- Opowiadanie: jeroh - Wampirysta

Wampirysta

Odgrzewany kotlet. Ale też doprawiony. Kilka lat temu, tutaj oraz na innym portalu, opublikowałem starą wersję “Wampirysty”. Odzew był mały. Na podstawie nielicznych komentarzy uznałem, że zbyt wiele treści chciałem upakować w krótkiej formie. No to rozbudowałem tekst, dopowiadając to i owo.

 

W opku znajdziecie wampiry, zombie i mitologię judeo-chrześcijańską. Aha, i do tego Star Wars.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Wampirysta

Michał kroczył przez salę bankietową w takt Marsza imperialnego Williamsa, granego przez ustawioną na galerii profesjonalną orkiestrę. Przeszedł pod schodami, a następnie, dosyć bezceremonialnie, przepchnął się przez grupkę osób rozmawiających niezrozumiałym, specjalistycznym żargonem. Matematycy, komputerowcy, cybernetycy, fizycy teoretyczni… Oto byli zwykli goście imprez i innych wydarzeń odbywających się w tym miejscu. Mężczyzna po raz kolejny zerknął na niepodpisaną karteczkę, dzięki której dostał się na przyjęcie. Komu mogło przyjść do głowy, żeby na podobne zgromadzenie ścisłowców zaprosić nędznego, niszowego dziennikarzynę? I to nie takiego od nowinek naukowych. Obecnie Michał był jedynie redaktorem czasopisma o horrorach oraz mało znanym pisarzem. Humanistą z krwi i kości. Kto więc go tutaj ściągnął?

Wiedział oczywiście, że przyjęcie zostało wydane przez wybitnego wampirystę, profesora Czesława Pusza. Facet obchodził dzisiaj imieniny, a jego dziedzina – wbrew pozorom – nie miała nic wspólnego z horrorami. Mimo to, jako gospodarz, profesor Pusz stałby się głównym podejrzanym, tylko że Michał nie zaliczał się do znajomych solenizanta, nigdy go nawet nie widział na żywo. Domniemywał zatem, że przepustkę otrzymał od kogoś innego. Impreza miała przecież, jak zdążył się zorientować, półotwarty charakter: znajomi zapraszali znajomych, ci z kolei swoich znajomych i tak dalej. W pałacyku sławnego uczonego mogło się zmieścić wielu gości.

Kto je wysłał? – wciąż zadawał sobie to pytanie. Bardzo chciał poznać odpowiedź, ponieważ w grę, tak jak zawsze, wchodzili zjadacze mózgów. Właśnie dlatego pisarz nie odrzucał żadnych niespodziewanych zaproszeń: za każdym z nich mogli kryć się Mózgożercy z Tytana.

To było jego najważniejsze dzieło. Wydana ponad rok temu powieść grozy spotkała się z całkiem dobrym przyjęciem w środowisku wielbicieli gatunku. W dodatku została skomentowana przez znanego katolickiego publicystę, który nazwał ją „zakonspirowanym narzędziem Szatana” – co bardzo Michała ucieszyło. Mimo wszystko książka nie przyciągnęła dotąd takiej uwagi, na jaką liczył autor. Czyżby jednak – po tylu miesiącach – ktoś zrozumiał niezwykłość twórczości Michała? Jeżeli tak, koniecznie chciał z tym kimś porozmawiać.

Niespodziewanie ujrzał twarz Romka, znajomego fizyka.

Jeżeli to on, od razu mogę wracać do domu.

– Czy to ty wysłałeś do mnie zaproszenie? – zapytał Michał bez wstępu.

– Hm? Nikomu nie… O. Toż to redaktor Mrocznych Snów, Michał Kossowski! Autor potępianej z ambon bluźnierczej powieści Mózgożercy z Tytana. A także notoryczny inkub, ha, ha, ha!

Nie jestem żadnym przeklętym inkubem, idioto.

– Wygląda niczym młody Obi-Wan – oceniła niska brunetka.

– Tak, a trochę jak Lucyfer – uzupełnił Romek. – Albo Mastema.

„Inkub” skrzywił usta w grymasie dezaprobaty.

– Nie szastaj ot tak sobie imionami demonów.

– Co to są te Mroczne Sny, panie Obi-Wanie? – zagaiła brunetka.

– Czasopismo grozy.

– Aha. Tak też myślałam. A w jakiej ścisłej dziedzinie pan się specjalizuje?

– W sztuce walki.

Roześmiała się.

Zachował powagę. Spytała więc:

– Naprawdę? Ale wiesz, czym zajmuje się profesor Czesław Pusz?

– Nawet ja, laik, wiem, że – cokolwiek sugeruje jej nazwa – wampirystyka to nowy dział fizyki matematycznej. Wszyscy o tym wiedzą. Przynajmniej od kiedy Pusz z hukiem obwieścił, że dzięki jego równaniom ssącym…

– Równaniom wysysania przestrzeni nadzwyczajnych Habibiego z topologicznych n-rozmaitości bez brzegu – uściślił z powagą Romek.

– …że dzięki jego równaniom w niedalekiej przyszłości będzie można otworzyć portale do innych światów – dokończył Michał.

Brunetka pokiwała głową.

– Wampir jest gwiazdą – powiedziała. Uśmiechnęła się, widząc zdziwioną twarz pisarza. – Wampir, wielu tak Pusza nazywa. To z powodu trupio bladej karnacji, a także, oczywiście, z uwagi na dziedzinę, w której się specjalizuje. No więc facet jest gwiazdą. Ale w naszym środowisku, to znaczy wśród naukowców, większość uważa, że to zwykły showman. Nędzny celebryta. I nawet koledzy wampiryści, w każdym razie niektórzy z nich, nazywają go skończonym świrem. Wampir bowiem twierdzi, że mógłby już teraz otworzyć portal między światami. Sam jeden, tak po prostu. Tylko że… – Tu dziewczyna podniosła ręce i zrobiła natchnioną minę. – Tylko że ludzkość nie jest jeszcze gotowa! – zakończyła, parodiując poważny ton.

Michał musiał się zgodzić – brzmiało to jak szaleństwo. Albo sprytna autopromocja. Z drugiej strony świetnie zdawał sobie sprawę, że są rzeczy na niebie i ziemi…

– Tak, doprawdy ekscentryczny z niego człowiek – powiedział, uśmiechając się. – Teraz, pani wybaczy, muszę się dowiedzieć, kto mnie zaprosił.

Po dziesięciu krokach dogonił go Romek.

– Rozstałeś się z Eryką – wyszeptał. – To prawda, że wiązanie i kneblowanie były najniewinniejszymi z jej propozycji? Dasz numer do niej? Bądź kolegą.

W oczach pisarza pojawił się lód.

– Bardzo zabawne. A propos, przestań mi wysyłać te swoje wypociny, te harlekiny o wampirach sadomaso. W ogóle wampirów mam po dziurki w nosie. Czytelnicy Mrocznych snów również.

Eryko…

„U Pusza na imieninach są całki i ludolfina…” – śpiewali goście, gdy umilkła orkiestra. Tak, zapewne. Ale przede wszystkim jest morze alkoholu.

Ech, jakie to ma właściwie znaczenie, kto mnie zaprosił. Przecież to z pewnością nie ten, którego szukam. A alkohol przynajmniej podniesie mnie na duchu. Humani nihil a me alienum alleluia.

 

*

 

Dwie godziny później Michał klęczał w luksusowej łazience Pusza.

Wybacz mi Panie, bo zbłądziłem, pomyślał, opierając się o sedes. Jak mogłem tak się upodlić?

Wtem powietrze rozdarł ni to ryk, ni to jęk. Gdyby podówczas koło zajętej przez pisarza łazienki przechodził niecodzienny gość, któryś z jakże rzadkich w owych czasach wędrowców do laurazjatyckich wybrzeży, bywalec prastarych plaż, nad którymi niebo przecinały latające gady, otóż taki gość mógłby pomyśleć, że w pomieszczeniu obok uwięziono rannego pteranodona. A to rzygał Michał.

Skończywszy, mężczyzna potrząsnął głową. Żadnych niestrawionych resztek, miast tego z jamy ustnej wyleciały mu wampiry. Małe wampirze lalki o bladych twarzach, wystających kłach i czerwonych tęczówkach. Figurynki z czegoś wyglądającego na porcelanę. Największa, może dwunastocentymetrowa, miała oblicze Czesława Pusza.

Michał pojął, że nie padł ofiarą halucynacji. Oto zdarzył się cud, trochę podobny do słynnej zamiany wody w wino. Tak! Cud, a zarazem znak dla niego – inne wyjaśnienie po prostu nie wchodziło w grę.

Tymczasem porcelanowy Pusz-wampirek ożył i lazł właśnie po krawędzi klozetu.

Zatrzymał się jakieś pół metra przed nosem pisarza, spojrzał mu w oczy, mrugnął kilka razy, a potem uśmiechnął się jak kotek. Co prawda koty chyba się nie śmieją. Z wyjątkiem tego z Cheshire. Nieważne. Laleczka podniosła prawą rączkę i wycelowała paluszkiem w coś za plecami klęczącego.

Obok jacuzzi z podłogi wystawało wielkie, ziejące czernią koło, dziura w rzeczywistości.

A zatem w błędzie tkwili ci, którzy nie wierzyli w przechwałki dzisiejszego solenizanta, przezywanego Wampirem ekscentrycznego Czesława Pusza. Michał zrozumiał to w jednej chwili. Zerwał się z kolan.

 Klapa od sedesu opadła z trzaskiem i strąciła pomocną lalkę z brzegu muszli. Na szczęście mała podobizna Wampira się nie stłukła. Nienaruszona potoczyła się do portalu i zniknęła. Pisarz ruszył za nią.

 

*

 

Wymacał lalkę i zorientował się, że wskazuje ona kierunek. Poszedł wedle wskazania.

Kiedy z ciemności dobiegały mlaski i syki, Michałowi cierpła skóra. Ludzka rzecz. Chwilowo przestał odczuwać fizyczne skutki alkoholowego zatrucia. Szedł.

Nieokreśloną ilość czasu później sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Dopiero teraz. A przecież powinien o tym pomyśleć natychmiast po przejściu przez portal. Cóż, jego kondycja nie sprzyjała trzeźwej (nomen omen) analizie sytuacji, Michał dziwił się jednak, że nie zadziałały dawne odruchy. Czyżby po tylu latach całkowicie je utracił?

Pisarz coraz bardziej niespokojnie targał wewnętrzną kieszeń, aż w końcu zatrzymał się przejęty grozą.

Gdzie to jest?

Kieszeń była pusta.

Zaczął więc rozpaczliwie przetrząsać wszystkie pozostałe – na próżno, udało mu się wymacać jedynie gumę do żucia, zapalniczkę oraz siedemnaście złotych.

Musiałem go zgubić! Ale kiedy? Gdzie?

Rozumiał jednak, że lalka prowadzi go do ważnego celu, być może do tego najważniejszego, i że nie wolno mu zawrócić. Szedł zatem dalej.

Towarzyszyły mu gorąco, suchość w gardle i odór gnijącego mięsa. W zwierzęciu, które dzieliło ciało z twardą jak diament duszą, budził się atawistyczny strach. Eryka czy demon wódki mogli sobie podważać opanowanie Michała – szedł nieugięcie.

– Chociażbym kroczył ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo ze mną jest Pan – szeptał.

Szedł poprzez gęsty, lepki mrok.

Chrup, mlask!

Cokolwiek to było, było blisko.

Tup, tup, tup!

Jeszcze bliżej. Ale ten dźwięk był dobry. Rozpoznał ów tupot drobnych stóp, a chwilę później usłyszał, że obok toczy się jakiś przedmiot. Chwycił go bezbłędnie.

Tak! Moja zguba!

Grawerowany walec z kości behemota leżał w dłoni Michała idealnie, jak zawsze. Mężczyzna z lubością przesuwał palcami po rękojeści swego legendarnego miecza.

Och, dziękuję, dziękuję ci po stokroć, śliczna, kochana lalko! I tobie dziękuję, Panie mój najsłodszy. Dziękuję za tego cudownego towarzysza.

Klinga dawała światło, ujrzał więc nareszcie, co się na niego czaiło. To musiała być rozpaczliwa improwizacja jego brata. Dusze wcielone w paskudztwo. Bezbronny i ślepy w ciemności Michał uległby im niechybnie, powstrzymałyby go, zabiły. Teraz jednak po prostu im się wymknie.

Nawet takie nędzne i głupie dusze zasługiwały na szansę, zawsze bowiem istniała możliwość, że kiedyś zmądrzeją.

I właśnie wtedy zobaczył garstkę porcelanowych okruchów. Zmiażdżyli wampirka. Nieumarłe skurwysyny, owe pokraczne kupy gnijącego mięsa, rozdeptały laleczkę, która znalazła miecz, jego małego przewodnika, który tak ładnie się uśmiechał…

Pierdolone Zombie!

Zombie – zło i wypaczenie. A także czysty idiotyzm. Bo żywe trupy poruszały się zbyt wolno i miały za mało zręczności, aby nadawać się na skutecznych morderców. W dodatku wcale nie były takie silne, jak powszechnie uważano. Mogły kogoś zabić chyba jedynie znienacka, na przykład zaczaić się na człowieka w ciemności i przywalić go wspólnie toną rozkładającego się cielska – potraktowany w ten sposób nieszczęśnik, nawet gdyby nie został zmiażdżony, prawdopodobnie umarłby od smrodu.

Dusze, które nie oparły się Złemu w tak ohydnym i głupim dziele, niech znikną w niebycie ostatecznym.

Ignorując powracające mdłości, Michał rozcinał ożywieńców bez wyrzutów sumienia. Siekł równo, siekł zapamiętale; rąbał, chlastał, pruł i ćwiartował. A potem z satysfakcją patrzył, jak płoną.

Kiedy furia ustąpiła, ponad dymiącymi szczątkami swoich wrogów zobaczył odległy błysk.

 

*

 

– Idolu! – Pusz machnął latarką. – Długo czekałem. Obawiałem się już, że w łazience nie zadziałał system rozpoznawania twarzy. Albo że nie skorzystałeś z łazienki. Albo że rozrzut mojego portalu cisnął cię gdzieś daleko w ciemności tego zaświata i że nigdy mnie nie znajdziesz. Wybacz, jeśli napędziłem ci strachu. – Uśmiechnął się szeroko. – Zaplanowałem to jako taki mały test. Chciałem sprawdzić, czy masz dość śmiałości. Zdecydowałeś się przejść przez portal, a więc masz. Zdałeś.

Michał milczał. Niech się wygada.

– Jednak to ty jesteś autorem Mózgożerców z Tytana! Na pewno nie byłeś tak zdziwiony i zagubiony, jak byłby przeciętny zjadacz chleba. Twoja książka, choć to niby tylko zwykły horror, dowodzi, że zgłębiłeś liczne tajemnice Stworzenia. Musisz być wielkim uczonym, może nawet tak wielkim jak ja. Prawie. Rozumiesz mechanikę ducha, prawda?

Michał machnął pobłażliwie ręką. Nie był żadnym uczonym, ale rozumiał wiele.

– Owszem – przyznał.

– To jest chwila Samsona! – Oczy matematyka płonęły radośnie. – Mózgożerców uczynimy nową biblią. Ach, ten fragment, kiedy szaman z Tytana na zawsze wygnał Boga z Układu Słonecznego, kiedy przestała działać woda święcona, krzyże i modły. Wygnanie Boga! Genialne. Odwet za Eden. Za to cię kocham!

– Zatem to pan wysłał mi zaproszenie.

– Oczywiście!

– Powieść jest przynętą.

Człowiek zwany Wampirem, zaabsorbowany własną przemową, nie słuchał.

– Tutaj, w niezwykłej glinie, zapisano dusze żyjących. Rozgryzłem kod: wiem jak unieśmiertelnić ciała lojalnych dusz, jak złamać te niepokorne. A najlepsze, że nikt nam nie przeszkodzi. Nawet, oficjalnie wszechmogący, Bóg. Wiesz, czego się dowiedziałem? Boi się. Im świat starszy, tym bardziej On boi się ingerować, bo cuda rodzą perturbacje, które mogą rozbić całe Stworzenie.

– Pozostają cuda małego kalibru. Jak inkarnacja.

– Cii. Później. Teraz… o czym to ja…

– Trudno być człowiekiem – westchnął pisarz. – Przecierpiałem wiele. Ból narodzin, tragiczną śmierć chomika, przeuroczego Bubu, niech Święty Franciszek czuwa nad jego maleńką duszą… Dorastanie, choroba matki, miłosny zawód… A ileż kiepskich opowiadań musiałem przeczytać!

Tyle lat szukał tropu, wyraźnej oznaki, że przepowiedziany wróg się pojawił. Przypatrywał się, co robią politycy i kapłani rozmaitych religii. Śledził działania okultystów, transhumanistów, naukowców, bezwzględnych mafiozów, dyrektorów największych korporacji oraz charyzmatycznych ludzi sztuki. Aż w końcu skoncentrował się na kulturze grozy, na horrorach, i zarzucił przynętę. Pułapka zadziałała.

– I pomyśleć – powiedział – że wszystko po to, aby powstrzymać zwykłego stukniętego dziadka.

Niespiesznym ruchem Michał wyciągnął z kieszeni marynarki kość behemota. Po chwili zakreślił nią w powietrzu idealną parabolę półsześcienną. Matematyk spojrzał zaintrygowany, być może nawet zamierzał skinąć z uznaniem głową. Nagle jednak się wzdrygnął. Z walca wystrzelił strumień błękitnej plazmy i ukształtowana przez pole siłowe świetlista klinga rozjaśniła pylistą równinę Szeolu.

Na tle czarnego koła – to musiał być portal powrotny – twarz wampirysty odcinała się wyjątkową bladością. Jej właściciel zrobił krok wstecz.

– O rety, Jedi?

Michał zaśmiał się mimo mdłości, od których wciąż się nie uwolnił.

– Cóż, możliwe, że George Lucas inspirował się moim ognistym mieczem.

– Doprawdy fascynujące. Kimże więc jesteś? Jakimś demonem?

– Cieplej.

– Tym bardziej moja propozycja ci się spodoba – kontynuował wampirysta głosem już nieco drżącym. – Oto ona: obejmiemy rząd dusz. Razem rzucimy wyzwanie Stwórcy. No? Co ty na to?

– Któż jak Bóg – odrzekł archanioł i zręcznym cięciem zdjął głowę z ramion Antychrysta.

Po czym nie wytrzymał i – całkowicie nieumyślnie – puścił na płonące zwłoki potężnego pawia.

 

Koniec

Komentarze

Opowiadanie przeczytane z uśmiechem. Gratuluję autorowi oczytania i znajomości literatury fantasy. Zachodzę w głowę, dlaczego księżyc Saturna, Tytan jest taki popularny wśród autorów fantastyki – może sprawia to fakt, że Tytan jest jedynym księżycem posiadającym atmosferę i to gęstszą od ziemskiej? Portale umożliwiające podróże do innych światów, to aktualna moda u pisarzy fantasy, horrorów, a nawet u miłośników science fiction.

Wartością tego opowiadania jest lekki styl i nie natrętny humor. Pozdrawiam ciepło.

Też tak myślę, tak to właśnie musi być z Tytanem, to znaczy, że jest popularny ze względu na atmosferę, no i ze względu na rozmiar, co się wiąże.

Dziękuję za przychylny komentarz, Karolino.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Hmmm. Najpierw mi się podobało. Potem doszłam do wniosku, że absurd mnie przerasta. Ale w końcu wszystko wyjaśniłeś i nastała jasność. Ogólnie się spodobało, zwłaszcza mnogość wszelakich nawiązań.

Godzinę później Michał klęczał w luksusowej łazience Pusza.

Przez godzinę tak się skuł? Bardzo chciał, wyjątkowo słaby łepek czy totalny brak umiejętności?

Babska logika rządzi!

Dziękuję. Cieszę się z nastania jasności i jej wpływu :) Niech będzie, że dwie godziny, zmienię, skoro ktoś ma wątpliwości (sam Michał chyba nie wiedział, ile godzin minęło, bo stracił nieco poczucie czasu :P).

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Chyba nie jadłam pierwszego kotleta, bo nie pamiętam jego smaku, za to drugi, odgrzany i doprawiony, okazał się daniem zbyt skomplikowanym; pewnie dlatego kubki smakowe zgłupiały. :(

 

Ma­te­ma­ty­cy, kom­pu­te­row­cy, cy­be­ne­ty­cy, fi­zy­cy teo­re­tycz­ni… –> Literówka.

 

ponad dy­mią­cy­mi szc­żąt­ka­mi swo­ich wro­gów… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szkoda, myślałem, że w tej wersji będzie już jadalny dla wszystkich. Chyba że chodzi o preferencje kulinarne? Mogę zrozumieć, że nie wszystkim odpowiadają takie trochę wariackie dania.

Pierwszego nie jadłaś, bo raczej byś skomentowała ;)

Dziękuję za poprawki.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Miło mi, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Muszę przyznać, że czytając to opowiadanie uczyłam się również interpunkcji i tego, jak poprawnie konstruować dialogi :) Jako iż sama jestem laikiem nie mam za bardzo się do czego przyczepić, wytykanie błędów byłoby najzwyczajniej w świecie hipokryzją. Czytało się za to bardzo przyjemnie, uśmiech widniał na mojej twarzy przez większość tekstu. Ciekawy pomysł, sama chciałabym umieć tak pisać! ;) 

Jaki miły komentarz :) Ja tu czekam, aż spadną na mnie gromy albo przynajmniej jakieś wyładowanie niezupełne, a tu proszę. Życzę Ci, żebyś szybko uwierzyła, że jesteś w stanie świetnie pisać i żeby ta wiara miała solidne podstawy :) I żebyś nauczyła się tych konwencji interpunkcyjno-dialogowych. A także wszystkich innych – jeżeli to potrzebne. Ale kiedy już opanujesz pewien kanon, nie fiksuj się na sprawach formalnych. Nie przejmuj się, że od czasu do czasu coś Ci odstaje od standardu, tylko zajmij się tworzeniem. Jakkolwiek górnolotnie by to brzmiało. Żaden ze mnie pisarz czy guru, ale wydaje mi się, że to dobra rada ;) Dzięki za wpis, Alu :)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Miałem jak Finkla – z początku naprawdę fajne, ale im dalej w las, tym bardziej absurd odlatywał ode mnie. Nawiązania do innych dzieł na plus, podobnie bardzo spodobał mi się końcowy motyw z “wygnaniem Boga z Układu Słonecznego”. Koniec końców tekst nie zostawił we mnie negatywnych odczuć, ale pozytywnych też nie.

Podsumowując: ambiwalentne odczucia po lekturze, ale definitywnie parę razy coś małego grzmotnęło na niebie. 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Niezwykle ciekawe rozważania dotyczące Boga we Wszechświecie snuł Stanisław Lem w powieści pt. “Fiasko”. Warto przeczytać. A wracając do Tytana, to Lem na Tytanie pochował swego legendarnego pilota, komandora Pirxa. Na pewno ten szczegół jest ci znany. pozdr.

Owszem, kaRolino (poznałem Cię), ten szczegół nie jest mi obcy :) Pochował go, można powiedzieć, potencjalnie. I zgadzam się oczywiście, że rozważania Lema są ciekawe.

Dzięki, NoWhereManie. Zdaję sobie sprawę, że niektóre momenty mogą wywoływać wrażenie absurdu, co nie musi być odebrane pozytywnie. Choć miałem nadzieję na dobroczynny, wyjaśniający wpływ końcowej części opowiadania. Ale no cóż. Cieszę się z tego czegoś na niebie :)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Uśmiechało do połowy, potem siadło. Ogólnie niezłe.

No to nieźle :)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Hej

Na początek jedna uwaga logiczna, skoro wszyscy zapraszali znajomych i znajomi znajomych, to dlaczego bohater aż tak bardzo zachodził w głowę, kto jego zaprosił? Wydaje mi się, że nie powinno to być aż tak istotne.

Spodobał mi się ten tekst, absurd wysmakowany, podany w odpowiedniej ilości, nie przytłacza, jak to często bywa, od pierwszego zdania. Ciekawe nawiązania i pomysły, wartka akcja (to lubię!) i pełnowartościowi bohaterowie. Całość jak najbardziej na plus :)

Ano dla niego jakoś było istotne, ale przyjmuję wątpliwość. Cieszy mnie, rzecz jasna, pozytywny odbiór całości. Dzięki, Darconie.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Mózgożercy z Tytana(…), (…)W dodatku została skomentowana przez znanego katolickiego publicystę, który nazwał ją „zakonspirowanym narzędziem Szatana” – Z doświadczenia wiem, że takich publicystów niewiele obchodzi poza Ziemskim piekiełkiem, więc mało prawdopodobne aby któryś coś takiego przeczytał. Co innego np. “Mózgożercy z Torunia”. Wtedy ekskomunika instant.

Na początku kilka zdań mi nie podeszło szykiem, jakby nie trzymało rytmu czytania. Później było juz zdecydowanie lepiej. Śmiechłem na opisie rozmów z muszlą. 5+! :)

Absurdalne, ale dobrze wyważone, co łatwe nie jest, bo zwykle przeładowane teksty po kilku akapitach wyłączają mi mózg i zarzucam czytanie.

Pozdro!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

takich publicystów niewiele obchodzi poza Ziemskim piekiełkiem, więc mało prawdopodobne aby któryś coś takiego przeczytał. Co innego np. “Mózgożercy z Torunia”. Wtedy ekskomunika instant.

He he, pewnie masz rację :)

 

Dzięki za przeczytanie, uwagi i podzielenie się wrażeniami :) I za +bib również.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Właściwie to nie podobało mi się. Prawdopodobnie dlatego, że nie jestem szczególnym fanem ani pastiszy, ani Gwiezdnych Wojen. Ale jako że lubię wszelkiej maści nieumarłych, zwłaszcza tych wykorzystanych z pomysłem i zakochałem się we fragmencie:

Wtem powietrze rozdarł ni to ryk, ni to jęk. Gdyby podówczas koło zajętej przez pisarza łazienki przechodził niecodzienny gość, któryś z jakże rzadkich w owych czasach wędrowców do laurazjatyckich wybrzeży, bywalec prastarych plaż, nad którymi niebo przecinały latające gady, otóż taki gość mógłby pomyśleć, że w pomieszczeniu obok uwięziono rannego pteranodona. A to rzygał Michał.

to z przyjemnością kliknę Ci do bilbioteki., mimo, że nie jest to historia i humor, w moim guście.

na emeryturze

O, to pozytywnie. Znaczy, że plusy i że biblioteczny klik, nawet jeśli trochę pomimo. Fajnie, Gary, że przyjechałeś tu na swoim wielbłądzie.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Pierwsza część świetna. Potem robi się coraz bardziej dziwnie i niezrozumiale. Rozczarowanie.

Chyba wolałbym odwrotnie, to znaczy, żeby na początku było kręcenie głową, potem lepiej, potem błysk. Ale jak się nie ma co się lubi… ;) OK. Dzięki za przeczytanie i komentarz.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Przeczytałem podczas (tej samej) podróży autobusem do Warszawy i to opowiadanie również na plus, choć mniejszy niż Arkon. Płynąłem sobie przez tekst może bez fascynacji, ale i bez bólu, trochę się skrzywiłem na zombie, bo nie lubię zombie (i trochę były znikąd), ale twist na koniec zacny (i uzasadnia potrzebę sceny z zombie). Tak więc – to również umiliło podróż.

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Miło mi to czytać :) Dziękuję za drugi komentarz z podróży.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Chaotyczne. Chaotyczny będzie więc też mój komentarz.

Czytałem jakbym jadł z kociołka, do którego wrzucono i wymieszano za dużo składników. I przyprawiono nietypowo. Tego za dużo, tego za mało. Nie wiem jaką zupę jadłem. 

Jest absurd, jest humor, są liczne nawiązania, ale ja nie zawsze wiem do czego (to akurat moja wina). Zdania budowane na przemian zgrabnie i karkołomnie. Chociaż pisać niewątpliwie autor potrafi. 

Sama historia zakręca i zmienia kierunek w najmniej oczekiwanych momentach. Także akcenty na poszczególne elementy historii nietypowo rozłożone. Cały tekst podzielony jakby na dwie niewyważone części. Ale jakaś historia jest. I nie jest zła. Pomysł był na pewno. 

W połowie opowiadania wyskoczyło coś, co zupełnie mnie zbiło z pantałyku.

 

Wtem powietrze rozdarł ni to ryk, ni to jęk. Gdyby podówczas koło zajętej przez pisarza łazienki przechodził niecodzienny gość, któryś z jakże rzadkich w owych czasach wędrowców do laurazjatyckich wybrzeży, bywalec prastarych plaż, nad którymi niebo przecinały latające gady, otóż taki gość mógłby pomyśleć, że w pomieszczeniu obok uwięziono rannego pteranodona. A to rzygał Michał.​

Jestem zakłopotany, bo nie potrafię się ustosunkować do Twojego dzieła, Jerohu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wcale nie taki chaotyczny ten Twój wpis. Z tego, że niektóre zdania wydają się czytelnikom karkołomne, to ja się nawet cieszę. Wolę to niż: poprawne, gładkie, nudne, usypiające… Znaczy, są gorsze epitety. W paru miejscach, wiem o tym, rzeczywiście zaszalałem stylistycznie – bardziej niż zwykle. Przyjmuję uwagę, że czegoś w tej zwariowanej historyjce nie wyważyłem. Myślę, że największym problemem jest dla niektórych długie wprowadzenie, które raczej nie zdradza – nie ostrzega – że potem może być dziwnie. Czy też po prostu mniej poważnie. Tak wnioskuję z wcześniejszych opinii. A na zakłopotanie chyba nic nie poradzę, więc również i je zwyczajnie przyjmę do wiadomości. Mam nadzieję, że nie oczekiwałeś ode mnie wyczerpujących wyjaśnień ;)

Dziękuję za podzielenie się odczuciami i rozbudowany komentarz.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Nowa Fantastyka