- Opowiadanie: Skull - Skansen

Skansen

Na wstępie dziękuję Lenah i Teofilowi za ogrom pracy, który włożyli w betowanie oraz szereg uwag i mrówczej roboty przy wychwytywaniu błędów.

Życzę owocnej lektury.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Skansen

Światło z trudem przebijało się przez zabrudzone szyby i poszarpaną zasłonę, której nie było komu litościwie ściągnąć i wyrzucić. Promienie padały na spocone, gładkie ciało, poruszające się w górę i w dół. Dziewczyna o niechlujnie ułożonych włosach, dawno już nie farbowanych na platynowy blond, jęczała zmysłowo, zagryzając własne palce. Drugą ręką czochrała mężczyznę, spoglądającego na dwie jędrne piersi, od czasu do czasu zaciągając się skrętem lub pijąc mętny bimber.

– Och tak, nie przestawaj.

Chciało mu się śmiać, gdyż przecież nic takiego nie robił, tylko siedział. Jednak przyjemna ciasnota drobnej i szczupłej kochanki przyjemnie mrowiła, powstrzymując jakiekolwiek szyderstwa i komentarze. Dziewczyna wygięła się do tyłu, osiągając upragnione spełnienie.

– Czy to moja nowa mamusia?

Nagle gdzieś z tyłu dobiegł dziecięcy głosik na granicy snu i płaczu. Mężczyzna wychylił się przez smukłą linię żeber, by zobaczyć, cóż to za cudo.

– Masz dziecko? – Piskliwy głosik kochanki wiercił dziurę w uszach. Jej wzrok skakał z syna na ojca.

Ten westchnął głośno i przetarł twarz, opadając na zakurzone oparcie starego tapczanu. Przymknął oczy, licząc, że w ten sposób uniknie nieprzyjemnego finału. Tymczasem dziewczyna stoczyła się z niego i zbliżyła do stojącego w progu chłopczyka. Przykucnęła obok, czochrając i tak już nastroszone blond włoski. Malec spoglądał nieufnie dużymi, brązowymi oczami. Na policzku miał jakąś brązową smugę, wokół ust wyschniętą ślinę, a w ręku pomiętego misia, który był jeden rzut o ścianę od nieodwracalnego zniszczenia.

– Jak ci na imię, maluchu? – zapytała, uśmiechając się szeroko i odsłaniając równe, białe zęby.

– Nie rozmawiaj nago z moim synkiem, pizdo!

Wydarł się na nią, dopaliwszy skręta i dopiwszy resztki alkoholu. Zasłonił krocze pomiętą koszulką i wstał.

– Spierdalaj! – Spróbowała go zaatakować, ale w efekcie przypominała naburmuszone dziecko.

– Ja ci zaraz pokażę… – Uniósł umięśnioną rękę ponad głowę, symulując cios.

Kochanka zareagowała prawidłowo – wybiegła z pokoju.

– Majkel, co ja ci mówiłem? Jak tato jest z panią, zostajesz w pokoju.

– Zrobiłem siku. – Michaś przybrał najbardziej żałosną minę, jaką pięcioletni chłopiec ma w swoim repertuarze.

– Dobra. Kurwa. – Ostatnie już wyszeptał. – Idź do pokoju, zaraz przyjdę.

Gdy malec zniknął, facet założył przetarte dżinsy i T-shirt, obwąchawszy go chwilę wcześniej. Smród i stan kwalifikowały go jako „zdatnego do noszenia”, czyli kilka dni od „wyjebać lub spalić”. Przeszukał kieszenie, ale nie znalazł papierosów. Z zaciśniętymi pięściami wybiegł z pokoju.

– Wpierdolić ci?!

– No co? Nie wiedziałam, że masz dziecko.

– Jeszcze raz weźmiesz moje szlugi, to zajebię! – Wydarł jej paczkę z rąk, a już zapalonego papierosa, z ust.

– Hej!

– Wynoś się – powiedział zimnym głosem i zaciągnął się dymem.

– Kotku, mogę pomóc z dzieckiem…

– Wypierdalaj. – W oczach zalśnił lodowaty gniew.

Młoda tylko spuściła głowę i zniknęła w środku, by – ubrana byle jak, ze zniszczonymi kozakami w ręku – wybiec na podjazd. Jęknęła kilka razy, depcząc po kamieniach, ale buty założyła dopiero po minięciu spróchniałego, drewnianego płotu. W tym samym momencie na podwórko zajechał motocykl. Stary harley zakrztusił się kilka razy, po czym odsapnął z ulgą, gdy stoczył się z niego kierowca. Spod czarnej, popękanej skóry i wielgachnego kasku w kształcie dyni wystawały posiwiałe loki i zaniedbana broda w podobnym kolorze. Gość przechylał się z lewa na prawo, bynajmniej nie od używek, a od brzucha zasłaniającego mu wyschnięte błoto zwane podjazdem.

– Zostaliśmy wezwani.

Przemówił, gdy tylko stanął naprzeciwko gospodarza, bez ceregieli odbierając mu niedokończony papieros. Sapał ciężko, a pierwszy buch wywołał głośny kaszel.

– Stary, rzuć palenie.

– Zaraz jak ty skończysz z niepełnoletnimi blondynami.

– Jaka z niej blondynka?

– Smoku, nie rób ze mnie idioty.

– Co się dzieje? – Mężczyzna zmienił temat.

– Zobaczysz po drodze.

Ponura mina przyjaciela wywołała u Smoka nieprzyjemne ciarki. Jeśli Siuks ich wzywał to albo wymyślił sposób, jak im popsuć dzień, albo złapali kolejnego niewolnika. Co w sumie również nie zapowiadało niczego dobrego.

– Muszę syna oporządzić.

– Masz go z kim zostawić?

– Nie.

– Ja pierdolę. Zatrzymamy się po drodze u Wiedźmy.

Smok wszedł do dziecięcego pokoiku, zaskakując malca w trakcie zabawy wyrzeźbionymi z drewna figurkami. Wziął syna pod prysznic i opłukał, z trudem powstrzymując go od płaczu.

– Zawiozę cię do babci, co ty na to? – Zmusił się do pierwszego uśmiechu tego dnia.

– Nie chcę. Tam dziwnie pachnie.

– Ale babcia ma słodycze.

Magiczne słowo podziałało, odganiając wszelkie zmartwienia. W głowie ojca przez zdradliwy ułamek sekundy pojawiła się myśl, że takie przekupstwa kiedyś stracą swą moc.

Pomógł ubrać się Michałkowi i razem wkroczyli w pełne słońce.

– Cześć, brzdącu! Byłeś grzeczny?

– Wujek Bambaryła!

– Ej! Kto mnie tak nazywa?

Spojrzał na ojca, który wskrzesił w sobie niespożyte pokłady energii i czym prędzej pognał do rozsypującej się szopy, czyli z daleka od kumpla.

Wyciągnął na słońce nieskazitelnie czysty motocykl. Czerń i chrom błyszczały, nadając stalowej bestii wdzięku i powagi. Pasowała do otoczenia, jak diament do gówna. Odpaliła za pierwszym razem, więc maluch pognał do taty i dał się posadzić na przedzie. Wtedy cała trójka ruszyła.

 

Asfaltówka miała dobre czasy za sobą. Teraz tylko czekała z nienawiścią na każdego nieuważnego podróżnika – zdążyła już otworzyć wszystkie gardziele. Smok zbyt dobrze ją znał, jak ulubioną dziwkę, by dać się złapać. Gdy wyjechali na otwartą przestrzeń, opuszczając gęste lasy, obsiadły ich drony. Małe, pokraczne ptaszyska brzęczały nad głowami, kierując jedyne oko na motocyklistów. Smok splunął za siebie i już zamierzał sięgnąć po pistolet za paskiem, ale zrezygnował. To nie było dobre miejsce ani odpowiedni czas, by okazywać swe niezadowolenie. Elektroniczne sępy jeszcze chwilę wisiały nad ich głowami i odleciały. Kilometr dalej musieli przystanąć.

Widok nie wymagał żadnego komentarza. Stara jabłoń, dająca wciąż owoce, wydała właśnie kolejny, wyjątkowo duży i zepsuty. Na grubej linie wisiał chłopak o zmierzwionych, ciemnych włosach. Był cały spuchnięty i to nie od wiszenia, a tego, co działo się z nim tuż przed śmiercią. Dresowa bluza była zachlapana krwią, a dżinsy zwisały do łydek. Smok przysłonił twarz Michasia, by nie zobaczył ciemnej plamy między nogami.

Mężczyźni popatrzyli na siebie ponuro i odjechali. Smok zaciskał szczękę, szarpiąc motorem pomiędzy wyrwami w drodze. Boczną, udeptaną ścieżkę przyjął z radością. Wjechali pod same drzwi starego domu, którego okna i ściany wymagały poważnych napraw. Silniki jeszcze nie zdążyły zamilknąć, gdy ze środka wyszła umorusana staruszka o przerzedzonych, siwych włosach, wystających spod chusty. Spódnicę miała poplamioną od ścierania z rąk jakiejś mazi. Obaj mieli wystarczająco rozumu w głowach, by nie pytać o źródło zabrudzeń.

– Wezwał was?

– Tak. Możesz się zaopiekować Majkelem?

– Oczywiście. Zawsze chętnie zobaczę się z wnukiem!

Przykucnęła, łapiąc wpadającego w jej ramiona brzdąca.

– Pomożesz babci?

Malec skinął głową.

– Wspaniale. Może później znajdziemy dla ciebie coś słodkiego.

Gdy motocykliści obrócili ręcznie maszyny, Smok popatrzył na kobietę, która skinęła mu z poważną miną. Zrobił to samo i wrócił na drogę. Miał nadzieję, że żaden dron nie pojawi się w pobliżu, bo tym razem się nie powstrzyma.

 

Przed tym, co kiedyś było typowym, przydrożnym barem, zebrało się już sporo pojazdów. Różne kształty i wielkości stanowiły przekrój przez szeroką gamę producentów dwukołowych, stalowych rumaków. Smok rozpoznawał większość z nich, czasami nie dowierzając, że pojazd lśni, kiedy jego właściciel wyglądał i żył gorzej niż świnia. Kto coś znaczył, już był w środku, tylko Świeżaki jak kury na grzędzie, palili skręty i zerkali na przybyłych spod byka. Zignorowali te spojrzenia i przekroczyli ręcznie ciosaną, zjedzoną przez korniki futrynę. Z początku nic nie widzieli, wkraczając w półmrok pomieszczenia. Lecz po obleśnych śmiechach Smok spodziewał się najgorszego.

– No proszę! Don Kichot i jego przydupas Sancho Pansa raczyli zwlec się z łóżek i łaskawie zaszczycić nas swoją obecnością! Zapraszamy jaśnie panów.

Przedrzeźniającym był nikt inny tylko „wódz”. Siuks miał długie, czarne włosy, które każdego poranka nacierał smalcem. Twarz pomalował czerwonymi barwami wojennymi, czyli pajęczyną kresek, na które przyszła mu dzisiaj ochota. Kosmyk włosów zaplótł w warkoczyk, zakończywszy go piórem i kolorowymi kuleczkami.

– Witaj, Siuks. Jakiś blady dzisiaj jesteś. Szminka się skończyła?

Odpowiedziały mu słabe uśmiechy, szybko zduszone warknięciem wodza. Smok popatrzył w oblicza pełne pogardy, z rzadka z domieszką wstydu. Jednak nie wszyscy byli zadowoleni z obrotu spraw.

– Jestem blady, bo ta mała suka wyssała ze mnie całą krew.

Odsłonił przed nim dziewczynę na oko dwudziestoletnią. Pewnie nie wiele już widziała przez spuchnięte powieki. Nie płakała, nie trzęsła się – czyli była z nimi już od kilku godzin. Zaschnięta krew i liczne siniaki nie potrafiły zamaskować prawdziwej tragedii, od której Smok odwrócił głowę.

