- Opowiadanie: soku1403 - Póki możesz podjąć właściwą decyzję

Póki możesz podjąć właściwą decyzję

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Póki możesz podjąć właściwą decyzję

Ze wszystkich lekcji najbardziej nie lubił języka polskiego. Przedmiot ten sam w sobie był łatwy do opanowania dla Damiana Turowskiego – siedemnastoletniego chłopaka, dość dobrego ucznia. Wróżono mu świetlaną przyszłość, jeśli zdecydowałby się na studia humanistyczne. Damian, przed wstąpieniem do liceum, nie wahałby się chociażby przez chwilę, lecz wszystko to nagle mu zbrzydło. Nawet historia i wiedza o społeczeństwie. Miał przynajmniej takie szczęście, że tych dwóch zajęć nie prowadził pan Hubert Małkowski – największy sukinsyn, jakiego Damian kiedykolwiek poznał.

Nauczyciel języka polskiego nie zwykł się uśmiechać czy też żartować. Gdy wszyscy dookoła chichotali, on zachowywał kamienną twarz, co nie stanowiło dla niego żadnego problemu. Facet po prostu nienawidził otaczającego go świata i młody Turowski doskonale o tym wiedział. W przekonaniu tym utwierdził go brak obrączki na serdecznym palcu Małkowskiego. Zresztą, która by takiego chciała? Niskiego, łysiejącego, nieatrakcyjnego mężczyzny po pięćdziesiątce o małej głowie, kształtem przypominającej kulę do kręgli. Do tego opryskliwego i nieuprzejmego. Ale jednego Damian nie mógł mu odmówić: Hubert Małkowski był dobrym nauczycielem. Pewnie tylko dlatego jeszcze go nie zwolniono. Jest jak doktor House – skojarzył sobie w myślach. – Tyle że nie tak błyskotliwy. No i on nigdy nikogo nie pokocha.

Siedział w ostatniej ławce, którą dzielił z Natalią Drzazgą. Natalia nie należała do najbystrzejszych dziewczyn, toteż nierzadko zaglądała do pracy Damiana podczas niezapowiedzianych kartkówek czy sprawdzianów. Turowski zdawał sobie sprawę z jej niekompetencji, mimo to lubił przebywać w jej towarzystwie. Była miła, roześmiana i przyjazna. No i ładna. Bardzo ładna.

Nie dalej jak minutę temu skończyli rozmawiać. Udało im się nie przykuć uwagi pana Małkowskiego, który surowo karał zakłócających spokój uczniów. Teraz Natalia przeglądała Facebooka na telefonie, ukrytym pod ławką, natomiast Damian pogrążył się w myślach. Polonista tłumaczył właśnie przesłanie, wynikające z jednego z wierszy Tadeusza Różewicza. Chłopak dawno już je wyłapał, więc stwierdził, iż nic nie stoi na przeszkodzie, by nie słuchać tego zarozumiałego buca.

– Damian – szepnęła Natalia, wybudzając go z transu. Dyskretnie zbliżyła do niego komórkę. – Zobacz.

Pokazała mu filmik, na którym kobieta, niosąca zakupy, traci równowagę, a siatki rozrywają się. Ich zawartość ląduje na ziemi.

Damiana ani trochę to nie rozbawiło, lecz uśmiechnął się, by nie urazić Natalii. Jest głupia, ale wrażliwa. Łatwo jej zepsuć humor, a ja nie zamierzam wprawiać kogoś w zły nastrój. Wystarczy, że cała nasza klasa musi od poniedziałku do piątku znosić Małkowskiego i jego przerośnięte ego.

Spojrzał na zegar, znajdujący się na przeciwległej ścianie. Dochodziła pierwsza. Jeszcze dwadzieścia pięć minut, przerwa, chemia i do domu. Damian przeciągnął się leniwie i zastygł w takiej pozie, gdy coś chrupnęło mu w okolicach miednicy. Tego dnia na WF-ie grali w piłkę nożną. Podczas jego szarży na bramkę Marcel, stojący pomiędzy słupkami, chciał przechwycić futbolówkę i rzucił mu się pod nogi. Damian wywrócił się i zgiął w niezbyt naturalny sposób. Do tej pory wydawało mu się, że ból był tymczasowy, ale znowu nabrał podejrzeń, że to poważny uraz.

Małkowski na chwilę zatrzymał spojrzenie na krzywiącym się z bólu Damianie. Szybko skierował je w inną stronę, jakby w ogóle go to nie interesowało. Co za dupek. Mógłbym leżeć martwy na środku sali, a on i tak nie kiwnąłby palcem.

Kolejne szturchnięcie. Tym razem Natalia miała mu do zaprezentowania zdjęcie jakiegoś młodzieńca, prawdopodobnie ich rówieśnika.

– Słodki, prawda? – spytała.

– Nie mnie to oceniać – odrzekł. Było to najbezpieczniejsze rozwiązanie.  

– Czy dobrze się bawicie?

Znajomy głos Huberta Małkowskiego sprawił, że Damian drgnął nerwowo.

