- Opowiadanie: funthesystem - Grejpfrutowy horyzont

Grejpfrutowy horyzont

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

CountPrimagen, Użytkownicy II, Użytkownicy IV

Oceny

Grejpfrutowy horyzont

1. ADSORBCJA

 

Śmierć była ruda, ale pod koniec historii jej włosy będą wydawały się różowe.

Adrian Groniecki jeszcze tego nie wiedział. Nawet się nie domyślał. Ale zdecydowanie coś czuł. Coś, co także miało związek z włosami, a dokładniej z długimi włosami, które zostałyby na poduszce.

Siedział samotnie w uczelnianym bufecie. Spuścił wzrok, by nabić na widelec kawałek grillowanego łososia, a kiedy je uniósł – i wzrok, i łososia – jego stalowoszare oczy napotkały spojrzenie kobiety, której przed momentem nie było. Odwrócił się speszony. Po chwili popatrzył znowu i odkrył, że nieznajoma go obserwuje. Tym razem zdążyła się uśmiechnąć, nim jego wzrok uciekł.

Po kilku minutach, kiedy Adrian wstał od stołu, kobiety już nie było.

Trafił na nią na zewnątrz. Stała przy koszu na śmieci, paląc papierosa. Sposób, w jaki wkładała filtr do ust, przyprawiał mężczyznę o przyjemny dreszcz, biegnący do podstawy kręgosłupa i dalej.

– Doktor Groniecki? – zapytała.

– Tak – wychrypiał Adrian.

– Weronika Kostecka. – Podała mu rękę. – Jestem dziennikarką.

Kiedy ściskał jej dłoń, miał wrażenie, że gest trwał sekundę dłużej, niż było to konieczne.

– Skąd? – zapytał Groniecki.

– Niezależna. – Posłała mu kolejny uśmiech, a on znowu poczuł coś, co miało związek z włosami na poduszce. – A osobiście bardzo pana podziwiam. Kiedy Klebsiella NDM-1 zaczęła zbierać żniwo, myślałam, że to koniec. Ale pan to powstrzymał.

Weronika Kostecka mówiła bardzo cicho, więc mikrobiolog musiał stanąć bliżej, by cokolwiek słyszeć. Zwrócił uwagę, że kobieta akcentuje niektóre słowa: żniwo, koniec, pan.

– To było trochę dziełem przypadku – odparł Adrian mechanicznie, jak przy każdym wywiadzie. Jego myśli skupiały się na oszałamiającym zapachu, który bił od rudych, falowanych włosów.

– Fleming też odkrył penicylinę przypadkiem, a tym samym zrewolucjonizował medycynę – stwierdziła Kostecka. – A Nobla raczej nie dostaje się za przypadki, prawda? Doktorze, proszę zachować fałszywą skromność dla kamer. Wiem, że pan jest tytanem pracy, a zarazem geniuszem. Ponoć wziął się pan za wirusy, skoro znów potrafimy dać sobie radę ze wszystkimi bakteriami?

Znowu niektóre słowa wybrzmiały mocniej: zrewolucjonizował, doktorze, geniusz, wirusy.

– Na razie to tajne badania… – zaczął Adrian.

– Więc wolałby pan o nich pomówić w jakimś przyjemniejszym, bardziej ustronnym miejscu? – Zaciągnęła się papierosem, a jej szmaragdowe oczy przeszywały mężczyznę na wylot.

Z tą kobietą mógłby rozmawiać o czymkolwiek i gdziekolwiek.

Cóż, trzeba przyznać, że potrafiła dotrzeć do każdego.

 

2. PENETRACJA

 

Adrian przyszedł dwadzieścia minut wcześniej. W drżących rękach dzierżył bukiet karminowych róż. Pod pachami wykwitły plamy potu. Myśli mordowały się wzajemnie w wielkiej wojnie wątpliwości.

 Weronika Kostecka zjawiła się – jak zawsze, choć on jeszcze tego nie wiedział – o czasie. Ani wcześniej, ani później. Włosy miała rozpuszczone, ciało kusząco zarysowywało się pod czarną sukienką, klasyczne piękno oblicza podkreślał mocny makijaż. Kiedy zobaczyła kwiaty, uśmiech rozjaśnił jej twarz niczym słońce rodzące się w ostatnich konwulsjach nocy. Adrian przełknął głośno ślinę.

– Dobry wieczór – wymamrotał i wyciągnął przed siebie bukiet. – To dla pani.

Kobieta, ku jego zdumieniu, zarumieniła się. Wzięła prezent i ruszyli przed siebie. W parku panowała senna atmosfera charakterystyczna dla tej pory, która nie jest już dniem ani nie jest jeszcze nocą. Wieczorny chłód muskał przyjemnie skórę; w trawie przygrywały świerszcze. Babie lato kleiło się do włosów, a rozmowa – do ust. Weronika mówiła o sobie niewiele, jakby pomimo zewnętrznego piękna musiała dodatkowo kusić tajemniczością. Zagadywała Adriana o jego pracę, a zarazem pasję. W temacie była zorientowana, choć nie tak jak on. Jednak kwestie mikrobiologiczne stopniowo ustąpiły pytaniom bardziej osobistym.

– Dlaczego mnie nie pocałujesz?

– To nasze drugie, a właściwie pierwsze, jeśli liczyć… – zaczął się tłumaczyć.

– Nie zrozumiałeś pytania – przerwała mu.

W bocznej alejce, pod starym dębem objął ją. Pachniała jak coś, co wydarzyło się tak dawno temu, że Adrian nie mógł tego pamiętać, bo sięgało czasów sprzed narodzin. Pachniała jak miłość dwojga ludzi, którzy powołują na świat życie. Pachniała jak rozkosz, jak zachwyt, jak owoc tak słodki, że aż zaczynający gnić…

Zanim zdołał sobie uświadomić, z czym ma do czynienia, ich usta złączyły się w tańcu namiętności. Wargi Weroniki były oszałamiająco miękkie, język – uwodzicielsko ciepły.

Pocałowała go i pozwoliła żyć.

Potem wyszli z parku, trzymając się za ręce. Ta fizyczna łączność była jak dokument zawarcia paktu – zapewniała, że oboje dostaną to, czego pragną. Adrian zatrzymał taksówkę i podał kierowcy adres. Gdy dotarli do mieszkania, zatrzasnął drzwi i chciał rozebrać Weronikę, ale ona była szybsza. Spodnie opadły na podłogę; w przedpokoju rozległy się ciche westchnienia. A potem oboje pogrążyli się w czymś niemal równie starym jak ona.

Następnego dnia Adrian obudził się koło południa. Na leżącej obok poduszce znajdowało się kilka włosów barwy ognia, a z kuchni dobiegały odgłosy krzątaniny.

 

3. ODPŁASZCZENIE

 

Dwa miesiące później weszła do laboratorium i zwróciła na siebie uwagę, wciskając się między Adriana a mikroskop. Usiadła na stole tak, że jej krocze znalazło się mniej więcej tam, gdzie przed momentem był obiektyw.

– Kochanie… – Pocałował ją w brzuch, choć myślał o tym, co kryło się pod spódniczką. – Jak się tu dostałaś?

– Tajemnica.

Wstał. Starał się utrzymać uśmiech, choć nie było mu wesoło. Tylko kilka osób miało uprawnienia do wejścia, a Weronika nie należała do ich grona.

– Poważnie pytam. Ktoś cię tu wpuścił?

– Sama się wpuściłam – powiedziała zadziornie. – Bo nie mogłam już dłużej czekać.

– Jeszcze nie masz dość po wczoraj?

– Myślę, że to trwało na tyle długo, że zaszło aż na dzisiaj… – Puściła oko. – Ale to nieważne. Muszę ci coś powiedzieć.

Zeszła ze stołu i obciągnęła spódniczkę. Niewiele to dało – większość zgrabnych nóg pozostała odsłonięta.

– To coś poważnego?

– Tak. – Wyprostowała się. Była wysoka, niemal równa Adrianowi. – Wiesz… chyba cię kocham.

– Wiem, kochanie. – Cmoknął ją w usta. – Też cię kocham.

– Ale ja… mówię poważnie. Nie sądziłam, że to kiedykolwiek się stanie.

– Czasem miłość przychodzi jak rażenie piorunem. Albo jak śmierć. Nagle i niespodziewanie.

– Tylko że to dotyczy ludzi.

Adrian nie zrozumiał. Chciał ją pocałować, ale Weronika go odepchnęła.

– Nie mogę tego dłużej przed tobą ukrywać – powiedziała. – Musisz poznać moją prawdziwą naturę.

– Wiem, że jesteś tajemnicza, ale cokolwiek było, to już przeszłość – oznajmił, by podnieść ją na duchu. – No, jaki jest twój mroczny sekret? Zabiłaś kogoś?

Weronika otworzyła usta, a po dwóch sekundach zamknęła. Spuściła wzrok, a po chwili uniosła. Ukrywała się, a potem objawiła.

Adrian także otworzył usta, ale przez dłuższy moment ich nie zamknął. Wzroku nie potrafił spuścić, choć przed takim majestatem powinien to uczynić.

Mroczna i potężna, w swojej prawdziwej formie, podobała mu się jeszcze bardziej. Jej postać zmieniła się –  niektóre części Weroniki pociemniały, inne pobladły – a zarazem pozostała podobna. Włosy były takie jak dawniej: kasztanowomarchewkowej barwy. Dreszcz podniecenia przeszedł od głowy Adriana do podstawy kręgosłupa i dalej, gdzie zatrzymał się w pewnym określonym miejscu.

– Dlaczego?

Kiedy się odezwała, jej głos brzmiał dostojnie:

– Czy pamiętasz, co zrobiłeś z bakterią, którą nazywacie Klebsiella pneumoniae NDM-1? Pamiętasz, jak ludzie tracili nadzieję, że uda im się zwyciężyć z plagą zakażeń? Pamiętasz, jak ty tę nadzieję przywróciłeś? A przede wszystkim – jak podarowałeś ludzkości poliksycynę?

– Pamiętam – szepnął Adrian.

– Ja też tracę nadzieję, którą ty możesz przywrócić.

– Jak?

Widać było, że Weronika (on nigdy nie przestał nazywać jej tym imieniem) toczy wewnętrzną walkę.

– To będzie dla ciebie trudne – powiedziała. – Nie wiem, czy wystarczająco mnie kochasz.

– Kocham cię tak, jak ty mnie. Powiedz mi, co mam zrobić, a ja postaram się przywrócić ci nadzieję.

Kiedy odpowiadała, mówiła cicho, więc musiał się przysunąć i mimowolnie poczuć jej zapach. Paradoksalnie pachniała tym, z czym jest nieodłącznie związana.

– Zrób z ludźmi to, co zrobiłeś z Klebsiellą NDM-1. Nie dawaj im żadnej szansy, a mnie podaruj syna. Takiego dziedzica, jakiego możemy mieć my dwoje.

Wskazała palcem na hodowle komórkowe, na których rozwijały się wirusy.

 

4. REPLIKACJA

 

Dziewięć miesięcy później Adrian się złamał, bo miłość jest cierpliwa. Próbował wszystkiego, by zapomnieć o Weronice. Nawet samobójstw. Ale nie mógł umrzeć – ona pocałowała go i pozwoliła żyć.

Tego dnia przyszedł tam, gdzie zazwyczaj przesiadywała. Było to położone za miastem wzgórze, na którego szczycie znajdował się stary cmentarz. Usiedli na nagrobku. Czas starł z niego imiona i daty. Przed nieszczęśliwymi kochankami rozciągał się widok na pole, przez które powoli sunął traktor. Lato w pełni, słońce królujące nad światem, a oni trwali w milczeniu, niczym para nastolatków, którzy zerwali, ale spotkali się ponownie, bo twierdzą, że się kochają.

– Dobra – przełamał ciszę Adrian. – Chyba muszę zacząć usprawiedliwienie.

Śmierć momentalnie się ożywiła.

– Czyli się zgadzasz?

Niechętnie pokiwał głową. Ona rzuciła się mu na szyję i zaczęła obcałowywać. Próbował się wyrwać.

– Poczekaj, chcę to powiedzieć, żeby się chociaż przed tobą usprawiedliwić… Bo przed nikim innym nie ma sensu. To znaczy nie będzie miało, kiedy to zrobimy.

Położyła palec na jego ustach.

– Nic nie musisz mówić, ukochany. Nikt nie zna cię lepiej niż ja. Wiem, o czym chcesz powiedzieć. O ludziach jako strukturach dyssypatywnych, które zaprzeczają porządkowi wszechświata. O wirusach, które nie różnią się od was tak bardzo; w końcu ich zadaniem też jest powielanie się. Ale w końcu powiedziałbyś o tym, co najważniejsze. O tym, co masz w sercu. O tym, że chcesz być szczęśliwy.

– O tym, że chcę być szczęśliwy – skończył równocześnie z nią.

– Ze mną.

– Z tobą.

Kochali się tam, na płycie nagrobnej, Śmierć z człowiekiem, człowiek ze Śmiercią.

Jeszcze tego samego dnia Adrian pojechał do laboratorium. Chciałoby się powiedzieć, że właśnie wtedy zaczął prace nad swoim opus magnum, wirusem uniwersalnym. Ale prawda była taka jak zawsze: najpierw pomyślana, potem powiedziana. Mężczyzna od miesięcy prowadził badania. 

Osiemnaście lat później syn był gotowy do wyjścia z domu.

 

5. UWALNIANIE

 

Nie było arki, gdy nastąpił nowy potop.

Weronika miała wtedy dużo zajęć, więc Adrian musiał czymś zabić czas. Myślał o zaszyciu się w górach, dokąd nie docierałyby wieści o milionach umierających ludzi. Ale wtedy oczekiwanie niemiłosiernie by się dłużyło. Godzina za godziną, minuta za minutą.  Ginące zwierzęta, cichnący stopniowo las. Drzewa zrzucające swe zielone szaty, by stać się nagimi pamiątkami minionego świata. Wszystko gnijące – do czasu. Na końcu miały przecież zniknąć bakterie, zamykając ten pokaz puszczonej od tyłu ewolucji.

Kurcząca się w oczach ludzkość podsunęła Adrianowi lepsze rozwiązanie.  

Skoro kiedyś uratował świat przed bakterią odporną na wszystkie znane antybiotyki, może i teraz pomógłby w wynalezieniu skutecznej szczepionki?

Groniecki dołączył do zespołu najwybitniejszych naukowców i wraz z nimi próbował pokonać to, co sam wyhodował. Robił to wyłącznie z nudów. Wiedział przecież, że wirus był latentny. Jego DNA wbudowywał się w genom komórek wszystkich ludzi na długo przed tym, nim pierwsza osoba zmarła w konwulsjach. Szczepionka nie mogła pomóc. Mimo to Adrian bawił się paradoksem omnipotencji – próbował podnieść kamień, który sam stworzył.

W końcu zespół badawczy się wykruszył, a zaraz po nim zmarły organizmy do eksperymentów. Nie było już nic do ocalenia.

Późnym popołudniem Weronika znalazła ukochanego w laboratorium, gdzie bezmyślnie przeglądał stare preparaty. Wokół na wpół rozłożone trupy. Kobieta zmarszczyła nosek i powiedziała:

– Chodźmy stąd.

– Już skończyłaś? – zapytał Adrian.

– Tak z grubsza.

Wyszli. Dzień dobiegał końca. Ulice były pełne ciał. Nie tylko ludzkich, ale też psich, kocich i ptasich. Martwe robactwo rozpływało się po chodnikach. Wyschnięte drzewa czekały, aż woda i wiatr wymażą je z powierzchni ziemi. Adrian i Weronika mijali to wszystko, trzymając się za ręce.

Gdy opuścili miasto, słońce zdążyło już zajść. Śmierć i człowiek odeszli w stronę grejpfrutowego horyzontu.

Koniec

Komentarze

Świetnie, jak zawsze :)

Pomysł, żeby dzieckiem człowieka i Śmierci był wirus (w ogóle, cały cykl wirusa jako chronologia wydarzeń) ← to jest po prostu zbyt piękne, żeby próbować wyrazić to słowami :’)

Bonjour, monsieur.

 

Adrian siedzi przy stoliku i je. Zauważa kobietę, nie odwracając się, więc jest w polu jego widzenia, gdy po prostu siedzi. Kobieta budzi jego zainteresowanie, mimo, że jest speszony. Jakim więc cudem nie zauważa, że ona wychodzi? Choćby nie chciał, to by to zauważył.

 

przyjemny dreszcz biegnący do podstawy kręgosłupa

Co to jest podstawa kręgosłupa? Kręgosłup jest jak korale nawleczone na sznurek rdzenia kręgowego. Czy korale mają podstawę? :p

 

Klebsiella NDM-1

Nie miała nazwy gatunkowej, tylko takie byle co? :<

 

uśmiech rozjaśnił jej twarz niczym słońce rodzące się w ostatnich konwulsjach nocy.

Czyli co? Bardzo powoli, jakby zastanawiała się, czy jej wypada i dopiero się uśmiechnęła? No bo nim słońce wstanie najpierw jest szaro, później pojawia się jakaś łuna i tak dalej, a nie POOF i na czarnym niebie mamy słońce…

 

Spodnie opadły na podłogę; w przedpokoju rozległy się ciche westchnienia. A potem oboje pogrążyli się w czymś niemal równie starym jak ona.

Zgubiłem się. Czym/kim jest “ona”?

 

Dwa miesiące później weszła do laboratorium i zwróciła na siebie uwagę, wciskając się między Adriana a mikroskop. Usiadła na stole tak, że jej krocze znalazło się mniej więcej tam, gdzie przed momentem był obiektyw.

:V

A potem pół zakładu dostało sraczki. :D

 

Ulice były pełne ciał. Nie tylko ludzkich, ale też psich, kocich i ptasich. Martwe robactwo rozpływało się po chodnikach.

Tak właściwie, skoro wirus wykosił wszystko co żywe, to nic się nie powinno rozpływać, bo nie byłoby czemu rozkładać ciał.

 

Szlag mnie trafił, bo przyszedłem zrobić sobie przerwę od krętków bladych, a tu Klebsiella pneumoniae. xD Ale skoro już zacząłem, to poleciało.

Fajnie użyte śródtytuły. Chociaż wstyd, że dopiero przy replikacji załapałem, że to nie przypadkowe, trudne słowa.

Pomysł z wirusem, który zaorał wszystko od bakterii po człowieka, to bardziej ciężkie fiction niż science, bo musiałby mieć zestaw antygenów na płaszczu, który pozwoliłby mu na zajście w ogóle adsorpcji do tych wszystkich komórek. To nawet idzie przełknąć, ale jako jedyny czynnik zjadliwości podałeś długą latencję i samo w sobie to nie jest aż tak śmiercionośne, bo każdy z elementów cyklu replikacji wirusa idzie zablokować, nawet jeśli ma olbrzymią skłonność do mutacji i układ odpornościowy za nim nie nadąża (piję tutaj do HIV). Dalej, wirus wniknąłby najpierw do jednego rodzaju komórek i to na nie można by nacelować terapię, bo drogą spontanicznych mutacji zdolność wirusa do przypadkowego nabycia antygenu pozwalającego mu wejść do innej komórki gospodarza będzie bardzo malutka.

I tak dalej, i tak dalej. Hard sf z tego Ci wyszło mocno średnie, ale zawsze możesz powiedzieć, że przyszła ognistowłosa Śmierć i zrobiła tak, bo mogła – no i ktoś to pewnie kupi, chociaż mnie to niezbyt satysfakcjonuje. Ale nie ma taga SF – nie ględzę dalej. :D

Historia niezbyt mi się spodobała. Najbardziej rzuciło mi się w oczy, że Adrian nijak nie zareagował na nowinę, że jego wybranka jest uosobieniem Śmierci. Wzruszył ramionami i poszedł się z nią ruchać, a później narzekał, że mu nudno, gdy Weronika obracała Ziemię do czasów sprzed pierwotnego bulionu.

Na przyszłość chciałbym czytać więcej Twoich tekstów jak “Dziewięć martwych zwierząt”, a mniej takich jak to.

Pozdrawiam!

MrBrightside, czy zablokowanie replikacji wirusa nie rzutowałoby na replikację materiału genetycznego gospodarza? Ale mogę się mylić :( Poza tym, ten wirus można by chyba zaliczyć do wirusów pojawiających się nagle, więc ta niemożność jego zwalczenia nie jest niczym dziwnym (ale atakowanie bakterii, ludzi, roślin rzeczywiście już tak :D )

Tak z ciekawości pytam :)

 

EDIT: Oczywiście, mam na myśli moment, kiedy jego materiał genetyczny został już wbudowany w materiał gospodarza.

Czołem, Mr. 

 

Co to jest podstawa kręgosłupa?

Miałem napisać “kość krzyżowa”? :D

 

Nie miała nazwy gatunkowej, tylko takie byle co? :<

Nazwa gatunkowa jest podana dalej, ale potocznie można tak powiedzieć.

 

Tak właściwie, skoro wirus wykosił wszystko co żywe, to nic się nie powinno rozpływać, bo nie byłoby czemu rozkładać ciał.

Napisałem, że bakterie wyginęły na końcu. Więc trochę rozłożyły, a potem też zdechły. Syf pozostał. 

 

Zarzuty przyjmuję na klatę, ale wiesz, że to w żadnym przypadku nie miało być hard SF? :D Dziewczyna rzuciła mi wyzwanie, żebym napisał kiczowaty melodramat (patrz przedmowa), a akurat słońce tak pięknie zaszło. 

 

Na przyszłość chciałbym czytać więcej Twoich tekstów jak “Dziewięć martwych zwierząt”, a mniej takich jak to.

Będą różne teksty. W zanadrzu jest coś SF, ale bynajmniej hard. Zerknij na mój profil – każde opowiadanie jest inne. Zacząłem od mniej subtelnie kiczowatego “Jelenia”, a dotarłem do “Dziewięciu”. Eksperymentuję. Może powinienem jakoś ostrzegać przed tekstami? Nie wiem, nie przepadam za tym. 

W każdym razie dzięki za opinię i wnikliwy komentarz :) 

I wybacz, że taka paskudna odmiana od krętków ;D

 

EDIT: 

Lenah, Tobie też dziękuję za przeczytanie i miłe słowo. Zdziwiło “świetnie, jak zawsze”, bo nie przypominam sobie żadnego Twojego komentarza pod moim tekstem ;)

I odpowiadając na Twoje pytanie: leki antywirusowe blokują replikację wirusa, nie ingerując zbytnio w komórki gospodarza. 

Od niedawna jestem na portalu i nie chciałam pisać komentarzy pod starszymi opowiadaniami, ale czytałam, czytałam :)

Ano, rzeczywiście, było coś takiego jak leki zawierające nukleotydy, które wstrzymują replikację wirusa, kiedy już jest wbudowany w materiał gospodarza, mój błąd :)

Miałem napisać “kość krzyżowa”? :D

No tak. :D

 

Dziewczyna rzuciła mi wyzwanie, żebym napisał kiczowaty melodramat (patrz przedmowa), a akurat słońce tak pięknie zaszło.

Hm, u mnie w przedmowie jest tylko miła buzia. Może, gdybym ją zobaczył, to darowałbym sobie to mądrowanie się wyżej. ;_;

 

 

Lenah, wszystko zależy od punktu uchwytu działania leku i tego, czy wirus “przywozi ze sobą” własne enzymy, czy korzysta z enzymów gospodarza. W tym drugim przypadku sprawa byłaby bardziej skomplikowana i uderzenie w replikację odbiłoby się na kondycji chorego (chyba, że zaatakowane byłyby komórki, które się nie dzielą, na przykład neurony w mózgu). W tej pierwszej sytuacji – takie rzeczy się już robi, w terapii zakażenia HIV chociażby. AIDS nie pojawia się zaraz po złapaniu HIV, a uaktywnia się po latach – właśnie dlatego, że wirus ulega latencji, podobnie jak ten z opowiadania funa. ;)

 

Komentuj nawet stare, dawaj znać, co sądzisz! Autorzy ucieszą się, że ktoś jeszcze zajrzał. Sam ostatnio grzebię w portalowych “starociach” i zostawiam komentarz nawet jak autor nie jest zbyt aktywny na portalu. Może po latach sprawdzi i przeczyta jeszcze parę opinii?

No te zawierające nukleotydy to tylko jedna z grup, są jeszcze inhibitory enzymów wirusa itd. 

 

EDIT:

Hm, u mnie w przedmowie jest tylko miła buzia.

Lepsza miła buzia na początku niż zakończenie “Ferdydurke” :D

Nie rozumiem hejtu na Ferdydurke. Mi się podobało. :D

Dzięki za wyjaśnienie :)

Mnie też się podobało! Ale chodzi o to, że moje opowiadanie też jest pół żartem, pół serio. Teraz jak ktoś zajrzy to komentarzy, to już nie będzie to samo :(

Hmmm. Z jednej strony – romans człowieka i śmierci ciekawy. Z drugiej – nie pojmuję koncepcji szczęścia Twojego bohatera. No, naprawdę – można być szczęśliwym po zrobieniu czegoś takiego? Z trzeciej – co robi bezrobotna śmierć? Popełnia samobójstwo? Z czwartej – nie kupuję wirusa wykańczającego absolutnie każdy gatunek na Ziemi. Nie i już. Bo jak to – i zwierzęta, i roślinki, i grzybki, i bakterie? I dotrze do każdego środowiska? Od porostów na Grenlandii, przez endemity w nieodkrytej jaskini, do cudacznych bakterii skupionych przy podwodnym wulkanie? Nieeee, odmawiam zawieszenia niewiary, tak nie może być.

Babska logika rządzi!

Adrian to dziwny człowiek był, widocznie jemu tak pasowało… ;) I zakochany, co się czepiasz, że błędy popełnia. 

 

– Już skończyłaś? – zapytał Adrian.

– Tak z grubsza.

Śmierć nie taka całkiem bezrobotna. Po prostu teraz będzie miała dłuższe błędy w pracy. 

Wirus wykańczający każdy gatunek na Ziemi? Wszystko bazuje na DNA i w DNA ten zmyślony wirus celował. Takie było założenie. Z rozmachem i – jak widać – z przegięciem. Bo to bajka. 

Bajką jest też cudowny lek na Klebsiellę pneumoniae NDM-1. Ale sama bakteria odporna na wszystkie antybiotyki bajką niestety nie jest. 

Aha, zapomniałam – mnie też się spodobały tytuły rozdziałów.

Babska logika rządzi!

Bez przesady, lek na bakterię odporną na antybiotyki nie musi być bajką, istnieje przecież coś takiego jak terapia fagowa, która polega na niszczeniu bakterii przy pomocy wirusów ← i do tego jak ładnie wpasowuje się to do opowiadania :)

Czytałam dość skupiona, by pojąć w czym rzecz, a na koniec okazało się, że przeczytałam bajkę.

Bez rewelacji, ale było miło.  ;-)

 

We­ro­ni­ka mó­wi­ła o sobie nie­wie­le, jakby po­mi­mo swo­je­go ze­wnętrz­ne­go pięk­na… – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Włosy były takie jak daw­niej: kasz­ta­no­wo-mar­chew­ko­wej barwy.Włosy były takie jak daw­niej: kasz­ta­no­womar­chew­ko­wej barwy.

 

– To bę­dzie dla cie­bie cięż­kie – po­wie­dzia­ła.– To bę­dzie dla cie­bie trudne – po­wie­dzia­ła.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czyli Śmierć sama zadziałała jak wirus, zmuszając komórkę (człowieka ) poprzez system replikacji (seks) by wyprodukował kolejne Śmierci. Przewrotne. Lubię gry skalą.

Reg, błędy poprawione. Dobrze, że chociaż “miło” :)

 

Rafill, mówiłem już, że aż chce się pisać teksty, kiedy ktoś głębiej się nad nimi zastanawia? :) Starałem się tutaj wrzucić też trochę innych smaczków i aluzji poza główną konstrukcją. 

Zaraz tam błędy, ot, drobne usterki. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pewnie coś z tym kolorem włosów/horyzontu jest na rzeczy – niestety bez przygotowania medycznego nie wiem co. To jakiś objaw, wynik testu?

O wirusach wiem bardzo niewiele, ale to co przeczytałem jest trochę przerażające. W sumie daje też mocno do myślenia. Na wpół martwe konstrukcje, właściwie nie należące do naszego świata (organizmów żywych), a tak destrukcyjne. Jakby materia nieożywiona broniła się przed życiem jak przed chorobą, a wirusy były jej “układem immunologicznym”. Trudno o lepszego kandydata na wysłannika śmierci ;)

Chociaż z drugiej strony przynajmniej tak samo dobrym kandydatem na anty-demiurga mógłby być każdy organizm żywy osiągający poziom świadomości, który umożliwi stworzenie AI (zniszczenie materii ożywionej i przejście świadomości na nieożywioną), albo stworzenie broni totalnej (unicestwienie życia bez dodatkowych konsekwencji ;)). 

Reg, jak zwał tak zwał. Zawsze mi głupio, kiedy po dwukrotnej korekcie zostaje choć ślad zaimkozy, nie mówiąc już o “ciężkim” zamiast “trudnym”, co jest paskudną naleciałością z mowy potocznej. A o łączeniu przymiotników dzięki Twojej uwadze poczytałem i wyszedłem z błędnego przekonania ;)

 

Rafill, różowa jest np. Klebsiella pneumoniae w typowym barwieniu metodą Grama. A “Grejpfrutowy horyzont” jest krokiem dalej niż “zachodzące słońce”, w stronę którego czasem odchodzą bohaterowie kiczowatych dzieł. Co jest zarazem metaforą tego, że ludzkość się skończyła. Adrian i Śmierć widzą to w różowych barwach, ale dla innych zakończenie jest raczej kwaśne ;) 

W takim razie ogromnie się cieszę, że uznałeś uwagi za tak przydatne! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jego myśli skupiały się na oszałamiającym zapachu, który bił od rudych, falowanych włosów.

To musiał naprawdę bić, skoro przebijał zapach papierosa. ^^

 

Generalnie nie przepadam za erotyką i nudzą mnie opisy uwodzicielskich kobiet, zwłaszcza, że chyba jeszcze nigdy nie spotkałam się z takim opisem, który by mnie faktycznie przekonał, że taka laska jest postacią z krwi i kości, a nie tylko uosobieniem nierealnych męskich fantazji. ^^ I tak, wiem, że nadnaturalny charakter kochanki Adriana może być pewnym usprawiedliwieniem, ale zarzutów nie wycofam: Śmierć jest tutaj potwornie schematyczna i przepada w tłumie innych femmes fatales. 

No i momentami popadasz w śmieszność, jak na przykład w tym fragmencie:

Zanim zdołał sobie uświadomić, z czym ma do czynienia, ich usta złączyły się w tańcu namiętności.

Taniec namiętności brzmi… jak z bardzo taniego harlekina. 

Jest jeszcze Adrian, którego chyba niewiele obchodzi, poza zaspokajaniem popędu seksualnego. Jakby nie patrzeć, za dobre ruchanko zgodził się wyrżnąć wszystko, co żywe ;)

Za to zgodzę się z Rafillem co do roli wirusa w opowiadaniu: fajny motyw. Szkoda tylko, że romanse i ciurlanie zdominowały opowiadanie. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Funthesystem, tym razem nie urwało…

To znaczy, warsztatowo jak zwykle górne stany portalowe. Wiem, że jestem już nudny, pisząc o tym, ale naprawdę czytając każdy Twój tekst, myślę sobie: gdybym to ja pisał, byłbym zadowolony, używszy* w tym miejscu właśnie takich słów.

Cóż z tego, kiedy historia kuleje. Nie kupuję mikrobiologa, który ot tak daje się namówić do likwidacji świata ożywionego. Bez żadnego powodu, tła (żeby miał jakiś żal do ludzkości, był porąbanym psychopatą, albo żeby ten ekstremalny seks pomieszał mu w głowie – ale nic takiego tekst nie sugeruje). Potem, podobnie bez powodu, szuka lekarstwa na niezniszczalny wirus – po co to?

Żeby tak choć odrobinkę psychologii… Powtarzasz tu niestety schemat z “Co mogę jeszcze?” – facet dostaje niemoralną propozycję, mówi “nie”, potem myśli przez dwie linijki i mówi “tak”. Ale dlaczego, co się zmieniło, jakie były te myśli – tego brakuje. Motywy decyzji są najciekawsze, bez nich tekst jest tylko kolorową wydmuszką, błyskotką. A ja się nie zgadzam, żeby teksty o zagładzie świata były tylko błyskotkami ;-)

 

*imiesłów przymiotnikowy uprzedni, ha!

 

  •  

Gravel, 

Taniec namiętności brzmi… jak z bardzo taniego harlekina. 

Taki był zamysł. Stworzyć kiczowaty melodramat, romans. Nigdy nie czytałem harlekina – ani drogiego, ani taniego. A postawiłem sobie wyzwanie, żeby mniej więcej coś takiego napisać. No więc jak przeginać, to na całego: unicestwienie świata z miłości. Oczywiście, chciałem, żeby historia była ciekawa i coś w sobie niosła, choć parę interesujących myśli. Nie miało to być żadne studium psychologiczne. 

 

Coboldzie, chyba najlepiej podsumowałeś mój powyższy eksperyment. To taka błyskotka. Jest parę zdań, z których jestem naprawdę zadowolony; jest parę zagrań, które lubię, jak choćby cała konstrukcja współgrająca z fabułą. 

Nie chciałem przed niczym ostrzegać w przedmowie, żeby zobaczyć, jak czytelnicy zareagują na takie dziwactwo – szczególnie ci znający moje poprzednie teksty. Zastanawiam się, jak zareagowaliby, gdybym we wstępie napisał, że opowiadanie lepiej traktować z przymrużeniem oka, i gdybym dodał tagi “pastisz” czy “absurd”. Dupy dalej by nie urywało, ale może ktoś uśmiechnąłby się nad tymi “wargami złączonymi w tańcu namiętności” (naprawdę, trudno jest się przestawić na styl, przed którym się zazwyczaj wzbrania)? 

Witaj! Miałem w głowie dłuższy komentarz ale po przeczytaniu komentarzy innych użytkowników i Twoich wyjaśnień dam sobie wpokój ^^ jak bajka i experyment to ok. I tylko okay i aż okej. Bo tekst jest oki-doki. To znaczy to przeczytania raz, uśmiechnięcia się z raz, i dostrzeżenie jedn3j fajnej koncepcji z wirusem. Reszta to słabo nakreślone pomysły. Kombinuję to sobie tak: miałeś pomysł (czy też poddała Ci go Twoja lepsza połówka), zechciałeś się nim podzielić, ale nie żeby się napracować przy dłuższej formie. A szkoda bo tekst by zyskał trochę głębi. Bohater płaski jak niemieckie autostrady. Śmierć robi swoje. Jakiś seks w tle. Apokalipsa. Umiesz harder, better, faster, stronger. Tylko warsztat zadowala :-) Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Bohater płaski jak niemieckie autostrady

A czego oczekujesz po kimś, kto dostał imię po marce rajstop? ;D

 

Umiesz harder, better, faster, stronger.

Miło mi :) Ale chciałem wrzucić coś lekkiego, żeby po “Dziewięciu martwych zwierzętach” nie dostać łatki takiego, co pisze ciężkie smęty. Swoją drogą, widzę, że masz tamten tekst w kolejce, i niecierpliwie czekam na Twoją opinię!

Dzięki za przeczytanie i zostawione słowo. Również pozdrawiam :)

O tekście nie zapomniałem ale, rozumiesz, obowiązki dyżurnego z soboty, to rzecz mająca pierwszeństwo. A Dziewięciu już nawet rozpocząłem konsumpcję ale nie dane mi było dokończyć ;)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Orientuj się, Mytriksie, bo martwe zwierzęta zazwyczaj się szybko psują. ;-)

Babska logika rządzi!

Czy to aluzja do mojego nowego, nieudanego tekstu? :(

Nie, zwyczajne zachęcanie Mytriksa, żeby szybciej skonsumował ten udany. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie ma pośpiechu. “Dziewięć…” ma już prawie rok, a pierwsze trzy miesiące przeleżało nieczytane przez nikogo. Parę tygodni nie zrobi różnicy :D 

Jak już Ci pisałem, masz wciągający styl. W tym opowiadaniu masz kilka zacnych opisów i porównań czy metafor. Tekst pochłonął. Ale po przeczytaniu niestety muszę stwierdzić, że pomysł mi się nie podoba. Tak, kuszenie jest fajnie przedstawione, ale żeby wszystko unicestwić to nie. Za bardzo bajkowo, a tekst przecież skierowany do dorosłych. 

Haaa, komentarz zgłoszony do moderacji…

Szkoda, że nic do moderowania nie ma :(

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Przypadek, się kliknęło się jakoś :/

Wow, samą wizją jestem zachwycony, Fun! ;D

Z pewnością do największych plusów opowiadania należy jego oryginalność – ludzie, którzy wątpią by w tych czasach dało się napisać coś świeżego, powinni sięgnąć po ten tekst ;)

Z minusów – zabrakło mi fabuły. Masz tutaj bardzo oryginalną podwalinę, jednak akcja nie satysfakcjonuje.

Wyczuwam też pewien dysonans… Wirus, bakteria i wszelkie (nieliczne, ale jednak) wstawki spod znaku Sci-Fi proszą się o większą logikę, np. postępowanie głównego bohatera, natomiast element romansu i lekkość, którą wyraźnie chciałeś w tekście nakreślić, mocno się z tym gryzie, czasem go niemal uniemożliwia, bo przecież… w ten sposób zamordowałbyś magię ;)

Mimo wszystko, właśnie w ten sposób przyjmuję ten tekst – jako niesamowitą opowieść, w której nauka, choć jest elementem niezbędnym, stanowi jednak odległe tło.

Lektura, jak to u Ciebie, bardzo przyjemna. Dzięki.

 

Blackburn – hahaha ;D Nie przejmuj się, ja kiedyś, przypadkiem, zgłosiłem komentarz… JeRzego XD

I przez długi czas zastanawiałem się, czy Beryl bądź DJ zrobią coś z takim “niepokornym” użytkownikiem :D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

No, Luki, jak już zgłaszać przypadkiem, to nie byle kogo! Ucz się, Blackburnie! ;-)

Babska logika rządzi!

No dzięki, Blackburn, sprowadziłeś Dj-a akurat do takiego tekstu! ;D 

A tak na poważnie, to dziękuję za przeczytanie i komentarz :)

 

Count, fajnie, że coś tam się spodobało. Chyba też jako jeden z niewielu zwróciłeś uwagę na to, że kwestie naukowe i apokalipsa są tu tłem… Miłość przedstawiłem skrótowo, ale liczyłem, że czytelnik sam sobie załata dziury i dopowie, w jaki sposób to przebiegało. Nie chciałem rozwodzić się nad pierwszymi randkami, wzdychaniem do siebie itp. Taka mi teraz niewybredna metafora przyszła do głowy: w tekście są kluczowe momenty (enzymy wirusa), ale resztę roboty czytelnik (zakażona komórka) musi odwalić sam :D

 

A właściwie załapał ktoś, że śródtytuły to nie tylko nazwy etapów cyklu rozwojowego wirusa, ale też nieco żartobliwie podsumowana… miłość? Bo piszecie, że to jest fajny element i zastanawiam się, czy ktoś także to dostrzegł. 

Toż od dawna wiadomo, że miłość to choroba. Może i wirusowa… ;-)

Babska logika rządzi!

No jak ktoś nadmiernie kochliwy i się nie zabezpiecza, to na pewno może być i wirusowa…

A tak, tytuły rzeczywiście wyszły zmyślnie ;) Szczególnie penetracja i replikacja ubawiły, po “uwolnieniu” spodziewałbym się raczej opisu porodu, zaś pozostałe dwa mniej mi się podobały. Może przez grzeczniejszy wydźwięk.

Hmm, chyba za dużo Thraina ostatnio XD

 

Randki, budzenie uczucia… Ja pewnie bym o tym napisał i znowuż dostał lincz za zamulanie tekstu :D Zatem – dobra decyzja z tym pominięciem, Fun!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

A mi się właśnie podoba “odpłaszczanie”, bo przywodzi na myśl te wszystkie dowcipy o tym, jak to żona/mąż odkrywają swoje prawdziwe oblicze po ślubie. 

A to nie jest czułe i troskliwe zdejmowanie płaszczyka z partnerki? Dziwne trochę, że dopiero po penetracji, ale cóż… I na ten temat są dowcipy. ;-)

Babska logika rządzi!

A seks na płycie nagrobnej, to chyba można się przeziębić i nabawić zapalenia pęcherza. A jeszcze inna sprawa, Śmierć była dziewicą czy ją już wcześniej robiła sprośne rzeczy? A i z kim? Bo obstawiam m.in. Hitlera też jej rozrywkę ten pokurcz zapewnił. ;)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Czy śmierć była dziewicą? – niezły pomysł na tytuł opka. ;-)

Ja tam obstawiam, że miała już wielu.

Babska logika rządzi!

Potwierdzam, miała wielu. 

Fajne opowiadanie, takie alegoryczne ukazanie fascynacji człowieka śmiercią.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Miło mi :)

Cześć.

Coś Ci obiecałem, a zarazem sobie. Więc do dzieła.

Właśnie przeczytałem.

I podobało mi się.

 

Interpunkcja w tekście zawsze przyciąga moją uwagę (czy mi się to podoba, czy nie). Pod tym względem było bardzo dobrze. Zdaje się, że tylko jedna usterka.

Co było nie tak? Sądzę, że z powodzeniem udałoby Ci się zamienić terminologię specjalistyczną jakąś bardziej wulgarną bez straty dla tekstu. A w zasadzie z zyskiem dla niego. Choćby dlatego, że nie musiałbym sylabować długich czasami wyrazów.

Czasami też szwankowała wiarygodność dialogów. Najsłabiej wyszło podczas przyznawania się Śmierci do tego, kim jest. Większość dialogów była w porządku.

 

A co było dobre? Twoje malowanie wyrazami. Chyba zarówno wzrokowiec, jak i kinestetyk znaleźli wiele doskonałej pożywki dla swoich programów percepcyjnych. Było bardzo obrazowo i bardzo dobrze. W sam raz. Zmysłowo? Dobrze (bez “bardzo”). Czytało się więc lekko, a to, co czytałem, malowało się w mojej głowie. To rzadkość.

Nie było ciekawie, lecz było przyjemnie.

I może się kiedyś przyda: co to jest ta “podstawa kręgosłupa”, którą wywołujesz dwa razy? Który to według Ciebie odcinek? Zwrotu nie użyłem nigdy, nie wiem, czy kiedykolwiek usłyszałem, więc po średnim wykształceniu biologiczno-chemicznym brzmi za bardzo abstrakcyjnie.

Czwórka a nie wyżej za pewną naiwność w dialogach przekładającą się na zbyt uproszczony sposób myślenia i działania męskiego bohatera.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

“Podstawa kręgosłupa”? Wydaje mi się, że takie sformułowanie funkcjonuje w lekkiej prozie i używałem go tu ironicznie. Już z MrBrightside’em rozgryzaliśmy, że to musi chodzić o kość krzyżową. 

Naiwność była dość zamierzona, choć to strzał w stopę. Ale cieszę się, że udało mi się “malowanie wyrazami”. Też raczej jestem wzrokowcem, więc staram się, by czytelnik coś widział w czasie czytania. 

Dzięki za przeczytanie i zapraszam do innych tekstów :)

Przeczytałem :)

Poniżej kilka sugestii, bo pewności nie mam – jakbym miał, nie potrzebowałbym bety ;)

Sposób, w jaki wkładała filtr do ust, przyprawiał mężczyznę o przyjemny dreszcz (+,)biegnący do podstawy kręgosłupa i dalej.

Weronika Kostecka mówiła bardzo cicho, więc mikrobiolog musiał stanąć bliżej, by cokolwiek słyszeć.

– lepiej stylistycznie brzmi stanął

Jego myśli skupiały się na oszałamiającym zapachu, który bił od rudych, falowanych włosów.

skupiły się jakoś lepiej brzmi :)

Kiedy zobaczyła kwiaty, uśmiech rozjaśnił jej twarz (+,) niczym słońce rodzące się w ostatnich konwulsjach nocy. Adrian przełknął głośno ślinę.

Wieczorny chłód muskał przyjemnie skórę; w trawie przygrywały świerszcze.

, a byłoby bardziej przyjazne dla tego zdania ;)

Dwa miesiące później weszła do laboratorium i zwróciła na siebie uwagę, wciskając się między Adriana a mikroskop.

– Kochanie… – Pocałował ją w brzuch, choć myślał o tym, co kryło się pod spódniczką. – Jak się tu dostałaś?

– tu mam problem, wydaje się, że zaskoczenie Adriana powinno być nadrzędne wobec myśli o tym, co pod spódnicą. No i samo wciskanie się między mikroskop, nie było większym zwróceniem uwagi niż sama jej obecność w laboratorium ;)

– Jeszcze nie masz dość po wczoraj?

– po wczorajszym

Zeszła ze stołu i obciągnęła podwiniętą spódniczkę.

– słowo obciągnęła już świadczy o tym, że spódnica była podwinięta

– Nie mogę tego dłużej przed tobą odkrywać – powiedziała.

– ukrywać

– Zrób z ludźmi to, co zrobiłeś z Klebsiellą NDM-1. Nie zostaw im żadnej szansy.

– nie brzmi najlepiej

Nawet samobójstw.

samobójstwa – liczba pojedyncza, chociaż wiem, że wielokrotnie próbował się zabić, pewnie na wiele sposobów

Chyba muszę zacząć usprawiedliwienie.

– brzmi po prostu źle, no i później w tekście :

– Poczekaj, chcę to powiedzieć, żeby się chociaż przed tobą usprawiedliwić

 

Tyle zauważyłem. Nie czytałem poprzednich komentarzy, więc jeżeli się powtarzam to wybacz :)

 

Bardzo lekko się czytało. Zdania krótkie i wyważone, takie jakie powinny być :) Postawa emocjonalna bohaterów na ogół zrozumiała – jeżeli chęć zagłady ludzkości i wszystkiego co żywe, taką może być ;)

 

Na końcu czekałem na jakiś zwrot akcji, coś co przełamałoby liniowość wydarzeń, ale widocznie nie to było celem. Jakbym miał ocenić kategorię opowiadania byłoby to romansidło magiczne z dryfem w stronę kiczu (coś a la realizm magiczny), ale to już bardzo subiektywna ocena :)

 

 

 

 

Tak! To miało być kiczowate romansidło :D A zarazem chciałem, żeby dało się czytać. 

Dzięki za stylistyczne wskazówki. Nie wiem, jak część rzeczy (to “odkrywać”) mogła mi umknąć. Z paroma rzeczami nie masz racji, np. “musiał stanąć” podkreśla to, że kobieta w jakiś sposób go do tego nakłoniła, a powtórzenia w dialogach to raczej nie błąd :)

Dzięki za wizytę i do następnego ;)

Podobało mi się :)

Dzięki za wizytę, Anet :)

Cześć!

Podobało mi się to opowiadanie. Taka trochę parodia romansideł ;)

Masz świetny warsztat, więc chyba wszystko, co napiszesz będzie mniej lub bardziej świetne.

Bardzo ciekawy pomysł z naukowcem, jego największym dziełem i zabawą w Boga (choć może raczej zabawą bogów?). Wirus uniwersalny to ciekawa rzecz. Tylko czekać, aż ktoś wpadnie na genialny pomysł wypuszczenia go na świat. Wtedy zagłada atomowa wyda się błaha…

 

Pozdrawiam!

Jai guru de va!

Dzięki za wizytę, cieszę się, że się podobało :)

Przejrzałem opko raz jeszcze i tak zastanawiam się, dlaczego nie dostało żadnych głosów do biblioteki? Jest może dość eksperymentalne, nie należy też do najlepszych w dorobku Funa, ale to solidny, konsekwentny tekst.

I stanowi całkiem udaną hybrydę odległych od siebie gatunków, stąd od Counta, poniewczasie, stempel jakości ;D

 

Trzym się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Jak to nie należy to najlepszych? Wielka miłość, wielka katastrofa – czego chcieć więcej od literatury? ;D

Dzięki, Hrabio. 

A i z Weroniki fajna paniusia. Rzeczywiście, czego chcieć więcej? ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Cześć! 

 

Dziwi mnie fakt, że tekst nie ma jeszcze biblioteki – postanowiłem dołożyć cegiełkę.

 

Podobał mi się, fajnie przeplatają się metafory, eleganckie opisy i wirusowy zamysł :)

 

A propos Kosteckiej – uczyła mnie angielskiego i potajemnie nazywała geniuszem językowym – dowiedziałem się lata później od kogoś innego ;)

 

Mocne pozdro, jak napisał kiedyś do mnie Maciej Parowski :)

Dziękuję za wizytę i cegiełkę, Piotrze :)

Dorzucę kolejną – ocenę :)

Ja wiem czemu ten tekst nie dostał biblioteki:

Odstawał od standardu jakości, którym funthesystem zwykł był nas rozpieszczać ;-)

Ale po czasie i po zastanowieniu, żadne to wymówienie bo poziom biblioteczny przecież ma :D

No i ten tekst datowany jest na czasy gdy użytkownicy nie mieli mocy bibliotecznej – o ile dobrze pamiętam :-)

W każdym razie dołożę swój głos do biblioteki :D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dzięki :D 

Odstawał od standardu jakości, którym funthesystem zwykł był nas rozpieszczać ;-)

Wiadomo, po prostu “Grejpfrutowy horyzont” jest za dobry – czytelnicy z wrażenia zapomnieli, że istnieje coś takiego jak biblioteka. . Wielka miłość, śmierć miliardów, rozmach, patos. Ciągle czekam na telefon od Stevena Spielberga, który obiecał to zekranizować. 

Nowa Fantastyka