- Opowiadanie: Realuc - Dzień kota

Dzień kota

Walentynkowe opko ;) Życzę wszystkim Paniom, aby wszelkie sprawy sercowe [ UWAGA SPOILER ] kończyły się tak, jak w poniższym tekście (mam na myśli kocią wersję, żeby nie było, że faceci to tylko o jednym :P) ;)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dzień kota

Otwieram oczy.

Nie, jednak nie. Nie chce mi się. Jestem kotem i mogę robić, co mi się podoba. Wstanę, jak będę miała na to ochotę. Ale zaraz, czy to nie jest przypadkiem dźwięk otwieranej lodówki? To zmienia postać rzeczy.

Teraz naprawdę otwieram oczy. Najchętniej wylizałabym się tu i tam, naciągnęła w paru miejscach i jeszcze zrobiła poranne ostrzenie pazurków na nodze od stołu. Ale nie. Muszę pędzić, choć bardzo nie lubię się śpieszyć. Dobrze wiem, że moja pani podstawi mi pod pyszczek miskę pełną wspaniałego jedzonka, mimo to, muszę się prężyć, stawać na dwóch łapach i trącać  jej rękę, tak, jakby mogła się rozmyślić. A przecież tego nie zrobi. To chyba jakieś głupie, genetyczne uwarunkowanie.

Dobra, odstawiłam już całą ceremonię, dawaj to. Grzeczna pani. Nie głaszcz mnie, kiedy jem! W ogóle mnie nie głaskaj, no chyba, że będę mieć na to ochotę. Wtedy sama do ciebie przyjdę i nie będziesz miała wyjścia. Miskę, jak co dzień, wypełnia po brzegi brązowa, pachnąca papka. Mmm…

– Pa pa, urwisie. Bądź grzeczna – rzuca gdzieś z przedpokoju moja pani, trzaskają drzwi.

Nareszcie sama. Mogę swobodnie spać, jeść, myć się i tak w kółko, nikt nie będzie mi przeszkadzał. Oblizuję resztki papki z wąsów i ruszam ociężałym krokiem w stronę kanapy. W końcu najwyższy czas się przespać, już tyle dzisiaj zrobiłam. Ale nie ma tak łatwo. Po drodze z salonu do kuchni i z powrotem z pewnością wlazło na mnie tyle paskudztwa, że nie obędzie się bez gruntownego oczyszczenia.

Wskakuję na kanapę, siadam, unoszę jedną z tylnych łapek i zaczynam się lizać po swoim szacownym, kocim tyłeczku. To nie jest wcale takie proste! Nie dość, że jestem rasową kotką o długiej sierści, to na dodatek, jest cała biała. Życie nie jest łatwe… Obracam głowę, bo chyba jakaś paskuda ugryzła mnie w ogon i… no nie, znowu on.

Siedzi na parapecie, za oknem i się gapi. Szarobury, miejski kocur. Brudny, śmierdzący dachowiec. Prześladuje mnie ostatnio. Ech, czemu zamiast niego nie odwiedzi mnie ten piękny, rasowy jak ja, pers z mieszkania obok. Nieraz się już widzieliśmy, przesiadując na balkonach, ale ja jestem zbyt dumna, żeby zagadać pierwsza, a on najwidoczniej zbyt nieśmiały. Mamy tyle wspólnego. Dobre pochodzenie, mieszkamy na parterze, nigdy nie opuszczamy swoich mieszkań. To byłby wymarzony kot. Ale ja, tak jak i moja pani, mamy pecha do samców. Mieszkało tu już trzech. Jeden nazwał moją właścicielkę suką, najwidoczniej przyrównanie człowieka do psa musi być dla ludzi wielką obrazą, walnął drzwiami i już nie wrócił. Drugi, często jak przychodził do mieszkania to obijał się od ściany do ściany, wymiotował tak jak ja, kiedy mam kłaczka i robił inne, dziwne rzeczy, których moja pani bardzo nie lubiła. Trzeci zaś, pewnego razu kopulował z inną samicą w naszej kuchni, na czym został przyłapany. Oj, działo się.

Dobra, wylizana, można iść spać. Rozciągam się wygodnie na kanapie i chyba zaraz zas… 

 

 

*

 

Naciągam grzbiet. Jeszcze jest widno, wiec pani za szybko nie wróci. Mam nadzieję, że zostawiła mi coś w drugiej misce, bo zgłodniałam od tego spania. Zeskakuję z kanapy, idę w stronę kuchni, staję. Umyję sobie jeszcze łapki, a co.

