- Opowiadanie: w_baskerville - Zaczarowana historia. Stanisław Lem ucz. kl. III gim.

Zaczarowana historia. Stanisław Lem ucz. kl. III gim.

Tłok dzisiaj nader umiarkowany, toteż  – koledzy dyżurni – macie znikome szanse na wypracowanie obligatoryjnych osobogodzin. (Cóż za upiorne słowo:  od razu się widzi robola w chińskich drelichach z budzikiem w miejscu głowy.) Po starej znajomości więc  – no, powiedzmy, że to główny powód – wrzucam poniższą „Zaczarowaną historię”. W wordzie jej formatowanie wygląda prześlicznie, więc jeśli na stronie się rozlezie albo przeciwnie, zbije w blok, nie będzie to moja wina. To raz. Dwa – jest to historia trącąca myszką, bo jej uroda taka i już. Tak ma być. Trzy – jest jakieś trzy, ale dopiero je piszę, więc wkleję za jakiś czas.
Koleżeństwo dyżurujące!!! Uprzejmie proszę o wnikliwe, rozbudowane, analityczne komentarze, ociekające empatią, apatią i telepatią! Dopiero chwila po dwudziestej – dacie radę! Ponadto, z pewnych powodów, pośpiech i pełne zaangażowanie są wskazane!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Zaczarowana historia. Stanisław Lem ucz. kl. III gim.

Machinalnie podniosłem gazetę. Wzrok mój padł na duży napis: „Wyuczam przy pomocy sześciotomowego dzieła sztuki czarowania, hipnotyzowania, zaklinania wężów, zadawania ran na odległość. Poza tym, tańczący trup, śmiejąca się głowa szatana, gadające obrazy, żywy wisielec. Wszystko razem tylko 4 zł 56 gr. Płatne przy odbiorze. Warszawa skrytka pocztowa 4576, F..“ Wielce poruszony, chwyciłem papier listowy i co rychlej napisałem do owego F…

– Paniczu, paniczu! Jakiś pakunek dla panicza – odrywa mnie od epruwetek, rurek szklanych i palników okrzyk służącej. Jak bomba wlatuję do przedpokoju, wpłacam znajdującemu się tam posłańcowi 4 zł 56 gr i chwytam pakunek. U siebie drżącymi rękami rozrywam papier. Ukazuje się sześć tomików w niebrzydkiej oprawie. Skwapliwie otwarłem pierwszy z brzegu i czytałem:

Żywy wisielec.

Należy skręcić sznur z trójchlorku, nadmanganianu potasu i włókien moczarki kanadyjskiej. Takowy do haka przytwierdziwszy, zechcesz jakowegoś widza poprosić. Pętlę na trzy węzły założywszy, powiesisz onego na przeciąg minut czternastu, sekund trzech. W międzyczasie publiczność różnorakiemi dowcipkami zabawiaj. Po określonym wyżej czasie pętlę odetnij, a wisielcowi sześć kropel dwusiarczanu podchlorku radu wlej. Takowy kichnie raz, dwa lub więcej i obudzi się do życia. Sztuka łatwa i ciekawa, podziw wieszanego i widzów wzbudzająca“.

Przetarłem oczy, otwarłem drugi tom i oto, co czytałem:

Żywy tudzież gadający obraz.

Za obrazem wyobrażającym np. Grunwald Matejki, wywierć dziurę na 16 calów wysoką, 24 szeroką i 120 wysoką. W dziurę oną pomocnika włóż. Potem twarz np. Jagiełły wytnij, a pomocnik niechaj głowę w dziurę oną włoży. Twarz mu zasię domaluj do krajobrazu. Gdy zaś widzowie przyjdą, skłonisz się nadobnie, pomruczysz: habra kadabra  i.t.p. magiczne figury, po czym rzekniesz: Jagiełło, wystaw język. Jagiełło usłucha ku niepomiernemu podziwowi rozkazu. Po czym zadasz mu kilka pytań i rozkazów, a nawet możesz go poczęstować tabaką. Kichnięcie Jagiełły największych nawet niedowiarków przekona, iże w podziwie zastygną. Pomocnika możesz powiesić na haku, na którym obraz wisi“.

