- Opowiadanie: DariusMdm - Okulary

Okulary

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Okulary

Okulary

 

 

 

– Idź po chleb, a przy okazji zrób zakupy. Powtarzałem w myślach słowa żony. Nieco zabarwiając je emocjonalnie.

– W sobotę wieczór. Właśnie teraz. A może miałem inne plany na dzisiejszy wieczór?

Rozwścieczony szedłem do pobliskiego marketu klnąc w myślach. Cały tydzień człowiek haruje, odlicza dzień za dniem by dotrwać do końca tygodnia, a tu niespodzianka. Agata – moja żona, od rana:

– Zrób zakupy!

– Pusta lodówka! I tak w kółko.

Mogłem i owszem zgłosić pewne zastrzeżenia, co do pomysłu żony, ale w praktyce rezultat był z góry przesądzony. Mogłem zyskać trochę czasu polemizując z żoną, ale straty były by o wiele większe po mojej stronie. Zaczynając od posiłku, który pewnie przyrządzić musiałbym sobie sam, a i wieczór zakończyłby się spaniem w osobnym łóżku. Tak, więc zestawiając listę zysków i strat podjąłem męską decyzję o pójściu na te cholerne zakupy.

Co jakiś czas sprawdzałem – dotykając tylniej kieszeni, czy aby nie zgubiłem listy z zakupami. Czułem się jakby cofnął się czas, jakbym był znów małym chłopcem, którego matka wysłała do sklepu zaopatrując w kartkę z listą towarów do kupienia. Ta myśl powodowała, że frustracja narastała we mnie coraz bardziej do tego stopnia, że postanowiłem skrócić sobie drogę i przejść przez ogrodzony teren Zakładów Przetwórczych w Likwidacji. Kiedyś chluba miasta teraz obraz jego upadku i degradacji.

– Ale co tam. Zamiast zakładów mamy jeden hiper-, pięć super– i kilkanaście marketów bez przedrostków. Tak podbudowując narastającą krok za krokiem frustrację wyglądałem jakiegoś ochroniarza, który będzie próbował mnie zatrzymać.

– Oj, ja mu pokażę. Niech no spróbuje mnie zawrócić. Szeptałem do siebie klnąc pod nosem.

Idąc wpatrywałem się pod nogi. Musiałem uważać by nie potknąć się o pozostawione elementy infrastruktury – tzn. nie nadepnąć na jakieś żelastwo, nie wpaść do jakiegoś rowu i nie upaprać ubrania jakimiś smarami, farbami, tynkami czy innym pozostawionym paskudztwem. Przedzierając się prze labirynt zabudowań całą swoją uwagę skupiałem na przeskakiwaniu, bądź omijaniu różnego rodzaju przeszkód terenowych. Pomimo wzmożonej ostrożności pokonywane przeszkody pozostawiały na moim odzieniu coraz liczniejsze ślady. Tymczasem poziom trudności wzrastał do tego stopnia, że dalszy bieg terenowy mógłby spowodować nieodwracalne zmiany na moim ubraniu. Postanowiłem wejść do jednego z budynków, gdyż jak mniemałem uda mi się wyjść po jego drugiej stronie, dzięki czemu nie będę musiał pokonywać dalszego etapu biegu przełajowego wokół ogromnej hali, w której kiedyś mieściła się główna produkcja. Jak postanowiłem, tak też zrobiłem. Jakoś prześlizgnąłem się przez rozbite okno i wszedłem do wnętrza. Ogarnął mnie półmrok. Moje oczy jeszcze nie przyzwyczaiły się do znacznie mniejszej dawki bodźców świetlnych, gdy usłyszałem jakieś dziwne odgłosy. W jednym momencie moje zdenerwowanie, moja rozpalona maksymalnie frustracja znikły. Mój umysł przeskoczył w stan dostrajania się do zaistniałej sytuacji. A sytuacja nie wyglądała zbyt ciekawie. Nieopodal okna, przy którego resztkach stałem dostrzegłem dwie postacie prawdopodobnie bardziej sfrustrowane ode mnie. Moje przeświadczenie wypływało z tego, że obydwie postacie okładały się pięściami. Gdy moje oczy już nieco przywykły do panującego we wnętrzu budynku półmroku, dostrzegłem wyraźniej sylwetki walczących. Ich frustracja osiągnęła znacznie wyższy poziom – poziom niczym niezmąconej agresji. Dwaj młodzi mężczyźni zadawali sobie ciosy. Jeden wysoki brunet około 30–stki uderzył właśnie znacznie niższego blondyna w wieku około 25 lat. Stałem oszołomiony wpatrując się w walkę gladiatorów. Obydwie postacie były lepiej widoczne, gdy znajdowały się mniej więcej w środku pomieszczenia. Co jakiś czas walczący mężczyźni znikali w półmroku, którego nie było w stanie przeniknąć wpadające przez okno nikłe światło. Wiedziałem, że muszę zareagować jednak coś powstrzymywało mnie przed rzuceniem się w wir wydarzeń. Może był to lęk, może świadomość niebezpieczeństwa, może zwykły konformizm, a może brak wiary w możliwość wpłynięcia na zmianę zaistniałej sytuacji. W moich myślach kotłowały się dwa sprzeczne ze sobą kierunki działań.

Jeden głos mówił:

-Zostań, nie ruszaj się, udawaj, że cię tu nie ma.

Drugi zaś głos nakazywał mi działanie:

– Rusz się. Nie stój tak. Zrób coś!

Pierwszy głos był dla mnie bardziej do przyjęcia i za nim optowałem, lecz drugi głos kojarzył mi się z Agatą, z którą jak już wiecie nie warto polemizować. Ruszyłem. Najpierw powoli. Jak żółw ociężale. Później …no cóż, później dalej szedłem wolno. Krok za krokiem zbliżałem się do walczących. I choć widać było, że opadają z sił – to jednak poziom agresji pozostawał wciąż na wysokim poziomie, a nawet rzekłbym, że miał trend zwyżkowy. Gdy już byłem w dość bliskim kręgu zdarzeń uniosłem prawą dłoń i krzyknąłem:

– Panowie! Przestańcie!

I w tym właśnie momencie czas jakby przyspieszył. Nagle z ciemności wyłoniła się trzecia postać. Mężczyzna w jasnym garniturze i w ciemnych okularach. Mężczyzna spojrzał na mnie i w tym samym momencie wpadł na niego jeden z bijących się. Wysoki brunet zdołał uderzyć lewym sierpowym w prawy policzek niskiego blondyna. Pod wpływem siły uderzenia blondyn odwrócił się na lewej nodze i wpadł na mężczyznę w okularach. W wyniku zderzenia okulary spadły z twarzy mężczyzny w garniturze. Wtedy zobaczyłem jego oczy. Trwało to może ułamek sekundy. Błękitne oczy patrzyły na mnie. Oczy pełne boleści, pełne smutku. Czułem jakby przeszywały całe me ciało na wylot. Przeszedł mnie dreszcz. Dreszcz, którego powodem nie był strach, lecz jakiś wewnętrzny wstyd, swego rodzaju zażenowanie. Czułem się tak, jakbym był zupełnie nagi. Dziwne doprawdy uczucie. Zdziwienie moje jeszcze bardziej spotęgowało zniknięcie mężczyzny w garniturze. Najprawdopodobniej było to jakieś złudzenie optyczne, gdyż wydało mi się, że postać mężczyzny rozpływa się w powietrzu. W tym samym niemal czasie w miejscu, w którym stał do tej pory mężczyzna w garniturze, padł nieprzytomny blondyn. Spojrzałem na leżącego. Moja dłoń wciąż była uniesiona. Spoglądałem na spoconą, poobijaną twarz leżącego mężczyzny, lecz gdy uniosłem wzrok zobaczyłem wściekłą twarz wysokiego bruneta dotykającą niemal mojej twarzy. Spoglądał na mnie wzrokiem wyrażającym żądzę krwi. Zaskoczenie połączone z przerażeniem oscylowało już wokół górnej granicy mojej wytrzymałości psychoruchowej. Stanąłem jak sparaliżowany ze wzniesioną wciąż dłonią. Wtem nastąpiło nagłe rozładowanie całego mojego napięcia. Poczułem uderzenie w lewy podbródek. Nastała ciemność.

 

*

 

Gdy się ocknąłem wciąż tkwiłem zanurzony w ciemnościach spowodowanych tym razem późną porą. Na szczęście mój umysł był już nieco bardziej przytomny. Po dłuższej chwili moje oczy przywykły do panującego wewnątrz budynku mroku. Moim oczom zaczęły się ukazywać zarysy poszczególnych elementów wystroju pomieszczenia. Udało mi się usiąść. Dotknąłem mojej szczęki. Była opuchnięta i obolała. Dłońmi przetarłem twarz. Strasznie bolała mnie cała głowa. Postanowiłem wstać. Opierając się na prawej dłoni moje palce wyczuły jakiś przedmiot. Były to okulary. Obolały, wciąż półprzytomny postanowiłem wstać. Z trudnościami i piorunującym, rozsadzającym bólem głowy udało mi się jakimś cudem powstać z zakurzonej, drewnianej podłogi. Pomimo zawrotów głowy ruszyłem szukając wyjścia. Nie chciałem wychodzić oknem gdyż musiałbym przedzierać się ponownie przez różnego typu niebezpieczne przeszkody, ale tym razem przez przeszkody dodatkowo ukryte w mroku nadchodzącej nocy. Szukałem innego wyjścia. Znalazłem ogromne, stalowe drzwi, które odgradzały mnie od świata zewnętrznego. Naparłem na zimną, pordzewiałą, stalową blachę, która niechętnie poddała się naciskowi i z przeciągłym skrzypnięciem jakby krzykiem skargi rozwarła się na zewnątrz. Poczułem świeże powietrze. Plac przed budynkiem spowity był mrokiem nocy. Na szczęście Księżyc rzucał swój pełny blask oświetlając wystarczająco teren przede mną. Udało mi się sprawnie przejść plac przed budynkiem i dojść do zakładowej bramy. Teraz pozostało pokonanie ostatniej przeszkody tj. sforsowanie bramy. Na szczęście tuż obok bramy znalazłem ogromną wyrwę w ogrodzeniu, przez którą przeszedłem. Jeszcze kilka minut szybkiego marszu brukowaną, wyboistą drogą wiodącą przez częściowo zalesiony teren i oto dotarłem do głównej drogi. Do cywilizacji. Do mojego świata. Drogę oświetlały uliczne lampy. Przeszedłem obok celu mojej popołudniowej ekspedycji tj. sklepu. Z poczuciem podwójnej klęski, nie tyle ze spuszczoną, ale i bolejącą głową powlokłem się do domu.

 

*

 

– Gdzieś był tak długo? Usłyszałem już na progu. Agata, leżała już w sypialni.

Nie miałem jakoś ochoty zwierzać się żonie i opowiadać ze szczegółami o zaistniałym przykrym dla mnie zdarzeniu, ani pokazywać się jej na oczy.

– Mam nadzieję, że tęskniłaś za mną? Zagadnąłem z lekką nutką ironii i szybko wszedłem do łazienki. Agata chyba także nie miała ochoty zagłębiać się dyskusję w temacie stopnia nasilenia tęsknoty do swego ukochanego małżonka.

– Przygotowałam ci kolację. Usłyszałem będąc już w łazience.

– Dzięki kochanie. Odpowiedziałem z nieukrywanym zadowoleniem. Stanąłem przed lustrem i przyglądałem się swojemu odbiciu tak jednak niepodobnemu do standardowego, że aż zdębiałem. Moje ubranie było poocierane, pobrudzone na znacznej powierzchni, lecz bardziej niż stan ubrania martwił mnie wygląd twarzy. Twarzy należącej jakby do innej osoby, i to znacznie tęższej. Postanowiłem wziąć dłuższą kąpiel i jak najszybciej ułożyć się do snu. Gdy zacząłem rozpinać koszulę wyczułem w jej lewej kieszeni wystający przedmiot. Były to znalezione okulary. Wziąłem je do rąk. Nie wyglądały jakoś wyjątkowo. Były to zwykłe przyciemniane okulary w czarnych raczej klasycznych niczym niewyróżniających się oprawkach. Założyłem okulary i …..muszę stwierdzić, że wyglądałem w nich o wiele lepiej. Moja twarz nie wyglądała już na spuchniętą. I co ciekawe pomimo przyciemnionych szkiełek obraz był wręcz jakby jaśniejszy, wyraźniejszy. Spodobały mi się te okulary.

 

*

 

Nazajutrz obudziłem się bardzo wcześnie. Na szczęście opuchlizna z twarzy zeszła. Ubrałem się szybko. Z kosza na pranie wyciągnąłem spodnie, w których znalazłem kartkę z listą zakupów. Złapałem jeszcze moje nowe okulary i wyszedłem z mieszkania nie budząc Agaty.

Zapowiadał się ciepły, wręcz gorący dzień. Już o poranku Słońce przygrzewało dość mocno. Założyłem okulary i raźnym krokiem ruszyłem z zamiarem wykonania zadania, którego realizacja kosztowała mnie już niemało poświęcenia i bólu. Szedłem pustymi jeszcze uliczkami. Przed sklepem ustawiła się już grupka żądnych ekscytujących wrażeń zakupocholików, którzy przestępując z nogi na nogę zagłębiali się w lekturze gazetki reklamowej. Stanąłem nieco z boku i zacząłem przyglądać się każdemu z osobna. Ku mojemu zdziwieniu zauważyłem, że niektóre z postaci jakby promieniowały, jakby emitowały swego rodzaju czerwoną poświatę. Gdy sięgnąłem dłonią do okularów i je uniosłem obraz nie ulegał znacznej zmianie. Chociaż wydawał się mniej wyrazisty i pozbawiony jakiejś szczegółowości. Zasadniczą różnicą był brak widzialnych poświat widocznych jedynie przez okulary. Moje dywagacje filozoficzne nie trwały jednak zbyt długo, gdyż oto nadeszła godzina otwarcia. Ogromne, przeszklone, ruchome drzwi rozwarły się na boki. Nie mały już tłum klientów runął z siłą wodospadu. Dobrze, że stałem nieco z boku wejścia gdyż w przeciwnym wypadku wezbrany nurt, rwącej rzeki tłumnie ściskających się ludzi porwałby i mnie. Czekając, aż główna fala nieco osłabnie, zauważyłem mężczyznę, który przyglądał się przepychającym się w wejściu ludziom. Moją uwagę wzbudziła dziwnie silna czerwona poświata otaczająca stojącego przy wejściu mężczyznę. Tłumaczyłem sobie, że pewnie te okulary są wyposażone w jakiegoś rodzaju termo sensory. Oto człowiek wystawiony bezpośrednio na oddziaływanie promieni słonecznych jest bardziej nagrzany niż tłum ludzi częściowo osłoniętych zadaszeniem znajdującym się nad wejściem. Moje wytłumaczenie tego zjawiska zaburzył nieco incydent, który rozegrał się na moich oczach. W pewnym momencie świecący czerwienią człowiek szybkim krokiem podszedł do kłębiącego się tłumu. Jakaś inna postać równie świecąca na czerwono podała mu przedmiot przypominający portfel. Po odebraniu przedmiotu „czerwony” mężczyzna szybkim krokiem oddalił. Nie chcąc wyciągać pochopnych wniosków, co do dziwnego zachowania nieznajomego mężczyzny w czerwieni – postanowiłem skoncentrować się na załatwieniu swoich spraw. Zdjąłem okulary, wziąłem koszyk i zacząłem przedzierać się przez sklepowe alejki. Gdy uporałem się z zakupami, stojąc w kolejce do kasy zauważyłem kobietę – żonę znajomego. Wpatrywałem się przez chwilę w pełną uroku zgrabną, piękną i co tu ukrywać ponętną kobietę. Wydawała się taka delikatna, wręcz bezbronna. Stałbym pewnie jeszcze tak długo wpatrując się w to urocze zjawiskowe wręcz stworzenie snując i rozbudowując różnego rodzaju fantazje, gdy nagle kobieta spojrzała na mnie. Jej spojrzenie zderzyło się z moim. Nim odruchowo opuściłem zaskoczony głowę zauważyłem delikatny uśmiech w kącikach jej ust oraz zmianę wyrazu jej oczu. Łagodność baranka ustąpiła miejsce drapieżnej bestii. Nie chcąc być ponownie przyłapanym na uporczywym spoglądaniu w kierunku kobiety postanowiłem założyć okulary. Teraz poczułem się bezpieczny. Spojrzałem na kobietę, która właśnie zaczęła wykładać swoje zakupy na taśmę przy kasie. Zamarłem. Obraz kobiety emanował tak mocną czerwienią, że aż drażnił oczy. Zauważyłem coś jeszcze. Koncentrując się na twarzy kobiety zobaczyłem jakby jej karykaturę. Mimowolnie przeszedł mnie dreszcz. Potrząsnąłem głową nie tyle z powodu niesmaku, co wręcz obrzydzenia. Zdjąłem natychmiast okulary. Nie odważyłem się już spoglądać w stronę kobiety. Analizując zaistniałe zdarzenie mogłem wysunąć tezę, że albo kobieta bardzo długo stała na słońcu, albo też nic o niej nie wiedziałem. I ta druga teza spowodowała, że przeszył mnie ponownie dreszcz. Zrobiło mi się wpierw chłodno, a później zaczęło mi się robić coraz cieplej, gdy zdałem sobie sprawę, że większość oglądanych przez okulary ludzi świeciła na czerwono.

 

*

 

Po przyjściu do domu zabrałem się za przygotowywanie śniadania. Właśnie kończyłem, gdy w drzwiach kuchni pojawiła się Agata.

– Jesteś kochany. Powiedziała do mnie czule widząc przygotowane przeze mnie śniadanie.

Usiadła przy stole, wzięła w dłonie kubek świeżo zaparzonej kawy i upiła łyczek. Po czym zobaczyłem uśmiech na jej ustach. Nieco niezgrabnie sięgnąłem po okulary i założyłem je. Spojrzałem na żonę. Ujrzałem piękną, młodą kobietę, która uśmiechała się do mnie i….. świeciła na biało!

– Co ty wyrabiasz? Co to za okulary? Spytała zaskoczona.

– Jak w nich wyglądam? Odpowiedziałem pytaniem chcąc uniknąć odpowiedzi.

– No cóż. Może te okulary nie mają najmodniejszego fasonu, może i ty do najprzystojniejszych amantów nie należysz, ale razem przedstawiacie przyzwoity obraz. Po wygłoszeniu poważnym tonem swojej oceny roześmiała się.

Spojrzałem w jej oczy i wiedziałem, dlaczego ją kocham. Nic nie odpowiedziałem tylko uśmiechnąłem się do niej. Patrzyłem jak je śniadanie popijając kawą, jak spogląda na mnie tym wzrokiem pełnym miłości. Nagle przyszła mi do głowy pewna myśl.

– Może pójdziemy dziś do kościoła na wcześniejszą mszę? Zapytałem trochę podekscytowany.

 – Jak sobie życzysz. Odpowiedziała uśmiechając się znów do mnie.

 

*

 

Kościół był już prawie pełny ludzi. Do rozpoczęcia mszy pozostało kilka minut. Agata ze zdziwieniem patrzyła na mnie, gdy zakładałem okulary. Musiałem to zrobić. Musiałem się przekonać. Z założonymi okularami zacząłem rozglądać się po twarzach zgromadzonych wiernych. Widziałem wielu w świetlistej, białej aureoli. Widziałem także o zgrozo wielu, których poświata była czerwona. Wśród zebranych dostrzegłem wielu znajomych. Gdy ujrzałem ich poświaty byłem nieco zaskoczony. Okazało się, że moje powierzchowne oceny obecnych w kościele znajomych osób były diametralnie odmienne. Widoczne wokół nich poświaty świadczyły, że moje wyobrażenia o wielu osobach były błędne, a niektóre i krzywdzące. Poczułem narastającą we mnie pokorę spowodowaną błędnym wyrokowaniem i osądzaniem innych osób. Teraz za cel obrałem znalezienie osoby z najbardziej świetlistą biała poświatą. Byłem pewien, że będzie ją posiadał któryś z celebrantów. Wreszcie ujrzałem osobę z łuną tak świetlistą, że swym blaskiem opromieniała stojących wokół ludzi. Mężczyzna z jaśniejącą poświatą stał w końcu prawej kościelnej nawy. Nieco schowany zza filarem. Był ubrany w jasny garnitur i miał głębokie, smutne, przenikające wszystko błękitne oczy.

 

*

 

Wychodząc przystanąłem na schodach przed kościołem.

– Poczekaj na mnie chwileczkę. Muszę coś załatwić. Rzuciłem do nieco zaskoczonej Agaty.

W tłumie wychodzących szukałem tej jednej postaci. Znalazłem ją stojącą wciąż przy filarze. Gdy podszedłem mężczyzna znów spojrzał na mnie swymi smutnymi, przenikającymi, błękitnymi oczami. Nie był zaskoczony. Miałem wrażenie, że mężczyzna czekał na mnie.

– To chyba należy do pana. Powiedziałem nieco zakłopotany podając mężczyźnie okulary.

Twarz mężczyzny nie zmieniła ani na chwilę swego smutnego wyrazu. Mężczyzna wciąż ze wzrokiem skierowanym we mnie założył okulary. Po założeniu okularów dostrzegłem w mimice twarzy mężczyzny drobną zmianę. Końcówki ust lekko się uniosły. Grymas ów przypominał uśmiech. Ukłoniłem się lekko i odszedłem. Gdy po chwili odwróciłem się nieznajomego już nie było. Pewnie znów rozpłynął się tym razem w mroku rzucanym przez filar.

 

*

 

– Już jestem kochanie. Szepnąłem Agacie do ucha obejmując ją równocześnie w talii. Agata wpatrywała się we mnie z wyczekującym zdziwieniem.

– Musiałem zwrócić okulary. Trochę mnie uwierały. Agata nie dopytywała się. Powoli stopień za stopniem schodziliśmy ze schodów. Trochę żałowałem jedynie tego, ze nie zobaczyłem mojej własnej poświaty. U podstawy schodów zatrzymałem moją żonę i pocałowałem. Agata obdarzyła mnie promiennym uśmiechem. I właśnie wtedy ją zobaczyłem. Dostrzegłem odbicie mojej poświaty w jej oczach.

 

 

Koniec

Komentarze

Witaj! To chyba pierwszy Twój tekst na portalu i na wstępie chciałbym polecić Ci korzystanie z betalisty tak na przyszłość. (To takie miejsce, tu na portalu, gdzie zamieszczasz opowiadanie i zapraszasz kilku użytkowników, a oni pomogą Ci z oszlifowaniem tekstu). Dlaczego? Bo jest co szlifować. Przypuszczam, że dokonałeś autokorekty tekstu, bo nie razi on okrutnymi błędami, ale wciąż jest sporo problemów. Po pierwsze: powtórzenia. Powtarzasz te same wyrazy w dwóch, czasem i trzech kolejnych zdaniach. Po drugie zaimkoza. Ciągle powtarzasz: "mi", "mojej", "mojego". Wiele z tych słów można opuścić bo wiadomo o co chodzi.Bohater np. na końcu tekstu, na schodach zatrzymuje swoją żonę. Wiadomo, że jest to jego żona i słowo "moją" jest zbędne. Takich sytuacji jest w tekście dużo. Poza tym są literówki czy brak "-" rozdzielającego dialog od didaskaliów w jednym miejscu. O tu: "– Pusta lodówka! I tak w kółko." Są też problemy z interpunkcją. Masz też zbyt długie akapity (jak ten jednoakapitowy komentarz pisany z telefonu, prawda, że to męczące przy czytaniu?) To wszystko sprawiło że przez tekst musiałem brnąć, zamiast lekko przejść. /// Jeżeli chodzi o fabułę to jest dość prostoliniowa i pozostawia wiele niedopowiedzeń, które mogłyby ciekawie tekst rozwinąć. Nie dowiadujemy się dlaczego ci dwaj w fabryce walczyli. Z początku pomyślałem, że może to taki "Fight Club" a tu nagle pan w garniturze (Anioł Stróż?) zniknął. Nie dowiadujemy się też nic więcej o jego naturze poza tym, że ma nieskazitelną aurę. Zgrzyta, że bohater wychdzi z domu w sobotę wieczór, po co więc całe to rozważanie że żona mu od rana marudziła? Że gdyby to wyjście do sklepu przeciągał to by na tym źle wyszedł, skoro właśnir to zrobił. Marudziła od rana a on wyszedł wieczorem więc przeciągnął, co więc chce ugrać? Gdy budzi się po utracie przytomności stwierdza, że jest ciemno i zrzuca to na późną porę. Ale zaraz, przecież wyszedl z domu wieczorem a więc już prawdopodobnie zaczynało robić się ciemno. Zachowanie zarówno bohatera jak i żony po późnym powrocie męża (bez zakupów i po mordobiciu) jest straszliwie niewiarygodne. Zachowanie żony ogólnie wypada bardzo nieautentycznie czy też nienaturalnie w całym tekście. Na następny dzień o nic nie pyta, przyjmuje ona wszystko jak jest i jakby nigdy nic cieszy sie ze śniadania. (Chyba nie masz żony bo wiedziałbyś, że kobiety nie działają w ten sposób; najpierw musi być zła, potem musisz ją przeprosić np. właśnie śniadaniem i najlepiej kwiatami i następnie Ci wybaczy:) ). Swoją drogą skoro droga przez opuszczoną fabrykę jest tak kiepska to czemu bohater się na nią decyduje? To z portfelem to była scena z kieszonkowcami? A już dobiło mnie tłumaczenie, że bohater zwrócił okulary bo go uwierały. Tak po prostu zwrócił je komuś w kościele? To nie trzeba iść z paragonem do sklepu i odzyskać pieniądze za zwrócony towar? /// Na plus, pomysł z okularami choć nie innowacyjny to fajny. Tylko jakoś na samym pomyśle umarło, bo bohater nie skorzystał z tychże okularow w żaden ciekawy sposób. Dowiedział się trochę o swoich znajomych (co mi czytelnikowi nic nie mówi) i o swojej żonie. Wydaje sie też, że od tak przeszedł do pożądku dziennego nad faktem bytowania anioła? (O ile to anioł). Tym bardziej, że chyba wierzący to człwiek, skoro uczęszcza z żoną do kościoła to taki znak od Boga powinien wywołać w nim jakieś emocje. Zakończenie jakieś takie żyli długo i szczęśliwie ale nic ciekawego. Niczym nie zaskoczyłeś, a szkoda :) Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Bardzo słabo napisany tekst. Rażą powtórzenia, niezgrabna konstrukcja zdań i interpunkcja. Postaraj się po napisaniu opowiadania odłożyć je na jakiś czas i dopiero jeszcze raz sprawdzić. Wszystkich błędów nie wyeliminujesz, ale przynajmniej tekst stanie się strawniejszy. 

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

No cóż, opowiadanie niespecjalnie zajmujące, fatalnie napisane, a oznaczenia wprowadzają  błąd.

Ot, wybrał się facet po zakupy, postanowił skrócić sobie drogę i poszedł przez zrujnowaną fabrykę, był tam świadkiem bójki, której przyglądał się osobnik w okularach. Bohater został uderzony, a kiedy się ocknął znalazł okulary. I to w zasadzie wszystko. Gdzie tu science fiction, gdzie angel fantasy?

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia. Mnóstwo tu, o czym wspomniał już Mytrix, powtórzeń, jest też wiele źle skonstruowanych zdań, szerzy się zaimkoza, dialogi są źle zapisane a interpunkcja została zlekceważona. Masz przed sobą wiele pracy, ale mam nadzieję, że jej podołasz, że Twoje przyszłe opowiadania będą ciekawsze i napisane znacznie lepiej.

Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

– Idź po chleb, a przy oka­zji zrób za­ku­py. Po­wta­rza­łem w my­ślach słowa żony. Nieco za­bar­wia­jąc je emo­cjo­nal­nie. – Zaczynasz od złego zapisu. To nie jest dialog.

Zajrzyj do tego wątku: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

– W so­bo­tę wie­czór.– W so­bo­tni wie­czór. Lub: – W so­bo­tę wie­czorem.  

 

Cały ty­dzień czło­wiek ha­ru­je, od­li­cza dzień za dniem by do­trwać do końca ty­go­dnia, a tu nie­spo­dzian­ka. – Nie brzmi to najlepiej.

 

ale stra­ty były by o wiele więk­sze po mojej stro­nie. – …ale stra­ty byłyby o wiele więk­sze po mojej stro­nie.

 

do­ty­ka­jąc tyl­niej kie­sze­ni… – …do­ty­ka­jąc tyl­nej kie­sze­ni

 

Czu­łem się jakby cof­nął się czas, jak­bym był znów małym chłop­cem… – Czy to celowe powtórzenie?

 

nie na­dep­nąć na ja­kieś że­la­stwo, nie wpaść do ja­kie­goś rowu i nie upa­prać ubra­nia ja­ki­miś sma­ra­mi… – Powtórzenia.

 

Prze­dzie­ra­jąc się prze la­bi­rynt za­bu­do­wań całą swoją uwagę sku­pia­łem na prze­ska­ki­wa­niu… – Literówka. Zbędny zaimek. Czy mógł zwracać cudzą uwagę?

 

omi­ja­niu róż­ne­go ro­dza­ju prze­szkód te­re­no­wych. Po­mi­mo wzmo­żo­nej ostroż­no­ści po­ko­ny­wa­ne prze­szko­dy po­zo­sta­wia­ły na moim odzie­niu coraz licz­niej­sze ślady. Tym­cza­sem po­ziom trud­no­ści wzra­stał do tego stop­nia, że dal­szy bieg te­re­no­wy… – Powtórzenia.

 

W jed­nym mo­men­cie moje zde­ner­wo­wa­nie, moja roz­pa­lo­na mak­sy­mal­nie fru­stra­cja zni­kły. Mój umysł… – Zbędne zaimki.

 

obydwie po­sta­cie okła­da­ły się pię­ścia­mi. […] Dwaj mło­dzi męż­czyź­ni za­da­wa­li sobie ciosy. – Po co piszesz to samo?

 

Jeden wy­so­ki bru­net około 30–stki ude­rzył wła­śnie znacz­nie niż­sze­go blon­dy­na w wieku około 25 lat.Jeden, wy­so­ki bru­net około trzydziestki, ude­rzył wła­śnie znacz­nie niż­sze­go blon­dy­na, w wieku chyba dwudziestu pięciu lat.

Powtórzenie. Liczebniki zapisujemy słownie.

 

-Zo­stań, nie ru­szaj się, uda­waj, że cię tu nie ma. – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Póź­niej no cóż, póź­niej dalej sze­dłem wolno.Póź­niej no cóż, póź­niej dalej sze­dłem wolno.

Zbędna spacja przed wielokropkiem, brak spacji po wielokropku.

 

to jed­nak po­ziom agre­sji po­zo­sta­wał wciąż na wy­so­kim po­zio­mie, a nawet rzekł­bym, że miał trend zwyż­ko­wy.  – Brzmi to fatalnie.

 

Męż­czy­zna w ja­snym gar­ni­tu­rze i w ciem­nych oku­la­rach. Męż­czy­zna spoj­rzał na mnie i w tym samym mo­men­cie wpadł na niego jeden z bi­ją­cych się. Wy­so­ki bru­net zdo­łał ude­rzyć lewym sier­po­wym w prawy po­li­czek ni­skie­go blon­dy­na. Pod wpły­wem siły ude­rze­nia blon­dyn od­wró­cił się na lewej nodze i wpadł na męż­czy­znęoku­la­rach. W wy­ni­ku zde­rze­nia oku­la­ry spa­dły z twa­rzy męż­czy­znygar­ni­tu­rze. Wtedy zo­ba­czy­łem jego oczy. Trwa­ło to może uła­mek se­kun­dy. Błę­kit­ne oczy pa­trzy­ły na mnie. Oczy pełne bo­le­ści… – Powtórzenia.

 

Zdzi­wie­nie moje jesz­cze bar­dziej spo­tę­go­wa­ło znik­nię­cie męż­czy­zny w gar­ni­tu­rze. – W jaki sposób zdziwienie bohatera spotęgowało zniknięcie mężczyzny? ;-)

 

znik­nię­cie męż­czy­zny w gar­ni­tu­rze. Naj­praw­do­po­dob­niej było to ja­kieś złu­dze­nie optycz­ne, gdyż wy­da­ło mi się, że po­stać męż­czy­zny roz­pły­wa się w po­wie­trzu. W tym samym nie­mal cza­sie w miej­scu, w któ­rym stał do tej pory męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze, padł nie­przy­tom­ny blon­dyn. Spoj­rza­łem na le­żą­ce­go. Moja dłoń wciąż była unie­sio­na. Spo­glą­da­łem na spo­co­ną, po­obi­ja­ną twarz le­żą­ce­go męż­czy­zny, lecz gdy unio­słem wzrok zo­ba­czy­łem wście­kłą twarz wy­so­kie­go bru­ne­ta do­ty­ka­ją­cą nie­mal mojej twa­rzy. – Powtórzenia.

 

Po­czu­łem ude­rze­nie w lewy pod­bró­dek. – Domyślam się, że bohater miał także prawy podbródek i nie wykluczam obecności środkowego. ;-)

 

Na szczę­ście mój umysł był już nieco bar­dziej przy­tom­ny. Po dłuż­szej chwi­li moje oczy przy­wy­kły do pa­nu­ją­ce­go we­wnątrz bu­dyn­ku mroku. Moim oczom za­czę­ły się uka­zy­wać za­ry­sy po­szcze­gól­nych ele­men­tów wy­stro­ju po­miesz­cze­nia. Udało mi się usiąść. Do­tkną­łem mojej szczę­ki. Była opuch­nię­ta i obo­la­ła. Dłoń­mi prze­tar­łem twarz. Strasz­nie bo­la­ła mnie cała głowa. Po­sta­no­wi­łem wstać. Opie­ra­jąc się na pra­wej dłoni moje palce wy­czu­ły jakiś przed­miot. – Kolejny przykład nadmiaru zaimków. Powtórzenie.

 

Opie­ra­jąc się na pra­wej dłoni moje palce wy­czu­ły jakiś przed­miot. – W jaki sposób palce opierały się na dłoni? ;-)

 

Na szczę­ście Księ­życ rzu­cał… – Na szczę­ście księ­życ rzu­cał

 

Udało mi się spraw­nie przejść plac przed bu­dyn­kiem i dojść do za­kła­do­wej bramy. Teraz po­zo­sta­ło po­ko­na­nie ostat­niej prze­szko­dy tj. sfor­so­wa­nie bramy. Na szczę­ście tuż obok bramy… – Powtórzenia. Nie używamy skrótów.

 

wy­bo­istą drogą wio­dą­cą przez czę­ścio­wo za­le­sio­ny teren i oto do­tar­łem do głów­nej drogi. Do cy­wi­li­za­cji. Do mo­je­go świa­ta. Drogę oświe­tla­ły ulicz­ne lampy. – Powtórzenia.

 

nie tyle ze spusz­czo­ną, ale i bo­le­ją­cą głową po­wlo­kłem się do domu. – Nad czym bolała głowa?

Sprawdź znaczenie słowa bolejący.

 

Moje ubra­nie było po­ocie­ra­ne… – Co to znaczy, że ubranie było poocierane?

 

Po­sta­no­wi­łem wziąć dłuż­szą ką­piel i jak naj­szyb­ciej uło­żyć się do snu. – Widzę sprzeczność w zamiarach bohatera – dłuższa kąpiel wyklucza szybkie ułożenie się do snu.

 

Były to zna­le­zio­ne oku­la­ry. Wzią­łem je do rąk. – Czy istniała możliwość, by wziął okulary, nie używając rąk?

Może wystarczy: Były to zna­le­zio­ne oku­la­ry. Wyjąłem je.

 

Za­ło­ży­łem oku­la­ry i …..muszę stwier­dzić… – Za­ło­ży­łem oku­la­ry i muszę stwier­dzić

Zbędna spacja przed wielokropkiem, brak spacji po wielokropku. Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

wy­glą­da­łem w nich o wiele le­piej. Moja twarz nie wy­glą­da­ła już na spuch­nię­tą. – Powtórzenie. Zbędny zaimek.

 

Już o po­ran­ku Słoń­ce przy­grze­wa­ło dość mocno.Już o po­ran­ku słoń­ce przy­grze­wa­ło dość mocno.

 

Za­sad­ni­czą róż­ni­cą był brak wi­dzial­nych po­świat wi­docz­nych je­dy­nie przez oku­la­ry. – Brzmi to fatalnie.

 

Nie mały już tłum klien­tów runął z siłą wo­do­spa­du.Niemały już tłum klien­tów runął z siłą wo­do­spa­du.

 

Po ode­bra­niu przed­mio­tu „czer­wo­ny” męż­czy­zna szyb­kim kro­kiem od­da­lił. – Pewnie miało być: Po ode­bra­niu przed­mio­tu, „czer­wo­ny” męż­czy­zna szyb­kim kro­kiem od­da­lił się.

 

w kie­run­ku ko­bie­ty po­sta­no­wi­łem za­ło­żyć oku­la­ry. Teraz po­czu­łem się bez­piecz­ny. Spoj­rza­łem na ko­bie­tę, która wła­śnie za­czę­ła wy­kła­dać swoje za­ku­py na taśmę przy kasie. Za­mar­łem. Obraz ko­bie­ty ema­no­wał tak mocną czer­wie­nią, że aż draż­nił oczy. Za­uwa­ży­łem coś jesz­cze. Kon­cen­tru­jąc się na twa­rzy ko­bie­ty zo­ba­czy­łem jakby jej ka­ry­ka­tu­rę. Mi­mo­wol­nie prze­szedł mnie dreszcz. Po­trzą­sną­łem głową nie tyle z po­wo­du nie­sma­ku, co wręcz obrzy­dze­nia. Zdją­łem na­tych­miast oku­la­ry. Nie od­wa­ży­łem się już spo­glą­dać w stro­nę ko­bie­ty. Ana­li­zu­jąc za­ist­nia­łe zda­rze­nie mo­głem wy­su­nąć tezę, że albo ko­bie­ta… – Jeszcze jeden przykład powtórzeń.

 

która uśmie­cha­ła się do mnie i….. świe­ci­ła na biało! – …która uśmie­cha­ła się do mnie i świe­ci­ła na biało!

 

Gdy pod­sze­dłem męż­czy­zna znów spoj­rzał na mnie swymi smut­ny­mi, prze­ni­ka­ją­cy­mi, błę­kit­ny­mi ocza­mi. Nie był za­sko­czo­ny. Mia­łem wra­że­nie, że męż­czy­zna cze­kał na mnie.

– To chyba na­le­ży do pana. Po­wie­dzia­łem nieco za­kło­po­ta­ny po­da­jąc męż­czyź­nie oku­la­ry.

Twarz męż­czy­zny nie zmie­ni­ła ani na chwi­lę swego smut­ne­go wy­ra­zu. Męż­czy­zna wciąż ze wzro­kiem skie­ro­wa­nym we mnie za­ło­żył oku­la­ry. Po za­ło­że­niu oku­la­rów do­strze­głem w mi­mi­ce twa­rzy męż­czy­zny drob­ną zmia­nę. – Znów masa powtórzeń.

 

Męż­czy­zna wciąż ze wzro­kiem skie­ro­wa­nym we mnie za­ło­żył oku­la­ry. Po za­ło­że­niu oku­la­rów do­strze­głem w mi­mi­ce twa­rzy męż­czy­zny drob­ną zmia­nę. – Masło maślane. Mimika, to właśnie ruchy mięśni twarzy. Wystarczy: …do­strze­głem w mi­mi­ce męż­czy­zny drob­ną zmia­nę.

Ile było par okularów? Pierwsze zdanie mówi, że mężczyzna założył okulary, a z drugiego, że bohater, założywszy okulary, dostrzegł zmiany na twarzy mężczyzny.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przedpiścy mają rację z zarzutami.

I w warsztacie możesz jeszcze sporo poprawić, i w fabule. Wychodzenie na zakupy w sobotę wieczorem wydaje mi się mało wiarygodne. Gdzie wtedy można dostać dobry chleb? W marketach zazwyczaj jest kiepskie pieczywo. Skracanie drogi przez plac budowy – tak samo. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że naciągasz, żeby postawić bohatera w zamyślonej sytuacji. Ale czasami to widać, że postać zachowuje się nienaturalnie.

Babska logika rządzi!

Pytanie jeszcze, że w niedzielę rano kolejka przed sklepem? ;)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Tak, to też, ale tematu z autopsji nie znam, więc się nie pchałam. ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka