- Opowiadanie: Łukasz Kuliński - Zadanie

Zadanie

Od dawna chciałem napisać coś takiego. Jest to wypełnione akcją opowiadanie fantasy, przy którym można miło spędzić czas. Tekst miał być krótki, ale nie wyszło. Dajcie mu jednak szansę, bo uważam, że warto. Życzę przyjemnej lektury i, oczywiście, czekam na opinie.  

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Werwena, Finkla

Oceny

Zadanie

Potrawka pachnie wspaniale.

Powolnym ruchem mieszam w misce łyżką, rozkoszując się widokiem i zapachem. Pracuję drewnianym narzędziem jak wiosłem. Odkrywam pod gęstą zawiesiną sosu cudownie duże kawałki cielęciny. Każdy ruch wydobywa mocny, korzenny zapach, aromat czosnku, cebuli i kminku. Rozkoszuję się wonnym połączeniem szałwii, rozmarynu i tymianku.

Obok leży chlebek. Widzę grube pajdy, obficie posmarowane smalcem. W wyobraźni już czuję jak skwarki chrupią pod zębami, przegryzam ogóreczkiem i w myślach umieram z rozkoszy.

Dalej rybki. Chyba karasie, ale tego nie jestem pewien. Pachną cudownie, mam ochotę wgryźć się w białe mięso, poczuć dawno zapomniany smak. Jest też śledź w cebuli, kasza z omastą i jajka.

Powstrzymuję się resztkami woli i czuję wzbierającą ślinę. Daję sobie czas, by nacieszyć się chwilą. Ostatnie minuty postu przed nieograniczoną rozpustą. Delikatnym, kołowym ruchem mieszam trójniak w kufelku.

Siedem miesięcy w siodle. Siedem długich miesięcy w drodze, bez wytchnienia, bez opamiętania, z rozkazami od księcia pana. Znajdź przeklętych złodziei, powiedział. Wyciągnij ich, choćby spod ziemi i przyprowadź do mnie.

Rozkaz jest rozkazem. Co prawda spod ziemi ich nie wyciągnąłem, ale spod pierzyn, falbanek i koronek, owszem. W “Figlarnej cipci” wreszcie domknąłem obławę. Kretyni, tyle czasu uciekali przed pościgiem, a dali się złapać w burdelu.

Nie wytrzymuję. Nabieram łyżką pierwszą porcję mięsa i…

– Mikołaju, książę pan chce się z tobą widzieć! – Szambelan z hukiem otwiera drzwi i obwieszcza bezceremonialnie. Z wrażenia wypada mi łyżka. Cenny kęs ląduje na podłodze.

– Teraz? – pytam głupio.

– Oczywiście, że nie. Na zimę. – Riposta jest celna i błyskawiczna. Sam jestem sobie winien. – Zbieraj się. Sprawa jest pilna, nie mam czasu na twoje marudzenie.

Tyle w kwestii posiłku. Zły, wstaję i idę za Maćkiem. Rzucam ostatnie, tęskne spojrzenie na suto zastawiony stół i trzaskam drzwiami komnaty.

Maćko sprawuje funkcję szambelana od przeszło piętnastu lat. Książę wysoko ceni jego osobę i w kwestii zarządzania dworem, zostawia mu całkowitą swobodę. Niestety, swoboda ta szybko weszła mu w krew i zrobiła zeń prostaka, bez poszanowania dla obyczajowości i wszelkich ceremonii. Rzecz nie do pomyślenia, a jednak prawdziwa. Grubiaństwo, znak naszych czasów. 

Idziemy długimi korytarzami książęcego siedliszcza. Kamienne mury dają o tej porze roku przyjemny chłód, wszystkie okiennice rozwarte są na oścież. Słońce grzeje twarz, dochodzi mnie zapach majowego powietrza. Służba schodzi z drogi, widzę na zewnątrz stajennych, krzątających się wokół swoich spraw. Mijamy wyjątkowo gładką pannę, niesie gliniane dzbany z wodą. Rozchełstana koszula odsłania duże piersi. Mimowolnie zwalniam kroku, gapię się za siebie i potykam o nierówność podłogi. Dziewczyna uśmiecha się, zanim znika za drzwiami. Nie widziałem jej wcześniej. Widać na dworze zmieniło się trochę podczas mojej nieobecności.

Służę u księcia od trzech zim. Podczas bezhołowia, po wojnie ze splugawionymi, moje rodzinne Skały zabrała zaraza. Kiedy Święte Oficjum oczyściło grunt z zepsucia, nie było już ziemi, którą można by orać, nie było ludzi do pracy, nie było nawet rodziny. Wszystko strawił ogień, a ja zostałem sam, bez majątku, celu i przyszłości. Wtedy przygarnął mnie książę Płocki, Jan Sokolnicki, zwany Odyńcem. Dał dach nad głową, sens w życiu i odebrał przysięgę wierności. Jestem człowiekiem honoru. Służę. Książę jest dobrym panem. Czasem porywczym i nie mającym umiaru w jedzeniu i piciu, ale sprawiedliwym. W gorszych dniach zdarza mu się wpadać w furię i za tą stroną mojego chlebodawcy nie przepadam. Szanuję go jednak za mądre wyroki, głowę do gospodarowania dobrami i niezgorszy zmysł militarny. Obronił granice przed zarazą i przygarnął wielu rycerzy, takich jak ja. W dobrych dniach jest prawdziwie godnym władcą.

– Ty baranie! I nie przyszło ci do głowy, żeby wejść do kasztelu!?

Dzisiaj jest gorszy dzień.

Maćko, ze złośliwym uśmieszkiem na kościstej twarzy, otwiera mi drzwi do komnaty. Ostrożnie wchodzę do środka i rozglądam się po wnętrzu.

Książę, przystrojony jedynie w same gacie, stoi na środku. Wełniany materiał ledwo zasłania mu tłuste dupsko, które śmiesznie podryguje, gdy Odyniec wydziera się na podkomendnego. Nalana, porośnięta szczeciniastym zarostem twarz poczerwieniała mu do granic absurdu. Na łysej głowie, pokrytej kropelkami potu, odbija się słońce. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że przypomina mi jajko. Jestem głodny. Zaczynam coraz bardziej żałować, że nawet nie zacząłem obiadu. 

– Panie, kiedy tylko to zobaczyłem, zawróciłem, żeby donieść ci o wszystkim. Kto zaniósłby wieści, gdybym…?

Przenoszę wzrok na mówiącego. To Jędrek z Kłodawy, mój druh. Dołączył do świty Sokolnickiego bodajże miesiąc przede mną. Patrzę na jego zatroskaną twarz i natychmiast wzbiera we mnie współczucie. Nie dla niego, dla siebie. Wiem, że cokolwiek spartaczył, ja będę musiał to teraz naprawić.

– No to doniosłeś! A teraz wypierdalaj, zanim się wścieknę!

Jędrek jak na komendę obraca się na pięcie i prawie wybiega z komnaty. Zanim zamyka za sobą drzwi, rzuca mi wymowne spojrzenie.

Wzdycham ciężko i przenoszę wzrok na księcia. Trzyma się za porośnięty kudłami brzuch i miętoli go ze złości wielkimi łapskami. Chcąc nie chcąc, zaczynam myśleć o golonce.

– Wzywałeś mnie, panie.

Odyniec patrzy, mrużąc świńskie oczka. Mam wrażenie, że zastanawia się, czy ma za co mnie opieprzyć. Mijają długie sekundy, a ciężkiej atmosfery nie poprawia absurdalny rytuał miętoszenia, na który usilnie staram się nie patrzeć. Stoję wyprostowany i udaję spokojnego. W końcu przemawia:

– Studenne zabrała zaraza.

Przez chwilę, oniemiały, trawię wiadomość. Jako, że ostatniej doby nie trawiłem niczego innego, idzie mi dosyć powoli. W końcu jednak, dochodzi do mnie: Studenne, wieś pod grodem Jarzębiniec. Ziemie kasztelana Horskiego. Ale to przecież niemożliwe, te okolice są czyste. Patrzę na księcia i nie ukrywam zdziwienia.

– Też mi się nie chciało wierzyć. Posłałem tam tego niedojdę z Kłodawy, Jędrzeja. Miał to zobaczyć na własne oczy i porozmawiać z Horskim. Do wsi dotarł i zobaczył, a jakże. Ale jak tylko potwierdził, że to morowa zaraza, wziął dupę w troki i tyle go na Jarzębińcu widzieli. Mówi, że cała wieś jest już czarna od zgnilca. Zarósł na ścieżkach, pokrywa chałupy, tak, że ledwo strzechę widać.

– A… ludzie?

Książę patrzy na mnie przez dłuższą chwilę.

– Mówi, że nikogo nie widział. Ale nie jest pewien, patrzył z daleka. Bał się złego powietrza. 

– Więc mogli się rozejść? Jeśli tak, to zatrują zwierzynę, wodę…

– Wątpliwe. – Obcy głos. Obracam się i dopiero teraz widzę człowieka przy oknie. Ze zdziwienia mrugam kilkakrotnie. To medyk czarnej zarazy, morowe widmo. Na piersiach spoczywa mu długa, zaostrzona maska w kształcie ptasiego łba. Jest bardzo stary. Mimowolnie wzdrygam się ze strachu, co musi wyglądać nietaktownie. Nie podoba mi się to. Zła wróżba.

– Waszmość się nie przedstawił.

Starzec krzywi się, jakby właśnie odezwała się do niego mucha. Mierzy mnie pogardliwym spojrzeniem. Wreszcie wydaje z siebie pojedyncze, niezadowolone mlaśnięcie. Kutas.

– Giacomo Armati, medicus księcia Sokolnickiego, do usług.

Ma też irytujący akcent. Nie będę go lubił.

– Można wiedzieć dlaczego uważacie to za wątpliwe? – Zmuszam się do neutralnego tonu. Nie wyszło mi. Medyk przewraca oczami.

– Gdyż zaraza nie rozchodzi się tak szybko. Powiedziano mi, że kmiecie ze Studennych zawitali tu tydzień temu. Nie mówili o niczym niepokojącym. W takim wypadku ciernie Justyniana mają nie więcej niż kilka dni, a splugawieni mogli jeszcze nie wstać. Minie co najmniej trzy razy tyle, nim będziemy mogli mówić o rozprzestrzenianiu się. Co wcale nie oznacza, że mamy wiele czasu.

– Ciernie kogo?

– Zgnilce. – Westchnienie.

Książe z hukiem opada na zydel i uderza się w udo.

– Mikołaju, pojedziesz tam. Z Armatim. Dowiesz się co spowodowało zarazę i odnajdziesz Horskiego. Wiem, że dopiero co wróciłeś z traktu, ale zgnilizna nie spada na ziemię ot tak, coś tam musiało się stać. Chcę wiedzieć co. Jeśli zignorujemy coś takiego… Ty przecież wiesz najlepiej. On ci pomoże, zjadł zęby na leczeniu tej przeklętej choroby, dosłownie. Nic złego ci się nie stanie, zbadasz sprawę, przesłuchasz Horskiego i wrócisz, zdrowy jak dorodne konisko. No… Pojedziesz, Mikołaj?

Ostatnie pytanie mnie dziwi. Nie spodziewałem się tego, więc przez kilka chwil ważę odpowiedź.

W końcu, powoli, kiwam głową.

 

***

Jedziemy stępa, nie ma potrzeby męczyć koni. Obok płynie strumyk, słońce świeci nam w twarze, a wiaterek chłodzi. Jest przyjemnie. Kątem oka staram się obserwować Armatiego, jestem go ciekaw. Wcześniej nie zauważyłem kilku rzeczy.

Po pierwsze, nie ma jednej dłoni. U księcia stał bokiem, nie zwróciłem uwagi. Mimo tego radzi sobie w siodle, widać musiało mu odjąć kończynę dawno temu. Przywykł. Jest stary, tak stary, że dziwi mnie jego swoboda na koniu. Obym ja też był tak sprawny w tym wieku. Na dłoni, która mu ocalała widzę grube, niebieskie żyły i plamy wątrobiane. Dziwnie pachnie, w tej masce na piersi, w dziobie, trzyma wonne zioła. Nie wiem czy po to, żeby móc oddychać morowym powietrzem, czy maskuje tym odór własnego ciała. Lepiej się nad tym nie zastanawiać. Obraca do mnie głowę:

– Jeśli coś cię ciekawi, synu, możesz zapytać.

Odwracam spojrzenie i przez jakiś czas milczę, zakłopotany. W końcu jednak mówię:

– Wspomniałeś u księcia pana o zgnilcach. Dziwnie je wtedy nazwałeś.

Giacomo zamyśla się na chwilę i zaczyna mówić powolnym, wykładowym tonem:

– Ciernie Justyniana. Cesarza Justyniana, synu, opisane w Diaria mortis. Autorstwo nieznane. Widzisz, zaraza nie atakuje człowieka po raz pierwszy. Widziano ją już w Europie, spadła na Konstantynopol, wtedy jednak na mniejszą skalę. Uczyli cię tego? Nieważne, to nie ma znaczenia. Są ludzie, których uczyli, którzy nie mogą zasłonić się, tak jak ty i twój książę indolencją. Kiedy nigra mortis spadła na Italię, zaczęliśmy rozpaczliwe szukać ratunku. Niewiele jednak dały nasze wysiłki, Europa umierała pod ciosami choroby, ludzi ogarnęła panika, cywilizacja upadła na kolana. Widziałem największe ogniska zarazy, szedłem razem z nią od Italii, przez Paryż, aż po odizolowane wyspy Brytów. Nigdzie nie znaleziono ratunku. Zamiast tego człowiek odkrył najgorsze koszmary tego świata, których istnienia usilnie starał się wcześniej nie widzieć. Po raz pierwszy pojawiły się zgnilce. Nazwaliśmy je cierniami Justyniana, ponieważ widziano je kiedyś w bizantyjskich katakumbach, wśród ofiar wcześniejszej zarazy. Kronikarze opisywali je jako czarne macki, toczone wszelką ohydą i zepsuciem, które wyrastały z ciał pogrzebanych. Brzmi znajomo? Właśnie. Wiesz jak sobie wtedy z nimi poradzono?

– Ogniem?

– Tak. Ale wtedy cierni nie było tak wiele. Wyrastały tylko na cmentarzach, w miejscach pochówku, w katakumbach i lochach. W porę je zauważono. Dla nas było zupełnie inaczej. Nawet jeśli wiedzieliśmy co się dzieje, nie sposób było tego zatrzymać. Pierwsza była Barcelona, w mieście niepodzielnie zapanowała śmierć. Zbiorowe groby zaczęły gnić, potem wyrosły na nich macki. Są tam do dziś konstrukcje z ludzkich, zlepionych ciał większe od katedr. Wiedziałeś o tym? Ulicami miasta chodzą zmarli. Ciernie wypluwają ich ze swoich wnętrzności, rodzą, jak pająki młode. Miasta nie da się spalić. Nikt o zdrowych zmysłach nie wejdzie do środka, a zgnilizna na murach i budynkach zrobiła się tak gruba, że opiera się nawet sile trebuszy. Zresztą, nie ma po co tego robić. Może jedynie, żeby dać wytchnienie zmarłym. Ale kto będzie się o nich troszczyć, kiedy wciąż zagrożeni są żywi? Minęło pół wieku, a zarazę tytanicznym wysiłkiem ledwo udało się spowolnić. Jeśli jej nie zatrzymamy, Europa umrze.

Przełykam ślinę. Starzec mówi tak, że skóra cierpnie mi na karku i robi się zimno. Nagle przestało być przyjemnie. Zamiast tego czuję się poważnie zaniepokojony zadaniem, które przyjąłem. Dopada mnie poczucie straszliwego błędu, który popełniłem.

Jedziemy dalej, teraz już w ciszy. Nie wiem ile czasu mija, bo cały czas błądzę myślami w koszmarach, które przychodzą mi do głowy. Widzę siebie, zarażonego. Na skórze wyrastają mi czarne bąble, tryskają białą ropą, kiedy zdrapuję je zakrwawionymi palcami. Chociaż usilnie staram się myśleć o czymś innym, nie mogę pozbyć się tego obrazka. Potem wyobrażam sobie, że umieram ze zgnilizną w ciele. Co mnie wtedy czeka? Wstanę. Czy będę świadomy tego, co się ze mną dzieje? Czy będę mógł to zatrzymać? Chyba nie. Boże, strzeż.

– Giacomo?

– Tak?

– Czy oni… Wiedzą co się z nimi dzieje? Przecież nie żyją, prawda?

– Inkwizycja naucza, że zgnilizna zaraża nie tylko ciało, ale i duszę.

– Co to znaczy?

– To znaczy, że jeśli dasz się zarazić, synu, będziesz potępiony.

– Jak temu zaradzić?

– Ogniem.

Przez resztę dnia milczę. Odzywam się dopiero wieczorem, po skończonej kolacji. Modlę się. Słucha mnie płomień, tańczący na rozgrzanych do czerwoności żagwiach. Giacomo zniknął gdzieś, między drzewami.

Boże, strzeż swojego sługę.

 

***

 

Wioska wygląda tak, jak opisywał ją Jędrzej. Stoimy w bezpiecznej odległości od pierwszych zabudowań i patrzymy na przedziwne zjawisko. Chałupy są obrośnięte zgnilcami. Ze środka, przez okna i wyrwane drzwi, wyrastają czarne, porośnięte strupami i napęczniałymi wrzodami macki. Są mokre od wypływającej z bąbli ropy. Na jednym z podwórzy widzę krowę. W biegu wdepnęła w jedną z odnóg zgnilizny i utknęła w miejscu. Wygląda na to, że jeszcze oddycha, ale abominacja pokrywa ją coraz ciaśniej. Zwierzę nawet już nie walczy, jedynie chwilowe drgawki, które wstrząsają jej ciałem, świadczą o tlącym się życiu. Wygląda to przerażająco i czuję mrowienie strachu. Robi się chłodno i trzęsą mi się dłonie. W przeciwieństwie do mnie, Giacomo zachowuje spokój. Długimi wdechami inhaluje się ziołami z ptasiej maski i leniwym spojrzeniem przeczesuje wieś. Wydaje się być wręcz zadowolony. W końcu przemawia:

– Co teraz, rycerzyku?

Jego kpiący ton i pogardliwe spojrzenie sprawiają, że krew uderza mi do skroni. Zanim dociera do mnie, co zamierzam odpowiedzieć, słyszę własny głos:

– Teraz pójdziemy tam, stary grzybie, i sprawdzimy co spowodowało, że mór rozplenił się po wsi. Namoczysz moją chustę wywarem z tego zielska, które wdychasz i zrobisz wszystko, żebyśmy sami nie dali się zarazić. Potem ruszymy dalej, do grodu kasztelana i znajdziemy go, martwego lub żywego.

Natychmiast robi mi się gorąco i z całego serca żałuję tego, co powiedziałem. Co mi uderzyło do tego pustego łba? Zginę tam. W imię czego? Bo dałem się sprowokować staremu, złośliwemu medykowi? Co ja chcę zrobić? Pokazać mu, że się nie boję? Miłosierny Boże…

– Słyszałeś co powiedziałem? Wykonaj rozkaz.

Jestem skończonym głupcem. Co gorsza, Giacomo wciąż się uśmiecha i bez słowa wypełnia moje polecenie. Odbiera ode mnie kawałek czystej tkaniny i owija nią rośliny, wyjęte z sakwy, których pochodzenia, nazwy czy właściwości nie potrafię odgadnąć. Nic dziwnego, z ziół potrafię rozpoznać te służące do gotowania, a i to głównie w pieczystym. Zajmuje mu to jakiś czas, który poświęcam na modlitwę.

Potem przystępuję do własnych przygotowań. Konia zostawiam przy drzewie, tam na nic mi się nie przyda. Nawet gdyby udało się wprowadzić go między budynki, prędzej czy później coś go spłoszy i wpadnie w narośl. Zabieram jednak juki. Kolcza koszulka, do tej pory starannie złożona w pakunkach, przyda mi się z całą pewnością. Chwilę mocuję się z jej założeniem, ale w końcu udaje mi się ta sztuka. Czuję się bezpieczniej. Otuchy dodaje również ciężkie ostrze przy pasie i puginał na udzie. Owijam się szczelnie płaszczem i zostawiam resztę w obozowisku.

Gdy kończę, Giacomo jest już gotowy. Podaje namaszczoną tkaninę, a ja przewijam ją sobie wokół twarzy. Cuchnie niemiłosiernie i z wrażenia ciemne plamy pojawiają mi się przed oczami. Alchemia medyka stanowi jednak jedyną ochronę, którą posiadam, więc nie protestuję. Podejrzewam jednak, że złośliwie namoczył to w jakimś śmierdzącym gównie.

Ruszamy. Idę pierwszy, a Giacomo wędruje moim śladem. Nogi mam miękkie, serce bije jak gołąb w klatce, a z nerwów zachciało mi się sikać. Kiedy przekraczamy drewnianą, ozdobioną kolorowym kwieciem altankę przy wejściu do wsi, wyciągam ostrze.

Z bliska widok jest jeszcze gorszy. Zgnilce, które zarastają chałupy są obrzydliwe i czuję wzbierające mdłości. Szczęściem, niczego dziś nie jadłem i kończy się na nieprzyjemnym skurczu, kiedy pusta treść cofa się do gardła. Przełykam ślinę, zmieszaną z żołądkowym kwasem i zmuszam się, żeby iść dalej. Mijamy ranną krowę. Bije od niej odór śmierci, mokry nos zwierzęcia rozdyma się w rozpaczliwych, urywanych oddechach, a po ciele chodzą robaki. Zgnilec oplótł ją już do połowy. Nie wiem jakim cudem przeżyła tak długo, ale czuję podziw dla heroicznego wysiłku tego biednego zwierzęcia. Zagłębiam ostrze w jej czaszce. Tępe chrupnięcie oznajmia koniec męki.

Szeroka ścieżka prowadzi głębiej między chałupy. Oglądam ślady na ziemi i odczytuję pierwsze tajemnice tego miejsca. Ludzie wydeptali na piasku głębokie odciski stóp, charakterystyczne dla rozruchów. Delikatniejsze elementy otoczenia są zniszczone. Na ziemi leżą narzędzia, połamane deski, ubrania, a nawet jedzenie. Wszystko przedstawia smutny widok opuszczonego w pośpiechu i wielkim zamieszaniu miejsca. Idę dalej, na każdym kroku uważając, żeby nie wdepnąć w ciernie. Po wyjściu na główny placyk, zapiera mi dech w piersiach.

Na środku otwartej przestrzeni znajduje się studnia. Wiem, że niegdyś była to spora, murowana konstrukcja, która dostarczała czystej wody mieszkańcom Studennych. Traktowana ze szczególnym pietyzmem, jako serce wioski, dała jej obecną nazwę. Teraz jest źródłem zarazy. Zgnilec, który z niej wyrasta, jest wielkości dębu, o konarach grubych na kilka metrów. Góruje nad chałupami i zasłania zachodzące słońce. Wśród przegniłego, pulsującego mięsa widzę ludzi. Na poły scaleni z abominacją, szarpią się z trzymającymi ich mackami i starają oderwać. Wszyscy są, niewątpliwie, martwi, a źródłem ich ruchu jest demoniczna siła, która tak bardzo mnie przeraża. Kiedy się zbliżam, wszystkie trupy obracają na mnie spojrzenia i zaczynają poruszać się gwałtowniej. Słyszę głośne mlaśnięcia odrywanego mięsa, pękających strupów i głuche szarpnięcia. Stoję jak wryty. Dławi mnie strach, którego nie potrafię zwalczyć, serce boli od gwałtownego skurczu, a gorąco zalewa żołądek.

Wtedy, jedna z kobiet, uwięzionych w upiornym drzewie, wyrywa się z uścisku. Za nią, uwalniają się następni. Patrzę jak idzie do mnie, dziwnym, powłóczystym krokiem. Ma na sobie brudną od krwi i ropy suknię, cała jej skóra pokryta jest chorobą, czarną i ohydną. Potknęła się o leżący na ziemi kamień i zachwiała. Wtedy dostrzegam krzyżyk na jej piersi. Zwisł bezwładnie, gdy jego właścicielka pochyla się, łapiąc równowagę. Chrystusowy znak na ciele opętanej kobiety sprawia, że wzbiera we mnie gniew. Swoje następne ruchy widzę jak przez mgłę.

Cięcie. Głowa kobiety, oddzielona od ciała zostawia za sobą strumień posoki, zanim ląduje w piachu. Zasłona. Jeden z trupów, który zaszedł mnie z boku, rozcina sobie dłoń o ostrze miecza. Uderzenie. Pięścią wbijam mu zęby do gardła i odrzucam o kilka metrów. Krok do tyłu. Pozwalam, żeby trup, który mnie atakuje, upadł na ziemię, przygnieciony siłą własnego rozpędu. Kolejny cios. Miecz gładko zagłębia się w tył jego głowy. Zostaje ich trzech, prą z bezmyślnym grymasem na wykrzywionych chorobą twarzach. Ich ruchy są nieskoordynowane, przeszkadzają sobie wzajemnie, kiedy usiłują mnie sięgnąć. Ustawiam się w pozycji wygodnej do ataku i wyczekuję najdogodniejszego momentu. Pchnięcie. Miecz wchodzi głęboko, ostrze rozrywa ciało i ze chrzęstem zagłębia się między kości. Przed sobą mam twarz przeciwnika, jego posoka ochlapała mi pancerz, owrzodziałe ręce oplotły ramiona. Szarpnięciem usiłuję wydostać broń z trzewi. Nie mogę, utknęła gdzieś między żebrami. Z krzykiem, pełnym złości i frustracji puszczam rękojeść i zasłaniam się ramieniem, przed kolejnymi przeciwnikami. Jeden z nich rzuca się z wyciągniętymi rękami w kierunku mojej twarzy. Palce ma rozczapierzone, przypomina drapieżnego ptaka. Z braku lepszej możliwości wymierzam mu kopnięcie w żołądek. Nie wiem, czy splugawieni czują ból, ale siła uderzenia jest wystarczająca, żeby choć na chwilę zapewnić sobie spokój. Ostatniemu, najbardziej ospałemu z atakującej trójki, wbijam w skroń ostrze puginału. Ten, którego posłałem na ziemię nie stanowi już wyzwania. Siadam na nim okrakiem i ciosami pięści rozbijam miękką czaszkę.

Oddycham ciężko i usiłuję rozeznać się w sytuacji. Jestem bezpieczny, przynajmniej od trupów. Wokół jest cicho. Słońce prawie całkiem schowało się za horyzontem, panuje nieprzyjemny półmrok. W czasie walki spadła mi z twarzy chusta, przygotowana przez Armatiego. Cholera, medyk. Gdzie on się podział?

– Giacomo? – cisza – Giacomo!

 

 

***

 

Idę piaszczystą ścieżką pod górę. W ciemności nie mogę sprawdzać czy nie wdepnę w zgnilca wyrosłego z ciała jakiegoś nieszczęśnika, który mógł umrzeć po drodze, dlatego rozpaliłem pochodnię. Zmierzam do kasztelu. Starego medyka szukałem, póki słońce zupełnie się nie schowało. Potem było już zbyt niebezpiecznie. Z chałup i zrostów zarazy wciąż wychodzili nowi ludzie, a ja nie miałem środków, żeby podpalić to miejsce. Poza tym, jestem już zmęczony. Ramiona palą mnie żywym ogniem od ciągłej walki. Nie wiem, gdzie podział się Armati, cały czas był przecież za moimi plecami. Być może przestraszył się, kiedy zaatakowała nas ta ożywiona kobieta, a ja w uniesieniu nie usłyszałem jego ucieczki. Nigdzie jednak nie widziałem ciała. Jeśli pobiegł do lasu, a tam spotkał splugawionych, to nigdy go już nie znajdę.

Boli mnie głowa, a w kościach czuję nieprzyjemną, promieniującą słabość. Staram się to jednak ignorować i zebrać w sobie, bo czeka mnie jeszcze zadanie. Obiecuję sobie, że po powrocie do grodu Odyńca prześpię cały tydzień.

Po, mniej więcej, godzinnej wędrówce, docieram do celu. Powoli i jak najciszej przekraczam drewniany most, prowadzący do kasztelu. Jest chłodno i nie dochodzi mnie żaden dźwięk. Słyszę jedynie własne kroki, skrzypienie desek i skwierczenie pochodni. Kasztel prezentuje się upiornie i pięknie zarazem. Swoją nazwę wziął od jarzębin, które rozpleniły się po całej okolicy. Są wszędzie, zarastają nawet między chałupami, na przedmurzu. Sam gród leży na wzniesieniu, szeroki i masywny, przypomina ociężałe ptaszysko w gnieździe. Powinny palić się tu pochodnie, powinni tu być ludzie, strzec wejścia, czuwać. Zamiast tego – cisza. Po wydarzeniach ostatnich godzin, siedzi mi w żołądku uczucie rozchodzącego się ciepła, gorąca gula niepokoju i nerwów. Ponadto, jak gdyby mało mi było nieszczęść, coś uwiera mnie pod lewą pachą i nieprzyjemnie ociera się o pancerz.

Wchodzę na przedmurze. Wita mnie widok bliźniaczo podobny do tego, który zastałem w Studennych. Na ziemi leżą trupy, ścielą się gęsto między chałupami, na ścieżce, w krzakach, słowem – wszędzie. Z rozprutego brzucha jakiegoś kmiotka wyrasta zgnilec. Wygląda to tak, jakby jego flaki pokryte były fekaliami, czarna, lśniąca od wilgoci masa w konwulsyjnych drgawkach toczy ciało. Przechodzę obok, zataczając szeroki łuk i uważnie stawiając kroki. Tutaj również panuje rozgardiasz i nie mam wątpliwości co do tego, że miała tu miejsce walka. Ofiarami są głównie chłopi, ale widzę też kilka ciał żołnierzy z drużyny kasztelana. Jeden z nich zawisł na drewnianej barierce, z głową roztrzaskaną ciosem pałki. Podobnie jak resztę, jego również zaczęła już toczyć choroba. Kiedy przyświecam pochodnią, widzę zgnilca, który rozpycha się we wnętrzu czaszki, mieszając z kleistą masą mózgu. Odchodzę, zanim znów zrobi mi się niedobrze.

Nie wiem, ile czasu zajmuje zarazie podniesienie martwego, dlatego wolę się spieszyć. Jeśli wejdę teraz do wnętrza kasztelu, a trupy z pobojowiska zaczną wstawać, całkowicie odetną mi drogę ucieczki. Nie ma jednak rady, zadanie jest zadaniem. Nie wrócę z pustymi rękami. Gdyby okazało się, że rzeczywiście nie będę mógł wrócić tędy, znajdę inną drogę.

Co ciekawe, wrota do grodu są otwarte. Przechodzę przez bramę pełen obaw, oczekując najgorszego. Wychodzę na dziedziniec i rozglądam się uważnie. Po lewej stajnie. Z wnętrza dochodzi mnie zapach końskiego gówna i siana, ale w porównaniu z panoszącym się wszędzie odorem śmierci znajoma woń wydaje się niemalże przyjemna. Po prawej posterunek i dom drużyny. Powinni tam być ludzie, ale cisza wokół jest tak gęsta, że można by ją ciąć nożem.

Zadzieram głowę, żeby spojrzeć na warownię i dostrzegam światło. W jednym z okien, po prawej stronie, bije delikatna łuna. Ciężko ją zobaczyć od razu, bo ogień musi palić się gdzieś w głębi, ale od czasu do czasu dostrzec można delikatną poświatę. Być może ktoś chodzi korytarzami z pochodnią? Niewiele myśląc ruszam w lewo, w kierunku stajni. Nie wiem kto przebywa na piętrze, ale nie chcę jeszcze, żeby mnie zobaczył.

Otwieram ciężkie drewniane drzwi barkiem i wchodzę do środka, ze spojrzeniem do końca utkwionym na oknach warowni. Chwilę później cios wymierzony w pierś zwala mnie z nóg. Czuję ból w klatce i łomot łamanych desek, kiedy plecami uderzam w jakąś konstrukcję. Upadam na stertę siana, a miecz i pochodnia wypadają mi z rąk. W panice zbieram się na kolana i macam rękami na oślep, wyszukując czegoś do obrony. W końcu znajduję kawałek drewna, ułamanego podczas upadku. Z braku lepszych możliwości łapię narzędzie oburącz i wstając, obracam się w kierunku przeciwnika.

Jest nim koń. Zamieram w pół kroku, z głupią miną, wpatrując się w zwierzę. Ono odwzajemnia się tym samym i wyraźnie zaniepokojone strzyże uszami. Jestem przeklętym, skończonym głupcem. Opuszczam ręce i powoli wycofuję się w głąb stajni. Miecz upadł kilka metrów dalej, a pochodnia, dzięki Bogu, znalazła się daleko od suchego siana. Podnoszę ją, zanim stanie się nieszczęście i wieszam na stelażu przy jednej z belek.

Co teraz? Mój przebiegły fortel i rumor jaki nim spowodowałem z pewnością zwrócił uwagę tajemniczego mieszkańca kasztelu. Z drugiej jednak strony, mógł wziąć hałas za działanie trupów z pobojowiska, które w każdej chwili gotowe są wstać. Co to jednak da? Być może skłoni go do ucieczki. Jeśli tak, to mogę się zaczaić. Kim może być tajemnicza osoba? Złodziejem, szabrownikiem? W kasztelu musi być mnóstwo dobra, tylko czeka, żeby je podnieść. Ktokolwiek to jest, pewnie widział walkę, która miała tu miejsce lub nawet sam w niej uczestniczył. Podejrzewam, że starli się tutaj chłopi uciekający ze Studennych, z drużyną Horskiego. Na pewno szukali schronienia, a kasztelan odmówił pomocy, kiedy dowiedział się przyczyny nieszczęścia. Zarazy boją się wszyscy, bez wyjątku. A może… Uderzam się w czoło. Jestem głupi, bezdennie głupi. To może być Giacomo! Uciekł, kiedy ja walczyłem, a potem udał się do jedynego miejsca, o którym wiedział, że odwiedzę, jeśli wyjdę ze starcia w jednym kawałku. Boże, daj siłę w nogach, bo w głowie poskąpiłeś.

Poświęcam chwilę, żeby uspokoić spanikowanego konia. Solidnie obił mi żebra, ale nie jest niczemu winien. Dobrze wiem czego się spodziewał, kiedy otworzyłem drzwi stajni. Mądre zwierzę.

Łapię pochodnię i wybiegam na zewnątrz. Muszę jednak zwolnić, gdyż mój obecny stan jest opłakany. Do słabości mięśni, łupiącego bólu pod czaszką i uciążliwej rany pod pachą, dołączyły jeszcze poobijane końskimi kopytami żebra. Otwieram ciężkie wrota, oddzielające wnętrze właściwego grodu od wewnętrznego dziedzińca. Mroki korytarzy rozświetla pochodnia. Widok jest przerażający i smutny. Wszędzie leżą knechci Horskiego, niektórzy na kamiennych schodach, inni oparci plecami o ścianę lub rozciągnięci krzyżem na środku korytarza. Podchodzę bliżej i oglądam zwłoki. Jest w nich jednak coś dziwnego, coś co odróżnia każdego od trupów na zewnątrz. Nie mają ran. Wszyscy natomiast, tego jestem pewien, są zarażeni. Choroba zmieniła nieszczęśnikom skórę na twarzy, spowodowała czarne bąble i ropne pęcherze. Ogniska moru widnieją im pod pachami, na oczach lub palcach. Każdy z żołnierzy, bez wyjątku, umarł z chorobą obscenicznie wystawioną na widok, jak gdyby chcieli, abym zobaczył pełnię ich cierpienia. Idę dalej. W jednej z komnat mijam wisielca. Jedna ze służebnic odebrała sobie życie, zanim choroba zrobiła to za nią. Jej wcześniejsza śmierć spowodowała, że teraz, kiedy przechodzę, zaczyna się budzić. Wodzi za mną wzrokiem. Zamykam drzwi.

Nerwy zaczynają mi puszczać i czuję, że mam tego dosyć. Opieram się ciężko o ścianę i zaczynam nawoływać w przestrzeń. Co ma być, to będzie.

– Jest tu ktoś? Wyjdź do mnie!

Przez chwilę odpowiada mi głucha cisza, potem jednak słyszę szybkie kroki. To dobry znak, zarażeni poruszają się inaczej. Czekam w napięciu. W końcu na górze długich, kamiennych schodów, staje mężczyzna. Nie jest to medyk, którego szukam, lecz sam władca grodu, Kazimierz Horski we własnej osobie. Ma na sobie zgrzebny wór pokutny, jest brudny i zmęczony. Niegdyś postawny, o słusznej budowie, teraz wychudzony i wątły. Bose, poranione stopy, czarne, smoliste włosy, utytłane popiołem. Bez słowa, nim zdążę ułożyć jakieś sensowne pytanie, pada mi w objęcia.

 

***

 

Siedzimy przy kominku. Kasztelan przyjął mnie nawet dzbankiem słodkiego wina, serem i zaschniętym chlebem. Nie mam apetytu, ale przywieram spierzchniętymi ustami do naczynia. Czuję ulgę, kiedy płyn rozlewa się przyjemnym ciepłem po żołądku, rozgrzewa obolałe kości i odgania zmęczenie. Nie zwracam uwagi na obyczaj, piję łapczywie, póki do końca nie nasycę pragnienia. Kiedy kończy się pierwszy dzban, proszę o kolejny. Gospodarz nie protestuje. Wreszcie odstawiam naczynie na stół. Patrzę na Horskiego.

– Kasztelanie, na Boga, co tu się wydarzyło? Jestem Mikołaj Skalny, rycerz księcia płockiego, Jana Sokolnickiego. Wysłał mnie tutaj, abym cię znalazł. Widziałem Studenne, przeszedłem przez wieś. Jak to się stało? Dlaczego?

– Witam cię w moich progach, Mikołaju. – Stary uśmiecha się smutno – Przykro mi, że ostatniego gościa, którego los wysłał pod mój dach, przyjąć musiałem tak skromnie. Wybaczysz mi?

Odpowiedź mi się nie podoba. Przeczuwam coś bardzo złego i patrzę na niego, ze zmarszczonymi brwiami. O co tu chodzi? Czy ten człowiek postradał rozum? To możliwe. To co tu widziałem, z pewnością wystarczy, aby doprowadzić człowieka na próg szaleństwa.

– Kasztelanie, obawiam się, że nie rozumiem. Co, na Boga, się tutaj wydarzyło?

– Nie sądzę, rycerzu, aby Bóg przebywał jeszcze w moim domu. Mimo, że staram się go ubłagać, obawiam się, że jest już za późno. Odszedł.

– Co to ma znaczyć?

– Zaprosiłem tu diabła. Nie ma już światła Bożego za progiem mego domu.

Odsuwam się lekko od stołu i kładę dłoń na rękojeści miecza.

– To nie będzie potrzebne. Jeszcze nie teraz. Usiądź spokojnie i wysłuchaj mojej spowiedzi. Napij się wina, jeśli chcesz. Przysięgam, że nie jest zatrute. Wyjaśnię ci wszystko, a potem zdam się na twój sąd. Wiem, że nie rozumiesz jeszcze o czym mówię, ale obiecuję, że wszystko stanie się jasne już za chwilę. Czy skłonisz się do mojej prośby? Błagam.

Niechętnie, ale kiwam głową. Wina jednak nie dotykam. 

– Dziękuję ci, Mikołaju. Wiem, że masz mnie za szaleńca. Jeśli taka myśl pojawiła się w twojej głowie, to wiedz, że masz słuszność. Jestem nim, z całą pewnością i przeklinam dzień, w którym opuściłem bezpieczne schronienie rozumu i wiary. Któż jednak, pytam, kto całym sercem, tak jak ja, miłuje swoje dziecko, nie uczyniłby tego samego? Mam syna. Na imię mu Henryk, przyszedł na świat dziesięć wiosen temu. Jest dla mnie wszystkim i przysięgam ci, że cokolwiek zrobiłem, zrobiłem tylko dla niego. Czy wierzysz mi?

– Nie mam powodu wątpić.

– Dobrze. To bardzo ważne. Kiedy wojna z zarazą zbliżała się do naszych ziem, postanowiłem, że Henryk potrzebuje Boskiej opieki. Bałem się tego, co może go spotkać. Jest wątły, słabego zdrowia. Takich choroba znajduje najszybciej. Słyszałem jednak, że na północy, do klasztoru świętego Wojciecha, zawitał sługa Boży, inkwizytor. Mówiono mi, że moc tego męża odgania zło i pobłogosławieni jego modlitwą, chowają się bezpiecznie przed dotykiem moru. Wysłałem go tam zatem. Chciałem jedynie ochrony dla mego syna. Czy sądzisz, że uczyniłem słusznie?

– Nie widzę tu błędu.

– I ja go nie widziałem, Mikołaju. Póki knechci nie wrócili z moim dzieckiem. Czy wiesz, co się stało? Orszak napadli zarażeni. Nie, nie tacy, których widziałeś na dole. Żywi. Głodni. Zdesperowani. Moi ludzie przestraszyli się znamion choroby, przeklęci tchórze. Odwrócili się od swojego pana i uciekli. Ci, którzy tego nie zrobili, walczyli. Udało im się odeprzeć napaść, wyszli z niej zwycięsko. Jednak Henryk… zachorował.

– Czasem wystarczy draśnięcie, oddech zarażonego. Przykro mi. Widziałem to już nie raz.

– Mnie również, Mikołaju, było przykro. Moje serce pękło z rozpaczy. Nie wiesz jak to jest, oglądać powolną śmierć dziecka. Śmierć spowodowaną własnym błędem. Posłałem po medyków. Zażądałem, aby sprowadzono, choćby i przemocą, męża, o którym mówiłem ci wcześniej. Czy wiesz jednak, co się okazało? Opuścił klasztor w dniu, w którym mój syn wyruszył z kasztelu. Zamiast niego jednak, znalazł się ktoś inny. Wędrowny medyk, stary sycylijczyk o białych włosach. Giacomo Armati, niechaj przeklęte będzie jego imię.

Serce podchodzi mi do gardła, ale milczę. Pozwalam starcowi mówić.

– Zbadał Henryka. Powiedział, że choroba zabierze go ode mnie najbliższej nocy. Mówił, że nie ma ratunku. Błagałem go, upadłem na kolana. Obiecałem, że zrobię wszystko, jeśli uratuje moje dziecko. Wtedy złożył propozycję.

– Jaką propozycję?

– Powiedział, że zna sposób. Niebezpieczny, którego niewielu decyduje się użyć. Magia, która może zatrzymać chorobę i zawrócić Henryka z drogi do zaświatów.

Bez słowa wstaję i łapię za miecz.

– Co uczyniłeś?

– Zgodziłem się. Zrozum, byłem zrozpaczony. Chciałem jedynie… Chciałem uratować syna. Alchemik sporządził dla mnie dwa kamienie. Jeden z nich, nakazał położyć na piersi Henryka. Drugi wrzucić do studni we wsi.

– Czemu tam?

– Wyjaśnił, że każda rzecz wywołana przez magię ma swoją cenę. Nie można uczynić niczego, jeśli nie zapłaci się równej miary z czegoś innego. Mówił, że życie szlachetnie urodzonego opłacą moi poddani.

Starzec przerywa, jego ciałem szarpie gwałtowny kaszel. Upada na kolana i jęczy, trzymając się za pierś. Podnosi wzrok.

– On tu jest. Słyszy nas. Musisz się spieszyć. Wysłuchaj mnie.

Sięga ręką pod materiał swojej szaty i wyjmuje klucz. Kładzie go na stół.

– Musisz znaleźć Henryka. Jest na górze, bliźniacza komnata, po tej samej stronie korytarza. Błagam, pomóż mu. Ja… nie mogłem. Nie byłem w stanie się zmusić. Zabij go. Nie zasługuje na los, który na niego zesłałem. Błagam cię, Mikołaju, zaklinam! Błagam cię!

Rzuca się do moich stóp i zanosi płaczem. Patrzę na jego żałosną, upokorzoną postać i podejmuję decyzję. 

Łapię za pochodnię i wybiegam z komnaty. Dopadam schodów i w pośpiechu oceniam sytuację. Trup jednego z knechtów zagradza mi drogę. Niewiele myśląc, rozpędzam się i potężnym uderzeniem zrzucam go w dół. W pustych korytarzach martwego siedliszcza odzywa się głośny rumor, gdy odbija się od stopni i z pewnością łamie kark. Biegnę na górę. Kolejnego z trupów, który wyrasta przede mną w ciemności, uderzam pochodnią. Cios jest zaskakująco skuteczny, przeciwnik zasłaniając się rękami, odpada ode mnie jak, nie przymierzając, oparzony. Jestem na kolejnym piętrze. Jest tutaj spokojniej, nie widzę nikogo. Uważam gdzie stawiam kroki. Korytarz, taki jak na dole. Pokój po prawej. To tu. Szarpię za klamkę i orientuję się, że drzwi są zamknięte. Dopiero teraz, uświadamiam sobie, że zapomniałem klucza. Jak mogę być tak głupi? Dobry Boże, czym zawiniłem, żeś mnie pokarał takim przekleństwem? Wściekły na siebie, wrzeszczę i z całym impetem na jaki mnie stać, uderzam barkiem w drzwi. Podziałało, jestem na podłodze, w komnacie Henryka.

Dziecko leży na łóżku. Na jego piersi spoczywa kamień, tak jak opisał to Horski. Chłopak jest nagi, a całe jego ciało pokrywa choroba. Skóra czarna i zgniła, po twarzy chodzą robaki. Na ramionach i nogach wyrastają białe rzęski, oczy to dwa, ropne bąble. Pierś jednak, porusza się miarowo, chłopak żyje. Miłosierny Boże, chroń swojego biednego sługę. Unoszę miecz i szykuję się do uderzenia.

– Zostaw go, przeklęty głupcze!

Głos w mojej głowie. Co się dzieje?

– Idę po ciebie. Nie uciekniesz mi, żałosna, mała istoto. Jesteś mój.

Gwałtowny ból pod lewą pachą rzuca mnie na kolana. Ręką sięgam pod pancerz. Rana. Pęcherz. Jestem zarażony. Zginę.

– Wciąż możesz ocalić życie. Nie musisz tu umierać, Mikołaju.

O czym ty mówisz?

– Zabierz kamień z ciała dziecka. Nie bój się, nic ci się nie stanie. Wróć do grodu księcia. Roznieś tam chorobę. Życie twoje, za życia wielu. Jeśli to zrobisz, ocalę cię.

Jak mnie zaraziłeś, Giacomo?

– Wziąłeś ode mnie chustę.

Oczywiście. To prawda, jestem głupcem. Na twoje nieszczęście, demonie, pobożnym głupcem.

Podnoszę się z kolan i unoszę miecz nad głowę. Przebijam pierś Henryka. Wściekły ryk w mojej głowie mówi mi, że postąpiłem właściwie. Ból ustępuje.

– Idę po ciebie!

Mam nadzieję.

 

***

 

Jeśli mam zginąć, to na moich warunkach. Nie mam wiele czasu, sądzę, że Giacomo zjawi się tutaj za chwilę. Wróciłem do komnaty Horskiego. Nie żył. W jakiś sposób demon wycisnął z niego życie. Tak kończą ci, którzy paktują z diabłem. Widok rozciągniętych na ziemi zwłok, służy mi za przestrogę. Kiedy wbiłem ostrze w pierś Henryka, kamień na jego piersi rozsypał się w proch. Ożywieni przestali się poruszać, wygląda na to, że zabrałem im życiodajną moc.

Znalazłem zbrojownię. Wyciągnąłem z niej kopię i poszedłem do stajni. Teraz siedzę w siodle, na koniu, który wcześniej obił mi żebra. Będzie mi towarzyszem w ostatnim dniu. Drapię go za uszami i spokojnie rozglądam się po placu. W jednej dłoni trzymam broń, drugą, od czasu do czasu, sięgam po bukłak z winem. Przelałem sobie to, które zaoferował mi kasztelan. To moja ostatnia wieczerza, prawda? Rozkoszuję się słodkim smakiem. Jest delikatne, ale przyjemnie rozgrzewa ciało. Nie czekam na nic, nie przedłużam chwili. Piję ile mogę, zanim przyjdzie po mnie śmierć. Jestem szczęśliwy.

W końcu się zjawia. Jego widok sprawia, że jestem zaskoczony, ale nie przerażony. Giacomo jest wielkości byka i wcale nie przypomina człowieka, który był moim towarzyszem w drodze do tego przeklętego miejsca. Ciężkie, błoniaste skrzydła zwijają się za jego plecami, kiedy z hukiem opada na ziemię. Wszystkie pochodnie, które rozpaliłem kręgiem na placu, zgasły. Ma długie, poskręcane rogi, czarną jak smoła sierść i pazury godne wilka. Ręce  jednak, najbardziej, przypominają ludzkie. Przynajmniej jedna, druga kończy się bowiem kikutem w okolicach przedramienia. Grube, mięsiste nogi, jak kocie, tyle, że masywniejsze. W kłębie, ma jakieś dwa metry.

Nie boję się jednak. Nie zabije mnie wielki, latający baran.

– Nareszcie jesteś. Bałem się, że czekasz, aż spiję się do nieprzytomności.

Demon przekrzywia wielki łeb i spogląda, przysiągłbym, że z ciekawością.

– Jesteś szalony, człowiecze. Mógłbym użyć kogoś takiego jak ty. Moja oferta jest wciąż aktualna. Sporządzę dla ciebie drugi kamień. Wybaczę to, co zrobiłeś z pierwszym.

– Wybacz, Giacomo, ale widziałem jak kończą się umowy z tobą.

– Nie musisz skończyć tak, jak stary kasztelan. Będę dla ciebie łaskawy. Jesteś odważny. Bywasz przebiegły. Oferuję ci znacznie lepszy los.

– Wyleczysz mnie?

– Tak. Za każde życie, które odbierzesz, rok dla ciebie. Zostań apostołem zarazy. Pomyśl o możliwościach. Możesz stać się niemalże nieśmiertelny.

– Kim ty właściwie jesteś, demonie?

– Mam wiele imion. Jestem tym, który niesie chorobę. Tym, który ma we władzy śmierć. Nazywają mnie Pomurnikiem. Trupodzierżcą. 

– To ty zaatakowałeś orszak Henryka?

– Tak.

– I któryś z knechtów odrąbał ci rękę, kiedy sięgałeś po dziecko?

– Twój rozum służy ci, kiedy go używasz. Będziesz dobrym sługą. Przyjmij ofertę.

– Wybacz Giacomo, ale zmuszony jestem odmówić. Za to chętnie poślę cię do piekła, gdzie twoje miejsce.

Opróżniam bukłak do końca i odrzucam na bok. Chwytam pewnie broń i uderzam konia po bokach, pochylając się w siodle. Czas to zakończyć.

Podmuch wiatru uderza w twarz, kiedy ruszam na potwora. Ten odwzajemnia się tym samym, schyla łeb i z rogami wymierzonymi w moim kierunku, rozpoczyna szarżę. Celuję w głowę. Jeśli trafię, czaszka skruszy się jak skorupka jajka. Ziemia pod kopytami drży, nie słyszę niczego poza wizgiem wiatru. Pochylam kopię, mocno zapieram się nogami i… nie trafiam. Mijamy się, nie czyniąc sobie szkody. Spinam wodze i zawracam. Księżyc oświetla plac, blada łuna pada również na demona. Muszę przyznać, że wygląda groźnie. Nie mogłem wymarzyć sobie lepszej śmierci. Uderzam piętami i ruszam, ale Giacomo okazuje się być szybszy. Zanim nabieram odpowiedniej prędkości i pochylam broń, jest już przy mnie. Rozpaczliwym skrętem, w ostatniej chwili ratuję się przed wyciągniętą łapą. Mimo to, długie pazury sięgają mojego boku. Ogniwa kolczugi pękają jak drewno, a ostrza zagłębiają się w skórę. Czuję ból rozrywanego ciała i chrupot łamanych żeber. Jest źle, tracę równowagę i prawie spadam z siodła. Zaciskam nogi jak imadło i przytrzymuję się końskiej szyi tak mocno, że biedne zwierzę, aż zarzuca głową w proteście. Odyniec zawsze powtarzał, że gdyby Bóg dał mi tyle siły w głowie, ile mam w ręku, to obsypałby mnie złotem. Zawracam. Tym razem robię to wcześniej, muszę zdążyć. Nie przeżyję drugiego takiego ciosu. Po raz trzeci uderzam piętami i ruszam. Giacomo jednak zniknął. Dopiero po chwili orientuję się, że wzbił się w powietrze. Jego sylwetka zasłania księżyc, spada na mnie z wyciągniętymi jak jastrząb pazurami. Rozpędzam się i ruszam mu na spotkanie. To moja szansa. Zwyciężę.

– W imię Chrystusa!

Mój wrzask roznosi się echem po korytarzach kasztelu. Celuję czubkiem broni w pierś przeciwnika. Świst wiatru. Mój krzyk, zmieszany z rykiem potwora. Krew pulsująca w skroniach. W ostatniej chwili ściągam lejce i ustawiam się tak, aby uderzyć w lewy bok, tam, gdzie odrąbana dłoń. Tym razem trafiam.

Uderzenie jest tak silne, że ręka trzymająca kopię, łamie się jak deska. Nie czuję jednak bólu, szok jest paraliżujący. Zanim spadam z siodła, tracę przytomność. 

 

***

 

Patrzę przez okno w komnacie na truchło demona. Resztki strzaskanej kopii wystają mu z pleców. Trafiłem prosto w serce, broń uderzyła tak silnie, że przebiła skurwiela na wylot. Obyś zdechł na zawsze. W imię Boże.

Leżałem nieprzytomny przez całą noc. Obudził mnie poranek i słońce piekące twarz. Ledwo stoję. Mam połamane żebra, strzaskany bark, prawą część twarzy spuchniętą i skrwawioną. Straciłem większość zębów. Napisanie listu w tym stanie, było prawdziwą katorgą. Najkrócej jak potrafiłem streściłem Odyńcowi całość wydarzeń. Poprosiłem, aby polecił moją duszę Bogu. Cały majątek jaki mi pozostał przepisałem Jędrzejowi.

Wciąż jestem zarażony. Zginę. Jeśli to, co powiedział Giacomo jest prawdą, umrę potępiony. Muszę ocalić duszę. Ogień oczyszcza.

Przygotowałem wannę. Nalałem do niej całej oliwy, jaką znalazłem w spiżarni. Rozpalona pochodnia jest już przygotowana.

Jestem nagi. Zanurzam obolałe ciało. Boję się. Boże, przyjmij mnie do siebie.

Wyciągam rękę i przykładam rozpaloną żagiew do piersi.

Ogień oczyszcza. 

Koniec

Komentarze

Fabuła bardzo fajna, muszę powiedzieć, że z czasem wciągnęło.

Z zarzutów:

– Zdrobnienia! Na litość boską… Nie kupuję tego za cholerę. Narracja przypomina mi w tych fragmentach fantazje obleśnego starca. Podobnie nazwa burdelu. Dobra dla kabaretu. Wywołuje salwę śmiechu, a bywalcy nie chodzą w takie miejsca się pośmiać ;) Zauważ jakie nazwy mają obecnie tego typu przybytki.

– Władca pyta poddanego czy podejmie się wykonania rozkazu? Prosi go o to?

 

Chyba jest trochę drobnych usterek technicznych, ale nie mam warunków na wyszukiwanie ich, a nawet gdybym miał, to bym nie zdołał :D

Mocny plus za tempo akcji w końcówce. Nie było odkrywczo, ale rozrywkowo spełniło swoje zadanie.

Odkrywam, pod gęstą zawiesiną sosu, cudownie duże kawałki cielęcego mięsa. – Chryste, przeczytałem dziecięcego o_O

Masz zły zapis dialogów – po pierwszych myślnikach powinny być spacje (wszędzie, nie tylko w przykładzie):

-Mikołaju, (…)

-Teraz? – pytam głupio.

-Oczywiście, że nie. Na zimę.

 

Nie kupiła mnie nie narracja w pierwszej osobie. Można by było uniknąć nużących dłużyzn w narracji trzecioosobowej. Pomysł ciekawy, choć nie pierwszy.

Czasami się gubiłem – co dlaczego się dzieje.

F.S

Fajne :) Fabuła wciąga, akcja toczy się wartko, narracja przyjemna, choć mnie osobiście nieco irytował czas teraźniejszy, jakoś gryzł mi się z konwencją.

Zdaje mi się, że często zdarzają Ci się nadmiarowe przecinki.

Kompozycyjnie chyba można by spokojnie porobić cięcia na początku. Opis jedzenia, choć malowniczy, w sumie wnosi niewiele, podobnie postać Maćka – jednemu i drugiemu mógłbyś poświęcić nieco mniej słów.  

 

Ciekawy dylemat czy bohater będzie zbawiony. Bo domyślam się, że rozwój wydarzeń w końcówce to efekt intrygi demona…

Cześć.

Pomóż mi zrozumieć.

Zazwyczaj zwracam uwagę komuś (a innym razem robię jazdę), kto w mojej opinii niedbale zapisuje dialogi. Czyli nie robi tego tak: kreska, odstęp, wielka litera.

Ty nie zrobiłeś.

W czym problem?

Powiem Ci, w czym dla mnie. W tym, że taka kondensacja znaków utrudnia ustalenie, że to jest sekcja dialogów. Dla oka narracja i dialogi zaczynają wyglądać tak samo. A blok tekstu trochę straszy.

A z jakiego powodu Ty robisz tak jak robisz?

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Taka uczta i trójniak? Nie mieli czegoś lepszego? ;p Trochę mnie męczy narracja 1-os w czasie teraźniejszym przy tej długości tekstu, przeczytałam tylko początek. Jak uporam się z całością, dam znać.

Rafill, dziękuję za miły komentarz i poświęcony czas. Cieszę się, że wciągnęło. Jeśli chodzi o zdrobnienia, narracja jest prowadzona z pewrpektywy pierwszej osoby i główny bohater sobie zdrabniał bo lubił;). Ja też wolę zjeść ogóreczka niż ogórka i wypić kawusię zamiast kawy, ale to chyba rzecz psychiki :D. Nazwa burdelu wydała mi się po prostu śmieszna.

FoloinStephanus, to jednak było mięso cielęce ;). Dialogi poprawiłem. Dziękuję za poświęcony czas i komentarz. 

Werweno, bardzo się cieszę, dziękuję pięknie za klik. Zastanowię się nad cięciami, wymienione fragmenty rzeczywiście niewiele wnoszą. Co do narracji, na początku miała byc normalna, trzecia, ale przyznaję bez bicia, że pierwszą lubię bardziej i jakoś wygodniej mi się w niej poruszać.  

Piotrze, już pomagam. Ot, nie wiedziałem. Dodałem spację, po każdym myślniku. Dla mnie tekst bez owej spacji wygląda tak samo przejrzyście. Cieszę się, że wpadłeś.

Czytało się dobrze, ale fabuła nie porwała. Może dlatego, że nie przepadam za zombie ;) Jeśli chodzi o bardziej szczegółową krytykę (czyt. czepianie się):

 

Obszerny opis jedzenia na wstępie, w połączeniu ze zdrobnieniami raczej zniechęca do dalszego czytania.

 

Trochę dziwne wydaje się, że do tak ważnej misji książę wysyła tylko jednego rycerza. Biedne musi być to księstwo.

 

Swoją nazwę wziął od rosnących dziko jarzębin, które rozpleniły się po całej okolicy. W świetle księżyca, które bije dziś wyjątkowo intensywnie, odbija się ich czerwień.

 

Jeżeli dobrze zrozumiałem, akcja dzieje się w maju, kiedy jarzębiny zaczynają kwitnąć. Nie mogło więc być czerwonych owoców.

 

 

Dziękuję BioHazardzie za odwiedziny i komentarz :).

Jest jakiś pomysł na fabułę. Wprawdzie coś zombiakowata ta zaraza, ale niech jej będzie. Są zwroty akcji. Na plus. Mam wrażenie, że tekst mógłby być krótszy, nie tracąc przy tym treści.

książe => książę. Edytor nie podkreślał?

Na jego piersi spoczywa kamień, tak jak opisał to Horski. Jest nagi, a całe jego ciało pokrywa choroba

Kamienie rzadko się ubierają. Ale może to Horski zrzucił szmatki i polazł za bohaterem. ;-) Uważaj na uciekające podmioty.

Babska logika rządzi!

cielęce mięso – to cielęcina – prościej, krócej czytelniej

 

chlebek, ogóreczek, rybki i tak dalej – naprawdę??? kto tu jest narratorem? pięciolatka?

 

Wyjmij ich, choćby spod ziemi i przyprowadź do mnie. – klasyczne wyciągnij spod ziemi brzmi lepiej niż wyjmij

 

Rozchełstana koszula odsłania duże piersi. – dziewczyna niosła dzbany, więc zakładam, że to służka. Nie pasuje mi, że taka chodziła sobie po książęcym dworze z piersiami na wierzchu.

 

Wtedy przygarnął mnie książe Płocki, Jan Sokolnicki zwany Odyńcemi. – literówka; naprawdę zwany Odyńcemi, czy o i jest za dużo?

 

gdy Odyniec wydziera się na swojego podkomendnego – swojego zbędne

 

Mikołaju, pojedziesz tam. (…) Pojedziesz, Mikołaj? – no to w końcu książę wydaje polecenie/rozkaz, czy pyta o zgodę i prosi?

 

Ludzie wydeptali na piasku głębokie odciski stóp, charakterystyczne dla rozruchów. – pytam z ciekawości: skąd wiadomo, że głębokie odciski, albo jakiego rodzaju głębokie odciski są charakterystyczne dla rozruchów?

 

Podziałało, jestem na ziemi, w komnacie Henryka.  – raczej na podłodze

 

Nie przekonuje mnie pierwszoosobowa narracja. Jest tu dla mnie męcząca. Zdrobnienia mnie pokonały, zwłaszcza kolcza koszulka.

Trochę też momentami przegadany ten tekst – zwłaszcza początek – po co komu taki długi opis posiłku, który nic do tekstu nie wnosi? Tak samo przybliżenie Maćka – ledwie pojawia się i znika, a opisany jak czołowa postać.

Pomysł jest dość ciekawy.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Uważam że zdrobnienia włożone w usta dorosłego mężczyzny, brzmią tak infantylnie, że odbierają postaci wiarygodność, ośmieszają ją. Zirytowały mnie tak bardzo, że miałam ochotę przestać czytać.

Przemogłam się jednak i choć opowieść jest straszliwie przegadana, a Mikołaj wciąż mówi o tym samym i walczy z zombiakami, dotrwałam do końca. Niestety, bez satysfakcji. :(

 

Widzę grube pajdy, ob­fi­cie po­sma­ro­wa­ne smal­cem. W wy­obraź­ni już czuję jak chru­pie pod zę­ba­mi… – Chrupiący smalec??? Gdybyś zaznaczył, że w smalcu są skwarki, to mogłabym zrozumieć chrupanie.

 

Na­kła­dam na łyżkę pierw­szą por­cję mię­ska i… – Czym nakłada na łyżkę?

Raczej: Nabieram łyżką pierw­szą por­cję mię­ska i

 

Wtedy przy­gar­nął mnie ksią­że Płoc­ki, Jan So­kol­nic­ki zwany Odyń­ce­mi. Wtedy przy­gar­nął mnie ksią­żę płoc­ki, Jan So­kol­nic­ki zwany Odyń­ce­m.

 

Na­la­na, po­ro­śnię­ta szcze­ci­nia­stym za­ro­stem twarz, po­czer­wie­nia­ła mu do gra­nic ab­sur­du. – Na czym polega absurd poczerwieniałej twarzy?

 

Na łysej czasz­ce, po­kry­tej kro­pel­ka­mi potu, od­bi­ja się słoń­ce. – Łysa może być głowa, nie czaszka.

 

wi­dzia­no je kie­dyś w Bi­zan­tyj­skich ka­ta­kum­bach… – …wi­dzia­no je kie­dyś w bi­zan­tyj­skich ka­ta­kum­bach

 

W biegu wdep­nę­ła w jedną z odłóg zgni­li­zny i utknę­ła w miej­scu. – Co to jest odłoga?

Pewnie miało być: W biegu wdep­nę­ła w jedną z odnóg/ rozłóg zgni­li­zny i utknę­ła w miej­scu.

 

ale abo­mi­na­cja ota­cza ją coraz cia­śniej. – W jaki sposób abominacja otacza krowę?

 

Jego kpią­cy ton i po­gar­dli­we spoj­rze­nie spra­wia­ją, że krew za­le­wa mi skro­nie. – Raczej: …że krew uderza mi do skroni.

 

Nic dziw­ne­go, z ziół po­tra­fię roz­po­znać czo­snek, a i to głów­nie w pie­czy­stym. – Dziwne… na początku opowieści rozpoznawał woń cebuli, kminku, szałwii, rozmarynu, tymianku…

 

ostrze roz­ry­wa ciało i ze chrzę­stem za­głę­bia mię­dzy kości. – …ostrze roz­ry­wa ciało i z chrzę­stem za­głę­bia się mię­dzy kości.

 

Od­dy­cham cięż­ko i usi­łu­ję ro­ze­znać w sy­tu­acji. Od­dy­cham cięż­ko i usi­łu­ję ro­ze­znać się w sy­tu­acji.

 

Swoją nazwę wziął od ro­sną­cych dziko ja­rzę­bin… – Czy poza dzikimi, były też jarzębiny uprawiane?

 

W świe­tle księ­ży­ca, które bije dziś wy­jąt­ko­wo in­ten­syw­nie, od­bi­ja się ich czer­wień. – Nie brzmi to najlepiej.

 

Cięż­kodo­strzec od razu, bo ogień musi palić się gdzieś w głębi, ale od czasu do czasu do­strzec można de­li­kat­ną po­świa­tę.Trudno ją do­strzec od razu

Powtórzenie.

 

a po­chod­nia, szczę­ściem, zna­la­zła się da­le­ko od su­che­go siana. Pod­no­szę ją, zanim sta­nie się nie­szczę­ście… – Nie brzmi to dobrze.

 

Łapię za po­chod­nię i wy­bie­gam na ze­wnątrz.Łapię po­chod­nię i wy­bie­gam na ze­wnątrz.

 

spo­wo­do­wa­ła czar­ne bąble i ropne wy­bro­czy­ny. – Obawiam się, że nie mogło być ropnych wybroczyn, albowiem wybroczyny to skutki niewielkich krwotoków.

 

Je­stem Mi­ko­łaj Skal­ny, ry­cerz księ­cia Płoc­kie­go, Jana So­kol­nic­kie­go.Je­stem Mi­ko­łaj Skal­ny, ry­cerz księ­cia płoc­kie­go, Jana So­kol­nic­kie­go.

 

żeś mnie po­ka­rał takim prze­kleń­stwem? Wście­kły na sie­bie, wrzesz­czę prze­kleń­stwo… – Powtórzenie.

 

Po­dzia­ła­ło, je­stem na ziemi, w kom­na­cie Hen­ry­ka. – W komnacie było klepisko, nie podłoga?

 

Zo­staw go, prze­klę­ty głup­cze! – Zamiast dywizu, dialog powinna otwierać półpauza.

Błąd pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

Spi­nam lejce i za­wra­cam.Spi­nam wodze i za­wra­cam.

Lejce to część uprzęży służąca do kierowania koniem w zaprzęgu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finklo, wiedziałem, że nie zawiedziesz i przeczytasz całość, choćby i najdłuższą ;).  Dziękuję, że doceniłaś tekst klikiem, bardzo mi miło. 

Śniąca, cieszę się, że przeczytałaś, dziękuję za poprawki. Ukłon.

Reg, jak zwykle niesamowita. Niezmiernie mi miło, że pochyliłaś się nad opowiadaniem i wyłapałaś tyle błędów.  

 

Większość poprawek uznałem i wprowadziłem. Zostawiłem zdrobnienia przy posiłku. U mnie w domu już tak jest, że jemy ogóreczki, chlebek i mięsko ;). Szczególnie kiedy posiłek nam wyjątkowo smakuje, albo jemy w dobrych humorach. Na przykład teraz, piję kawusię. Mikołaj też się cieszył, a że przejął ode mnie, tę dziwną skłonność, to sobie zdrabniał. 

No widzisz, Łukaszu, a mnie zdrobnienia kojarzą się jak najgorzej, a najbardziej z dawnymi kelnerami, którzy z przyklejonym, zawodowym uśmiechem proponowali barszczyk z krokiecikiem i bryzolik z pieczareczkami, upewniali się, czy do chlebka ma być masełko, a na koniec, podawszy rachuneczek, dopytywali, czy obiadek smakował. ;-)

Cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Jeśli porcyjki małe… ;-)

Babska logika rządzi!

Reg, opisujesz kelnera moich marzeń :D. Z rozkoszą zjadłbym obiadeczek, w takiej restauracyjce ;). 

Łukaszku, trzymam kciuczki, aby Twoje marzonko rychło się ziściło i już teraz ślę życzonka ogromniutkiego apetyciku. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam, ale przyznam, że fabuła mnie nie kupiła, od pewnego momentu brnęłam do zakończenia z trudem. Nie jestem fanką opowieści o zombie, a ta taką właśnie dla mnie jest – owszem, w całkiem niecodziennej, średniowiecznej scenerii (za co plus!), ale jednak o zombie ; )

Nie kupiła mnie też narracja pierwszoosobowa. Jakoś nie zdołałam niestety polubić bohatera i z tego powodu ani mu nie kibicowałam, by dał radę, ani też nie przejęłam się jego – nie do końca określonym, za co też plus – losem.

Z technikaliów: książę, a nie książe! A poza tym interpunkcja mocno szwankuje. Przy kolejnych zdaniach bardzo potykałam się o przecinki i nie wykluczam, że to właśnie przez nie czytało mi się z trudem.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Joseheim dziękuję za opinię :).

Fajne to jest :) Podobało mi się. Mikołaj jest wyrazisty i przekonujący. Nie ważne z kim walczy, czy to zombie, czy czarne krzaki, czy macki. Fabuła trzyma się kupy, stylistyka też do mnie przemawia. Na tyle dobre, że warto napisać jakieś wcześniejsze przygody Mikołaja.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nie spodziewałem się zobaczyć tu jeszcze jakiś komentarz. Dziękuję :).

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dziękuję :)

Nowa Fantastyka