Niemal przerażony wziąłem ostatni tom i ujrzałem na jednej stronicy napis:

 „Zaklinanie wężów.

Weź do koszyka, wyplatanego z brzozy a oblepionego gliną, sześć okularników, żmij lub innych gadów, znanych z jadowitości. Następnie na flecie bądź piszczałce jakowąś smętną melodię grasz. Bacz jeno, aby skoczną nie była, bo takowa węże rozwścieklić może. Ręce, twarz i nogi posmaruj czarownem antidotum, którego przepis poniżej się znajduje; ze dwadzieścia deka sproszkowanej platyny utrzyj z masłem kozłem i mlekiem czarnej kotki. Odstawiwszy na trzy noce księżycowe do nory ślepego na lewe oko szczura, otrzymasz najmocniejsze antidotum przeciw truciznom. Bacz jeno, aby szczur nie był na prawe oko ślepy, gdyż to nieszczęście sprowadzi. Post scriptum: Będąc przezornym, wszystkim gadom przed przedstawieniem zęby powyrywaj.

Dywan po pokoju biegający jak przysposobić.

Pod duży dywan włóż 12 małych ratlerków, bądź pinczerków. Następnie uszka psów do spodu dywanu przyklej. Przepis kleju poniżej znajduje się: 12 gramów ultrachloranu bikarbonikum utrzyj na ciasto z siarką w ryneczce. Gdy masa smak słony mieć będzie, możesz już uszka psów przykleić. Po czym nieznacznie rozpryśniesz litr chloroformu, czyń to zasię nad dywanem, aby ci się publika nie pospała. Potem rzeknij: Za dwadzieścia minut dywan na gwizdek biegać zacznie. Po tym czasie gwizdnij, narkoza przejdzie, a psy do ciebie podejdą. Sztuka wzbudzi podziw i zachwyt. Bacz jeno, aby psy nie szczekały, co uczynić możesz, wiążąc im rzemyczkiem pyszczki“.

Zegar wybił dziesiątą, gdy znużony opuściłem głowę znad ciekawej lektury.

***

 

Tłum gości zasiadł na krzesłach. Wlazłem na drabinę i uwiązałem mój zielony sznur. Potem rzekłem: Szanowni widzowie! będziecie mieli możność zaobserwowania niezwykłej sztuki pod tytułem „Żywy wisielec“. Po czym wezwałem poczciwego grubasa, który siedział w 1-szym rzędzie.

 – Niech pan tu podejdzie rzekłem zdradziecko pewny, że gość dobrowolnie nie zgodzi się na powieszenie. Zabajtlowawszy go, założyłem mu ukradkiem pętlę na szyję, ku niepomiernemu przerażeniu widzów. Gość jednak nic nie widział i dumny z wyróżnienia gładził brzuszek, ja zaś nagle, jak żbik skoczyłem do luźnego końca sznura i z całej siły pociągnąłem go. Rozległ się przeraźliwy jęk. Kilka pań zemdlało, a grubas uspokoił się, już na wieki – jeszcze pocharczał chwilę, a ja spokojnie opowiedziałem kilka dowcipów. Potem odciąłem sznur brzytwą, wlałem trupowi do ust spreparowane lekarstwo i wyniosłem go za kulisy. Potem rzekłem: Za godzinę obudzi się. Widzowie odetchnęli, a ja tymczasem zapowiedziałem mówiący obraz. Wszystko było w porządku, Jagiełło piszczał, gadał, jadł, śmiał się, ale gdy go poczęstowałem tabaką, nastąpiła katastrofa. Kichnął bowiem tak potężnie, że mur zaczął się kruszyć, a hak wyleciał ze ściany. Po chwili ze strasznym rumorem i wrzaskiem spadł Jagiełło wraz z obrazem na ziemię. Przy gwizdach publiczności kopnąłem idiotę i w ten sposób wyrzuciłem go za kulisy. Potem z zimną krwią wylałem butlę chloroformu na dywan. Przez 20 minut trwała cisza, aż nagle na mój gwizd cały dywan poleciał na widownię. Psy skakały, skomląc, a perski dywan rozwiewał się w pędzie, ukazując 4 tuziny nóg. Pozostał mi jedyny środek rehabilitacji, wyniosłem z za kulis trupa i wlałem mu 6 kropel spreparowanej mieszaniny do nosa. Nic się jednak nie stało. Wszyscy zmartwieli, ja jednak rzekłem z zimną krwią : Proszę państwa, na skutek małego przeoczenia w przyrządzaniu leku, wisielec nie chce żyć. Proszę mi wybaczyć ten drobny incydent. Pogrzeb jutro o 3.

