- Opowiadanie: ARHIZ - Pan mrocznej sali

Pan mrocznej sali

Kolejny sztampowy tekst o rycerzu walczącym ze smokiem? Nic bardziej mylnego!

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Pan mrocznej sali

Pan mrocznej sali

 

 

Dobrze, opowiem ci raz jeszcze, starcze.

Wyruszyłem z Tańiz, mojego rodzinnego miasta. Najpierw podróżowałem przez Mroczne Pola, nic szczególnego. Jednak im dalej na południe, im bliżej granic ojczyzny, tym ciężej było mi na sercu.

Przygotowywałem się do tej wyprawy dziesięć lat. Zadbałem o każdy szczegół. Pobierałem lekcje fechtunku od najznamienitszych mistrzów całego kraju Zer. Później udałem się do mnichów i kapłanów, by z nimi kontemplować, umartwiać się i medytować. Na sam koniec ukryłem szlacheckie pochodzenie i zatrudniłem się na roli jako parobek.

Po tym wszystkim byłem już kimś więcej niż arystokratą, poznałem smak pozostałych klas społecznych: kapłaństwa i chłopstwa. Dopiero wtedy uznałem, że jestem gotowy, by się z nim skonfrontować.

Jednak już przy południowej granicy natrafiłem na pierwszą przeszkodę, banalną i w żadnym razie niepasującą do opowieści o wielkich czynach.

Rzeka. Śatya, tak się zwała. Słyszałeś, że w kraju Zer płynie coś takiego? Ja też nie. Jest na tyle mała, że nie ma jej na większości map… jednak bierze początek aż w Smoczych Górach i skutecznie odcina nasze ziemie od terenów kawałek na południe od granicy. Miejscowi powiedzieli, że kiedyś były tam dwa mosty, niestety już lata temu pozostały po nich jedynie zgliszcza.

I w ten sposób nagle poczułem solidarność z wieśniakami mieszkającymi przy południowej granicy. Problem chłopów z wioski Śiźin znad rzeki Śatya, choć dzień wcześniej nie miałem pojęcia o ich istnieniu, stał się także moim problemem.

Nie pozostało mi nic innego, jak ruszyć wzdłuż rzeki, na wschód. Średnio mnie to cieszyło, zważając, że kierowałem się na południowy zachód, ale nie było innej drogi. Szedłem tak cały dzień i całą noc, robiąc sobie dwie krótkie przerwy na sen. W duchu cieszyłem się, że miejscowi zechcieli uzupełnić moje zapasy żywności, wody też miałem pod dostatkiem, zważając na sąsiedztwo rzeki. Zastanawiałem się, jak poradzę sobie poza granicami kraju, gdzie, jak wiadomo, Czarny Całun nie zakrywa nieba i dni są jaśniejsze niż światło setki świecących grzybów.

Nazajutrz, gdy tylko otworzyłem oczy, ze zdziwieniem stwierdziłem, że problem przeprawy przez wodę rozwiązał się sam.

Pokraczna barka leniwie kołysała się na rzece zaledwie kilkanaście kroków ode mnie. Na brzegu stało kilka osób.

Nie czekając na zaproszenie ruszyłem w ich stronę. Zbliżając się dostrzegłem na łodzi chudego mężczyznę, którego krótkie czułki i jednolicie czarne oczy zdradzały ashterańskie pochodzenie. Cholerny naród kupców, pojawią się wszędzie, gdzie tylko zwęszą możliwość napełnienia sakiewki.

– Żaprasza, żaprasza! – nawoływał z zabawnym akcentem cudzoziemiec. – Przejaszd na druga strona tylko pół dihrana.

Drogo – pomyślałem.

Na brzegu stało kilku mężczyzn i jakieś młode małżeństwo, patrząc po oczach, miejscowi. Był też jeden Anaos i jakiś facet z rasy Piórogłowych z łukiem na plecach. Byliście też oczywiście wy, dziadku.

Będąc już w łodzi, odkryłem, że załapałem się na pierwszą, próbną wycieczkę. To właśnie dlatego zapłaciłem „tylko” pół dihrana.

Co chwilę zerkałem na milczącego Piórogłowego, którego długie brązowe czułki przywodziły na myśl pióra zdobiące ogon bażanta. Pierwszy raz widziałem kogoś ze stepów na dalekim wchodzie.

– Sądząc po stroju i zdobionej masce, należysz do arystokracji, As’heganē – odezwał się nagle Anaos, wyrywając mnie z zadumy.

– W rzeczy samej, jestem rycerzem na służbie lorda miasta Tańiz – odparłem nieco zdawkowo, zastanawiając się, czy dziwne słowo, którym zatytułował mnie rozmówca, aby na pewno jest zwrotem grzecznościowym.

– Co zatem rycerz robi na peryferiach kraju, w miejscu, gdzie nawet obecność mostu jest nieosiągalnym luksusem? – spytał nieznajomy, skłaniając się lekko – oczywiście, jeśli można zapytać, As’heganē.

Na początku nie chciałem udzielać odpowiedzi, jednak po chwili uzmysłowiłem sobie, że jeśli chcę powiedzieć o tym komukolwiek, to właśnie jemu, Anaosowi. Cudzoziemcowi, dla którego cel mojej wędrówki jest świętością.

– Chcę spotkać się ze smokiem.

Jeden z Zeryjczyków parsknął śmiechem, drugi zaczął szeptać coś do kompana, niezbyt dyskretnie wykonując gest sugerujący mój obłęd. Młode małżeństwo nagle zainteresowało się obserwowaniem fal, tak bardzo, że ani na chwilę nie spoglądali w moją stronę.

Tak. Pożałowałem, że to powiedziałem.

- Sagadīn. – syknął Anaos, szczerząc w przyjaznym uśmiechu małe, ostre ząbki.

– Że co proszę? – Doprawdy, czy oni nie mogą mówić jak wszyscy?

- Sagadīn. Ten, który odbywa pielgrzymkę. Smoki to święte istoty, władcy żywiołów. Niewielu ludzi ma w sobie tyle odwagi, by dobrowolnie udać się na spotkanie z którymś z nich.

– Niewielu ludzi ma w sobie tyle głupoty – rzekł parskający przed chwilą mężczyzna. – Smoki to potężne stworzenia, ich moc jest tak wielka, że jeden położyłby stu wojowników, nim zdążyliby mrugnąć.

– Zdaję sobie sprawę z potęgi żmija – odparłem dumnie, nie dając się sprowokować prostakowi – jednak z tego, co widzę, prócz taktu nie nauczono cię także religii. Wiedziałbyś bowiem, że są to istoty szlachetne, nieskazitelne w swych czynach.

– Gadanie – żachnął się rozmówca, lecz chwilę później jego twarz złagodniała. – Wybaczcie, panie, jeślim was uraził. Prosty chłop ze mnie. Chodzi mi tylko o to, że smok to taki trochę król. Ma swoje ziemie i moc tak wielką, jakby podlegało mu wojsko. Jeżeli ktoś ot tak wejdzie na jego teren, gad z pewnością się rozgniewa.

– Och, zamilcz! – oburzył się Anaos. – Nie słuchaj go, As’heganē. Szlachetność smoków znana jest w całym świecie, a nawet poza nim.

Grzecznie przytaknąłem, czułem jednak dyskomfort. Tamten gbur miał sporo racji. Nawet jeśli żmij okazałby się dobry na równi ze świątynnymi kazaniami lub wywodami Anaosów, wchodząc na jego ziemie będę intruzem. A co, jeśli uzna moją wizytę za bezprawne wtargnięcie?

– Ludzie z południa i wschodu nieroztropni – rozległ się dźwięczny głos z „dzikim” akcentem. Piórogłowy spojrzał na mnie przenikliwie, wytrzeszczając brązowe oczy. – Żmij straszniejszy niż tysiąc węży i tysiąc stepowych bestii. Jeżeli Zeryjczyk pójdzie do Smoczych Gór, przepadnie.

Po chwili twarz egzotycznego koczownika wróciła do poprzedniego stanu i jakby skamieniała. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nomada nie ma jakiegoś szczękościsku.

– A więc znasz tutejszą mowę, przyjacielu? – odezwał się ironicznie Anaos, patrząc z pogardą na Piórogłowego. – Może zamiast, jak na barbarzyńcę przystało, pleść androny, pochwalisz się celem twojej wędrówki?

Nie pochwalił się.

– Nie przejmujcie się, Panie, czczym gadaniem – włączył się kolejny rozmówca, tym razem „pan młody” nagle stracił zainteresowanie falami. – U nas na wiosce kapłan zawsze prawił, że smoki to strażnicy cnót, prowadzący żywot równie zacny, co święci.

 

Wszyscy nagle zainteresowali się smokiem. Każdy miał na tę sprawę jakiś pogląd, każdemu wydawało się, że to on wie najwięcej o potężnym jaszczurze, choć żaden na oczy tej istoty nie widział.

Nie miałem ochoty się odzywać. Zapewne, gdybym był na miejscu któregokolwiek z nich, z chęcią opowiedziałbym, jaki naprawdę, w moim mniemaniu, jest żmij. Jednak to ja, ja miałem się z nim spotkać oko w oko.

Barka przybiła do brzegu.

– Szybko, tanio i beszpiecznie! – zawołał Ashteranin podejrzanie sztucznym tonem. – Życzy miłego dnia! I żaprasza ponownie!

Gdy dotknąłem stopami ziemi, poczułem ulgę. Nie, nie chodzi o to, że dopłynęliśmy cali, znaczy, to też… Jednak chodzi mi oczywiście o tych wszystkich „znawców smoczej natury”. Im dłużej ich słuchałem, tym bardziej uświadamiałem sobie, że tak naprawdę cel mej wędrówki jest dla mnie wielką zagadką.

I wtedy odezwałeś się ty.

– Dlaczego chcesz spotkać się ze smokiem? – zapytałeś, a twe słowa odbiły się echem we wnętrzu mej czaszki.

Rozejrzałem się wokoło. Nie było nikogo prócz nas. Nawet Ashteranin gdzieś zniknął.

– Będziesz tutaj tak sterczał do wieczora? – zapytałeś, jak sam wiesz.

Później powiedziałeś mi, że reszta tak się rozgadała, że nawet nie zauważyli, że z nimi nie idziemy. Wtedy właśnie uzmysłowiłem sobie, że widzę pod powiekami dziwny symbol. Ciemny trójkąt z jasnym czubkiem. Nie powiedziałe ci wtedy o tym.

 

Kiedy zapytałeś mnie, dlaczego pragnę ujrzeć na własne oczy żmija, niby było to dla mnie oczywiste, jednak nie potrafiłem odpowiedzieć.

– Żeby się z nim skonfrontować. – Wykrztusiłem z siebie po dłuższej chwili.

Ty zaś, starcze, odpowiedziałeś znamienne: dlaczego chcesz się z nim skonfrontować?

Wtedy miałem problem, by ubrać to w słowa, pozwól więc, że odpowiem ci teraz, gdy zdążyłem już sobie poukładać w głowie, co konkretnie chciałem powiedzieć.

O smoku mówi się w naszej ojczyźnie w dwóch kontekstach. Jako o istocie o niewyobrażalnej mocy oraz kiedy myśli się o wzorze cnót: honoru, szlachetności i mądrości.

Jestem rycerzem i całe moje życie było drogą paladyna. Wiem, że wielu z noszących maski arystokratów za nic ma prawe życie czy ideały, jednak ja stawiam je na najwyższym piedestale. Tak wiem, brzmi nazbyt patetycznie. Jestem zwykłym człowiekiem. Jak wszyscy chodzę do wychodka, klnę, gdy jestem zły i nie raz zdarza mi się coś spieprzyć. Jednak dobrze wiem, czego chcę i dążę do tego jak potrafię.

 

To było przed dziesięcioma laty. Wielki turniej w Tańiz, na który zjechało się całe zeryjskie rycerstwo, a nawet goście zza granicy. Pierwsze sześć dni były raczej eliminacjami niż wielkim widowiskiem. Każdego popołudnia odbywał się szereg pojedynków, w których zwycięzca przechodził dalej. Nie spotkałem w tym czasie żadnego godnego przeciwnika. Wiem, że to próżność, ale muszę przyznać, że byłem nieco znużony. Zdobycie głównej nagrody było oczywistością.