– Po co mnie wezwałeś?

– Jak to po co? Kodeks! Przecież wiesz, że każdy pełnoprawny członek musi zagłosować.

– Nie wiem, nad czym chcesz głosować. Przecież już wszyscy wydaliście wyrok.

– Nie słuchaj go, mała. – Siuks zwrócił się do półprzytomnej dziewczyny.

W słabym świetle i pomimo krwi sklejającej włosy, Smok zobaczył, że jest blondynką. Zaschło mu w gardle.

– Rozumiem cię, my wszyscy cię rozumiemy. Miałaś dość swojego dotychczasowego życia i razem z pizdą zwaną chłopakiem, chcieliście wreszcie poczuć się wolni. Z dala od polityków i ich kłamstw. W lesie, gdzie długie łapy korporacji nie sięgają. Pragnęłaś nie czuć cyfrowego spojrzenia na każdym kroku. Chciałaś być jak my. Ale…

Siuks obszedł ją dookoła, przesuwając spracowaną dłoń po nagim torsie. Reagowała rzadko i bez przekonania – już nic gorszego nie mogli jej zrobić. Wódz podsunął sobie krzesło i siadł naprzeciwko Smoka, zaraz obok klęczącej dziewczyny.

– Ale tak się składa, że mamy bardzo restrykcyjne zasady, kogo wpuszczamy do rezerwatu. Prawda, Smok?

Mężczyzna nie odpowiedział, tylko zacisnął pięści.

– Chociaż należą ci się punkty za odwagę i złamanie zasad, to jednak musimy ich przestrzegać. Bez nich bylibyśmy dzikusami.

Jedynie dwóch mężczyzn nie dołączyło do rechotu pozostałych.

Właśnie te śmiechy przelały czarę goryczy. Smok obserwował twarze tych, których kilka lat temu nazywał braćmi, teraz zamroczonych alkoholem i narkotykami, zaspokojonych lub czekających niecierpliwie na swoją kolej. Oderwał się od skrzypiącej podłogi i szybko zbliżył się do dziewczyny. Na chwilę odzyskała świadomość i spojrzała na niego przez wąskie szparki. Wyszarpnął pistolet i wypalił prosto w twarz. Wydawało mu się czy tuż przed uśmiechnęła się?

Głowa odskoczyła do tyłu, wprawiając włosy w płynny ruch. W pajęczynie promieni wkradających się przez szczeliny w okiennicach, odbiła się naturalna, słomiana barwa jej włosów. Przypomniał sobie kogoś innego. Młodą dziewczynę oblaną złotem, której urodę przewyższało tylko jej serce.

– Kurwa!

Siuks zerwał się z krzesła, patrząc na schlapane posoką ubranie. Był wściekły, bardziej niż zwykle.

– Złamałeś zasady!

– Ty złamałeś pierwszy. Znęcałeś się nad nią, a wcześniej powiesiłeś tego chłopaka.

– Wkroczyli na naszą ziemię nielegalnie.

– To dlaczego jej też nie zabiłeś od razu?!

Siuks nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się czy raczej odsłonił pożółkłe zęby, skrywające ogromne pokłady jadu. Smok rozejrzał się po reszcie. Nikt nie sięgnął po broń, nie skierował noża w jego stronę. Czyli jeszcze darzyli go resztkami szacunku. Swojego starego wodza.

– Zapomniałeś, gdzie jest twoje miejsce. Mam ci przypomnieć? Tak jak pięć lat temu?

Tym razem on milczał, tylko obrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia.

– Młot! – Wódz zawołał do krępego przyjaciela Smoka. – Idzie burza, lepiej przemyśl pod czyim parasolem się schowasz.

– Na pewno nie pod twoim. Tfu!

– I tak byś się nie zmieścił. – Siuks roześmiał się przesadnie głośno.

Przyjaciele wyszli na zewnątrz, jakby goniło ich stado demonów. Świeżaków już nie było w pobliżu, więc Smok mógł dać sobie upust.

– Kurwa, pierdolona mać!

– Przesrałeś i to poważnie.

– Co miałem zrobić?!

– Może trzeba było przemówić, tak jak robiłeś to kiedyś. Posłuchaliby cię.

– Nie widziałeś ich? Chcieli tylko poruchać.

– Wiem, ale mimo wszystko wierzę, że jeszcze coś się w nich ostało.

– Zrobiłem źle?

– Nie. – Młot z trudem odpowiedział, unikając wzroku przyjaciela. – Ale mogłeś to zrobić inaczej. Wiesz, że Siuks chce się ciebie pozbyć. Dzisiaj straciłeś w oczach kilku członków, a więc dałeś potężny argument fajfusowi.

Coś zabrzęczało. Metr nad nimi unosił się mały, czarny robocik, z obojętnością równą wnikliwości obserwując i nagrywając obu. Smok cofnął się pod budynek i dyskretnie sięgnął po jedną z nadgniłych deseczek, leżących na stercie. Rzucił nią w drona, strącając celnym rzutem. Gdy spadł na ziemię, podszedł do niego i zmasakrował butem.

– Uspokoiłeś się? To jedźmy po twojego syna.

Odjechali z piskiem, jak szczury uciekające z tonącego okrętu.

 

Smok siedział na betonowych schodkach, nadgryzionych przez deszcz i wiatr, obserwując Młota i Michasia, jak ganiają z patykami, ścinając co dłuższe trawy. Uśmiechał się na ten widok, nie niepokojony jakimikolwiek myślami.

– Co zrobiłeś?

Obok przysiadła się Wiedźma. W ręku trzymała pęczek świeżo zebranych, nieznanych mężczyźnie roślin.

– To, co należało. – A po chwili dodał. – To, co poprzednim razem.

Kobieta, która opierała rękę o jego ramię, gwałtownie zacisnęła palce. Smok nie mógł uwierzyć, że w staruszce drzemie tyle siły.

– To dobrze.

– Wcale nie. Wszystko zaraz pierdolnie.

– Krzysiu, już dawno tak się stało. Dokładnie w dniu, kiedy ty… moją córkę. – Zacisnęła zęby, ale puściła ramię zięcia. Jako jedna z nielicznych używała starych imion mieszkańców.

– Wiesz, że nie miałem wyjścia, prawda? – zapytał błagalnie.

– Wiem i jestem ci wdzięczna. Jednak nie za to, że zakończyłeś fizyczne cierpienie Elizy, ale że nie pozwoliłeś jej dotrwać do końca projektu.

– Nie tak to się miało skończyć. Mieliśmy inne plany.

– Gdy człowiek planuje, Bóg się śmieje. Nikt z was nie mógł przewidzieć obrotu spraw, gdy przyjęliście Błażeja.

Smok prychnął. Ostatni raz słyszał to imię w dniu, w którym razem z żoną przyjęli Siuksa w swoje progi. Zagubiony i zdesperowany, szukał swojego miejsca na ziemi. Niestety je znalazł.

– Odradzałem jej, wiesz? Czułem, że się nie nadaje, a jednak postawiła na swoim. Do końca wierzyła, że jest nadzieja dla każdego.

– Pamiętasz Sine Wiry?

Smok przywołał wspomnienia z innego życia. Byli młodzi, wyjechali na wycieczkę w Bieszczady. Już się kochali, ale jeszcze nie mieli odwagi tego powiedzieć na głos. Zabrał ją motocyklem nad rzekę, chodzili po wypłukanych skałach, chowali się w cieniu starych drzew i rozmawiali. Planowali przyszłość, budując fundamenty wspólnego życia. Wtedy w ich głowach wykiełkowała idea wolności. Oderwanie się od rzeczywistości i stworzenie nowej, a zarazem tej pierwszej, oryginalnej.

Smok spojrzał na szeleszczące gałęzie, dokładnie takie same jak wtedy. Słońce przebijało się i padało na zielony plac przed domem, gdzie dwoje dzieci, chociaż w różnym wieku, walczyło z wyimaginowanymi przeciwnikami. Jeden projekt zaplanowali, drugi pojawił się niespodziewanie i wciąż zaskakiwał.

– Pamiętam.

– Zanim tam pojechaliście, była zupełnie inną osobą. Targały nią wątpliwości, nie potrafiła wyobrazić sobie przyszłości dalej niż na jeden dzień. Nawet co do ciebie miała wątpliwości. Miała cię za zarozumiałego doktorka z wielkiego miasta, który znalazł głupiutką blondynkę na prowincji i postanowił się zabawić jej kosztem.

Spojrzał na kobietę, nie ukrywając zaskoczenia. Myślał, że znał swoją żonę, a jednak wciąż go zaskakiwała. Nawet po śmierci.

– Gdy ją odwiozłeś, wróciła jako zupełnie inna osoba. Już nie była zagubioną trzpiotką, a dojrzałą kobietą z planem na życie. Projekt „Wolność” był dla niej wszystkim. Może oprócz Michałka.

Wtedy nad brzegiem spokojnego nurtu, w cieniu głębokiej zieleni, oddzielającej ich od turystów, zrodziły się dwa projekty. Tylko jeden z nich ocalał i właśnie z udawaną złością mordował pokrzywy.

– Wierzyliśmy w to. Oddzielenie kawałka natury od świata zewnętrznego i powrót do korzeni miał być tym, co uczyni nas sobą.

– Mój drogi, to nie wolność czyni cię tym, kim jesteś, ale z kim spędzasz niewolę.

Gdzieś w oddali usłyszeli delikatne buczenie. Przez chwilę zbliżało się do nich, ale ostatecznie odpuściło. Smok spojrzał ponad głowę na krawędź dachu, gdzie obłożona szmatami i zaklejona taśmą sterczała kamerka.

– Dlaczego jej nie usunęłaś?

– To? Na początku chciałam, żeby wszyscy zobaczyli, że życie może być proste i przez to piękne, gdy sprowadzone do podstawowych czynników. Potem było mi wstyd. Ale sentyment został.

– Nie wiem, co mam robić. – Smok spuścił głowę między kolana, by ukryć niechciane łzy.

– Musisz zrobić to, co robiłeś w przeszłości. Wziąć odpowiedzialność. Pomyśl o Michasiu.

– O co ci chodzi?

– Oboje zaczęliście wspaniały projekt, ale już dawno wszyscy pojęliśmy, że okazał się niewypałem. Już nawet minął czas na szukanie przyczyny. Powinniście się ratować. Błażej w końcu cię dopadnie, może nie ruszy Michałka, ale malec będzie zadrą w oku i przypomnieniem, że był kiedyś ktoś lepszy i godniejszy. Zresztą długo nie pożyję, a co potem? Kto się zajmie dzieckiem? Witek pójdzie za tobą w ogień.

– Młot? Zaopiekuje się Majkelem, jeśli go o to poproszę.

– Naprawdę chcesz oddać syna jemu? Albo mi?

– To komu niby?!

– Michał musi odejść. Z rezerwatu.

Nazwanie myśli, która od dłuższego czasu pełzała po głowie, wywołało szok. Spojrzał na Wiedźmę przerażony, próbując wyrazić pełnię oburzenia. Ale im dłużej zwlekał, tym więcej sensu dostrzegał w słowach teściowej. Jego czas się już kończył. Nawet jeśli wódz nie ruszyłby na Młota, albo Wiedźmę, żadne z nich nie mogło wiecznie opiekować się synem, zanim stanie się samodzielny. A nawet wtedy wciąż byłby zagrożony. Majkel musiał zniknąć z rezerwatu, opuścić niegdysiejszą ostoję wolności, a teraz bestialstwa i zezwierzęcenia.

– Nie. Młot miał rację. Jeśli pogadam z chłopakami, jest szansa, żeby wszystko uratować. Jeszcze mogę to odkręcić i ocalić przyszłość Majkela.

– Naprawdę w to wierzysz?

– Dopóki mam wybór, wszystko jest możliwe.

Smok powstał i otrzepał się. Zawołał syna i razem z Młotem odjechali bez pożegnania, do domu.

