- Opowiadanie: Lord_Soth - Cena wolności

Cena wolności

Chciałbym tutaj jedynie zaznaczyć, że jest to moje pierwsze opowiadanie. Jego akcja się w tworzonym przeze mnie świecie Chromanum.  Miłego czytania :)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Cena wolności

Był środek nocy. Duże krople deszczu uderzały w ziemię. Wiał silny wiatr. Większość mieszkańców Havaen, spała w swych domach. Tylko jedna osoba miała powód, by wyjść w taką pogodę ze swojego ciepłego, przytulnego mieszkania. Był to Arvik, jeden z jaszczuroludzi. [Jaszczuroludzie] była to rasa inteligentnych, humanoidalnych stworzeń. Miały wyjątkową tendencję do wpadania w kłopoty. Od ludzi odróżniało je tylko pokryte łuskami ciało, głowa przypominająca gadzi łeb i niski wzrost (porównywalny ze wzrostem przeciętnego krasnoluda).

Arvik przemykał się ulicą. Jego znoszony płaszcz był już zupełnie mokry. Mijał budynki, o osobliwych konstrukcjach, jakby wziętych ze snu szalonego architekta: domy budowane były jeden na drugim bez składu i ładu, by zaoszczędzić miejsce. Arvik nieraz zastanawiał się, jak to możliwe, że żaden z nich się jeszcze nie zawalił, lecz tym razem nie to zaprzątało jego głowę. Miał zadanie – musiał ukraść pewien cenny przedmiot.

Plan był z pozoru prosty – włamać się do Świątyni Wielu Bóstw, ukraść kielich i uciec. Problem polegał jednak na tym, że miał tam siedzibę najpotężniejszy z magów, władca miasta-państwa Havaen – Yvesath. Arvik znał go osobiście. Yvesath był dobrym królem. Wybrany przez Najwyższą Radę Magów pięćdziesiąt lat temu, zdążył przez ten czas dokonać wielu zmian w mieście. Yvesath wysłuchiwał próśb obywateli, lecz był jednocześnie stanowczym władcą. W Havaen wszyscy go uwielbiali. Nieraz przekazywał spore sumy ze swojego prywatnego skarbca na pomoc dla biednych. Sprawiedliwie władał krajem. Havaen potrzebowało takiego władcy.

Prywatnie Yvesath był ciepłym i życzliwym człowiekiem. Pomógł kilka razy Arvikowi, gdy ten był w potrzebie. Jaszczuroczłek wiele mu zawdzięczał. Tej nocy jednak musiał włamać się do jego siedziby i ukraść pewien stary, bogato zdobiony kielich. Ów kielich nie należał jednak do Yvesatha, ale do innego z Magów. Nie zmieniało to faktu, że czyn, którego Arvik miał się tej nocy dopuścić, był złamaniem prawa.

Arvik jednak pracował tej nocy na zlecenie. Pewien człowiek odwiedził go wcześniej i zaproponował sowitą zapłatę. Nie zdradził swej tożsamości, ale Arvik pewien miał pewność, że był to jeden ze Sług Bogów Przebiegłych. Arvik znał się nieco na magii i wyczuwał moc swego zleceniodawcy. Przyjął zlecenie nie ze względu na zapłatę, ale dlatego, że bał się konsekwencji odmowy.

Wyruszył tego samego dnia, gdyż droga do świątyni była długa, a poza tym nakazano mu pośpiech. Arvik musiał przejść przez całą dzielnicę Pięciu Ulic, aż wreszcie ujrzał Świątynię Wielu Bóstw. Była to niezwykle majestatyczna budowla. Nawet w nocy jej solidne mury i smukłe wieże sprawiały wrażenie, jakby wnieśli je sami bogowie. Zbudowana na znak pokoju między rasami Świątynia stanowiła połączenie wszystkich stylów budowlanych: grube mury z białego marmuru były stworzone przez krasnoludy, smukłe wieże wyglądały jak te w elfich miastach, zaś wnętrze świątyni udekorowane mnóstwem złota przypominało przepychem wnętrza ludzkich zamków. Mury świątyni miały kształt sześciokąta, a dokładnie w jej środku, od wieków rosło drzewo, które swym rozmiarem znacznie przewyższało wysokie drzewa elfickich lasów. Świątynia była ogromna. Mieściła się w sercu miasta. Była jednym z powodów, dla którego Havaen nazywano środkiem świata.

***

Dziennik Arvika  wpis 7

Kiedy dotarłem do świątyni, zdałem sobie sprawę, że mogę mieć problemy z dostaniem się do niej. Rozważałem przez chwilę wejście przez okno mieszczące się kilka metrów nad ziemią, lecz jako że nie jestem najlepszym magiem, wzniesienie się na taką wysokość mogłoby się dla mnie źle skończyć. Postanowiłem iść wzdłuż murów świątyni. Po chwili zauważyłem okienko, niewiele nad moją głową. Było ono tak małe, że żaden człowiek ani elf nie mógłby przez nie przejść. Uniosłem się nieco w górę za pomocą magii i wgramoliłem się przez nie do świątyni. Niestety, pech chciał, że okienko okazało się być wylotem szybu. Nie mogłem nic zrobić. Zacząłem spadać i wylądowałem w wodzie.

Na początku sądziłem, że trafiłem do lochów, lecz gdy szok, którego doznałem podczas lotu w dół, minął i nieprzyjemny zapach uderzył mnie w nozdrza, zdałem sobie sprawę, że jestem w kanałach pod świątynią. Pomyślałem, że wolałbym chyba trafić do lochów.

W końcu odnalazłem wyjście. Drzwi były oczywiście zamknięte na klucz, a na moje nieszczęście, gdzieś podczas poszukiwań wejścia, zgubiłem swoje wytrychy. Musiałem więc wrócić własnym tropem, z powrotem do kanałów, by je odzyskać. Kiedy mi się to udało, doszedłem do wniosku, że nie wiem, gdzie jestem i na nowo musiałem zacząć szukać drzwi.

Ściany były pokryte jakąś dziwną odmianą świecącego mchu. Zauważyłem, że po dotknięciu danego fragmentu, przestaje on emanować światło. W ten sposób zacząłem oznaczać korytarze, w których już byłem i dzięki temu udało mi się znacznie szybciej opuścić to nieprzyjemne miejsce.

Trafiłem na korytarz świątyni. Byłem zdezorientowany, lecz wiedziałem, że muszę się śpieszyć. Zostawiając za sobą brudny ślad, ruszyłem naprzód korytarzem. O dziwo, nie natrafiłem po drodze na żadnych strażników. Idąc dalej korytarzem, mijałem komnaty magów. Raz słyszałem, jak jakiś mag mieszkający w świątyni kłóci się ze swoją księgą zaklęć.

Mój zleceniodawca dał mi wskazówki co do położenia kielicha. Lecz zanim przystąpiłem do poszukiwań, musiałem najpierw znaleźć jakiś punkt orientacyjny, gdyż nie było trudno zgubić się w tej świątynnej plątaninie korytarzy, z których wszystkie wyglądały podobnie.

Po jakimś czasie, natrafiłem na drzwi, zza których nie dochodziły ani odgłosy wybuchów, ani szepty magów uczących się zaklęć, ale chrapanie. Tylko chrapanie. Zaciekawiony zajrzałem przez dziurkę od klucza. W pokoju mieściło się wielkie łoże małżeńskie, w którym ktoś spał. Gdy postać, śniąc, zwróciła swą głowę w moją stronę, od razu ją poznałem – była to Quillyn, żona Yvesatha – królowa.

Zapewne obok niej spał Yvesath i to on był źródłem chrapania – pomyślałem.

To nieco rozjaśniło mi sprawę. Wiedząc, gdzie śpi król (i że w ogóle śpi), wiedziałem w którą stronę muszę się skierować.

Poszedłem dalej korytarzem, aż dotarłem do schodów. Wszedłem na wyższe piętro. Idąc korytarzem, zachwycałem się obrazami wiszącymi na ścianach. Gdy nagle zza zakrętu wyszło dwóch strażników.

Użyłem magii, aby zniknąć im z oczu. Zakradłem się za jednego z niech i bez większego problemu powaliłem go na ziemię, a ciosem w skroń pozbawiłem przytomności. Drugi zdążył wyjąć kuszę i chciał do mnie strzelić, lecz ja byłem szybszy. Wyjąłem sztylet z zza pazuchy i rzuciłem, celując w jego rękę. Trafiłem. Strażnik krzyknął. Korzystając z tego chwilowego zamroczenia bólem, podciąłem go i mężczyzna runął na ziemię, uderzając głową w kamienną podłogę. Tym samym obaj strażnicy leżeli nieprzytomni.

***

To niezupełnie była prawda. W rzeczywistości, gdy tylko ich zobaczył, wpadł w panikę i zaczął uciekać w popłochu. Strażnicy złapali go przy schodach. Wówczas Arvik ugryzł jednego w rękę, a gdy drugi chciał zadać ogłuszający cios, jaszczuroczłek zrobił sprytny unik, po czym wyjął z sakwy kamień i rzucił nim, celując w głowę napastnika. Nie trafił. Na całe szczęście Arvik miał Piasek Snu w jednej z sakw wiszących mu u pasa. Piasek ten był darem od Yvesatha i miał pewną magiczną właściwość – po wysypaniu go na ziemię, wypowiedzeniu słów zaklęcia i spojrzeniu w oczy wroga, przeciwnik natychmiast zasypiał. Arvik wziął więc garść Piasku Snu i wysypał go na posadzkę. Wbił wzrok w oczy jednego ze strażników, a ten w jednej chwili upadł na ziemię. Ten sam los spotkał drugiego strażnika. Arvikowi się udało – uciekł.

Szedł jeszcze przez długi czas, aż dotarł do wielkich drzwi. Ze wskazówek zleceniodawcy wynikało, że musiał jakoś przez nie przejść. Za nimi znajdowało się pomieszczenie teleportu. Na każdej wyspie, był jeden budynek teleportu. Magowie w sytuacjach, gdy konieczny był pośpiech, przemieszczali się z jego pomocą z wyspy na wyspę. Problem jednak stanowił fakt, że do teleportacji, oprócz urządzenia, wymagana była także ogromna ilość mocy magicznej. Dlatego magowie nie teleportowali się zbyt często – jedynie w sytuacjach, kiedy podróż statkiem lub innym środkiem transportu nie wchodziła w grę. Wówczas kilkunastu magów musiało zgromadzić się przy teleporcie, by wspólnymi siłami przenieść jedną osobę.

Arvik musiał się jakoś przedostać. Niestety drzwi były bardzo masywne, a jaszczuroczłek miał za mało siły, by je otworzyć. Musiał coś wymyślić. Za drzwiami, oprócz teleportu, miało znajdować się sekretne przejście do zapomnianych podziemi świątyni – tam należało szukać kielicha. Arvik postanowił więc chwilę poczekać, licząc na to, że jakiś pomysł wpadnie mu do głowy.

Wtem usłyszał łoskot dobiegający zza drzwi. Wrota uchylały się powoli. Arvik nie wiedział, jak zareagować. Stał jak wryty, obserwując otwierające się drzwi. Słyszał metaliczny zgrzyt – jakby w ścianie zaczął działać jakiś mechanizm. Wreszcie wrota stanęły otworem, a mechanizm się zatrzymał. Jasne, nieprzyjemne światło, bijące od pomieszczenia chwilowo oślepiło Arvika. Gdy zgasło, w kręgu teleportu leżał mężczyzna. Miał na sobie białą szatę, która była splamiona krwią.

„Mag” – pomyślał Arvik.

Człowiek zawołał go, a Arvik podszedł bliżej. Trząsł się ze strachu, lecz wiedział, że gdyby nie wykonał polecenia, mag z pewnością użyłby jakiegoś zaklęcia, aby go schwytać. Jaszczuroczłek jednak nie zdawał sobie sprawy z tego, że mag zawołał go nie po to, by go ukarać, lecz – poprosić o przysługę.

***

Fragment Historii Chromanum:

Moonrock, jedna z wysp niedaleko Havaen. Wyspa ta, utrzymywała się głównie ze sprzedaży plonów dla Gildii kupców w Havaen. Ludzie z Moonrock jednak byli chciwi i zawyżali ceny swych towarów. Interesy podupadły, czego skutkiem był kryzys na wyspie. Wszyscy obarczali winą mroczne elfy, które w rzeczywistości były najuczciwszymi z handlarzy. Na Moonrock rozpoczęły się prześladowania elfów. Jeden z nich, Norlov, postanowił się zemścić, lecz nie na mieszkańcach Moonrock, ale na mieszkańcach Havaen. Zebrał jedenastu, którzy także uważali, że kryzysowi winne jest Havaen. Pewnej nocy wyruszył łodzią wraz ze elfami, którym najbardziej ufał, z jednym tylko celem – by zabić króla Yvesatha. Chcieli, aby mieszkańcy Havaen poczuli, jak to jest, gdy kraj pogrąża się w chaosie.

***

– To się stanie tej nocy! – powiedział mag. – Musisz ostrzec króla! Pośpiesz się. Może jeszcze nie jest a późno – po tych słowach skonał.

Arvik nie wiedział co ma zrobić. Chwycił się za głowę – był w rozterce. Gdyby ostrzegł króla, uratowałby miasto, ale on sam pewnie trafiłby do więzienia za swoje czyny. Yvesath z pewnością chciałby go obronić, ale król nie mógł wpływać na wyrok sądu, na którego łasce byłby Arvik. Gdyby jednak zignorował prośbę maga, zdobyłby kielich, lecz nie zdążyłby pewnie ostrzec króla…

***

Dziennik Arvika

Wpis 8 [zapisane mało czytelnym pismem, widać roztargnienie Arvika]

Nie wiedziałem co mam zrobić! A co jeśli mag nie mówił prawdy? Jeśli chciał bym dał się złapać? Nie chciałem iść do więzienia, ale gdybym nie posłuchał prośby maga, to by było trochę tak, jakbym to ja doprowadził do zabójstwa króla i wtedy czułbym się jak potwór!  

***

Norlov, mroczny elf z wyspy Moonrock, wchodzi do sypialni pary królewskiej pierwszy, za nim jego dwóch wspólników.

Arvik decyduje, że spróbuje uratować króla. Rusza, biegnie korytarzem najszybciej jak potrafi.

Norlov szepcze do jednego ze wspólników, aby stanął na straży. On wraz z drugim elfem dokonają egzekucji.

Arvik mija śpiących strażników, których wcześniej pokonał.

Norlov przykłada ostrze do gardła króla.

Arvik potyka się przed schodami o hełm jednego ze strażników. Krzyczy. Hełm stacza się po schodach z łoskotem. Metaliczne brzmienie zakłóca ciszę panującą w świątyni. Strażnicy z całego skrzydła świątyni biegną do źródła hałasu.

Norlov i wspólnik wahają się.

Król Yvesath się budzi. Rzuca zaklęcie.

Norlov czyje paraliżujący ból. Upada na ziemię.

Pozostałe elfy także padają obezwładnione.

Straż łapie Arvika.

Kilku strażników biegnie do króla.

Sytuacja zostaje opanowana.

***

Dziennik Arvika

Wpis 9

Złapali mnie. Osądzili. Zamknęli w lochu. Tak to już jest. Ważne, że żyje. Ile tu zostanę? Nie wiem. Może do końca swoich dni. Ale wierzę, że kiedyś wyjdę na wolność. Nadzieja umiera ostatnia…

Koniec

Komentarze

Szału nie ma, ale początki rzadko kiedy bywają fenomenalne.

Jak na tyle znaków, niewiele się dzieje.

Fajnie, że próbujesz eksperymentować, różnicować narrację. Ale to, że w pewnym momencie przeskakujesz na czas teraźniejszy, wydaje mi się słabym zabiegiem.

Arvik nawet w lochu zachowuje swój dziennik i zdolność pisania? No to pełna kultura… ;-)

Styl jeszcze masz niewyrobiony, lekko szkolny, pełno prostych, krótkich zdań. Powtórzenia – i słów, i konstrukcji zdań.

Był to Arvik, jeden z jaszczuroludzi. [Jaszczuroludzie] była to rasa inteligentnych, humanoidalnych stworzeń.

Powtórzenia. Szczególnie “były” staraj się zwalczać. Po co Ci ten nawias kwadratowy?

Niestety, pech chciał, że okienko okazało się być wylotem szybu. Nie mogłem nic zrobić. Zacząłem spadać i wylądowałem w wodzie.

Nie kupuję. Szyb to pionowy korytarz. Jakim cudem jego wylot stanowi okienko w murze i jak to się dzieje, że Arvik spada w jakimś innym miejscu niż to, z którego zaczął?

Tym samym obaj strażnicy leżeli bez przytomności nieprzytomni.

Masło maślane.

Babska logika rządzi!

Przykro mi, Lordzie Soth, ale niewiele zrozumiałam. Opowiadanie jest napisane tak chaotycznie, że trudno się w tym wszystkim połapać. W dodatku sprawia wrażenie fragmentu, a nie skończonego opowiadania.

Wykonanie, niestety, pozostawia sporo do życzenia. W lekturze najbardziej przeszkadzają powtórzenia. Część wypisałam, ale pragnę dodać, że imię Arvik występuje trzydzieści razy, a słowa: świątynia – siedemnaście, Yve­sath – jedenaście, mag – dwadzieścia trzy, a różnych byłów jest trzydzieści dziewięć, co może świadczyć o skłonności do byłozy. Interpunkcja mogłaby być lepsza.

Mam nadzieję, Lordzie, że twoje przyszłe opowiadania przeczytam z większą przyjemnością.

 

B śro­dek nocy. Duże kro­ple desz­czu ude­rza­ły w zie­mię. Wiał silny wiatr. Więk­szość miesz­kań­ców Ha­va­en, spała w swych do­mach. Tylko jedna osoba miała powód, by wyjść w taką po­go­dę ze swo­je­go cie­płe­go, przy­tul­ne­go miesz­ka­nia. Był to Arvik, jeden z jasz­czu­ro­lu­dzi. [Jasz­czu­ro­lu­dzie] była to rasa… – Powtórzenia i początki byłozy.

 

wy­czu­wał moc swego zle­ce­nio­daw­cy. Przy­jął zle­ce­nie… – Powtórzenie.

 

Zbu­do­wa­na na znak po­ko­ju mię­dzy ra­sa­mi Świą­ty­nia sta­no­wi­ła po­łą­cze­nie wszyst­kich sty­lów bu­dow­la­nych… – Powtórzenie.

 

grube mury z bia­łe­go mar­mu­ru… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Unio­słem się nieco w górę za po­mo­cą magii… – Masło maślane. Czy mógł unieść się dół?

Wystarczy: Unio­słem się nieco za po­mo­cą magii…

 

po do­tknię­ciu da­ne­go frag­men­tu, prze­sta­je on ema­no­wać świa­tło. – …po do­tknię­ciu da­ne­go frag­men­tu, prze­sta­je on ema­no­wać światłem/ emitować światło/ wydzielać światło.

 

za­czą­łem ozna­czać ko­ry­ta­rze, w któ­rych już byłem i dzię­ki temu udało mi się znacz­nie szyb­ciej opu­ścić to nie­przy­jem­ne miej­sce.

Tra­fi­łem na ko­ry­tarz świą­ty­ni. Byłem zdez­o­rien­to­wa­ny, lecz wie­dzia­łem, że muszę się śpie­szyć. Zo­sta­wia­jąc za sobą brud­ny ślad, ru­szy­łem na­przód ko­ry­ta­rzem. O dziwo, nie na­tra­fi­łem po dro­dze na żad­nych straż­ni­ków. Idąc dalej ko­ry­ta­rzem… – Powtórzenia.

 

Po­sze­dłem dalej ko­ry­ta­rzem, aż do­tar­łem do scho­dów. Wsze­dłem na wyż­sze pię­tro. Idąc ko­ry­ta­rzem, za­chwy­ca­łem się ob­ra­za­mi wi­szą­cy­mi na ścia­nach. Gdy nagle zza za­krę­tu wy­szło dwóch straż­ni­ków. – Powtórzenia.

 

Tym samym obaj straż­ni­cy le­że­li bez przy­tom­no­ści nie­przy­tom­ni. – Coś podobnego!!! ;-)

 

po czym wyjął z sakwy ka­mień i rzu­cił nim, ce­lu­jąc w głowę na­past­ni­ka. – Dlaczego ktoś, idąc ukraść kielich, nosi w sakwie kamienie?

 

Mo­on­rock, jedna z wysp nie­da­le­ko Ha­va­en. Wyspa ta– Powtórzenie.

 

Jeśli chciał bym dał się zła­pać? Nie chcia­łem iść do wię­zie­nia– Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć.

A ja odpadłem – tradycyjnie – po pierwszym akapicie.

Przytoczę go.

Był środek nocy. Duże krople deszczu uderzały w ziemię. Wiał silny wiatr. Większość mieszkańców Havaen, spała w swych domach. Tylko jedna osoba miała powód, by wyjść w taką pogodę ze swojego ciepłego, przytulnego mieszkania. Był to Arvik, jeden z jaszczuroludzi. [Jaszczuroludzie] była to rasa inteligentnych, humanoidalnych stworzeń. Miały wyjątkową tendencję do wpadania w kłopoty. Od ludzi odróżniało je tylko pokryte łuskami ciało, głowa przypominająca gadzi łeb i niski wzrost (porównywalny ze wzrostem przeciętnego krasnoluda).

 

Tak pisze się rozwlekłe scenariusze do sesji RPG, ale nie opowiadania.

Wychodź z założenia, że czytelnik umie biegle czytać, ale nie ma pojęcia, czym jest fantasy.

  1. Na początku serwujesz taką “łatwiznę”, co do której przyjęło się uważać, że stanowi kanon rozpoczęcia opowiadania. Była noc, padało i wiało… Przyda Ci się to, abyś pamiętał, że ten kanon jest bardzo kiepski. Nie stosuj go. Bo mnie nic nie obchodzi to, że wiało, padało i śmierdziało. Nic a nic. Dlatego sądziłem, że odpadnę po drugim zdaniu. Napisz najpierw coś, co mnie zainteresuje, np. to, że Kowalski podbiegł właśnie do swojego towarzysza, którego przed chwilą koń kopnął w głowę. I być może będę ciekawy, co zobaczy ten Kowalski. Ale deszcz? Noc?

    Najpierw zainteresuj mnie tą zmasakrowaną twarzą, a potem dodaj, że wiało i było ciemno, a pogruchotaną żuchwę oświetlał ogień z pochodni, bo była noc.

    Nie nudź!

    2. Trochę życia spędziłem na wsi, gdzie było 10 numerów. I nawet tam, na końcu świata, niełatwo było się wcelować w taką porę nocy, kiedy to nie było nikogo na zewnątrz. Po prostu życie i utrzymanie mają swoje prawa. Obowiązki są różne, przypadki również.

    3. Czemu “Jaszczuroludzi” masz w nawiasie kwadratowym?

    4. Opis na początku? A co mnie on… Już wiesz, prawda? A gdyby to był Borg? Albo Hekatonheiron? To zaserwowałbyś mi opis na 20 wierszy? Obce rasy przedstawiaj sukcesywnie i najlepiej w kontekście wydarzeń (a nie jako suche fakty). Napisz, że Skaven zostawiał dziwaczne ślady w błocie, bo jego stopy coś tam, coś tam. A potem o tym, że jego oczy zaświeciły, gdy ktoś uniósł pochodnię, bo były jak światła odblaskowe. A stara panna Frau przestraszyła się tej wydłużonej szczęki i szarego ciała pokrytego łuskami.

    5. No i te wtrącenia w nawiasach – wyjaśnienia do wyjaśnień… Tak się robi tylko wówczas, gdy po prostu nie umie się zastosować lepszego wyrażenia tego, co być może widziałeś oczyma wyobraźni. A jest to najgorszy sposób, jaki przychodzi mi do głowy.

     

    Słabo i nudno. Ale już wiesz, czemu.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Jakiś pomysł miałeś,  ale mogłeś go lepiej wykorzystać, Autorze. Momentami miałam wrażenie, jakbym czytała plan wydarzeń.

Informacje, takie jak o jaszczuroludziach i mrocznym elfie, staraj się ma przyszłość wplatać  w opowiadanie :)

A co do powtórzeń, to polecam internetowe słowniki synonimów:)

ale Arvik pewien miał pewność

Świątynia była ogromna. Mieściła się w sercu miasta.

Krótkie zdania czasem się przydają, ale w tym wypadku taka przerwa niszczy płynność narracji. Aż się prosi o spójnik. Albo po prostu “Ogromna świątynia mieściła się…” (choć w gruncie rzeczy tak też bym raczej nie napisał).

jakiś mag mieszkający w świątyni kłóci się ze swoją księgą zaklęć

To jest tak fajne zdanie, albo może tak fajny jest opisany fakt, że można by na sam ten temat napisać ciekawszy tekst.

Zakradłem się za jednego z niech i

Moonrock

Tego typu nazwy to przekleństwo tłumaczy z angielskiego, więc gdy występują w literaturze obcej (choćby w formie jakiejś “Brandywiny”), to jeszcze można to jakoś łyknąć. Lecz w rodzimej literaturze – choć daleko mi do bojownika o czystość… jakąkolwiek i czegokolwiek – jednak mnie to razi. Już lepiej przechodzą nazwy wzięte z innych języków, najlepiej nieznaczące, choć taki Novigrad był jednym z przykładów tych, które sprzedały się i tak.

 

Pastwić się nie będę. Dużo pracy przed Tobą, Lordzie. Opowieść jest wtórna, co jest normalne na początku zabawy w pisanie, i niezbyt zajmująca, technicznie dość słaba – powtórzenia, brak rytmu i płynności. Na tę ostatnią pomaga czytanie tekstu na głos.

Przecinków stawiasz o wiele za dużo, to jednak z dwojga złego łatwiej poprawić.

Ja tam przeczytałam całość. Rzadko kiedy odpadam, taka jestem wytrwała, ha! 

 

Bardzo podobało mi się, że próbowałeś trochę eksperymentować z formą. Opisy teraźniejszości, dziennik, trochę historii – fajna sprawa. Fabuła może nie jest najbardziej oryginalna, ale to Twoje początki, więc takie grzeszki są do wybaczenia. Podobnie jak styl – da się go wyszlifować. 

Dylemat moralny głównego bohatera jest według mnie trochę naciągany. No dobra, ktoś kazał mu ukraść kielich i Avrik miał poczucie zagrożenia, ale jeśli król, który mu pomagał i ogólnie był super władcą, miał zostać zgładzony, no to heloooł. Nawet za cenę wolności. Może sprawa wyglądałaby inaczej gdyby na przykład tajemniczy zleceniodawca groził rodzinie bohatera? Albo kogoś z tej rodziny porwał? 

 

Anyway nie jest tragicznie, czytałam gorsze początki. 

 

Czytało się bez bólu, więc jak na debiut nie jest źle. Dość prosta, klasyczna historia, ale udało Ci się przemycić trochę fajnego, łotrzykowskiego klimatu. Styl jeszcze nieco niewyrobiony, ale z czasem powinno być lepiej.

Nowa Fantastyka