– Cze… cześć.

Podskakuję prawie pod sam sufit i ląduję z najeżonym grzbietem. Obracam się i widzę… jego.

– Co ty tu… jak się tutaj dostałeś!?

To ten miejski kocur. Ma brudne łapy i w ogóle cały jest brudny! Napaskudzi, a potem będzie na mnie! Głupek stoi jak wryty i macha nieśmiało ogonem. W końcu się odzywa:

– Okno przy balkonie jest otwarte, więc… pomyślałem, że może pogadamy?

Jak to? Pani zawsze zamyka wszystkie okna, kiedy zostawia mnie samą. Patrzę w tamtą stronę. Rzeczywiście.

– O czym niby mielibyśmy gadać, dachowcu? Już cię tu nie ma!

Nie rusza się z miejsca. Uparty sierściuch.

– Daj mi chociaż szansę! Nawet mnie nie znasz.

– I lepiej będzie, jak tak zostanie – odpowiadam i zaczynam krążyć wokół niego.

– No, ale… ale… może zrobię coś, żeby cię do siebie przekonać? O, wiem! Upoluję dla ciebie największą mysz, jaka żyje w tym mieście!

Naprawdę zaczyna mnie już denerwować.

– Obrzydlistwo! – mówię rozgniewana.

– No to… zeskoczę z najwyższego budynku w okolicy!

– I co z tego? Przecież i tak zawsze spadamy na cztery łapy, wielkie mi co.

– Hmm… to może…

– Dość!

Nabrudził, śmierdzi, gada głupoty, a ja jestem już bardzo głodna. Czas stanowczo pozbyć się nieproszonego gościa. Przyjmuję groźną, kocią postawę: prężę grzbiet wraz z ogonem, wystawiam pazurki z łapek (ojej, nie ostrzyłam jeszcze dzisiaj moich skarbów) i wystawiam kły. Mówię pełna złości:

– Uciekaj stąd, ostatni raz powtarzam!

Na szczęście podziałało. Brudas skacze na kanapę, następnie na parapet, po czym znika za oknem. Mam nadzieję, że odechce mu się mnie nachodzić. No, mogę wrócić do normalnego trybu dnia. Idę jeść, a potem chyba znowu się prześpię. Strasznie zmęczyła mnie ta sytuacja.

 

 

*

 

 

Naciągam grzbiet. Tym razem jest już prawie ciemno, więc pani powinna niedługo wrócić. Patrzę odruchowo w stronę okna, rozglądam się po salonie. Na szczęście pusto. Wpada mi do głowy pomysł. Skoro już to okno jest otwarte, może to wykorzystam. Wyjdę na balkon, a nuż obok będzie akurat ten piękny pers. Zawsze jest szansa, że w końcu zagada. Myję się jeszcze tu i tam, i jeszcze tam, no i może jeszcze tam.

Dobra, idę.

Wskakuję na parapet, przeciskam się przez uchylone okno, jestem na zewnątrz. Odwagi, odwagi. Raz, dwa, trzy… patrzę w prawo.

Pusto. Nie ma go.

No nic, jak już tutaj wyszłam to trochę się pokręcę, może się jeszcze zjawi. Przeskakuję z parapetu na barierkę. Jest wąska, ale jak to kot, bez problemu na niej stoję. A nawet sobie pochodzę tam i z powrotem, wieczorny trening jest przecież wskazany.

– Witaj, ślicznotko.

Obracam się, to on. To on! Już mam coś odpowiedzieć, ale jedna łapa ześlizguje się z barierki, próbuję jeszcze rozpaczliwie się na czymś zawiesić…

Nie wierzę.

Spadłam na ziemię. Ośmieszyłam się na całego. To koniec. A tak pięknie się zaczęło. Nawet nie chcę patrzeć do góry. Pewnie ma ze mnie teraz niezły ubaw. Co robić, co robić…

– Hej, stary! Patrz no, co my tutaj mamy. Jakiś samotny, rasowy koteczek nam się zgubił.

W moją stronę idzie czarny kocur, a za nim jakiś mniejszy, plamiasty, z postrzępioną sierścią, połamanymi wąsami i różnymi ranami na ciele. Nie jest dobrze. Odzywa się ten z tyłu:

– Tak, tak, zgubił się. Hihihi. O, na dodatek to kotka, tak tak, kotka! Hihihi.

Ma dziwny, piskliwy głos. Jest nawet trochę śmieszny, ale ten drugi… wygląda groźnie. Są już prawie przy mnie. Wypalam szybko:

– Nie zgubiłam się! Mieszkam tutaj! I zaraz… zaraz wróci moja pani, zobaczy, że mnie nie ma i…

Stają, patrzą po sobie i zaczynają się śmiać.

– Zaraz wróci moja pani, hihihi. Tak, tak, wróci i nas pogoni, co? Nie zdąży, słodka. Hihihi.

– Owszem, nie zdąży. A czy słodka, to zaraz się przekonamy – dopowiada czarny kocur.

Odrzucam resztki dumy, która mi została i patrzę w górę. Pers siedzi na swojej barierce i się przygląda. To moja ostatnia nadzieja.

– Pomóż mi, proszę!

Prostuje łapy! Tak, zaraz tu zeskoczy i mnie uratuje!

Zamiast tego, obraca się tylko i mówi:

– Mam lepsze rzeczy do robienia, czeka na mnie gumowa myszka. Poza tym, nie mam zamiaru pobrudzić sobie futerka. Miłej zabawy.

Znika.

Poszedł sobie.

Tak po prostu mnie zostawił.

No to koniec ze mną.

Mniejszy kocur pierwszy rzuca się w moją stronę. Nie jestem w stanie nawet ruszyć się z miejsca, zamykam tylko oczy. Może już po raz ostatni…

Pisk!

Przeraźliwy kwik!

Otwieram oczy.

Poszarpany, plamiasty kocur leży na ziemi, a w jego kark wgryza się… ten brudny dachowiec! Czarny szybko rusza na pomoc swojemu kumplowi. Skacze na szaraka, zaczynają się gryźć i drapać pazurami. Ich kocie piski muszą słyszeć teraz wszyscy ludzie i koty w okolicy. Jeden zatapia swój pazur głęboko na grzbiecie drugiego, ten odpowiada mocnym cięciem w nos. Już nie wiem, który jest który. Jest ciemno, a oni szaleńczo wirują wokół siebie, wgryzając się w różne części swoich poranionych ciał. Przez moment przeszło mi przez myśl, żeby wykorzystać chwilę i czmychnąć na górę. Coś mnie jednak przed tym powstrzymało.

Pierwszy zbiera się do ucieczki mniejszy z napastników. Wstaje na chwiejne łapy, otrzepuje się, patrzy na walkę swojego kompana.

– Czas się zwijać, tak, tak. Hihihi.

Znika w ciemnej uliczce. Mija krótka chwila i drugi kot biegnie w tamtą stronę. Nie widzę, który. Obracam głowę z nadzieją, że zobaczę koło siebie tego, którego wcześniej nie chciałam już nigdy więcej widzieć.

Tak, to on! Wygrał! O rany, ale okropnie wygląda. Podbiegam do niego.

– Nie wiem… nie wiem, jak ci dziękować.

– Daj spokój – zaczyna zdyszanym głosem – ale przyznaj, że w porównaniu do polowania na mysz czy skoku z wysokiego budynku, to było coś.

– No, nie zaprzeczę. To ci się akurat udało.

Stoimy chwilę w niezręcznej ciszy. Odzywa się pierwszy:

– Może cię odprowadzę na górę? W okolicy jest więcej takich przyjemniaczków, a ja już mogę nie podołać kolejnej walce.

– Jasne.

Podążam jego śladem. Wspinamy się na ciągnące się po murze zarośla. Jeden skok i już jesteśmy na barierce mojego balkonu. Ach, ale mi ulżyło. Dachowiec wyraźnie ma problemy z równowagą, musi mu jeszcze nieźle szumieć w głowie.

– No i jesteśmy – mówi i patrzy gdzieś w głuchą ciemność.

Zeskakuję na balkon, podbiegam na drugi koniec, wchodzę na barierkę i szepczę:

– Muszę jeszcze zrobić tylko jedną rzecz – nachylam się w stronę sąsiedniego balkonu – ja też mam lepsze rzeczy do robienia, ty wyliniały grubasie bez serca! Udław się tą swoją myszą!

No, dopiero teraz naprawdę mi ulżyło. Szarak siedzi cicho, zdziwiony, nie mam jednak zamiaru nic mu tłumaczyć. Podchodzę do niego, nasze wąsy stykają się przez przypadek, szybko się cofam zmieszana.