Z gwizdem poleciały na mnie zgniłe jaja… Jedno ugodziło mnie dotkliwie w głowę… Oprzytomniałem. Leżałem na podłodze, a obudził mnie z mego koszmaru jeden tom mojego nadzwyczajnego dzieła, który zrzuciłem sobie na głowę we śnie.

Koniec

Komentarze

skrytka pocztowa 4576, F..“ – coś z tymi kropkami jest nie tak – dwie pod rząd to o jedna za dużo w tym przypadku

 

wpłacam znajdującemu się tam posłańcowi 4 zł 56 gr – o ile w treści ogłoszenia cyfry i skróty ujdą, to tu – w normalnej narracji – już nie – słownie i pełnymi słowami

 

Jakiś pakunek dla panicza – odrywa mnie od epruwetek, – raz: odrywa dałabym wielką literą; dwa: dlaczego w tym fragmencie zmieniasz czas narracji? 

 

U siebie(+,) drżącymi rękami(+,) rozrywam papier. – mogę się mylić, ale lepiej mi się widzi to w formie wtrącenia między przecinkami 

 

Należy skręcić sznur z trójchlorku, nadmanganianu potasu i włókien moczarki kanadyjskiej. – chemik ze mnie żaden, ale nie brzmi mi to – trójchlorek czego to ma być? 

 

Następnie na flecie bądź piszczałce jakowąś smętną melodię grasz. – wszędzie piszesz w trybie rozkazującym, więc dlaczego grasz jest w oznajmującym? 

 

Potem rzekłem: Szanowni widzowie! będziecie mieli możność zaobserwowania niezwykłej sztuki pod tytułem „Żywy wisielec“. – lepiej by to wyglądało z normalnym zapisem dialogu, a nie w jednym ciągu z narracją; Będziecie powinno być na początku zdania dużą literą

 

Po czym wezwałem poczciwego grubasa, który siedział w 1-szym rzędzie. – pierwszym

 

– Niech pan tu podejdzie rzekłem zdradziecko pewny, że gość dobrowolnie nie zgodzi się na powieszenie. – zapis dialogu!

 

Wszyscy zmartwieli, ja jednak rzekłem z zimną krwią : Proszę państwa, na skutek małego przeoczenia w przyrządzaniu leku, wisielec nie chce żyć. Proszę mi wybaczyć ten drobny incydent. Pogrzeb jutro o 3. – raz: zbędna spacja przed dwukropkiem; dwa: zapis dialogu; trzy: o trzeciej

 

Leżałem na podłodze, a obudził mnie z mego koszmaru jeden tom mojego nadzwyczajnego dzieła, który zrzuciłem sobie na głowę we śnie. – mego zbędne; mojego nie jestem pewna, bo nie wiem, o jakie dzieło chodzi – to, które zakupił – wtedy zbędne, czy jakiegoś innego, stworzonego przez bohatera (a o którym w tekście nie ma słowa)

 

Co do treści, to nie wiem. Jest pewna scenka, która dzieli się na lekturę i dziwny sen. Za wiele z tego jak dla mnie nie wynika. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

O jeju! Śniąca – zbawco! Wreszcie jakiś komentarz. Nawet nie wiesz jak się cieszę!