 

Siedział na werandzie i sączył bimber z brudnego kubka, wsłuchując się w cykanie świerszczy. Za plecami jarzyła się delikatna łuna świeczek, ogrzewających dziecko i odganiających koszmary. Patrzył w zarysy wzgórz, oświetlonych milionami gwiazd. Dopiero gdy większość ludzi opuściła rezerwat, a elektryczność przestała płynąć żyłami cywilizacji, mogli ujrzeć prawdziwe oblicze kosmosu. Jedna z nielicznych zalet nowej rzeczywistości.

Przypomniał sobie niedowierzanie tych, którzy porzucali swe domy. Pukali się po czole na ich widok, wieszcząc rychły koniec. Eliza głaskała się po brzuchu, ale była smutna. Nie dlatego, że ludzie ich krytykowali, ale dlatego, że nie dostrzegali własnych pęt.

– Czy my nie nakładamy na siebie innego rodzaju łańcuchów? Wszystko robimy za zgodą rządu, szukaliśmy sponsorów, którzy sfinansują wyprowadzkę mieszkańców.

– Też o tym myślałam. Ale nie robimy tego, żeby przez kilka miesięcy czy lat pomieszkać w głuszy, myć się w potoku czy grzebać w ziemi, gdy tylko zrobi się trochę cieplej. Siejemy ziarno, które wyrośnie i sięgnie poza mury rezerwatu. Dzisiaj rozpoczęliśmy rewolucję! - W końcu się uśmiechnęła. - To, co dzisiaj ważniakom w garniturach wydaje się wariactwem, wkrótce przerodzi się w ideę, która zburzy dotychczasowy porządek. Skarbie, my właśnie zmieniamy świat!

Pocałowała go z czułością. Przez chwilę był gotów się rozpłakać, ale trąbienie samochodów wyprowadziło go z nastroju.

– Mogę tu przenocować?

Smok ocknął się, odganiając wspomnienia jak upierdliwe komary. Pochylił się i w mroku dostrzegł dziewczynę z rana.

– Podejdź.

Dopiero gdy stanęła bliżej, zobaczył, że jej ubranie jest w gorszym stanie niż rano. Miała też siniaka pod okiem.

– Co ci się stało?

– Nie dogadałam się z takim jednym.

Mówiła obojętnie, chociaż nie patrzyła Smokowi w oczy. Obejmowała się, pocierając ramiona. Zerwał kurtkę z oparcia i rzucił jej. Przyjęła ją z wdzięcznością i przysiadła na skraju drewnianego podestu. Siedzieli chwilę w milczeniu, które wreszcie przerwała.

– Dlaczego nazywają cię Smokiem?

– Bo jestem stary i reprezentuję pomysły mitycznego świata. – Uśmiechnął się na własne słowa.

– Nie jesteś taki stary.

– Jestem jednym z najstarszych mieszkańców w tym burdelu. A ile ty masz lat?

– W listopadzie kończę dziewiętnaście.

– Dlaczego tu jesteś?

– Nie chciałam brać udziału w wyścigu szczurów.

– Wolisz zamiast tego kurwić się z każdym, kto cię nakarmi i zapewni dach nad głową.

– Spierdalaj.

Wstała i planowała się oddalić, więc krzyknął za nią.

– Gdzie leziesz? Wilki cię nocą dopadną.

Wzmianka o leśnych bestiach poskutkowała i dziewczyna wróciła na swoje miejsce. Gdyby była mądrzejsza, wiedziałaby, że żadne się w rezerwacie nie ostały. Wszystkie wystrzelał Siuks z ferajną. Tak samo sarny, jelenie, na psach i kotach kończąc. Szkoda, że nie wytępił komarów.

– Nie chcesz wrócić do tamtego świata?

– Po co? Musiałabym pracować w jakimś markecie i uśmiechać się do każdego jak głupia. Odrzucam niewolę w wielkich koncernach, rządzących światem.

Smok nie skomentował mechanicznie powtarzanych formułek. Pewnie gdyby zaczął dopytywać o szczegóły, dziewczyna zawiesiłaby się jak jeden z dronów, który dostał polecenie, nie mieszczące się w jego bazie komend.

– Byłabyś bezpieczna, miała opiekę medyczną, jedzenie i kogoś bliskiego.

– Możemy być dla siebie bliscy.

Zrobiła słodką buźkę i położyła dłoń na jego kolanie, niebezpiecznie wędrując ku górze. Widział blade końcówki wyprostowanych włosów, chociaż sukcesywnie przegrywały z naturalną kasztanową barwą. W głowie zamajaczyła wizja kobiety o lokach ze złota i na chwilę nałożył obraz na dziewczynę przed nim. Odtrącił jej dłoń.

– Nie musisz płacić za nocleg. – Zobaczył, że dziewczynie ulżyło.

– Dlaczego trzymasz tu syna? – Zaskoczyła go tym pytaniem.

– To jest jego dom. Tutaj się urodził. Cała jego rodzina jest w tych górach. – Zamiast jednak spojrzeć na wzgórza, opuścił głowę.

– Nigdy nie będę miała dzieci.

– Dlaczego?

– Nie jestem do tego stworzona. Poza tym, co je tu czeka? Nie mają przyszłości na tym zadupiu. Masz szluga?

Podał jej papierosa i świeczkę, gapiąc się na szczyt jej głowy. Młoda dziewczyna, która przybyła tu, by uwolnić się od starego życia, nie widzi przyszłości w nowym. Tym się stał ich projekt – ślepą uliczką dla zbłąkanych dusz?

Gdzieś w oddali rozległy się strzały. Wypluwające z siebie dym i spaliny maszyny zbliżały się z zawrotną prędkością.

– Schowaj się w środku.

Wstał i odbezpieczył broń. Strach powoli wpełzał pod skórę, wywołując ciarki. Tylko jedna osoba jechałaby tutaj w nocy w towarzystwie. Wreszcie za dźwiękiem przybyły sylwetki harleyów i skórzanych jeźdźców z pochodniami w dłoniach.

– Czołem, Smok!

Na granicy ogrodzenia zatrzymał się Siuks z szerokim uśmiechem i wyjątkowo pokaźną pochodnią. Był lekko niewyraźny.

– Wiesz co? Doszedłem do wniosku, że nasze relacje bardzo się ochłodziły. W końcu wszyscy jesteśmy tu dzięki tobie, więc zasługujesz na jakiś szacunek. Postanowiłem z chłopakami trochę tę naszą znajomość… ocieplić.

Rzucił pochodnię na strzechę, w mgnieniu oka podpalając ją. Zatrzeszczało, zadymiło i płomienie niestrudzenie rozchodziły się po dachu. Motory zawyły, kolejne pochodnie poleciały do przodu, a pomiędzy hukami i zrywami pobrzmiewały indiańskie okrzyki wojenne. Smok rzucił się do szopy, strzelając z pistoletu w niebo, odganiając tym samym napastników, po czym wdarł się do środka. Ogień nie czekał i panoszył się coraz śmielej. W ostatniej chwili wyprowadził motocykl, cały w popiele i z kilkoma zaczerwienieniami na stalowym ciele. Rękaw koszuli tlił się, ale najważniejszy był rumak.

Z domu wybiegła dziewczyna, przytulając chłopca do nogi.

– Tatusiu!

– Wszystko w porządku, wracajcie do środka!

Obserwował płomienie, dopóki całkiem nie zanikły, pozostawiając dymiące pogorzelisko w miejscu, gdzie stała szopa. Smok pocierał motocykl jak spłoszone zwierzę. Bezpieczeństwo czy wolność? Jedno nie szło w parze z drugim.

– Chcesz wojny, to będziesz ją miał – wyszeptał pod nosem.

 

Zwolnił, gdy drzewa zmieniły się w betonowe słupy wysokie na trzy piętra. Pomiędzy nimi stała odlana ściana, oddzielająca świat Smoka od zewnętrznego. Nigdy nie zapytał, dlaczego ją postawili – żeby oni nie zatęsknili za starym życiem, czy może by tamci nie zapragnęli ich nowego?

Wielka brama zamknięta na głucho ostatecznie go zatrzymała. Kamery, w przeciwieństwie do ich mniejszych, ukrytych w cieniu elektronicznych braci, bezczelnie śledziły każdy krok. Skupiając ich uwagę, krzyknął:

– Chcę rozmawiać z Celnikiem!

Wystawił cierpliwość Smoka na próbę. Słońce wzniosło się wysoko, nim mała furtka w żelaznej bramie otwarła się, ukazując krępego, łysiejącego mężczyznę w szarej koszuli firmy ochroniarskiej.

– To ci niespodzianka! Smok we własnej osobie.

– Musimy porozmawiać.

– Nie tutaj.

Jeździec zostawił swojego rumaka i ruszył za ochroniarzem z dala od zasięgu słuchu kamer. Ich wzrokowi nigdy by nie uciekli.

– Co mogę zrobić dla szanownego pana?

– Powiedzmy, że ktoś chciałby opuścić rezerwat. Ile by to kosztowało?

– Rozmawiasz z niewłaściwą osobą. Ja tu tylko pilnuję bramy.

– Nie pieprz mi, Celnik. Myślisz, że nie wiem, skąd chłopaki biorą dragi?

– Może mamy jakieś porozumienie. Ale mówimy tu o małych paczkach, a nie człowieku.

– Człowiek też nie jest wielki.

Chwilę zajęło Celnikowi, by tryby zrobiły obrót, odsłaniając przed nim nowe fakty.

– Chcesz stąd wywieźć syna!

– Możliwe. Ile to będzie kosztowało?

– Nie bardzo wiem, jak byłbyś w stanie mi zapłacić. Wy ludzie kwiatów nie uznajecie waluty. – Uśmiechnął się szyderczo.

Smok powstrzymał pragnienie przywalenia mu.

– To, że nie mamy komputerów i Internetu, nie oznacza, że zgłupieliśmy totalnie. Siuks handluje informacjami.

– Może czasem coś powie, takie tam plotki między dwoma światami.

– A co gdybym zdradził taką plotkę?

– Na pewno znalazłby się ktoś gotowy jej wysłuchać. Może nawet odwdzięczyć się pomocą w opuszczeniu rezerwatu.

Smok popatrzył w maślane oczy ochroniarza. Widział w nich wszystko, czego nienawidził w świecie, który opuścił. Teraz miał się dogadać, by ostatecznie wydać jedyne dziecko na jego pastwę. Nie potrafił wyobrazić sobie większego okrucieństwa.

– Szykuje się zmiana władzy.

– Król umarł, niech żyje król?

– Nie. Po prostu umarł.

– Kiedy?

– Jak tylko wyciągniesz Majkela.

Celnik cmoknął niepocieszony.

– Dlaczego miałbym ci wierzyć? Ryzykuję pracą, może nawet własną wolnością.

Smok zdusił śmiech na dźwięk ostatniego słowa.

– Nie pierdol! Twoi pracodawcy tylko czekają na takie wieści. Większe ryzyko popełniłbyś, nie przekazując wieści.

– Narkotyki to jedno, a przerzucanie ludzi to drugie.

– A tych dwoje? Kto ich wpuścił?

– To nie my! Musieli znaleźć jakąś dziurę. Posłuchaj, bardzo chętnie bym pomógł, ale to jest ponad moje możliwości.

Smok tracił cierpliwość.

– Ale porozmawiam z kimś, kto ma większą władzę. Przyjedź jutro o tej samej godzinie.

Celnik prawie biegł do furtki, jakby zbyt długo przebywał na skażonym terenie. Smok splunął siarczyście i wrócił do motocykla. Zanim odpalił maszynę, pokazał kamerom środkowy palec.

Nienawidził się. Eliza by mu nigdy nie wybaczyła, on sam nigdy sobie nie wybaczy. Wolność… Wszyscy tyle mówią o wyborze, ale nikt nie wspomina o konsekwencjach. Zamknij się w głuszy z bandą nawiedzonych anarchistów, będzie zajebiście – mówili. Ale ktoś zapomniał go poinformować, że za wybory trzeba wziąć odpowiedzialność.