– Muszę już iść. Pani na pewno wróciła i będzie się o mnie martwić.

– Niekoniecznie. Spójrz.

Dachowiec wskazuje głową okno do mojego mieszkania. Patrzę i widzę… siedzącą na kanapie panią z… jakimś samcem! Głaskają się, pieszczą, rozbierają!

– Wiesz, jestem tylko kotem i co ja tam wiem, ale wydaję mi się… to znaczy myślę, że nie należy komuś przeszkadzać, ekhm, w takiej sytuacji.

Czy tego chcę, czy nie, szarak ma rację.

– Do czterech razy sztuka, jak to mówią – mruczę pod nosem.

– Co takiego?

– Nic, nic. Mogę tu jeszcze chwilę posiedzieć. Pod warunkiem, że nie będziesz tak na mnie patrzył! – krzyczę oburzona.

– Niby jak? – odpowiada, chichocząc głupio.

– Już ty dobrze wiesz, jak! Nie jestem człowiekiem, żeby tak od razu… dotknięcie się wąsami to i tak dużo, jak na pierwszą randkę! Zaraz, nie powiedziałam tego…

– Powiedziałaś!

Dachowiec biega po barierce jak oszalały i wykrzykuje:

– Jesteśmy na randce! Jesteśmy na randce!

– Dobra już, dobra. Cicho bądź, bo wszystkie koty w okolicy będą o tym wiedzieć. Możemy sobie tak po prostu posiedzieć i poczekać, aż będę mogła wrócić do domu?

Tak w głębi, to wcale mi się tam nie śpieszy, ale trudno mi się do tego przyznać przed samą sobą. W końcu w jeden dzień wydarzyło się więcej, niż w całym moim kocim, schematycznym życiu. I wszystko wywróciło się do góry łapami. Ale, może czasem tak właśnie musi być?

Siedzimy koło siebie na barierce, wpatrzeni w wielki księżyc, otoczony setkami małych światełek.

– Cudowny widok. Ty masz takie na co dzień – mówię zamyślona.

– Nie zawsze niebo jest takie piękne, a księżyc pełny. To wyjątkowa noc.

Widzimy spacerującą po najbliższej ulicy ludzką parę. Trzymają się za ręce. Głupi zwyczaj. Dachowiec przerywa milczenie:

– Tylko nie spadnij kolejny raz.

Uśmiecha się, patrząc na mnie. No, chociaż oczy ma atrakcyjne. Ta ciemna zieleń ładnie się mieni w świetle księżyca.

– Przecież nic się nie stanie, spadamy na cztery łapy. A jeśli coś pójdzie nie tak, jest tu ktoś, kto mnie uratuje.

Odwzajemniam uśmiech, zatopiona w jego spojrzeniu.

Nocną ciszę przerywają jedynie nasze kocie mruczenie i śmieszne jęki mojej pani.

 

 

Koniec

Komentarze

Sympatyczna kocia bajka. Rzeczywiście taka walentynkowa.

na prawdę – naprawdę

nie raz – nieraz

trącać o jej rękę, – trącać jej rękę albo ocierać o jej rękę.

A tak w ogóle to podobno 17 lutego jest Dzień Kota. Wiem, bo zdaje się pani Dereszowska reklamuje własnoręcznie zdobione puszki dla kotów.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

bemik, rzeczywiście, więc można powiedzieć, że opowiadanie na dwie okazje :p A napisane właśnie z sentymentu do własnego kota, którego miałem ponad dziesięć lat. 

Zdecydowanie przesłodzone, no ale skoro takie miało być założenie, to nic nie mówię. Schemat, chociaż już tysiące razy przerobiony, w kocim wykonaniu wypada całkiem miło. Ostatecznie wszystko jest lepsze, gdy doda się koty, nawet jeżeli to akurat dość irytujące koty.

 

Na samym początku wyszło ci “chcę” zamiast “chce”

A poza tym uśmiechające się koty to dość niepokojąca sprawa. Poza Krainą Czarów jakoś mi to nie leży.

Sympatyczny tekścik:) 

Uważam, że bardzo udanie przedstawiłeś partnerów pani z punktu widzenia kotki :)

Moi znajomi kociarze zachrypliby od krzyczenia, jak straszny błąd popełniłeś pisząc “pani” :) Podobno to nie człowiek jest właścicielem kota, tylko odwrotnie ;) 

 

Po wielokropku kropka jest już zbędna. 