I naszedł dzień siódmy, zwieńczenie Pełni. Prawdziwy turniej.

Jesteś pustelnikiem, starcze, pozwól więc, że opiszę ci pokrótce zasady.

Podczas każdego z pojedynków walczy jedna z czterech par. Zwycięzca przechodzi dalej, i tak aż do wyłonienia się ostatnich dwóch uczestników, najlepszych z najlepszych.

Walczy się na okrągłym torze. Każdy z zawodników dosiada własnego wierzchowca i jest uzbrojony w dwie wybrane przez siebie bronie, z wyjątkiem dystansowych. Rycerze jeżdżą w koło w przeciwnych kierunkach, tak, że podczas każdorazowego mijania się dochodzi do starcia, przy czym jeźdźcy zawsze ustawieni są do siebie prawą stroną.

Przywdziałem więc przyozdobiony w stalowe skrzydła turniejowy pancerz. Na głowę zaś włożyłem hełm z zielonym pióropuszem i pozłacaną maską, ten sam, który mam na sobie również teraz, symbol mojego rodu i statusu. Dosiadłem oczywiście mojego wiernego wierzchowca, raptoroida wabiącego się, ze względu na uśmiech, Perłą. 

Kwestia broni była oczywista. W prawej ręce włócznia, w lewej kiścień. Jak nie zrzucę z konia, to ogłuszę ciosem w czerep.

Pierwsza walka… Cóż, nie ma o czym mówić. Powiem tylko tyle, że nie musiałem używać kiścienia.

Następny przeciwnik znał się już nieco na rzeczy. Używał dwóch mieczy, zwykłego prostego i anańskiego o rozszerzonym końcu. Podczas trzeciego mijania udało mi się wytrącić mu jedno z ostrzy za pomocą kiścienia. Nie mógł już wtedy zbijać mojej włóczni i jednocześnie atakować. Przy kolejnym okrążeniu pchnąłem ile sił, a gdy tamten chciał odbić cios ostrzem, kiścień poszedł w ruch. Dostał tak, że aż maska spadła mu z twarzy.

Kiedy nadszedł czas ostatniej walki. Byłem bardzo pewny siebie. 

 

I wtedy go ujrzałem.

 

Wjechał na czymś, co nazywają biczogonem. Nie był to normalny dwunożny jaszczur, tylko toporny, czworonożny gad z ogonem przypominającym morgensztern. Do dziś nie wiem, czy jeździec miał pancerz, ponieważ jego ciało otulały zwoje niebieskich tkanin, tworzących asymetrycznie ułożony strój. 

Tak mogło wyglądać jedynie błękitne dziecię pustyni, z kraju na północy, którego nazwy nawet nie będę próbował wymawiać.

Zagrzmiały turniejowe rogi, rozpoczął się pojedynek. Pogładziłem Perłę po szyi, po czym lekko uderzyłem ostrogami w boki, by od razu ruszyć naprzód z całym impetem. Obserwowałem zbliżającego się z każdym oddechem przeciwnika.

Biegnący biczogon wzniecał swymi krępymi kończynami potężne tumany kurzu. Mój raptoroid wydawał się przy nim niezwykle delikatny, ale też znacznie szybszy. Cały czas próbowałem dostrzec, jaką właściwie bronią włada mój przeciwnik, jednak widziałem jedynie trójkątną tarczę – rzadkość na zeryjskich turniejach.

Byliśmy coraz bliżej. Gdy znaleźliśmy się w odległości kilkunastu kroków, dostrzegłem wreszcie pod błękitnym turbanem małą szparę, w której połyskiwały mające kolor nieba oczy przeciwnika.

Nagle niebieski jeździec wydał z siebie upiorny wrzask. Trudno mi to nawet opisać, to było jak ryk i wycie jednocześnie. Czułem jak okrzyk wdziera mi się pod czaszkę, jak świdruje najgłębsze zakamarki mojego ciała. Z trudem wycelowałem w jego stronę włócznię, a drżącą lewą rękę trzymałem w górze, planując cios kiścieniem.

Zobaczyłem, jak powietrze przecina… lasso.

Gdy tylko przeminął przerażający okrzyk, zastąpił go nowy dźwięk, świst lecącej ku mnie pętli. Pochyliłem się, wręcz położyłem na grzbiecie Perły. Chwilę później już mijałem przeciwnika, by za chwilę poczuć silne szarpnięcie w biodrach.

Lasso zaczepiło się o moje ozdobne skrzydła, wyrywając je z pancerza wraz z podstawą. Miałem szczęście, że były jedynie doczepiane do zbroi, a nie jak w niektórych modelach, na stałe wmontowane.

Jednak już zbliżała się nieubłaganie kolejna konfrontacja, a ja nie miałem teraz pierzastej osłony. Postanowiłem użyć do osłony kiścienia i dźgnąć błękitnego jeźdźca, kiedy będzie rzucał lassem.

Perła mknęła niestrudzenie wprost na biczogona. Byłem coraz bliżej. Trzymałem kiścień wysoko, niestrudzenie wprowadzając go w obroty i tylko czekałem aż wróg się odsłoni.

Przeciwnik wyciągnął lasso, które zaczęło tańczyć w jego rękach na podobieństwo piaskowego tornada. Z całej siły uderzyłem wierzchowca ostrogami, po czym skupiłem uwagę na włóczni. Prawa strona niebieskiego wojownika byłą idealnie odsłonięta.

Trójkątna tarcza koloru nieba z impetem wyszła na spotkanie mojego grotu, łamiąc z trzaskiem broń niczym zapałkę. Niemal w tym samym momencie błękitny jeździec wydał z siebie krótkie charkniecie, na co biczogon błyskawicznie obrócił się bokiem i wymierzył swym potężnym ogonem cios, prosto w bok Perły. Mój jaszczur zaskrzeczał żałośnie, z trudem utrzymując równowagę, jednak udało mi się wymusić na nim jeszcze szybszy bieg, dzięki czemu uniknęliśmy drugiego ciosu.

Gdy odjechałem na bezpieczną odległość, zwolniłem. Z boku Perły leniwie sączyła się krew. Jaszczur skrzeczał cicho, zupełnie jakby nie chciał, bym słyszał, że cierpi.

Tymczasem ponownie zbliżał się błękitny wojownik, który mknął teraz ze zdwojoną szybkością. Powietrze zadrżało, kiedy po raz kolejny przedarł je upiorny wrzask. Nad błękitnym turbanem mojego przeciwnika, niczym rój jadowitych owadów, krążyła pętla.

Czułem jak Perła drży. Pozwoliłem jej jedynie na trucht. Wciąż trzymałem w dłoni złamane drzewce, pozostałość po włóczni. Wróg był coraz bliżej.

Lasso ze świstem przecięło powietrze i pomknęło wprost w moją stronę. Na ten moment czekałem.

Pociągnąłem wodze do tyłu i przywarłem do szyi mojego gada. Po chwili poczułem, jak pętla zaciska się na moich ramionach i… przydusza mnie do szyi Perły. Gdy raptoroid poczuł, jak pętla zaciska się, wpadł w amok, a ja nie zamierzałem go powstrzymywać. Perła zaczęła wierzgać, skakać, aż w końcu szarpnęła w bok, z impetem wyrzucając w górę wciąż trzymającego lasso błękitnego jeźdźca. Okazało się, że był na tyle „cwany”, że obwiązał sznur wokół ręki. Był przygotowany na ściągnięcie każdego rycerza, ale widać nie zakładał, że kiedykolwiek uda mi się „upolować” rycerza z wierzchowcem.

Zwyciężyłem. Przynajmniej teoretycznie.

Pętla wciąż była zaciśnięta na szyi Perły, która biegała teraz jak oszalała wzdłuż toru, wlokąc za sobą niebieskiego wojownika. Co gorsza, biczogon również nie dawał za wygraną. Zatrzymał się i ustawił bokiem, przygotowując się do zadania kolejnego ciosu ogonem.

Spróbowałem uwolnić się z uścisku liny. Z całej siły oparłem się o szyję, co było istną głupotą, bo jeszcze bardziej zacisnąłem lasso na szyi Perły, która zaczęła biec jeszcze szybciej, na spotkanie z kolczastym ogonem wierzchowca mojego przeciwnika.

Zacisnąłem zęby i z bólem serca uderzyłem co sił ostrogą w uszkodzony bok mojego gada. Gdy zawył z bólu, czułem jak pęka mi serce. Sprawiłem mu ogromne cierpienie, niestety nie miałem innego wyjścia. Jaszczur wygiął się w bok, po czym legł na lewą stronę, gruchocząc moją nogę.

Czułem, jak pulsująca fala bólu rozlewa się jednocześnie w okolicach piszczeli, biodra i ramienia. Czułem też rytmiczne skurcze Perły, które nagle ustały. Umarła.

A ja leżałem w kurzu i brudzie, na wpół przygnieciony ciałem mojego wiernego wierzchowca. Czułem się winny. Perła była dla mnie w tej walce niczym innym, jak narzędziem, dzięki któremu zwyciężyłem. Do dziś żałuję, że zrozumiałem to dopiero wtedy, kiedy było już za późno.

Rogi zagrzmiały donośnie, po czym herold ogłosił mnie zwycięzcą turnieju. Nie chciałem jednak słuchać tłumu skandującego moje imię. Delikatnie gładziłem po szyi mojego wiernego, nieżyjącego już wierzchowca i zastanawiałem się nad sensem tego wszystkiego. Wcześniej turnieje były dla mnie sprawdzianem rycerskich cnót, wiele razy zwyciężałem, kochałem to. Jednak teraz przejrzałem, że to nic innego jak zabawa arystokratów, w dodatku połączona ze znęcaniem się nad zwierzętami. Wiele razy widziałem, jak podczas starć padają wierzchowce, jednak w pełni zrozumiałem to dopiero wtedy, gdy straciłem swojego.

To właśnie wtedy spojrzałem na swoją pierś i przypomniałem sobie, co jest na niej namalowane. Symbol mego rodu – smok dzierżący wagę. Poczułem, jak coś spływa na mnie z góry. Natchnienie? Wizja? Nie wiem, co to było, ale pojąłem co jest moim celem, co muszę zrobić, by stać się w pełni rycerzem, realnym wzorem cnót. Muszę stanąć oko w oko z prawdziwym smokiem.

 

Nic nie odpowiedziałeś. Teraz też raczej nie zamierzasz. Myślę, że zadałeś mi to pytanie nie dlatego, że chciałeś się czegoś dowiedzieć, lecz po to, bym poukładał to wszystko w głowie. Jak widzisz, wykonałem twoje zadanie.

Później, jak wiesz, pożegnałeś mnie, a ja ruszyłem samotnie w stronę Smoczych Gór. Wtedy to ostatecznie opuściłem granice ojczyzny, by trafić do krain spoza całunu spowijającego niebo nad naszymi ziemiami. Zdziwiłbyś się, jak równa jest ta bariera, która odgradza nasz kraj od niebieskiego sklepienia. Po ledwie godzinie drogi moje oczy raziło już czerwone słońce, kłując ostrymi jak włócznie promieniami. Zawsze wydawało mi się, że światło słoneczne jest bardziej żółte, a tutaj proszę, taka niespodzianka. Tyle, że niespodzianka dopiero się gotowała, bo to był wschód słońca.

Świetlista kula pięła się coraz wyżej po niebie, świecąc coraz jaśniej… I faktycznie coraz żółciej. Moje oczy zaczęły łzawić, musiało też krążyć wokół mnie stadko jakichś pomniejszych istot światła, Seyhirów, ponieważ kątem oka widziałem dziwne, świecące plamy, które jakby nakładały się na prawdziwy obraz. Kolejne dwie godziny spędziłem, siedząc nieopodal drogi i zakrywając dłońmi oczy. Z jednej strony byłem wdzięczny, że wszechmocny Pan Podniebia stworzył nad moim ojczystym krajem Zer mroczny całun, który chroni nas przed światłem jego majestatu… Z drugiej, czułem jak słońce wypala mi oczy i nawet zrobienie kilku kroków naprzód było nie lada wyzwaniem.

Ostatecznie postanowiłem rozbić obóz i spać za dnia, podróżując nocą. Jednak promienie słońca dawały o sobie znać nawet przez płachtę namiotu. Na szczęście okazało się, że moja maska świetnie sprawdza się w roli przeciwsłonecznej bariery, jeśli dorobi się jej „powieki”.

Zasnąłem. Spałem twardo, musiałem być nieźle zmęczony, choć za bardzo tego nie odczuwałem, zapewne przez emocje. Tuż przed obudzeniem się miałem coś na kształt krótkiego snu. Zobaczyłem trójkąt, jednolicie czarny z wyjątkiem góry. Po chwili kształt okazał się źrenicą olbrzymiego oka.

Zerwałem się na równe nogi. Była już noc, przez co mogłem spokojnie patrzeć, nie bojąc się o wzrok.

Czułem się dziwnie. Nie wiedziałem, o co chodzi z tym snem. Powoli spakowałem rzeczy i ruszyłem w dalszą drogę. Wszedłem na wąską, kamienistą ścieżkę. Wiła się niczym wąż i prowadziła w górę, wciąż w górę. Co ciekawe, usypana była jakby z kamieni rzecznych. Stając na jednym z takich „otoczaków”, poślizgnąłem się i upadłem, mimowolnie zanurzając palce w żwirze. Niechcący narysowałem coś, co przypominało trójkąt. Czarna ziemia tworzyła go niemal w całości, tylko górny róg powstał z kanciastego kamienia. Otrzymany symbol wyglądał zupełnie jak ten ze snu. Wtedy skojarzyłem go z anańskim znakiem Żywioły Mroku. Gdy tylko o tym pomyślałem, przez chwilę zobaczyłem duże trójkątne oko, z którego emanowała nieprzenikniona ciemność. Oko smoka.

Wtedy zrozumiałem. Wiedział, że do niego idę i był to Mroczny Smok.

 

Szedłem dalej, szedłem przez kilka dni. Mozolna wędrówka krętą ścieżką wyścieloną otoczakami. Zupełnie jakby ktoś tam te kamyczki specjalnie usypał. Spodziewałem się jakichś głazów, wystających korzeni, może powalonych drzew. Nic takiego nie spotkałem.

Pomyślałem, że może to rodzaj smoczego zaproszenia.

I wtedy usłyszałem odgłos pazurów.

Kilka kroków ode mnie wisiała długa na pięć kroków bestia, która jakimś cudem zahaczała się pazurami o niemal pionową skałę. Turkusowy jaszczur zacharczał wściekle, prezentując garnitur niezwykle licznych, wypełniających całą paszczę ząbków, po czym skoczył w moją stronę, by wylądować cztery kroki ode mnie.

Zwierz wyciągnął się, eksponując parę, ozdobionych długimi, czarnymi pazurami, przednich kończyn, które zginały się odwrotnie, niż powinny. Po tym poznałem, że mam do czynienia z tak zwanym naskalnikiem.

Miałem ze sobą dwustronną glewię z kolcem i krótki sztylet. Jak zapewne się domyślasz, wyjąłem to pierwsze. Stałem nieruchomo mierząc w jaszczura, a on zaczął się wycofywać, zupełnie jakby moja broń zrobiła na nim wrażenie. Nigdy nie walczyłem w czymś takim, ale patrząc na pokraczny sposób poruszania i zginające się „na odwrót” przednie łapy, zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle powinienem czuć się zagrożony.

Tymczasem turkusowy, smukły jaszczur wciąż się cofał, aż w końcu dotknął tylnymi kończynami skalnej półki. Długie, uzbrojone w nie krótsze pazury palce, powoli zakotwiczały się w na pozór gładkim głazie. Naskalnik zaczął wspinać się tyłem na skałę. Wyglądało to tak, jakby po prostu chciał uciec, pokazując jednak przy tym ostre zęby i mocne szpony na zasadzie "nie boję się". Sprytna bestia – pomyślałem.

 

Sprytna.

 

Jaszczur wystrzelił w moją stronę niczym pocisk z katapulty. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, leżałem już na ziemi, a on charczał tuż nade mną. Wtedy właśnie dowiedziałem się, po co mu te „odwrotne" kończyny…

Przednie łapy, znajdujące się za moimi barkami, zaczęły zginać się w stronę brzucha gada, a ostre pazury wbiły się w okolicach mych łopatek. Jednocześnie kreatura przytrzymywała moje uda tylnymi nogami, również, niezbyt delikatnie, korzystając ze szponów. Pokryte turkusową łuską kończyny jaszczura przyciskały mój tułów coraz bardziej do przodu. Gad chciał dosłownie złożyć mnie na pół.

– Po co ci te zęby, bydlaku? – wykrztusiłem.

Pożałowałem.

Poczułem jak setka ostrych szpil wbija mi się w kark, by za chwilę napierać na mnie wraz z przednimi łapami. Nie wiem, na co to zwierzę poluje w tych górach, ale było jasne, że zamierza mi w ten pokraczny sposób złamać kark.

Wtedy uzmysłowiłem sobie, że jestem tuż pod jego brzuchem. Ignorując ból w plecach, sięgnąłem po sztylet i wymierzyłem cios w brzuch… Jak się okazało, turkusowe łuski były równie twarde, co barwne.

Ze wściekłością wykonałem jeszcze kilka pchnięć. Bez rezultatu.

Tymczasem czułem już dokładnie cały kręgosłup, najsilniejszy ból pulsował zaś w okolicach szyi i krzyża. Wiedziałem, że jeśli zaraz czegoś nie zrobię, głuche chrupnięcie karku zakończy mój żywot.

Nagle doznałem olśnienia. Skoro zwierzak polował w taki sposób, było oczywiste, że najgrubsze łuski ma na brzuchu, co innego jeśli chodzi o…

Najszybciej jak mogłem, wychyliłem rękę w lewo, by z impetem zadać cios w bok gada. Jaszczur zasyczał i momentalnie odskoczył na kilka kroków, przechylając tułów tak, by eksponować opancerzony brzuch. W boku wciąż tkwił mój sztylet.

Niemrawo podniosłem się i wyprostowałem, czując jak ciepło i ból przenikają cały mój tułów. Jednakże wszystko wydawało się na swoim miejscu.

Chwyciłem oburącz glewię. Wiedziałem, że jeśli będzie skakał, to znów natknę się na twardy brzuch, który niekoniecznie zostanie naruszony. Nie miałem żadnego pomysłu.

Gad znów wystrzelił w moją stronę. Gdy leciał, błyskawicznie ułożyłem broń wzdłuż siebie. Jaszczur powalił mnie, lecz jego lewa przednia łapa spoczęła nie na moim barku, lecz na ostrzu glewii.

Ostre pazury zadźwięczały, ślizgając się po stalowej powierzchni. Miałem czas, by wychylić się spod gada po lewej stronie, pomimo, że moje nogi wciąż były zablokowane przez tylne łapy.

Nie czekając ani chwili, chwyciłem za wciąż wbity sztylet. Gibki tułów gada był smukły i wydłużony, toteż kłąb kończył się na wysokości mojej szyi. Tyle wystarczyło.

Zacząłem dźgać na oślep turkusowy kark, z radością patrząc na coraz lepiej widoczną posokę. Jaszczur zaskrzeczał, po czym kilkunastoma niewyobrażalnie szybkimi susami wskoczył na najbliższą półkę skalną, a później dalej. Nie minęło dziesięć uderzeń serca, nim całkowicie zniknął mi z oczu. Chwilę później słyszałem jeszcze z oddali pojedyncze charknięcie.

 

Teraz już miał dość.

 

Na wszelki wypadek wciąż trzymałem w gotowości broń, a drugą ręką powoli masowałem krzyż. Bolała mnie szyja i kark, a później odezwały się także żebra. Na końcu zaczęły dawać o sobie znać powierzchowne rany ramionach i udach. Na szczęście były płytkie i z łatwością mogłem je opatrzyć.

Później zauważyłem, że nie mam sztyletu. Wyglądało na to, że naskalnik będzie mieć pamiątkę.

Ruszyłem w dalszą drogę. Znów szedłem wijącym się, wyścielonym nietypowymi kamyczkami taktem. Zastanawiałem się, czy jestem w stanie znaleźć jaskinię smoka. Chciałem wierzyć, że trakt, po którym idę, jest zaproszeniem, że będę podążał nim jak po nitce do kłębka, ewentualnie ubijając po drodze lokalne potwory pokroju naskalnika.

 

Przez kolejne trzy noce nie działo się nic wartego opowiedzenia. Podróż po otoczakowej ścieżce, lekka ale też niezwykle nużąca.

Czwartej nocy jak zawsze spakowałem namiot i ruszyłem, w zasadzie bezmyślnie, po dobrze mi znanej dróżce. A ta w pewnym momencie po prostu się skończyła.

Wpierw poczułem, jakby ktoś mnie szturchnął. Nie wiedziałem, dlaczego stoję. Dopiero później spojrzałem pod nogi i zobaczyłem szarą górską ziemię. Wyglądało to tak, jakby ktoś pieczołowicie dekorował szlak kamieniami i nagle by mu się one skończyły. A ja stałem na skraju tej dróżki i nie wiedziałem co dalej zrobić. Cztery dni monotonnej wędrówki, podczas której byłem przez kogoś, lub coś, prowadzony jak za rękę i nagle muszę samodzielnie pomyśleć. Zgroza.

Gdy już otrząsnąłem się z szoku i przypomniałem sobie, że faktycznie moja głowa służy do czegoś więcej, niż podpora dla maski i pióropusza, postanowiłem rozejrzeć się wokoło. Droga rozwidlała się na trzy ścieżki, niestety żadna nie była wyłożona nawet gruzem, cokolwiek mógłby robić gruz w bezludnych Smoczych Górach.

Droga najbardziej po lewej prowadziła do sporego urwiska, zupełnie jakby sam Pan Podniebia odciął sobie kawałek góry. „Linia cięcia” była niezwykle równa, nie było też żadnej roślinności, ułamanych fragmentów skały, czegokolwiek, co świadczyłoby o tym, że owo ścięcie jest dziełem natury. Jednak pomimo pobożności, interwencja niebios byłą jednym z ostatnich pomysłów, jakie przychodziły mi do głowy. Byłem pewien, że gdzieś niedaleko ukryta jest siedziba smoka.

Z niechęcią zawróciłem, by zbadać kolejne dwie odnogi. Gdybym był smokiem, zamieszkałbym właśnie za takim urwiskiem, grunt to święty spokój.

Kolejna ścieżka prowadziła w górę i kończyła się na wielkim głazie. Wokół kamienia widać było popękaną ziemię i kępy wyrwanej trawy. Zacząłem czuć się jak nieproszony gość, któremu sugerują, że czas iść do domu.

Gdy spojrzałem w stronę „kamyczkowej ścieżki”, którą przyszedłem na samym początku, zauważyłem, że otoczaki mocno zyskały na barwie. Stały się kolorowe, niektóre miały nawet ciekawe wzory.

Zacisnąłem zęby. Wiedziałem, czego chcę. Nie po to poświęciłem tyle czasu, nie po to niemal dałem się połamać naskalnikowi, by odejść z niczym.

Ruszyłem, by zbadać trzecią drogę. W porównaniu z poprzednimi była trochę na uboczu. Uznałem, że to dobrze rokuje, jeśli chodzi o ukryte ścieżki.

Trakt wił się dość długo między strzelistymi skałami. Po drodze nie spostrzegłem ogromnych głazów ani przeciętych na pół gór. Przyspieszyłem kroku, czułem, jak serce zaczyna coraz szybciej bić. Czułem, że jest blisko.

Jakież było moje rozczarowanie, gdy zobaczyłem, że droga kończy się w skale, zupełnie jakby ktoś ją złośliwie przestawił.

Zaczynało świtać. Uznałem, że rozbiję obóz na rozstajach, ot, by mieć wszystkie cztery ścieżki na oku.

Gdy pierwsze promienie słońca zaczęły przebijać się przez niebo, usłyszałem skwierczenie. Ze zdumieniem zobaczyłem tysiące drobnych czerwonych iskierek, które unosiły się powoli nad dróżką z otoczakami, niczym rój świetlików. Kamyczki zaczęły tlić się, by po chwilę ulecieć w postaci roju czerwonych punkcików. Patrzyłem oniemiały na drogę, nad którą unosiła się teraz ognista serpentyna. Widowisko trwało nie krócej niż wschód słońca. Nie wiedząc czemu, ignorując łzawienie oczu, spojrzałem wprost na świetlistą tarczę, która na dobre zadomowiła się już na niebie. I wtedy zobaczyłem przez chwilę złotą bramę.

– Tajemne przejście! – wykrzyknąłem. Ten znak był dla mnie oczywisty, któraś z zamkniętych dróg została dla mnie otwarta, ponieważ nie dałem się zwieźć i nie zawróciłem. To była próba.

Pobiegłem co sił w nogach do „uciętego” urwiska… jednak było takie jak wcześniej. Ruszyłem więc w stronę ogromnego głazu. Dopiero gdy zobaczyłem, że nadal jest na swoim miejscu, puknąłem się w czoło.

– Ukryta droga, oczywiście – rzekłem do siebie, po czym nie szczędząc energii ruszyłem trzecią, ukrytą ścieżką. Biegłem pokonując liczne zakręty aż w końcu padłem na kolana przed skałą, która bezlitośnie stała na środku, dokładnie tak jak wcześniej.

Dopiero teraz poczułem zmęczenie światłem. Słońce świeciło wściekle, wwiercając się w me oczy niczym setka os. Pojawił się też mocny ból głowy.

Jednak czułem, że coś się zmieniło. Z uwagą obejrzałem skałę. Nie widziałem zbyt dobrze ze względu na zbyt ostre światło, ale miałem wystarczający ogląd, by stwierdzić, że faktycznie skałę pominęły wszelkie cudowne przemiany.

Zrezygnowany wróciłem do namiotu, gdzie założyłem osłony na oczy. Rozmyślałem w ciemności nad tym, co się wydarzyło. Ujrzałem tajemniczą przemianę kamyczków oraz złotą bramę. To musiało coś znaczyć, w końcu takie rzeczy nie zdarzają się na co dzień.

Zasnąłem. Gdy otworzyłem oczy, księżyc świecił wysoko na niebie. Świeciło coś jeszcze.

Tysiące drobnych, przypominających błękitne szkło kamyczków, tliło się niebieskim światłem. Wyścielone były nimi trzy ścieżki. Ta od urwiska, ta z głazem na końcu oraz ta, której bieg kończy się na skale.

Kolejny znak. Ruszyłem powoli w stronę trzeciej dróżki, tej, do które dostępu broni skalista ściana. Jednak zacząłem zwalniać coraz bardziej. To nie miało sensu. Zrozumiałem, że jeżeli poszedłbym jedną z tych ścieżek, zbadałbym każdą po kolei, by stwierdzić, że przejścia nie ma. Tak samo było w przypadku pierwszej wizji oraz przy pierwszej wizycie.

Powoli obróciłem się na pięcie. Droga, którą tu przyszedłem, wcześniej wyłożona pięknymi otoczakami, teraz, cała szara i zwyczajna, tonęła w mroku nocy. Ruszyłem powoli w dół, uważnie patrząc pod nogi. Księżyc, świecący żagiel Boga-marynarza, był w tym momencie moim sprzymierzeńcem. Pięknie oświetlał mi drogę, przez co mogłem powoli, krok po kroku przyjrzeć się jedynej ścieżce, której jeszcze nie poznałem. Ścieżce, która wcześniej była przede mną zakryta przez setki barwnych kamyczków.

Gdy wykonałem kilkanaście kroków, spostrzegłem niepozorną odnogę w bok. Kiedy szedłem tą drogą pierwszy raz, w górę, wiedziony przez morze otoczaków, ta mała dróżka w bok była dla mnie niezauważalna. Teraz jednak widziałem ją doskonale.

Schodziłem powoli w dół, przytrzymując się korzeni i gałęzi. Było bardzo stromo. Później droga wiła się nieco łagodniej, zakręcając jak ślimak. Na samym końcu biło jasne światło.

 

Majestatyczna skała pochylała się tworząc, wspaniały łuk, pod nim zaś emanowały złotą poświatą wrota.

Udało się.

Kiedy podszedłem do wrót, poczułem silne odepchnięcie. Odruchowo chwyciłem pewniej halabardę, nadal nikogo nie widziałem.

Wtedy poczułem to raz jeszcze, ale o wiele silniej.

– Zbliż się o krok, a zabiję. – rzekł głos przypominający szept. Głos, który rozległ się w mojej głowie.

Wtedy zobaczyłem, że unosi się przede mną chuda, niemal zupełnie przezroczysta istota, przypominająca nieco kijankę, ale mająca dodatkowo wychudzone ręce z długimi, zrośniętymi błoną palcami. Gdyby nie lekka fioletowa poświata, stworzenie byłoby zupełnie niewidoczne. Nigdy nie widziałem go na oczy, jednak nie było mi obce.

– Jesteś żywym cieniem, Tsatha’irem – powiedziałem. – Czymś pomiędzy istotą żywiołu światła i istotą żywiołu mroku.

– Daruj sobie popis erudycji – zagrzmiał szept we wnętrzu mej czaszki. – Jestem strażnikiem tej bramy, a wolą mojego pana jest zabić każdego, kto do niej podejdzie.

– Przebyłem długą drogę, by tu dotrzeć. Jestem…

– Nie obchodzą mnie twoje sprawy, marna istoto! – poczułem, jak szept w mojej głowie ulega zwielokrotnieniu.

– Posłuchaj! – rzekłem stanowczo, a przynajmniej starałem się, by tak to zabrzmiało. – Jestem jednym z najlepszych rycerzy w całym Kraju Zer. Jeśli mnie nie wpuścisz, wyzwę cię na pojedynek!

– Ty? – czułem, jak drwiący ton odbija mi się o kości czaszki. – Jak śmiesz, marna węglowa formo? Jestem istotą fotonową!

Tak właśnie to zabrzmiało. Oczywiście nie mam pojęcia, o co memu rozmówcy chodziło.

– Nie jesteś pierwszy – kontynuował strażnik. – Zabiłem już dziesiątki takich jak ty. Dumni wojownicy, mędrcy, pustelnicy. Ludzie, Magowie, Płonący Strzelcy… Jesteście marniejsi niż proch! Zabiłem setki tobie podobnych, ale było to dla mnie mniej ważne, niż liść spadający z drzewa. Nic dla mnie nie znaczycie, nic! I tak samo stanie się z tobą i twoim żałosnym żywotem!

W tym momencie ogarnęło mnie coś dziwnego. Gdyby ktoś powiedział mi wcześniej, że znajdę się w takiej sytuacji, zapewne rzekłbym, że zaatakowałbym z gniewem przeciwnika, ginąc w chwale lub zwyciężając, powiedzmy, w jeszcze większej chwale.

Jednak teraz przepełniało mnie… współczucie.

Zrobiło mi się najzwyczajniej w świecie żal. Tsat’hair nie mógł się co prawda równać potędze swoich świetlistych lub mrocznych kuzynów, wciąż jednak był istotą ulepioną z innej gliny niż zwykły śmiertelnik. Istotą, po której oczekiwałbym, że wykaże się jakimiś lepszymi, „wyższymi” cechami charakteru.

Tymczasem umysł tego, był wypełniony jedynie pogardą. Pogardą dla przeciwników, pogardą dla innych ludów, pogardą dla samego życia.

– Zrób krok, no dalej! – zasyczał głos w mojej głowie.

– Żal mi ciebie… – rzekłem powoli.

– Co?

– Żal mi ciebie. Jesteś wspaniałym bytem, a mimo to postrzegasz świat przez pryzmat uczucia tak niepodobnego do takich istot, jak ty. Twój żywot musi być straszny, skoro nie potrafisz docenić żadnego ideału. Nie potrafisz docenić nawet wartości życia.

– Jak śmie…

Nagle cień znalazł się w okręgu, który wyglądał jak zrobiony z samego mroku. Pierścień zaczął się zaciskać, a wraz z nim deformować zaczął się także Tsat’ha’ir. Pod koniec zrobił się zupełnie płaski, by ostatecznie zniknąć. Pozostało jedynie ciemniejsze miejsce, które ominąłem o kilka kroków, na wszelki wypadek.

Wyglądało na to, że współczucie okazało się potężniejszą bronią niż halabarda czy sztylet.

 

Powoli ruszyłem w stronę bramy. Złoto zdawało się płynne, pulsowało jakby drgało, jednak w dotyku okazało się zimne i twarde.

I tak właśnie brzmi historia o tym, jak spotkałem smoka.

 

 

– Nie, nie! Wałkujemy to już drugi raz! – krzyczał rozgorączkowany starzec.

– O co ci chodzi? – odparł poirytowanym tonem rycerz w masce. – Opisałem ci dwa razy moje spotkanie ze smokiem. Nie zamierzam tego robić po trzykroć.

– Nie, nie, nie! – krzyczał pełen gniewu pustelnik. – Zapętlasz się, gubisz wątek. Opowiadasz szczegółowo drogę do smoka, ale nie jesteś w stanie opisać spotkania. Obudź się!

– Przecież już ci mówiłem, starcze. Wyruszyłem z Tańiz, mego rodzinnego…

– Nie chcę słyszeć ani słowa o Tańiz, ani o turnieju, ani o ashterańskiej łajbie, ani o naskalniku. Chcę usłyszeć o twoim spotkaniu ze smokiem. Kiedy przekroczyłeś bramę, wszedłeś do jaskini. Co stało się dalej? Obudź się!

– Daj mi spokój obłąkańcu – żachnął się rycerz. – Wszedłem do jaskini i spotkałem smoka, przecież ci mówiłem. Kończmy tę rozmowę, muszę wracać do domu.

Pustelnik doskoczył do paladyna z niebywałą szybkością i chwycił go mocno za ramiona. Mocno nawet jak na męża w sile wieku.

– Wszedłeś do jaskini, tak? – każde słowo pustelnika była niczym powolna, spadająca ze stalaktytu kropla wody. – Co zobaczyłeś? Przypomnij sobie jaskinię. Jak wyglądała?

Starzec puścił rozmówcę i oddalił się o krok.

– Obudź się… Co zobaczyłeś?

Paladyn zamyślił się. Próbował przypomnieć sobie cokolwiek, lecz miał wrażenie, że jego umysł nie jest wypełniony niczym poza pustką. Z nutą strachu spojrzał na starca, czując, jak obraz wokół niego zaczyna lekko falować.

– Co zobaczyłeś? – spytał pustelnik, tym razem spokojnie. – Powiedz… co widzisz.

 

Obraz rozmył się całkowicie. Nastała ciemność.

Zeryjski rycerz usłyszał kapiącą wodę, poczuł wszechobecny chłód. Z mroku powoli zaczął wyłaniać się obraz.

Przerażony paladyn cofnął się kilka kroków. Znajdował się w ogromnej kamiennej sali. Trudno było określić jej rozmiary, ponieważ tonęła w mroku, którego nie był w stanie przebić nawet czuły wzrok Zeryjczyka.

Widział jednak na tyle, by dostrzec misterne mozaiki zdobiące posadzkę. Były też kolumny, na których wyrzeźbiono igrające smoki. Filary tworzyły dwa rzędy, których końce ginęły w mrokach tego ogromnego pomieszczenia. Pomiędzy nimi wyzierała pusta przestrzeń, która wydawała się ciemniejsza od otoczenia, nawet od obecnego dalej mroku.

Paladyn poczuł czyjąś obecność. Instynktownie wpatrywał się w czerń pomiędzy kolumnami. Choć nic nie widział, instynktownie doświadczał bytności pana mrocznej sali.

Cień zawieszony między kolumnami zaczął się zbliżać. Białym oczom Zeryjczyka zaczęły powoli ukazywać się ogólne zarysy długiej szyi, trójkątnej głowy, później błoniastych skrzydeł i w końcu długiego ogona. Nie minęło kilka uderzeń serca, a tuż przed rycerzem stał już zupełnie materialny czarny smok.

– Obudziłeś się – rzekł głos dobiegający ze środka głowy rycerza. Nie był to jednak nieprzyjemny, inwazyjny szept żywego cienia. Ton tego głosu był nieokreślony, a jego forma tak delikatna, że rycerz miał wrażenie, jakby jakaś tajemnicza siła bardziej pomagała mu przypomnieć sobie to, co już wie, niż żeby wchodziła do jego umysłu.

– Gdzie… Kiedy ja jestem? – spytał nieskładnie osłupiały Zeryjczyk.

– Jesteś tu, w mojej jaskini. I teraz, w tej właśnie chwili – odpowiedział łagodnie głos. Czarny, długi na dwa kroki smoczy łeb wpatrywał się w rycerza dużymi, niemal trójkątnymi oczami, z których emanowała czysta ciemność.

Rycerz czuł, jak ogarnia go spokój. Usiadł powoli na posadzce, nie bardzo wiedząc kiedy. Wydawało mu się, że zanurza się w ciepłej, miłej wydzielinie, która odgradza go od wszelkich problemów i zagrożeń.

– Jesteś gotowy – zakomunikował smok.

– Gotowy? – Zeryjczyk czuł się coraz lepiej. Jego myśli stały się trzeźwe i wyraziste.

– Jesteś w mojej jaskini już drugi dzień. Musiałem cię nawet nakarmić i napoić, naginając nieco twą wolną wolę. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe.

– Drugi dzień? – spytał rycerz ze zdumieniem w głosie.

– Udało ci się dowieść, że jesteś godzien audiencji. Pokonałeś wszystkie przeszkody, które postawiłem na twej drodze, człowieku. Nie zwiodła cię fałszywa droga, pokonałeś żywego cienia, mego sługę. Co do naskalnego jaszczura, nie miałem z tą sprawą nic wspólnego, ale tam również wykazałeś się hartem ducha. Jednak zabrakło ci sił na spotkanie ze mną.

Nastała cisza, tak w jaskini, jak i w głowie paladyna. Smok czekał dłuższą chwilę, wiedząc, że jego gość musi sobie to wszystko poukładać.

– Nie byłeś gotowy – kontynuował smok. – Dlatego też wniknąłem do twego umysłu i stworzyłem iluzję, przybierając postać pustelnika z twojego wspomnienia. Dopiero gdy po raz wtóry opowiadałeś mi swoją historię, zdołałeś pojąć, że ona wciąż trwa, a jej koniec jeszcze nie nadszedł. A zatem… Witaj w moich skromnych progach, człowieku.

– Jesteś… – rzekł niepewnie Zeryjczyk, po czym rozejrzał się powoli. – Ta sala, te zdobienia?

– Tak, to moje dzieło – głos w głowie rycerza miał w sobie nutkę dumy. – Ukształtowałem to miejsce według własnego upodobania, wyłącznie dzięki swej woli.

– Woli? – spytał rycerz, tym razem śmielej. – Rozgrzałeś do czerwoności głazy, a następnie zatopiłeś w nie swe pazury, by nadać im pożądany kształt?

– Nie do końca, mój gościu – gad zdawał się nieco rozbawiony. – Nie chcę, by zabrzmiało to zbyt protekcjonalnie, ale my, istoty wyższe, nie musimy polegać na sile czy wytrzymałości. Wszystko jest kwestią naszej woli i tego, o ile tę wolę jesteśmy w stanie zamienić w rzeczywistość. Odpowiednio zogniskowana energia staje się ciałem.

Po krótkiej analizie impulsów nerwowych rycerza, smok uznał, że nie wyraził się dostatecznie jasno.

– Wyobraź sobie rzekę. Podczas gdy zwykłe istoty męczą się, by przebyć ją na… starej ashterańskiej łajbie, my, istoty wyższe, zmieniamy bieg samej rzeki, kierując wodę tam, gdzie chcemy.

Zeryjczyk nie był pewien, w jakim stopniu zrozumiał to, co pan jaskini wtłaczał mu do głowy. Wpatrywał się uważnie w smukłą sylwetkę ogromnego, długiego na kilkanaście kroków gada. Paladyn uzmysłowił sobie, że właściwie odkąd ujrzał mrocznego jaszczura, zaczął odczuwać nieokreślony dyskomfort.

– Czyżbyś był zawiedziony? – zagrzmiał głos w głowie rycerza. Spodziewałeś się ujrzeć coś innego?

– Chyba… tak – odparł zmieszany Zeryjczyk. – Smoki zawsze kojarzyły mi się z ogromną mocą, potęgą. Spodziewałem się więc ogromnych szponów, rzędów ostrych kłów, grubych łusek.

– Taka większa wersja naskalnika?

- Taak – rycerz odpiął maskę, a następnie na znak szacunku zdjął hełm. – Przepraszam, że robię to dopiero teraz… Ty… Wy jesteście inni, smoku. – W tym momencie Zeryjczyk żałował, że nie jest Anosem. Tamci z pewnością mają jakiś specjalny, długaśny wyraz, którym tytułują smoki. – Wasz ogon, szyja i tułów są długie i smukłe, czarne jak noc łuski przypominają bardziej kamienie szlachetne niż mocny pancerz. Nawet pazury wyglądają bardziej jak ozdobna, ceremonialna broń, a nie wojenny oręż. A skrzydła kojarzą mi się trochę z… Wachlarzem? Proporcem?

– Daj spokój, myślisz, że jakikolwiek smok poleciałby na czymś takim? – Gad rozpostarł na chwilę jedno skrzydło, prezentując półprzezroczyste błony lotne. – Istotą jest siła woli.

– Siła woli – powtórzył rycerz. – Teraz pojąłem, czym jest prawdziwa potęga. Zdajecie się, smoku, istotą kruchą i delikatną, zbyt piękną, by posiadać siłę w rozumieniu śmiertelnika, tymczasem wasza moc leży nie w sile, lecz w umyśle. Wasza władza jest tak wielka, że zdaję się przy was marnym pyłkiem. Dziękuję, że pozwoliliście mi was spotkać.

Paladyn rzucił na ziemie hełm i maskę, po czym upadł na kolana, dzwoniąc przy tym nagolennikami.

– Och, daj spokój – ton smoka zdradzał znudzenie. – Widzę, że dała ci się we znaki retoryka mojego strażnika. Zasłużyłeś, więc cię wpuściłem. Cieszę się, że mogłem spełnić twoje marzenie…

– Mogę zadać wam pytanie, smoku?

– Pod warunkiem, że będzie miało więcej treści niż te, które zadałeś przed chwilą…

– Jak to jest być tak potężnym? My, ludzie, zawsze mamy kogoś nad sobą, zawsze czegoś lub kogoś się boimy. Jak to jest, gdy dysponuje się tak wielką mocą, że nie trzeba obawiać się niczego niczym sami bogowie?

W głowie paladyna rozległo się westchnięcie.

– Gdyby to było takie proste – odparł ciężko smok. – Patrz…

 

Obraz zaczął wirować. Rycerz miał wrażenie, że delikatnie unosi się w powietrzu, a następnie zostaje porwany przez ogromny podmuch wiatru. Nastała ciemność. Nie mógł się poruszyć, nie wiedział, gdzie jest.

Po chwili zaczął widzieć kształty, które z każdym uderzeniem serca zyskiwały na ostrości. Widział lasy, góry, wszystko z niebywałej wysokości.

– To nasz świat, Świat Ayanański. Ten sam, w którym obecnie żyjemy – odezwał się w głowie rycerza smok. – Jednak to, co widzisz nie dzieje się teraz. To wspomnienie mojego dalekiego przodka. Te wydarzenia działy się wiele, wiele lat temu.

Paladyn uzmysłowił sobie, że ogląda świat z perspektywy smoka. Prócz wzgórz, lasów i rzek widział także barwne nitki, które wiły się i skręcały w różnych kierunkach. To były strumienie energii.

Góry i doliny zmniejszały się coraz bardziej. Zeryjczyk czuł, jak wznosi się coraz wyżej. Po dłuższej chwili dostrzegł z boku drugiego smoka, lodowego. A następnie kolejnego, i jeszcze jednego. Setki skrzydlatych gadów leciały w tę samą stronę. Były to jaszczury wszelkiego żywiołu, od mroku i światła, przez błyskawice, po ogień i wodę.

– Zebraliśmy się wszyscy – rzekł głos w głowie rycerza. Każdy żmij zamieszkujący nasz świat.

Następnie rycerz uznał, że widzi rój owadów, jednak po chwili okazało się, że w jego stronę leci armada wspaniałych, złoto-niebieskich statków, które poruszały się po niebie niczym ptaki, choć nie miały skrzydeł. Statki „zacumowały” tuż przy unoszących się w powietrzu smokach. Niektóre z nich były dwa, trzy razy większe od żmijów.

– Flota siriańska – rzekł spokojnie głos – odwieczni przyjaciele smoków, których jesteśmy wiecznymi dłużnikami.

Latających statków i jaszczurów przybywało z każdą chwilą, w pewnym momencie zdawało się, że wypełniły całe niebo.

Wszędzie dookoła fruwały także wielobarwne nici energii. Rycerz widział je doskonale smoczymi oczami. W pewnym momencie pojedyncze nitki zaczęły splątywać się w długie, obracające się wokół własnej osi łańcuchy, które ostatecznie skupiały się w podłużne kłęby.

Wszędzie dookoła zaczęły pojawiać się istoty o kształcie kijanek. Formą przypominały nieco żywego cienia, który bronił smoczej bramy, jednak te były o wiele większe. Jedne zdawały się stworzone z czystego światła, drugie zaś ziały mrokiem i nicością.

– Dobrze widzisz – mówił smok. – Przybyły też Seydury i Seyhiry, istoty czystego światła i czystego mroku. Wszyscy jednak czekaliśmy na nasze główne siły uderzeniowe.

Po dłuższej chwili zjawiło się kilka niepozornych istot mających nie więcej niż trzy kroki długości. Podobne do ważki skrzydła i członowany odwłok sugerowały, że są to owady, jednak rycerz od razu rozpoznał pęk wijących się, zdobiących koniec ogona świetlistych czułków oraz ogromne żółte oczy – to były Ariyat’hany, święte rośliny, istoty rangi boskiej.

– Zgromadziły się wszystkie istoty, od których zależały losy naszego świata. Żmijowie ze swoją mocą żywiołów, Sirianie ze swoją technologią, będące manifestacją energii świetliste Seydury i mroczne Seyhiry oraz władające mocą w najczystszej postaci Ariyat’hany.

Rycerz spojrzał w górę.

Nagle niebo zdało się pęknąć na pół, a z ogromnej szczeliny wysunęło się… coś. Coś, czego nie był w stanie opisać. Patrząc oczami smoka, paladyn widział ogromne sploty energii. Moc, która płynęła od nieznanego, obcego bytu była niczym ogromny głaz. Głaz, który był w stanie bez problemu zmiażdżyć garstkę robaków.

Wszystkie zgromadzone istoty poczuły niemoc. Poczuł ją także paladyn, zupełnie jakby był jednym ze smoków. Było to dla niego coś niewyobrażalnego. Istoty, których potęga była dla niego abstrakcją, stały się bezsilne i słabe, zupełnie jak on sam w porównaniu z mrocznym smokiem.

Niebo zapłonęło. Rozpoczęła się dziwaczna wojna, będąca dla paladyna czymś na skraju pojmowania. Ogromne sznury energii przeciskały się pomiędzy wojskami, przypominało to nieco przeciąganie liny. Dziwne zawody, gdzie wola tysięcy wspaniałych istot ściera się z ogromnym, potężnym wirem, który rozbija energetyczne węzły na drobne iskry.

Siriańskie statki spadały na ziemię jeden po drugim. Padały również smoki, setkami. Z kolei istoty ze światła i mroku były dosłownie pochłaniane przez tajemniczy, obcy byt. Jedynie Ariyat’hany jakoś się trzymały.

Z każdą chwilą wojska wykruszały się coraz bardziej, przypominało to pojedynek pływających po wodzie liści rzęsy wodnej z kadłubem dalekomorskiego żaglowca.

 

Nagle wszystko ucichło. Na niebie ukazał się jeszcze jeden kształt.

Był to ogromny, wijący się na niebie wąż, którego ciało zdawało się utworzone z tysięcy purpurowych kryształów, które opalizowały wszelkimi możliwymi barwami.

– Wynoś się! – zagrzmiał tajemniczy przybysz. Jego głos, a właściwie sygnał myślowy, był tak potężny, że powietrze zafalowało, a położona tysiące kroków niżej ziemia zadrżała.

Kryształowy wąż spojrzał przelotnie na obcą istotę, która jeszcze przed chwilą dziesiątkowała najpotężniejsze armie tego świata.

Obcy byt pośpiesznie wycofał się do szczeliny w niebie, która chwilę później zniknęła. Gdyby nie leżące na dole wraki statków i martwe gady, trudno byłoby przypuszczać, że rozegrała się jakakolwiek bitwa.

 

Paladyn otworzył oczy, chciwie łapiąc powietrze, zupełnie, jakby przed chwilą się topił.

– Ten kryształowy wąż. To, to był Hur-zatus, prawda? Bóg magii. – Wydyszał, ze zdumieniem stwierdzając, że siedzi na posadzce i dla pewności badając ją ręką.

– Bóg magii, powiadasz? – głos smoka zdradzał ironię. – W każdym razie, tak, wy, ludzie, nazywacie go Hur-zatusem. Jak widzisz, są na świecie siły, które wykraczają nawet poza pojmowanie tych, którzy z kolei wykraczają poza twoje pojmowanie. Dość już o tym, skupmy się na czymś innym… Wystaw ręce.

Gdy Zeryjczyk spełnił prośbę żmija, ze zdumieniem spostrzegł, jak na jego dłoniach tworzy się czarny kształt. Ciemność zdawała się coraz bardziej gęstnieć aż w końcu utworzyła posążek z czarnego błyszczącego kamienia. Przedstawiał górę, na szczycie której siedział smok. Była też zaznaczona prowadząca na szczyt ścieżka, którą przecinała rzeka. Wyżej widniała płaskorzeźba malutkiego naskalika, a później trzy fałszywe drogi.

– Pomyślałem, że ucieszy cię pamiątka – zakomunikował żmij. – Ale teraz już na ciebie czas. Idź prosto pomiędzy kolumnami, trafisz do tylnego wyjścia.

Rycerz nie chciał jeszcze opuszczać smoka, ale karnie ruszył przed siebie. Nie minęło wiele czasu, a był już na powierzchni i szedł prostą drogą w dół, która zdawała się nienaturalnie lekka i kierowała się w stronę ojczystego Kraju Zer na północy. Z czasem „luksusowa” ścieżka przerodziła się w zwykły kamienisty trakt. Wyglądało na to, że tutaj już nie sięgała władza mrocznego smoka.

Paladyn uznał, że rozbije obóz nieopodal ciekawej, powykrzywianej skały. Zdjął plecak i już miał zamiar schylać się, by rozkładać namiot, gdy do jego uszu dotarł syk.

 

Na oddalonym o zaledwie kilka kroków głazie siedział naskalnik. Zwierzę syknęło raz jeszcze.

Zza głazu wyszły powoli dwa kolejne jaszczury. Jeden z nich zdecydowanie szykował się do skoku, natomiast pozostałe dwa powoli okrążały swoją zdobycz.

– Ponoć jesteście samotnikami. – wycedził przez zęby Zeryjczyk, chwytając oburącz halabardę.

Rozległ się kolejny odgłos, tym razem za plecami paladyna. Zbliżał się kolejny jaszczur, z którego boku wystawał znajomy sztylet.

– Zemsta, prawda? – rzekł ironicznie Zeryjczyk. Wiedział, że nie ma szans, jednak przyjął to ze spokojem. Spełniło się jego największe marzenie.

Naskalnik ze sztyletem w boku wyprężył się, lecz zamiast skoczyć wydał z siebie trzykrotnie stłumiony skowyt. Inne zwierzęta zatrzymały się, by chwilę później zacząć się wycofywać.

– Zaraz… – skonsternował się paladyn. – Czyżbyś ostrzegał swych braci przede mną?

 

Uderzenie.

 

Zeryjczyk leżał zdezorientowany na plecach. Jego pierś była przygnieciona przez szponiastą nogę. Podobna kończyna trzymała też lewe udo rycerza. Paladyn widział nad sobą naskalnika, jednak innego niż pozostałe. Był niemal dwa razy większy, a kolor łusek, miast na turkusowo, połyskiwał ciemnym błękitem.

– Skądżeś się tu… – Gad przycisnął łapą klatkę piersiową zdobyczy, jakby chciał wymusić milczenie.

Pozostałe naskalniki zaczęły się coraz bardziej zbliżać. Rycerz doskonale widział, jak otwierają paszczę i prezentują liczne zęby.

 

Wtem, na czas uderzenia serca, błysnęło światło, a chwilę później zrobiło się ciemno. Coś poruszało się z ogromną prędkością i krążyło między jaszczurami. Po chwili tajemnicza siła wyrzuciła niebieskiego gada w powietrze, by niedługo później cisnąć nim ciężko o ziemię. Jaszczur błyskawicznie odskoczył, by błyskawicznie zniknąć między skałami. W jego ślady poszły pozostałe gady.

– Szukałem cię – rozległ się szept w głowie paladyna.

– Strażnik bramy? Żywy cień? – Zeryjczyk znał ten głos aż za dobrze. – Uratowałeś mnie.

– Uratowałem? – głos odbijał się echem – Nie. Po prostu nie mogłem pozwolić, by jakieś durne zwierzęta popsuły moje plany.

– Plany? O czym ty mówisz? – Rycerz miał złe przeczucia. Ostrożnie podniósł się z ziemi, tuż przed nim majaczyła przezroczysta, ledwo widoczna, przypominająca kijankę postać żywego cienia.

– Upokorzyłeś mnie! – syknął żywy cień. – Co ty sobie myślisz? Przychodzisz do Smoczych Gór jak do siebie. Cudem unikasz śmierci ze szponów lokalnego drapieżnika, następnie przypadkowo odkrywasz wejście do jaskini, pomimo że od początku dostawałeś wskazówki jak tam trafić. I na końcu „pokonujesz” mnie, ponieważ wykazałeś nietypową dla twojego marnego gatunku reakcję i rozbawiłeś mego pana.

– Twój pan sam mnie wpuścił. Byłem mile widziany w jego jaskini.

– Możliwe, ale jestem jeszcze ja i w tej chwili jesteś bardzo niemile widziany. Jestem Tsat’ha’irem! Istotą światła i mroku, a ty musisz okazać mi szacunek. Tutaj nie sięga władza mego pana, więc jesteś zdany na moją łaskę. Zrozumiano?

– Może i jestem idealistą, ale nie głupcem – rzekł zrezygnowanym tonem rycerz. Jednak gdy już miał klękać, przypomniało mu się spotkanie ze smokiem. To nie siła była źródłem potęgi żmija, lecz jego wola.

Paladyn zacisnął pięści i wypiął pierś.

– Na kolana! – zagrzmiał cień.

– Nie.

– Jak śmiesz? Zniszczę cię!

– Nie. Szanuję twój lud. Mroczny smok, twój pan, pokazał mi wielką bitwę, która rozegrała się tysiące lat temu. Do walki stanęły świetliste Seydury i mroczne Seyhiry. A jeśli tak, to jest oczywistym, że zjawili się także twoi pobratymcy, mroczno-świetliste Tsat’ha’iry.

– Co próbujesz ugrać, człowieku? Dobrze wiesz, że opowieści smoków i innych stworzeń nie wspominają o nas, jesteśmy zbyt słabi, by mierzyć się z panami tego świata… ale wystarczająco silni, by zetrzeć na proch takiego śmiertelnika jak ty!

– Nie wspominają, ale wydaje mi się oczywiste, że tam byliście. Nie zaprzeczasz.

– Owszem, byliśmy. I ginęliśmy tak samo, jak wspaniałe smoki, Sirianie, czy inne istoty. Dlatego tym bardziej masz oddać mi cześć!

– Jednak czy ty brałeś udział w tej bitwie?

– Nie. Zaczynasz mnie denerwować…

– Dlaczego zatem mam okazać cześć tobie?

– Jestem istotą wyższą, głupcze!

– Może i tak, ale charakterem nie różnisz się od niejednego człowieka! Jesteś arogancki i próżny, a do tego nie masz poszanowania dla życia. Nie zasługujesz na cześć!

Rycerz poczuł, jak potężna siła przyciska go do ziemi. Wnętrze jego głowy na wskroś przeszywał pełen gniewu ryk. Potężna siła zaczęły kruszyć kamienie tuż przy jego głowie, obracając je w pył. Następnie poczuł, jak wola żywego cienia podnosi jego ciało, zupełnie jakby nic nie ważyło. Zawisł tak dwa kroki nad ziemią, czując ogromny ucisk w okolicach ciemienia.

– To twoja ostatnia szansa! Okaż mi cześć, bo inaczej zgniotę cię jak tamte kamienie wcześniej!

Paladyn pochylił głowę. Wiedział, że jest bezsilny. Jednak w tym momencie coś się stało, w głowie czującego ogromny ucisk w okolicach ciemienia Zeryjczyka, zakiełkowała myśl.

– To twoja ostatnia szansa! Okaż mi cześć, bo inaczej zgniotę cię jak tamte kamienie wcześniej!

– Zaczekaj…. Czy wiesz, kim była ta istota? Ta, która tysiące lat temu chciała zniszczyć świat?

– Nikt tego nie wie! A już na pewno nie taki śmieć jak ty!

– Daj mi tylko chwilę. Mroczny smok, twój pan, pozwolił mi spojrzeć na tamte wydarzenia żmijowymi oczami. Widziałem sznury energii, jej kształty i rozmieszczenie. Widziałem jak wyglądały w świetlistych Seydurach i mrocznych Seyhirach. Takie same warkocze mocy emanowały od tamtego przybysza.

– I co z tego? Opóźniasz tylko własną śmierć!

– To był Tsat’ha’ir! Istota, która rozdarła niebo i była potężniejsza od wszystkiego, co żyje na tym świecie, należała do twojego rodzaju!

Niewidzialna siła puściła. Rycerz z głuchym odgłosem spadł na ziemię, z trudem łapiąc oddech i trzymając się oburącz za pękającą z bólu głowę.

– Co powiedziałeś?

– To był… żywy cień! Przedstawiciel… twojego rodzaju – paladyn z trudem składał zdania, choć teraz czuł się już nieco lepiej. – A to oznacza, że ty też możesz osiągnąć wielką moc, chociażby taką jak twoi krewni, Seydury i Seyhiry.

– To niemożliwe – odparł żywy cień spokojniejszym, lecz rozgoryczonym tonem. – Powiem to upraszczając, by twój ograniczony umysł mógł cokolwiek pojąć… My Tsat’ha’iry, mamy w sobie dwa razy więcej energii niż spokrewnione z nami istoty czystego mroku lub istoty czystego światła. Jednak w naszym przypadku, napędzające nas siły wygaszają się wzajemnie. To dlatego nigdy nie osiągamy potęgi równiej naszym kuzynom, którzy mają w sobie jedynie moc mroku lub moc światła. Mój rodzaj skazany jest na pozostanie w tyle, będąc na tyle nisko, że musi słuchać nawet smoków.

– Ale ta istota. Ona miała w sobie i światło i mrok, jednak jakby… Trudno mi to nazwać… Kierowała energią, moce nie wygaszały się, lecz wzmacniały.

– I niby ty to odkryłeś? Były tam setki istot wyższych, ale dopiero ludzki rycerzyk nas wszystkich oświecił?

– Skąd wiesz, że smoki i inne istoty o tym nie wiedzą? Może po prostu nie chcą, byście wy, żywe cienie, poznali swój prawdziwy potencjał – Zeryjczyk był zdziwiony ostatnimi słowami. Nie był pewien, czy wypowiedział je sam, czy może ktoś mu je wtłoczył to ust.

 

Po tych słowach żywy cień zniknął. Nastała cisza.

 

Rycerz poczuł ruch w kieszeni, do której schował prezent od smoka. Gdy wyjął posążek, zauważył nowy detal. W miejscu, gdzie wcześniej widniała tylko część góry pojawiła się podobizna przypominającej kijankę istoty – Tsat’ha’ira.

 

 

ARHIZ

Koniec

Komentarze

Nie lubię fantasy, powiedziałbym, nie znoszę, zwykle omijam takie opowiadania szerokim łukiem ( ciekawostka: nie lubię Wiedzmina ;) ) ale historia mnie wciągnęła bo jest w niej przekaz metafizyczny. A przekaz metafizyczny sprawia, że biorę wszystko :)

 

Pozdrowienia dla wielbiciela filozofii Wschodu :)

 

P.S. Pytanko: żywy cień inspirowany Don Juanem Castanedy, może?

Masz ciekawe zagrania, masz gorsze zagrania.

Fajny pomysł na dialog ze smokiem, ale minus jest taki, że wychodzi opowieść zamiast żywej akcji. I to się ciągnie dość długo – nie budzi emocji, bo wiadomo, jak się skończyło.

Jak zwykle – ładny świat, bogaty w szczegóły.

Gorzej z fabułą.

Sporo literówek i innych drobiazgów.

Kilka kroków ode mnie stała długa na pięć kroków bestia, która jakimś cudem zahaczała się pazurami o niemal pionową skałę.

Jeśli skała była niemal pionowa, to bestia raczej nie mogła stać. Wisiała?

Babska logika rządzi!

Wspomnienia rycerza, wędrującego na spotkanie ze smokiem, jakkolwiek każde zajmujące, zostały opisane tak szczegółowo i rozwleczone tak okrutnie, że gdy doszło do audiencji, opuściły mnie siły i w zasadzie nie miałam już ochoty na kolejne atrakcje. Przyjęłam do wiadomości, że wyprawa rycerza była udana, a on sam osiągnął to, do czego tak usilnie dążył.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Po ty wszyst­kim byłem już kimś wię­cej… – Literówka.

 

pro­blem prze­pra­wy przez wodę roz­wią­zał się sam. Po­kracz­na barka le­ni­wie ko­ły­sa­ła się na wo­dzie… – Powtórzenie.

 

- Ża­pra­sza, ża­pra­sza! – Dialog rozpoczyna półpauza, nie dywiz.

Ten błąd występuje kilkakrotnie w dalszej części tekstu.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Zajrzyj do wątku: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

– Prze­ja­szd na druga stro­na tylko pół Dih­ra­na. – Domyślam się, że to pieniądze, ale dlaczego pisane wielką literą?

 

W pierw­szej chwi­li nie chcia­łem udzie­lać od­po­wie­dzi, jed­nak po chwi­li uzmy­sło­wi­łem sobie… – Powtórzenie.

 

Cu­dzo­ziem­cy, dla któ­re­go cel mojej wę­drów­ki jest świę­to­ścią.Cu­dzo­ziem­cowi, dla któ­re­go cel mojej wę­drów­ki jest świę­to­ścią.

 

Wy­bacz­cie, Panie, je­ślim was ura­ził. – Dlaczego panie napisano wielką literą?

 

Je­że­li Ze­ryj­czyk pój­dzie do Smo­czych Gór, nie wróci.

Po chwi­li twarz eg­zo­tycz­ne­go ko­czow­ni­ka wró­ci­ła do po­przed­nie­go stanu… – Powtórzenie.

 

U nas na wio­sce ka­płan za­wsze pra­wił… – U nas w wio­sce ka­płan za­wsze pra­wił

Choć rozumiem, że wieśniak może mówić niepoprawnie.

 

Jed­nak cho­dzi mi oczy­wi­ście tych wszyst­kich „znaw­ców smo­czej na­tu­ry”. – To chyba nie jest ostateczne brzmienie zdania. Czegoś w nim zabrakło.

 

że tak na­praw­dę celu mej wę­drów­ki jest dla mnie wiel­ką za­gad­ką. – Literówka.

 

Nie po­wie­dzia­łe ci wtedy o tym. – Literówka.

 

jego ciało zwar­cie otu­lał całun nie­bie­skich tka­nin, two­rzą­cych swo­isty asy­me­trycz­ny krój. – W jaki sposób tkaniny mogą tworzyć asymetryczny krój?

 

Po­gła­dziłem perłę po szyi… – Po­gła­dziłem Perłę po szyi

 

by od razu ru­szyć na przód z całym im­pe­tem. – …by od razu ru­szyć naprzód z całym im­pe­tem.

 

Chwi­lę póź­niej już mi­ja­łem prze­ciw­ni­ka, by za chwi­lę po­czuć… – Powtórzenie.

 

nie mia­łem teraz pie­rza­stej osło­ny. Po­sta­no­wi­łem użyć do osło­ny ki­ście­nia… – Powtórzenie.

 

Prze­ciw­nik wy­cią­gnął lasso, które za­czę­ło tań­czyć w jego rę­kach na po­do­bę pia­sko­we­go tor­na­da. – Nie wiem, co to jest podoba, ale bardzo mi się nie podoba.

Pewnie miało być: Prze­ciw­nik wy­cią­gnął lasso, które za­czę­ło tań­czyć w jego rę­kach na podobieństwo pia­sko­we­go tor­na­da.

 

wy­szła na spo­tka­nie mo­je­go grotu, ła­miąc moją broń… – Czy oba zaimki są konieczne?

 

ła­miąc moją broń ni­czym za­pał­kę. – Czy w opisywanych czasach znano zapałki?

 

Tym­cza­sem już za ro­giem wy­jeż­dżał błę­kit­ny wo­jow­nik… – Wcześniej napisałeś: Wal­czy się na okrą­głym torze. Skąd rogi na okrągłym torze?

 

Wciąż trzy­ma­łem w dłoni zła­ma­ny drze­wiec… – Wciąż trzy­ma­łem w dłoni zła­ma­ne drze­wce

Drzewce jest rodzaju nijakiego.

 

Po­cią­gną­łem lejce do tyłu i przy­war­łem do szyi mo­je­go gada.Po­cią­gną­łem wodze do tyłu i przy­war­łem do szyi mo­je­go gada.

Lejce służą do powożenia zaprzęgiem. Przy jeździe wierzchem używa się wodzy.

 

jak pętla za­ci­ska się na moich ra­mio­nach i… przy­ci­ska mnie do szyi Perły Gdy rap­to­ro­id po­czuł, jak pętla za­ci­ska się… – Powtórzenia.

 

Gdy zawył z bólu, czu­łem jak pęka mi serce. Spra­wi­łem mu ogrom­ny ból… – Powtórzenie.

 

Świe­tli­sta kula pięła się coraz wyżej po nie­bie, świe­cąc coraz ja­śniej…. – Po wielokropku nie stawiamy kropki. Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszej części opowiadania.

 

Po tym po­zna­łem, że ma do czy­nie­nia… – Literówka.

 

czu­jąc jak cie­pło i ból prze­ni­ka cały mój tułów. – Piszesz o cieple i bólu, więc: …czu­jąc jak cie­pło i ból prze­ni­kają cały mój tułów.

 

Po­dłuż­ny tułów gada był smu­kły i wy­dłu­żo­ny… – Brzmi to źle.

 

Ru­szy­łem dal­szą drogę.Ru­szy­łem w dal­szą drogę.

 

Nie po to przeszedłem taki szmat drogi, nie po to niemal dałem się połamać naskalnikowi, by odejść z niczym.

Ruszyłem, by zbadać trzecią drogę. W porównaniu z poprzednimi była trochę na uboczu. Uznałem, że to dobrze rokuje, jeśli chodzi o ukryte drogi.

Trakt wił się dość długo między strzelistymi skałami. Po drodze nie spostrzegłem… – Powtórzenia.

 

Ja­kież było moje roz­cza­ro­wa­nia… – Literówka.

 

Od­ru­cho­wo wy­ją­łem ha­la­bar­dę… – Skąd wyjął halabardę?

 

Pod ko­niec zro­bił się zu­peł­nie pła­ski, by osta­tecz­ni znik­nąć. – Literówka.

 

a jego forma tak de­li­kat­na, że ry­ce­rzy miał wra­że­nie… – Literówka.

 

Ze­ryj­czyk ża­ło­wał, że nie jest Ano­sem. tamci z pew­no­ścią… – Nowe zdanie rozpoczynamy wielka literą.

 

by po­sia­dać siłę w ro­zu­mie­niu śier­tel­ni­ka… – Literówka.

 

Pa­la­dyn otwo­rzył oczy, ła­piąc łap­czy­wie po­wie­trze… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Cudem uni­kasz śmier­ci ze szpon lo­kal­ne­go dra­pież­ni­ka… – Cudem uni­kasz śmier­ci ze szponów lo­kal­ne­go dra­pież­ni­ka

 

To nie siła była źró­dłem po­tę­gi żmija, lecz jego woli. – Literówka.

 

by twój ogra­ni­czo­ny umysł mógł co­kol­wiek pojąć … – Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Cięż­ko mi to na­zwać…Trudno mi to na­zwać

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Trukszynie – miło mi słyszeć, że udało mi się Cię zainteresować pomimo Twojej niechęci do fantasy. 

W kwestii wschodów różnorakich, faktycznie, z niektórymi mogę mieć coś wspólnego, nie przypuszczałem jednak, że aż tak to widać. ;)

 

 

Finklo – dość długo kontemplowałem nad Twoją wypowiedzią. Przyznam, że to właśnie z fabuły byłem najbardziej zadowolony, toteż jestem nieco zaskoczony. Mogłabyś napisać nieco obszerniej, dlaczego uważasz ją za słabą?

Osobiście, po głębszej analizie, doszedłem do wniosku, że to właśnie audiencja u żmija była fragmentem, w którym najbardziej skupiałem się na przekazie, pomijając nieco zabiegi mające wpływać na uwagę czytelnika. Twoja rada odnośnie zdradzenia finału smoczej opowieści jest niezwykle trafna, wręcz oczywista… a ja, widzisz, na coś takiego nie wpadłem. :D 

No i cieszę się, że podoba Ci się zarysowywany przeze mnie świat.

 

 

Regulatorzy – nad Twoimi uwagami również się zastanowiłem. Jeśli chodzi o wpływ na Twoją uwagę czytelniczą, nie jestem pewien, czy dysponuję obecnie "środkami", by wpływać na nią w pożądany sposób, tak więc jestem nieco w kropce. Liczę jednak, że z czasem będę pisał ciekawiej.

Widzę jednak konkretne niedopatrzenia w moim poprawianiu błędów. Teksty "leżą" zdecydowanie za krótko, zbyt szybko chcę je wypuścić "w świat" i później Regulatorzy raczą ścianą błędów. ;)

Nie pozostaje mi więc nic innego, jak obiecać poprawę – zwłaszcza, że kolejna praca w drodze (chodzi o prozę oczywiście). 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Fabuła… Dla mnie skupiasz się głównie na gadaniu, a to marna akcja. Najpierw bohater opowiada, jak wędrował do smoka. OK, tu były zwroty, zaskoczenia… Ale facet opowiada, więc wiadomo, że musiał przeżyć. Suspens leży. Potem protagonista rozmawia ze smokiem. Smok opowiada mu fragment historii własnego gatunku. Znowu – to już się zdarzyło. Tak dawno, że najstarsze gady ledwie o tym pamiętają. Na końcu rycerz wraca do domu i też ma lekko pod górkę. Z prostymi przeciwnikami sobie radzi, ale spotyka wkurzone na maksa monstrum, z którym nie ma szans w walce. Więc gadają.

OK, przepływ informacji jest bardzo ważny. Sama często koncentruję się na tym, że ktoś coś wie, a czegoś nie wie. Ale wiedza sama w sobie słabo się sprzedaje. Odbiorcom potrzeba działań – bohater ma ratować świat (albo chociaż tyłek własny i pięknej laski), a nie zdobyć świadectwo ukończenia szkoły. Fakt – wiedza do czegoś się przydaje, ale na razie bohater tylko wynegocjował własne życie. Gdyby został w domu, skutek dla świata byłby podobny.

Czytałeś “Kod da Vinci”? Gdyby bohater cały czas siedział w bibliotece i analizował jedną książkę za drugą, powieść nie zostałaby bestsellerem. Tam też protagonista zdobywa informacje, ale w warunkach zagrożenia życia, w pośpiechu, lawirując między zabójcą a glinami.

Babska logika rządzi!

Finklo, chyba rozumiem. Widzisz, do mnie trzeba łopatologicznie. ;)

Nie wiem, czy w tym przypadku niejako nie skazałem się (czytelnika?) na nudę, w końcu cała zabawa miała polegać na tym, że pustelnik to nie pustelnik itd. W tym, co piszesz, masz absolutną rację, jednak podczas tworzenia tekstu nie było to dla mnie wcale takie jasne. 

Po namyśle: mogłem zrobić tak, że czytelnik dowiedziałby się, że cały czas miał do czynienia z opowieścią dopiero przy kwestii konfrontacji ze smokiem. Czas zmieniłoby się na teraźniejszy, niektórzy w taki sposób opowiadają.

Co o tym myślisz?

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Moja uwaga, Arhizie, różnymi drogami chadza, więc się nią zbytnio nie przejmuj. Jednakowoż wyznam, że wolę czytać rzecz napisaną oszczędnie, niż z użyciem nadmiaru słów. Pewnie dlatego lektura Upadku Lunatyczki, choć pozostawiła lekki niedosyt, była szalenie satysfakcjonująca i nadal mam to opowiadanie w pamięci, podczas kiedy Pan Mrocznej Sali, nasycony opisami, zdał mi się nieco męczący.

 

Skoro wiesz, że napisane opowiadanie odpoczywa zbyt krótko, pozwól mu poleżeć nieco dłużej.

Nie wiem, czy to zadziała w Twoim przypadku, ale mnie czasami łatwiej znaleźć usterki, jeśli do kolejnego czytania tego samego tekstu zmienię czcionkę. Widzę go wtedy jako całkiem nowy, a uwaga chyba wytęża się sama i dostrzegam to, co pominęłam przy wcześniejszym czytaniu. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Obawiam się, że jednak Upadek Lunatyczki nie jest kierunkiem, w którym chciałbym się udać, zwłaszcza gdy akcję umieszczam w moim uniwersum. ;)  Niemniej kolejny tekst o Poszukiwaczkach czeka w kolejce do realizacji.

Tymczasem pomysł z czcionką bardzo mnie zaciekawił, z pewnością przetestuję.  

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Mam nadzieję, że z dobrym skutkiem. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Myślę, że wpuszczenie Czytelnika w kanał i niepokazywanie mu, że to rozmowa, byłoby ciekawym zabiegiem.

A podczas pisania własnego tekstu wszystkie rozwiązania wydają się genialne, nowatorskie i po prostu świetne. A potem przyłażą odbiorcy i marudzą… ;-)

Babska logika rządzi!

Trukszynie, zapomniałem odpowiedzieć na Twoje pytanie odnośnie do żywego cienia. Wybacz, jestem dość roztargnionym stworzeniem.

Sama koncepcja Tsat’ha’irów wywodzi się z moich przemyśleń na temat matematycznego zapisu kolorów oraz innych tego typu atrakcji związanych z długościami fali. Co zaś tyczy się tego konkretnego osobnika, został on wykreowany na poczekanie, specjalnie dla tego tekstu – choć muszę przyznać, że czerpałem nieco inspiracji z jednego ze swoich snów.

 

Ragulatorzy, pierwsze testy, tym razem na poezji, rozpoczęte. :>

 

Finklo, aż mi się przypomniał jeden z moich pierwszych tekstów. Byłem święcie przekonany o jego odkrywczości i nietuzinkowości. Jakież było moje rozczarowanie, gdy komentujący zaczęli narzekać, że wtórne i nudne.

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Przeczytałam i w zasadzie czytało mi się bardzo dobrze, choć na raty. Częściowo wynikające z przyczyn zewnętrznych, trochę też z długości tekstu i niskiego dynamizmu. W sumie mogłabym podpisać się pod przemyśleniami Finkli – za dużo gadania, za mało napięcia.

Spodobały mi się niektóre elementy przedstawianego świata, jak choćby Czarny Całun. Z innymi nie czułam się zbyt dobrze, zwłaszcza, jak pojawiały się w dużym skupieniu – na przykład wiele nowych nazw i słów w scenie dialogu na barce. 

Rzeczywiście czytając miałam wrażenie, że jest to opowieść o zdobywaniu mądrości, ale muszę przyznać, że teraz już nie potrafię sobie przypomnieć (czytałam przedwczoraj), czego właściwie bohater się nauczył czy dowiedział. Może wynika to z dziurawej pamięci, ale może tez z tego, że jakoś w sumie nie za bardzo się w tę historię zaangażowałam. Zwykle gdy mam taka hipotezę i zastanawiam się dlaczego mogło tak być, przychodzą mi na myśl emocje – czy tez raczej ich brak. Zabrakło więc tutaj czegoś, co by mnie poruszyło. 

Dziękuję za komentarz, Werweno. :)

 

Nowych nazw i słów, staram się używać możliwie "nieinwazyjnie". Jeśli już wprowadzam, to zazwyczaj bez synonimów i "w towarzystwie" w miarę prostego wyjaśnienia. Spory problem stanowiło dla mnie pisanie o Seydurach i Seyhirach, tak, by czytelnik wiedział, który jest który. 

 

W barce, faktycznie, uzbierała się istna mieszanka, jednak potrzebowałem cudzoziemców, którzy mogliby rzucić na problem inne światło. Stąd Piórogłowy (tu pominąłem narodowość, choć korciło niemiłosiernie, by o niej wspomnieć i na dobitkę jeszcze dodać coś o klanie), będący przedstawicielem innej matrycy kulturowej oraz Anaos, reprezentujący zagraniczną, lecz swojską dla Zeryjczyków myśl klasyczną. Może gdybym podzielił te rozmowy na części, najpierw wprowadził jednego, później drugiego, byłoby bardziej przejrzyście?

 

W kwestii zdobywania mądrości myślę, że można to tak nazwać. Trochę dziwnie mi się czyta, gdy wielu z was pisze o "jakichś tam" emocjach ponad wiedzą, ale nikt nie powiedział, że będzie łatwo.

 

Z pewnością zastanowię się nad swoimi "narzędziami" wpływania na emocje. Wpadłem nawet na pomysł, by rozrysowywać sobie opisywane sceny w celu większego oglądu na dynamikę. 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Heh, cieszę się, że z tym Piórogłowym nie poszedłeś dalej, jak korciło ;) Rozumiem też, skąd potrzeba wsadzenia tylu rozmaitych postaci do jednej łódki i sceny. Może rzeczywiście byłoby jaśniej, gdyby pojawiali się kolejno. Z drugiej strony – może czytelnik bardziej nawykły do lektury tekstów, gdzie dużo poświęca się miejsca na kreowanie świata i zaludniającego go postaci czułby się zupełnie ok z tym, jak to opisałeś. 

Fajny pomysł, na rozrysowanie scen :) Daj znać, jak Ci się to uda i jakie wyciągniesz wnioski :)

Werweno, ponoć jak się mnie dłużej czyta to można się przyzwyczaić. ;) 

Tymczasem pierwszą scenę planuję rysować już w najbliższych dniach. Czy zadziała? Będzie okazja przekonać się podczas czytania kolejnego tekstu (do czego z góry zapraszam). :)

 

 

Regulatorzy.

"Na wiosce" zostawiam, bo miał to być taki zabieg stylistyczny (i teraz domyślaj się czytelniku, w którym momencie autor popełnia błędy, a w którym personifikuje wypowiedzi bohaterów). 

W jaki sposób tkaniny mogą tworzyć asymetryczny krój – widzę to tak, że poszczególne szerokie pasy ułożone są w taki sposób, że ułożenie po lewej różni się od tego po prawej. Może "krój" należałoby wziąć w cudzysłów?

Forma "na podobę" nie jest poprawna? U mnie "na wiosce" wszyscy tak mówią. :D Przejrzałem internet i tam pojawia się "w podobie", zakładam więc, że moje "na podobę" to jakaś lokalna wariacja. Tak czy inaczej, to również poprawiłem zgodnie z Twoją sugestią.

Czy w opisywanych czasach znano zapałki. Musiałem się nad tym trochę zastanowić.

Chytrze nie podałem roku, ale jeżeli miałbym być wierny pierwotnej koncepcji sprzed kilku lat, to akcja dzieje się w Okresie Pokoju, czyli gdzie od 4540 do 6040 roku Kalendarza Anańskiego. Tak więc znali, zwłaszcza na południu. 

Fakt, że drzewce jest rodzaju nijakiego, zaskoczył mnie jeszcze bardziej, niż ten "na podobę".

A do kropek po wielokropkach się nie przyznaję, chyba Word mi je tak poozdabiał.

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Arhizie, moje uwagi/ podpowiedzi to tylko sugestie. Opowiadanie jest Twoje i tylko Ty masz prawo decydować, jakimi słowami będzie napisane. ;-)

 

W sprawie kroju proponuję: …jego ciało zwar­cie/ szczelnie otulał całun/ otu­lały zwoje nie­bie­skich tka­nin, two­rzą­cych asymetrycznie ułożony strój.

 

Oto co w sprawie podoby mówi SJP: http://sjp.pwn.pl/doroszewski/podoba;5474513.html

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak widzisz, Regulatorzy, ja raczej nie z tych, co automatycznie wszystko poprawiają. ;)

 

W sprawie kroju bardzo mi się podoba: jego ciało otulały zwoje niebieskich tkanin, tworzących asymetrycznie ułożony strój.

Zwłaszcza tego ostatniego słowa mi zabrakło. 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Bardzo mi się podoba, że zachowujesz należytą czujność. I ogromnie się cieszę, że podpowiedź zyskała Twoją aprobatę. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niedawno czytałem bardzo spokojne, długie i naszpikowane detalami opowiadanie i ono szalenie mi się spodobało, tutaj zabrakło spokoju, jest za to gadanina i opisy akcji, zamiast po prostu akcji. Pomysł ze smokiem i całą otoczką za to mi się bardzo podobał, i choć nie przepadam za fantastyką to smoki pierwsza klasa.

F.S

W końcu przeczytałam to opowiadanie. Lubię Twój świat. Podoba mi się spokojna narracja, podoba mi się historia. Nie podobają mi się błędy, ale nie przeszkadzały w czytaniu. No i zrobiłeś ich znacznie mniej niż kiedyś miałeś w zwyczaju;) Tak mnie zastanowiło– jest coś takiego jak “najwyższy piedestał”? Piedestał sam w sobie to podwyższenie, postawienie kogoś/czegoś wyżej niż innych w celu wywyższenia;)

Koniec tylko jakiś taki… blady, zabrakło mi mocnego akcentu na zakończenie. Bo tak sobie spokojnie czytałam, czytałam i nagle się skończyło.

Poza tym oki.

FoloinStephanusie, dziękuję za opinię. :)

 

Mroczna Pani! O bogowie, któż to tu zawitał. :D Błędów mniej, znaczy jest progres. Cieszę się i zachęcam do częstszych wizyt. 

W kwestii piedestału, to, że jest wysoki, nie znaczy, że od razu najwyższy. Dla mnie to trochę jak najwyższa góra. 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Nowa Fantastyka