Nawet fajnie się zapowiadało, a potem się skończyło.

Historiom, które okazują się być zapisem snu, mówię zdecydowanie: nie.

I niechlujne to-to: interpunkcyjnie, stylistycznie. Co to jest “masło kozło”?

 

Nie będę dłużej ściemniać, sumienie mi nie pozwala, więc wkleję anonsowane we wstępie „Trzy”. Starałam się tak dawkować informacje, aby puenta mi przedwcześnie się nie wymsknęła. Nie całkiem mi się to udało – bardziej ględzę niż stopniuję napięcie, ale na zmiany już za późno. Zanim jednak przejdę do rzeczy, pozwolę sobie na wyrażenie głębokiego rozczarowania. Pięknie mnie odstrzeliliście, naprawdę! Nie mógł ktoś, choćby z litości, skomentować? (Śniąca wypowiedziała się przed chwilą! Szlachetna istota! O, i jeszcze Cobold!) Wrzucić parę uwag na temat obowiązku słownego zapisu cyfr? A gdzie krytyka zakończenia – klasycznie wręcz banalnego i do białości wypranego z wszelkiej oryginalności? A gdzie opitol za interpunkcję, kulejącą niczym ochwacona (przedwojenna) kobyła? Ech, olaliście mnie! Na apel, jaki wystosowałam do Cienia i Samotnego Wilka, zdybanych na pogwarkach w tutejszym konfesjonale czy jak tam tę rozmównicę zwał, także zero reakcji. Ból, psiakość, ból.

 

Teraz informacja osobista – jestem namiętnym, żeby nie powiedzieć maniakalnym, czytelnikiem i wielbicielem prasy międzywojennej. Trzy noce temu w jednym z czasopism, o profilu zgoła nieliterackim, natknęłam się na „Zaczarowaną historię”. Przeczytałam pobieżnie dwie pierwsze szpalty, nic mi nie urwało, więc zamierzałam odpuścić, ale… No, i tu dochodzimy do clou! Owoż – nadal staram się powolutku unosić kurtynę – (mój) palec wskazujący (mojej) prawej ręki zamarł tuż przed wykonaniem kolejnego kliknięcia, albowiem z nagła coś mię w oczy dźgnęło! A tym czymś było nazwisko. Zadziwiająco dobrze mi znane nazwisko! OK, dam se już spokój z tymi tajemnicami, powiem wprost – tekst podpisano: „Stanisław Lem ucz. kl. III gim.” No, jak cię mogę! Rozpoczęłam amatorskie śledztwo ekspresowe, dodając i odejmując dowody tudzież poszlaki. Wiek autora (gazeta jest z marca 1936 r.) mniej więcej się zgadza (po wzięciu poprawek na czas, jaki tekst mógł spędzić w redakcji przed publikacją i zmianę systemu organizacji gimnazjów w 1932). Plus. Ani w „Wysokim Zamku” ani nigdzie indziej Lem nawet się nie zająknął na temat swoich szczenięcych prób literackich oraz prób ich publikowania. Minus. Tytuł tekstu – tak beznadziejny, że młody Stanisław nawet w okresie ząbkowania wymyśliłby lepszy. Minus. Wywiad-rzeka „Świat na krawędzi” Tomasza Fiałkowskiego i odpowiedź Lema na pytanie o nauczycieli gimnazjalnych, których zapamiętał: „Pani Maria Lewicka, polonistka,(…), która nigdy nie dawała mi skończyć moich wypracowań na wolne tematy i wypisywała o nich na pół strony różne wspaniałe rzeczy.” Plus + plus. Tylko nauczyciel, oczarowany umiejętnościami swojego ucznia, szczęśliwy, że trafił mu się ktoś, o lata świetlne wyprzedzający całą resztę sztubaków, osładzając w ten sposób belferską orkę na ugorze, mógłby zapragnąć zawalczyć o sławę i powszechny podziw dla talentu swojego pupila. Stawiam więc na panią Lewicką jako tę, która, być może nawet bez wiedzy młodziutkiego Lema, posłała do gazet najbardziej, według niej, udatne wypracowanie „na wolny temat”, załatwiając mu tym samym „drukowany debiut”.

Czasopisma okresu międzywojennego zaliczane są do dziedzictwa narodowego, a więc chyba nie zdeptałam praw autorskich, spadkowych i całej reszty. Tym niemniej we wstępnie prosiłam o pośpiech w komentowaniu, bo muszę przy tytule dopisać nazwisko autora (kimkolwiek by on nie był, aczkolwiek we Lwowie nazwisko Lem nie należało do często występujących – w książce adresowej z 1900 r. figurowały jeszcze tylko dwie osoby je noszące – więc prawdopodobieństwo, że autor „Zaczarowanej historii” to TEN Lem, jest stosunkowo duże), aby nie podpinać się bezczelnie pod cudzy produkt. Niewykluczone, że będę musiała usunąć ten tekst, więc niech go, ku pokrzepieniu, czyta kto może. Screen jako corpus delicti wkleję w kolejnym poście, gdy odzyskam dostęp do drugiego kompa.

“Skwapliwie otwarłem pierwszy z brzegu i czytałem” – coś mi to brzydko w głowie pobrzmiewa. Zwykłe “otworzyłem” brzmi lepiej i naturalnie.

 

“Przetarłem oczy, otwarłem drugi tom i oto, co czytałem” – znowu to otwarłem, wiem to tak mądrze brzmi, ale takie to nienaturalne…

 

Śniąca większość błędów wypisała toteż ja skupię się na treści:

Mamy jakieś poradniki, zapowiada się coś fajnego… Kończą się poradniki, zaczyna treść “właściwa” i otrzymuję sen… Czar prysł, a tekst nie ma silnego przekazu. Nawet jeżeli jakiś jest, to większości czytelników nie będzie się chciało go szukać na siłę. Jak to powiedziała śniąca jest to scenka. Na przyszłość pomyśl o czymś co przyciągnie uwagę czytelnika, co na koniec wprawi go w osłupienie. Nie musi być morałów, abyś nakreślił po prostu problematykę swojego utworu, bo jak na razie przeczytałem tekst, a tak do końca to nie wiem o czym on jest, oprócz historii amatora magika, który miał koszmar. Pozdrawiam i życzę powodzenia w dalszym pisaniu, Wilk!

 

 

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Droga autorko, nie zaglądałem na poczekalnie i nie wiem skąd te pretensje do mnie i do Cienia. Moje dyżury są w sobotę (od dzisiaj). My sobie dyskutujemy o Stalinach i innych pierdołach, bo nam wolno. A jeżeli się nie przyzwyczaisz, że ktoś od razu nie przeczyta twojego tekstu to biada ci! Trzeba pracować nad cierpliwością, bo to przydatna umiejętność.

 

POKÓJ WSZYSTKIM, WILCZEK NIESIE!

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Na da­mi­ne przy­by­wam we­zwa­nie i śpie­szę na­pręd­ce po­dzię­ko­wać za nie, gdyż i al­bo­wiem tekst ów uciesz­nym mi się zdał i zu­peł­nie przy­jem­nym w od­bio­rze, błę­dów po­mi­mo mno­go­ści do­strze­gal­nej, fan­ta­sty­ki braku bądź ja­kiejś i wresz­cie snem za­koń­cze­nia ze­psu­te­go szka­rad­nie; co z żalem ob­wiesz­czam, lecz nie­za­chwia­nie. Sny to naj­lep­szy na czy­tel­ni­ka znu­dze­nie spo­sób nie­chyb­nie, a snem uczy­nie­nie pu­en­ty – i wię­cej niż pu­en­ty! – opo­wia­da­nia, to na ze­źle­nie czy­ta­czy rada jak się pa­trzy (Joł, joł, joł!).