– Widzę, że pan Turowski i pani Drzazga lubią sobie poplotkować na moich zajęciach. – Ktoś się odwrócił. Ktoś inny się zaśmiał. – Cisza! – wrzasnął nauczyciel. – Zostaniecie po lekcjach. Oboje.

Damian otworzył usta, ale nie odważył się niczego powiedzieć. Czy ten człowiek nie ma nic lepszego do roboty niż karanie swoich uczniów?

Na chemii zupełnie nie uważał, a w ostateczności przeoczył moment zapowiadania kartkówki przez panią Jadwigę Brześć. Nie przejmował się tym za bardzo, ponieważ tematy dotyczące soli opanował do perfekcji.

Przynajmniej ból w kręgosłupie ustał i nic nie wskazywało na to, by powrócił.

Sala pana Małkowskiego świeciła pustkami, gdy do niej wszedł. W pierwszej kolejności spróbował odszukać wzrokiem Natalię, lecz na próżno. Chyba nie jest aż tak głupia, żeby nie posłuchać Małkowskiego. Jeśli nie przyjdzie, to zrobi jej piekło.

Sam mężczyzna czytał jakąś książkę, bujając się na obrotowym krześle i co jakiś czas sprawdzając coś na komputerze. Na widok Damiana odłożył powieść na blat biurka, zdjął okulary i przestał się bujać.

– Proszę usiąść, panie Turowski – powiedział.

Chłopak zajął miejsce w pierwszej ławce.

– A gdzie pana koleżanka, panie Turowski?

Zwraca się do mnie "panie", a brzmi to jak największa obelga.

– Nie wiem, ale powinna zaraz tu przyjść.

Nie minęła minuta, a do pomieszczenia wmaszerowała Natalia. Cisnęła plecak pod ławkę i usiadła obok Damiana.

– Długo zamierza nas tu pan przetrzymywać? – zapytała z takim zniecierpliwieniem, jakby siedziała tu od kilku godzin.

– Tyle, ile trzeba – uściślił i podniósł się z krzesła. Następnie przeszedł parę kroków i trzasnął drzwiami.

W klasie zapanowała cisza.

– Tę czynność powinnaś wykonać ty, Natalio – skarcił ją Małkowski. – Nie wiesz, że drzwi się zamyka?

– Przepraszam – wymruczała.

– Ech. Dzisiejsza młodzież w większej części składa się z idiotów. Jak to możliwe? Umiecie mi to wytłumaczyć?

Nie skomentowali tego. Małkowski nie spuszczał z nich oczu, starał się wywrzeć na dwójce nastolatków presję. Nieudanie. Natalia poruszała dynamicznie nogą, natomiast Damian wpatrzył się w sufit.

– Godzinę temu byliście bardziej rozmowni – zauważył mężczyzna i uśmiechnął się paskudnie. – Tyle się zmieniło w ciągu marnych sześćdziesięciu minut? Dlaczego wciąż nie odpowiadacie? Sucho wam w ustach czy języki wam utkwiły w gardłach, co? – Chwycił ołówek i złamał jego rysik o kant mebla. Damiana zaskoczyło to zachowanie. Nie miał pojęcia, dlaczego Małkowski tak postąpił. – Muszę nauczyć was pokory. Nikt inny tego nie zrobi, jestem tego pewien. W innym razie bylibyście potulni jak baranki. Natalio – zwrócił się do dziewczyny.

– Tak? – w jej głosie zabrzmiała wyraźna nuta niepokoju.

– Wstań.

Usłuchała go. Hubert Małkowski zbliżył się do niej, złapał za biodra i gwałtownie odwrócił. Natalia przylgnęła do ławki drobnymi piersiami i brzuchem, łypiąc błagalnie na Damiana.

– Co pan robi? – Turowski zerwał się na równe nogi i wyciągnął przed siebie ręce.

– Nie podskakuj – upomniał go nauczyciel – bo twoja kara będzie gorsza.

Gdy Damian się uspokoił, Małkowski sięgnął po drewniany kijek, którym zazwyczaj pokazywał coś na tablicy. Teraz jednak przedmiot miał mu posłużyć do czegoś innego.

Zamachnął się kijem i zdzielił Natalię w pośladki, przedtem podwijając jej czerwoną spódnicę. Siedemnastolatka pisnęła, po czym zagryzła mocno dolną wargę. Przymknęła oczy, by otworzyć je tuż po drugim uderzeniu. Z zaciśniętych ust wyciekła wąska strużka krwi. Czerwone kropelki zaczęły opadać na ławkę, wydając przy tym ledwo słyszalny plusk.

Damian obserwował to z niechęcią i poczuciem bezradności. Przecież nie sprzeciwię się Małkowskiemu. Muszę to jakoś przetrwać.

Wreszcie skończył z Natalią, która po wszystkim bała się usiąść. Zaszyła się więc w kącie, ponieważ Małkowski nie pozwolił jej wyjść. Po jej policzkach spływały łzy, a na brodzie widniała zakrzepła krew.