Gdyby mierzył czas, wiedziałby, że pobił rekord, dojeżdżając od bramy do Wiedźmy. Zszedł z motocykla i wparował do domu. Czuł rozpierającą go radość i lęk. Musiał podzielić się z kimś emocjami. Tylko ona mogła go zrozumieć.

Jednak zamiast zaskoczonej i rozwścieczonej nagłymi odwiedzinami kobieciny, zobaczył bałagan. Meble zostały wybebeszone, ziemia i szkło chrzęściły pod butami. Każdemu krokowi towarzyszył odgłos pękających kawałków porcelany i pancerza chroniącego od paniki. Gdy wszedł do salonu, nie wiedział, co ma ze sobą zrobić.

Wiedźma leżała nieruchomo na przetartym, śmierdzącym pleśnią dywanie. Podbiegł do niej i odwrócił na plecy. Miała delikatnie zamknięte powieki, zwiotczałe pomarszczone ciało – wglądało na to, że śpi. Jednak szarpnięcia, podszczypywania i wreszcie krzyki nie potrafiły jej wybudzić. Potrząsał delikatnym ciałem, ale na próżno. Sprawdził puls, ale i to okazało się płonną nadzieją. Płakał załamany, ale tylko do momentu, gdy koszulka podwinęła się nieznacznie. Zobaczył potężne stłuczenie, rozlewające się zgniłośliwkową barwą wokół pępka. Dopiero teraz dostrzegł siniaki i zadrapania. Wiedźma została skatowana.

Położył ją, poprawiając ubranie i zmierzwione włosy. Rozejrzał się i wtedy zobaczył kamerkę. Małe, elektroniczne obrzydlistwo postawione na stoliku, by nagrywać środek salonu. Malutka dioda wciąż się jarzyła.

– Podobało się? Lubicie to?! Na waszych oczach zginęła jedna z pierwszych, prawdziwie wolnych ludzi. Gdy wy masturbowaliście się przed monitorami, ona ryła w ziemi, żeby nakarmić dzieci. Była wolna, chociaż nie znała odpoczynku. Wiedziała, co trzeba zrobić, by położyć się spać spełnioną i z czystym sumieniem. A wy co robicie? Żrecie modyfikowane jedzenie jak świnie! Pracujecie jak woły, pieprzycie się jak króliki i myślicie, że żyjecie. Gówno! Jesteście niewolnikami własnych potrzeb. Gnijcie w swoich boksach, jeśli chcecie, ale wara od nas!

Rzucił kamerą o ścianę, rozsypując ją na drobne, brzęczące elementy. Wrzasnął na całe gardło i upadł na kolana. Łkał jak dziecko. W końcu się ocknął i wyszedł na zewnątrz. Spojrzał na maszynę, całe życie kojarzącą się z wolnością. Nagle wydała mu się szpetna, pozbawiona urody i wdzięku, uzależniająca go od siebie. Kiedy ostatni raz przemieszczał się na własnych nogach? Czas najwyższy przypomnieć sobie, co to są zakwasy i wysiłek.

 

Młot usypał pokaźną kupkę petów na ganku. Dopalał ostatniego, jaki mu został, bębniąc palcami po oparciu. Słońce powoli chowało się za wzgórzami, robiąc miejsce lękom. Początkowo, gdy Smok wszedł na plac, nie zobaczył go. Nie było przecież ryku silnika, a z nim wściekłego lub radosnego okrzyku. Tylko śmiertelnie poważny mężczyzna przed czterdziestką, spocony i zmęczony, ale z wyrysowanym na twarzy zawzięciem.

– Co się stało?

– Dorwali Wiedźmę.

– Skurwysyny! – Gdy się trochę uspokoił, zapytał: – Co robimy?

– Zabierasz Majkela i chowacie się na jeden dzień. Nie wracaj do siebie, bo pewnie już tam czekają.

– Pojebało cię. Sam nie dasz rady, niech ta młoda dupa zajmie się Michasiem.

– W życiu nie zostawię syna z głupią wywłoką, która puszcza się za kanapki.

– Słyszałam!

– Weź oboje. Schowajcie się i przeczekajcie. Jest sposób, by wyciągnąć małego.

Więcej nie powiedział, tylko wyminął kumpla i wszedł do środka. Dziewczyna siedziała w zapadniętym fotelu przed spękaną powierzchnią starego telewizora. Przyjęła postawę obrażonej, ale nie zdołała ukryć strachu oraz wyczekiwania, że ktoś mądrzejszy powie jej, co ma robić.

„Taka wolna, kurwa jej mać”, pomyślał gorzko.

Wszedł do pokoiku syna, ale nie zastał go bawiącego się, tylko przygarbionego w rogu łóżka. Schował głowę między nogi obrażony na świat.

– Młody, co jest?

– Nie kochasz mnie.

– Jak możesz tak mówić?

Proste słowa malca wypowiedziane z niezachwianą pewnością, były gorsze od widoku pobitej na śmierć staruszki.

– Kocham cię i zrobię dla ciebie wszystko.

– Chcesz mnie zostawić. Jak mamusia.

Nogi załamały się pod Smokiem. Gdyby nie stał blisko łóżka, upadłby na ziemię. Zwalił się obok Michałka, próbującego jeszcze głębiej wcisnąć się w kąt. Mężczyzna nie potrafił złapać oddechu. Rezygnacja i wściekłość plątały myśli.

– Masz prawo być zły. Dałem dupy. Wybaczysz mi? – Nie dostrzegł żadnej reakcji. – Dobra, słuchaj. W życiu przychodzi taki moment, że mężczyzna musi podjąć trudną decyzję. Miałem już kilka takich momentów i zbliża się kolejny. Boję się, ale muszę to zrobić.

– Jak się boisz, to nie rób.

– Chciałbym, ale jeśli nic nie zrobię, to będzie jeszcze gorzej. To jest taka sytuacja, w której cokolwiek zrobię, ktoś będzie nieszczęśliwy.

– Tak jak wtedy, gdy byłem u babci i dała mi ciasto, i wiedziałem, że jak zjem to będziesz zły, a jak nie zjem to babcia będzie smutna?

– Dokładnie tak. – Uśmiechnął się do syna.

– A nie może ktoś inny wybrać?

– Niestety nie.

Malec spochmurniał i ponownie spuścił głowę. Jednak zamiast płaczu, rysował coś na prześcieradle.

– Tato?

– Tak?

– Kocham cię. Zawsze.

Syn wpadł w objęcia ojca. Jeżeli sytuacja była przygnębiająca wcześniej, teraz ogromny ciężar łamał mu kręgosłup, wyciskał powietrze z płuc i zgniatał serce. Ostatkiem sił powstrzymał się od łez, by nie pokazać słabości. Nie teraz, gdy widzi się z nim pewnie ostatni raz w życiu.

– Musisz coś dla mnie zrobić. Spakuj najważniejsze rzeczy i pojedź z wujkiem i naszą przyjaciółką.

– Ale ja nie chcę! – Cały urok gdzieś prysnął, zastąpiony zasmarkanym nosem i zalanymi policzkami.

– Musisz, bo nasza przyjaciółka się boi. Jesteś już facetem, to ją pocieszysz i ochronisz. Zrobisz to dla mnie?

– Mhm. – Zgodził się niechętnie.

– Super. Tylko się pośpiesz!

Wrócił do salonu, gdzie dziewczyna wciąż nie opuszczała swojego miejsca.

– Jak ci w ogóle na imię?

– Weronika, to znaczy Laleczka.

– Kto ci dał taką ksywkę?

– Nikt, sama sobie wybrałam.

– Idź, pomóż mojemu synowi się spakować.

Wyszedł w chłód zaczynającej się powoli nocy. Świerszcze były dzisiaj jakieś ospałe, albo przerażone. Pewnie to drugie.

– Gdzie twój motor?

– Zostawiłem u Wiedźmy.

– Weźmiesz mój?

– Nie. Dość się najeździłem. Tam, dokąd się wybieram, dostanę się tylko na piechotę.

– To już koniec?

– Koniec był pięć lat temu. Teraz trzeba posprzątać ten burdel.

Objęli się i poklepali po plecach. Młot chciał coś jeszcze powiedzieć, ale się powstrzymał. Wszedł do środka, by nie pokazać łez. Sporo ich dzisiejszego dnia jak na bandę dzikusów bez serca. Smok zapalił fajkę i wszedł w upragniony mrok.

 

Bar wyglądał na opuszczony. Żadnych ludzi, motocykli czy świateł. Ktokolwiek tu mieszkał, porzucił to miejsce dawno temu albo takie wrażenie chciał wywołać. Smok mógł powiedzieć wiele złego o Siuksie, ale niestety nie dotyczyło to jego inteligencji. Szukanie jednego człowieka w całym rezerwacie zajęłoby wiele czasu. Skoro Mahomet nie chce przyjść do góry, góra przyjdzie do Mahometa.

Słońce jeszcze nie wyjrzało zza horyzontu, chyba bojąc się świadkowania temu, co wkrótce miało nastąpić. Smok, czając się w krzakach i rowach, obejrzał dokładnie miejsce przyszłej kaźni. Nikogo, ani niczego nie dostrzegł w bladej poświacie księżyca. Zbliżył się do szopy i zerknął przez szczelinę, ale stalowych rumaków nie było. Pierwszy raz zwątpił, czy aby na pewno czekają na niego. Wtedy przyszedł mu do głowy szalony pomysł. Skoro Siuks spalił mu szopę, on spali jego.

Jak pomyślał, tak uczynił, podkładając ogień pod stertę desek, gdzie wcześniej poupychał gazety i szmaty. Z początku płomyczek strachliwie wyściubiał główkę, ale gdy poczuł się pewnie, szybko przerósł najśmielsze oczekiwania. Okolicę rozjaśniła łuna pożaru, pożerającego starą, drewnianą konstrukcję. Przez cały czas Smok chował się w zaroślach, ale nikt nie wyskoczył do ognia; nie zobaczył najmniejszego ruchu w oknach tawerny. Albo wódz trzymał nad nimi bat, albo faktycznie nikogo nie było.

Cierpliwość mu się kończyła. Odbezpieczył pistolet i podkradł się do ściany. Zerknął przez brudną szybę, ale w dogasającym ogniu niczego nie widział.

„Gdzieście się pochowali, skurwysyny?!”

Zbliżył się do wejścia i z największą ostrożnością, przeklinając serce za zbyt głośne bicie, odrobinę odchylił wrota. Brak skrzypienia uznał za znak, że wybrał właściwe rozwiązanie. Nie dostrzegając niczego podejrzanego, wśliznął się do środka i pamiętając o zdradliwej, drewnianej podłodze, stąpał ostrożnie, omijając niebezpieczne fragmenty. Wszedł do sali, wyostrzając wzrok do granic możliwości. Niespodziewane uderzenie pozbawiło go przytomności.

Obudził się po siarczystym policzku. Otrzepał głowę, próbując się podeprzeć, ale miał wykręcone ręce. Szarpnął się, ale ktoś tylko nacisnął dużo mocniej, wywołując nowy poziom bólu.

– Nigdy bym nie podejrzewał, że będziesz do tego zdolny. Spaliłeś szopę, przychodzisz z pistoletem. – Siuks trzymał jego broń w dłoni. – Jak prawdziwy smok. Dobrze, że motocykle ukryliśmy w innym miejscu. – Zaśmiał się.

– Ty gnido. Co ci zrobiła Wiedźma?!

– Milczała. Chociaż grzecznie pytałem, gdzie cię znaleźć, nie chciała pisnąć ani słowa. Więc użyłem… perswazji. Niestety trochę za dużo. Szkoda, bo trudno tu o lekarza.

– Już nie żyjesz!