Nie­mniej, że skse­ro­ko­piu­ję wła­sne me słowa, lek­tu­ra przy­jem­ną mi była a miłą oso­bli­wie.

 

Co rze­kł­szy, od­cho­dzę w nie­byt życia prozy, pasz­te­tem wo­nie­ją­cej.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Przyszedł Cieniu, komentarz zostawił i wybył jak ten pierd z dupy ;) Cień pędziwiatr he he.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Toteż się zdziwiłam, bo nie kojarzyłam u Ciebie zazwyczaj takich baboli, ale każdy może mieć gorszy dzień ;) 

 

Nie będę komentować jakości tekstu opublikowanego już prawie wiek temu. Nie jestem specem od historii języka polskiego i jego gramatyki. Wiem, że pisywało się inaczej niż obecnie i w szczegóły nie wchodzę.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dyć wszyscy tu wiedzą, żem pryndki jak wiater z dupy.^^

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

A ti, ti, prowokatorko ;-)

A wiesz, że miałem napisać, że motyw snu jest dobry na poziomie gimnazjum? Ale nie chciałem przesadzać z krytyką…

Pozostaje tylko docenić, że mamy taki portal, który uczy interpunkcji i zapisu liczebników. Już na starcie jest nam łatwiej niż Lemowi.

 

BTW: interpunkcja w komentarzu znacznie lepszej jakości.

A i miałam jeszcze dodać, że Naz jest specjalistką od Lema :) Może ją by do tej ciekawostki zaprosić? 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A nóż widelec i Naz się zjawi pryndko niczym Cień pędziwiatr. A i przydałby się taki tag dla Finkli:

brak fantastyki, albo Nie dla wrażliwych oczu Finkli ;P

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Niemniej, że skserokopiuję własne me słowa, lektura przyjemną mi była a miłą osobliwie.

 

Czyli, Cieniu Burzy – masz dobrego czuja. A tak na marginesie, ten tekścik był napisany z dużo większym jajem i lekkością, niż wiele innych – fantastycznych i parafantastycznych, z którymi “widziałam się” podczas nocnych lektur prasy wszelakiej.

Screen, o którym wspomniałam.

Widzę, że niedokładnie skopiowałaś :) Tam, gdzie czepłam się dwóch kropek, w oryginale są trzy. Taki tam detal. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Czuję się jak oszukana prostytutka…

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Może to być! Może! Ale w zamian “sześcio-tomowy” napisałam razem a “historję”przez “i”, żeby kompletnej abnegatki z siebie nie robić.

Tak majstrują lata całe przy polskiej pisowni, że w końcu współczesne dzieciaki zaczęły chorować i na ospę i na różyczkę, i na dysortografię!

Takie zakończenie szału nie robi, ale jak na gimbazę… Nie jest źle. Tyle czarodzieyskich trików nawymyślać, to nawet talent. :-)

Czyli Lem zaczynał od fantasy, potem awansował na SF. ;-)

Wilczku, dzięki za postulowanie tagu specjalnie dla mnie. Niestety, spaliłby na panewce, bo zazwyczaj nie czytam tagów, coby sobie nie spoilować. Co starsi bywalcy ostrzegają mnie w przedmowie. ;-)

16 calów wysoką, 24 szeroką i 120 wysoką.

I Staś podał dwie wysokości i to różne?

Dobra, reszty wypisanych błędów już nie komentuję.

Babska logika rządzi!

w_baskerville, to jest niezwykle ciekawy zabytek! :)

Mam oczywiście na myśli wykopane przez Ciebie opowiadanie, co dodaję na wypadek, gdyby przecinek okazał się nie dość wyraźny.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Potem od­cią­łem sznur brzy­twą, wla­łem tru­po­wi do ust spre­pa­ro­wa­ne le­kar­stwo i wy­nio­słem go za ku­li­sy. 

I w ten sposób, jak mniemam, można obwieścić światu, skąd się wzięła sławna BRZYTWA LEMA. ;D

 

Baskerville, dziękuję. Znakomita lekturka przed snem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zmyślne te sztuczki :)

Nie przepadam za zakończeniami, które polegają na wybudzeniu się ze snu. Ale tutaj, jakoś odetchnęłam z ulgą, że bohater jednak nikogo nie zabił ← a przynajmniej w tym fragmencie tekstu :)

 

Wielka szkoda, “autorko”, że tak szybko odkryłaś karty :)

Byłby ubaw nieziemski.

Z pozostałymi komentarzami postanowiłem się wstrzymać.

Kusiło mnie, aby poczekać przynajmniej dobę na lawinę komentarzy, ale gnębiło mnie niemiłe, wewnętrzne poczucie dokonania podwójnego oszustwa – i na szkodę Lema i komentujących. Więc pękłam. Ale, przyznaję uczciwie, że i tak miałam chwile niezłego ubawu.

Nadal czuję się oszukany! ;)

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Mocno średnie na jeża, i tyle. No i trzeba byłoby popracować nad zapisem dialogów.

A w oryginale mamy piękne myślniki…

Pozdrówka.

Tiaaa, cóż za przewspaniałe długaśne kreski! Już to kiedyś pisałem, ale ciekaw jestem, co by na to powiedział Freud ;)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Freud pewnie ucieszyłby się, widząc teraz w portalowych publikacjach Silmarisa i Creatio Fantastica piękne myślniki, a nie półpauzy albo średniki, tak jak w tekście powyżej…

Pozdrówka.

Dobrze waść replikujesz, panie Czerwonooki. A jednak z tymi myślnikami to jest taki trochę snobizm, może tylko w niektórych przypadkach (na przykład w Twoim) autentyczny sentyment. Żeby nie było, zgodzę się, że długie kreski mają swój urok. Kojarzą się z zakurzonymi tomami, z zapisanymi w nich starymi powieściami i – zupełnie jak one – tak spektakulatnie, leniwie się ciągną ;)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

W wielu publikacjach papierowych – oczywiście idzie o książki, a nie o czasopisma – myślniki nadal są stosowane. W publikacjach portalowych typu e-ziny albo e-booki także, i wydaje się, że redakcje czynią tak świadomie, uważając, ze myślnik literacko nobilituje.

A autorce nie chciało się wypośrodkować gwiazdek i zastosować przy nich górnej  interlinii.

Zastanowiło mnie zupełnie coś innego – w którym roku Lem zmienił nazwisko z Lehm na Lem? 

Pozdrówka.

Roger, czy sugerujesz, że autorka miała zamiar nas wtajemniczyć, oznajmiając wpierw, iż to Lem, po czym sprostować, że to jednak nie Lem, a zręczna prowokacja? ;)

A może to sam śp. Lem, wybrawszy autorkę jako źródło swej duchowej komunikacji, natrząsa się z naszego szacownego portalu? :)

Co do myślników, dywizów i półpauz, całej tej zecerskiej zwierzyny – zda mi się, że są istotne, jednak o wartości tekstu decyduje to, co następuje po nich ;)

Jako czytelnik łapię się na tym, że czytając niezły tekst, potrafię popłynąć wraz z autorem, kompletnie nie zauważając drobnych usterek, które przy lekturze miernej są przysłowiową kropką nad “i”.

Czuję się literacko ubogacony. Nie mówiąc o tym, że rośnie duma z przynależności do jednego z literackich pokoleń, które miały za sobą gimbazę ;). Cenne znalezisko, w_baskerville.

 

Finklo, gdzie tu fantastyka? ;D

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Zostałam wcześniej ostrzeżona, że “nie dla wrażliwych oczu Finkli”, więc z grubsza wiedziałam, w co się ładuję. ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka