- Opowiadanie: CountPrimagen - Puzzle

Puzzle

Krótka (jak na mnie, to wręcz filigranowa!) opowieść o mężczyźnie, który środowy wieczór spędza samotnie, na układaniu puzzli.

Zainteresowałem? ^^

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Puzzle

0–518 elementów

 

When I look into your eyes, I can see a love restrained. – Z głośników dobiegł przejmujący głos Axla, a Kamil odetchnął głęboko. Tłukące w piersi serce zwolniło, zaś gradowe chmury, zasnuwające myśli mężczyzny, rozwiał wiatr powracającej nadziei.

But darling when I hold you, don’t you know I feel the same. – Nareszcie opanowany, mężczyzna wszedł do łazienki i umył spocone, lepkie ręce. Gdy opryskał twarz wodą, jego usta przeciął cienki jak ostrze noża uśmiech. Wszystko może jeszcze skończyć się dobrze, pomyślał. Nie wierzę, by zrobiła krzywdę własnemu dziecku…

Teraz, gdy ciszę mieszkania zakłóciła muzyka Guns N’ Roses, Kamil zapalił papierosa i, rozsiadając się w fotelu, wrócił myślami do dzisiejszego poranka – gęstej, napiętnowanej milczeniem atmosfery przy śniadaniu, głębokiej rysy na drzwiach samochodu, dłużącej się w nieskończoność drogi do pracy. Spóźnienia i ochrzanu, który oczywiście zebrał od szefa, choć przecież wyjechał kwadrans wcześniej niż zwykle.

Powrót do domu, już sprawniejszy, przybliżył tylko kolejną konfrontację z beznamiętną twarzą żony oraz „niespodziankę”, którą przed kilkoma dniami zastał w pokoju Bartusia. Z którą tym razem już musiał się zmierzyć.

Jeden rzut oka na dziecięce łóżeczko, dotychczas wypełnione szczebiotem, śmiechem i błądzącymi po barierkach rączkami, teraz zaś straszące cichą obecnością ciepłej jeszcze pościeli, sprawił, że Kamil zacisnął bezsilnie pięści.

Potwarz i zdrada…

A jednak mężczyzna nie był zaskoczony. Ewki nastroje, jej chore pomysły oraz zdrady, których się dopuszczała, stały się dla Kamila ponurą codziennością.

Plugastwo…

I tylko jedno dziwiło, powracało do niego pejzażem znaczącej dywan czerni. Puzzle. Te cholerne, rozsypane w pokoju Bartusia, puzzle. Cztery tysiące jednolicie czarnych, bliźniaczo do siebie podobnych elementów. Zmienna, choć kompletnie niezrozumiała, zdawała się stanowić klucz do rozwiązania zagadki – gdzie podział się chłopiec?

Nielogiczne…

Kamil pokręcił głową i zapalił kolejnego papierosa. Zebranie rozsypanych elementów i przeniesienie ich do dużego pokoju zajęło dłużącą się w nieskończoność chwilę. Tęskniący za obliczem synka wzrok wciąż umykał w stronę łóżeczka, nęcony przez odczuwalną w nim, osamotnioną obecność.

Iluzję…

Mężczyzna opuścił pokój z zaciśniętymi powiekami, nadal nie rozumiejąc dlaczego, zamiast zmierzyć się z rzeczywistością, traci czas na jakąś głupią układankę.

Puzzle były zarazem fascynujące i przerażające – smolista czerń elementów sprawiała wrażenie dziwnie złowróżbnej, skażonej. W ciszy mieszkania Kamil zdawał się słyszeć dobiegające z niej szepty.

Struchlały z niepokoju, że szmer przybierze w końcu formę niechcianych słów, mężczyzna włączył muzykę i zaczął układać.

 

Na początku była woń kwiecia i wiatr we włosach. Umykające z każdym krokiem metry, gdy biegnąc, ramię w ramię, przygotowywali się do półmaratonu. Ewka kochała to uniesienie, uczucie lekkości, które nastaje po kilkunastu minutach wysiłku – tę świadomość, że mogła biec wiecznie, uciec od wszelkich dręczących ją dzień w dzień problemów.

Kamil nigdy tak do końca nie potrafił zrozumieć tej fascynacji, jednak towarzysząc jej, wsłuchany w głęboki, spokojny oddech Ewki, sam również czuł się szczęśliwy. W tamtych czasach wierzył, że nic nie stanie na przeszkodzie ich miłości, nie skazi jej, nie zbezcześci.

– Ruchy, Kamil! Bo nigdy mnie nie dogonisz! – Wspominając te okrzyki, zwiastujące ostatni etap treningu, kiedy to Ewka przyspieszała do sprintu, uświadamiał sobie, że rzeczywiście – nie tylko w biegu nie potrafił dotrzymać jej kroku.

Później był szum wody, kłęby gorącej pary i dwa ciała, zjednoczone w miłości. Uściski i pieszczoty, związane pocałunkiem usta i śmiech Ewki, który zdawał się rodzić w samej duszy. Tak tryumfalny, jakby ulegając mu pod prysznicem, to ona była górą. I, prawdę powiedziawszy, chyba była.

Zdarzały się i wyjątki, a przynajmniej jeden, kiedy pod prysznic weszło ich dwoje, wyszło zaś troje. Śmiech Ewki rozbrzmiał wtenczas i w duszy Kamila, tworząc najprawdziwszą symfonię. Obietnicę pięknej przyszłości.

 

519–1225 elementów

 

'Cause yesterday' s got nothin' for me, Old pictures that I'll always see – śpiewał dalej Axl, wyrywając Kamila ze wspomnień świetlanej przeszłości.

Fałszywej…

Za oknem dawno już zapadł zmierzch – wąski sierp księżyca jarzył się na nieboskłonie, a mgła pomału ścieliła nad ziemią, zwiastując nieprzyjazny wieczór.

W sam raz na układanie puzzli. Kamil roześmiał się nerwowo i dostawił kolejny element przedstawiającej jednolitą czerń układanki. Szło mu zaskakująco sprawnie – kontur ujawniał już rzeczywiste rozmiary obrazka, a w lewym dolnym rogu uformowała się wyspa pasujących kształtem puzzli.

Time just fades the pages, In my book of memories – podśpiewując wraz z zespołem, Kamil powstał i, rozmasowując ścierpnięte mięśnie, poszedł do kuchni.

Skrzywił się, czując wypełniający pomieszczenie smród, po czym otworzył lodówkę i przejrzał jej zawartość, jednak nic nie wskazywało, by źródłem zapachu była zmagazynowana tam żywność. Wzruszył ramionami, wyjął puszkę piwa i otworzył okno, wpuszczając do mieszkania strumień chłodnego powietrza oraz dobiegające z oddali przekleństwa i ujadanie rozwścieczonego psa.

Ciemność jest domeną zła.

Wszystko będzie dobrze… Musi być, stwierdził mężczyzna, przelewając zawartość puszki do kufla, jednak myśl wzmogła jedynie wątpliwości.

Wrócił do pokoju i spojrzał na układankę. Ciemność kusiła, sprawiała wrażenie głębokiej i pełnej tajemnic. Wnet przez jej taflę przemknął odznaczający się wśród mroku kształt, a Kamil poczuł jak struga piwa, zamiast trafić do ust, moczy koszulę.

– Mam przywidzenia… – mruknął, próbując przekonać samego siebie i rozgarnął ręką nieułożone dotychczas puzzle. Gdzieś tutaj musiał znajdować się kolejny, pasujący element.

 

Pośród cieni odzyskiwał spokój, potrafił zebrać myśli. Pozwalając, by nocny wiatr chłodził mu twarz i suszył gniewne łzy, Kamil spacerował po osiedlu i wpatrywał się w skrytą za firankami mieszkań wesołość. Słuchając dziecięcego śmiechu, muzyki oraz szczęku sztućców, niemalże czuł bijące harmonijnie serca szczęśliwych rodzin.

Spacerował i przeklinał podły los, który na drodze postawił mu ją – Ewkę. Pozbawioną wyrozumiałości, egoistyczną. Roszczeniową i lekceważącą.

Przed oczami wciąż miał surową minę kobiety i wypływające nieprzerwanym potokiem pytania: Gdzie byłeś? Dlaczego wracasz tak późno? Kamil, co się z tobą dzieje? Twoje oczy, jak ty na mnie patrzysz?!

Głuchy dźwięk uderzenia, brzęk i pokryte krwią szczątki rozbitej antyramy na podłodze. Ból pokaleczonej ręki, przekleństwa, krzyki…

– Pieprzony obrazek… Trzeba będzie poodkurzać, gdy wrócę – mruczał do siebie, uśmiechnięty. Ręka już nie bolała, krew skrzepła na podobieństwo czerwonej rękawiczki.

Nie pierwszy raz, nie ostatni…

 

1226–2111 elementów

 

Wyżej… O tam…

Obok… Właśnie…

Grymas strachu wykrzywił twarz Kamila, a ręka zadrżała nad układanką. Szepty nie dochodziły wcale z odtwarzacza, ich źródłem nie byli również mieszkający piętro wyżej sąsiedzi.

Czerwona rękawiczka…

I po kłopocie…

Mężczyzna krzyknął, gdy pod powierzchnią smolistej czerni przemknął kolejny kształt. Szybko i dyskretnie, tak, by Kamil nie mógł wychwycić szczegółów.

– Pieprzę to – warknął, wychodząc na balkon. Zapalił papierosa i, wystawiając twarz na chłodne jesienne powietrze, głęboko odetchnął.

Przez chwilę na poważnie rozważał wyrzucenie puzzli, jednak coś nieodmiennie zniechęcało go od podjęcia tak drastycznej decyzji. W głębi duszy był przekonany, że układanka w jakiś sposób wiąże się ze zniknięciem syna, tłumaczy je.

– Znajdę tę sukę, to wszystkiego się dowiem – warknął i, jakby wbrew sobie, wrócił do pokoju. Puzzle czekały, kupka nieułożonych elementów była już znacznie mniejsza.

Kamil chwycił jeden z nich, obrócił w palcach zachwycając się maestrią wykonania, i dodał do układanki. Pasował jak ulał, dopełniał…

 

…tragedii, w którą powoli zmieniało się ich małżeństwo. Ewka czuła to całą sobą, widziała każdego dnia, gdy Kamil, zmęczony po pracy, wracał do domu i mierzył ją tym zagniewanym, obcym spojrzeniem.

Ewka truchlała, gdy pojawiał się w pobliżu, pieścił ją, całował. Wypowiadał słowa, w których nie ostały się już żadne uczucia. Zaręczał o miłości do Bartusia, jednak nie manifestował jej żadnym gestem. Bywały dni, kiedy ani razu nie wszedł do jego pokoiku, nie zaszczycił synka choćby spojrzeniem.

Zamykał się w gabinecie i spoglądał jak zahipnotyzowany przez okno albo wychodził na dwór i krążył godzinami bez celu. A co najbardziej przerażające – nic nie wskazywało, by Kamil miał jakieś kłopoty. Nie zaczął więcej pić, nie zamartwiał się. Wyglądał po prostu… jakby utracił część duszy.

Pewnego dnia Ewka zabrała Bartusia i razem udali się do teściów. Smutny uśmiech szybko zastąpiły łzy, gdy kobieta opisywała mamie Kamila cienie, które od jakiegoś miesiąca krążyły nad ich związkiem, oddalając od siebie dwoje kochających się niegdyś ludzi.

Spoglądała w beznamiętną twarz teściowej, a słowa płynęły coraz wolniej, aż wreszcie zamarły, niechciane, na jej drżących ustach. Westchnęła, wzięła się w garść i spróbowała jeszcze raz, wtedy jednak starsza kobieta uniosła dłoń i chwyciła Ewkę za rękę.

– Tak już czasami bywa, moja droga – powiedziała, a w jej słowach dźwięczał fałsz. – Kamil bywa trudny, wierzę jednak, że szczerze kocha was oboje. Kochanie? Przynieś to, proszę.

– Ależ oczywiście. – Ojciec Kamila, zwykle rubaszny i wesoły mężczyzna, zdawał się podczas tej wizyty zmarniały, niemal umierający. W szponiastej ręce dzierżył pudełko puzzli, które teraz wyciągnął w kierunku Ewki. – To dla was, kochani.

Kobieta spojrzała na kartonik i rozpogodziła się, widząc prosty obrazek z Kubusiem Puchatkiem w roli głównej. Niezdara poślizgnął się, oblewając Prosiaczka strugą miodu, a podskakujący na ogonie Tygrysek śmiał się wniebogłosy.

– Siądźcie któregoś dnia i ułóżcie je. Kamil zawsze lubił puzzle… Jestem pewna, że od razu wróci mu dobry nastrój…

– Dzię– Dziękuję. – Ewka zawahała się, jednak radość, z jaką Bartuś ściskał układankę, przekonała ją, by przyjąć podarek.

 

2112 – 3002 elementów

 

Szepcząca obecność zniknęła, a Kamil zamrugał, pozbywając się powidoków. Tym razem słowa zdawały się zrozumiałe, wspominały o czymś, czego mężczyzna nie był nawet świadom. Zastanowił się, czy Ewka mogła być na tyle perfidna, by ukryć Bartusia u jego rodziców i stwierdził, że nie – to niemożliwe.

Absurdalne…

Odtwarzacz wciąż milczał, zapomniany. Kamil wsłuchiwał się teraz w huczący za szybami wiatr oraz stukot deszczu na plastikowej powierzchni parapetów. Dźwięk ten budził wspomnienia, brzmiał jak…

Palce?

…grzechotka, którą tak bardzo lubił potrząsać Bartuś. Jego synek, jego ostatni wyrzut sumienia.

Suka… pomyślał i podniósł się ociężale. Zmiażdżył w palcach niedopałek papierosa i przekroczył niedokończoną układankę, idąc do pokoju dziecka. Czas stanąć naprzeciw prawdzie, stwierdził.

Dziecięce łóżeczko oraz sterty zabawek, którym jeszcze do niedawna sens istnienia nadawała wyobraźnia małego chłopca, tonęły w ciemnościach, jednak Kamil długo wahał się przed zapaleniem światła. Wiedział, co ujrzy, pamiętał, że w pierzynie znajdzie tylko…

Potwora?

…okrutną pogróżkę, kiepski dowcip. Westchnął cicho i nacisnął włącznik, wydzierając prawdę spośród ciemności.

Uniósł spojrzenie znad dywanu w samochodziki i lękliwie zerknął na łóżeczko. Wciąż tam leżała… Laleczka. Wydmuszka ludzkiej istoty, która w całej szkaradności swej martwej egzystencji, przypominała Bartusia. Rączki, nóżki, korpus i odrażająca, roześmiana twarzyczka. Nieruchome, groteskowe wspomnienie tego, kim kiedyś był chłopiec.

Kamil pokręcił ze zgrozą głową i zgasił światło. Czuł się jak we śnie – upiorny upominek wciąż tam leżał, przypominał o ostatnim geście kochającej żony. Mężczyzna stwierdził, że Ewka musiała zabrać chłopca z domu i ukryć go przed nim, skąd więc natrętna potrzeba ułożenia tych puzzli?

Dlaczego układanka, jeszcze do niedawna przedstawiająca Kubusia Puchatka, teraz uwieczniała czerń? Jakim cudem z sześćdziesięciu elementów zrobiło się ich cztery tysiące? I przede wszystkim – co miały znaczyć te potępieńcze wrzaski, którymi uraczyła go przed kilkoma dniami Ewka – „Ułożył je! Ułożył je!”?

– Gdzie jesteś? – szepnął, wyczuwając nadciągający ból głowy.

Po chwili milczenia wzruszył bezradnie ramionami i wrócił do gabinetu. Zawiesił wzrok na kształtach, które coraz śmielej przemykały wśród pustej czerni i niespodziewanie pomyślał:

To moje puzzle!

 

– Chodź, młody! Patrz, co kupiłem na wyprzedaży!

– Ooo, ale ekstra! Puzzle z Batmanem! Takich jeszcze nie widziałem! – zakrzyknął Szymek, a Kamil roześmiał się gromko i potargał czuprynę kuzyna.

– Ułożymy je teraz, wujku?

– Pewnie, jeszcze trochę czasu minie, zanim starsi skończą rozmawiać o polityce – oznajmił i puścił kuzynowi porozumiewawcze oczko. Szymek roześmiał się i przystąpili do dzieła.

– Boże, Szymuś! Dziecko!

– Co się stało?

Nic, kurwa, nic…

…skręcić…

…złamać…

Poszarpać.

– Jezu… Jakby wpadł w jakiś szał… A przecież zawsze był takim spokojnym chłopcem. – Starsza kobieta zasłoniła usta dłonią, próbując powstrzymać cisnące się na oczy łzy. – Wywal je, synku, wywal te puzzle, zanim ja to zrobię…

– To nie ich wina – odparł Kamil nieobecnym głosem. Przyobleczone cieniem spojrzenie utkwił gdzieś w oddali, a drżące ręce zaciskał spazmatycznie w pięści.

W jego głowie panował chaos, wciąż jednak pamiętał, że ułożone puzzle wcale nie przedstawiały Batmana, tylko…

– To nie ich wina – powtórzył bezradnie.

 

3003–3999 elementów

 

Bębniący o parapety deszcz zmienił się w prawdziwą ulewę. Nocny nieboskłon przecięła błyskawica, a Kamil wzdrygnął się, gdy przestworzami wstrząsnął towarzyszący jej grzmot.

Mężczyzna pociągnął ze stojącej obok butelki whisky i otarł spocone czoło. Nie mógł powstrzymać targających ciałem dreszczy.

Jeszcze kilka, jeszcze parę… powtarzał, a kupka luźnych puzzli malała w oczach. Kształty coraz częściej zatrzymywały się, wpatrywały w niego z głębi ciemności i bełkotały niezrozumiale.

– Stój! – ryknął wreszcie Kamil, nie wytrzymując napięcia, w ręku ściskając ostatni element. Dobywający się z puzzli skowyt zdawał się donośniejszy niż wiatr i burza za oknem.

Zgnieść, rozerwać…

 

*

 

Uwięziony wewnątrz, pośród zdekompletowanych osobowości, Kamil wzniósł pobladłe oblicze i spojrzał bezsilnie w wykrzywioną nienawiścią, wynaturzoną twarz. W nędzny strzępek dawnego jestestwa. Pozostało mu tylko zapłakać bezsilnie…

 

*

 

Poparzyć, pokaleczyć…

– To ty… Od dawna już tam tkwisz. – Kamil roześmiał się histerycznie i zgasił papierosa na wpatrującej się w niego z głębi układanki twarzy. Szepty narastały, pojawiały się i znikały, dręczyły go wspomnieniami – Zabierasz wszystko… W zależności od tego, ile możesz… Im więcej, tym chętniej. Im szczerzej, tym prościej. Tylko… W takim razie… Skoro już mnie ze wszystkiego ograbiłeś, to dlaczego mogę układać po raz kolejny?

 

3999–? elementów

 

Zaśmiewając się do rozpuku, wreszcie wyzwolony z wątpliwości, Kamil ukończył puzzle i poczuł, jak coś wewnątrz niego zapada się, pęka. Odchodzi pokonane.

I choć straciło to już na znaczeniu, nawet u kresu nie był świadom, że wystarczyło pójść do kuchni i wejrzeć w wygasłe oczy skatowanej Ewki, by zrozumieć, że jeszcze przed chwilą płonęły w nich ogniki szczerej miłości i płonnej nadziei.

Koniec

Komentarze

Zapowiedź nie brzmi szczególnie interesująco, ale czytałem zaciekawiony. Klimat był; Gunsów mogłem sobie odtworzyć w głowie. Pomysł na czarne puzzle bardzo na plus. Tytuł – zaskakujący jak na Ciebie – sugeruje, że trzeba wytężyć mózg i złożyć do kupy elementy, które rozrzucasz. No i myślę, i myślę, ale chyba brakuje mi tutaj tego, co w układankach ułatwia sprawę – rogów, od których można zacząć, i brzegów, które pozwalają kontynuować. No a na koniec nie ma pudełka, dzięki któremu można sprawdzić, czy dobrze się ułożyło. 

Uwięziony wewnątrz, pośród zdekompletowanych osobowości, Kamil wzniósł pobladłe oblicze i bezsilnie spojrzał w wykrzywioną nienawiścią, wynaturzoną twarz.

Coś tu się z formatowaniem rozjechało. 

Chłopiec nie od dziś był wielkim fanem bohaterów z uniwersum DC.

Moim zdaniem zbędne, słabe zdanie. Zastanów się, czy naprawdę coś wnosi. 

Poza tym nie mam warsztatowych zastrzeżeń, a wręcz należy się uznanie. Ograniczyłeś poetyckość. Wciąż jest fajnie, ładne, ciekawe zdania, a przy tym łatwiej się czyta. Za to duży plus. 

Na razie tyle mi się nasuwa, zobaczymy, co powiedzą inni :) 

No i myślę, i myślę, ale chyba brakuje mi tutaj tego, co w układankach ułatwia sprawę – rogów, od których można zacząć, i brzegów, które pozwalają kontynuować.

Ładnie napisane, Fun ;)

 

Dzięki serdeczne za pochylenie się i szczerą ocenę. Szczerze mówiąc, mocno się obawiałem, czy treść będzie zrozumiała… I widać obawy były jak najbardziej słuszne.

Cóż, napisałem najlepiej jak mogłem.

 

Co do Twoich uwag – nic się nie rozjechało, wyrównałem do prawej z premedytacją ;) A jeśli chodzi o zdanie, to zastanowię się. W sumie ciekawe, że zwróciło Twoją uwagę. Ja sam nie widzę w nim nic wyróżniającego się ;)

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nie mam pewności, czy właściwie pojęłam, ale mam wrażenie, że to, co zobaczyłam na koniec było dość przerażające, tym bardziej że nad opowiadaniem cały czas unosi się paskudna aura. Od pierwszego, po ostatnie zdanie.

Nie zrozumiałam sceny z Szymusiem.

 

jego usta prze­ciął cien­ki jak ostrze noża uśmiech. – Cienki uśmiech? Grube też są?

 

Czym wię­cej, tym chęt­niej. Czym szcze­rzej, tym pro­ściej.Im wię­cej, tym chęt­niej. Im szcze­rzej, tym pro­ściej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Napisane tak, że czyta się bardzo szybko, choć pamiętam jeden mały zgrzyt, na początku, gdzie składnia zdania była jakaś dziwna.

Choć nie jestem pewien szczegółów, to wychodzi mi że puzzle kamuflują się by kraść dusze i wtedy stają się czarne. Główny bohater ma z nimi jakiś związek, w pewnym sensie chyba pasożytuje na tych duszach, potrzebuje żeby ktoś ułożył puzzle, żeby znowu być w pełni żywy. Jednocześnie cząstka jego duszy tkwi już w tej czarnej układance.

Podziwiam w takim razie okrucieństwo matki Kamila, która ewidentnie wiedziała, co robi, kiedy dawała ten prezent.

Nawet jeśli nie w pełni rozumiem, to opowiadanie miało klimat i mimo tego, że jednak jest to być może trochę zbyt pogmatwane, być może brakowało czegoś, aby można było objąć cały obraz wzrokiem, to i tak bardzo mi się podobało.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Jupi! Zrozumiałam, całą układankę ułożyłam! Ale nie będę konfrontować z obrazkiem na okładce, znaczy, nie będę szukać potwierdzenia u Autora. 

Wciągające, intrygujące, a angielskie cytaty tylko trochę irytujące. Bardzo dobrze napisane (ale Twój warsztat nie podlega dyskusji, więc…), czuć dreszczyk.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

napiętnowanej milczeniem, atmosfery przy śniadaniu

 

maskowatą ← maskowata twarz jest chorobą. Czy bohaterka cierpi na tę przypadłość?

 

uciec od wszelkich dręczących codzienność problemów. ← kobieta chce uciec od problemów, które dręczą codzienność. Ciekawe, że codzienność można dręczyć, i jeszcze ktoś trzeci przez to ucieka :P

 

W sam raz na układanie puzzli, (tutaj kropka zamiast przecinka, nie ma tu wynikania, on to pomyślał, a nie roześmiał się w myślach) Kamil roześmiał się nerwowo i dostawił kolejny element przedstawiającej jednolitą czerń układanki.

 

Dużo wtrąceń. Lubię wtrącenia, ale chyba jednak jest ich za dużo.

 

już żadne uczucia. Zaręczał o miłości do Bartusia, jednak w żadnym geście nie manifestował tego uczucia.

 

Zamykał się w gabinecie i spoglądał jak zahipnotyzowany przez okno, albo wychodził na dwór i krążył godzinami, bez celu. ← usunęłabym wszystkie przecinki

 

stukot deszczu na plastikowej powierzchni parapetów. ← nie widziałam jeszcze zewnętrznego, plastikowego parapetu. Ale to nie znaczy, że nie istnieją. Tak tylko zaznaczam. Poza tym stuk wody o plastik?

 

Chłopiec nie od dziś był wielkim fanem bohaterów z uniwersum DC. ← zbędne zdanie, skoro zachwycił się Batmanem, jest to wiadome.

 

Uwięziony wewnątrz, pośród zdekompletowanych osobowości, Kamil wzniósł pobladłe oblicze i bezsilnie spojrzał w wykrzywioną nienawiścią, wynaturzoną twarz. Swoje własne, zrabowane przed laty oblicze. Pozostało mu tylko zapłakać bezsilnie…

 

 

Nie umiem się wypowiedzieć o treści. Ostatnio nic mi się nie podoba, więc nie jestem obiektywnym czytelnikiem. Dlatego nie będę się rozwodzić. Bohater nie wzbudził we mnie innych emocji poza irytacją (a to i tak plus za kreację, która wzbudza doznania), więc skupiałam się na twoim doskonałym warsztacie.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Dzień dobry :).

 

“Z głośników dobiegł przejmujący głos Axla, a Kamil odetchnął głęboko.” – no, nie wiem czy to widzisz, ale mnie gryzie. Żaden błąd, tylko pewien dysonans logiczny, nie wiem czy potrafię wyjaśnić. Żeby “usprawnić”, zamiast “, a” wstawiłbym kropkę. Tylko to jak naprawianie niewidzialnych mostów, co to je sobie Słowik wyśpiewał ;).

 

“Nareszcie opanowany, mężczyzna wszedł do łazienki i umył spocone, lepkie ręce.” – mam tutaj to samo co wyżej. W sensie, chodzi o pierwszy przecinek. Ale żeby tutaj coś zmienić, to trzeba by się już chyba bardziej napocić. Nie wiem, czy warto.

 

“gęstej, napiętnowanej milczeniem, atmosfery przy śniadaniu, głębokiej rysy na drzwiach samochodu,” – przecinek przed atmosferą wydaje się błędny. Jeśli nie jest, to i tak psuje rytm.

 

“Śmiech Ewki rozbrzmiał wtenczas i w duszy Kamila, tworząc najprawdziwszą symfonię. Obietnicę pięknej przyszłości.” – “i w” w pierwszym zdaniu wypada jakoś tak… blado. Możliwe, że przez sprzężenie dźwiękiem z “wtenczas”. W każdym razie, pierwsze zdanie brzmi bardzo słabo. Drugie ma wydźwięk nieco zbyt patetyczny, ale nie czepiam się. Drobne przesłodzenie sceny i tak jest zamierzone.

 

“Chłopiec nie od dziś był wielkim fanem bohaterów z uniwersum DC.” – zbędne zdanie.

 

“– To ty… Od dawna już tam tkwisz. – Kamil roześmiał się histerycznie i zgasił papierosa na wpatrującej się w niego z głębi układanki twarzy. Szepty narastały, pojawiały się i znikały, dręczyły go wspomnieniami – Zabierasz wszystko… W zależności od tego, ile możesz… Czym więcej, tym chętniej. Czym szczerzej, tym prościej. Tylko… W takim razie… Skoro już mnie ze wszystkiego ograbiłeś, to dlaczego… mogę układać po raz kolejny?” – nie lubię takiego natężenia wielokropków. W ogóle ich nie lubię, ale do tej pory były bardzo dobrze uzasadnione. Myślę, że ten monolog można było poprowadzić dużo lepiej, rozbić jakoś, delikatnie. Bardzo bardzo subiektywna uwaga.

 

Tyle z uwag około zdaniowych.

Jest dobrze, chociaż jak na horror zbyt… niejednoznacznie? Kiedy czytelnik zbyt mocno musi lawirować myślami, klimat “grozy” lubi gdzieś się ulatniać, bo czytelnik tenże jest bardziej we własnej głowie niż w tekście. Gdyby tekst nie aspirował (co w pewnym stopniu się udało) do tego gatunku, nie zwróciłbym na to uwagi. Dlatego, chociaż wciąż nad literkami unosi się pewien dym i mgła, jestem pewien, że byłyby znacznie gęstsze przy odrobinę jaśniejszym prowadzeniu pomysłu. Aura niedopowiedzenia w horrorach to co innego niż skomplikowana zagadka. Ona powinna tylko przepływać przez tekst, tykać delikatnie czytelnika. Inaczej zamiast wywoływać niepokój, staje się motywem przewodnim, a to niedobrze.

 

Bo też nie jestem do końca przekonany, czy zrozumiałem. Moją ideę zupełnie rozwala scena z rodzicami, którzy zdają się w tym wszystkim zupełnie niepotrzebni, doklejeni na siłę. Dodatkowo burzą koncept wprowadzając narrację nie obracającą się wokół postaci głównego bohatera (bo tutaj przeskakuje na Ewkę). Wyłamuje się w ten sposób z całego opowiadania i odbiera mojemu “zrozumieniu” tekstu pewność siebie. Bo jeśli scena była potrzebna, to znaczy, że nie załapałem całości :(.

 

Mimo to podobało się. Jest narracyjnie, w zdecydowanej przewadze, sprawnie poprowadzone, z dobrym pomysłem. Z klimatem i niewykorzystanym potencjałem na tenże. Dawno nic tutaj nie czytałem, więc nad biblioteką zastanowię się przeglądając inne opowiadania :) (punkt odniesienia ważna rzecz).

 

A na razie, trzymaj się

i powodzenia przy następnych tekstach!

Westchnął cicho i nacisnął włącznik, zalewając pomieszczenie potokiem światła.

Śmiechłem. Potok światła – to brzmi jak żywcem wyrwane z grafomańskiego dzieła czternastolatki.

 

Treść mnie wynudziła totalnie. Liczyłem, że te puzzle jakoś pożarły żonę i dziecko, a bohater to ogarnie, gdy już sam będzie w nich uwięziony. Albo że coś z nich wylezie, skoro co jakiś czas coś po nich przemykało. Tymczasem nie wiem, kogo bohater zobaczył w puzzlach, żonę prawdopodobnie zabił i zostawił w kuchni, zaś dziecko? Zamieniło się w lalkę? A może to ślepy trop i żona po prostu zdążyła go wywieźć byle dalej od męża szaleńca. Ale czemu oszalał, w sumie nie miał zbyt wielu powodów, coś tam tylko przebąkiwał, że podejrzewał zdrady (nota bene w jakimś psychiatrycznym zaburzeniu był to wiodący objaw :p ) i że żonka miała mocny charakter. Trochę mało.

Ogólnie więcej nie wiem niż wiem po przeczytaniu tego opowiadania i nawet by mi to nie przeszkadzało, gdyby akcja nie ograniczała się do układania puzzli, picia piwa i palenia fajek na balkonie.

Jeszcze przyznam, że nie znam piosenki, którą cytowałeś, bo Guns and roses to zupełnie nie moje klimaty, ale podejrzewam, że to była jedna piosenka. Więc zgodnie z fragmentem 1. i 2. – bohater ułożył 1200 puzzli w ~4 minuty? Szanuję. xD

Tytuł mi się nie podoba, ale jest adekwatny do treści, więc ok.

Pozdrawiam!

 

maskowata twarz jest chorobą

Naz, twarz maskowata to objaw, a nie choroba. Bohaterka może mieć początki Parkinsona, a może mieć zwyczajny spadek nastroju. Analogicznie nie każdy świąd dłoni oznacza świerzb.

No, nieprecyzyjnie się wyraziłam, niemniej maskowata twarz według mnie zdradza jakąś chorobę, tak jak napisałeś, a nie zwykłą emocję u zdrowej osoby. Ale to chyba zbędne czepianie się, zwłaszcza że mój miły sojusznik jest lekarzem i sam najlepiej wyjaśni.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Oho, widzę, że trochę więcej osób ułożyło puzzle ^^

Dzięki Wam. Zawsze miło, jak ktoś się pochyli i podzieli wrażeniami.

A zatem…

 

Reg – Fajnie, że przynajmniej aura się udała. Szkoda zaś, że zawiodłem konstrukcyjnie. Następnym razem obiecuję poprawę :)

Co do uśmiechu – gruby być nie może, ale… szeroki? ;)

Wiem, że “cienki uśmiech” to jakiś neologizm, choć wydaje mi się, że zrozumiały. Pomyślę, czy warto to zmieniać. Druga uwaga jak najbardziej słuszna :)

 

Madej – nie do końca w ten sposób, choć dobrze kombinujesz ;D

Puzzle, po ułożeniu, pozbawiają człowieka całego, szeroko rozumianego dobra. Im więcej tego dobra się znajduje, tym prostsze do ułożenia się stają. Kamil układał po raz drugi, no i pytanie – dlaczego puzzle wciąż chciały być przez niego ułożone, skoro całe “dobro” zabrały już podczas układania ich z Szymkiem?

I, szczerze mówiąc, myślałem miałem nadzieję, że tylko w tym miejscu pojawi się problem…

Dzięki za ocenę.

 

Śniąca – Niezmiernie mnie to cieszy! A zatem jest jeszcze dla mnie nadzieja… ;)

Dzięki za punkt, “dreszczyk” i wsparcie.

 

Naz – o, nad kilkoma z tych przecinków wytrwale myślałem, ale nic nie wymyśliłem ;D

Część, chociażby “, bez celu” pasowała mi do rytmu czytania, niemniej rzeczywiście wydaje się błędna…

Dzięki za wiarę i zmierzenie się z tym, w przyszłości zaprzęgnę warsztat do czegoś prostszego, mającego solidniejsze podparcie w fabule :)

 

Mały Słowik – bardzo mi miło, że choć masz trochę “ale”, ten plugawy tekścik skłonił Cię do powrotu na łono portalu :D

Uwagi przeanalizuję, dzięki za nie.

 

MrBrightside – psst! Zdradzę ci tajemnicę ;)

Porównuję odbiór moich tekstów w zależności od długości tytułu ;)

Przy następnym opowiadaniu będzie on zajmował dwa rzędy i może wywalczę srebro :D

Dziecko nie ma w sobie zła stricte, cóż więc zostanie, gdy odbierzesz mu całe dobro i niewinność? Zaledwie wydmuszka…

Zarzuty naturalnie przyjmuję, rozumiem, że opowiadanie mogło zawieść. Tym bardziej dzięki, że zechciało Ci się doczytać do końca i zopiniować.

Cytaty są akurat z różnych utworów, więc tutaj pudło ;P Nagrał sobie chłopina Ultimate Playlist, 6h z Guns N’ Roses i leciał z układanką ;D

 

Ech, a na koniec ta maskowata twarz… MrBrightside ma oczywiście rację, to objaw, choć i tak zgodzę się z Nazulką :> Do zmiany.

Zarzuciłem żargonem, a przecież Ewka była wtedy trupem, a Kamil spoglądał w jej martwe oblicze za każdy razem, gdy wchodził do kuchni… Dlatego przymiotnik trzeba zmienić na bardziej neutralny. Może beznamiętna? Obojętna? Zastanowię się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Hmmm. Jak dla mnie – za bardzo niejednoznaczne. Zabił żonę. OK, tyle jest jasne. Syna też? A może to ułożone puzzle zniszczyły chłopca? Ale w takim razie dlaczego babcia dała je wnukowi? Co właściwie stało się, kiedy w młodości układał z kuzynem? Też zabił czy tylko pobił? Dźgnął nożem?

Komentarze wyjaśniają z grubsza, jak należało interpretować, ale to już nie to samo…

Aha. 4000 elementów, bez obrazka w jeden wieczór? No way… Chyba że wszystkie mają taki sam kształt i każdy pasuje wszędzie (pomijając brzegowe). Albo inna magia, przemykające cienie pomagają układać.

Babska logika rządzi!

 Wciągnęło mnie samą wzmiankę o Guns’n’Roses ;) 

Nie potrafię wskazać dokładnie dlaczego,  ale tekst skojarzył mi się z Kingiem. Może za sprawą wyraziście nakreślonego w kilku słowach bohatera. Albo klimatu grozy, który konfrontujesz z prozaicznymi czynnościami w taki sposób, że czytelnik czuje, że opisywane wydarzenia mogłyby przydarzyć się każdemu zwykłemu człowiekowi. 

Spodobał mi się pomysł na segmentację tekstu ze względu na ilość ułożonych elementów. Wprowadzał napięcie i podbudowywał i tak już świetny nastrój. A co do nastroju – źle zrobiłam, czytając wieczorem ;)

Rozwinięcie też w porządku. Trafne porównanie dziecka pozbawionego dobra do wydmuszki :) Retrospekcje na dwa plusy, za słowa i sposób w jaki opisałeś zaszłe wydarzenia, i za wyjaśnienia, które ułatwiają rozeznanie w sytuacji.

Końcówka pozostawiła mnie trochę zagubioną. Z jednej strony jest ładna forma, a z drugiej trudna w odbiorze treść. Nie wiem, czy wszystko dobrze zrozumiałam. Np. czy ostatnią rzeczą, która w nim zgasła, była miłość do Ewy? Czy ta jego miłość sprawiała w jakiś sposób, że Ewa była żywa? Czy zmusił Ewę do ułożenia puzzli? Czy 3999 elementów to dusze z których wykradł dobro ?

Ciężko mi rozszyfrować ten tekst, w niemałym stopniu przychylam się do interpretacji Madeja. 

Ach,  no i tytuł :(Ale nie będę marudzić,  bo rzeczywiście pasuje.

 

Faktycznie, śródtytuły ciekawe. Lubię takie zagrania. :-)

Babska logika rządzi!

Finklo – miło mi, żeś pomimo tagu horror przybyła i podzieliła się odczuciami. Dzięki.

Mógłbym napisać tu cały plan wydarzeń, ale nie wiem, czy jest sens… To w sumie i tak nie zmieni faktu, że nie udało mi się przekazać tego przejrzyście a zarazem nie łopatologicznie. Trudna sprawa w sumie.

Ale z pomysłu pozostaję dumny. Nawet jeśli mało kto ogarnia go w całości :D

Puzzle magiczne, to i składały się niemal same ;)

 

Lenah – Twe słowa to miód na me serce, dziękuję bardzo za wiarę w ten tekst.

Trzeba było jednak spokojniej, zaprezentować to większej ilości osób, ale widzisz… gorąca głowa :D

W zamyśle, jedynie końcówka miała skłaniać do głębszych refleksji. Jeśli Cię to interesuje, chętnie rzucę nieco światła:

Po ułożeniu układanki z Szymkiem, Kamil stał się plugawą kreaturą, wynaturzeniem dawnego siebie. Puzzle pozbawiły go dobra. Jedna Ewa, widząc rozpad związku, a jednak wciąż kochając męża, walcząc o niego do samego końca, tchnęła cząstkę własnego dobra w owy “cień” człowieka. Dlatego mógł powtórnie ułożyć puzzle. I dlatego, że jedynym dobrem w nim było to pochodzące od Ewki, były one tak trudne, przedstawiały ciemność…

A gdy ukończył puzzle, dopełniła się klęska żony. Nawet ostatni okruch dobra został wchłonięty w odmęty układanki…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Tłukące w piersi serce zwolniło, zaś gradowe chmury, zasnuwające myśli mężczyzny, rozwiał wiatr powracającej nadziei. – Po tym zdaniu już wiedziałam, że tekst mi się nie spodoba. Te wszystkie wonie kwiecia, smolista czerń, struchlenia, uniesienia, księżyc i płonne nadzieje. Jest to tak nie moja stylistyka, że miałam ochotę od razu zrezygnować z dalszej lektury. Ale przeczytałam, choć nie było łatwo ;P

Na szczęście znalazło się parę elementów, które ułatwiły mi czytanie. Pomysł na fabułę ciekawy. Również sposób, w jaki budujesz główną postać przypadł mi do gustu. Choć ja w interpretacji bardziej poszłam w stronę zaburzeń dysocjacyjnych Kamila, szczególnie, że czynność układania puzzli można uznać za uspokajającą; a kiedy rzeczywistość daje znać o sobie to Kamil nie wytrzymuje i dzieją się straszne rzeczy…

 

Tłukące w piersi serce zwolniło, – jakoś mi to nie brzmi; powinno być raczej tłukące się

 

Te cholerne, rozsypane w pokoju Bartusia[+,] puzzle.

 

Zmienna, która[+,] choć kompletnie niezrozumiała, – dodaj przecinek albo wywal która; to słówko właściwie nic nie wnosi, a wymusza dodatkowy przecinek

 

wąski sierp księżyca jarzył się na nieboskłonie, a mgła pomału ścieliła nad ziemią, zwiastując ciemny, nieprzyjazny wieczór. – nie rozumiem dlaczego jarzący się księżyc i unosząca się nad ziemią mgła zwiastowały ciemny wieczór? Nieprzyjazny ok. ale ciemny?

 

Niezdara, poślizgnął się, oblewając Prosiaczka strugą miodu, – zbędny przecinek

 

ściskał układankę, przekonała ją, by przyjąć dar. – nie za duże słowo jak na zwykłe puzzle? może lepiej podarek? albo jeszcze jakoś inaczej.

 

Czas stanąć naprzeciw prawdy – wiem, że to myśl bohatera, ale czy błąd jest zamierzony? (poprawnie: naprzeciw prawdzie)

 

wydzierając prawdę spośród ciemności. – raczej wydzierając prawdę ciemności

 

Uniósł spojrzenie znad dywanu w samochodziki – coś mi w tym zdaniu zgrzyta, ale nie jestem do końca przekonana czy słusznie; chyba mówi się unieść wzrok znad czegoś?

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Tyle błędów? Wstyd, powiadam, wstyd…

Większość poprawiłem, choć w stosunku do kilku mam wątpliwości – spójrz chociażby na różnicę tłuc/tłuc się na PWN.

 

Fajnie, że zdecydowałaś się doczytać do końca i podzielić się ze mną wrażeniami. Dzięki, dogsdumpling. Wiem, że zdania mogą zniechęcać, ale gdy siłuję się z czymś nastrojowym, tak już wychodzi. W sumie ciekawe, że wrzucam tu głównie tego typu teksty XD

Ciekawa interpretacja – właściwie już podczas wewnętrznych testów zauważyłem, że można to odczytywać na różne sposoby… Chociaż nie jestem pewien czy to dobrze, skoro nie zostało zaplanowane.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Zerknęłam sobie na to nieszczęsne tłuc i tłuc się i dalej obstawiam, że tłuc się lepiej brzmi :P Choć rzeczywiście pod tłuc pojawia się również znaczenie walić, łomotać, więc nie jest to błąd. Zwracam honor.

Co do zdań, to oprócz mojej osobistej preferencji, brakowało mi tym opisom umotywowania w tekście. Odczytałam je jako arbitralną decyzję autorską. Ok, miało być nastrojowo, ale właściwie czemu ten nastrój miał służyć? Zrozumiałabym, gdyby np. towarzyszył wspomnieniom bohatera, albo jego zachowaniu związanemu z układaniem puzzli czy myślami o dziecku, czy w jakikolwiek inny sposób był powiązany z bohaterami bądź fabułą ale Ty stosujesz opisy konsekwentnie przez całą narrację. I, o ile taki zabieg może się podobać, bądź nie – to, w moim odczuciu, nie broni się sam. 

Co do ostatniego punktu, uważam, że jeśli osoba autora jest potrzebna do zinterpretowania tekstu, to nie jest to dobry tekst. Czytelnik nie powinien kierować się tym, co autor miał na myśli, tylko tym, co jest w tekście. Oczywiście sytuacja, w której czytelnik widzi skrajnie różny tekst od autora, to sygnał dla tego ostatniego, żeby popracować nad precyzją językową ;) Dla mnie, jako dla czytelnika, zamiary autora są raczej nieistotne – oceniam i interpretuję to, co dostaję. Poza tym, niezgodność woli autora i czytelnika wcale nie musi oznaczać gorszego tekstu. 

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Dobrze się czyta, jest klimat.

Dobry warsztat.

Lubię takie horrory, w których epilog podnosi włosy na karku. Tutaj tego zabrakło, choć opowiadanie ma potencjał.

Całościowo ok.

Hola, hola, hola! Kto uważa, że ten tekst nie zasługuje na bibliotekę, niech pierwszy rzuci kamień!

 

Fajnie jest obserwować, jak ewoluujesz z opowiadania na opowiadanie, wykorzystując uwagi z komentarzy. Wiem, że szukasz proporcji pomiędzy łopatologią i niedookreśleniem i moim zdaniem, tym razem trafiłeś. Do tego na plus zwięzłość formy i spójność estetyczna tekstu. Brak tej spójności i przegadanie drażniły mnie w “Papierowych sercach” z których najchętniej wyrzuciłbym wszystko poza 3 środkowymi opowieściami. Z tamtego opowiadania zabrałeś tutaj pomysł formalny z tymi pojedynczymi słowami pokazującymi alternatywną, subiektywna wizję rzeczywistości – moim zdaniem najlepszy element “Papierowych”. Z kolei ze “Zbrukanego dnia blaskiem” pożyczyłeś trochę model ukrytej makabry odsłaniającej się dopiero na końcu tekstu. Na szczęście uniknąłeś topornego zakończenia, które zarżnęło tamto, skądinąd bardzo obiecujące opowiadanie. Tym razem, jak dla mnie pozostawiasz wystarczająco dużo miejsca dla wyobraźni i inteligencji czytelnika.

Powiem szczerze, że czytając w ogóle nie wpadłem na to, że puzzle same w sobie mają jakąś demoniczną moc. Odczytałem to po prostu jako studium psychozy. Ale w niczym nie psuje mi to odbioru tekstu. Opowiadanie może nie ma takich oryginalnych elementów jak Twoje poprzednie (a przeczytałem 3 ostatnie) ale całościowo jest najbardziej dopracowane i spójne. I dlatego, moim zdaniem, najlepsze.

Nie ustrzegłeś się kilku banalnych epitetów – przykładem całe zdanie o “tłukącym sercu”. Dużo bardziej podoba mi się styl “wąskiego uśmiechu”. Duży plus za bliski mi motyw treningu biegowego. 

Wracam. Zrobiłem rekonesans (też w aktualnej zawartości biblioteki) i ostatecznie popieram. Ale ja nie po to smaruję jeszcze jeden post.

Uniżony czytelnik prosi autora o jakąś krótką interpretację (czy raczej zamiar w jakim powstawało opowiadanie) na priva, chyba że autor woli tutaj. Ja generalnie lubię zagadki, zaglądanie do cudzych mechanizmów, a tutaj scena z rodzicami chyba rozwala mój klucz. Stąd chciałbym poznać jak daleko chybiłem, nawet jeśli w każdym utworze liczy się przede wszystkim to jak całość odczytał czytelnik.

To jak Primagen? :P

 

EDIT: Jestem ślepy. Doczytałem wcześniejsze komentarze i widzę ślad wyjaśnień. Zignoruj komentarz.

EDIT2: A jednak nie. Wyjaśnienie dotyczy tylko końcówki (którą wychodzi na to, załapałem). To ja wciąż poproszę o wyjaśnienie ogólnej idei puzzli (znaczy, nie tyle tylko, że każde kolejne elementy odbierały bohaterowi “dobro”). Nie ignoruj komentarza. Btw. chyba piszę szybciej niż czytam. To dopiero sztuka! :F

Coboldzie. Wiele dla mnie znaczy, że mogę liczyć na podobne komentarze od Ciebie. Nie tylko dotyczące samego tekstu, ale również porównawcze względem poprzednich prób. W istocie – staram się czerpać jak najwięcej i udoskonalać.

Tym razem, chyba i ja ułożyłem pewne “puzzle”, uzyskałem odpowiedzi na kilka pytań… Następne opowiadania będą już bardziej “mięsiste” i świadome, jakbyś w przyszłości zajrzał i zostawił ślad, będę zobowiązany.

Dzięki za poświęcony czas i bibl. Jestem rad, żeś ukończył układankę w satysfakcjonujący Cię sposób. Wiadomo – jakkolwiek ułożyłbyś czerń, nadal pozostanie tę samą czernią… ;)

 

Trico – dzięki serdeczne za uwagę i ciepłe słowa. Trzym się.

 

Słowiku, służę. Stwierdziłem, że nie tłumaczył się przed czytelnikiem, którego to nie obchodzi, ale skoro chcesz wiedzieć, to oczywiście inna sprawa ;D

Sceny są ułożone prawie chronologicznie, dokładnie wygląda to tak:

WYJAŚNIENIE PEŁNE (czytać na własną odpowiedzialność…)

– Kamil znajduje na jakiejś wyprzedaży puzzle z Batmanem. Jako że zarazem on, jak i jego kuzyn, lubią kolesia, kupuje je (na decyzję wpłynęła oczywiście “moc” puzzli).

– Ułożenie #1. Z Kamila i Szymka uchodzi dobro. Rodzice Kamila chcą wyrzucić puzzle, ale facet po prostu je chowa.

– Ułożenie #2 (nie podane w tekście) – matka Kamila odnajduje puzzle w domu i układa je z mężem. Rysunek i ilość elementów są oczywiście inne – współmierne do gustu i ilości dobra w układających.

– Ewka otrzymuje puzzle w prezencie od zmienionej już teściowej. Dlatego są tacy “dziwni” w tamtej scenie.

– Ułożenie #3, czyli Bartuś. Ma w sobie tak niewiele zła, że zostaje z niego wydmuszka ludzkiej istoty.

– Przerażenie Ewki, która nie rozumie, co się stało z dzieckiem. Kamil wraca do domu, zabija żonę.

– Ułożenie #4, ponownie Kamil. Dlaczego może to zrobić, dlaczego puzzle wciąż go kuszą? Ponieważ Ewka do końca wierzyła w małżeństwo, walczyła o nie. Tchnęła cząstkę własnego dobra w wypełnione czystym złem wnętrze Kamila.

– Ostateczna klęska. Poświęcenie kobiety okazuje się daremne, zmarnowane. Kamil układa po raz drugi, dopełniając porażkę Ewki.

Puzzle to element fantastyczny. Po ułożeniu pozbawiają układającego wszystkiego co pozytywne i wiążą to wewnątrz układanki. Na końcu, poza własną twarzą, Kamil dostrzegł w puzzlach również innych ludzi, innych wcześniejszych układających.

 

Mam nadzieję, że teraz wszystko jasne.

Chyba najwyższy czas, bym dołączył do klubu niezrozumiałych artystów, Słowiku ;)

Twoje uwagi przeanalizowałem. Generalnie, rozumiem, co miałeś na myśli – tym razem zostawię jak jest, ale w przyszłości postaram się bardziej uważać przy podobnych zdaniach.

Dzięki.

 

EDIT: Anet? Widzę, żeś przeczytała, a słowa nie zostawiłaś, Ty niedobra… ;P

Jeśli nie podobało się, znudziło albo nie zrozumiałaś, daj znać proszę. Cenię sobie Twoje zdanie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

To o to w tym chodziło! :P

 

Szkoda, że nie zawarłeś tego w swoim tekście, bo po przeczytaniu opowiadania dziś rano zastanawiałam się, czy ze mną jest coś nie tak, że nie ogarniam. :P

 

Ładnie napisane, ale dopiero Twoja łopatologia pozwoliła mi zrozumieć tekst. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

A skąd Ty to widzisz?

Spodziewałam się czegoś innego: puzzle powinny wciągnąć żonę i syna do jakiegoś obcego (mrocznego, skoro czarne) świata, z którego nie mogliby się wydostać, więc nie jestem  do końca usatysfakcjonowana :P

Poza tym podobało mi się.

Oczywiście, nie domyśliłam się, że żona jest już martwa, a puzzle “wyciągają” emocje, ale to u mnie normalne. 

CountPrimagen – tak na serio: czytało mi się dobrze, ale zbyt wielu rzeczy nie zrozumiałam, dlatego to opowiadanie mnie nie zatrzymało.

 

Znam tylko pięć liter ;)

No i teraz boję się, żebyś wiedziony komentarzami nie wrócił do zbyt dokładnego tłumaczenia swoich pomysłów. Apeluję: nie idź tą drogą! Wymyśliłeś sobie dość skomplikowaną historię (moim zdaniem zbyt skomplikowaną), którą faktycznie trudno odczytać z tego tekstu. Jeżeli chcesz naprowadzić czytelnika na swoją ścieżkę, myślę że wystarczyłoby dorzucić 1-2 zdania sugerujące, że puzzle mają jakąś swoją mroczną osobowość, a nie tylko odbijają zło układających. To wystarczy. Czytelnik prawdopodobnie nie odczyta całości Twojej wizji, ale to nie jest konieczne. Najlepsze pomysły są proste. I zdarzają się bardzo rzadko. Pozostaje albo czekać na taki genialny pomysł, albo tworzyć rzeczy troszkę mniej błyskotliwe, idąc na kompromis z własnymi wizjami.

Czytelnik może w ogóle odczytać wszystko zupełnie inaczej, niż zamierzał autor, ale co z tego? Ważne, żeby znalazł coś dla siebie ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Wielki szacun dla każdego, kto zinterpretował tekst zgodnie z powyższą wykładnią. Ja nie. Ja odpłynąłem gdzieś w kierunku podobnym do tego, o którym pisał Cobold – schizofrenia, omamy, nadinterpretacja zwykłych wydarzeń, projekcje własnych lęków. W ostatniej scenie myślałem, że zobaczył siebie :) Żadne tam nadprzyrodzone moce. Powoli się chyba zamykam na tego typu wątki (sam nie wiem dlaczego – nadmiar?), tylko trudno mieć do tego akurat aspektu uwagi, skoro to portal mniej lub bardziej fantastyczny.

Anyway. Z jednej strony to dobrze, gdy tekst daje możliwość zróżnicowanych interpretacji, z drugiej trochę jestem… cóż, rozczarowany. Nie wiem, czy chybioną interpretacją, czy tekstem, ale takie uczucie zostało we mnie na końcu.

Niemniej z bardziej technicznego punktu widzenia – poza tym, że moim zdaniem mocno nadużywasz przecinków – lektura całkiem satysfakcjonująca. Pod względem konstrukcji znacznie lepiej niż w Sercu wulkanu… płynniej też i gładko się czytało.

Dałbym 5-. Ale czy dam punkt musiałbym się zastanowić. Na pewno tekst zasługuje nań od strony warsztatowej. Na pewno wspaniały jest pomysł na czarne puzzle. Tylko potem się okazuje, że to były złe puzzle. I to już nie wiem, czy mi się podoba. Pewnie bym zgłosił klik, gdybyś nie podał rozwiązania :) To też jakaś cenna wskazówka, nieprawdaż?

Dzięki za wizytę, Mor. W tekście wszystko zawarłem, choć najwidoczniej użyłem nie tych słów, co trzeba ;)

Albo tak mi się wydaje XD

 

Anet – Widzę, bo kliknęłaś “przeczytane” ;)

Dziękuję za podzielenie się wrażeniami. Problem się powtarza, ale to też jakaś nauka… Dzięki wielkie.

 

Varg – ano, cenna. Fajnie, żeś wpadł pomimo dyżuru. Zawsze sobie ceniłem Twoje merytoryczne, bogate we wskazówki komentarze, tym razem również nie zawodzisz.

Zdradzę Ci, że przed publikacją tekst przeczytały trzy osoby: pierwsza powiedziała, że wszystko jest oczywiste i że pocisnąłem łopatologią (XD), druga nie zrozumiała, trzecia wysnuła własną interpretację, która bez wyjaśniania z mojej strony była satysfakcjonująca…

Podejrzewam, że dysonans bierze się z tego, że opowiadanie należy odczytywać BARDZO dosłownie, zaś użyty język i niedopowiedzenia wskazują, że czytelnik powinien interpretować… Przynajmniej Temmie, który to wszystko super zajarzył, czytał bez głębszych refleksji.

Koniec końców, postanowiłem przekonać się na większej grupie badawczej ;)

 

Coboldzie, drogi towarzyszu broni (męski odpowiednik sojuszniczki ;) ) – nie martw się, nie popadnę w łopatologię ;)

Najwidoczniej zabrakło mi skilla by przedstawić tę historię w odpowiedni sposób, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem – za dużo opowieści czeka na spisanie. Tym bardziej, że są to historie o fabule prostszej i bardziej zajmującej. Już i tak na portalu nikt nie wierzy, że potrafię tak pisać, czas zrobić psikusa ;)

 

Bardzo mi miło, że pomimo braku biblioteki i nominacji przychodzicie, oceniacie, radzicie i dyskutujecie. To budujące. Dziękuję Wam wszystkim.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

No to prze… chlapałem. Trza było słać jednak na priva, mości hrabio. Ja i moja perwersja do wchodzenia między cudze półkule nie jest specjalnie popularna wśród czytelników. I słusznie, bo to prawdopodobnie odchył czysto twórczy.

Wyklaryfikuję też, że jestem przeciwny specjalnemu traktowaniu tekstów łopatą (zaniepokojony komentarz Cobolda zaniepokoił mnie). I to wcale nie dlatego, że sam piszę teksty tak, że o łopatach to one czytały na historii w szkole. Każdy tekst potrzebuje innej troski i innego podejścia (chyba, że chcesz być bogaty pisząc generyczne harlequiny – tak, wtedy bierzesz łopatę i tłuczesz tak, że na onkologii nie dadzą rady rozpoznać poszczególnych liter). Więc dla mnie, jeśli już w ogóle zastanawiać się nad łopatowaniem, to tylko w przypadku kiedy służy to tekstowi, a tutaj trzeba rozpoznać granicę (ja na przykład nie mam ciężko, bo u mnie granica jest tak posunięta, że mogę łopatować tygodniami, a tekst i tak prosi o więcej :P). Łopatologicznie mówiąc, aby łopatologii stało się zadość.

 

Teraz już bezpośrednio do Twojej idei, bo cieszę się słowiczo, że załapałem wszystko (to nie przechwałka – ja się zaczynam siebie bać, że podchwyciłem temat praktycznie natychmiast, jak tylko pojawiła się pierwsza scena z czarnymi puzzlami. To chyba wynik natychmiastowej myśli: “co ja bym z takim cudem zrobił, będąc na miejscu autora”.), za wyjątkiem samych rodziców. Tak, tam mnie zgubiłeś i dalej już czytałem z wątpliwościami względem mojej interpretacji, które okazały się, widać, niesłuszne. Teraz pytanie, czy jest w tym wina samej sceny, czy raczej jakiejś mojej nieuwagi?

Zadam więc tylko pytanie (albo kilka), które naprowadzi mnie na odpowiedź – dlaczego narracja do tej pory przyklejona do bohatera, odkleja się tak łatwo i przyczepia do Ewy, na właściwie jedną tylko, krótka chwilę? Oraz, co wnosiła sama scena, do czego była potrzebna (czemu wyjaśnienie w jaki sposób puzzle ponownie dostały się w ręce bohatera, ma jakiekolwiek znaczenie). Zwłaszcza, że wydaje mi się, że ta scena psuje również intepretacje pozostałych czytelników, co do natury psychologicznej puzzli. Bo wtedy narracja również musiałaby pozostać przyklejona wyłącznie do bohatera.

Nie zwracam na to uwagi dlatego, że uważam samą scenę za bezsensowną, czy od razu pod gilotynę ją. To raczej szturchnięcie, czy się nad tym zastanawiałeś (sam często przyłapuję się na doklejaniu scen po to tylko, by zachować odpowiedni rytm opowiadania, albo że po prostu mi się podobają i koniec kropka – bez znaczenia dla fabuły).

 

Karwasz jego brać, kiedy ja się nauczę przekazywać myśli zwięźle.

Łopata z Tobą! (schowaj ją do szafki i wyciągaj tylko w uzasadnionych przypadkach)

 

chyba, że chcesz być bogaty pisząc generyczne harlequiny – tak, wtedy bierzesz łopatę i tłuczesz tak, że na onkologii nie dadzą rady rozpoznać poszczególnych liter

Hahaha, dobre! :D

 

Co do Twoich wątpliwości: scena rozmowy Ewki z matką Kamila miała na celu ułatwić czytelnikowi rozeznanie się w chronologii całości, pozwolić sklasyfikować scenę z Szymkiem jako wcześniejszą, pokazać, że Ewka walczy o związek.

Pytasz również o zmianę narracji. Brak Kamila w tamtej scenie jest w zasadzie względny. W końcu jego część znajduje się również w puzzlach, które “słyszały” wypowiedziane słowa.

Po to właśnie umieściłem ten fragment: “Tym razem słowa zdawały się zrozumiałe, wspominały o czymś, czego mężczyzna nie był nawet świadom.”

Nawet los Bartusia nie był dla niego absolutną tajemnicą… Po prostu świadomość nie była w stanie uwierzyć w skrytą w podświadomości prawdę. Kamil racjonalizował nieobecność dziecka.

 

Nie bez kozery to opowiadanie to puzzle, Słowiku. Wiele jest tu tropów i szczegółów, tylko, jak mogłem się spodziewać, bez klarownego obrazu, który miałem tylko ja – autor, trudno dojść do przysłowiowego kłębka.

Napisałem jednak, więc teraz trzeba wziąć odpowiedzialność…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Ah, czyli narracyjnie traktujesz te dwie jego cząstki jednolicie. To ma sens (chociaż przy tak wyraźnej klasyfikacji zło/dobro, odciąłbym się od któregoś z biegunów, co by uwypuklić – co niekoniecznie musiałoby wyjść na zdrowie. Jako autor masz tutaj znacznie lepszą orientację w terenie :P).

Ze mną po prostu problem jest taki, że koniec kłębka dostrzegałem już po dotknięciu nitki, ale gdzieś tam po drodze pojawiły się wątpliwości, czy aby tamta nitka na pewno była tego samego koloru. W każdym razie, miło było zagościć w twoim mózgu :). Dziękuję za rozwianie wątpliwości.

 

Cała przyjemność po mojej stronie, Słowiku ;)

Mam nadzieję, że i Ty wyniesiesz pewną naukę z błędów, które popełniłem w Puzzlach. Wciąż ubolewam, że przy wyobraźni i warsztacie, który posiadasz, nie mogę czerpać pełni satysfakcji z Twoich tekstów. Widzisz, trudno o czytelników tak wnikliwych i domyślnych jak Cobold. Trzeba im wychodzić naprzeciw ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Trudny tekst na mój prosty móżdżek. Z lekkim wstydem, muszę przyznać, że w tekście były dość jasne wskazówki, którym nie poświęciłem wystarczająco wiele uwagi. Gdybym winą za to, miał obarczać autora, byłoby to rażąco niesprawiedliwe :P. Inne wątki wymagały z kolei od czytelnika odrobiny własnych procesów intelektualnych… Ponowna lektura pomogła, choć bez zapoznania się z wyjaśnieniami autora mógłbym krążyć gdzieś w pobliżu właściwego rozwiązania i niekoniecznie dotrzeć do sedna. Generalnie skupię się na tym, że literatura powinna rozwijać i za oryginalne przedstawienie nietuzinkowego pomysłu przyznaję zasłużony punkt do biblioteki.

Ale coś mi podpowiada, że chyba nie zostanę twoim fanem : >. Może mnie po prostu przerastasz ;D.

 

A z innej beczki, chciałem się zapytać, czy rozważałeś cytowanie piosenki w kontekście praw autorskich? Kiedyś trochę czytałem na ten temat i z tego co się dowiedziałem, w Polsce mamy bardziej liberalne przepisy w tym aspekcie niż np. w Stanach – z tego co się dowiadywałem, tam musisz mieć zgodę właściciela praw autorskich. Wydaje mi się, że u nas takie wtrącenie przeszłoby w ramach prawa cytatu uzasadnionego prawem gatunku twórczości (prawo autorskie art. 29, choć wtedy trzeba podać autora i źródło cytatu i nie wiem, czy nie musiałoby to być zrobione bardziej wyraźnie niż u Ciebie). Osobiście uważam, że sposób w jaki przytoczyłeś piosenkę nie pozostawia wątpliwości, że to cytat i jaki zespół nagrał piosenkę, ale problematyka jest ciekawa i chętnie przeczytam opinię kogoś, kto zna się lepiej.

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Ooo, Puzzle doczłapały się do biblioteki! ;D Dziękuję Fun, Nevaz.

 

Gdybym winą za to, miał obarczać autora, byłoby to rażąco niesprawiedliwe :P.

Nie jestem co do tego przekonany Nevazie, szczególnie, że sam autor preferuje proste historie, przy których nie trzeba za wiele myśleć… Szczyt hipokryzji, co? ;P

Dzięki za poświęcony czas i interesujące spostrzeżenia. W kwestii praw autorskich moja opinia nie zda Ci się na wiele – wiem jeszcze mniej niż Ty… Nawet paragrafu nie znałem :P

Zapewne, gdybym użył tego zabiegu w tekście, który chcę opublikować w czasopiśmie/antologii, tak dla pewności wstawiłbym informujący o źródle przypis, na portalu nie wydało mi się to jednak konieczne.

Inna sprawa, że z podobnymi zabiegami już się spotkałem – chyba nawet u Kinga. A to jest, wiadomo, Amerykanin ;)

 

A co do ewentualnego fanostwa, to zapewniam, że jeszcze Cię zaskoczę ;)

Dzięki raz jeszcze i trzym się ciepło!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Bardzo dobry, mroczny tekst. Wydaje mi się, że wszystko zrozumiałem i nie chce się wyprowadzać z ewentualnego błędu czytając wytłumaczenia (które z tego, co zdążyłem zauważyć scrollując, zahaczają o dopowiadanie celowych niedopowiedzeń).

Podoba mi się ukazanie niezrozumienia własnego dualizmu przez głównego bohatera, ostatecznie niesprecyzowane “zło” i rozsiane po tekście wskazówki, prowadzące do finału.

 

Czy liczby puzzli oznaczające kolejne fragmenty tekstu są przypadkowe?

 

Biblioteka jak najbardziej zasłużona :)

No nieźle.

Dzięki, Skoneczny. Fajnie, żeś zrozumiał, a i na satysfakcję znalazło się miejsce ;)

Varg zawiódł się pełnym wyjaśnieniem, więc niewykluczone, że podjąłeś słuszną decyzję XD

Czy liczby puzzli oznaczające kolejne fragmenty tekstu są przypadkowe?

Bogu dzięki – nie. Chociaż jeden z moich “czytaczy” myślał, że to jakaś numerologia, obliczył, że jedna z różnic daje w efekcie rok chrztu Polski i pomyślał, iż to MOŻE MIEĆ ZNACZENIE :D

Niemniej, tak bardzo nie kombinowałem.

 

Trzym się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

“Nie mógł powstrzymać targających jego ciałem dreszczy.” – Naprawdę musi być to “jego ciałem”? Nie może być bez “jego”? OK. Tak tylko pytam… :) 

W istocie – mogłoby być. Zmieniam, dzięki :―)

A mógłbyś uraczyć mnie jeszcze wrażeniami z opowiadania?

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nowa Fantastyka