systemowej relacje i komentarze dotyczące planowanej na wieczór konferencji w Pekinie. Wszystko zdawało się iść w dobrym kierunku. Od paru dni media zgodnie starały się uspokajać opinię publiczną, a przyjaźni CBJ politycy, wcześniej udający przeciwników nowego rozwiązania – zaczęli stawać się mu przychylni. Był pewien, że obserwatorzy w Chinach to widzą.

Wyprowadził biola z samochodu. Jednostka drgnęła, wychodząc z ciepłej kabiny pojazdu w chłodny, wietrzny poranek – nie włożył płaszcza, jedynie marynarkę – on jednak nie poczuł zimna, ustawiony przed przebudzeniem filtr bodźców nie przepuszczał go. Otrzymał jedynie krótki komunikat, o możliwym zagrożeniu zdrowia. Zignorował.

– Pan Vermotty? – Humanoidalny robot ukłonił się lekko. Odpowiedział skinięciem głowy biola. – Posiada pan jakiś bagaż?

– Nie.

– Proszę za mną, w takim razie.

Weszli do gmachu lotniska bocznym wejściem. Szklany, połamany pod najróżniejszymi kątami dach budynku rozszczepiał światło niczym pryzmat, tworząc w powietrzu migotliwe tęcze.

– Jestem zmuszony przeprowadzić kontrolę bezpieczeństwa. Mam nadzieję, że pan to rozumie?

– Proszę robić swoje. – Rozkazał biolowi unieść nieco ręce, a pracownik lotniska przeskanował go wbudowanym w korpus czujnikiem.

– To wszystko. Weryfikacje tożsamości przeprowadziłem automatycznie, w przypadku bioli nie ma z tym problemu.

Spod płyty odebrał go niewielki, zadaszony wózek. Zauważył obłą sylwetkę samolotu, która już za chwile miała ponieść go w górę, ku przeznaczeniu, niczym skrzydła Ikara.

Rozbawiło go to porównanie.

– Miłego lotu, panie Vermotty – odezwał się niespodziewanie pojazd, gdy tylko z niego wysiadł. Prowadzące do kabiny samolotu schodki opuściły się, zapraszając go do środka. Czuł jak serce biola przyśpiesza z każdym następnym stopniem, jak ręce zaczynają mu drżeć. Stojąc u szczytu schodów, odwrócił się, wziął głęboki wdech. Zamknął oczy.

system@jvermotty:→Zmniejsz wrażliwość czujnika bodźców do minimum;

Nie mógł sobie teraz pozwolić na wahanie. Mimo wszystko ciężko było pokonać najpierwotniejsze lęki.

Obiecał sobie, że gdy będzie już po wszystkim, uruchomi symulacje bodźców na standardowym poziomie. Na razie jednak potrzebował spokoju, jasności myślenia.

Usadził biola na wygodnym fotelu, zamówił butelkę wody. Wysunęła się chwile później z ukrytego w blacie stolika otworu. Przeniósł się na chwilę do przestrzeni systemowej, aby przejrzeć ostatnie wiadomości, raporty. Gdy samolot ruszył, nie poczuł szarpnięcia. Wrócił do rzeczywistości już w powietrzu, w połowie maksymalnego pułapu. Wpatrzył się w ocean chmur przewijający się za oknem. Gdy nadszedł sygnał, był już spokojny.

system@gulfsVI2063: ← Docelowy pułap osiągnięty. Kontynuować wykonywanie programu? T/N;

system@jvermotty:→T;

– Trzy – Ręka biola zacisnęła się mocniej na oparciu fotela.

– Dwa.

– Jeden – Wstrząs szarpnął samolotem, wnętrze kabiny wypełniło się ogniem.

Teraz będę spadał – pomyślał. Lecz nie zostało już wiele, co mogłoby spaść.

 

2

 

Ciężko było nazwać salę Głównego Sejfu oświetloną. Całkowity mrok rozjaśniała tylko delikatna poświata stworzona ze światła emitowanego przez tysiące mikroskopijnych diod, po jednej na każdego klienta, który powierzył Centralnemu Bankowi Jednostek swój największy skarb, swoją jednostkę centralną – mózg. W tej samej sekcji budynku znajdowała się również centralna serwerownia, gromada superkomputerów przetwarzających przypływające z mechanicznych i biologicznych jednostek impulsy na możliwe do odczytania przez obłożony czujnikami mózg sygnały.

Dziesięć pięter wyżej znajdowała się sala konferencyjna zarządu.

Jacob Vermotty znajdował się więc niejako w obu tych miejscach jednocześnie.

– Zgodnie z twoimi przepuszczeniami strona chińska zareagowała oburzeniem na przeprowadzony przez nieznanego przeciwnika postępu zamach na wysokiego stopniem przedstawiciela Banku – Siwowłosy, postawny biol Artura Westwooda uścisnął mechaniczną rękę Vermottiego. Gest zupełnie bez znaczenia, bo Jacob nie poczuł go nawet, zajęty pracą wewnątrz przestrzeni systemowej.

– Zgodzili się? – zapytał prezesa ustami siedzącej w sali konferencyjnej jednostki.

– Na większość ustępstw, o które prosiliśmy. – Westwood kiwnął głową, opadając na fotel. – Oczywiście zdają sobie sprawę, że sterowałeś biolem zdalnie, nic takiego się więc nie stało. Uważają jednak, że w atmosferze takiego zagrożenia prace nad nowym systemem trzeba zacząć jak najszybciej.

– Słusznie – Jacob narzucił mechanicznej powłoce uśmiech i naprawdę był zadowolony. Czyż nie przyśpieszył bowiem postępu całego gatunku? – Pierwszy w pełni cyfrowy mózg. Jaźń wirtualna, nieskończenie bezpieczniejsza i efektywniejsza niż oparta o biologiczną jednostkę centralną. – Delektował się tą wizją.

– To mimo wszystko kwestia lat, Vermotty, wiesz o tym?

– Tak – odpowiedział, choć niemal już nie słuchał przełożonego. Najwyższy czas wrócić do pracy. – Oczywiście.

 

Koniec

Komentarze

Jest jakiś pomysł, ale nie w pełni do mnie przemówił. Kolejna wersja melodii o bezwzględnych korporacjach, które nie zawahają się przed niczym.

Wydaje mi się, że ten akurat spisek jest szyty dość grubymi nićmi i bohater nazostawiał zbyt wiele śladów. OK, rozumiem, że one są bardzo przydatne dla czytelników, ale…

nie ubrał płaszcza, jedynie marynarkę

Ubrań się nie ubiera. Popraw, zanim tu wpadnie Reg i każe Ci klęczeć. ;-)

Smakował się tą wizją.

Nie leży mi ten czasownik w takim otoczeniu. Smakować coś, nie czymś. Może miało być “delektował”?

Babska logika rządzi!

Dzięki za zwrócenie uwagi. Poprawione ;)

No cóż, przeczytałam z trudem. Opowiadanie wydało mi się szalenie monotonne, by nie powiedzieć, nudne. Jeśli jest tu coś, co mogłoby uatrakcyjnić lekturę, zostało, moim zdaniem, skutecznie stłumione jednostajnymi opisami poczynań bohatera i jego przemyśleniami.

Nie wykluczam jednak, że wina leży po mojej stronie, albowiem tematyka związana z istnieniem/ funkcjonowaniem korporacji, jest mi kompletnie obca.

 

bo nam się chiń­czy­cy ob­ra­żą… – …bo nam się Chiń­czy­cy ob­ra­żą

 

Cięż­ko było mu na­zwać to miej­sce domem.Trudno było mu na­zwać to miej­sce domem.

 

Na ciem­no-brą­zo­wym bla­cie stołu… – Na ciem­nobrą­zo­wym bla­cie stołu

 

Ślina na­bie­gła mu do ust… – Raczej: Ślina napłynęła mu do ust

 

Za­uwa­żył obłą syl­wet­kę sa­mo­lo­tu, która już za chwi­le miała po­nieść go w górę… – Za­uwa­żył obłą syl­wet­kę sa­mo­lo­tu, który już za chwi­le miała po­nieść go w górę

Ponieść go w górę miał samolot, nie sylwetka samolotu.

 

Mimo wszyst­ko cięż­ko było po­ko­nać naj­pier­wot­niej­sze lęki.Mimo wszyst­ko trudno było po­ko­nać naj­pier­wot­niej­sze lęki.

 

Wy­su­nę­ła się chwi­le póź­niej z ukry­te­go w bla­cie sto­li­ka otwo­ru. – Literówka.

 

Cięż­ko było na­zwać salę Głów­ne­go Sejfu oświe­tlo­ną.Trudno było na­zwać salę Głów­ne­go Sejfu, oświe­tlo­ną. Lub: Trudno było powiedzieć o sali Głównego Sejfu, że jest oświetlona.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pomysł fajny i zgrabny, przywodzi na myśl “Modyfikowany Węgiel” Richarda Morgana i jego kolejne części. Wstawki komunikacyjne – choć nie wiem jak z ich poprawnością zapisu według języka polskiego – to całkiem fajny pomysł. Lubię też takie kanony s-f jak cybernetyzacja i kopie świadomości, toteż nawet podane po raz kolejny smakują mi ;) Ale jak wspomnieli poprzednicy, trochę brak polotu fabule – takiego większego haczyka na czytelnika, bo sama intryga raczej w moim odczuciu przeciętna.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

MWid, ciekawy pomysł na jaźń i nawet rozumiem, dlaczego przedstawiłeś go z takiej perspektywy. Jednak prawie wcale nie ma uzasadnienia, jak to funkcjonuje, na jakich zasadach, żeby było wiarygodne. Fabuła nudna, a warstwa literacka skromna. :(

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka