- Opowiadanie: Michu - Precedens

Precedens

Humorystyczne opowiadanie przedstawiające historię pierwszego procesu sądowego, w którym pojawił się przybysz z innego świata.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla, Użytkownicy II

Oceny

Precedens

Nazywam się Mateusz Sosnowski i jestem prawdopodobnie najbardziej znanym właścicielem ziemskim w tej części Drogi Mlecznej. Gdy mówię "ta część Drogi Mlecznej", mam na myśli całe Ramię Oriona oraz jego okolice – fragmenty Strzelca i Perseusza, oddalone od nas o jakieś trzydzieści tysięcy lat świetlnych. Za nimi jest tylko Dziki Kosmos, o którym trudno powiedzieć coś miłego.

Zapewne kojarzycie moje nazwisko z głośnej sprawy Sosnowski przeciwko Xtzberta, zakończonej wyrokiem Sądu Rejonowego w Pile z dnia dwudziestego szóstego grudnia dwa tysiące szesnastego roku. Jasne, dużo później stałem się znany dzięki działalności dyplomatycznej i trafionym inwestycjom w układzie słonecznym Syriusza, ale to właśnie ten proces sądowy rozpoczął moją karierę kosmicznego filantropa, dobrodzieja i przedsiębiorcy.

Z niezrozumiałych dla mnie powodów Krie Bo, właściciel największego wydawnictwa cyfrowego po naszej stronie Bąbla Lokalnego, zdecydował się wydać mikropowieść przedstawiającą sprawę Xtzbetra. Dziwne, że dopiero teraz. Od tych wydarzeń minęło już prawie pięćdziesiąt lat, komunikacja międzygwiezdna poszła ostro do przodu, a Kosmos stał się zatłoczony jak nigdy wcześniej.

Chłopaki z wydawnictwa tłumaczyli, że to przez spadek zainteresowania książkami. Cholerna cyfryzacja zabiła prawie wszystkie przejawy słowa pisanego, pozwalając przetrwać jedynie instrukcjom obsługi, poradnikom osobistego rozwoju i etykietom na butelkach po piwie.

No ale, jak rozumiem, trend się odwrócił i ludzie chcą czytać o historii naszego podboju Wszechświata. Dopóki mi płacą, nie widzę w tym nic złego.

 

Jak płatek śniegu

 

Wszystko zaczęło się trzynastego lutego dwa tysiące piętnastego roku, w sobotę. Mieszkałem wtedy w Szydłowie – małej wiosce położonej na północnych rubieżach województwa wielkopolskiego, otoczonej lasami i podupadającymi gospodarstwami rolnymi. Moja działka, oddalona kilkanaście metrów od drogi krajowej, znajdowała się obok sosnowego zagajnika, zapomnianej rzeczki będącej dalekim dopływem Piławy, i opuszczonej nieruchomości z kawałkiem zarośniętego przez chaszcze pola.

Na granicy terenu znajdowało się kilka krzewów aronii, pięć karłowatych brzózek i średniej wielkości staw przypominający bagienną kałużę wypełnioną glonami, trawą i resztkami zeszłorocznych zbiorów. Jeśli kiedykolwiek żyły w nim jakieś ryby, dawno już musiały wymaszerować w stronę pobliskiego lasu szukając pożywienia.

Nie zawsze wyglądało to w ten sposób. Dwadzieścia lat wcześniej, gdy na sąsiedniej nieruchomości mieszkał jeszcze Zdzisław Przemyski z rodziną, wspólnie dbaliśmy o to, by staw przypominał miejsce do kąpieli, a nie obiekt rodem z amazońskich bagien. Regularnie wycinaliśmy zielsko z brzegów i wyrównywaliśmy dno dla lepszego rozwoju różnorodności biologicznej.

To były dobre czasy.

Później Przemyskiemu powinęła się noga i wylądował po uszy w długach. Żeby jakoś się z nich wyplątać, pojechał do Wielkiej Brytanii. Rok później dołączyła do niego reszta rodziny i od tego czasu nikogo z nich już nie widziałem. Czasami Zdzisiek przysyłał mi jeszcze kartki z życzeniami świątecznymi, ale i te w końcu przestały przychodzić. Ostatnią dostałem niedługo po tym, jak Buzek stworzył swój rząd.

 

Mijały lata, a ziemia Przemyskich coraz mniej przypominała gospodarstwo rolne. Wszelkiej maści krzaki, chaszcze, pnącza i porosty szybko objęły w posiadanie nie tylko pole uprawne, ale także dom. Nie wiem, co Zdzisiek zrobił z tą działką. Chyba jej nie sprzedał, skoro tyle lat leżała odłogiem, ale kto go tam wie. Może zostawił ją sobie jako zabezpieczenie, gdyby nie wyszło mu na obczyźnie? Nie tłumaczyło to jednak, dlaczego pozwolił na takie zaprzepaszczenie lat ciężkiej pracy.

Dopóki Przemyscy mieszkali obok, dogadywaliśmy się całkiem nieźle i nie potrzebowaliśmy między działkami płotu. Każdy wiedział, gdzie kończy się jego teren, a zaczyna święte prawo własności sąsiada.

Prawdę powiedziawszy, nikt z nas nie pamiętał już, do kogo należał staw, który znajdował się dokładnie na granicy nieruchomości. Gdy jednak działka Zdziśka zaczęła zarastać i jasne było, że od lat nikt jej nie odwiedzał, wybudowałem symboliczny płot z drewnianych belek dla podkreślenia, że o moją ziemię ciągle zamierzam się troszczyć. W skład ogrodzonego obszaru wchodziło także przygraniczne zielsko i ten nieszczęsny staw.

Trzynasty dzień lutego dwa tysiące piętnastego roku był wyjątkowo ponury. Od rana zacinał przeszywający chłodem wiatr, a dach uginał się pod warstwą zalegającego śniegu. Zima w pełnej krasie, czego pewnie nie przyjęliby do wiadomości szarlatani od globalnego ocieplenia.

Wieczorem, kultywując codzienny zwyczaj, siedziałem w salonie przed telewizorem w poszukiwaniu pomysłu na nowy interes. Po kilku godzinach bezowocnego wpatrywania się w kineskopowe pudło miałem dosyć i złapałem pilota, by zmienić kanał, gdy do pokoju wpadła moja żona, Julita.

– Nie uwierzysz, Mateusz! Nie uwierzysz, co widzia… – zacięła się, próbując złapać oddech.

– Uspokój się, dziewczyno. Zobaczyłaś ducha?

– Lepiej – odparła, gdy już trochę ochłonęła. – W ruinie po Przemyskich pali się światło.

– E tam. – Machnąłem ręką, odwracając się w stronę telewizora. – Ty zawsze widzisz tam albo światła, albo obcych szukających peerelowskich skarbów. Na pewno ci się przywidziało.

– Przysięgam, uasherati, tym razem to prawda. W chałupie Zdziśka ktoś jest i pali światło!

– No dobrze – westchnąłem ciężko i wstałem z kanapy. – Choć na górę, z sypialni będzie lepszy widok. I przestań popisywać się suahili. Cała wieś już wie, że znasz ten język.

Poszliśmy na piętro, wyłączając po drodze światło w korytarzu, i stanęliśmy przy oknie wychodzącym na południe – w stronę domu byłych sąsiadów.

Widoczność nie zwalała z nóg. Jedynym źródłem światła były lampy ustawione przy drodze publicznej kilkadziesiąt metrów dalej. Na szczęście wieczór nie zamienił się jeszcze całkiem w noc, dzięki czemu widzieliśmy kontury i ogólną fakturę odległej nieruchomości.

Po kilku minutach bezowocnej obserwacji pokręciłem powoli głową.

– Widzisz? Niczego tam nie ma, te same zarośnięte ruiny od lat.

– Poczekajmy jeszcze chwilę. Przecież widziałam, że ktoś tam zapalił światło i chodził po domu!

Kolejne pół godziny przy oknie nic nie zmieniło. Położyłem w końcu do łóżka Julitę, która zarzekała się, że u Przemyskich na pewno ktoś jest, przeklinając przy okazji w jakimś afrykańskim narzeczu. Sam też szykowałem się do spania. Gdy zasłaniałem wychodzące na południe okno odniosłem wrażenie, że w sąsiednim budynku faktycznie błysnęło przez chwilę światło, jakby ktoś skradał się wzdłuż ścian z bardzo słabą świeczką. Poczekałem jeszcze kilka minut, ale nic podobnego już się nie powtórzyło. Prawdopodobnie zmylił mnie blask latarni odbity od jakiegoś wyjątkowo dużego płatka śniegu.

 

Nieoczekiwani sąsiedzi

 

Z każdym dniem utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że u Przemyskich ktoś jest. Po kolejnej nieprzespanej nocy, w trakcie której razem z Julitą obserwowaliśmy sąsiedni dom, byłem już tego niemal w stu procentach pewien.

W opuszczonej ruderze ktoś zamieszkał i przystąpił do poważnych, wiosennych porządków.

Nie mogliśmy jednak nigdy złapać go na gorącym uczynku. Musiały wystarczyć nam wyłącznie cienie poruszające się po słabo oświetlonych pomieszczeniach domu. Żadne z nas nie zdecydowało się także pójść do nowych sąsiadów w odwiedziny.

 

Na początku marca zorganizowałem u siebie mały wieczorek pokerowy, na który zaprosiłem Witolda Brykiewicza – naszego plebana i specjalistę od zjawisk nadprzyrodzonych, Dariusza Robaka – wójta gminy Szydłowo, biorącego czynny udział w działalności rekonstrukcyjnych grup historycznych oraz mojego kuzyna Sławka, który co prawda nie posiadał żadnych specjalnych talentów i konkretnego wykształcenia, ale dawał się ogrywać jak dziecko w każdą grę karcianą świata.

– Podbijam o dwieście – oznajmił pleban rozpoczynając jedną z ostatnich partii tego wieczoru.

Przyjrzałem się uważnie moim towarzyszom, siedzącym wokół rozstawionego w salonie stołu. Na kanapie obok leżała Julita z nosem w książce. Prawdopodobnie uczyła się teraz jednego z arabskich dialektów.

Proboszcz Witold wydawał się pewny siebie. Prawie niewidoczny uśmiech, wyłaniający się spomiędzy fałd kilku wyhodowanych podbródków, od początku rozdania nie schodził z jego twarzy. Wójt jeszcze niczym się nie zdradził, za to Sławek od początku dał jasno do zrozumienia, że nie dostał na rękę nic wartego uwagi.

– Trzysta – rzuciłem i spróbowałem rozwiać unoszący się nad stołem obłok tytoniowego dymu. Każdy z nas wypił już pewnie po pół litra wódy na głowę, co oczywiście wiązało się ze wzmożonym spożyciem tytoniu.

Gdy przyszła kolej licytacji Dariusza, usłyszeliśmy dzwonek do drzwi.

– Kochanie, idź sprawdź, kogo niesie o tej godzinie.

Julita posłała mi mordercze spojrzenie, zarezerwowane dla prawdziwych potworów odrywających ją od książek, ale ruszyła swój zgrabny tyłeczek i pomaszerowała w stronę drzwi wejściowych.

Nim minęła minuta, wróciła z dziwacznie ubranym mężczyzną w średnim wieku, przemoczonym do cna przez siąpiący na zewnątrz deszcz.

Poczciwy – to pierwsze, co przyszło mi na myśl po zlustrowaniu przybysza. Odstające uszy, dawno przeterminowany wąs i zaczeska nieumiejętnie skrywająca powiększające się zakola sprawiały, że wyglądał na swojaka. Dopiero po bliższym przyjrzeniu ujawniał niepokojące cechy – lekko skośne, migdałowe oczy, przyprószone siwizną przechodzącą w błękit brwi i nienaturalnie długie palce. A także tęczówki czarne jak węgiel wydobyty z demonicznych kopalni drążonych gdzieś na krańcach krainy umarłych.

Ubiór?

Połączenie wiejskich gangsterów zapełniających komedie Lubaszenki z mało subtelnym szykiem peerelowskich majstrów Barei. Wytarte dżinsy, poplamiona koszula w kratę, niedoczyszczone skórzane półbuty i szary płaszcz, zapewne siłą odebrany jednemu z klonów porucznika Columbo. Prawdziwy swojak.

– Moje uszanowanko, sąsiedzie! – wykrzyczał w moją stronę przybysz i podszedł, by uścisnąć mi rękę. – Bardzo się cieszę, że w końcu mogę sąsiada poznać. Wprowadziłem się do domu obok kilka dni temu, ale porządki zajmują zbyt wiele czasu, by myśleć jeszcze o budowaniu relacji towarzyskich. Nazywam się Maks Bertacki i mam nadzieję, że szybko się zaprzyjaźnimy!

– To bardzo miłe, że w końcu znalazł pan chwilę, by do nas zawitać – powiedziałem i poprosiłem, by Julita zabrała płaszcz gościa oraz przyniosła dodatkową szklankę. – Może sąsiad napije się z nami wódeczki? Gramy właśnie w pokera, zechce się pan przyłączyć?

– A zechce, zechce – oznajmił radośnie Maks dostawiając do stołu krzesło, które wcześniej odsunęliśmy przygotowując się do gry. – I zostawmy tego pana, Bertacki jestem! – Nim zdążyłem zareagować, zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku sugerującym, że jest silniejszy niż na to wygląda, i klepnął kilka razy po plecach w taki sposób, że poczułem topografię swoich płuc.

Dalsza część wieczoru potoczyła się bez większych zaskoczeń. Maks okazał się przeciętnym graczem, który przegrywał często, ale straty odrabiał partiami wygranymi przez czysty przypadek. Dał się za to poznać jako straszny gaduła, czym od razu przypadł do gustu plebanowi. Po tym, jak każdy z nas przyjął kolejne pół litra na głowę, mój nowy sąsiad i Witold Brykiewicz byli już najlepszymi przyjaciółmi.

Pożegnaliśmy Maksa po trzeciej w nocy, obsypując go chmurą uścisków, życzeń zdrowia i odwzajemnionych zapewnień o dozgonnej miłości. Gdy upewniłem się, że ruszył w drogę powrotną, wróciłem do moich gości, zapaliłem papierosa i spojrzałem na nich uważnie. Żaden z nas, mimo wypitego alkoholu, nie wydawał się tak pijany, jak jeszcze piętnaście minut temu.

– No dobrze, przyjaciele – powiedziałem rozlewając koniak do kieliszków. – Czy tylko mi się wydaje, czy mój nowy sąsiad sprawiał bardzo dziwne wrażenie?

– Nie wydaje ci się – odpowiedział wójt Robak i pociągnął solidny łyk. – Ten skurczybyk cały czas liczył karty. Przegrywał specjalnie.

– Też to zauważyłem! – krzyknął Sławek, który z pewnością niczego nie zauważył. Słabiej niż reszta znosił wielogodzinne pijaństwo.

– Musi mieć mocną głowę – odparł w zadumie pleban. – Pił równo z nami, ale w ogóle nie plątał mu się język. A gadał jak szalony.

– Gadał i wszystko uważnie obserwował, jakby przyszedł tu na przeszpiegi – dodałem.

– Może przyszedł. Swoją drogą, niby skąd wiedział, że twoja córka wychodzi za mąż? – Witold obrócił się w stronę wójta. – I że w ogóle masz córkę?!

– Hm? – Przedstawiciel samorządu nie był w najlepszej formie.

– Siedzimy sobie, rozmawiamy, a on nagle do ciebie "A co u szanownej córeczki? Kiedy wesele?" i tak dalej. Pilnowałem tego, o czym dyskutowaliśmy, nikt nie wspominał o twojej rodzinie.

– Może wywiedział się na wiosce? – Wójt w zadumie podrapał się w głowę. – Mieszka tu już przecież kilka dni.

– Wy matoły! – odezwała się nagle Julita, do tej pory zatopiona w książce. Zupełnie zapomnieliśmy o jej obecności. – Nikt z was nie zauważył tego, co najważniejsze!

Wszyscy zwróciliśmy w jej stronę wymęczone alkoholem oblicza.

– Gdy Maks myślał, że skupiacie się na własnych kartach i tracił koncentrację, zaczynał mruczeć do siebie w jakimś dziwnym dialekcie, który niczego nie przypominał. Rozumiecie? Niczego! Jakby ten język powstał gdzieś niezależnie od wszystkich innych. Niespotykana składnia, dziwne zgłoski, nawet nie wiem, czy był tam podział na zdania.

– To jasne! – Ocknął się nagle kuzyn Sławek. – Musi być przybyszem z innego świata!

Już niedługo mieliśmy zweryfikować, jak blisko prawdy się znalazł.

 

Problem natury prawnej

 

Kwiecień jak zwykle zaskoczył rolników i właścicieli gospodarstw dotowanych z funduszy europejskich. Po mokrym, jakby niezdecydowanym marcu, nastała pora czystego nieba, ćwierkających ptaków i wzmożonej aktywności fizycznej na świeżym powietrzu.

Razem z Julitą, kuzynem Sławkiem i jego kolegami porządkowaliśmy zapuszczone przez zimę gospodarstwo. Wyrywaliśmy zielsko, przekopywaliśmy grządki i uszczelnialiśmy dachy budynków gospodarczych. Fakt, że rolnikiem byłem jedynie z nazwy i nie prowadziłem praktycznie żadnej działalności wytwórczej nic tutaj nie zmieniał. Obejście jest wizytówką mężczyzny, jak mawiał mój nieodżałowany dziadek, i świadczy o jego stosunku do życia.

Wykonując jeden z rutynowych obchodów nieruchomości nie mogłem pozbyć się wrażenia, że coś tutaj nie gra. Dokładnie sprawdziłem prace wykonane przez moich pomocników, zlustrowałem szopy i oborę, nawet policzyłem posadzone tego dnia drzewa i krzewy.

Wreszcie to zauważyłem. Płot oddzielający moją nieruchomość od działki nabytej przez Bertackiego stał w niewłaściwym miejscu. Podszedłem spokojnie do ogrodzenia i przyjrzałem mu się z bliska.

Sztachety wbite w ziemię stały nieruchomo, połączone metalowymi przęsłami. Żadnych śladów robót budowlanych, porozrzucanego piachu lub drzazg. Jedyna różnica polegała na tym, że płot stał przed zarośniętym stawem, a nie za nim.

Ten stan rzeczy sugerował, że oczko wodne, brzózki i aronia należały do sąsiedniej nieruchomości. Już miałem wołać chłopaków pracujących w polu, gdy zauważyłem, jak ze swojego domu wyszedł Bertacki i kieruję się w moją stronę.

– Witam sąsiada, uszanowanko! – krzyknął z oddali i lekkim truchtem zbliżył się do stawu. – Jak samopoczucie w ten piękny, kwietniowy poranek? Widzę, że prace ogrodowe trwają!

– Witam, witam. Nie najgorzej – odpowiedziałem przyglądając mu się badawczo. – Niech mi sąsiad powie, o co chodzi z tym płotem? Dobrze pamiętam, gdzie stał.

Przez moment oblicze Bertackiego stężało, ale po sekundzie wrócił do swojej jowialnej maniery.

– No, stoi, sąsiedzie. Taka jest rola płotu – rzucił, wskazując na drewniane ogrodzenie. – Wyjaśnia, gdzie kończy się jedna działka, a zaczyna druga.

– Dokładnie. A ten płot umiejscowiony był za stawem, prawidłowo informując o granicach prawa własności.

– Niestety. – Maks chyba znudził się udawaniem, bo uśmiech zniknął z jego twarzy, a głos stał się twardszy i głębszy niż wcześniej. – Nie masz racji, Mateuszu. Ten zatęchły staw, karłowate krzaki i więdnące brzozy należą do mnie.

– Tak?! – krzyknąłem, bo zirytował mnie swoim tonem. – A niby skąd ta pewność?!

– A stąd – popukał się w nos – że sprawdziłem stare katastry nieruchomości, mapy klasyfikacyjne i opinie biegłych geodetów. Możesz mi naskoczyć, szanowny sąsiedzie.

I poszedł, obracając się na pięcie. Na początku chciałem za nim biec, ale szybko doszedłem do wniosku, że przemocą nic nie zyskam. Jasne, wymiar sprawiedliwości to sami znajomi, ale jeśli Bertacki zadzwoniłby po patrol z leżącej niedaleko Piły, mogłoby być nieciekawie.

 

Tej samej jeszcze nocy przestawiliśmy z chłopakami płot tam, gdzie stać powinien. Naharowaliśmy się przy tym strasznie i zostawiliśmy ogromny bałagan. Nie wiem, jak ten sukinsyn przestawił go tak czysto. W każdym razie, pokazaliśmy mu, gdzie jego miejsce.

Rano, gdy wyjeżdżałem na rozmowę z kontrahentem, płotu już nie było. W ogóle. Jakby nigdy nie istniał. Żadnych śladów w ziemi, połamanych desek, niczego. Postanowiłem, że po powrocie skrzyknę znajomych z wioski i porozmawiamy sobie z sąsiadem klasycznie, po polsku.

 

Negocjacje z klientem przeciągnęły się i w domu byłem grubo po dwudziestej. Nie zdążyłem jeszcze powiesić płaszcza, gdy z kuchni wybiegła Julita machając plikiem papierów.

– Mat, tragedia!

– Co jest, Juli? – Zaniepokoiłem się nie na żarty. Rzadko kiedy bywała tak impulsywna.

– Ten skurwysyn nas pozwał!

 

Panowie, co mamy?

 

– Podsumujmy – oznajmił pleban, gdy wszyscy zebraliśmy się w moim salonie, by uporządkować ostatnie wydarzenia. – Nowy sąsiad Mateusza mieszka tutaj od niespełna dwóch tygodni, a już zdążył oszukać nas w pokera, wejść w konflikt z tubylcami i wystąpić na drogę sądową. Nie tak uczył nas Jezus Chrystus, jak załatwiać swoje sprawy. – Witold wzniósł oczy ku niebu.

Oprócz nas dwóch, w pokoju znajdowali się jeszcze wójt, Julita i Sławek, ale ten ostatni, z racji wczorajszej balangi, był z nami tylko ciałem.

– Najgorsze – powiedziałem podczas rozlewania kolejnej porcji koniaku do dużych, peerelowskich kieliszków – najgorsze jest to, że Bertacki może mieć rację. Nigdy z Przemyskim nie sprawdziliśmy dobrze granic działek, przecież nasze rodziny mieszkały tu od pokoleń.

– Może mieć rację w kwestii rozgraniczenia, ale to nie uprawnia go do tego, by żądać od ciebie dziesiątek tysięcy złotych z tytułu rzekomego odszkodowania. Co to w ogóle za pomysł?!

– Muszę przyznać, że sam niezbyt rozumiem tę część pozwu. Darek. – Zwróciłem się do drzemiącego na kanapie wójta. – Gdzie ten twój siostrzeniec, wielki prawnik z Poznania?

– Powinien tu być lada chwila, nie denerwuj się tak – odparł tamten nie otwierając oczu. – Bierz ze mnie przykład i odpocznij trochę, bo jak weźmiemy się za to na poważnie, nie będzie czasu na sen. Nie oglądałeś "Ludzi honoru"?

Nim zdążyłem zacząć tyradę na temat zgodności hollywoodzkich wyobrażeń z rzeczywistością polskiego wymiaru sprawiedliwości, dzwonek do drzwi zapowiedział wyczekiwanego gościa. Najprawdopodobniej uchroniło to moją przyjaźń z wójtem od bardzo cichych dni.

Siostrzeniec Robaka wyglądał jak korporacyjny prawnik występujący w amerykańskich filmach. Wysoki, szczupły, z elegancko zaczesanymi na bok blond włosami. Niebieski garnitur kosztujący pewnie więcej niż moja miesięczna pensja, współgrał z jasnobłękitną koszulą i krwistoczerwoną poszetką. Klasa i styl, to sobie pomyślałem. Tylko te okulary przeciwsłoneczne, których nie ściągnął po wejściu do domu, psuły trochę efekt.

– Witam państwa. – Rozejrzał się po pokoju i podszedł, by podać mi rękę. – Nazywam się Radosław Walerczak, zamieszkały w Złotowie, lat dwadzieścia osiem, kawaler. Przybyłem tutaj na prośbę mojego kochanego wujka, który, mam nadzieję, faktycznie teraz śpi i nie będzie nam przeszkadzał. Gdyby jednak było inaczej, witaj wujku Dariuszu! – Niemal uwierzyłem, że jego entuzjazm jest szczery.

Gdy wójt w żaden sposób nie zareagował na pojawienie się adwokata, poprosiłem Walerczaka by usiadł i powiedział, co o tym sądzi.

– Proszę zabrać te papiery i opowiedzieć mi wszystko własnymi słowami, muszę nabrać odpowiedniego dystansu do sprawy – powiedział odtrącając pozew, który chciałem mu wręczyć. Postanowiłem nie komentować zachowania tego aroganckiego dupka, bo w końcu pomagał mi charytatywnie, ale ledwo się kontrolowałem. – Czyniąc zadość kilkusetletniej prawniczej tradycji: Panowie, co mamy?

Streściłem, na ile byłem w stanie, pismo Bertackiego i spytałem, co geniusz palestry o tym sądzi.

– Widzi pan, panie Mateuszu, sprawa nie jest łatwa. – Wstał, ściągnął okulary i zapalił cienkiego jak wykałaczka papierosa, którego natychmiast zgasił. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że z trudem to zarejestrowałem. – Sąsiad żąda od pana zwrotu korzyści z tytułu bezprawnego korzystania przez pana z części gruntu, która zgodnie z załączonymi do pozwu dokumentami należy do niego. Roszczenie rozciąga się na dziesięć lat wstecz, ponieważ tyle wynosi okres przedawnienia. Stąd astronomiczna, jak na państwa warunki oczywiście, kwota siedemdziesięciu tysięcy złotych. W skład żądania wchodzi także naprawienie szkody z tytułu niewłaściwej pielęgnacji terenu, ze szczególnym uwzględnieniem braku należytej melioracji obiektu wodnego.

– Co?! – Nie wytrzymałem i także poderwałem się na nogi. – Nie dość, że zabrał sobie ten gówno warty staw, to jeszcze chce ode mnie forsy za to, że się nim nie zajmowałem?!

– Spokojnie, spokojnie. Panie Mateuszu, złością niczego pan nie zyska. Jak powiedziałem, sprawa jest trudna, ale nie bardzo trudna, jak mówimy w naszym środowisku. Najbardziej oczywistą obroną będzie w tym wypadku wykazanie, że przez ostatnie dziesięć lat poniósł pan koszty utrzymania stawu, tak zwane nakłady konieczne, które przewyższają roszczenie powoda. Wtedy, nawet jeśli sąd uzna jego żądanie, i tak nie będzie pan mu nic płacił. A jak się odpowiednio za to weźmiemy, może nawet to on zapłaci coś panu.

Uspokojony monologiem adwokata usiadłem ponownie na fotelu i rozejrzałem się po pokoju. Nikt ze zgromadzonych nie miał nic do dodania, a Julita najwyraźniej kompletnie straciła zainteresowanie sprawą, bo w najlepsze rozmawiała przez komórkę. Z uwagi na to, że robiła to w niezrozumiałym dla mnie języku nie miałem pewności, ale dałbym sobie rękę uciąć, że rozmawiała o nas. Zbyt często rzucała w naszą stronę ukradkowe spojrzenia.

– Tak że ustalone! – Walerczak klasnął w dłonie jak dziecko, które ma za chwilę wsiąść do najlepszej kolejki w wesołym miasteczku. – Został tydzień na wysłanie do sądu odpowiedzi na pozew. Do tego czasu ma pan przygotować listę wszystkich rzeczywistych i zmyślonych, ale racjonalnych kosztów, które mogły być przez pana poniesione w związku z pielęgnacją stawu i reszty zielska będącego przedmiotem sporu.

– A w tym czasie pan będzie…

– W tym czasie ja i moi przyjaciele zajmiemy się tym, co potrafimy robić najlepiej. Szperaniem.

– Szperaniem?

– Szperaniem. Wyszukiwaniem informacji, podsłuchami, białym i czarnym wywiadem. Dowiemy się o naszym przeciwniku wszystkiego. Za tydzień będę mógł powiedzieć, jakie piwo popijał jego dziadek na pierwszej randce z babcią. Proszę mnie nie rozczarować, panie Mateuszu. Liczę na pana.

Gdy wyszedł, myślałem tylko o tym, że chyba jednak na mnie nie liczy. Pewnie prowadził setki takich spraw i spis kosztów mógł wyrecytować przez sen. Raczej, takie odniosłem wrażenie, chciał mi po prostu dać coś do roboty.

Jak okazało się podczas rozprawy, miałem całkowitą rację.

 

Pierwsza rozprawa

 

Musisz wiedzieć, szanowny Czytelniku, że procesy sądowe sprzed pół wieku zupełnie nie przypominały tych współczesnych. Dziś, gdy wszystko w zasadzie załatwiamy z domu lub kabiny podświetlnego szybowca, zaledwie ułamek populacji widział w ogóle sąd na własne oczy. Administracją zajmuje się wyspecjalizowane, urzędnicze oprogramowanie, a wyroki, decyzje i postanowienia wydawane są przez hodowane na tę okazję biocybernetyczne mózgi, dużo lepiej niż ludzie orientujące się w meandrach moralności, współczucia i sprawiedliwości.

Pewnie trudno już w to uwierzyć, ale kiedyś procesy prowadzone były na żywo, dokumentację stanowiły opasłe tomy zawierające setki papierowy kart, a jedno postępowanie mogło trwać nawet kilka lat. Pomijając już zupełnie fakt, że wyrokował człowiek, który oprócz wykształcenia prawniczego niczym nie różnił się od reszty.

Aż cierpnie skóra, prawda?

 

Pierwsza rozprawa odbyła się dokładnie piętnastego maja, gdy cała Polska doszła już do siebie po szaleństwach długiego weekendu. Sędzia prowadzący postępowanie wybrał największą salę pilskiego sądu, choć wezwane zostały tylko strony i ich pełnomocnicy.

Bertacki przyszedł ze swoim mecenasem, radcą prawnym Mirosławem Mietczakiem, którego styl stanowił idealną niemal kalkę sposobu bycia mojego adwokata. Ten sam krzywy uśmieszek, zaczeska, garnitur w odcieniach granatu. Różnił się w zasadzie tylko rysami twarzy, bardzo przypominającymi mojego sąsiada. Musiał być jego rodziną, bo miał tak samo pociągłą twarz, długie palce i oczy w kształcie migdałów. No i ten cholerny odcień błękitu na brwiach. Wtedy myślałem jeszcze, że to po prostu kolejna idiotyczna moda.

Najbardziej zdziwiony byłem jednak postawą Walerczaka. Młody adwokat, choć ciągle roztaczał wokół aurę pewności siebie, sprawiał wrażenie nieobecnego, jakby walczył z poważnymi wątpliwościami. Kompletnie darował sobie uszczypliwości, zamiast tego skupiając się na postaci Maksa Bertackiego. Wpatrywał się w niego do momentu rozpoczęcia rozprawy, kiedy to głos zabrał radca Mietczak.

– Wysoki sądzie. Sprawa, mimo pozornie skomplikowanego stanu faktycznego, prezentuje się nad wyraz prosto. Powód swoje roszczenie wywodzi z naruszenia przez pozwanego świętego prawa własności, bezpośrednio związanego z prawem do czerpania korzyści z rzeczy, także nieruchomej, należącej do mojego mandanta. Poprzez szereg zaniechań i uchybień pozwany doprowadził do degradacji przyrodniczej i ekonomicznej bezprawnie zagarniętego terenu, co wiązać się będzie z koniecznością poniesienia w najbliższych latach ogromnych kosztów na przywrócenie stawu i okolic do stanu używalności. Dochodzone niniejszym pozwem kwoty to tylko początek szacunkowych wydatków, które będzie musiał ponieść powód.

Tak mniej więcej brzmiała przemowa pełnomocnika mojego sąsiada. Było tam jeszcze sporo słów typu "roszczenie", "świadczenie", "szkoda", "nakłady" i "krzywda", ale po kilku minutach wszystko zlało mi się w jeden prawniczy bełkot. Czegoś podobnego spodziewałem się po Walerczaku, ale adwokat zaskoczył chyba wszystkich, zwracając się bezpośrednio do Maksa Bertackiego.

– Wysoki sądzie – zaczął, patrząc prosto w oczy mojemu sąsiadowi. – Swoje wystąpienie chciałbym zacząć nietypowo, od pytania. Zanim przejdę do merytorycznego odparcia żądań pozwu, muszę ustalić jedną, istotną kwestię. Panie Bertacki, proszę powiedzieć, gdzie mieszkał pan przed przyjazdem do Szydłowa?

Wszyscy obecni podczas rozprawy wydawali się zmieszani tym niespodziewanym kierunkiem. Wszyscy, oprócz mojego sąsiada, który nieporuszony wpatrywał się zimno w Walerczaka. Gdy minął pierwszy szok, ze swojego miejsca poderwał się radca Bertackiego.

– Wysoki sądzie, co to w ogóle za pytanie?! Nie ma to nic wspólnego z…

– Proszę się uspokoić, mecenasie – przerwał mu sędzia, rozglądając się groźnie po sali. – Czy pełnomocnik pozwanego może wytłumaczyć, dlaczego zamiast przedstawić stanowisko swojego klienta, przeszedł od razu do przesłuchania powoda, łamiąc wszelkie proceduralne zasady rządzące postępowaniem cywilnym?

– Wysoki sądzie, wbrew pozorom to najważniejsza dla tego procesu kwestia. W księgach wieczystych spornej nieruchomości widnieje nazwisko powoda. To samo tyczy się jego dowodu osobistego, książeczki zdrowia i dokumentów rejestracyjnych pojazdu. Nigdzie jednak nie ma informacji o tym, gdzie powód mieszkał wcześniej. A to ważne, ponieważ Maks Bertacki nie jest Polakiem.

– Czy mówiąc "nie jest Polakiem", ma pan mecenas na myśli: Nie jest prawdziwym Polakiem?

– Nie, wysoki sądzie. Mam na myśli to, że nie jest stąd. Z Polski. Z Europy. Z Ziemi. To cholerny kosmita!

Jeśli wcześniej postawa mojego adwokata wywołała konsternację, teraz wszystkim najzwyczajniej opadły szczęki. Pierwszy opanował się sędzia.

– Panie mecenasie – cedził przez zaciśnięte zęby. – Byłem w stanie przymknąć oko na naruszenie procedury z uwagi na pana wiek, ale takie stwierdzenia przechodzą ludzkie pojęcie i godzą w powagę nie tylko tego sądu, ale także wymiaru sprawiedliwości jako całości. Jeśli myśli pan, że fakt, iż odbywa pan praktykę w Poznaniu uprawnia pana do robienia z sali sądowej pośmiewiska, muszę rozwiać pana złudne przekonanie i… Słucham? – Sędzia obrócił się w stronę powoda, dopiero po chwili orientując się, że ten coś powiedział.

– Mówiłem, że to prawda. – Maks Bertacki wstał i patrzył raz na mnie, raz na sędziego. – Jestem mieszkańcem jednego z układów słonecznych oddalonych jakieś sto dwadzieścia lat świetlnych od Ziemi. Nie wstydzę się swojego pochodzenia. Żadna małpa z rozrośniętym mózgiem nie będzie mnie tutaj poniżać!

– No nie – jęknął sędzia. – Jeszcze pan zaczyna. Jak niby mam uwierzyć, że jest pan przedstawicielem pozaziemskiej cywilizacji?

– Proszę spojrzeć na to – odparł Bertacki i wykonał dłońmi kilka dziwnych gestów. Błękit, którym przyprószone były jego brwi, zaczął świecić, a chwilę później poleciały z niego iskry. Wygląd mojego sąsiada uległ zmianie – kończyny wydłużyły się nieznacznie, a oczy zaokrągliły. Zniknęły białka i tęczówki, pozostawiając smolistą czerń źrenic. Co ciekawe, wciąż posiadał tę samą, swojską zaczeskę.

– Czy to wystarczający dowód na moje pochodzenie? – zapytał głosem jeszcze głębszym niż zwykle. – Mogę także pokazać swój statek, który jest przechowywany w jednym z budynków gospodarczych.

Sędzia, przyglądający się temu nad wyraz spokojnie, ukrył twarz w dłoniach i siedział tak, oparty o blat stołu sędziowskiego, przez kilka minut. Gdy w końcu uniósł swoje oblicze, malował się na nim wyraz uporczywej determinacji.

– Dobrze. Proszę państwa, byliśmy przed chwilą świadkami zadziwiających rzeczy. Nie zmienia to jednak faktu, że póki istnieje sąd, proces musi być kontynuowany. Prawo trwa. W pierwszej kolejności proszę powoda o powrót do swojej ludzkiej formy. Dobrze, widzę, że trwa to zdecydowanie krócej i jest mniej efektowne, niż sytuacja odwrotna. – Z każdym wypowiedzianym słowem sędzia czuł się coraz bardziej pewny siebie. – Kwestią niecierpiącą zwłoki jest zweryfikowanie twierdzeń powoda dotyczących jego kosmicznego pochodzenia. W tym celu sąd powoła zespół biegłych specjalistów z różnych dziedzin nauk przyrodniczych i mechaniki, którzy zbadają statek znajdujący się na działce powoda oraz, za zgodą pana Bertackiego, sprawdzą, czy zaprezentowany pokaz jest wynikiem jego wrodzonych zdolności. Nowy termin sąd wyznaczy z urzędu i powiadomi strony.

 

Zapomniałem wspomnieć, że sędzia nazywał się Waldemar Tichy. To właśnie on, oprócz mnie i Bertackiego, czy raczej Xtzberty, jak zdążyliście się już pewnie domyślić, stał się jednym z głównych graczy podczas ekspresowej ekspansji rodzaju ludzkiego na znany Kosmos.

 

Efekt stonogi

 

Gdy myślę o tym po latach, dochodzę do wniosku, że większość najważniejszych wydarzeń tego okresu miała miejsce w moim salonie. Każda burza mózgów, spotkanie z prawnikami, trochę później wywiady i nocne batalie z przeciwnikami – wszystko odbywało się właśnie tam.

Tym razem popijałem koniak jedynie z wójtem i plebanem. Sławek od jakiegoś czasu nie pojawiał się już u nas, a Walerczak pracował nad linią obrony w swojej poznańskiej kancelarii. Był upalny, lipcowy wieczór. Przeorana ziemia skwierczała oblana promieniami zachodzącego słońca, a w powietrzu dało się wyczuć delikatny smak geosminy sugerującej, że gdzieś tam pojawił się deszcz i zmierza w naszym kierunku.

Przysypialiśmy zanurzeni w ulubionych fotelach, koniak traktując jedynie jako pretekst do towarzyskiego spotkania. Już miałem pozwolić swojej świadomości odpłynąć, gdy do pokoju wpadła Julita. W ostatnim czasie coraz częściej zachowywała się impulsywnie, jednoznacznie dając do zrozumienia, że cała to sprawa z sądem jest tak samo winą Bertackiego, co moją.

– Wstawać, dziady! – krzyknęła i, dla podkreślenia mocy swojego przekazu, przewróciła kopnięciem stojące przy drzwiach krzesło. – Code Red, kurwa! Code Red!

– Co jest? – warknąłem, próbując strząsnąć z siebie oplatającą umysł senną mgiełkę. – Pali się gdzieś?

– Gorzej. U Bertackiego na polu wylądowały dwa statki kosmiczne. Duże. Będzie po kilkunastu kosmitów na jeden.

– Idziemy to sprawdzić! – zakomunikowałem i razem z towarzyszami wybiegliśmy do ogrodu.

Po drodze minęliśmy grupę łysych chłopaków ubranych w stroje moro, którzy kręcili się po moim obejściu i malowali coś na płachtach białego materiału. W tym czasie nic mnie już nie mogło zdziwić, dlatego przyjąłem ich obecność do wiadomości i postanowiłem, że sprawą zajmę się później.

Niedaleko budynków mieszkalnych Bertackiego faktycznie stały dwie dziwaczne konstrukcje z metalu, szkła i czegoś przypominającego płynną lawę. Generowały gęstą parę, co dodatkowo potęgowało niepokojące wrażenie. Wokół nich krzątało się około dwudziestu kosmitów w strojach rodem z lat siedemdziesiątych. Część z nich zdążyła już przyjąć ziemską postać. Moją uwagę bardziej przykuła jednak grupka ludzi, którzy wydawali mi się znajomi.

– Witold, widzisz tamtych gości krzątających się przy oborze Bertackiego? – zapytałem stojącego obok plebana. – Tych rozpalających ognisko?

– Niech Bóg się nad nimi zlituje, Mat. Widzę ich. To Jarek Niżewski. – Wskazał na wysokiego mężczyznę z dredami do pasa. – Miejscowa mutacja hipisa i rastamana. Obok niego stoi Maria, nie pamiętam nazwiska, nie chodzi do kościoła. Aktywistka społeczna, łazi ciągle po okolicy i organizuje manifestacje. Reszty nie kojarzę, ale wyglądają na klasycznych weekendowych komunistów.

– Co robią u Bertackiego?

– Chyba gotują zupę z jakiegoś świństwa.

Nie mogliśmy kontynuować naszych obserwacji, ponieważ dobiegły nas odgłosy bójki dochodzące z rejonu mojej stodoły. Po przybyciu na miejsce stwierdziliśmy, że łyse typy z Obozu Narodowo-Radykalnego, oddział w Pile, jak głosiły plakietki, pastwią się nad jakimś długowłosym chłopaczkiem.

– Ej, panowie! Spieprzać mi stąd! Nikogo nie będziecie maltretować na moim terenie!

– Ale szefie – odezwał się jeden z nich, zapewne najbystrzejszy. – Ten komuch uważa, że z kosmitami należy się dogadać.

– Komuch? Kosmici? – Nie byłem w stanie poukładać wszystkiego w jakąś rozsądną całość. – Kto tutaj dowodzi?

– To będę ja, szefie. – Rękę podniósł gość, który zaczął wyjaśniać mi powód bójki.

– Dobrze, Mirek. Będę na ciebie mówił Mirek, bo na Mirka wyglądasz. Czy możesz mi łaskawie powiedzieć, co robicie na moim terenie?

– To proste. Zamierzamy protestować przeciwko obecności zawszonych kosmitów na naszej polskiej ziemi. Wieści szybko się rozchodzą, szefie. Chłopaki z całego kraju będą tu lada chwila.

– Przeciwko komu chcecie protestować, idioci? Grupce przybyszów z innego świata, którzy nie zrobili wam żadnej krzywdy?

– Są obcy, szefie. Obcy kulturowo. Kto wie, jakie choróbska, wywrotowe idee i inne świństwa nam przyniosą?

– Pieprzeni amebojebcy, nie można im ufać – odezwał się jakiś kark z tylnego rzędu.

– A nie przyszło wam do ogolonej głowy, żeby najpierw zapytać mnie o zgodę? Może nie chcę, by na mojej ziemi instalowało się jakieś narodowe komando?

– Siła wyższa, szefie. Nic się nie bój, będziemy utrzymywać porządek, pokryjemy straty, wszystko zorganizujemy. Za Polskę walczymy. I Układ Słoneczny!

Wyraz jego twarzy sugerował, że żadne logiczne argumenty nie mają szans dotrzeć nawet do przedmurza jego mózgu. Machnąłem więc ręką zrezygnowany i pomaszerowałem w stronę domu. Kątem oka zobaczyłem jeszcze, że Julita stoi przy granicy działki i rozmawia o czymś z żoną Bertackiego, ale byłem zbyt zmęczony, by jakoś na to zareagować.

Żegnały mnie przyśpiewki radykałów, wśród których najłagodniejszą była chyba "Jebać UFO, ALE ALE AO".

 

Druga rozprawa

 

Podczas drugiej rozprawy sędzia Tichy wyglądał dużo lepiej. Gładko ogolony, wypoczęty, w niczym nie przypominał stracha na wróble sprzed kilku miesięcy.

– Proszę usiąść – powiedział, gdy weszliśmy na salę. – W pierwszej kolejności, na mocy wydanego właśnie przeze mnie zarządzenia, proszę o opuszczenie sali wszystkich przedstawicieli mediów i publiczność. Zostają tylko strony i ich pełnomocnicy.

No tak, zapomniałem dodać, że do tego czasu nasz spór stał się już bardzo głośny. Do Piły zjechali się przedstawiciele stacji telewizyjnych z całego niemal świata. Fakt, były to raczej redakcje mało poważane w środowisku dziennikarskim, ale CNN, BBC czy TVN24 to była jedynie kwestia czasu.

Gdy wszyscy opuścili już salę, sędzia odetchnął głęboko i spojrzał na mojego adwokata.

– Panie mecenasie. Zanim przejdę do zreferowania poczynionych przez biegłych ustaleń, proszę o przedstawienie aktualnego stanowiska.

– Bardzo dziękuję, wysoki sądzie. – Walerczak wstał i demonstracyjnie poprawił ukryty pod togą krawat. – Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że niniejsza sprawa jest nietypowa. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie – precedensowa. Przełomowa. Pierwszy raz bowiem ziemskie ustawodawstwo zmierzyć musi się z problemem podmiotowości prawnej spoza Układu Słonecznego. Z tego też względu, wysoki sądzie, przed przystąpieniem do merytorycznego rozstrzygnięcia zaistniałego sporu, należy wziąć pod uwagę i rozstrzygnąć szereg problematycznych kwestii formalnych. Czy powód jest osobą fizyczną w rozumieniu przepisów Kodeksu cywilnego? Czy posiada zdolność do składania wiążących oświadczeń woli w procesie sądowym? Czy może zaciągać zobowiązania? Wreszcie, jaki ma tytuł do nieruchomości, czy egzystuje na tej samej płaszczyźnie czasu, dzięki czemu nie będzie problemu z wyliczeniem terminu przedawnienia? Oraz, co najważniejsze, zakładając, że kupił rzeczoną działkę, czy powód spełnia warunki nabycia prawa własności nieruchomości określone ustawą z dnia dwudziestego czwartego marca tysiąc dziewięćset dwudziestego roku o nabywaniu nieruchomości przez obcokrajowców?

– Wysoki sądzie – wystrzelił niespodziewanie radca prawny Bertackiego. – W kwestii zdolności procesowej…

– Nie udzieliłem panu głosu, mecenasie – stwierdził sędzia i tak długo wpatrywał się w radcę prawnego, aż ten usiadł pokornie na swoim miejscu. – Przejdziemy do tego za chwilę. Jeśli chodzi o opinię biegłych, potwierdza ona w zasadzie tezę o pozaziemskim pochodzeniu powoda. Głównie dlatego, że biegli Polskiej Agencji Kosmicznej wspierani przez specjalistów z NASA nie mają cholernego pojęcia, jak działa pojazd stacjonujący w oborze pana Bertackiego, ani co umożliwiło mu wykonywanie sztuczek, których byliśmy świadkami podczas ostatniej rozprawy. W związku z tym, wyznaczam powodowi trzymiesięczny termin na złożenie pisma procesowego, w którym szczegółowo odniesie się do następujących kwestii: Jaki system prawny funkcjonuje w miejscu pochodzenia powoda, jak w myśl jego przepisów wygląda kwestia podmiotowości prawnej, czy funkcjonuje tam odpowiednik polskiej zdolności do czynności prawnych i tak dalej, i tym podobne. Rozumiemy się? Chcę dokładny opis stanu prawnego umożliwiający mi ocenę tego, czy powód może w ogóle występować w procesie jako strona. Na wszystko macie panowie trzy miesiące. Jeśli do tego czasu nie dostanę rzetelnie przygotowanych, czytelnych, przetłumaczonych na język polski dokumentów, zwrócę wam pozew z powodu braku zdolności procesowej i nic mnie nie obchodzi, co się z tym będzie działo dalej. Gwarantuję, że jeśli spróbujecie się od tego odwołać, Sąd Okręgowy w Poznaniu zajmie się tym najwcześniej w przyszłym stuleciu. To wszystko, proszę zejść mi z oczu.

Pół roku, dwie rozprawy, i nic nie posunęło się do przodu. Nie przeprowadziliśmy żadnego dowodu, nawet nie przedstawiliśmy w całości swoich stanowisk.

Stare, dobre czasy analogowego sądownictwa.

 

Polowanie na nibyczarownice

 

W tym okresie rzadko miałem chwilę tylko dla siebie. Jeśli nie piłem z szydłowską elitą, warczałem na rozłożonych w moim ogródku narodowców albo udzielałem wywiadów dziennikarzom. Coraz rzadziej widywałem się z Julitą, która prawie cały swój wolny czas spędzała z Agą Bertacką, żoną Maksa. Solidarność jajników najwidoczniej nie zna granic planetarnych.

W ostatnich dniach parę razy zdarzyło się mi wymienić z Bertackim kilka zdawkowych pozdrowień zza płotu. Na szczęście nie widział nas żaden z patroli kretynów, którzy koczowali na naszych działkach.

Leniwe rozmyślania przerwał mi wójt Robak, który wleciał do mojego salonu z niespotykaną jak na niego prędkością i opadł na stojącą przy oknie kanapę.

– Mamy problem, Mat – zaczął ocierając chusteczką pot z czoła. – Sprawa robi się już nie tylko polityczna, ale wręcz społeczna.

– Uspokój się, Darek. Masz tutaj koniaczku i powiedz dokładnie, o co chodzi.

– No więc – upił solidny łyk otrzymanego trunku – więc pamiętasz, że w Tygodniku Pilskim pracuje mój daleki kuzyn, ten od strony trzeciego ojczyma?

– Tomek jakiś tam, kojarzę. Porządny dziennikarz. Czuć, że nie jest z wami mocno spokrewniony.

– Żarty na bok, przyjemniaczku. Za chwilę nie będzie ci do śmiechu. No więc Tomek trzyma rękę na pulsie okolicy i pierwszy wie o każdym szambie, które ma niedługo wybić. A za kilka dni wybije taka rzeka gówna, że będziesz modlił się o trochę złotego deszczu pozwalającego odetchnąć.

– Do rzeczy, Robal. Jakbym chciał posłuchać barwnych metafor, polazłbym na kazanie Witolda.

– To uważaj teraz. Tomasz ustalił, że mniej więcej w tym samym czasie co Bertaccy, do Piły przyleciało jeszcze kilkadziesiąt innych kosmicznych rodzin. Łącznie ze dwieście pięćdziesiąt osób, nie licząc psów. Żyją bezproblemowo, pozakładali firmy albo gdzieś się pozatrudniali. Nie wchodzą w konflikt z prawem, część z nich nawet zaczęła działać charytatywnie, w stowarzyszeniach wolontariackich i szpitalach.

– No i? To przecież logiczne, że skoro pojawił się jeden kosmita, musiało być ich więcej. – Jak wspominałem, nic mnie już w tamtym okresie nie dziwiło.

– No i gówno. Wpadli przez ten wolontariat. Ktoś rozsądny doszedł do tego, że jeśli większa grupa nowych w mieście zaczyna robić coś bezinteresownie, na pewno kombinują. Szybko dodali dwa do dwóch, porównali wygląd Bertackiego z resztą i zaczęli ich gnębić.

– Jezu. – Złapałem się za głowę. – Czemu nie mogą dać im spokoju? Przecież te pieprzone ufole nikomu nie robią krzywdy.

– A czemu narodowcy obwiniają ofiary muzułmańskiego terroru za ataki, których dokonali ich prześladowcy? Tu nie chodzi o zdrowy rozsądek. Chodzi o samonakręcającą się spiralę nienawiści. A nic tak nie łączy, jak nieznajomy, wspólny wróg spoza Układu Słonecznego.

Już chciałem powiedzieć, co myślę o wspólnych wrogach i matkach sporej grupy polskiej młodzieży, gdy do pokoju wpadł rozwrzeszczany pleban.

– Wiedziałem, kuuuuurwa! Wiedziałem!

– Siadaj, Witold. Siadaj i gadaj.

Szydłowski proboszcz usiadł, wziął kilka głębszych oddechów i drinka wójta, a następnie zaczął opowiadać.

– Wiecie pewnie, że Bertacki nie jest jedynym kosmitą w naszej okolicy?

Pokiwaliśmy zgodnie głowami.

– I raczej słyszeliście, że dowiedzieli się także regionalni faszyści, którzy już zaczęli gnębić naszych nowych mieszkańców?

– Znamy tylko fragmenty.

– Więc pewnie nie kojarzycie sprawy Marii Zrberyhud? – Gdy nie zobaczył na naszych twarzach błysku zrozumienia, zaczął wyjaśniać. – To młoda kosmitka, mniej więcej w wieku Walerczaka. Ładna, bystra, momentalnie załapała pracę w szkole podstawowej na zastępstwo. Dobrze sobie radziła do czasu, aż jej wyglądem nie zainteresowali się wojownicy o czystość rasową Ziemian. Zaczaili się na nią w jakimś ciemnym zaułku, brutalnie zgwałcili i pobili do nieprzytomności. Przypadkowy przechodzień znalazł ją kilka godzin później, leżącą bez życia na betonie. Karetka zawiozła kosmitkę do szpitala, a tam zaraz odwiedził ją brat. – W tym momencie pleban przerwał i spojrzał wymownie najpierw na mnie, a później na butelkę koniaku. Spełniłem swój gospodarski obowiązek. – Coś pomruczał, pomachał rękami i mała zaraz odzyskała przytomność. Chwilę pogadali i chłopak zniknął. To było dwa dni temu. Od tego czasu liczba bójek, trwałych uszkodzeń ciała, podpaleń i wybitych szyb wzrosła kilkadziesiąt razy w stosunku do tego samego okresu rok temu.

– Czyli…

– Czyli to, że w północnej Wielkopolsce właśnie zaczęła się regularna wojna gangów między sprowadzonymi przez brata Zrberyhud kosmicznymi bojówkarzami, a naszym rodzimym, patriotycznym narybkiem. A wiecie, co jest z tego wszystkiego najciekawsze?

– Oświeć nas.

– Choć mają statki kosmiczne i technologię, nomen omen, nie z tej ziemi, w ulicznych potyczkach korzystają tylko z maczet i kastetów.

 

Świat stawał na głowie. Obóz narodowców rozbity na mojej działce szybko przemieniał się w żołnierską bazę. Łyse chłopaki ustaliły plan musztry, warty, zaczęli nawet kopać fosę po obu stronach legendarnego już stawu na granicy nieruchomości. Rzeka ludzi szybko wylała się poza liche ogrodzenie, którego nigdy na poważnie nie zmontowałem.

U Bertackiego nie było lepiej. Obok bojówek ze swojej planety, musiał także gościć rastafarian, wegan, cyklistów oraz rzeszę innych wojowników o równość, miłość i różnorodność. Porządku pilnowała wielkopolska antifa, która niedługo miała dostać wsparcie od baskijskich anarchistów i syndykalistów.

Lokalny problem z kosmitami dawno już przeszedł na drugi plan.

 

Niestety, zdania tego nie podzielały polskie i światowe środki masowego przekazu. Te zachowywały się, jakby odnalazły swoje przeznaczenie. Bardzo szybko każda większa telewizja zorganizowała stale pasmo poświęcone "kryzysowi kolonizacyjnemu". Nagle w cenie byli do tej pory ignorowani eksperci od zjawisk nadprzyrodzonych, a fantastów słuchano z większą uwagą niż astrofizyków.

Ostatecznie, to ci pierwsi mieli przecież rację.

 

Potwierdzenie istnienia cywilizacji pozaziemskiej poważnie zachwiało podstawami wszystkich większych religii. Kryzys wiary szybko przerodził się w niekontrolowane przez nikogo zamieszki na Bliskim i Dalekim Wschodzie. W porównaniu z nimi Arabska Wiosna była gimnazjalnym piknikiem na błoniach przed szkołą. Liczba ofiar starć różnych frakcji religijnych szybko przekroczyła dwieście tysięcy.

Nie wszyscy jednak dali się porwać wszechogarniającej panice. Niektórzy, w myśl ludzkiej solidarności i paradygmatu o wzajemnej pomocy w sytuacji podbramkowej, połączyli siły. I tak muzułmańscy emigranci do spółki z radykalnymi narodowcami stworzyli komanda śmierci, które grasowały po całej Europie w poszukiwaniu osobników, których można by zlikwidować.

Choć wymordowali kolejne dwieście tysięcy osób, wątpię, by znaleźli chociaż jednego kosmitę. W tym czasie, większość z nich przebywała w Polsce.

Lata dwa tysiące piętnaście i dwa tysiące szesnaście z pewnością nie należały do najprzyjemniejszych.

 

Tajne spotkanie

 

– Mateusz, mam już tego dosyć – rzekła moja ukochana żona gdzieś w marcu dwa tysiące szesnastego roku. – Nie widzisz, do czego to wszystko zmierza? Prosty spór sąsiedzki stał się początkiem apokalipsy. Sojusze międzynarodowe znikają, państwa trzeszczą w posadach, zginęło już pewnie pół miliona ludzi.

– Wiem, Juli. Tylko co mogę zrobić? Nie kazałem im się mordować. Nawet nie chciałem brać udziału w tym syfie. Pamiętaj, że to Bertacki zaczął.

– On zaczął, ale ty możesz skończyć.

– Niby jak? Pójdę do sądu i powiem: no chwila, chłopaki. W sumie to nie ma sensu tak się kłócić, może skoczymy na browarka i pogadamy?

Gdyby wzrok mógł zabijać, byłbym martwy trzy pokolenia wstecz.

– Dogadaj się z Bertackim – powiedziała przez zaciśnięte zęby. – Wbrew pozorom jego też już dawno to przerosło. Stracił siostrzeńca podczas ataku oenerowców na skłot w Poznaniu. Będzie chciał się porozumieć i jakoś to wszystko naprostować.

– Z tego co wiem, jego siostrzeniec skończył z połamaną nogą, za to sam nakładł chyba pięciu łysym.

– Nie czepiaj się szczegółów. Dzisiaj o dwudziestej spotykamy się z Bertackimi przy stawie i nawet nie próbuj mi się wykręcać!

 

Do spotkania, które zmieniło losy Galaktyki, doszło kilka minut po północy na granicy naszych działek. Była niedziela, więc większość niechcianych lokatorów zrobiła sobie dzień wolnego, pozostali natomiast kręcili się gdzieś dalej. Chyba kosmici musieli coś namieszać, bo przez dwie godziny nikt do nas nie podszedł.

W skład grupy Ziemian wchodziliśmy ja, Julita, proboszcz i wójt. Po drugiej stronie byli oczywiście Bertaccy oraz dwóch innych kosmitów, jak się dowiedziałem – przewodniczący jednego z regionalnych kościołów i przedstawiciel władzy samorządowej. Chyba dobrali ich specjalnie, bo nawet wyglądali podobnie do moich przyjaciół. Zresztą, szybko się z nimi zakumplowali i poszli gdzieś pić, zostawiając nas samych.

Był to też pierwszy raz, kiedy mogłem dokładniej przyjrzeć się Adze Bertackiej, wcześniej znanej jako Agtzberta. Śliczna, niewysoka blondynka o kocim spojrzeniu i potężnym, jak na jej posturę, głosie. To ona wymyśliła, by przylecieć na Ziemię – bardzo spodobał jej się polski język, który uznała za najtrudniejszy w Galaktyce. Podobnie jak Julita, miała smykałkę do uczenia się tego typu rzeczy.

– Dobrze, sąsiedzie – zaczął Bertacki, chyba równie zmieszany jak ja. – Nasze szlachetne małżonki, przestań Aga, to bolało! Szlachetne małżonki knując za naszymi plecami postanowiły, że czas najwyższy się porozumieć. Co ty na to?

– Szczerze mówiąc, wszystko już dawno wymknęło się spod kontroli. Rozumiem, że mogliśmy się pomylić w kwestii granic działek, ale nie musiałeś zaraz podawać nas do sądu. Jakoś byśmy się dogadali.

– Nie sądziłem, że dyskusja coś da. Widzisz, przyjacielu, zanim przylecieliśmy na Ziemię, przeszliśmy szybki kurs znajomości waszej cywilizacji. Wydarzenia, które działy się kiedyś i dzieją dzisiaj jednoznacznie wskazują na to, że Polacy nie potrafią się porozumiewać. Owszem, są chlubne wyjątki w waszej historii, ale co do zasady chcecie walczyć, walczyć i jeszcze raz walczyć. Dlatego uznałem, że nie ma sensu prowadzić negocjacji w sytuacji, gdy przestawiliście z powrotem płot.

– Fakt – powiedziałem, drapiąc się w głowę. – Nie było to najmądrzejsze posunięcie. Ale też musisz mnie zrozumieć. Nieznajomy wprowadza się do dawno opuszczonego domu, nie pokazuje się przez wiele dni, a później nagle stawia płot i ogranicza mi dostęp do ziemi, którą uważam za własną. Za takie coś ludzie wszczynali wieloletnie wojny z sąsiednimi królestwami.

– Wiem, przeszedłem ekspresowy kurs historii Europy. Jesteśmy dość dobrze przygotowani.

Staliśmy chwilę w ciszy. Kilkanaście metrów po lewej nasze żony dyskutowały o czymś zawzięcie w języku, którego żaden z nas nie rozumiał. Z mojego domu natomiast dobiegały wesołe odgłosy popijawy rozkręcanej przez mężów zaufania z obu stron barykady. Pleban chyba zaczynał śpiewać piosenkę o jeżu.

– Powiedz mi, Maks, jak to się w zasadzie stało, że tutaj przybyliście?

– A, prosta sprawa. Skończyło się embargo kosmiczne na Ziemię, dzięki czemu wasz rynek nieruchomości otworzył się na obcych.

– Embargo? Co to znaczy?

– Nie jestem do końca pewien, nie siedzę w polityce. Jakaś rada międzygwiezdna co kilka lat sprawdza, czy społeczność galaktyczna może ujawnić swoje istnienie wystarczająco rozwiniętym cywilizacjom, nie narażając ich na ekspresową anarchię i samozniszczenie. Później wysyła się kilkuset osadników, którzy przetrą szlaki, a jak wszystko będzie grało – oficjalnie nawiązuje się stosunki dyplomatyczne z rządami nowej planety i przekazuje technologię umożliwiającą podróże w Kosmosie.

– Wasza obecność spowodowała już śmierć setek tysięcy ludzi, chyba nie wybraliście dobrze momentu na wielkie wejście.

– To prawda, trochę się przeliczyliśmy. Przez wysoki poziom ureligijnienia ludzkości wstrzymywaliśmy się z ujawnieniem. W ostatnich latach kraje wysoko rozwinięte uległy szybkiej ateizacji i ktoś tam na górze stwierdził, że to idealny moment, żeby włączyć Ziemię do naszej gwiezdnej rodzinki.

– Jak dobieraliście osadników?

– Bardzo prosto, sami się zgłaszali. Każda z rodzin, która pojawiła się w ciągu ostatniego roku w północnej Wielkopolsce, to ochotnicy. Z różnych powodów nie mieli czego szukać u siebie, postanowili więc rzucić wszystko i przybyć do was. Ale spokojnie, kryminalistów trzymamy z dala od programu kosmicznego!

– A ty?

– Co, ja?

– Czym ty się zajmowałeś, zanim zostałeś moim sąsiadem?

– Raczej czym się zajmuję. Nie zmieniłem profesji. Jestem przedsiębiorcą. W zasadzie to pośrednikiem między konsumentami, a producentami. Wiesz jak to jest, szukam zleceń dla firm produkcyjnych.

– No proszę, sąsiedzie. To się dobrze składa, bo ja także prowadzę działalność gospodarczą…

Nie dane mi było dokończyć swojej propozycji biznesowej, ponieważ zniecierpliwione żony pojawiły się nagle przy nas z bardzo pochmurnymi minami.

– I jak, panowie? – bez wstępów rzuciła Julita. – Dogadaliście się?

– W zasadzie to tak. – Spojrzałem na Bertackiego, który zachęcająco kiwną głową. – Trzeba zakończyć to szaleństwo, tylko nie wiemy, jak to zrobić.

– Dobrze się składa – odpowiedziała ze złośliwym uśmiechem Aga. – Mamy już nawet pomysł, jak mielibyście to zrobić.

 

Trzecia rozprawa. Wyzwanie

 

Tym razem sędzia Tichy pozwolił dziennikarzom na udział w rozprawie. Jak później mi opowiadał, najgorsze było już za nim, została tylko czysta, prawnicza robota i nie bał się kontaktu z mediami.

Najwyraźniej media również nie bały się kontaktu z sędzią, bo sala pomyślana na około pięćdziesiąt osób szybko zaczęła pękać w szwach od natłoku dziennikarzy. Każdy kraj, który choć trochę liczył się na arenie międzynarodowej, chciał mieć swojego przedstawiciela w tym miejscu. Obsługa sądu szybko zmontowała więc odpowiedni sprzęt i niemal trzysta redakcji na żywo śledziło przebieg procesu we wszystkich salach rozpraw w budynku.

– Zebraliśmy się tutaj – zaczął sędzia – by kontynuować proces z powództwa Maksa Bertackiego, zwanego także Xtzberta, przeciwko Mateuszowi Sosnowskiemu. Wykonując zarządzenie sądu z ostatniej rozprawy, powód przesłał do akt komplet dokumentów przełożonych przez tymczasowego tłumacza przysięgłego Tzree, który, jak mnie zapewniano, na swojej planecie zdał polonistykę z wyróżnieniem. Wstępna analiza materiału dowodowego pozwala uznać, że powód posiada w myśl polskich przepisów prawa zdolność sądową i zdolność procesową, a tym samym może być aktywnym uczestnikiem toczącego się postępowania. Zanim sąd przejdzie do szczegółowej analizy nakreślonej przed chwilą problematyki, proszę o zgłoszenie wszelkich ewentualnych wniosków i dowodów. Chciałbym to mieć już za sobą.

Bertacki i jego radca pokręcili przecząco głowami, tak jak to ustaliliśmy. Następnie ze swojego miejsca wstał Walerczak, którego naturalnym środowiskiem był świat telewizji i nowoczesnych mediów.

– Wysoki sądzie – rozpoczął, od razu żywo gestykulując. – Chyba nikt z nas nie spodziewał się, że coś, co zaczęło się jako zwykły sąsiedzki spór, szybko ewoluuje w wydarzenie mogące konkurować z narodzinami Chrystusa w kategorii najgłośniejszego przełomu tysiąclecia. Zwykłe roszczenie cywilne, wyrażone w niezwykłych okolicznościach, w ciągu kilku miesięcy zachwiało podstawami większości religii, systemów filozoficznych i nauk przyrodniczych. Taka jest moc prawa w pełnej krasie, proszę państwa! – Adwokat już dawno przestał mówić do sądu. Zwrócił się ku dziennikarzom spijającym każdy bełkot wydobywający się z jego złotych ust. – Niestety, mimo poszerzenia horyzontów i otworzenia przed ludzkością nieznanych do tej pory możliwości, niniejsze postępowanie poruszyło także ciemne strony naszej duszy. Utrata wpływów, brak pewności swojej wiary, rozprzestrzeniające się w niespotykanym dotąd tempie ruchy fatalistyczne i rasistowskie szybko potwierdziły to, co przybysze z dalekiego Kosmosu wiedzieli od lat. Człowiek nie był jeszcze gotowy na spotkanie ze swoim pozaziemskim rodzeństwem.

To była jedna z najbardziej realnych chwil w moim życiu. Nigdy jeszcze nie czułem się tak prawdziwy jak podczas przemówienia Walerczaka. Niczym światowej klasy dyrygent, adwokat wodził za nos słuchających go dziennikarzy. Gdy zawieszał głos, cichły klawisze i pióra skrobiące po papierze. Gdy podnosił rękę, wzrok widowni wędrował za nią. Chyba nikt jeszcze w tak kompletny sposób nie obłaskawił dziennikarskiej hydry.

– Musimy coś z tym zrobić. Zadaniem każdego praworządnego Ziemianina, każdej myślącej istoty zamieszkującej nasz kawałek Wszechświata jest dążenie do pokojowego rozwiązywania konfliktów leżących u podstaw naszego istnienia. Nie umniejszając roli sądu, którego wyrok niezależnie od treści rozstrzygnięcia będzie precedensem na skalę galaktyczną, potrzebujemy czegoś więcej, by uspokoić ludzkość. Potrzebujemy zawodów. Batalii. Pojedynku ciała i ducha, który w ostateczny sposób rozstrzygnie o naszym miejscu we Wszechświecie. Potrzebujemy…

Jak pewnie się domyślacie, spora część Kosmosu zamilkła w oczekiwaniu na to, co powie Walerczak.

– Potrzebujemy konkursu w piciu wódy.

 

Wielkie Preparacje

 

Trzy tygodnie, które dzieliły rozprawę i dzień mojego pojedynku z Bertackim, zostały przez jakiegoś uniwersyteckiego bufona nazwane "Wielkimi Preparacjami". Ku mojemu zdziwieniu, określenie to szybko się przyjęło i w ciągu kilku dni zdominowało wzornictwo hipsterkich koszulek.

Wspominałem, że od czasu otwarcia na resztę Kosmosu, hipsterzy stali się naszym głównym, kulturowym towarem eksportowym? Nie? I dobrze, nie wszystko w końcu zmieniło się na lepsze.

Z oczywistych względów bitwa na picie wódy cieszyła się dużo większym zainteresowaniem, niż sam proces. Kosmita, igrzyska, los ludzkości – czy może być lepsza medialna mieszanka? Brakowało nam tylko półnagich dziewczyn do kompletu, ale szybko z Xtzbertą dorobiliśmy się fanklubów psychofanek. Nasze żony były tym zachwycone.

Bertacki i ja doszliśmy do wniosku, że szczegóły pojedynku powinny zostać ustalone przez specjalną komisję, w skład której wchodzić będą Ziemianie i kosmici. Znaleźli się w niej pleban Brykiewicz, wójt Robak, ich odpowiednicy ze strony mojego sąsiada oraz po jednym przedstawicielu ONZ i Zjednoczonej Federacji Międzyplanetarnej.

Ustalenia były mniej więcej takie: po każdej kolejce wódy możemy zakąsić ogórkiem lub śledziem, do wyboru. Kto wypije więcej kieliszków bez rzygania, wygrywa. Jeśli zwyciężę ja, kosmici będą musieli się wynieść z naszej planety na kolejne sto lat bez możliwości jakiegokolwiek kontaktu z Ziemianami. Jeśli Bertacki mnie przepije, jego towarzysze zostają, mają pełnię praw obywatelskich i mogą dowolnie wybrać sobie kraj, którego obywatelami chcą zostać. Będą mieli także zagwarantowane minimalne kwoty w każdym parlamencie, swojego ministra do spraw równego traktowania w co drugim rządzie i otwartą drogę do wykonywania zawodów zaufania publicznego, oczywiście po odbyciu stosownej aplikacji.

Najwięcej problemów sprawił wybór odpowiedniego trunku. Przybysze byli uczuleni na część składników wykorzystywanych w procesie tworzenia wysokoprocentowych trunków. Po tygodniu burzliwych sporów wybraliśmy wódkę Toruńską, która była całkiem smaczna, ale przede wszystkim kojarzyła się wszystkim z Kopernikiem. A od Kopernika do podróży międzygwiezdnych już niedaleka droga.

Widzicie, zawsze mieliśmy z Bertackim styl.

Sam pojedynek miał odbyć się na warszawskim Stadionie Narodowym, który od miesięcy świecił pustkami. Zarządcy obiektu z pocałowaniem ręki przyjęli naszą propozycję współpracy i jeszcze sami zafundowali nam tę wódkę. Uznali to za znakomitą promocję architektonicznej maszkary.

 

Wieści o pojedynku szybko obiegły cały świat. Swój udział w imprezie zapowiedziało kilkaset ziemskich redakcji i drugie tyle dziennikarzy z Bąbla Lokalnego. Połowę trybun mieli więc zająć komentatorzy. Druga część przeznaczona była dla celebrytów, polityków i innych osób z jakiegoś powodu uznawanych za ważne. Na stadion nie wpuszczano scjentologów. Jak wyjaśnił mi jeden z kosmitów, nawet pozaziemscy osadnicy mieli jakieś granice tolerancji ludzkiej głupoty.

Ze zrozumiałych względów nie pamiętam zbyt dobrze przebiegu samego pojedynku, dlatego w tym miejscu pozwolę sobie zacytować fragment relacji Dariusza Szpakowskiego, który komentował nasze wyczyny w telewizji publicznej.

 

Pojedynek

 

Szanowni państwo, witam na wydarzeniu bez precedensu. Dzisiaj, w ten pogodny jesienny wieczór, rozegra się bodaj najważniejszy pojedynek od czasów walki Muhammada Alego z Georgem Foremanem! Naprzeciw siebie staną Polak, rodowity pilanin Mateusz Sosnowski i przedstawiciel obcej cywilizacji, Maks Bertacki, znany w rodzimych stronach jako Xtzberta. Stawką tej batalii będzie dalszy los kosmicznych osadników oraz przyszłość rodzaju ludzkiego, który może na kolejne sto lat zostać odcięty od kontaktu z Kosmosem.

Nasi zawodnicy potykać się będą w starożytnej sztuce picia alkoholu. Wódka, gorzała, okowita, siwucha, woda życia. To ona stanie się dzisiaj głównym aktorem tego niecodziennego spektaklu!

Na zapełnionych po brzegi trybunach zasiedli już przedstawiciele wszystkich znaczących mediów, głowy państw, szefowie rządów i delegaci najważniejszych związków wyznaniowych.

Wszyscy chcemy, żeby się rozpoczęło! Dosyć tych dywagacji, kto jest lepszy, kto gorszy? Czy liczy się mocna głowa, czy technika? Chcemy spektaklu! Chcemy tak jak państwo przeżywać to w dużych emocjach. Już za momencik zawodnicy wyjdą na murawę i usiądą po przeciwległych stronach dębowego stołu symbolizującego początek i koniec, chaos i ład, światło i mrok!

Komu ta schłodzona flaszka, którą widzimy, dziś będzie bardziej posłuszna? Symboliczny puchar wnieśli właśnie na boisko brazylijska modelka Jusel Bissel i przedstawiciel Międzygalaktycznej Izby Handlowej Laerask Bjasd.

Obaj zawodnicy już na murawie, zajęli swoje miejsca.

 

Polacy, pisze niemiecka prasa. Czas, byście z dumą wstali z kolan i przyjęli honor pierwszego obrońcy naszej planety, przedmurza człowieczeństwa! Zasługujecie na to, jak mało kto! Dość czekania! Pamiętam tysiąc dziewięćset czterdziesty siódmy i Roswell w stanie Nowy Meksyk. Czas przywrócić dawną chwałę ludzkiemu rodzajowi! Chcemy pamiętać dwa tysiące szesnasty!

 

To już piętnasta kolejka. Obaj zawodnicy trzymają równy, wysoki poziom. Sosnowski próbował wyjść przed chwilą z kontrą, pijąc dwa kieliszki z rzędu, ale zakrztusił się i Bertacki szybko go dogonił!

 

Kosmita rozlał pierwszy tego wieczoru kieliszek! Za szybko próbował zakąsić poprzednią kolejkę i nie trafił w usta z następną! Jest szansa dla Polaka! Nasz rodak ponownie wysuwa się na prowadzenie! Piękna, szybka, zdecydowana akcja Sosnowskiego!

 

Niewiarygodne! Po długim okresie prowadzenia, pilaninowi zaczyna się odbijać! Musiał zasłonić usta dłonią, co skłoniło jego rywala do zdwojonego wysiłku! Trybuny zawrzały, moi koledzy spoza Układu Słonecznego przecierają oczy ze zdumienia i na nowo zaczynają dopingować swojego zawodnika!

 

Jaka dynamiczna walka, z polotem, rozmachem. A przecież niektórzy mówili, że po trzecim litrze będzie człapać, sunąć sennie w stronę nieubłaganego, uświnionego końca! Tymczasem w zawodników wstępują nowe siły, bitwa jeszcze się nie skończyła.

 

Czas na regulaminowe pięć minut przerwy, w trakcie których zawodnicy mogą wydalić nagromadzone płyny, a obsługa wymienia półmiski z zakąskami. Analiza statystyczna wskazuje na zdecydowane prowadzenie śledzi przed ogórkami i słonym serem.

 

Niesamowite! Po dwóch godzinach zmagań i prawie ośmiu litrach wypitego alkoholu, zawodnicy remisują! Dawno już przestali zagryzać, resztkę sił poświęcając na opróżnianie kolejnych kieliszków. Nie ma żadnej możliwości przewidzieć, kto wysunie się na prowadzenie!

 

Proszę państwa, to koniec! Po ostatniej kolejce polski zawodnik padł nieprzytomny na, nomen omen, ziemię. Interwencja sztabu medycznego potwierdziła, że zasnął, nie doznając żadnych poważnych obrażeń. Wszystko w rękach Bertackiego! Jest remis, więc kosmicie wystarczy jeszcze jeden kieliszek, by zwyciężył! Uwaga, podnosi go. Zachwiał się, ale nie wylał żadnej kropli. Przysuwa dłoń do ust, wychyla… Jest! Wypił! Kosmos wygrywa ten pojedynek!

Ale nie, chwilę! Zakrył ręką usta! Zgiął się w pół! Niesamowite, Bertacki rzyga! Po ostatniej kolejce zaczął rzygać! Tego chyba nikt się nie spodziewał! Kosmita pada bez życia pod stół, zaraz obok Sosnowskiego!

 

Kto wygrał? Kto przegrał?! Z jednej strony, Sosnowski zasnął po remisującej kolejce bez wymiotów. Bertacki natomiast wypił więcej i dopiero po nadprogramowym kieliszku puścił przysłowiowego pawia! Czyżbyśmy mieli remis? Na trybunach zaczynają się już zamieszki!

Cóż za wspaniały czas dla komentatora, proszę państwa! Dotrwać do czegoś takiego to najlepsze, co spotkało mnie w pełnym wrażeń życiu! Na trybunach zaczęła się regularna bitwa! Politycy europejscy szybko zjednoczyli się przeciwko przedstawicielom krajów amerykańskich i afrykańskich! Azjaci obrali natomiast za cel dziennikarzy pozaziemskich, mając względem nich tylko sobie znane pretensje!

Kto wygrał?

Czy w ogóle ktoś wygrał?!

 

Wyrok

 

– Proszę wstać, sąd ogłosi wyrok.

Wszyscy, jak jeden mąż, podnieśliśmy się z siedzeń. Nie było łatwo, bo razem z Bertackim trzeźwieliśmy tydzień, a dochodziliśmy do siebie kolejne dwa miesiące. Do dzisiaj mdli mnie na samą myśl o mocniejszym alkoholu.

Ostatecznie wyszło dokładnie tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Nikt nie był w stanie jednoznacznie powiedzieć, kto wygrał, więc cały świat egzystował w stanie nieoznaczonego zdumienia tak długo, aż w końcu stwierdzono, że w zasadzie kosmici nie różnią się od nas zbytnio i po co w sumie ta afera. Kiedy nie wiesz, czy wygrałeś, najbezpieczniej jest stawiać na remis.

Ziemianie nie uspokoili się od razu, ale fale opamiętania zataczały coraz szersze kręgi. Do dwa tysiące osiemnastego po aktach agresji na tle kosmicznym nie było już śladu.

– Dnia dwudziestego szóstego grudnia dwa tysiące szesnastego roku Sąd Rejonowy w Pile w składzie tu obecnym, po rozpoznaniu sprawy z powództwa Maksa Bertackiego przeciwko Mateuszowi Sosnowskiemu o zapłatę, w punkcie pierwszym orzeka, na podstawie zgodnego wniosku stron, że staw znajdujący się na granicy działek wraz z rosnącymi wokół drzewami stanowi współwłasność powoda i pozwanego w częściach równych. W punkcie drugim oddala powództwo w pozostałym zakresie. W punkcie trzecim obciąża strony kosztami postępowania w zakresie już poniesionym. Proszę usiąść, podam ustne motywy rozstrzygnięcia.

Gdy wszyscy zajęli już swoje miejsca, sędzia Tichy rozejrzał się po sali, a następnie zwrócił w stronę dziennikarzy.

– Wszyscy byliśmy uczestnikami niespotykanego dotąd procesu. Ziemia zakończyła okres kosmicznej izolacji i szturmem wdarła się do międzygwiezdnej społeczności. Zanim jednak do tego doszło, musieliśmy zmierzyć się z regionalnym, ale niezmiernie istotnym problemem. Czy przedstawiciel obcej cywilizacji ma takie same prawa, jak obcokrajowiec? Czy może nabyć własność, dochodzić zaspokojenia swojego roszczenia przed sądem i wygrać? W jednym momencie otworzyły się przed nami wrota zupełnie nowych światów, systemów politycznych i koncepcji prawnych niespotykanych nawet w najśmielszych bajaniach naszych fantastów. Na szczęście, dzięki pomocy prawników pozaplanetarnych i ziemskich specjalistów od norm kolizyjnych międzynarodowego prawa publicznego udało nam się wypracować zasady, które, mam nadzieję, staną się przyczynkiem do skonstruowania zupełnie nowych dziedzin prawa, uwzględniających rolę Ziemi w szerszym kontekście galaktycznym. Z uwagi na to, że zapisy ksiąg katastralnych i map ewidencyjnych nie są jasne, strony złożyły zgodny wniosek, by sporny fragment nieruchomości stał się ich wspólną własnością, na co sąd z chęcią przystał. Jednocześnie uznano, że roszczenia powoda z tytułu utraconych korzyści i roszczenia pozwanego z tytułu poniesionych nakładów niwelują się wzajemnie, w związku z czym orzeczono jak w punkcie drugim. Niniejszy wyrok można zaskarżyć w terminie czternastu dni od otrzymania pisemnego uzasadnienia. Niech was jednak dowolnie wybrany bóg przed tym broni, bo Sąd Okręgowy w Poznaniu nie będzie tak wyrozumiały jak ja. Dziękuję, to wszystko.

 

Tak właśnie zakończyła się precedensowa sprawa Sosnowski przeciwko Xtzberta. W porównaniu z tym, co wywołaliśmy, proces wydaje się spokojny i pełen wzajemnego szacunku do przeciwnika. Dobrze jednak wiemy, jak było naprawdę.

Niedługo potem na Ziemię przybyli pierwsi kosmiczni inżynierowie, którzy przywieźli plany nowych technologii.

W tym właśnie momencie zaczęła się moja międzygalaktyczna kariera. Razem z Bertackim i Tichym, który porzucił prawo na rzecz biznesu, założyliśmy przedsiębiorstwo zajmujące się pośrednictwem w handlu najnowszymi zdobyczami techniki. Szybko opanowaliśmy rynek lokalny, a po kilku latach nasza firma była już w zasadzie monopolistą w tej dziedzinie.

Nie udałoby się to bez Julity i Agi, których zdolności językowe nie tylko ułatwiały nam kontakty biznesowe, ale często w ogóle je umożliwiały. Jako pierwsi dotarliśmy do kilkudziesięciu nieznanych dotąd cywilizacji, które szybko zapewniły nam wyłączność w interesujących nas branżach.

Kosmos nigdy nie był tak zatłoczony. A to tylko trzydzieści tysięcy lat świetlnych. Kto wie, co znajdziemy dalej?

 

Epilog

 

Kilkadziesiąt lat po opisywanych wydarzeniach, gdy popijałem z Bertackim koniak w siedzibie zarządu naszej spółki, coś sobie uświadomiłem.

– Słuchaj, Maks. Nigdy cię o to nie spytałem. Co się stało z Przemyskim? Tym gościem, od którego kupiłeś nieruchomość na Ziemi? Faktycznie ci ją sprzedał?

– Jasne, Mat. – Mój przyjaciel uśmiechnął się ciepło, wpatrzony oczyma duszy w przeszłość. – Dogadaliśmy się jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Załatwiłem mu dziką kartę na jedną z planet krążących wokół alfy Centauri, gdzie z powodzeniem rozwijał swoją karierę księgowego. Chyba nawet maczał palce w stworzeniu Międzygalaktycznego Kodeksu Rachunkowego.

– Dziwne. – Zamyśliłem się. – To kto w takim razie wysyłał mi kartki z życzeniami świątecznymi?

– Ja. Już wtedy wiedziałem, że zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi.

Koniec

Komentarze

Niestety, Michu, tym razem Twoje opowiadanie zupełnie mnie nie rozbawiło. Powiem więcej, nie podoba mi się. Pomysł wykorzystania kosmitów do opisania aktualnych problemów jest, moim zdaniem, zaledwie taki sobie. Stereotypowość postaci i sytuacji wręcz bolesna, a finałowy pojedynek… No cóż, pomysł na pojedynek tak trywialny i beznadziejny, że aż przykro było czytać.

Mam nadzieję, że Precedens, to tylko wypadek przy pracy, a lektura Twoich przyszłych opowiadań okaże się bardziej satysfakcjonująca.

 

- Nie uwie­rzysz, Ma­te­usz! Nie uwie­rzysz, co wi­dzia… – Nie dywiz, a półpauza powinna rozpoczynać dialog. Ten błąd występuje w całym opowiadaniu. :-(

 

- E tam – mach­ną­łem ręką, od­wra­ca­jąc się w stro­nę te­le­wi­zo­ra. E tam.Mach­ną­łem ręką, od­wra­ca­jąc się w stro­nę te­le­wi­zo­ra.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten watek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Nie zdą­ży­łem jesz­cze po­wie­sić płasz­cza na wie­sza­ku… – Nie brzmi to najlepiej. Darowałabym sobie wieszak, bo wiadomo do czego służy.

 

- Także usta­lo­ne! – Wa­ler­czak kla­snął w dło­nie jak dziec­ko… – – Tak że usta­lo­ne! – Wa­ler­czak kla­snął w dło­nie jak dziec­ko

 

usta­wą z dnia 24 marca 1920 r. – …usta­wą z dnia dwudziestego czwartego marca tysiąc dziewięćset dwudziestego roku.

Mówi to Wa­ler­czak, więc liczebniki powinny być zapisane słownie, bez skrótu.

 

– Mamy już nawet po­mysł, jaki mie­li­by­ście to zro­bić. – Literówka.

 

okre­śle­nie to szyb­ko się przy­ję­ło i w ciągu kilku dni ob­le­ga­ło już wzor­nic­two hip­ster­kich ko­szu­lek. – W jaki sposób określenie może coś oblegać?

Może: …okre­śle­nie to szyb­ko się przy­ję­ło i w ciągu kilku dni zdominowało wzor­nic­two hip­ster­skich ko­szu­lek.

 

od cza­sów walki Mu­ham­ma­da Alego z Geo­r­gem Fo­re­ma­nem! – …od cza­sów walki Mu­ham­ma­da Alego z Geo­r­ge’em Fo­re­ma­nem!

 

- Dnia 26 grud­nia 2016 r. Sąd Re­jo­no­wy w Pile… –  Dnia dwudziestego szóstego grud­nia dwa tysiące szesnastego roku, Sąd Re­jo­no­wy w Pile

Sąd ogłaszał wyrok w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia???

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie czytało się przyjemnie, postacie (szczególnie ekipa Mateusza) fajne, budzą sympatię (przynajmniej moją), jednak tekst nie do końca przekonywuje.

Przede wszystkim przeszkadzała mi jednostajność akcji. Po początkowym zainteresowaniu, które wzbudziły tajemnicze światła w domu sąsiada i wizyta Bertackiego, przyszły te wszystkie procesy, analizy… mało konkretów i dużo znaków, przez co, szczerze mówiąc, nudziłem się.

Dowcip na średnim poziomie – czasem pojawiał się uśmiech, jednak poziomowi Zombie, postęp i guma do żucia tym razem, niestety, nie osiągnąłeś. Najlepiej bawiłem się chyba podczas rozmów przy stole Mateusza, fragment z zapowiedzią "pojedynku” też niezły.

No właśnie, ta cała potyczka… Za to niestety również minus, bo choć nieźle wpisuje się w konwencję, biorąc pod uwagę rozmach, z jakim pisałeś opowiadanie, problematykę, jaką przedstawiłeś, po prostu zawodzi swą banalnością… No i to osiem litrów – wiem, że przeginałeś z premedytacją, ale kupiłem tego.

Warsztat dobry, opowiadanie napisane bardzo starannie :)

 

Podsumowując – czytało mi się nieźle, momentami monotonnie, jednak nie bez pewnej przyjemnością. Stosunek do całości mam jednak dość neutralny, minusy dość skutecznie równoważą plusy :(

 

Tyle ode mnie, pozdrawiam.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

A mnie się nawet spodobało. Ciekawe podejście do pierwszego kontaktu. Nie wojna kosmiczna, nie statki, nie handel, tylko pozew.

Na co czekamy z poprawianiem błędów? Acz napisane całkiem przyzwoicie.

- Dnia 26 grudnia 2016 r.

Liczby w beletrystyce raczej słownie. A w dialogach obowiązkowo. Bo i jak wymówić 26? Faktycznie, dziwny dzień na ogłoszenie wyroku.

Babska logika rządzi!

Dzięki Wam, jak zwykle, za cenne uwagi i wskazanie błędów, które przeoczyłem podczas korekty tekstu. Przykro mi, że nie rozbawił Was tak jak moje poprzednie opowiadania, no ale nie można być zawsze na wozie, co nie?

Moje doświadczenie zawodowe oczywiście podpowiada, że sądy nie wydają wyroków 26 grudnia. Chciałem, by ta data była ostatnim dziwacznym akordem tej historii, ale wobec chybienia pomysłu (stąd Wasze wątpliwości), wytłumaczę się po prostu tym, ze Precedens to science fiction i nie wszystko musi się w nim pokrywać z rzeczywistością. ;)

Co mogłem i znalazłem, to poprawiłem. Jako ignorant dopiero dziś dowiedziałem się, czy się różni dywiz od półpauzy.

Mnie się podobało :)

Długie, rzeczywiście, ale czytało mi się całkiem nieźle (choć na dwie raty), więc jestem zadowolona.

Błędy poprawione.

Pomysł ciekawy.

Ufoludki przyjemne.

Fajne :)

Nowa Fantastyka