- Opowiadanie: funthesystem - Pozwól mi zostać

Pozwól mi zostać

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Pozwól mi zostać

Jesteś nowy, więc muszę ci coś opowiedzieć.

W tym samym łóżku, w którym teraz leżysz, leżał kiedyś Adaś. Pościel zmienili, salę zdezynfekowali, zabawki zabrali – nie zauważysz po nim ani śladu. On też trafił do szpitala w podobny sposób jak ty. Był słaby i blady, nie chciał jeść nawet swojej ulubionej pizzy z oliwkami, a na dodatek bolało go tu, tu, tu i tu. Tygodniami łykał tabletki, nie pomagało, więc w końcu doktor pobrał krew, po wynikach morfologii wsadzili Adasia do karetki i przywieźli.

Pierwszej nocy usłyszał, że coś jest pod łóżkiem. Urządzenia cicho buczały i rzucały błękitną poświatę na ściany pomieszczenia. Przycisk był pod ręką. Powiedzieli, że ma nim wzywać pielęgniarkę, gdyby cokolwiek się działo. Adaś nie wiedział, czy właśnie coś się dzieje. Odgłosy przypominały mysz skrobiącą o ścianę pudełka. Co jakiś czas rozlegał się ledwo słyszalny dźwięk wpadającej do wody kropli. Chłopiec uznał, że to wina biegnących pod podłogą rur. Ty już wiesz, że to nieprawda.

Następnego dnia poszedł rozejrzeć się po oddziale. Z jednej sali dobiegał straszny płacz. Adaś zajrzał przez szparę i dostrzegł kilkuletniego blondynka z pulchnym korpusem, nalaną twarzą i cienkimi kończynami. Przyczyną ryku była tęga pielęgniarka, która miała właśnie dokonywać jakichś medycznych czynności. Adaś wolał nie patrzyć. Zerknął do sąsiedniego pomieszczenia. Leżał tam starszy chłopak ze wzrokiem tępo utkwionym w suficie. Było coś niewłaściwego w tym, jak wyglądał. Dopiero kiedy Adaś poszedł dalej, zdał sobie sprawę, co nie pasowało. Kołdra. Przykrywała dolną połowę ciała, ale układała się w jakiś nienaturalny sposób.  

W trzeciej sali, do której zajrzał, z telewizora dobiegała kołysanka, a w malutkim łóżeczku leżało coś zawiniętego w różowy koc. Chłopiec chciał podejść bliżej, ale nagle usłyszał syknięcie:

– Ej! Ej!

Odwrócił się.

– Tutaj!

Popatrzył na skos przez korytarz i dostrzegł uchylone drzwi do kolejnego pomieszczenia. Przez szparę widział tylko fragment twarzy wołającego.

– Chodź!

Miał już pewność, że głos dobiega stamtąd. Nie rozumiał tylko, dlaczego tamten chłopiec sam nie może przyjść. Adaś niepewnie wszedł do sali.

– Zamknij drzwi.

Zamknął i stanął przy łóżku wołającego chłopca. Przyglądał się chwilę jego pozbawionej włosów głowie.

– Jesteś nowy? – zapytał leżący.

– No.

– Już po pierwszej nocy?

– A co?

– Tak pytam. Jestem Bartek.

– Adam. – Adaś wyciągnął rękę do nowego kolegi.

Tamten tylko się uśmiechnął.

– To przez Krysię – powiedział. – Nie mogę ruszać rękami ani nogami.

Krysię? Adaś pomyślał o pielęgniarce, przez którą płakał pulchny blondynek.

– Też mi to zrobi? – zapytał szeptem.

– A dostaniesz ją?

– Co?

– Podejdź bliżej, to ci powiem.

Adaś podszedł. Bartek zaczął tłumaczyć półgłosem:

– Bo oni jakoś tak to nazywają. Krystyna, Alina, Lucyna, Nina. Te leki, które potem w nas pompują. – Wskazał brodą na maszynerię, z której wychodziła rurka biegnąca do ukrytego pod kołdrą wenflonu. – I właśnie przez Krystynę nie mogę chodzić.

 – To ja chyba jeszcze pochodzę – powiedział Adaś łamiącym się głosem – póki mogę.

– Zajrzyj jutro! Ale nie za tydzień, bo może być za późno!

Tego dnia podali mu pierwszą partię dożylnych leków. Bał się zapytać o ich nazwy. A jeszcze bardziej bał się zapytać o to, czy przestanie chodzić. Natomiast nie bał się w ogóle nadchodzącej nocy, bo zwyczajnie zapomniał o dobiegających spod łóżka odgłosach.

Kiedy około dwudziestej drugiej pielęgniarka zgasiła światło, przez chwilę panowała cisza. Adasiowi przeszło przez głowę, że łatwiej byłoby zasnąć przy dźwiękach kołysanki. Potem uświadomił sobie, że nie jest już mały. Wyobraził sobie barany przeskakujące przez płot i zaczął je liczyć. Szybko zapadł w półsen, w którym zwierzęta się zbuntowały. Leżały w bezruchu na trawie. Zapytał je, czemu nie skaczą, a one zabeczały, że to przez Krysię.

A potem obudziło go skrobanie. Nie przypominało już myszy drapiących o ścianę pudełka. Brzmiało raczej jak przejechanie paznokciami po tablicy. Chłopiec z jednej strony miał wrażenie, że dźwięk rozlega się wewnątrz jego czaszki, ale z drugiej – coś podpowiadało, że dobiega on spod łóżka.

Usiadł i nasłuchiwał.

Plum.

Jak kropla w wodę. I dziesięć sekund później znowu, plum.

Zwiesił głowę i zajrzał. Skrobanie jakby się przemieściło. A jednocześnie wciąż rozlegało się wewnątrz czaszki (a stamtąd rozchodziło się w dół kręgosłupem, jak ciarki).

Jak sam wiesz, szpitalne łóżka różnią się od tych zwyczajnych. Nie wystarczy zaświecić latarką, by dostrzec jedynie dryfujące w powietrzu drobinki kurzu i odetchnąć z ulgą. Adaś zszedł na podłogę, uklęknął, a w końcu położył się, by mieć pewność, że w skomplikowanej konstrukcji nic się nie kryje. Jego ruchy zagłuszały tajemnicze dźwięki. Dopiero gdy zamarł, mógł nadstawić ucha.

Skrobanie nie ustało, lecz tym razem dobiegało z miejsca, w którym przed chwilą leżał. Z tego samego, w którym ty teraz jesteś.

Plum. Kolejna kropla. Ale brzmiąca jakoś inaczej.

A potem coś spróbowało się odezwać.

Adaś wystrzelił jak z procy. Wypadł na korytarz. Już miał pomknąć do pielęgniarek, kiedy przypomniał sobie płaczącego blondynka. One mi coś zrobią, pomyślał i skierował się do sali, w której leżał Bartek. Łysy chłopiec otworzył oczy, zamrugał, zrobił zdziwioną minę, a potem spojrzał na ukryte pod kołdrą ręce i przypomniał sobie, że nie może wyjąć śpiochów spod powiek.

– Adam?

– Na moim łóżku coś jest!

Bartek ziewnął.

– Widziałeś to? – zapytał.

– Nie, ale słyszałem. – Adaś spojrzał w stronę korytarza. W jego głowie wciąż był ślad tamtych odgłosów, podobnie jak przed oczami zostaje ślad czegoś, na co długo patrzysz.

– Wczoraj też?

– Tak. Skrobanie i takie plum… plum…

– Plum-plum?

– No…

– To Obol.

– Obol?

– Obol – przytaknął Bartek, ponownie ziewając. – Panoszy się po całym oddziale. A raczej panoszą. Są tutaj najczęstsze.

– Najczęstsze? – nie zrozumiał Adaś.

– Bo są też inne. Na przykład mój to nie Obol, bo robi tak. – Chłopak nadął policzki, po czym udał, że pompuje niewidzialny balon.

– To jak się nazywa?

– Nie wiem. Dorośli jakoś na to mówią, ale nikt mi nie powiedział, jak się nazywa naprawdę. Wiem tylko, że Obol to Obol, bo opowiadał mi o nim inny chłopak, który miał Obola.

– To jakieś… potwory?

– No chyba nie krasnoludki. – Bartek zaśmiał się cicho. – Każdy przychodzi tu ze swoim tworem-potworem. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie zaczęli ich budzić.

– Kto?

– Jak to kto? Dorośli.

– I co one potem robią? Te twory?

Bartek popatrzył w stronę drzwi. Adaś zrozumiał, że musi je przymknąć. Potem stanął blisko kolegi, bo ten mówił szeptem:

– Mój tylko sobie jest, bo go nie wyganiam. Ale inne… Poznałeś może Michała? To ten starszy, leży obok Kasztanowego Ludzika.

– Kasztanowego Ludzika? – zdziwił się Adaś.

– Czy ty zupełnie nic nie wiesz? – zirytował się Bartek.

– Nowy jestem. Ale widziałem jednego starszego chłopaka. Może to był Michał.

– Na pewno on. – Pokiwał łysą głową. – Widziałeś jego nogi?

– Nogi? Nie…

– Nic dziwnego. Nie mógłbyś widzieć. Co najwyżej jedną nogę. Bo drugiej już nie ma.

– Obol mu odgryzł?

– Głupi jesteś czy co? – Bartek zmarszczył fragmenty skóry, na których powinny znajdować się brwi. – To ja mam guza w głowie, nie ty.

– Sorry. To co się stało z tą nogą?

– Odcięli mu.

– Dorośli.

– No. Ale to nie koniec. – Przez twarz Bartka przeszedł jakiś cień. – Potem jego twór wrócił. Przyszedł nocą. Wyobraź sobie, że leżysz na szpitalnym łóżku i próbujesz zasnąć. Nagle drzwi się otwierają. Wpada wiązka światła, potem znika. Nie widzisz pielęgniarki ani nikogo. Patrzysz w dół. A tam idzie do ciebie twoja noga.

– I co dalej?

– A co, tyle ci nie wystarczy? Chciałbyś, żeby twój Obol wrócił do ciebie, jak dorośli się go już pozbędą?

Adaś pokręcił głową.

– Idź już – poprosił Bartek. – Jestem zmęczony.

Adaś wrócił do sali i wsunął się pod kołdrę. Głowę nakrył poduszką. Bezskutecznie. Obol znów był pod łóżkiem i cichymi odgłosami przypominał o swoim istnieniu.

Chyba nie muszę ci mówić, że z każdym dniem leczenia twór Adasia stawał się coraz śmielszy i głośniejszy. Chłopak chciał iść z tym do jedynego kolegi, ale stan Bartka się pogorszył. Po kilku dniach szpitalny przyjaciel zmarł.

Tej samej nocy Adasia obudziły hałasy. Przeraził się, że jego Obol stracił cierpliwość, ale to tylko Michał wrzeszczał na cały oddział:

– Ja nie chcę! Ja nie chcę! Dajcie mi! Nie chcę!

A potem ucichł, kiedy pielęgniarki podały mu jakąś Alinę czy inną Ninę. Wtedy Adaś, kołysany skrobaniem, podjął decyzję, że uwolni się od Obola nie metodami dorosłych, lecz tak, by ten nigdy nie wrócił.

Następnego dnia poszedł do Michała.

– Spadaj, mały – powiedział nastolatek. – Nie pokażę ci kikuta.

Adaś zamknął za sobą drzwi i z poważną miną stanął przy łóżku. Chwilę patrzył na zabandażowane przedramiona. Potem przeniósł wzrok na kołdrę, pod którą zarysowywała się jedyna noga. W końcu oznajmił:

– Chcę się jakoś pozbyć swojego twora.

– Czy ja ci wyglądam na lekarza? Idź stąd, bo zawołam pigułę.

– Odcięli ci nogę, żeby się go pozbyć – mówił dalej Adaś. – Ale on wrócił. Ja chcę się pozbyć mojego, ale nie chcę, żeby wracał.

– A co ci jest?

– Mam Obola.

– ALL, tak? Co ci dają?

– Krystynę.

– A, winkrystynę. – Nastolatek pokiwał głową. – Czyli pasuje do ALL. Pocieszę cię, młody, że to ma dobre rokowania. Wyjdziesz i będziesz zdrowy, zdążysz zapomnieć o tym wszystkim.

– A ty? Czemu ty nie możesz wyjść?

Michał wskazał na puste miejsce, w którym powinna znajdować się lewa noga.

– Mógłbym stąd co najwyżej wyskakać.

 – No ale czemu nie możesz pozbyć się swojego twora?

Starszy chłopak gwałtownie usiadł. Adaś cofnął się o krok.

– Skąd mam wiedzieć? – zapytał Michał. – Nie wiem, czemu to mam. Przecież nie z własnej woli.

– Nie da się tego jakoś pozbyć?

– Mądrzejsi od nas się nad tym głowią, młody. Ale gdyby się dało, zrobiłbym chyba wszystko, żeby żyć. 

– Może te twory też chcą żyć.

– Nawet jeśli, mam to w dupie. Nie przyniosły nic dobrego. Idź już, młody, nie dręcz mnie.

Adaś poszedł.

W kolejnych dniach Obol się rozzuchwalał, a Krystyna i jej koleżanki coraz bardziej dawały o sobie znać. Ręce zaczęły mrowić, nogi drętwieć; z głowy sypały się włosy, brzuch bolał, a oczy płatały figle i chłopcu wydawało się, że widzi cienie tworów przemykających korytarzem. Muszę coś zrobić, myślał. Bo potem nie będę w stanie.

Pewnie zdążyłeś już pomyśleć, że biedny chłopak z tego Adasia. Z jednej strony współczujesz mu, ale z drugiej strony żałujesz przede wszystkim samego siebie. To nic, taki egoizm jest zdrowy. W czasie choroby zawsze wydaje się, że to tobie jest gorzej.

Tak właśnie myślał Adaś. Nie dość, że przechodził trudy terapii, to jeszcze miał świadomość, że kiedy lek odbierze mu władzę w nogach i rękach, twór powróci i chłopak będzie krzyczał jak Michał: ja nie chcę, nie chcę, nie chcę. Po jego głowie krążyły też dwa zdania. „Gdyby się dało, zrobiłbym wszystko, by żyć”. „A może twory też chcą żyć”.

Pewnego dnia Adaś, ten mały egoista, wstał z łóżka, w którym teraz leżysz, powolutku przekradł się przez korytarz i wszedł do sali, w której rozbrzmiewała kołysanka. Stanął przy malutkim łóżeczku, w którym leżała kilkumiesięczna istota zawinięta w różowy koc. Odsłonił przykrycie, by przypomnieć sobie, że to nie jest normalne niemowlę.

Nienaturalnie wydęty brzuch był rozmiarów piłki. Pokrywała go siatka niebieskich żył. Adaś wiedział, że dziewczynka ma swojego twora, bo czasem, zarówno w ciągu dnia, jak i nocą, dziewczynka darła się wniebogłosy. Pewnie wtedy jej twór wydawał odgłosy. Może syczał. Może bulgotał. Może chrobotał. Jedno było pewne – dzieciątku się to nie podobało.

– Obolu – szepnął Adaś. – Wiem, że gdzieś tu jesteś. Wiem, że mnie nie zostawiasz. Ale nie zależy ci na mnie. Po prostu chcesz żyć. I nie chcesz być sam. Potrzebujesz kogoś.

Uniósł palec i wycelował w dziewczynkę z nabrzmiałym brzuchem.

– Idź do niej. Ukryj się, przeczekaj. Tam będziesz bezpieczny, zyskasz parę lat.

Wydawało mu się, że coś skrobnęło: raz, drugi, trzeci. Rozległ się ostatni odgłos wpadającej do wody kropli, a potem było już słychać tylko kołysankę.

Adaś wrócił do łóżka.

W kolejnych tygodniach okazało się, że Krystyna poprzestała na mrowieniach i drętwieniu. Pozwoliła chłopcu chodzić, a potem odpuściła zupełnie. Dwa lata po rozpoznaniu choroby Adaś mógł zakończyć leczenie.

Co, żal ci teraz tej małej? Pocieszę cię: wyzdrowiała. Bulgoczące twory zniknęły.

A teraz cię zasmucę: kilka lat później dziewczynka zrobiła się blada i osłabiona, nie miała apetytu. W większości przypadków nie ma w tym nic nadmiernie niepokojącego. Ale ty sam dobrze wiesz, o jakich przypadkach mówimy.

Ona i jej Obol trafili do szpitala. Cała historia się powtórzyła. Dziewczynka nie chciała umierać, więc oddała swojego twora komuś innemu. A ten ktoś też przekazał go dalej. I tak ten twór wędrował, zmieniając przy tym postać. Aż w końcu wrócił. Do Adasia.

Tym razem został do końca. W innej formie, pod inną nazwą, wydając inne odgłosy.

Zatem wiesz już, kim jestem. A po co ci o tym mówię? Żebyś się zastanowił. Możesz zrobić jak Adaś: przekazać mnie dalej, utrudnić życie niezliczonym osobom. Ja i tak do ciebie wrócę. W tej postaci lub w innej. Możesz też zrobić mądrze jak Bartek: pozwolić mi zostać.

Tak czy inaczej – ja będę. Zawsze będę. 

Koniec

Komentarze

Dobre.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Solidnie napisane opowiadanie, ale do mnie, niestety, nie przemówiło. Za to styl, jakim jest napisane, urzeka.

Świetny pomysł z narratorem.

Szacun!

Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem końcowe przesłanie, ale sposób pokazania choroby i świata szpitalnego oczami dziecka uważam nie tylko za dobry literacko, ale też bardzo prawdziwy. Nie wiem, czy stoją za tym własne doświadczenia, czy tak solidny research, ale tekst poza ładunkiem emocjonalnym ma bardzo mocne podstawy faktograficzne. Krystynę zdemaskowałem od razu, z obolem miałem większe kłopoty. Ale takie szczegóły jak dopasowanie rodzajów nowotworów do wieku małych pacjentów, czy zasygnalizowanie występowania nowotworów wtórnych do chemioterapii zrobiły na mnie duże wrażenie. I po raz kolejny zazdroszczę Ci tekstu!

Darcon, dzięki. 

 

Brunar, nie wiem, co sądzić o tym, że tekst jednocześnie urzeka i nie przemawia :D

 

Cobold, nie ma tu jednoznacznego przesłania. Ze zdemaskowaniem Obola masz problem nie tylko Ty, ale też wielu lekarzy pierwszego kontaktu. Cieszę się, że wyłapałeś szczegóły. Mam nadzieję, że tym mniej zorientowanym w temacie nie utrudnią lektury… A może kogoś nawet zachęcą do przeczytania o tym i owym, jak to ostatnio udało się osiągnąć CountPrimagenowi. 

I zamiast zazdrościć – do roboty! Ja tym razem nie wyciągałem tekstu z szuflady ;)

 

Intrygujące i mocno poruszające opowiadanie. Zrobiło na mnie szczególne wrażenie, ponieważ, opisywane zdarzenia zobaczyłam z perspektywy dziecka.

Nie mogę powiedzieć, że przeczytałam z przyjemnością, ale na pewno z ogromną satysfakcją.

 

Przy­glą­dał się chwi­lę jego po­zba­wio­nej wło­sów czasz­ce. – Raczej: Przy­glą­dał się chwi­lę jego po­zba­wio­nej wło­sów głowie.

Włosy nie rosną na czaszce.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zaglądam do poczekalni, widzę, że funthesystem wrzucił nowy tekst – trzeba przeczytać!

 

Muszę przyznać, że dziwnie się czuję. Miałem Cię za autora komedyjek, opowiadań lekkich i z zarysowanym przez charakterystyczny styl humorem, tymczasem tu… zupełnie inne oblicze.

Z pewnością wyszło wiarygodnie, plastycznie. Perspektywa dziecka udana, choć temat trudny, zaś nazwy cytostatyków, nadawane przez dzieci, działają na wyobraźnię (Nina → Tioguanina?).

 

Odnośnie zażaleń – tekst jest właściwie ponurym pejzażem, brakowało mi jakieś solidniejszej fabuły oraz fantastyki, która aktualnie jest taka… symboliczna. Bo część z tych nowotworów charakteryzuje  się wznowami, nawet jeśli nie są “przekazywane myślą”. ;)

 

Niemniej, stempel jakości należy się, tekst działa na wyobraźnię… I myślę, że zachęca do zapoznania się z obolem, którego naprawdę fajnie przedstawiałeś ;)

 

Tyle ode mnie, trzym się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Zanim napiszę, co sądzę o powyższym tekście, chciałabym wspomnieć, że bardzo bliska mi osoba spędziła 18 miesięcy z ostatnich 24, na oddziałach onkologicznych różnych szpitali. Dlatego też moja opinia o „Pozwól mi zostać” może być wyłącznie subiektywna i uwarunkowana moimi osobistymi doświadczeniami z odwiedzin w szpitalach oraz rozmów nie tylko z moją przyjaciółką, ale również z innymi pacjentami dotkniętymi chorobą nowotworową.

Po tym przydługim wstępie – do rzeczy:

Gdybym nie miała kontaktu z pacjentami oddziałów onkologicznych, prawdopodobnie podobałyby mi się dziecięce wersje nazw medycznych, takie jak „krystyna” czy też „alina”. Ale, „dzięki” moim doświadczeniom, wiem, Funthesystem, że to nie Ty wymyśliłeś te nazwy, ale ludzie – chorzy, cierpiący, niepewni jutra, zdani na łaskę losu i stopnia złośliwości ich własnego „obola”. Tak więc, Autorze, nie wymyśliłeś tutaj nic odkrywczego.

Jeśli chodzi o fabułę, zakończenie i przesłanie tekstu, również, Funthesytem, nie stworzyłeś nic wartego uwagi czy też, moim skromnym zdaniem, zachwytów niektórych przedpiśców. Sugerowanie, że osoby dotknięte chorobą nowotworową są w jakiś sposób sami sobie winni (lub też winny jest ktokolwiek inny), że te osoby powinny albo umrzeć (pozwolić obolowi zostać), albo przekazać swoją chorobę komuś innemu – to jest, moim zdaniem, pomysł odrażający, nieludzki i okrutny.

Nie twierdzę, że wiem co myśli każdy pacjent oddziału onkologicznego, ale ci pacjenci, z których miałam zaszczyt poznać, byli jednymi z najbardziej odważnych, zdeterminowanych a jednocześnie pełnych życia, nadziei i miłości ludzi. To co o nich (i o samej chorobie nowotworowej) napisałeś, jest moim zdaniem wydumane, płytkie i nie warte nie tylko papieru ale nawet pikseli na ekranie mojego komputera.  

Hmm... Dlaczego?

Reg, cieszę się, że tym razem łapanka jeszcze krótsza :)

 

CountPrimagen, faktycznie obecną tutaj fantastykę można uznać za metaforę lub perspektywę. Ale tak też miało być. 

 

Drewian, wydaje mi się, że emocje sprawiły, że odebrałaś ten tekst całkowicie na opak. W żadnym miejscu nie sugeruję, że ktokolwiek jest winny nowotworom. A już jawnie temu zaprzeczam w ostatniej linijce. Opowiadanie miało na celu przedstawienie choroby jako czegoś, co stara się zniszczyć nadzieję. Zauważ, że historia jest opowiadania przez twora. Stąd obecny w niej jad w postaci wątpliwości. Bo nikt, ani chorzy, ani nawet święci, nie są wolni od zwątpienia. Przedstawiam tutaj sytuacje zupełnie prawdziwe: pogodzenie się z własnym losem zakończone śmiercią; bunt wywołany kalectwem, przerzutami, nieskutecznymi leczeniem; a w końcu wyzdrowienie, po którym następuje nawrót lub zupełnie inna choroba. Narrator-nowotwór maluje przed odbiorcą-chorym ponurą wizję. Chciałem też pokazać, że dziecko patrzy na te sprawy zupełnie inaczej. Tekst nie miał pokrzepiać, lecz spojrzeć prawdzie w oczy. I może dla Ciebie to jest “wydumane, płytkie i nie warte nie tylko papieru ale nawet pikseli na ekranie mojego komputera”, ale ja w tym opowiadaniu coś widzę. Może coś, od czego wolałoby się odwrócić wzrok. Ale literatura musi czasem podjąć się trudnych zadań. I nie wydumałem sobie wszystkiego ot tak. To, co napisałem, nie jest efektem researchu, lecz pewnych własnych doświadczeń. 

Drewian – dotknęłaś w swoim komentarzu bardzo ważnej rzeczy. Rzeczy, o której tutaj nie rozmawiamy, uważając się przecież za amatorów o ograniczonym zasięgu działania. Chodzi o odpowiedzialność twórcy (każdego, ale zwłaszcza tego o co najmniej przyzwoitym warsztacie) za wybór tematu, użyte słowa, refleksje wywołane u czytelnika (zamierzone ale też niezamierzone). O świadomość tego, że nasze teksty mogą ranić a nawet (im są lepsze, tym to bardziej prawdopodobne) zmienić życie odbiorców.

Napisałem w swoim komentarzu, że nie jestem pewien przesłania tego tekstu. Funthesystem odpowiadając, że tego przesłania nie ma, tak naprawdę uchylił się od odpowiedzi. Ale im dłużej myślę o tym opowiadaniu (a myślę od wczoraj) tym bardziej nie dostrzegam w nim nic niegodnego, nieetycznego. Pochylenie się nad zagubieniem chorych dzieci, pokazanie ich odruchowych prób racjonalizacji choroby, wskazanie na istnienie czegoś w rodzaju subkultury szpitalnej nie czyni mnie – odbiorcy gorszym. Wręcz przeciwnie budzi troskę, pytanie o to czy rozumiem tragedie doświadczane przez innych, czy jestem zdolny do empatii.

Zgadzam się, że autor nie wymyślił tego świata, tylko go opisał. Ale nadal nie widzę w tym nic złego. Rozumiem Twój punkt widzenia (naprawdę!), szanuję twoją wrażliwość, ale w Twojej ocenie wiele zależy chyba od intencji przypisywanych autorowi. Ja widzę je inaczej.

Czytanie tego tekstu może być bolesne, ale myślę że jego tworzenie też takie było. W pewnym sensie podejmowanie podobnych tematów jest bardziej etyczne niż tworzenie eskapistycznych opowieści o kosmonautach czy krasnoludach. 

Reg, cieszę się, że tym razem łapanka jeszcze krótsza :)

I ja cieszę się, Funthesystemie, że nie rozpraszały mnie usterki i mogłam oddać się lekturze . ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Coboldzie, dla takich komentarzy warto pisać. 

Witaj!

 

Jestem usatysfakcjonowany lekturą. Wcześniej dałeś się poznać z tekstów humorystycznych, teraz tekst smutny i okazuje się, że na tym polu także dobrze sobie radzisz. Mi, jako, że nie znałem takiej terminologii jakiej użyłeś, ani przedstawionej perspektywy dziecka, nie przeszkadza, że sam tych nazw nie wymyśliłeś. Przybliżyłeś problem, dałeś go dotknąć, poczuć własną wyobraźnią i chyba o to chodziło.

Krótki tekst, który spełnił swoje założenia, nie mam się więc do czego przyczepić!

 

Pozdrawiam!

 

P.S.

Ciekawostka o “patrzyć” i “patrzeć”

z poradni językowej PWN

 

Poprawne są obie formy, ale patrzeć jest formą dwudziestokrotnie częściej używaną niż patrzyć. Ciekawe, że w czasie przeszłym jest na odwrót: formy utworzone od patrzeć, tzn. patrzałpatrzała itd., są dziś o wiele rzadsze od form utworzonych od patrzyć, tzn. patrzyłpatrzyła itd.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mytrixie, będę starał się jeszcze pokazać z innych stron. Dzięki za opinię i ciekawostkę. Czasem się zastanawiam między tymi formami, ale jak już o tym pomyślę, to raczej decyduję się na “patrzyć”, skoro właściwie zawsze piszę i mówię “patrzył”. W sumie to nawet niezły pomysł, żeby od czasu do czasu wrzucić komuś w komentarzu taką pouczającą treść. 

Zawsze do usług :)

Choć w przypadku patrzenia ja jestem stereotypem. Używam (teraźniejszy) patrzeć i (przeszły) patrzył, patrzyła itd.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Na początku irytowało mnie wykorzystywanie krzywdy dziecka. Nie lubię takich zagrań. Ale jeśli chciałeś pokazać punkt widzenia małego chłopca, to cóż, nie da się tego zrobić inaczej. Chyba najbardziej dziwiło mnie, że Adasiowi nikt porządnie nic nie wytłumaczył, że dorośli rzucili go na pastwę “hospital legends”. Na pewno chcieli dobrze…

Opowiadanie na pewno nietuzinkowe. Narrator też ciekawie dobrany.

Trochę żałuję, że nie rozumiem tych wszystkich szyfrów, a trochę się z tego cieszę.

Babska logika rządzi!

Przeczytałem, napisane sprawnie, tylko zastanawiam się, po co powstał ten tekst. Konwencja sugeruje, że ktoś opowiada dziecku, które trafiło na oddział onkologiczny historię Adasia. Historię, z której wynika, że jeśli bardzo się będzie chciało, to przekaże się swoje nieszczęście innej osobie, a jeśli nic się nie zrobi, to to nieszczęście powoli zniszczy właściciela. Czyli ostatecznie – i tak się umrze. No więc o co chodzi? Opowiadanie ma to dziecko pocieszyć? Dobić?

Fantastyki tu nie dostrzegam. Jak dla mnie to opis rzeczywistości, który zawiera brutalne elementy, ale eksponuje je bez żadnego uzasadnionego celu. Takie pisanie dla pisania. Zgodzę się raczej z komentarzem Drewian.

 

Bardzo mnie też ciekawi, co kryje się za określeniem ALL. Autorze, pomożesz? ;)

Pozdrawiam!

Dlaczego powstał ten tekst? Ano, tak sobie myślę, że Autor musiał coś z siebie wyrzucić. Ja też mam na swoim koncie tekst z taką tematyką (a właściwie nawet dwa). Powstały właśnie dlatego, że zetknęłam się z nowotworem, a na dodatek byłam świadkiem umierania. To zostawia ślad w duszy. Jedni próbują to przemilczeć, inni wyrzucają to z siebie właśnie przez opisanie.

Nie wszystko zrozumiałam, ale i tak jestem pod dużym wrażeniem.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Biblioteka! Dobrze piszesz, Funthesystem.

Warsztatowo bez zarzutów. Brawo.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Finkla, to, że się dzieciom coś wytłumaczy, nie znaczy, że zrozumieją. A już na pewno nie zrozumieją w nasz, dorosły sposób, lecz w swój własny, dziecięcy. 

 

MrBrightside, w komentarz Cobolda i moich jest trochę przemyśleń co do tekstu, polecam Ci je przeczytać. Ale skoro zadajesz pytanie wprost… Po co? Chciałem spojrzeć na choroby oczami dzieci. I tym spojrzeniem podzielić się z czytelnikami. A jednocześnie pokazałem inną perspektywę – perspektywę nowotworu. Ośmieliłem się go spersonifikować, by sam coś opowiadał. To nie ja mówię “poddaj się chorobie” albo “przekaż ją innym”. Wkładam te słowa w usta obola. Chcę w ten sposób pokazać, że nowotwór niszczy nie tylko organizm, ale też umysł. Zatruwa go różnymi myślami. Próbowałem te myśli odgadnąć, sprecyzować. Nawet jeśli mi się nie udało, myślę, że osiągnąłem pewien cel (Cobol mi to uświadomił) – zadałem pytania. Bo literatura nie ma dawać gotowych odpowiedzi. Nigdy nie próbuję nikomu powiedzieć “rób tak i tak”. Pokazuję różne sytuacje, by odbiorca o nich pomyślał, by zastanowił się, co by zrobił, czuł, myślał w takich okolicznościach. 

Fantastyka występuje tu w postaci odgłosów i samego faktu opowiadania historii przez nowotwór, który przecież nie może przemawiać słowami. 

ALL – to angielski skrót od ostrej białaczki limfoblastycznej. Jest to najczęstszy nowotwór u dzieci, zazwyczaj uleczalny. Wzbudzenie zainteresowania tą chorobą też było celem opowiadania. W skrócie powiem, że choroba zaczyna się bez charakterystycznych objawów.

A teraz cię zasmucę: kilka lat później dziewczynka zrobiła się blada i osłabiona, nie miała apetytu. W większości przypadków nie ma w tym nic nadmiernie niepokojącego. Ale ty sam dobrze wiesz, o jakich przypadkach mówimy.

Zazwyczaj występuje właśnie osłabienie, brak apetytu, bladość lub inne nieswoiste symptomy. Często ALL jest mylona z innymi chorobami. I dlatego też próbuje się leczyć dzieci antybiotykami, a nie przynosi to skutku. Warto mieć wtedy gdzieś w tyle głowy, że badanie krwi może być pomocne. Ale bez obaw. “W większości przypadków nie ma w tym nic nadmiernie niepokojącego” – nie pamiętam, czy chodziło ogólnie o nowotwory czy tylko o białaczki (które są u dzieci najczęstsze), ale statystyki podają, że lekarz rodzinny natknie się na takowe u dzieci około 2 razy w ciągu pracy zawodowej. Czyli zdarza się to bardzo rzadko. 

 

Bemik, dziękuję. Nawet sobie nie uświadomiłem, że to, co chciałem powiedzieć czytelnikom, tak naprawdę najpierw powiedziałem samemu sobie. 

 

Koik80, dzięki! 

Zrozumieją czy nie, uważam, że warto tłumaczyć. Chociażby dlatego, że sam tłumaczący musi wtedy lepiej zrozumieć zjawisko. A u Ciebie chłopczyk nie słyszy żadnych wyjaśnień od dorosłych. Nie twierdzę, że to wada. Tak tylko mnie zastanowiło.

Babska logika rządzi!

A może słyszał, tylko wyrzucił te tłumaczenia z pamięci, bo zbyt skomplikowane, zbyt trudno było to zrozumieć. Bo jak zrozumieć, że muszę chorować, muszę cierpieć albo… Dorosły tego nie pojmuje, a co dopiero dziecko.

Ale rzeczywiście, funthesystem, może należało gdzieś to dodać, nawet jeśli te tłumaczenia zostałyby  (w opowiadaniu) odrzucone przez dziecko.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Zauważcie, że nie wszystko musi być wspomniane ;) Celowo to pominąłem. Celowo przez dłuższy czas nie pada słowo “nowotwór” czy “białaczka”. W pewnym momencie Bartek traci cierpliwość i mówi, że przecież to on ma guza w mózgu. Poza tym pomyślcie – czy taki paskudny Obol przyznałby się, że jest po prostu ostrą białaczką limfoblastyczną? 

 

Dorośli jakoś na to mówią, ale nikt mi nie powiedział, jak się nazywa naprawdę.

To zdanie miało zasugerować, że jednak coś było tłumaczone. Tylko dzieciom hasła “białaczka”, “szpik kostny” czy “limfoblasty” niewiele mówią. Dla dzieci nowotwór nie jest złym wynikiem badań krwi, tylko osłabieniem, bólem, niedogodnościami, nieprzyjemną sytuacją. Taki jest dla nich “naprawdę”. 

Nazwy leków takie jak winkrystyna czy doksorubicyna też nic dzieciom nie mówią i dzieci – w przeciwieństwie do dorosłych – nie zaakceptują ich, tylko przetłumaczą na swój język. 

czy taki paskudny Obol przyznałby się, że jest po prostu ostrą białaczką limfoblastyczną? 

No, nie przyznałby się. I dlatego warto wytłumaczyć wcześniej, zanim dzieciak zdąży uwierzyć w kłamstwa obola. :-)

OK, kupuję Twoje wyjaśnienia.

Babska logika rządzi!

Obol – nawiązanie do dawnej greckiej tradycji pogrzebowej, czy przypadkowa zbieżność nazw?

Podoba mi się sposób w jaki ująłeś mistyczne postrzeganie świata przez dziecko. Opowiadanie smutne, ale intrygujące. Z tożsamością narratora zaskoczyłeś mnie całkowicie… :)

Rafill, zbieżność nazw przypadkowa. Mój “obol” jest od czegoś innego ;)

Kolejne typy to ogólnie od “ból” albo od wysokiego OB.

W komentarzach już padała oficjalna nazwa. Nawet ja – z dość dokładną nieznajomością medycyny – się domyśliłam.

Babska logika rządzi!

Captain Obvious śpieszy z pomocą: OBL – ostra białaczka limfoblastyczna. Ale używa się skrótu od angielskiej nazwy – ALL. Mam nadzieję, że pomogłem. 

Tekst, jak widzę po treści i komentarzach, tworzy dylematy natury etycznej. Pozwolę więc sobie zabrać głos.

 

Personifikacja nowotworu jest usprawiedliwiona na gruncie perspektywy dziecięcej, niemniej jednocześnie częściowo depersonifikuje istotę ludzką – można powiedzieć, że skaża, upodla akt myślenia, refleksji, samoświadomości, jestestwa. Nie można jednak ukryć, że nowotwór jest istotą żywą i w pewien sposób sprytną – ma natarczywy, zachłanny sposób bycia, nastawiony na przetrwanie kosztem wszystkiego wokół. A jednak, według mnie, personifikacja to nieco zbyt ostre narzędzie, nic dziwnego, że jest w stanie ranić bądź zniesmaczać. To jest takie odwrócenie i uduchowienie przeważnie wzgardzonego i przerażającego tabu. Zdecydowałeś się na to, ok, wyszło bardzo zgrabnie warsztatowo, ale obawiam się, że nie udało ci się uciec od elementów groteski, która wręcz świeci jak neon i wabi mnóstwo zastrzeżeń etycznych.

Dobrze wspomniano, że tekst może wpłynąć na życie odbiorcy – i jeśli mam przyjrzeć się temu, jaki wpływ wywarł na moje życie, widzę jaskrawą personifikację czegoś absolutnie obrzydliwego, i czuję się skalana. Czy jest to negatywne doznanie? Zależy. To tylko wrażenie. A że niemiłe – życie jest z takowymi związane. Utylitaryści twierdzą, że nie żyjemy po to, by odczuwać ból, myśliciele chrześcijańscy, że ból uszlachetnia. Jako etyk powiem, że ten tekst jest na granicy pomiędzy wartościami, o których warto dyskutować, a groteską. I przez to jest cenny, bo kontrowersyjny, bo w refleksji sięgamy do rzeczy, które przeważnie tkwią w sytuacjach granicznych. Nie mamy prawdziwej, bezpośredniej tragedii, ale mamy nagle, w środku dnia, refleksję na jej temat. A refleksja nigdy nie jest zła.

 

Edit: A, i podoba mi się bardzo komentarz Drewian. Parę razy słyszałam argument w stylu: podchodzisz do tekstu emocjonalnie. A przepraszam, jak ma się podchodzić? Nie jesteśmy komputerami, tylko ludźmi z krwi i kości, i opowiadamy sobie nawzajem historie, których główną, pożądaną cechą jest wywołanie emocji. Skoro takie emocje w kimś tekst wzbudził, to dla niego i wielki komplement, i wielkie wyzwanie dla autora. Masz moc, tylko bacz, jak z niej korzystasz ;) 

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Czy nowotwór jest istotą, to temat na kolejną dyskusję, pewnie nie krótszą od dotychczasowej. ;-)

Babska logika rządzi!

Naz, czekałem na Twój komentarz, zastanawiając się, czy w ogóle zajrzysz. Dzięki za długą i treściwą opinię. Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że tekst wzbudzi aż tyle emocji. 

Elementy groteski? Jak w każdym moim wstawionym tu tekście. Taki już podgatunek fantastyki uprawiam, że elementy fantastyczne aż się proszą o towarzystwo elementów groteskowych. Może brakuje mi dyscypliny, by pisać inaczej. Może są tematy, przy których powinno się zachować całkowitą powagę…? Nie wiem, nie jestem etykiem. Wychodzę z założenia, że rzeczywistość trzeba oswajać. Czasem przez spojrzenie z dystansu, obejrzenie czegoś w krzywym zwierciadle, a nawet wyśmianie (tutaj nie miałem zamiaru niczego wyśmiewać). Historia zrodziła się w mojej głowie z pewnych doświadczeń (nie traumatycznych, jak u niektórych czytających). Chciałem coś pokazać. A nie pouczać. (Pouczać tylko w paru kwestiach medycznych ;)). Pokazać, by czytelnik sam wyciągnął jakieś wnioski albo pokusił się o jakąś refleksję. A zarazem opowiedzieć ciekawą historię. Z tego, co piszesz, Naz, wnioskuję, że mi się udało, aż za bardzo. Nie chciałem wywoływać poczucia “skalania”. Ale jestem Ci wdzięczny za Twoją analizę :)

 

Finkla, definicja nowotworu istnieje, ale czy jest jakaś ścisła definicja istoty? 

Przy okazji przypomnę, że rozmawiamy głównie o nowotworach złośliwych (część z nich to raki). Nowotwory łagodne to inna bajka. To, że ktoś ma “nowotwór” nie oznacza od razu, że przez niego umrze. 

 

funthesystem, przypomniało mi się właśnie, że tydzień temu na doktoracie rozmawialiśmy między innymi o dzieciach chorych na raka. Jeden marksistowski lewak stwierdził, że lepiej, gdy umiera dziecko niż trzydziestolatek, bo on jest świadomy umierania, utraty, ma skomplikowaną osobowość, która stopniowo się rozpada i to wzmaga cierpienie. A dziecko jeszcze niewiele rozumie. Profesor spojrzał na niego z podniesionymi brwiami i powiedział: Nie ma pan dzieci, to widać. Mówi pan rzeczy z jednej strony pokrętnie logiczne, a z drugiej straszne, nie do przyjęcia. 

Często muszę, chcąc nie chcąc, brać udział w dyskusjach wartościujących ludzi tudzież rodzaje cierpienia. Ukazałeś to, które jest jednym z najstraszniejszych – cierpienie dzieci, widziane oczami potwora, który jest największą plagą ludzkości. Zrobiłeś rzecz przeraźliwie trudną. Personifikacja jest twoim niezbędnym elementem fantastycznym i wszystko w tym tekście ma rację bytu. Ale całokształt może, najzwyczajniej, dawać w pysk ;) Ukazałeś temat w kontrowersyjny sposób – to przekazywanie z niewinnego na niewinnego jest naprawdę dyskusyjnym chwytem. Ja, tak czy siak, nie żałuję lektury, kawał dobrej roboty warsztatowej i bardzo plastyczne postacie. Mogę wyabstrahować etyczne dylematy i docenić ogólną budowę. Co też czynię, bo tak łatwiej – no bo co ja mogę powiedzieć o dzieciach, w dodatku chorych na raka? Absolutnie nic, nigdy styczności nie miałam.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Jeden marksistowski lewak stwierdził, że lepiej, gdy umiera dziecko niż trzydziestolatek, bo on jest świadomy umierania, utraty, ma skomplikowaną osobowość, która stopniowo się rozpada i to wzmaga cierpienie. A dziecko jeszcze niewiele rozumie.

Przez chwilę myślałem, że mówisz o jakiejś historycznej postaci, a nie “koledze” ze studiów…

:D No mam takiego słodziaka na roku. Przy tej samej dyskusji twierdził, że kiedyś dzieci czyściły kominy (industrialna Anglia, jako jedyne się tam mieściły, więc masowo je wykorzystywano) i to im robiło dobrze. Piętnaście godzin dziennie babrały się w sadzy, w niebezpiecznej pracy, za którą prawie nic nie dostawały i marksista stwierdził, że się przynajmniej pragmatycznie życia uczyły :) Nie wiem, czy Marks byłby zadowolony z takiego fana… Już nie offtopuję.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Och, tłumaczono sobie, że zapitalanie w fabrykach robi dzieciom (dorosłym w sumie też) dobrze, ale myślałam, że te poglądy skonały sto lat temu. Ale że marksista tak twierdzi, to chyba dziwne.

Babska logika rządzi!

Może te poglądy narodzą się na nowo i “zapitalanie w fabrykach” stanie się modne jak obecnie bycie fit ;) 

 

EDIT: Naz, offtopuj sobie, ile chcesz. Póki nie jest to wymienianie się przepisami do ciasta, a ciekawsze rzeczy, to chętnie poczytam. 

Mam nadzieję, że jednak nie. Dziewiętnastowieczny kapitalizm miał sporo wad. Był tak paskudny, że aż doprowadził do powstania wymienianego już marksizmu. A za nim wiadomo – komunizm, leninizm… Nie organizujmy powtórki.

Babska logika rządzi!

Wiem, wiem. To była luźna myśl, z której można by pociągnąć jakieś dystopijne opowiadanie. 

A ja właśnie piszę opko scifi z zapitalającym w fabryce głównym bohaterem ^^ na szczęście nie myśli że to lepiej gdy dzieci umierają o.O a tak w ogole to ja sam od 3 lat zapitalam w fabrykach xD

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Opko jako forma odreagowania? ;)

Trochę napewno, ale bardziej o dylemacie bohatera jak pozostać człowiekiem wobec postępu technologicznego :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mytriksie, ale podajesz, że już jesteś pełnoletni. I mam nadzieję, że nie kilkanaście godzin dziennie, sześć dni w tygodniu, za nędzne grosze. Żebyś nie miał kiedy ani za co się upić i dla zbawienia duszy.

Babska logika rządzi!

Z pewnymi odstępstwami od reguły (bo czasem i po 13-14 godzin a raz 17, był też miesiąc, że miałem wolny jeden dzień a resztę po 12 godzin) wyglądało to tak: Pierwszy rok: 6-7 dni 10/12 godzin. Drugi rok: 6dni 10 godzin. Trzeci rok (zmiana fabryki) 5dni 8 godzin. :) A z tym upijaniem to po liceum już nie praktykuję (to znaczy okazyjnie się napiję) a teraz to i tak nie ma kiedy z dwójką dzieci (1rok i zaraz 5lat), trzecim w niebie i czwartym w brzuchu ;) i jestem szczęśliwy z moją rodzinką, a że praca jest jaka jest to tak wyszło. Zawodu nie mam wyuczonego a studia filologii ang. przerwałem po pierwszym roku gdy zjawił się dzidziol. Dodam że jestem już 5 lat po ślubie ;)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

I nikt się nie skarżył PIP-ie? To powinno być zakazane. I chyba nawet teoretycznie jest. Mam nadzieję, że Ci chociaż porządnie płacili za nadgodziny.

Babska logika rządzi!

A ja się swoim offtopowaniem martwiłam… 

Mytrix, na wszelkie bory iglaste! Jesteśmy w tym samym wieku, a tacy różni *_* Na dźwięk słów “dzieci” i “praca” dostaję dreszczy, a państwo całe życie utrzymuje mnie za to, że się uczę…

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

@Finkla – oczywiście że za nadgodziny ekhm… płacili mi ale mniej ^^ tzn za normalne 10eur za nadgodziny 6.50 (z przymusem robienia nadgodziny) a nikt sie nie skarżył bo to w Niemczeczech i tak zakombinowane, że miałem własną działalność w Polsce (bo umowy dać nie chcieli z wiadomych przyczyn) a wpadali Zoll'e z kontrolami ale co im po tych kontrolach jak sie przez lewe papiery przekopac nie mogli. ^^ a teraz zmienilem prace na normalną fabrykę ale płacą mi mniej bo robię przez agencję a firma nie chce mnie przyjąć : ( (ale mam na oku inne firmy)

 

@NAZ – to się szybko potrafi zmienić ;) u mnie wystarczyła ta właściwa kobieta i pierwsze (planowane) dziecko, choć rodzicom łgaliśmy, że wpadka ;) i ja uwierz mi kiedyś widziałem tylko -> znajomych, piwo, gry komputerowe, muzykę i fantastykę ale przyszła kryska na Matyska. Mama moja chciała bym się uczył i studiował nie brał młodo ślubu i korzystał z życia a synek jej na przekór :)

 

funthesystem wybacz ten rozwlekły offtop :) Ale dziewczyny mnie w to wciągnęły!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

przyszła kryska na Matyska – chyba na Mytrixa? wink

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Gdzie cię uchowali, Mytrix, takiego dojrzałego mentalnie? Szybkie wyliczenia na oko: 90 % otaczających mnie mężczyzn – przedział wiekowy 26-34 – i 75 % kobiet – 22–30 – nie ma i wciąż nie chce mieć dzieci, nawet zawarłszy małżeństwo.

(funthesystem nas przeklnie…)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Taki ciekawy ten offtop, że na pewno nie przeklnie, tylko z przyjemnością przeczyta. Mytrix – ja słyszałam, że ludzie mają 'wpadki' i ściemniają, że to planowane – ale żeby robić odwrotnie? :D

Może być, że kryska na Mytrixa choć imie moje też pasuje, też na M… Nan nie uchowali mnie dojrzałego mentalnie tylko mnie Żonka na prostą wyprowadziła z "otchłani" ^^ z moich znajomych to też mało kto ma dzieci, niektórzy ślub, ze znajomych mojej żony odwrotnie większość dzieciata ;D

 

@cyktlomerilenotyintriomaina ^^ no właśnie zrobienie odwrotnie, pomogło w wymuszeniu na rodzicach z obu stron zgody na ślub, BA! Jeszcze się na wnuka cieszyli, choć moja mama na nasz ślub przyszła nietypowo ubrana i umalowana (rzekłbym, że jak na stypę :D).

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nie przeklinam ;) Ciekawie czytać, jak różnimy jesteśmy, a jak łączy nas pisanie. Ale właśnie… Mytrixie, jak masz tyle roboty i dzieci, to kiedy znajdujesz czas na tworzenie opowiadań?

Właśnie, Mytrixie. Funthesystem zadał ciekawe pytanie. Oto zmodyfikowany przeze mnie “trójkąt życia”.

 

Można wybrać dwa – więc wychodzi na to, że nie śpisz. :D

Mytrix jeszcze ma czasochłonną i nieliteracką robotę.

Babska logika rządzi!

Co z trójkąta robi kwadrat i tym bardziej nie wiem, kiedy biedak śpi. :c

Chyba wielu z nas przydałby się właśnie kwadrat.

A wszyscy mamy co najwyżej kwadraturę koła… ;-)

Babska logika rządzi!

Dementuję pogłoskę, że nie sypiam, choć nauczyłem się funkcjonować śpiąc 4 godziny dziennie, to średnio sypiam chyba 6 ; ) choć mówią że powinno się 8… Dzieci i praca wyleczyły mnie z potrzeby długiego spania : )

A kiedy piszę? Jak się uda to czasem na przewie w pracy kilka zdań. Czasem zamiast dodatkowej godziny snu. Przygodę z pisaniem w sumie zacząłem niedawno, przerzucając się z uzależnienia od gier (kiedyś komputerowych, później na smartfonie). To znaczy kiedyś próbowałem coś tam skrobnąć ale nigdy nie kończyłem, zabawa zaczęła się dopiero tu z wami na forum, ze dwa miesiące temu. 

 

Edit: Taki przykład 23 skończyłem wczoraj pracę / spać poszedłem ok. 00.20, dziś przed 6.30 dzień zaczął mój młodszy :)

 

@MrBrightSide ładna piramida, znać artystę :D

 

Nawiązując do opowiadania:

Zgodzę się, że nowotwory czy raki, to prawdziwa plaga dzisiejszych czasów. Sięgając do mojej rodziny (choć dalszej rodziny nie znam, urodziłem się gdy moi rodzice zaprzestali wizyt [mam 13 lat starszego brata :D] ):

Ze strony mamy:

Mamy brat (nie używam “wujek” bo prawie nie miałem kontaktu) zmarł na raka

Dziadek zmarł na raka

Mama miała nowotwór w piersi (w tym roku) ale uciachali jedną pierś i lekarze twierdzą że nie ma przerzutów.

 

I jeszcze taki rak to jak alkoholizm, niszczy całą rodzinę-+-+-– (plusy i minusy synek poklikał to zostawiam) Taki smutny przykład:

Miałem młodszą koleżankę ja 1 liceum ona jakoś początek gimnazjum, ale znaliśmy się większymi paczkami młodzieży z różnych dzielnic. W każdym razie, mówiłem jej “siostro” a ona mi “braciszku”. Nie znaliśmy się długo czy zażyle, choć jako jedna z nielicznych przeczytała mój pamiętnik z tamtego okresu.

Wychowywała ją babcia, bo mama zmarła na co? Na raka…

A tata (nie oceniam go nie znam okoliczności), ale nie wytrzymał po stracie żony i się powiesił…

A że Life’s a bitch, to pewnego dnia ni z gruchy ni z pietruchy otrzymałem wiadomość od koleżanki “siostry”: “(siostrze) przestała działać wątroba. Zrobili przeszczep, ale się nie przyjął. Wczoraj zmarła.” Żałowałem, że nawet nie wiedziałem, że trafiła do szpitala. Prawie nikt nie wiedział.

Można być młodym i mieć przewalone w życiu. Jeszcze nigdy nie widziałem tyle młodych osób na pogrzebie, co wtedy.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mytrix, Twoj komentarz pozwolił mi zrozumieć, jak fajnie miałem w życiu do tej pory. Dzięki. Tobie życzę wygranej na loterii, żeby bilans się wyrównał.

Mytrix już ma wygraną i ta wygrana stawia swoje +-+– :) Pieniądze rzecz nabyta.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Rafillu nie uważam, żebym miał złe życie, ale z wygranej bym się ucieszył (i otworzył pub dla graczy i miłośników fantastyki^^). Niczego z podstawowych dóbr mojej rodzinie nie brakuje, szczęśliwy też jestem (no dobra tęsknię za zmarłym w ok. 17tyg ciąży synkiem, ale poronienia itp. często się zdarzają), ale problemy, które napotykam, to chyba typowe problemy XXI wieku :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nie miałem na myśli pieniędzy, bo przy takiej pracowitości to pewnie na gotówkę nie narzeka. Wygrana na loterii po to, żeby móc się więcej byczyć z dziećmi na kolanach, a nie harować całą dobę. Nie chciałem być uszczypliwy w najmniejszym stopniu. A poczucie szczęścia to kwestia indywidualna. Obyśmy wszyscy mieli go pod dostatkiem :) To że dzieci są – i w dodatku zdrowe, to bardzo ważna sprawa. I w temacie opowiadania…

EDIT: Przepraszam, czytałem posty na komórce, dzieci po mnie skakały, stąd moja nieuwaga.

Skupiłem się na tym co pisałeś na początku. Obecny tryb pracy 5 dni/8h to norma, więc jest całkiem spoko. Pracuję w identycznym trybie. Te 13-17h na dobę i 6 dni w tygodniu z początku postu zrobiły na mnie takie wrażenie, że dosłownie mózg mi się wyłączył. Sorry.

No obecnie normalnie na szczęście choć praca dalej nieciekawa a pieniądze średnie ;) ale tamte dwa lata sprawiały że mózg miał ochotę się wyłączyć ;)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mytrixie, Twoja postawa daje do myślenia. Piszesz o tych rzeczach z takim spokojem (a może tak się tylko wydaje; jednak wirtualna komunikacja jest ułomna). To dystans do życia? Akceptacja losu? Siła charakteru? 

A skoro w Twojej rodzinie było sporo nowotworów, powinieneś zachować czujność i się badać. 

To mi teraz zadałeś pytanie, przez godzinę myślałem i nie wymyśliłem jednoznacznej odpowiedzi :) z natury jestem powolny, chyba że mam inny przymus i spokojny (szczególnie do obcych) bo przy bliższych mi osobach potrafię wybuchać. Jestem też małomówny, chyba że nawinie się ktoś, z kim mogę o czymś ciekawym pogadać, Żonka mówi, że za mało z nią rozmawiam, a czasamj nawet, że nie okazuję uczuć albo ich nie mam. Mogę mówić o trudnych rzeczach pozostając spokojny (co może wywołać lepszy efekt niż rozemocjonowanie). Ale łapie mnie czasem refleksja, najczęściej w samotności, wtedy odreaguję i już. Można by na ten temat dłuższy esej napisać i wymienić wiele czynników ale czy dojdziemy wtedy do sedna, nie wiem :) zresztą nie chcę zanudzać a offtop trochę się rozwlekł ;D zdał by się jakiś pozytywny akcent. Np. O taki, jutro puszczą mnie z pracy godzinę wcześniej (o 22.00) i jadę do Polski na święta z rodzinką (ok.800km) ;)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

A próbowałeś te wszystkie doświadczenia przekuć w jakieś historie? “Wiktor” był dosyć lekkim opowiadaniem. A jak człowiek przez coś w życiu przeszedł, ma o czym pisać poważniejsze teksty. 

Noszę sie z takim zamiarem, a tych historii znajdzie się jeszcze kilka. Tylko warwztatowo nie wiem czy dam radę, szczególnie, że interpunkcja lekży i kwiczy. Jak coś naskrobię to dam znać, może nawet pokusisz się o betowanie : ) Edit: O ile jestem z "Wiktora" zadowolny, o tyle nie mogę sobie przypisać tego opka w pełni. Betujący dużo pomogli, a niechlubną statystyką niech będzie, że sam Piotr Tomilicz zrobił łapankę na ok 130 pozycji :o

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

To poproś Mikołaja o książkę w stylu “Gdzie postawić przecinek” ;) Właśnie redaguję swoje opko i sam mam gdzieniegdzie problemy. A jeśli chodzi o betę, to łapanek nie lubię. Jeśli już bym się pokusił o pomoc przy opowiadaniu, to służyłbym raczej subiektywnymi radami na poziomie fabuły. Ale wtedy, o ile chciałbyś posłuchać, historia mogłaby potrzebować gruntownych remontów. Wiem z autopsji – niektóre moje teksty wymagałyby tylu przeróbek, że już wolę pisać nowe. Korekta – najgorsza rzecz.

I jakby co możemy przenieść rozmowę na priv, bo inni już się wyłączyli z dyskusji :D

Oki jutro już będę pisać na priv :D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Przeczytałam opowiadanie i wczoraj, i dzisiaj :) To chyba wystarczająco wskazuje na to, jak bardzo tekst mnie ujął.

Tematyka ciężka i trudna, a ty napisałeś wszystko w niezwykle przystępny sposób. To chyba najbardziej urzekło mnie w tym opowiadaniu – takie prostolinijne spojrzenie na chorobę oczami dziecka. Trochę jak w “Oskarze i pani Róży”, że pozwolę sobie przywołać tutaj tę lekturę.

Zwroty do czytelnika, przynajmniej moim zdaniem, mają na celu uświadomić nas, że choroba może przydarzyć się każdemu. Że nie mamy prawa osądzać Adasia, że chciał być zdrowy i że zrobiłby wszystko, by to zdrowie osiągnąć. Może i postąpił źle, przekazując swoją chorobę dziewczynce – dbał tylko o swoje dobro, ale czy my postępujemy wiele lepiej, kiedy sami jesteśmy chorzy, a troszczymy się jedynie o siebie, zapominając o cierpieniach innych? 

Ale gdyby się dało, zrobiłbym chyba wszystko, żeby żyć. 

– Może te twory też chcą żyć.

„Gdyby się dało, zrobiłbym wszystko, by żyć”. „A może twory też chcą żyć”.

Nie wiem, czy ten zabieg był celowy, ale mnie wydał się niezwykle zgrabnym ujęciem motywacji Adasia. Nastolatek chciał wyzdrowieć za rozsądną cenę, nie był pewien, czy rzeczywiście zrobiły wszystko, ale Adaś pragnął żyć nader wszystko i może to pragnienie pchnęło go do przekazania Obola dziewczynce. ← Adaś mógł też przeinaczyć słowa Michała, żeby się usprawiedliwić, chociaż to już chyba zbytnia nadinterpretacja.

Lenah, dzięki za przeczytanie i komentarz. Jeśli przeczytałaś też inne moje teksty, to skrobnij pod nimi słówko – bardzo mi zależy, żeby mieć dużo opinii, żebym wiedział, co się podoba, a co nie :)

Skojarzenie z “Oskarem” jest jak najbardziej na miejscu, bo w trakcie pisania pamiętałem o tamtym opowiadaniu, żeby przypadkiem nie starać się go naśladować. 

Ciekawe. Podobało mi się :)

Jak zawsze miło zobaczyć Twój komentarz pod tekstem, Anet. Dzięki! :)

Przestanę już z tym “Cześć!”, bo robi się wkurzające…

Bardzo poruszające opowiadanie. Emocjonalne, poruszające trudne tematy. Bądź co bądź smutne.

Oczywiście pewien stały poziom zawsze trzymasz, więc nie mogę powiedzieć nic innego niż: bardzo dobry tekst! Gratuluję Ci takiej formy! ;)

 

Trzymaj się!

Jai guru de va!

Cześć! 

Dzięki. Napomknę tylko, że to nie kwestia dobrej formy: teksty pisane w rozstrzale 2 lat, po prostu pokazuje te, które jakoś wyjdą. 

Też się trzymaj :)

Nowa Fantastyka