– Wstawaj – rzucił do Damiana nauczyciel. Turowskiemu niezbyt podobała się perspektywa wypięcia się przed polonistą. – Nie – usłyszał nagle. – Ty się nie odwracaj.

Chłopak przełknął ślinę i zerknął na przerażoną Natalię. Oboje wiedzieli, że najbardziej oszpecony ze szkoły wyjdzie właśnie on.

***

Najtrudniej było przekonać rodziców, że szramy na twarzy powstały z przyczyny innej niż użycie wobec Damiana przemocy fizycznej. Ostatecznie ułożył banalną historyjkę, jakoby wpadł w przydrożne krzaki i nadział się na wyjątkowo naszpikowaną kolcami gałąź. Matka przyjęła tę wymówkę z charakterystyczną dla niej troską, a ojciec kręcił głową i nazywał go "fajtłapą". Damian pokornie zniósł tę krytykę i udał się do swojego pokoju, aby odrobić zadania domowe. Po wykonaniu tej czynności zalogował się na Facebooka i spojrzał na rubrykę "kontakty". Następnie odnalazł Natalię Drzazgę pośród grona aktywnych znajomych i kliknął w jej zdjęcie profilowe. Długo się zastanawiał czy do niej napisać. Okazało się, że nie musiał się tyle namyślać, gdyż to Natalia odezwała się jako pierwsza.

"Nigdy nikomu o tym nie wspominajmy" – brzmiała wiadomość. Potem otrzymał następną. – "Nawet my o tym nie rozmawiajmy. Po prostu zapomnijmy".

"Zgoda" – odpisał bez namysłu. I na tym ich konwersacja się zakończyła.

Położył się na łóżku. Nic mu nie doskwierało – ani ból w kręgosłupie, ani na poczerwieniałej twarzy, dzięki której wyglądem przypominał nieco stwora Frankensteina.

Chciał coś zrobić. Poczytać, popisać ze znajomymi na czacie, obejrzeć jakiś filmik na YouTube, lecz stwierdził, że jest zbyt zmęczony.

Zasnął w niecałe pięć minut.

***

– Hej, nie śpij.

Otworzył oczy i leniwie je przetarł. W pokoju panowała kompletna ciemność, toteż nie widział chociażby sylwetki swego rozmówcy. Zmarszczył brwi i wygramolił się spod kołdry. Był bowiem przekonany, iż głos nie należał do żadnego z jego rodziców. Starsza siostra – Ada – mieszkała w Warszawie, więc i ona odpadała. A poza tym z pewnością nie odwiedziłaby swej rodziny w środku nocy.

W takim razie kto go naszedł?!

W powietrzu unosił się charakterystyczny swąd. Damian przyjrzał się słabo widocznemu zarysowi pod ścianą. Na wysokości głowy chłopaka migotało niewielkie czerwone kółko. Tajemnicza postać paliła papierosa. To tylko wzmogło w nim strach, gdyż zwykły włamywacz nie rozgościłby się w domu ofiary. Ktoś próbuje mnie nastraszyć? – zastanawiał się w myślach. – A może to pedofil? Albo gorzej…

– Coś ty za jeden? – wychrypiał.

Jegomość postanowił dłużej się nie ukrywać i zapalił światło. Sina skóra nie kojarzyła się Damianowi z niczym ludzkim. Żółte oczy spoglądały na Damiana prowokacyjnie, a spomiędzy brązowawych warg wyrastały śnieżnobiałe kły.

Przypomina mi wampira, tyle że wampiry powinny być blade… no i one nie istnieją.

– No co ty? – dziwadło parsknęło śmiechem. – Nie poznajesz swojego kumpla?

Młodzieniec zmrużył oczy. Któryś z moich kumpli pomalował sobie twarz farbą. Może Grzesiek? Nie, te rysy twarzy do nikogo mi nie pasują.

– Nie.

– Nic dziwnego – zaciągnął się szlugiem – bo nigdy mnie nie widziałeś… ale lubię to zmieszanie. "Znam go czy go nie znam"? Wszyscy reagujecie tak samo, choć niektórzy od razu leją w portki.  Ty nie należysz do takich, co? Testosteron bije od ciebie na kilometr.

– Kim jesteś i czego ode mnie chcesz? – zawarczał Damian. Nieznajomy znów się zaśmiał.

– Groźna z ciebie osóbka – zadrwił z niego i zatrząsł się, żeby dodać jeszcze więcej komizmu całej sytuacji. Popiół z wypalonego papierosa spadł na podłogę. – Pewnie bym się przestraszył, gdybym tylko był w stanie.

– Odpowiedz na moje pytanie.

– Ależ oczywiście. Po co ten gniew? – momentalnie spoważniał. – Jestem tobą.

– Że co?! – krzyknął Damian i momentalnie zakrył usta dłonią. Ktoś mógł go usłyszeć. A ja nie mam pojęcia czy to dobrze, czy źle.

– Jestem tobą – powtórzył cierpliwie człekopodobny upiór. – Chociaż większość nazywa mnie Towarzyszem lub Prawdziwym Mną… ten drugi przydomek brzmi głupio, nie uważasz? Ale cóż, ludzi stworzono do bycia idiotami.

– To sen – szepnął Damian. – Jedynie w snach dzieją się takie absurdy.

– Absurdy? A co dla ciebie jest absurdem? Mój wygląd? Moje słowa? Zapewniam cię, że jestem prawdziwy, a kłamać nie zwykłem.

– Czego ode mnie chcesz? – chłopak pojął, że dalsze spieranie się nie ma sensu.

– Niczego – odparł Towarzysz i wykonał czynność niezwykle obrzydliwą: zjadł wypalonego papierosa. Zero absurdu, tak? – To ja powinienem zadać ci takowe pytanie, aczkolwiek znam odpowiedź. Och, ty nadal nic nie rozumiesz. Widzę to po wyrazie twojej twarzy. Jestem tobą, a raczej twoim ukrytym wcieleniem. Tym, którego nie odważyłbyś się w sobie obudzić. Za żadne skarby. Dlatego ukryte wcielenia mogą same ingerować w przeróżne wydarzenia, lecz musimy otrzymać znak.

– Jaki znak?

– Z głębi ludzkiego umysłu. A jako że zostałem przydzielony akurat do ciebie, to byłem zmuszony odpuścić sobie dzisiejszą drzemkę i czym prędzej złożyć ci wizytę. No nie mów, że wciąż nie pojmujesz.

– Ale po co miałbym wybudzać moje ukryte wcielenie?

– Nie udawaj – zagrzmiał groźnie Towarzysz. – Mnie nie oszukasz, Damianie.

– Małkowski – powiedział. – Ale… ale przysiągłem sobie, że o tym zapomnę.

– Próbujesz okłamywać mnie, chociaż nie potrafisz okłamać samego siebie – stwierdził Towarzysz. – Ten cały Małkowski wyrządził ci na tyle dużą krzywdę, że w pewnym momencie twoje myśli skupiły się wokół niego. A co najmniej jedna z nich dotyczyła czegoś naprawdę złego.

– Żywię do niego urazę, to fakt, ale nigdy nie odpłaciłbym mu się tym samym.

– Przecież wiem. I w tym celu tu przybyłem – machnął ręką, widząc osłupiałego Damiana. – To nie tylko rany na ciele. On cię upokorzył. Sprawiał ból osobie, na której ci zależy. Nie zaprzeczaj temu – pogroził mu palcem.

– Dobrze. Załóżmy, że faktycznie istniejesz i faktycznie jesteś moim… gorszym wcieleniem.

– Skoro tak to postrzegasz.

– Co zrobisz? – zaciekawił się Damian. – I za jaką cenę?

– Tylko ludzie pragną czegoś w zamian – oświadczył chłodno Towarzysz. – A co do moich zamiarów… w waszym świecie używa się innego określenia. – Pogrążył się w myślach i pstryknął sinymi, żylastymi palcami. – Ach, już wiem! "Wypadki". Tak, zamierzam zrobić mu wypadek. I co ty na to? Możesz to jeszcze odwołać. Wszystko leży w twoich rękach.

– Czy nie zostaną żadne ślady? – upewnił się.

– Skądże znowu. Umiem ostrożnie pracować.

– Czyli odpowiedzialność nie spadnie na moje barki?

– Na sto procent.

Damian zawahał się. Nie gódź się na to. To niemoralne. Splamisz się cudzą krwią, okryjesz wieczną hańbą. Jak spojrzysz w lustro?

– Kiedy zaczniesz działać?

Towarzysz uśmiechnął się. Nie był to przyjemny uśmiech, a raczej jeden z tych, które zwiastują olbrzymią tragedię.

– Wkrótce.

 

***

Tej nocy już nie zasnął. Zżerały go lęk oraz ciekawość. Z samego rana spakował podręczniki i zeszyty do plecaka, zjadł śniadanie, wymył zęby, ubrał się i wyszedł z mieszkania. Nie miał daleko do szkoły, toteż wędrówka zajęła mu niecałe trzy minuty.

Język polski przypadał na trzecią lekcję, tuż po dwóch matematykach. Damian na pierwszych zajęciach był ospały i nieskłonny do wykonywania poleceń nauczycielki – pani Hanny Drozd. Cały czas myślał o swym Towarzyszu i o Hubercie Małkowskim. Czasami ukradkiem patrzył na Natalię, która również zdawała się być nieobecna. Wynika to z jej ułomności czy wstydu? Przypomniał sobie słowa Prawdziwego Ja: "On cię upokorzył. Sprawiał ból osobie, na której ci zależy". Nie – pomyślał. – Towarzysz się mylił. Nie związałbym się z taką kobietą, nawet jeśli byłaby najpiękniejsza na świecie.

Mimo to wyczuwał silną więź pomiędzy sobą a Natalią. Spowodowało to zdarzenie, do którego nie chcieli wracać. Małkowski w pewien sposób ich do siebie zbliżył. Nie zmieniało to jednak faktu, że w oczach Damiana był zwykłym skurwysynem.

Druga lekcja przebiegała w żółwim tempie. Damian miał wrażenie, że każdy uczeń, piszący na tablicy, najprostsze działanie rozwiązywał w godzinę. Gdy przyszła jego kolej powiedział, że nie czuje się najlepiej.

– Boli cię głowa? – spytała pani Drozd.

– Tak – odrzekł i przybrał bezbronną minę.

– Może zadzwoń do twoich rodziców, żeby cię ze sobą zabrali?

Nie. Muszę być obecny. Muszę być świadkiem klęski Małkowskiego.

– Jakoś wytrzymam, proszę pani.

– Dobrze, ale nie podchodź do tablicy.

Skinął głową i uśmiechnął się, wlepiając wzrok w notes. Zapełniona strona roiła się od liczb i znaków, tworzących działania, ale Damian odłożył długopis, zdając sobie sprawę z tego, iż pani Drozd nie zwróci uwagi na jego bierność.

Wreszcie nadeszła przerwa. Chłopak opuścił salę i ruszył w kierunku drzwi z niewielką, prostokątną tabliczką z nazwiskiem Huberta Małkowskiego.

Usiadł w ostatniej ławce, jak zawsze. Natalia już tam na niego czekała, rozpakowując się nieśpiesznie. Spojrzał na nią, a ona na niego.

– Jak się czujesz? – odezwał się jako pierwszy Damian.

– Bywało lepiej – odparła i wyjęła z piórnika niezbędne przybory. – Małkowski patrzy w naszą stronę.

Siedemnastolatek odwrócił głowę. Jego spojrzenie zetknęło się z oschłym spojrzeniem nauczyciela. Przez ułamek sekundy Damian myślał, że Małkowski wyszczerzy się, tak jak Towarzysz. Mężczyzna jednak przywitał się z uczniami ponurym głosem i zasiadł za biurkiem. Zaczął sprawdzać obecność.

– Turowski? – padło w końcu i na Damiana.

– Obecny.

Nie inaczej. Przecież nie mogę przeoczyć twojej porażki. Teraz to ty poczujesz się jak mały karaluch. Wszyscy będą cię pamiętać nie jako skutecznego tyrana, ale jako zadufanego w sobie głupca.

– Czy ktoś chciałby zgłosić się do odpowiedzi?

To pytanie zdumiało młodzieńca. Małkowski przeważnie zapowiadał rzeczy, z których można było otrzymać ocenę. Tym razem postanowił nikogo o tym nie informować.

– Nie widzę rąk w górze… w takim razie pan Turowski.

Mógł nie przedłużać i oszczędzić nam tego marnego widowiska.

Wystąpił na środek. Rozejrzał się po pomieszczeniu i stwierdził, że większość spoglądała na coś innego, nie na niego. Gdzie wy patrzycie? Macie się przyglądać temu, co zaraz nastąpi!

Odpowiadał na pytania Małkowskiego wzorowo, nie zająknął się ani razu. Poloniście najwidoczniej się to nie spodobało, gdyż zaczął sięgać po wiadomości wykraczające poza program nauczania. Damian poradził sobie i z tymi utrudnieniami, a na koniec uśmiechnął się szeroko, aby dobić nauczyciela.

– Ładnie – skwitował krótko Małkowski. – Ocena dobra.

Chłopak zmarszczył brwi. Czas rozpocząć show.

– Dobra? Przecież odpowiedziałem bezbłędnie.

Hubert Małkowski łypnął na niego znad okrągłych okularów. Potem zwrócił się w stronę komputera i zalogował się na dzienniku elektronicznym.

– To nie twoja decyzja, lecz moja – burknął.

– Uważam, że to niesprawiedliwe – zaprotestował Damian i znów się rozejrzał. Tym razem wszystkie spojrzenia skierowały się na niego. – Ocenia mnie pan nieobiektywnie.

– Wydaje ci się, że jesteś najmądrzejszy, co? – Na czole Małkowskiego pojawiła się błękitna, pulsująca żyłka.

– Tego nie powiedziałem – zauważył. Może i nie powinienem tak ryzykować, ale sprawia mi to zbyt wielką przyjemność. – Ale na stopień bardzo dobry zasłużyłem.

– Tu nie ma o czym dyskutować – mężczyzna zagryzł wargę. Był już bliski wybuchu, ale wciąż się powstrzymywał.

– Z tym także się nie zgodzę – kontynuował Damian. – Ale zgoda, nie będę już panu zawracać głowy. – Cień uśmiechu zatańczył na jego ustach, by zniknąć w mgnieniu oka. Pora dobić stwora. – Skonsultuję się z panem dyrektorem w tej sprawie.

Małkowski poderwał się z obrotowego krzesła, jednak nie podjął kolejnego ruchu. Powrócił do pozycji siedzącej, trąc białą chusteczką spoconą ze złości twarz.

– Proszę bardzo – rzekł. – Na razie siadaj i pozwól mi poprowadzić lekcję.

Odwracając się Damian był niezadowolony i zawiedziony. Co się dzieje? Czyżby mój Towarzysz nie dotrzymał obietnicy? Dogodniejszej okazji na pokonanie Małkowskiego raczej nie będzie.

Nie miał racji.

***

Spostrzegł go na drugim końcu korytarza – biegnącego, ze wściekłą miną.

Małkowski w tamtym momencie wyglądał jak uciekinier z zakładu dla obłąkanych, pragnący jedynie przelewu krwi. Przepychał się pomiędzy uczniami, ale również i nauczycielami. Pani Urszula Gralczyk, ucząca biologii, wylądowała na podłodze, kiedy to Małkowski przebiegał obok niej.

– Wracaj tu, gnojku! – ryknęła pewna, że napastnikiem był przedstawiciel młodzieży.

Hubert Małkowski szarżował jak opętany, jednak jego pięćdziesięcioletnie ciało nie nadążało za tym szaleńczym tempem. A tuż przed nim ktoś właśnie otwierał drzwi od jednej z sal.  

Dalszej części biegu Małkowskiego Damian już nie zobaczył. Z relacji Roberta – jego kolegi z 2C – wynikało, iż mężczyzna upadł przed drzwiami i pechowo nadział się gardłem na klamkę, rozrywając je. Hubert Małkowski wykrwawił się na miejscu.

Sposób, w jaki doszło do zgonu, był dla Damiana nie do wyobrażenia. Jednocześnie cieszył się, chociaż bacznie to ukrywał, że jego koszmar się skończył, a Towarzysz wypełnił swą misję. Tylko ja znam prawdę. Reszta myśli, że to niefortunny wypadek. Bardzo niefortunny wypadek.

***

– No już się tyle nie gap!

Demon o sinej skórze usłuchał demona o sporawych, jelenich rogach, wylegującego się na miękkim posłaniu. Odstąpił od wielkiego lustra, w którym widać było garstkę nastolatków, dwóch dorosłych i zakrwawione zwłoki.

– Lubię podziwiać moje zwycięstwa – stwierdził i zachichotał piskliwie. – Zawsze nabierają się na "Towarzysza". Są przekonani, że wiedzą wszystko o swojej naturze. Zarozumiali głupcy.

– Żaden z nas nie skusił tylu ludzi – przyznał z podziwem rogaty demon.

– Bo wy tu sobie siedzicie i próbujecie jakoś zabić czas, a ja działam, nie myślę. Gdyby nie ja, Piekło straciłoby swoje znaczenie na arenie religijnej. Zapomniano by o nas i odesłano w niepamięć.

– Nie przypisuj sobie wszystkich zasług, bo jeszcze zeżre cię własna zuchwałość. A tak z innej beczki: nie czujesz się źle ze świadomością, iż poświęciłeś tyle istnień dla swojej rozrywki?

Demon o sinej skórze parsknął śmiechem.

– To oni sami decydują o swym losie. Ja tylko pomagam im wybrać. Zawsze zaczyna się od "wypadku". A to, że potem ci ludzie stają się mordercami, złodziejami czy innym plugastwem, to już nie moja wina. – Wyszczerzył się, obnażając zżółkłe zęby. – A poza tym jak mógłbym czuć się źle? Zapomniałeś? My nie mamy sumienia. 

Koniec

Komentarze

Bardzo naiwne. Mocno sztuczne dialogi. W dzisiejszych czasach żaden nauczyciel by się nie odważył pobić uczniów (chociaż mam wrażenie, że na niektórych to jedyna metoda, która mogłaby podziałać) – wystarczyłoby nagrać go telefonem i facet miałby bardziej przerąbane niż z tym ‘wypadkiem’. No, ale jak na opowieść piętnastolatka nie jest tak źle.

Powiedziałabym, że jak na piętnastolatka tekst jest niemożliwy (od strony technicznej, bo fabularnie to uwierzę) i ktoś musiał to co najmniej poprawiać. Ale wiem, że są rzeczy, o których nie śniło się filozofom.

 

wiedza o społeczeństwa. ← pomyłeczka

 

W pierwszej kolejności spróbował odszukać wzrokiem Natalii ← tu też

 

Każdy uśmiech ma w sobie chociażby odrobinę ciepła. Nawet najbardziej pogardliwy i nienawistny. ← to nieprawda

 

utkwiły w gardłach, co? – cChwycił ołówek 

 

używa się innego określenia(+.)pPogrążył się w myślach i pstryknął sinymi, żylastymi palcami.

 

jesteś najmądrzejszy, co? – nNa czole Małkowskiego pojawiła się błękitna, pulsująca żyłka.

 

nie będę już panu zawracać głowy(+.)cCień uśmiechu zatańczył na jego ustach, by zniknąć w mgnieniu oka.

 

Miło się czytało, warsztat dobry, końcówka rozczarowująca. Nie odczułam specjalnie sztuczności dialogów, za to przesadę w pompatyczności myślenia przemądrzałego bohatera.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Nie ukrywam, że początkowo historia miała wyglądać nieco inaczej. Miała zawierać w sobie znacznie więcej absurdu, a raczej się na nim opierać. Koncepcję zmieniłem w połowie pisania utworu, więc może dlatego wyczuwalna jest sztuczność i naiwność, ponieważ tak to miało pierwotnie wyglądać. 

Tego tekstu nikt nie poprawiał. Wprawdzie moja mama jest polonistką (co nierzadko ułatwia mi sprawę), nie pokazuję jej jednak utworów, które zamieszczam na NF. 

No i dziękuję wszystkim za przeczytanie tego opowiadania!

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

To jestem pod wielkim wrażeniem. Język, warsztat w tym wieku – świetny.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Dziękuję. Zawsze miło jest słyszeć (lub też czytać) słowa uznania. A nad warstwą fabularną nadal, rzecz jasna, będę pracować. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Ponieważ opowieść z życia licealistów wyszła spod pióra chyba jeszcze gimnazjalisty, nie przeszkadza mi jej swoista naiwność, a nawet powiem więcej – z nadzieją czekam na Twoje, mam nadzieję, coraz dojrzalsze teksty. ;-)

Nie do przyjęcia jest jednak dla mnie scena pobicia uczniów, w dodatku przy absolutnie biernej postawie Natalii i Damiana. Nie wyobrażam sobie, by nauczyciel odważył się zadrzeć dziewczynie spódnicę i tłukł ją drewnianym wskaźnikiem po niemal gołym tyłku. Równie niewyobrażalne jest dla mnie okaleczenie twarzy chłopaka.

Podejrzewam, Soku, że chyba poniosła Cię wyobraźnia.

 

nie­rzad­ko za­glą­da­ła do kart­ki Da­mia­na pod­czas nie­za­po­wie­dzia­nych kart­kó­wek czy spraw­dzia­nów. – Czy to zamierzone powtórzenie.

Może: …nie­rzad­ko za­glą­da­ła do pracy Da­mia­na

 

Da­mia­na ani tro­chę to nie roz­ba­wi­ło, lecz uśmiech­nął się, by nie ura­zić Na­ta­lii. Jest głu­pia, ale wraż­li­wa. Łatwo jej ze­psuć humor, a ja nie za­mie­rzam wpra­wiać kogoś w zły na­strój. – Dlaczego nagle zmieniasz osobę?

 

– Widzę, że pan Turowski i pani Drzazga lubią sobie poplotkować na moich zajęciach – ktoś się odwrócił. – …na moich zajęciach. Ktoś się odwrócił.

Zdaje mi się, że już zwracałam Ci uwagę, że nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. :(

 

– Go­dzi­nę temu by­li­ście bar­dziej roz­mow­ni – wy­chwy­cił męż­czy­zna i uśmiech­nął się pa­skud­nie. – Co i skąd wychwycił?

Może: …zauważył męż­czy­zna i uśmiech­nął się pa­skud­nie.

 

Zwę­glo­ne frag­men­ci­ki pa­pie­ro­sa strzą­snę­ły się z peta. – Same się nie strząsnęły.

Proponuję: Popiół z wypalonego papierosa spadł na podłogę.

 

Je­stem tobą, a ra­czej twoim ukry­ty wcie­le­niem. – Literówka.

 

Tak, za­mie­rzam zro­bić mu wy­pa­dek. – Nie wydaje mi się, by wypadek można komuś zrobić.

Może: Tak, za­mie­rzam zaaranżować wy­pa­dek.

 

– Mał­kow­ski pa­trzy się w naszą stro­nę.– Mał­kow­ski pa­trzy w naszą stro­nę.

 

Hu­bert Mał­kow­ski łyp­nął na niego znad okrą­głych bi­no­kli. – Ponieważ binokle są osadzone u nasady nosa, blisko oczu, przypuszczam, że nie można spojrzeć znad binokli.

 

Po­wró­cił do po­zy­cji sie­dzą­cej, trąc białą szmat­ką spo­co­ną ze zło­ści twarz. – Raczej: …trąc białą chusteczką spo­co­ną ze zło­ści twarz

 

bie­gną­ce­go, ze wście­kła miną. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Też nie kupuję nauczyciela bijącego uczniów. Nawet jeśli żadne nie nagrało filmiku, to lekarz i facet wylatuje ze szkoły z dużym hukiem. Samo zadarcie kiecki pewnie nadaje się na molestowanie. Jesteś pewien, że był dobrym nauczycielem? Nie przekonuje mnie też reakcja uczniów – dlaczego postanowili sprawę ukryć przed światem, okłamać rodziców?

Podoba mi się za to podejście demonów – takie skuteczne, małymi kroczkami. Wkurzył cię ktoś, upokorzył? Jeśli tylko chcesz, możemy go załatwić, nie to nic nie kosztuje, nic nie ryzykujesz, nic nie tracisz…

Babska logika rządzi!

Okej, błędy poprawione. Dziękuję wszystkim za rady. 

Zmiany osoby wynikają z tego, że w Wordzie myśli bohatera zapisałem inną czcionką, a przy publikacji na NF czcionka się zjednoliciła. Możliwe, iż gdzieś jest opcja jej zmiany, ale się jej nie doszukałem.

Tak, zamierzam zrobić mu wypadek. – To zamierzone. Demon nie jest dobrze zapoznany z tym określeniem i ma problem z ułożeniem poprawnego zdania z tym słowem. W końcu to tylko demon, nie wszechwiedzący Bóg. 

O absurdzie już wspominałem. Po scenie pobicia uczniów zmieniłem nieco koncepcję. Pierwotnie miało się to opierać na bezpośredniej zemście Damiana, ale najwidoczniej nie podołałem tej drastycznej zmianie w sposób, w jaki chciałem. 

No i mam nadzieję, że moje następne opowiadania przyjmą się znacznie lepiej, ale to już zależy tylko i wyłącznie ode mnie.

Pozdrawiam!

 

 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Pierwsze opowiadanie, które przeczytałem na telefonie w całości i bez przestojów. To chyba dobrze. Ale to było dwa dni temu. Wychwyciłem kilka drobiazgów, lecz tych już teraz nie pamiętam. Wiem, że nie przypadło mi tylko do gustu określanie nauczycieli per pan/pani Taki Owaki. Ja co prawda w szkole też tak mówiłem, ale w tekście jakoś mnie razi, infantylizuje przekaz, co nieładnie kontrastuje z próbą dojrzałej narracji.

Na Twój zadeklarowany wiek nie zwróciłem uwagi, więc ta informacja na odbiór nie wpłynęła – a w pierwszej chwili tekst uznałem za technicznie ok, ale raczej nużący. Słabe 4. Natomiast biorąc pod uwagę, ile jeszcze przed Tobą, to, myślę, doskonała ocena. Próbuj dalej, obserwuj, jak to robią inni, nie zrażaj się krytyką, a przede wszystkim spisuj pomysły. Ja do tej pory korzystam ze swoich młodzieńczych zapisków, teraz mój umysł zbytnio już jest spętany logiką. 

Nauczyciela bijącego uczniów kupiłem. Ok, mało to prawdopodobne, ale gdybyśmy opisywali rzeczy prawdopodobne, to nie nazywalibyśmy tego fantastyką. Poza tym “nie takie świat dramaty zna”.

Pozdrawiam.

Jak już musi bić, to niech to robi z głową – bez świadków, bez całej klasy słyszącej, że mają przyjść do niego po lekcjach. Najlepiej bez śladów łatwych do wykrycia. I nie twierdźmy, że to dobry nauczyciel.

Babska logika rządzi!

Masz rację, Finklo, ten “dobry nauczyciel” mocno zgrzyta. A cała reszta – cóż, ja nie oczekuję od bohaterów, że będą zachowywali się racjonalnie. Zwłaszcza że miewałem nauczycieli wybitnie nieracjonalnych, jak również zwyczajnie szalonych. Geniusza zbrodni w tym miejscu nie oczekiwałem. Ale też nie twierdzę, że związki przyczynowo-skutkowe nie mogłyby być bardziej przekonujące.

Jeśli chodzi o fabułę, to czeka cię jeszcze dużo pracy. Takie scenki jak poniżej

Zamachnął się kijem i zdzielił Natalię w pośladki, przedtem podwijając jej czerwoną spódnicę. Siedemnastolatka pisnęła, po czym zagryzła mocno dolną wargę.

 pewnie często się dzieją, ale w filmach porno.

 

Za to jak na swój wiek, warsztat masz bardzo porządny. Dojrzałości nie da się nadrobić, więc twoje teksty pewnie jeszcze dłuższy czas będą naiwne. Proponuję ci, oprócz czytanie książek – film. Bo w odróżnieniu od tych pierwszych, tam zobaczysz zachowania ludzi, dosłownie – organoleptycznie :) i posłuchasz dobrych dialogów. Poza tym wszystko dzieje się tam szybciej, gwałtowniej i bardziej emocjonalnie. Dobra pożywka dla młodego umysłu.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ja “dobrego nauczyciela” odebrałem tak, że po prostu umiał przekazywać wiedzę. To, że lubił pastwić się nad uczniami, tego nie wyklucza.

Tekst jak na Twój wiek przyzwoity. Zwłaszcza od strony technicznej. Fabuła prosta, ale da się przez nią przebrnąć bez bólu. To znęcanie się nauczyciela można by zrobić nieco bardziej przemyślne. Na przykład nie powinien przyjmować ich razem, ale, powiedzmy, dzień po dniu. Uczniowie na pewno mieliby opory, żeby sobie powiedzieć, to tam zaszło. Ale w końcu by się dogadali. Scena śmierci również mogłaby być bardziej efektowna.

Ja “dobrego nauczyciela” odebrałem tak, że po prostu umiał przekazywać wiedzę.

I to miałem na myśli. Cieszę się, że ktoś odebrał to jednoznacznie. 

Scena śmierci również mogłaby być bardziej efektowna.

A mogłaby, ale wolałem za bardzo nad nią nie kombinować, żeby nie przekombinować. Niemniej dziękuję za rady. Stale pracuję nad nowymi pomysłami i może kiedyś uda mi się napisać coś fantastycznego. Na razie staram się i liczę na taki obrót wydarzeń. 

Pozdrawiam.

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Nowa Fantastyka