– Proszę cię, Smoku. Zachowujmy się cywilizowanie.

– Czy ty w ogóle wiesz co to znaczy?

– Ja wiem, a ty? Zapomniałeś już, jaki jest świat na zewnątrz.

– Dlatego stworzyliśmy ten! Żeby żyć z godnością, kłaść się spać z czystym sumieniem.

Siuks wyprostował się zszokowany i rozejrzał pytająco po zgromadzonych. Gdy skończył, powrócił do Smoka.

– Ty naprawdę nic nie wiesz.

– O co ci chodzi?!

Szarpnął się, ale jak poprzednio nie przyniosło to rezultatu.

– Wasz mały projekt skończył się w dniu, gdy wszedłem na teren rezerwatu. – Widząc brak zrozumienia, kontynuował: – Naprawdę uwierzyłeś, że sponsorzy tak po prostu wyłożyli pieniądze, żeby wasza garstka mogła żyć z dala od świata? Po co w takim razie wszystkie te kamery?

– Dla naukowców i świata, by widzieli, że można inaczej. Kilka kamer czy dronów i tak nie zrobi większej różnicy.

– Kilka?! Jesteś jak dziecko we mgle. Ich są tysiące!

– Ty-siące…

– Kiedy się podcierasz, mały robaczek tylko czeka, by uchwycić gówno spadające do muszli. Technologia poszła do przodu, bracie. Cały świat widzi, kiedy srasz, pieprzysz i dłubiesz w nosie.

– Ale po co?

– Minęło kilka lat, a ty już zapomniałeś, jak działa telewizja?

– Z żadną telewizją się nie dogadywaliśmy!

– Wy nie, ale sponsorzy tak. Program nazywa się „Skansen” i właśnie leci siódma edycja. Problem w tym, że już po pierwszej oglądalność zaczęła spadać. Wtedy wysłano mnie.

– Zdrajca! Przyszedłeś tutaj od początku z zamiarem zniszczenia naszego domu!

– Nie, przyjacielu, to ty z żoną mnie takim uczyniliście. Gdy się zgłosiłem, byłem zagubiony. Nie odnajdywałem się w skostniałej rzeczywistości, gdzie z góry narzucano mi, co mam jeść, kiedy srać i w kim się spuszczać. Przyszedłem tutaj z nadzieją, że życie może być piękne i dzikie. Wystarczyło kilka dni, by zrozumieć, że projekt od początku był skazany na porażkę. Wiesz dlaczego? Bo popełniliście jeden elementarny błąd przy jego tworzeniu. Założyliście, że ludzie są z natury dobrzy. A jest wręcz przeciwnie.

Siuks zniknął gdzieś za murem motocyklistów i powrócił z krzesłem. Zapowiadało się na długą przemowę.

– Prawda jest taka, że tam na zewnątrz już dawno wszyscy by się pozabijali, gdyby nie rządy i koncerny. Obserwują nas i pilnują dwadzieścia cztery godziny na dobę, żebyśmy sobie do gardeł nie skoczyli. W zamian dają się nam obżerać i obniżają odrobinę moralność, byśmy mogli sobie grzeszyć bez wyrzutów sumienia. Zdrada małżeńska? Moja praca jest tak frustrująca, że potrzebowałam odreagować. Hazard? W końcu to ja przyniosłam pieniądze, więc mogę z nimi robić, co mi się podoba!

Smok słyszał osobistą nutkę w słowach wodza.

– W rezerwacie miało być inaczej, ale od razu poczułem to, co wszyscy tutaj. Pozbyliśmy się kagańca. A wiesz co robi dziki zwierz, gdy puścić go na wolność? Szaleje, atakuje i obsikuje wszystko dookoła. – Roześmiał się pod nosem. – Widziałem kilka odcinków. Nie pokazują nas jako bojowników o wolność, niezależnych osadników, którzy ciężką pracą tworzą swoją przyszłość. Pokazują nas jako zwariowanych amiszów, którzy nad traktor wolą motykę, ubierają się w szmaty na zimę, zamiast kupić porządną kurtkę. Pieprzą się w plenerze jak dzikie zwierzęta, którymi na końcu się okazują.

– Więc się dogadałeś. – Przedziwna obojętność spłynęła na Smoka.

– Tak. Skoro koniec projektu był kwestią czasu, postanowiłem się dorobić. Myślisz, że ropa do motocykli, papierosy czy jedzenie dawali za darmo? Nie, bracie. Im więcej lajków, tym więcej korzyści.

– Ten chłopak i dziewczyna to też część przedstawienia? – Złamał mu się głos, gdy zapytał.

– Kto wie? Może ktoś ich podesłał, a może znaleźli jakąś dziurę w murze. To bez znaczenia, bo oto nadszedł wielki finał.

Siuks odłożył pistolet na krzesło i sięgnął po długi, myśliwski nóż. Uśmiechnął się drapieżnie, ale nie zdążył zrobić kroku, gdy coś przykuło jego uwagę. Smok już wcześniej dostrzegł, że robi się jaśniej, ale myślał, że to wschód słońca.

– Rumaki! Ktoś je podpalił!

Kilku członków zerwało się ze swoich miejsc. Smok szukał szansy, lecz Siuks wciąż stał mu na drodze w zbyt licznej obsadzie. Gdy tylko pierwsi wybiegli, rozległy się strzały, a po nich jęki i wrzaski.

– Co do kurwy?

Nagle kule roztrzaskały okna, wpuszczając mroźny powiew do środka. Wszyscy przykucnęli i ten moment wykorzystał Smok. Poderwał się, pchnął Siuksa na bok i doskoczył do pistoletu. Przeturlał się w głąb i strzelając na oślep, wyładował cały magazynek. Leżał chwilę nieruchomo, a gdy w końcu nabrał powietrza i rozwarł powieki, widział wyłącznie pył mieniący się w łunie ognia niedaleko zajazdu. Na podłodze spoczywały niewyraźne kształty, niektóre jeszcze się poruszały. Wstał i szukał. Odwracał każdego, niektórych martwych, innych poważnie rannych, ale żaden z nich nie był Siuksem. Znalazł jedynie jego nóż. Wyszedł na zewnątrz, nie przejmując się pozostałymi. Mogli dla niego zdechnąć, najlepiej w długich męczarniach. Przed budynkiem sytuacja wyglądała podobnie, tylko postrzeleni leżeli na większej powierzchni. Wśród nich zauważył Młota.

– Coś ty kurwa zrobił?!

Przyklęknął przy kumplu, obserwując, jak wypluwa krew, a czerwona plama na piersi powiększa się.

– Miałem… cię zostawić? Nigdy w życiu. Razem… w ogień, bracie.

– Kto?

– Siuks. Zbiegł… do lasu. – Rozkaszlał się i chwycił za ramię Smoka. – Słuchaj, Krzysiu, zapomnij o nim. Weź syna i spierdalajcie stąd. To już koniec. Zostawiłem ich u Wiedźmy. Wiesz, najciemniej pod latarnią.

– Nie miałeś zginąć! – Smok nie potrafił powstrzymać łez. – To miałem być ja.

Młot nie odpowiedział. Zakrztusił się ostatni raz i wywrócił oczami. Smok zaczął uderzać o ziemię pięścią, nie zważając na ból i pękającą skórę. W końcu się uspokoił, zamienił twarz w kamień i zabierając nóż, ruszył w niespokojną i niepewną szarość poranka.

 

Słońce, naiwnie wierząc, że już po wszystkim, powoli wspinało się po wzgórzach. Długi cień ciągnął się przed Smokiem, idącym popękaną i podziurawioną drogą. Adrenalina wyparowała, zostawiając skorupę zmęczenia, strachu i wątpliwości. Szedł jak zahipnotyzowany, skupiając całą siłę w pięści dzierżącej nóż. Zerkał od czasu do czasu za siebie, wypatrując Siuksa, ale nawet jeśli za nim szedł, skradał się niczym rdzenny Indianin. Chwilami pragnienie konfrontacji przybierało takiej siły, że miał ochotę wrzeszczeć na całe gardło, tylko żeby go wypłoszyć. Iskierki rozumu podpowiadały jednak, że niczego by nie osiągnął.

Skręcił w gąszcz drzew, pomiędzy którymi biegła wąska ścieżka, wystarczająco szeroka na motocykl. Ten czekał cierpliwie na podwórzu, lśniąc od rosy, jak rumak pokonujący rzekę. Gdy zbliżył się, przejechał dłonią po lodowatej powierzchni, walcząc z chęcią, by wszystko i wszystkich porzucić, odjeżdżając tak daleko jak to możliwe. Poczuć się znów wolnym. Nie – spuszczonym ze smyczy.

Przystanął przy maszynie i nie rozpoznawał jej. Symbol wolności rozmył się, pozostawiając jedynie chromowaną strzałkę, wskazującą kierunek ucieczki – byle jak najdalej stąd. Motocykl utracił swój wdzięk, a łagodne linie zmysłowości nabrały ostrych kaleczących krawędzi. To nie był anioł, przychodzący na pomoc w ostatniej chwili, tylko demon, porywający z dala od tego, co istotne.

Z wielkim trudem oderwał nogi od błotnistej ziemi i wszedł do budynku.

– Mój Boże, żyjesz!

Weronika zerwała się z kanapy, ale zachowała resztki rozsądku, by przepuścić malca pierwszego. Gdy Michał wbiegł w jego ramiona, zdawał się ważyć tonę. Z trudem ustał na nogach, czując pod palcami miękkie, falujące włosy brudnego złota, ciepłą i delikatną skórę pełzającą pod jego objęciem i szloch. Radości czy smutku?

– Zbierajcie się.

Chłopczyk pognał do kuchni, zostawiając dorosłych samych.

– Gdzie jest ciało?

– Młot przeniósł je na zewnątrz. Czy wszystko z nim w porządku?

– Nie żyje.

Wyszedł przez drzwi, prowadzące z tarasu na trawnik otoczony murem drzew i krzewów. Tam, gdzie schowano drewno na zimę, z boku siedziała nieruchomo postać. Przykucnął obok i chwycił za ramię, ale cofnął dłoń, gdy poczuł nieprzyjemny chłód. Jęknął cichutko i wstał. W tej samej chwili, gdy rozległ się przeraźliwy wrzask przed domem.

Przeciął salon i z rozpędem wyskoczył z korytarza wprost w kałużę przed domem. Wrzeszczała Wiktoria, chociaż paradoksalnie nic jej nie groziło. Inaczej było z Michałkiem. Mały trząsł się i próbował wyrwać z objęć Siuksa, ale równie dobrze mógłby próbować przegryźć betonowy mur. Wódz trzymał nóż blisko malca, uśmiechając się zbyt mocno jak na swój stan. Twarz miał umorusaną popiołem i krwią, a włosy poszarpane i posklejane błotem. Pierwszy raz w życiu autentycznie przypominał Indianina, do tego na drodze wojennej.

– Wyszedłeś bez pożegnania.

– To ty uciekłeś. Szukałem cię. – Smok ścisnął rękojeść noża.

– Wszystko musiałeś skomplikować. Było naprawdę dobrze, siedziałeś w swojej norze ze szczeniakiem i nikomu nie zawadzałeś. Po co wyściubiłeś nos?

– Żeby sprawdzić czy nie rozpierdoliłeś do końca tego, co zbudowaliśmy razem z Elizą.

– Hy, w takim razie mogłeś powalczyć trochę mocniej pięć lat temu.

– Zamknij się!

– Czyżbym powiedział coś nie na miejscu? Wybacz, jeśli wzmianka o śmierci twojej żony cię wkurzyła. Przyznam się, że bardzo tego żałuję. Nie zdążyłem jej wyruchać, zanim rozwaliłeś jej łeb. A, a, a!

Siuks zrobił dwa kroki do tyłu, mocniej zaciskając ramię na dziecku, kiedy Smok podbiegł. Majkel zapiszczał i zapłakał. Gardło ojca wyschło na wiór.

– Co zamierzasz zrobić?

– Dokończyć to, co zacząłem. Myślałem, że to oczywiste.

– Nie przemyślałeś wszystkiego. Zabijesz mi syna i co potem? Naprawdę wierzysz, że masz ze mną szansę jeden na jednego?

– Pokonałem cię za pierwszym razem.

– Co ty pierdolisz?! Inni ci pomogli. Tylko dlatego wtedy wygrałeś.

Siuks zawahał się, oblizując usta, językiem ścierając uśmiech.

– Jestem dostatecznie zmotywowany.

– Wystarczająco, by pokonać zrozpaczonego, żądnego zemsty ojca? – Zrobił dwa kroki do przodu.

– Stój, albo zajebię gnojka na twoich oczach!

– Nie zrobisz tego.

– Założymy się?!

– Błażej, masz dwa wyjścia z tej sytuacji. Możesz zabić niewinne dziecko, po czym samemu trafić do piekła, gdy z tobą skończę.

Smok mówił spokojnie, ale stanowczo. Nawet się nie zająknął, gdy Siuks mocniej ścisnął Michasia.

– Albo możesz to przeżyć i się nieźle wzbogacić.

– Niby jak?

– Zależy mi wyłącznie na bezpieczeństwie Majkela. Jeśli pozwolisz mu opuścić rezerwat, zostanę i dalej będę odgrywał twoją szopkę. Pociągniesz program jeszcze kilka sezonów, a na końcu dopadniesz mnie z tymi, którzy przeżyli tę noc. Wygrasz, zarobisz i jeszcze się na mnie zemścisz.

– Nie wierzę ci. Jak tylko się odwrócę, wbijesz mi nóż w plecy.

– Nie jestem taki jak ty. Ale w porządku, pojedziemy razem do Celnika. Weźmiesz chłopca, ja pojadę z Wiktorią na drugim motocyklu.

Nienawidził się z całych sił. Nie wierzył, że słowa w ogóle dały radę opuścić gardło. Ale zrobi wszystko, by ocalić syna. Siuks wahał się. Walczył w nim gniew i chciwość. Które zwycięży?

– Niech będzie.

Smok wypuścił powietrze nieznacznie i skierował się do małej szopki z boku. Wiktoria zdezorientowana poszła za nim.

– Co ty robisz? Oddasz syna temu potworowi?

– Masz lepszy pomysł? To się zamknij! Pomóż mi.

Smok zerwał narzutę, wzbijając w powietrze chmurę kurzu. Pod spodem czekał motocykl, nadgryziony przez czas i zapomnienie. Plamy rdzy szpeciły niegdyś delikatną, stalową klacz. Ulubioną Elizy. Pogłaskał ją, jak dawno niewidzianego konia, poklepał po zadzie i podrapał za uszami. Dosiadł delikatnie i przekręcił kluczyk. Maszyna odpaliła – Wiedźma musiała do niej zaglądać przez te wszystkie lata. Odetchnął z ulgą i przesunął się, robiąc miejsce dziewczynie.

– Jaki jest plan?

– Gdy spotkamy Celnika, weźmiesz Majkela i razem opuścicie rezerwat.

– Nie chcę odchodzić. – Brakowało przekonania w tym zdaniu. Dziecko spróbowało zbuntować się po raz ostatni.

– Daruj sobie. Musisz zająć się moim synem.

– Ale…

– Albo to, albo zginiesz tutaj, najpierw zgwałcona przez każdego, któremu stanie.

Ciszę uznał za zgodę i z hukiem opuścił szopkę. Akurat w chwili, gdy maszyna Smoka zjechała ze wzgórza z Siuksem i Michasiem na pokładzie. Smok całą drogę drżał. Bez przerwy nawiedzały go wizje, jak źle to wszystko może się potoczyć. Siuks zmieni zdanie i zrzuci dziecko z maszyny z nożem w szyi. Wjadą w dziurę i wypadną z drogi. Poprowadzi ich do miejsca, gdzie czekają Świeżaki i zatłuką ich. Dogadał się z Celnikiem i gdy tylko wytoczy się ze swojej budki, powystrzela każdego.

Trzymał się tuż za wodzem, z trudem samemu kierując między wyrwami w nawierzchni. Wolał zginąć niż oglądać śmierć syna.

– Jestem w ciąży.

Powiedziała to tak spokojnie, jakby ogłaszała, że skończyła sprzątać. Stała w oknie kuchni, zerkając na równo wytyczone grządki, gdzie powolutku kiełkowały posadzone nasiona.

– Żartujesz.

Nie uwierzył z początku. To nie tak, że nie chciał dzieci, ale skupił się na projekcie i w ogóle o tym nie myślał.

– Nie chcesz mieć syna?

– Skąd wiesz, że to syn?

– Po prostu wiem.

Spuściła głowę i pogłaskała się po brzuchu. Zaszedł ją od tyłu i przytulił.

– Kocham cię. Chcę mieć syna. – Pocałował ją w kark, wywołując gęsią skórkę.

– Przestań! Wiesz, że to mnie łaskocze. – Lecz zamiast złości, widział rozbawienie. To nagle zniknęło.

– Musisz mi coś obiecać.

– Cokolwiek.

– Mówię poważnie! – Zaskoczyła go stanowczością. - Obiecaj mi, że nawet jeśli projekt nie wypali, świat się skończy, ludzie zaczną chodzić tyłem, a zwierzęta mówić ludzkim głosem, cokolwiek by się nie działo, ochronisz nasze dziecko.

– Obiecuję.

– Przysięgnij!

– Przysięgam na moje życie.

– I na moje.

– Dobrze. Przysięgam na moje i twoje życie.

Zajechali na kawałek betonowego placu przed pordzewiałą, wgniecioną w wielu miejscach bramą. Siuks zaparkował tuż przy niej, Smok kilka metrów dalej. Stoczyli się z motocykli, obserwując się jak rewolwerowcy w samo południe. Żaden nawet nie drgnął, gdy mała furtka odskoczyła z hukiem i przeszedł przez nią Celnik.

– Co tu się, kurwa, dzieje?!

– Mieliśmy umowę.

– Miałeś go zabić, a nie przyprowadzać pod bramę!

– Zabierz Michasia i Wiktorię.

– Nigdy w życiu.

– Zrobisz to! W zamian pociągnę przedstawienie jeszcze jakiś czas. Siuks, puść mojego syna.

Gdy tylko uścisk zelżał, mały spróbował się wyrwać, ale nie dał rady. Smok postąpił do przodu, ale powstrzymał się, gdy wódz wyciągnął nóż.

– Dotrzymam umowy, ale ze smarkaczem się nie pożegnasz. Zabierz go.

Podał Michasia Celnikowi, który nie pozwolił mu się zerwać. Smok musiał przełknąć gorzką pigułkę, wysłuchując płaczu syna i błagania, by go zabrał. Zdążył jeszcze pochwycić dziewczynę.

– Obiecaj mi, że się nim zaopiekujesz.

– Jak długo?

– Ile będzie konieczne.

– Obiecuję.

Odpowiedziała po chwili, ale wiedział, że nie kłamie. Nie odwróciła wzroku, gdy mówiła i zobaczył iskierki w jej spojrzeniu.

Zniknęła pierwsza, potem Celnik z jego synem. Wiedział, że każdej następnej nocy przyśni mu się mała rączka, desperacko chwytająca za krawędź bramy oraz umorusana twarzyczka, wykrzywiona w przerażeniu i wołająca błagalnie tatę. Spojrzał na nóż i zapragnął wbić go w pierś. Zakończyć to wszystko i uniknąć cierpienia. Gdzieś w oddali poniósł ryk silników.

– Wygląda na to, że zakończymy program szybciej, niż chciałeś. – Siuks uśmiechał się z satysfakcją.

Smok spojrzał za siebie i zobaczył powoli rosnące kłęby kurzu. Kto to mógł być? Ocaleni z rzezi czy Świeżaki? To było bez znaczenia, nie miał już żadnych sojuszników. Pozostał sam, zaszczuty, okradziony ze wszystkiego, co w życiu cenił. Zagonili go w róg.

Spojrzał na Siuksa i wskoczył na motocykl. Dodał gazu i pomknął w przeciwnym kierunku. Zanim zdechnie, pokąsa ich jeszcze trochę. Jak Bóg, lub inna potężna istota pozwoli, zobaczy jeszcze syna. Nie w tej, to może w innej rzeczywistości.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Ogólnie, historia ciekawa. Tylko nie bardzo rozumiem podwaliny “projektu”. Jeśli pomysłodawca ma doktorat, to chyba powinno być naukowo. Ale co niby testują? I coś mało kumaty ten bohater. Nie zastanawia się, skąd bierze się benzyna albo naboje do broni? Czy ekosystemu szlag nie trafił po wytępieniu zwierząt? Świat wygląda na bardzo męski i wojowniczy. Jakoś nie mogę uwierzyć w jego autarkię.

Fabuła na plus.

Weronika czy Wiktoria?

– Gdzie leziesz? Wilki cię d nocą opadną.

Lepiej byłoby “dokąd”. W końcu mówiący te słowa ma jakieś wykształcenie. W drugim zdaniu coś się posypawszy.

– Wystarczająco, by pokonać zrozpaczonego, rządnego zemsty ojca?

Ojjj. Paskudny ortograf.

Babska logika rządzi!

Projekt “Wolność” to mała grupa ludzi, odciętych od cywilizacji, żyjących wyłącznie z tego, co sami wyhodują. Taki powrót do pierwszych osadników.

Czy niekumaty? Smok wiedział, a przynajmniej tak myślał, bo przecież cały czas żył ze świadomością, że projekt mimo wszystko jest jego i to sponsorzy dostarczają potrzebne rzeczy. To, że są to narkotyki i naboje wynika ze zmiany władzy, gdyż Siuks nie prowadzi pokojowych rządów. Poza tym w tle dzieje się tragedia – traci żonę i władzę, więc po czymś takim już niewiele go interesuje.

Ekosystem? Myślę, że w obrębie osady to nie jest aż taki problem. Z resztą wspominam zaledwie o kilku gatunkach, a i pojawia się wzmianka o dziurze w murze, przez który mogłyby wejść zwierzęta.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Ale po tych facetach nie widać, że codziennie grzebią w ziemi, że w pocie czoła uprawiają kukurydzę i hodują świnie. Zachowują się, jakby mentalność mieli całkiem inną. Nie siedzą godzinami przy krosnach, tkając materiał na nową koszulę, nie lepią garnków, nie robią butów (z czego zresztą, skoro wytępienie zwierząt to takie coś robione dla sportu?). Mężczyźni strzelają, gwałcą i prowadzą wojenki, a kobiety dają ciała.

Mamy gang, wyglądający jakby potrzebne rzeczy zabierał. Tylko komu? A pomysłodawca nie zdaje sobie z niczego sprawy. Przecież sponsorzy muszą co tydzień dostarczać całe ciężarówki produktów. I to już od początku projektu.

Babska logika rządzi!

Nie robią tych rzeczy, bo, jak próbowałem przekazać, a nawet w kilku miejscach napisałem wprost, projekt szlag trafił około pięć lat wcześniej. W efekcie przedstawiona w opowiadaniu grupa lebruje, pije i ćpa, okazyjnie uprawiając nie zawsze za obopólną zgoda seks. CO NIE ZNACZY, że są jedyni. Istnieją jeszcze inni osadnicy, którzy sobie jakoś radzą, mają trzodę chlewną (nie pisałem nic o zabijaniu świń i krów), coś uprawiają. Nie pisałem o nich, bo zwyczajnie nie byli ważni dla historii.

Pomysłodawca przeżył tragedię. Stracił żonę i to w bardzo brutalnych okolicznościach, jednocześnie została mu odebrana władza nad projektem. Oczywiście są ludzie, którzy w takiej sytuacji rzuciliby wszystko w pi… i porzucili projekt. Ale ja inaczej wybrałem dla Smoka. Zmusiłem go, by został, zaopiekował się synem, kierowany tęsknotą do żony, którą, być może, pochowano na terenie osady. Wciąż przebywał tam jego przyjaciel Młot i teściowa Wiedźma, a więc całkiem sporo powodów, by zostać. Powinien walczyć do końca? Może powinien, może nawet próbował, ale nie miał władzy, a pozostali woleli Siuksa i jego wizję. Jednak nie opisywałem tych wszystkich zawiłości i wydarzeń, gdyż zwyczajnie uznałem je za niepotrzebne.

Może to mój błąd, a może zwyczajnie te elementy są niepotrzebne dla historii. Widocznie, droga koleżanko, wolałabyś, jakbym więcej napisał o projekcie. Tych różnic jednak nie pogodzimy, chociaż na pewno zapamiętam twoje uwagi na przyszłość :)

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Całkiem zajmujące opowiadanie, czytało się nieźle, ale wydaje mi się, Skullu, że nie do końca przemyślałeś projekt, w którym kazałeś uczestniczyć bohaterom. Całe przedsięwzięcie budzi we mnie wyłącznie zastrzeżenia i niewiarę. Podpisuję  się pod wszystkimi zarzutami i pytaniami Finkli, a od siebie dodam, że jakoś nie bardzo chce mi się wierzyć, że w zadaniu uczestniczyli sami mężczyźni.  

Ciekawi mnie też, co przez sześć lat oglądali telewidzowie, skoro, jak zrozumiałam, poza piciem, ćpaniem, gwałceniem złapanych dziewczyn i jeżdżeniem motocyklami, ci ludzie nic nie robili.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Jej głowa ska­ka­ła z syna na ojca. – Chciałabym to zobaczyć. ;-)

Podejrzewam, że to raczej wzrok skakał, głowa mogła się obracać.

 

Smród i stan kwa­li­fi­ko­wa­ły go jako „zdat­ną do no­sze­nia”… – Literówka.

Piszesz i T-shircie, a ten jest rodzaju męskiego.

 

z prze­tar­ty­mi ko­za­ka­mi w ręku… – Co to znaczy, że kozaki były przetarte? Kozaki można przetrzeć szmatką i też będą przetarte. Czy chodzi o to, że były zniszczone?

 

Stary Har­ley za­krztu­sił się kilka razy… – Stary har­ley za­krztu­sił się kilka razy

 

ma­luch po­gnał do taty i dał się po­sa­do­wić na prze­dzie. – Raczej: …ma­luch po­gnał do taty i dał się usa­do­wić/ posadzić na prze­dzie.

 

ze środ­ka wy­szła umo­ru­sa­na sta­rusz­ka w prze­rze­dzo­nych, si­wych wło­sach, lekko skrę­co­nych i za­wią­za­nych chu­s­tą z tyłu. – Jak się chodzi we włosach?

Proponuję: …ze środ­ka wy­szła umo­ru­sa­na sta­rusz­ka prze­rze­dzo­nych, si­wych i lekko kręconych wło­sach pod zawiązaną z tyłu chustką.

Jeśli chusta przykrywała włosy, to chyba nie można było zobaczyć, czy są lekko kręcone i przerzedzone.

 

Gdy mo­to­cy­kli­ści ob­ró­ci­li ma­szy­ny… – Obracali maszyny, czy zawrócili/ zrobili nawrót?

 

sku­pie­ni w gru­pie jak kury na grząd­ce… – …sku­pie­ni w gru­pie jak kury na grzędzie

Grządki są w ogródku.

Skoro byli jak kury na grzędzie, czyli stali jeden obok drugiego, w rzędzie, to nie wiem czy można powiedzieć, że byli skupieni w grupie.

 

Z po­cząt­ku nic nie wi­dzie­li, wkra­cza­jąc w pół­mrok po­za­my­ka­nych okien­nic. – Wydaje mi się, że wkroczyli w półmrok pomieszczenia, nie okiennic.

Może: Z początku nic nie wiedzieli, pozamykane okiennice sprawiły, że w pomieszczeniu panował półmrok.

 

Pew­nie nie wiele już wi­dzia­ła przez spuch­nię­te oczy. – Oczy nie puchną.

Proponuję: Miała tak spuchnięte powieki, że pew­nie niewiele już widziała.

 

Wy­szar­pał pi­sto­let i wy­pa­lił pro­sto w twarz. – Raczej: Wy­szar­pnął pi­sto­let i wy­pa­lił pro­sto w twarz.

 

Wódz za­wo­łał na krę­pe­go przy­ja­cie­la Smoka.Wódz za­wo­łał krę­pe­go do przy­ja­cie­la Smoka. Lub: Wódz za­wo­łał krę­pe­go przy­ja­cie­la Smoka.

 

Wtedy nad brze­giem spo­koj­ne­go nurtu, w cie­niu głę­bo­kiej zie­le­ni, od­dzie­la­ją­cej ich od tu­ry­stów, zro­dzi­ły się dwa pro­jek­ty. Tylko jeden z nich oca­lał i wła­śnie z nie­wpraw­ną miną zło­ści mor­do­wał po­krzy­wy. – Co to znaczy, że projekt z miną złości mordował pokrzywy? ;-)

 

Z resz­tą długo nie po­ży­ję, a co potem?Zresz­tą długo nie po­ży­ję, a co potem?

 

Sa­dzi­my ziar­no, które wy­ro­śnie… – Ziarna się nie sadzi, więc: Siejemy ziar­no, które wy­ro­śnie…

 

- W końcu się uśmiech­nę­ła. - To, co dzi­siaj… – Zamiast dywizów powinny być półpauzy.

 

Obej­mo­wa­ła się, ocie­ra­jąc ra­mio­na. – Raczej: Obej­mo­wa­ła się, pocie­ra­jąc ra­mio­na.

 

Ze­rwał kurt­kę z opar­cia i jej rzu­cił. Ubra­ła z wdzięcz­no­ścią… – Raczej: Ze­rwał kurt­kę z opar­cia i rzu­cił jej. Przyjęła z wdzięcz­no­ścią i ubrała się

 

Od­rzu­cam nie­wo­lę u wiel­kich kon­cer­nów, rzą­dzą­cych świa­tem.Od­rzu­cam nie­wo­lę w wiel­kich koncernach, rzą­dzą­cych świa­tem.

 

Ko­szu­la tliła się na rę­ka­wie, ale naj­waż­niej­szy był rumak. – Raczej: Rękaw koszuli tlił się, ale naj­waż­niej­szy był rumak.

 

Ob­ser­wo­wał pło­mie­nie, do­pó­ki cał­kiem nie zma­la­ły… – Raczej: Ob­ser­wo­wał pło­mie­nie, do­pó­ki cał­kiem nie zanikły

 

– Chcesz wojny, to ją do­sta­niesz – wy­szep­tał pod nosem. – Wojny nie można dostać.

Proponuję: – Chcesz wojny, to będziesz ją miał – wy­szep­tał pod nosem.

 

– To, że nie mamy kom­pu­te­rów i in­ter­ne­tu… – – To, że nie mamy kom­pu­te­rów i In­ter­ne­tu

 

Zanim od­pa­lił ma­szy­nę, po­ka­zał ka­me­rom środ­ko­we­go palca. – …po­ka­zał ka­me­rom środ­ko­wy palec.

 

roz­le­wa­ją­ce się zgni­ło-śliw­ko­wą barwą wokół pępka. – …roz­le­wa­ją­ce się zgni­łośliw­ko­wą barwą wokół pępka.

 

Odło­żył ją, po­pra­wia­jąc ubra­nie i zmierz­wio­ne włosy. – Raczej: Poło­żył ją, po­pra­wia­jąc ubra­nie i zmierz­wio­ne włosy.

 

Je­że­li było mu cięż­ko wcze­śniej, teraz ogrom­ny cię­żar łamał mu krę­go­słup… – Czy to celowe powtórzenie?

 

Tam, gdzie się wy­bie­ram, do­sta­nę się tylko na pie­cho­tę.Tam, dokąd się wy­bie­ram, do­sta­nę się tylko na pie­cho­tę.

 

Żad­nych ludzi, mo­to­cy­klów czy świa­teł.Żad­nych ludzi, mo­to­cy­kli czy świa­teł.

 

My­ślisz, że ropa do mo­to­cy­kli, pa­pie­ro­sy czy je­dze­nie da­wa­li za darmo? – Literówka.

 

To bez zna­cze­nia, bo o to nad­szedł wiel­ki finał.To bez zna­cze­nia, bo oto nad­szedł wiel­ki finał.

 

Po co wy­ściu­bi­łeś nosa?Po co wy­ściu­bi­łeś nos?

 

wi­dział roz­ba­wie­nie. Te nagle znik­nę­ło. – …wi­dział roz­ba­wie­nie. To nagle znik­nę­ło.

 

- Obie­caj mi, że nawet jeśli pro­jekt nie wy­pa­li… – Zamiast dywizu powinna być półpauza.

 

Sto­czy­li się z mo­to­cy­klów, ob­ser­wu­jąc… – Sto­czy­li się z mo­to­cy­kli, ob­ser­wu­jąc

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za uwagi i wskazane błędy. Niestety, jak zwykle, znalazło się ich sporo :(

 

“a od siebie dodam, że jakoś nie bardzo chce mi się wierzyć, że w zadaniu uczestniczyli sami mężczyźni.“

Czy ja gdzieś napisałem, że w eksperymencie brali udział wyłącznie mężczyźni? A Wiedźma, Wiktoria?

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Wiedźma była stara. Wiktoria sama przyszła, nie uczestniczyła w projekcie.

Miałam na myśli początek eksperymentu – wtedy była tylko Eliza i jej matka, a nie wydaje mi się by Wiedźma była czyjąś żoną/ partnerką. Po prostu nie chce mi się wierzyć, że spora grupa mężczyzn dobrowolnie zdecydowała się na kilkuletnie życie bez kobiet.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zwłaszcza, że na mnichów nie wyglądali… ;-)

Babska logika rządzi!

Wciąga, choć miejscami przegadane. Przyznam szczerze, że w przeciwieństwie do przedpiśczyń nie mam problemu z logiką projektu/programu. Wg mnie stworzyłeś świat paskudny ale wiarygodny.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Dochodzę do wniosku, że zdecydowanie za mało napisałem o projekcie. Może w tekście wspominam tylko o trzech kobietach, jednak nie wykluczyłem większej ich ilości, po prostu o nich nie wspomniałem. Projekt nie zaczął się od małej grupy ludzi ze znaczącą przewagą mężczyzn, ale najwyraźniej tak został odebrany.

No nic, uczę się całe życie :)

 

@Fleurdelacour:

Wlałaś odrobinę ciepła w moje serce :)

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Jest parę rzeczy, gdzie imho trochę szwankuje logika i zabrakło mi paru wyjaśnień, ale czytałam z zainteresowaniem. Duży plus za przedstawienie pozytywnej i wiarygodnej relacji zięć-teściowa, szczerze zrobiło mi się jej żal pod koniec.

Wilki cię d nocą opadną. – tu wciąż nie poprawiłeś

 

Nie robią tych rzeczy, bo, jak próbowałem przekazać, a nawet w kilku miejscach napisałem wprost, projekt szlag trafił około pięć lat wcześniej. W efekcie przedstawiona w opowiadaniu grupa lebruje, pije i ćpa, okazyjnie uprawiając nie zawsze za obopólną zgoda seks. CO NIE ZNACZY, że są jedyni. Istnieją jeszcze inni osadnicy, którzy sobie jakoś radzą, mają trzodę chlewną (nie pisałem nic o zabijaniu świń i krów), coś uprawiają. Nie pisałem o nich, bo zwyczajnie nie byli ważni dla historii.