 

Bardzo sympatyczna opowiastka. Przewidywalna, ale czytało się miło. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ciesze się, że paru paniom umiliłem walentynki tą sympatyczną opowiastką ;) 

śniąca, co do pani z tekstu, to masz rację, że taki jest stereotyp i pewnie w rzeczywistości w większości przypadków tak właśnie jest. Jednak mój kot był tutaj pewnego rodzaju odejściem od reguły, zachowywał się często podobnie do psa i w ogóle był dziwny :P 

Taka sobie bajeczka, dość infantylna, o tym, jak człowiek sobie wyobraża, co mógłby robić Kot, pod jego nieobecność. Ale czytało się nieźle, a byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie usterki. ;-)

 

Do­brze wiem, że moja pani… – Miałam bardzo wiele Kotów i nigdy, nawet przez chwilę, nie czułam się ich panią; to one mną rządziły. I wszystkie miauczały do mnie po imieniu. ;D

 

pod­sta­wi mi pod pysz­czek miskę pełną pysz­ne­go je­dzon­ka… – Brzmi jak powtórzenie.

 

– Pa pa, urwisie. Bądź grzeczna.

Rzuca gdzieś z przedpokoju moja pani, trzaskają drzwi. Na­resz­cie sama.

– Pa, pa, urwisie. Bądź grzeczna – rzuca gdzieś z przedpokoju moja pani, trzaskają drzwi.

Na­resz­cie sama.

 

Życie nie jest łatwe… . – Po wielokropku nie stawia się kropki!

 

Ob­ra­cam głowę, bo chyba jakiś pa­skud­ny zaraz ugryzł mnie w ogon… – Co to jest zaraz, poza tym, że za chwilę?

 

Roz­cią­gam się wy­god­nie na ka­na­pie i chyba zaraz zas… . – Bez kropki po wielokropku.

 

Okno przy bal­ko­nie jest otwar­te, więc… po­my­śla­łem, że może po­ga­da­my?

Jak to otwar­te? Pani nigdy nie zo­sta­wia otwar­tych okien, kiedy zo­sta­wia mnie samą. – Powtórzenia.

 

Czas sta­now­czo wy­pro­sić nie­pro­szo­ne­go go­ścia. – Nie brzmi to najlepiej.

 

pani powinna za niedługo wrócić. – …pani powinna niedługo wrócić.

 

Spa­dłam na dół. – Masło maślane. Czy mogła spaść na górę?

Może: Spadłam z balkonu/ balustrady. Lub: Spadłam na ziemię.

 

No, do­pie­ro teraz na praw­dę mi ulży­ło.No, do­pie­ro teraz napraw­dę mi ulży­ło.

 

Nie ko­niecz­nie. Spójrz.Nieko­niecz­nie. Spójrz.

 

Tak w głębi, to wcale mi się tam nie śpie­szy, ale cięż­ko mi się do tego przy­znać przed samą sobą. – …ale trudno mi się do tego przy­znać przed samą sobą.

 

– Nie za­wsze niebo jest takie pięk­ne , a księ­życ pełny. – Zbędna spacja przed przecinkiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Melduję: Poprawione!

No kurcze, mój kot naprawdę był inny! Ale dobrze, pójdę za większością i zmienię tą panią. Tylko muszę ją teraz jakoś nazwać… nie mająca szczęścia w miłości wielbicielka kotów, hmm… 

Meldunek przyjęty. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rzeczywiście, bardzo walentynkowe.

A to, niestety, oznacza, że miało marne szanse, aby wstrzelić się w mój gust. Schemat stary jak świat…

Babska logika rządzi!

Pisząc ten tekst, wiedziałem, że takie lekkie opowiadanko ze znanym schematem nie wstrzeli się w gust jakiejś większej grupy osób. Mimo wszystko, choć bardzo lubię tworzyć rzeczy niestandardowe i nietuzinkowe, uważam, że najważniejsze jest w pisaniu, żeby tworzyć to, na co mamy akurat zajawkę. Nawet najlepszy pomysł spisany na siłę może nie wróżyć nic dobrego. Więc ja podążam zasadą, piszę to na co mam akurat ochotę, nawet jak wiem, że nie będzie to wybitne. Nie zamykając się w żadnych ramach ani schematach co do tematyki itd. Myślę jednak, Finklo, że następnym tekstem wstrzelę się w Twój gust ;) A przynajmniej mam taką nadzieję.

Też mam taką nadzieję. :-)

Babska logika rządzi!

Ojej, jaka miła historia. Nic mi nie przeszkadza, że infantylna. Wywołała uśmiech na mojej twarzy, koty chyba przyjmę w każdej formie :) 

Fajnie się czytało. Lubię proste, pozytywne historie.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Myślę, że pisanie sprawia Ci sporo frajdy i to czuć w tekście. Różnorodność jest zawsze ciekawa. Jestem ciekaw Twojego nastepnego tekstu.

Cukierkowe i schematyczne, ale z innej perspektywy. Dobrze mi się czytało, mimo że za słitaśnościami nie przepadam. Całkiem okej.

Dla mnie “się nie” – za słodkie, ale już mojej żonie “się tak” i ponieważ zostałem zmuszony poproszony to w odpowiednim wątku podlinkuję :) A żeby komentarz spełniał założenia merytoryczne (?), napiszę że tekst dla mnie mógłby się skończyć bardziej dramatycznie, np. on ciężko ranny, ona rzęsiście płacze… w każdym razie coś w ten deseń :D

F.S

FoloinStephanus, tekst skierowany do Pań, więc wszystko jasne :P a dramatycznie skończyć się nie mógł, bo miało być słodko i koniec ;) Kolejny tekst jednak, który jest już w głowie i trzeba go tylko spisać, będzie stał daleko od wszelkich cukierków ;F

Tak jak Blackburn napisał, cukierkowe i schematyczne. W dodatku nie znoszę tłustych, niewychodzących kotów i zawsze śmieję się z ludzi, którzy robią z tych zwierząt więźniów. Ale właśnie dlatego nieźle napisane – tak sobie wyobrażam kota z bloków, zamienionego na maskotkę. Co do naiwnego romansu pod tytułem: prosty parobek mnie ratuje, więc się w nim zakocham – przemilczę, chociaż to nagle bardzo uszlachetnia i sprawia niewiarygodną tę pożal się borze iglasty koto-babę. Wolę twoje fantastyczne wizje. Stwierdzenie “tekst skierowany do Pań” wywołał we mnie gromki śmiech. Podaj, jakie elementy sprawiają, że to ma być tekst dla kobiet :P Jestem bardzo ciekawa (i czepliwa, wiem).

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

c21h23no5.enazet, następna wizja z pewnością będzie fantastyczna, czasem trzeba sobie zrobić jakiś przerywnik ;) Jakie elementy? Całość. A co przez to rozumiem? A no chociażby to, że pozytywne głosy czy punkty padły ze strony PAŃ właśnie ;P a to trochę potwierdza to, co napisałem. Nie mówię, że kobiety są mniej wymagającymi czytelnikami przez co zadowoli ich cukierkowy i schematyczny romans, ale statystycznie są dużo większe szanse, że właśnie do tej grupy odbiorców taki tekst dotrze prędzej. Poza tym, romans to romans, w moim otoczeniu przynajmniej, większość kobiet wybierze w kinie komedie romantyczną niż nowe gwiezdne wojny na przykład :P  

JAK MOŻNA, MAJĄC DO WYBORU GWIEZDNE WOJNY LUB SZAJS, NIE PÓJŚĆ NA GWIEZDNE WOJNY?

 

Nie chodzę na komedie romantyczne i nie kumpluję się z takimi, co chodzą, bo to te same, z którymi nie mam o czym rozmawiać. I nie kupuję tej niepopartej badaniem naukowym statystyki. Komedie romantyczne robią z ludzi emocjonalnych inwalidów. 

“Specjalizujący się w badaniu rodziny i związków partnerskich psychologowie z Heriot-Watt University w Edynburgu stwierdzili, że oglądanie filmów, w których podupadłą księgarnię odwiedza gwiazda filmowa i chwilę później całuje się z właścicielem, powodują, że widzowie zaczynają mieć wygórowane oczekiwania, także jeśli chodzi o swe własne życie osobiste. Zmienia się też podejście do relacji damsko-męskich. Udowodniono to, prosząc 200 chętnych o obejrzenie filmu – jedna połowa dostała "Igraszki losu" o miłości od pierwszego wejrzenia, druga oglądała filmy Davida Lyncha. Okazało się, że ci pierwsi znacznie częściej wierzyli w los i przeznaczenie, czyli wersję o mitycznej drugiej połówce jabłka. Mityczne są też relacje w samych filmach. Kierowany przez Bjarne Holmesa zespół przeanalizował 40 komedii romantycznych z lat 1995-2005 i odkrył w nich nie tylko tendencje do magicznego myślenia o miłości, ale też np. nieprzeciętną łatwość wybaczania krzywd. – Terapeuci często spotykają się z parami wierzącymi, że seks musi być doskonały i że jeśli ktoś z tobą jest, to znaczy, że wie, czego chce, i nie trzeba mu niczego komunikować – mówi Bjarne Holmes. – Wiemy, że kultura popularna wpływa na to, co myślimy, ale dopiero dzięki takim badaniom możemy się przekonać, że część z nas jest bardziej pod wpływem wizji idealnego, nierealistycznego związku, niż byłaby to skłonna bezpośrednio przyznać.”

 

I także ty sprzedajesz naiwną idealizację, schemat, stereotyp i co tylko, ale mamy tutaj inteligentnych ludzi i nikt nie traktuje tego poważnie, więc odbiorcy się uśmiechają i doceniają lekką, zabawną historyjkę o kotach. Natomiast ja się nie uśmiecham, zwłaszcza jak tłumaczysz się takimi komunałami. Tak to już ze mną jest :P I już się odczepiam.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Jak można włóczyć się po kinach, jeśli dookoła tyle nieprzeczytanych książek? ;-)

Ale, Heroino, zasadniczo podoba mi się Twój wywód.

Babska logika rządzi!

Mnie się też zasadniczo wypowiedź Heroiny podoba, ale…

Dawno, dawno temu, nie za lasami i górami, a w Wawie, wysłano mnie z misją do redakcji pewnego wydawnictwa. Byłem wtedy młodym i przystojnym informatykiem, choć oczywiście bycie przystojnym i młodym nie należało do moich służbowych obowiązków. Na szyldzie widniał wpisany w rąb, siedzący pajacyk, a obok zapisano nazwę pewnej angielskiej wioski. Wewnątrz jednak nie spotkałem Anglików. Wszelkie pomieszczenia opanowane były przez panie (Polki) w wieku podobnym do mojego obecnego i w górę. Kilka dni zajęło mi tam rozebranie… kilku komputerów, powtykanie tu i tam kabelków, co wiązało się często z turlaniem się pod biurkami pań redaktorek, instalowanie programów i tłumaczenie użytkowniczkom niektórych niuansów nowego systemu operacyjnego. Cały czas miałem wrażenie, że jestem obserwowany, a w zasadzie to nie tylko wrażenie. Nie wiem, czy po mojej wizycie produktywność redakcji wzrosła (oczywiście dzięki nowemu sprzętowi i oprogramowaniu), ale jakoś nie mogę się od tamtej pory pozbyć przekonania, że romanse jako gatunek literacki to domena pań.

 

No ale powinienem skomentować opowiadanie, a nie komentarz, więc:

Nie przepadam za kotami. Nie lubię romansów, o ile nie biorę w nich udziału. Słodkie lubię tylko jeść. W związku z tym… i tak muszę klepnąć bibliotekę, aby być w zgodzie z własnym sumieniem, choćby w ramach rewanżu za offtop :)

Unfallu, tak na marginesie: chyba powinieneś pilnie zacząć więcej czytać po polsku, bo straszne ortografy sadzisz. Uważaj, którędy idziesz po tej drodze.

A nawiązując do ostatniego tematu offtopu: nigdy mi się nie zdarzyło, żeby kobieta próbowała zacząć ze mną chociaż flirt. Mężczyźni – owszem. Może to stąd bierze się przekonanie o romantycznych skłonnościach płci przeciwnej?

Babska logika rządzi!

Przeczytałem z uśmiechem. Ja na miejscu kotki zmieniłbym taka panią na mniej: kochliwy, rozrywkowy czy pechowy model (odpowiednie skreślić). 

Tyle że główna bohaterka też jest człowiekiem. Nie ma w niej nic kociego, poza kilkoma stereotypowymi wyobrażeniami, na przykład, że się wylizuje albo spada na cztery łapy.

Uwielbiam koty. To było piękne.

Irka_Luz, no to przybijmy sobie piątkę :)

Nowa Fantastyka