Nie zgadzam się z tym – z ostatnim zdaniem. Brak odpowiednich wzmianek skutkuje uwagami takimi, jak Finkli, z którymi z kolei w pełni się zgadzam. Dodam jeszcze, że skoro faktycznie są tam inni, którzy żyją “normalnie”, to jakoś nie wyobrażam sobie tej normalności (nawet w sensie projektu), skoro banda Siuksa tylko się bawi tak, jak się bawi. Bo nie uwierzę, że innych osadników pozostawiali w spokoju przy zaprezentowanym podejściu.

 

Jeszcze jedno – nie łapię projektu jako takiego. Bo chęć zamieszkania z dala od cywilizacji mogła jak dla mnie mieć dwa powody:

– naukowy – faktycznie doktorek z żoną i może jeszcze kilkoma osobami chcą stworzyć projekt naukowy, który będzie badał zachowanie, relacje itp. takiej grupki osadników – ale wtedy muszą być osoby, które te obserwacje prowadzą, też wewnątrz i jeśli Smok był szefem projektu, to musiałby mieć jednak nieco większy wpływ na cokolwiek, a nie żeby zamykał się w rezerwacie i odcinał od wszystkiego. A tak na samym początku poznajemy go jako menela, który z fajką i piwem… chciałam napisać dupczy, ale nawet i tego mu się nie chce, tylko siedzi i czeka, aż laska sama wszystko zrobi;

– własne poczucie wolności – chcieli z żoną mieszkać w “dziczy”, żyć z tego, co sami wyhodują itd. – ok. Tylko po co tu z kolei jakikolwiek projekt i sponsorzy, którzy cokolwiek dostarczają do rezerwatu? Jeśli chcieli uciec od cywilizacji, to mogli to zrobić tak po prostu – wyjechać w głuszę, kupić kawałek ziemi i z niej żyć. Bo nie ma z kolei żadnej wzmianki w tekście, że takie zwykłe zachowanie nie było możliwe.  

 

Żeby nie było, że tylko marudzę, to przyznaję, że gdyby na powyższe mocno przymknąć oko, to jest to dobry tekst. Napisany mocnym, ale dopasowanym do treści językiem. Czytało mi się płynnie, czułam klimat beznadziei. Nie polubiłam początkowo Smoka, bo pierwsze wrażenie zrobił fatalne, ale zrehabilitował się nieco strzelając do dziewczyny i w końcu trzymałam za niego kciuki. Podobała mi się jego relacja z teściową, a raczej jej do chłopa i obecnego życia podejście.  

Bardzo podobały mi się wzmianki o motorach-rumakach – to w jaki sposób o nich pisałeś. Dla mnie to są frazy i zdania perełki. 

 

Z jednej strony bym kliknęła, ale z drugiej powstrzymują mnie wspomniane zastrzeżenia. Muszę to przemyśleć. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Podpowiem, że ja bym klikała, gdyby nie ortograf. :-)

Babska logika rządzi!

No popatrz, wciąż nie poprawione. Tak mnie wciągnęło, że nawet nie zauważyłam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No i na co Autor czeka, hę?

Babska logika rządzi!

Jeśli na oklaski, to akurat  w takim przypadku ich nie będzie…

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wszystkie błędy poprawiałem na bieżąco, a szczególnie już wspomniane, więc nie mam pojęcia, dlaczego wciąż były w tekście, ale teraz już powinno być dobrze :)

 

@śniąca:

Już wcześniej przyznałem, że projekt opisałem zbyt lakonicznie i niejasno. Osobiście, zanim opublikowałem tekst, powiedziałbym, że było lakonicznie, ale Ty oraz pozostałe czytelniczki dodałyście “niejasno”. I przyznaję wam rację. Potrzebne jest spojrzenie z zewnątrz, a nawet kilkanaście, by pewne sprawy sobie uzmysłowić. Na swoją obronę mogę jedynie powiedzieć, że sprawa projektu miała być jedynie tłem, dla historii Smoka i jego syna, stąd takie a nie inne podejście.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Niech Ci będzie, od rana łazi za mną ten tekst. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ciekawe opowiadanie, czytało się bardzo dobrze, choć i ja muszę przyznać, że idea projektu budzi wątpliwości. Przede wszystkim, rzuciła mi się monotonia – wiem, że ludzi kręci dupczenie i strzelaniny (a w przyszłości może być tylko gorzej…) jednak ciągnąć to tyle czasu, pompować w to pieniądze… Wątpię.

Samej historii oczywiście to nie przeszkadzało – jest klimatycznie, akcja umiejętnie poprowadzona, kilka postaci całkiem nieźle zarysowanych (przewodzili oczywiście Smok i Siuks). Zawiodłeś trochę, w mojej opinii, konstrukcją Wiedźmy – pełniła ważną rolę, była swego rodzaju symbolem, jednak nie udało Ci się nadać jej życia, śmierć kobiety zbyłem ziewnięciem ;(

A dziwne to o tyle, że sama akcja w napięciu trzymała :/

Kobiety uprzedmiotowione, bój się, by Naz tu nie przybyła, bo kazanie Cię nie ominie. Ja to potraktowałem jako element świata, chociaż Weronika/Wiktoria zasłużyła chyba na trochę lepsze traktowanie… Trochę mi jej żal było, gdy ten Smok cały czas tylko warczał ;P

Zredaguj też jej imię – jak wskazała Ci Finkla, na początku pojawia się Weronika, później Wiktoria…

 

Generalnie, lekturę uważam za przyjemną, a choć odkrywczą fabułą nie uraczyłeś, nadrabiasz gęstym, ponurym klimatem. Warsztat niezły, interpunkcja tylko sporadycznie wybija z rytmu – stawiam znak jakości.

 

Tyle ode mnie, na koniec kilka uwag. Nie są to, w większości, błędy sensu stricte, zapewne nie warto ich nawet poprawiać, ale warto byś się pochylił nad tymi kwestiami i wziął pod uwagę w przyszłości ;)

Jednak przyjemna ciasnota drobnej i szczupłej kochanki przyjemnie mrowiła, powstrzymując jakiekolwiek szyderstwa i komentarze.

powtórzenie

Gdy wyjechali na otwartą przestrzeń, opuszczając gęste lasy, obsiadły ich drony. Małe, pokraczne ptaszyska brzęczały nad głowami, kierując jedyne oko na motocyklistów.

Przypomniał sobie niedowierzanie tych, którzy porzucali swe domy. Pukali się po czole na ich widok, wieszcząc rychły koniec.

A tutaj przykłady osobników w liczbie mnogiej, które mają “wspólną”, pojedynczą cechę… Wiadomo o co Ci chodziło, ale wydaje mi się, by wkroczyć na wyższy poziom literacki, powinieneś takich rzeczy unikać.

– Czy to moja nowa mamusia?

Nagle gdzieś z tyłu dobiegł dziecięcy głosik na granicy snu i płaczu. Mężczyzna wychylił się przez smukłą linię żeber, by zobaczyć, cóż to za cudo.

Problemem tutaj jest fakt, że linia dialogowa występuje zaraz po scenie ruchanka. Pierwsza mglista myśl jest taka, że powiedział to… Smok, a to przecież bez sensu. W ułamek sekundy można przeczytać następne zdanie i wszystko staje się zrozumiałe, ale gdybyś wspomniane zdanie umieścił przed dialogiem tekst nabrałby przejrzystości. Ten element również występuje w kilku miejscach.

Smok zaciskał szczękę, szarpiąc motorem pomiędzy wyrwami w drodze.

“Zęby”. Albo kolokwialnie – “szczęki”, bo choć anatomicznie żuchwa nie jest tak nazywana, jest to bardziej czytelne.

Świeżaki jak kury na grzędzie, palili skręty i zerkali na przybyłych spod byka. Zignorowali te spojrzenia i przekroczyli ręcznie ciosaną, zjedzoną przez korniki futrynę. Z początku nic nie widzieli, wkraczając w półmrok pomieszczenia. Lecz po obleśnych śmiechach Smok spodziewał się najgorszego.

– Chociaż należą ci się punkty za odwagę i złamanie zasad, to jednak musimy ich przestrzegać.

Tutaj dwie kwestie:

– taki opis sprawia, że “zignorowali” odniosłeś do “świeżaków”, a nie “przybyszy”. Oni są tematem zdania poprzedniego i trochę to pokręciło odbiór… Podobnie z tymi “zasadami”

– “lecz” służy raczej jako łącznik. Oczywiście możesz zacząć od tego zdanie, ale jeśli nie zrobisz tego dobrze, wyjdzie koślawo, jak tutaj…

Wszystko robimy za zgodą rządu, szukaliśmy sponsorów, którzy sfinansują wyprowadzkę mieszkańców.

Zatrzeszczało, zadymiło i płomienie niestrudzenie rozchodziły się po dachu.

“robiliśmy”, “rozeszły się”. Nie mieszaj czasów.

– Byłabyś bezpieczna, miała opiekę medyczną, jedzenie i kogoś bliskiego.

“miałabyś”

– Nie miałeś zginąć! – Smok nie potrafił powstrzymać łez. – To miałem być ja.

Taka niekonsekwencja w prezentowaniu emocji. Dlaczego drugiego zdania też nie kończysz wykrzyknikiem? Takie, nie oszukujmy się – pierdoły, burzą trochę immersję ;(

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przede wszystkim serdecznie dziękuję, że doceniłaś moje opowiadanie. Co do uwag, nawet nie będę próbował z nimi dyskutować, bo są jak najbardziej celne.

Odniosę się za to do monotonii. Uważam się za człowieka inteligentnego i tak też postrzegam czytelników, dlatego nie dziwię się, że tak wiele osób nie dostrzega sensu w kontynuowaniu tego samego schematu przez kilka sezonów. Ale proszę w takim razie wytłumaczyć mi sukces “Mody na sukces”, kolejne sezony Gessler odnawiającej restauracje. Master Chef? Ile można?!

Tak więc, obawiam się, że program, w którym bez przerwy strzelają i dupczą, mógłby cieszyć się wieczną, niegasnącą popularnością.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

To jest jakiś argument… W końcu w piłce nożnej też w kółko to samo, bramki ciągle dwie, a miliony ludzi oglądają i się ekscytują. Nawet niezły przemysł bukmacherski mógłby na tym wyrosnąć.

Babska logika rządzi!

dziękuję, że docenił moje opowiadanie.

Ogarnij się, chłopie! Jestem Count, nie Countess! ;P

 

Masz rację, ludzie są tak prymitywni, że każdy kit im wciśniesz i będą chłonąć… tylko że większość prozy do tego “kitu” nie należy, więc nie masz co liczyć na poczytność wśród takich odbiorców, Skull ;)

A inteligentny czytelnik, jak mi się wydaje, nie wzgardzi krótkim spojrzeniem na społeczeństwo spoza “Skansenu”, ukazanie ich stagnacji, wręcz uprymitywnienia (wow! Ale fajne słowo mi wyszło! ;D ). Byłby fajny kontrast, a zarazem większa wiarygodność całości ;)

Przyznaję jednak – argument jest trafny.

 

Finklo, JAK MOGŁAŚ! ;(

Ja lubię piłkę nożną…

Choć ostatnio, gdy przynudzają na boisku, zdarza mi się urozmaicić czas jakąś książką ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

A całkiem łatwo. Lubię sport, ale nie oglądać. Patrzenie, jak ktoś inny się bawi, uważam za nudne i frustrujące.

No, nie gniewaj się. :-)

Babska logika rządzi!

Pytanie natury administracyjno-technicznej: czy po publikacji tekstu komentarze z betalisty są widoczne dla wszystkich?

Przy okazji, jeśli ktoś jeszcze nie czytał, to polecam allegrowicza Skulla i jego “Skansen” ;-).

Nie, widzą je tylko betujący, Autor i moderatorzy. Spróbuj zajrzeć do jakiegoś tekstu świeżo opublikowanego po becie, policz widoczne komentarze i porównaj z liczbą w okienku.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka