- Opowiadanie: Topielica - Płynne złoto, czyli legenda o Eanvelu

Płynne złoto, czyli legenda o Eanvelu

Po dłuższej przerwie od pisania – a więc i publikowania tutaj – przedstawiam tekst, który miał być swoistą legendą (i dlatego też niektóre sprawy celowo są uproszczone). Opowiadanie było pisane do konkretnego uniwersum, którego znajomość nie jest konieczna do zrozumienia tekstu. Napomknę tylko, że w tymże uniwersum śnieżne elfy są koczowniczym ludem, który żyje przede wszystkim przeszłością. Kochają spędzać wieczory na opowiadaniu sobie baśni, gawęd czy legend i właśnie by wzbogacić ich repertuar, powstało to opowiadanie.

Nie mam pewności, czy to jeszcze szort czy już nie, w razie czego poprawię.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Werwena

Oceny

Płynne złoto, czyli legenda o Eanvelu

Minęło wiele, wiele lat od czasów Eanvela. Wtedy srogie zimy trwały nawet cały rok, a plemiona co dzień musiały podróżować, by znaleźć pożywienie. Łowcy z trudnością powracali z górskich szczytów, a wygnańcy nie przeżywali dość długo, by uciec potędze gór. Te wszystkie problemy nie dotyczyły jednak Eanvela. Był najsilniejszym i najdzielniejszym z elfów. Wyprawiał się sam na łowy, z których zawsze wracał ze zwierzyną. Nigdy nie słabł i nie poddawał się silnemu wiatrowi, najstraszniejszym mrozom, śniegowi sięgającemu pasa. Całe plemię bardzo go ceniło i szanowało, przewidując mu wielką przyszłość i upatrując w nim swoją nadzieję.

Eanvel jednak nie chciał żyć wśród swoich. Gdy uzyskał w plemieniu wszystko, co mógł, gdy stał się najbardziej cenionym i szanowanym członkiem – odszedł. Pewnego dnia po prostu zebrał swój dobytek, powiedział wszystkim, że idzie do świata ludzi i nim ktoś zdążył otrząsnąć się z szoku, zniknął między skałami. Elfowie długo rozpaczali po stracie swojego najdzielniejszego brata, nie mogli go jednak powstrzymać. Kto raz porzucił swoje plemię, nie miał do niego powrotu.

Banita tymczasem zszedł z gór i skierował się do miasteczka, które wielokrotnie widział z przełęczy. Wtedy, z miejsca gdzie latały tylko największe i najodważniejsze ptaki, wydawało się malutkie jak ich obóz. Jednak im bardziej zbliżał się do zabudowań, tym większe wrażenie na nim robiły. Nigdy wcześniej nie widział nieruchomych domów, wmurowanych głęboko w ziemię i stojących wiecznie w miejscu, nie zważając na wiatr i śnieg. Dotąd nie wierzył, że ludzkie budynki są wyższe od nich samych, a jednak już z daleka dostrzegł, że te przerastały ich parokrotnie. A w każdym z nich mieszkało najwyżej kilku ludzi, z których każdy mógł chodzić wyprostowany, a czasem nawet spacerować po ogromnych przestrzeniach swoich pokoi. Jeszcze bardziej jednak zaskoczył go widok ludzi przechadzających się spokojnie po dworze. Nie byli zamknięci w swoich domach, nie unikali dworu, by jak najmniej czasu spędzić na zimnie, nie martwili się szalejącym, zimny wichrem jak łowcze plemię Eanvela. Ci ludzie mieli nawet wydeptane ścieżki, którymi przemieszczali się między poszczególnymi budynkami. Czasem zatrzymywali się, by z kimś porozmawiać, czasem kupowali coś na straganie rozłożonym obok ulicy. Dzieci biegały bez opieki dorosłych i bawiły się wyniesionymi z domu zabawkami lub znalezionymi na ulicy śmieciami.

Elf był pewien, że tutaj w końcu będzie mu się dobrze żyło. Bez strachu o jutro, zimna, niebezpiecznych polowań, z których każde mogło skończyć się śmiercią. Będzie chodził dumny i wyprostowany, a jednocześnie szanowany – tak, jak na to zasługiwał.

Gdy jednak podszedł do ludzi, okazało się, że nie rozumieją tego, co mówił. Sami używali dziwnej mowy, która raniła uszy przybysza, z której nie rozumiał ani słowa i tylko twarze mieszkańców zdradzały mu, że w większości były to przekleństwa. Eanvel z goryczą odkrył, że siła i wytrzymałość, za które dotąd tak go ceniono, tutaj nic nie znaczą. Nikt nie chciał dać mu jedzenia, a okolicę zdobiły rozległe pola, na których żyło niewiele zwierząt. Nawet, gdy udało mu się trafić na tropy, zwierzę zachowywało się inaczej niż te, do których przywykł w górach. W końcu spróbował odebrać jedzenie siłą, jednak okoliczni mieszkańcy rzucili się na niego, dotkliwie pobili i wyrzucili z miasta. Eanvel nie wiedział, jak ma zdobyć sympatię ludzi, wziął więc wszystko, co zostało z jego dobytku i wrócił w góry. Tam z łatwością odnalazł swoje plemię. Jego pobratymcy chcieli go powstrzymać przed powrotem, gdyż odszedł i dla nich był tylko wygnańcem. Jednak oczy przybysza pałały takim szałem, pełne były takiej nienawiści, że nikt nie odważył się stanąć mu na drodze.

Elf zaś skierował się wprost do namiotu wieszczki. W krótkich, pełnych gniewu słowach, wytłumaczył jej całą sytuację i zażądał odpowiedzi – jak może zyskać uznanie tych, którzy mieszkają na równinach? Mądra kobieta wyjaśniła mu, że wszystkim, co kochają ludzie jest złoto i jeśli je zdobędzie, osiadli przestaną zwracać uwagę na jego pochodzenie. Eanvel nie był zadowolony z tej odpowiedzi. Śnieżne elfy nie miały złota, nigdy go nie potrzebowały i nie używały. Przez długie godziny zastanawiał się, skąd zdobyć ten cenny kruszec, który otworzy mu bramy do nowego życia, nim uderzyła w niego oczywistość odpowiedzi. Złoto zawsze miały krasnoludy. Wydobywały je i transportowały na cały świat, jeśli wierzyć opowieściom, które same snuły w rzadkich wypadkach, gdy spotkały na powierzchni śnieżnych elfów.

Jeszcze tego samego dnia banita wyruszył w podróż ku jaskini, skąd – jak wiedział – wychodziły istoty podziemia. Długo przedzierał się przez sięgający bioder śnieg, a zmierzch szybko zapadał i zbocza spowiła zupełna ciemność, której nie rozświetlały nawet nieczułe gwiazdy, świecące wysoko ponad ziemskimi problemami. Eanvel nie poddawał się jednak – zima nie złamała go przez tyle lat i nie mogła zrobić tego teraz, gdy był tak blisko swego upragnionego celu. Gdy jednak w końcu dotarł na miejsce, jego marzenia runęły. Jaskinia była zasypana wielkimi kamieniami, przez które elf nie przedarłby się nawet, gdyby poświęciłby na to wiele tygodni. Nie pozwolił jednak, by to go powstrzymało. Przenocował w tym niewielkim fragmencie jaskini, który uchował się przed zawałem, a rankiem ruszył na dalsze poszukiwania. Spędził na nich wiele dni, coraz słabszy i bardziej cherlawy, z rosnącym, z rzadka zaspokajanym głodem i coraz bardziej dokuczliwą samotnością jako jedyną towarzyszką.

W końcu jednak odnalazł głęboką jaskinię, która prowadziła do królestwa krasnoludów. Gdy Eanvel podążył ścieżką w głąb ziemi i dotarł wreszcie do niskiego ludu, nie można w nim już było poznać największego z elfów. Mimo to silnym, władczym głosem zażądał, by oddano mu złoto, które było mu niezbędne do przeżycia w świecie ludzi. Nie miał jednak nic, co mógłby w zamian zaoferować – jego ubranie było zużyte i zniszczone, jedzenie niemal się skończyło, nawet pochodnie wypalił wszystkie podczas długich wieczorów i ciągnących się w nieskończoność nocy. Krasnoludy nie chciały oddać złota, tym bardziej ubogiemu przybłędzie bez plemienia czy dobytku. Przekonały więc nieszczęsnego, że ludzie nie pożądają złota, które jest tu wydobywane – że tak naprawdę kochają płynne złoto, którego rzeka płynie w sercu góry, zaledwie kilka dni wędrówki od miejsca, gdzie są. Eanvel więc pożegnał nikczemny krasnoludzki lud, biorąc od niego tylko trochę jedzenia oraz kilka pochodni i ruszył wskazaną ścieżką w głąb góry. Podróżował niemal bez wytchnienia, pewien, że oto znalazł swój sposób na lepsze życie. Jednak po kilku dniach w jaskini straszliwa magia tego miejsca sprawiła, że zapomniał o powierzchni. Nie pamiętał swego ludu ani miasta ludzi, z którego go wypędzono. Nie pamiętał też celu, dla którego tak pożądał złota i ono samo wydawało mu się tym, do czego przez całe życie dążył. Nie potrafił zawrócić ani zastanowić się nad swoimi pragnieniami, a jedynie biec coraz głębiej i głębiej, coraz dalej od swojego świata.

Gdy już zjadł wszystkie zapasy, jakie uzyskał od podziemnego ludu i zużył wszystkie pochodnie, a kres jego dni wydawał się bliski, w oddali zobaczył nikłe światło. Wytężył nadwątlone siły i ruszył w stronę ogromnej jaskini. Gdy do niej dotarł, zobaczył rzekę złota, które płynęło z serca góry i żłobiło szerokie, płytkie koryto w skale, świecąc przy tym tajemniczym, wewnętrznym blaskiem – tak, jak opowiadały krasnoludy. Uradowany Eanvel padł na kolana na brzegu i zanurzył dłonie w rzece. Poczuł przyjemny chłód, gdy złoto leniwie przepływało między jego palcami. Spróbował nabrać go w dłonie, jednak zawsze wypływało i wracało do rzeki. Zdarł z siebie koszulę, by w nie uchwycić cenny płyn, ten jednak wylewał się nadal, bez względu na to, jak elf próbował go złapać. W końcu wyjął bukłak, który miał przy sobie, wylał z niego resztki wody i spróbował napełnić go złotem – i tym razem na próżno. Zawsze znalazło drogę, by wypłynąć i wrócić do rzeki, a Eanvelowi wydawało się, że nawet nie wpływa do naczynia. Siedział więc na brzegu, na próżno próbując raz za razem.

I siedzi tam do dziś, a okrutna magia złotej rzeki sprawia, że nie czuje głodu ani pragnienia, ciepła ani zimna i choć mija tyle lat – nie może umrzeć. Nie potrafi zdobyć złota, które tyle dni pchało go do wędrówki, ale urzeczony jego wizją nie może wstać i odejść. I po kres dni będzie klęczał na brzegu, na wszelkie sposoby próbując zdobyć przeklęte złoto, które już zawsze będzie umykało jego dłoniom.

Koniec

Komentarze

Dziwną wersję tej legendy rozpowiadasz, Pani. Mnie na wiosce inaczej o tym uczyli. ;]

 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Masz pecha Autorko, bo wczoraj wieczorem skończyłem “Silmarillion” w ramach odświeżania staroci. :)

Ładna opowiastka, ale trochę nie widzę celu w jakim została napisana. Nie przemawia do mnie też motywacja bohatera, a raczej brak jej wyjaśnienia, po co elf pchał się do ludzi skro byli dla niego tak obcy?

Także, ten tego, nie przemówiło do mnie…

 

EDit: Jest tez trochę niezręcznych wyrażeń jak np: “nieruchome domy” czy zbednych zaimków.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Akurat motywacja bohatera nie jest tu najważniejsza, a jednak jest pokazana. Uważam, że delikatnie, ale wystarczająco czytelnie, by dało się ją zauważyć.

Nie bardzo też rozumiem, co jest niezręcznego w “nieruchomych domach”. Im bardziej to powtarzam, tym bardziej mi się nie rymuje, nie ma też żadnej aliteracji.

Troszku monotonne. Gdyby było dłuższe, byłoby nudne. Tak jest w sam raz, choć mimo wszystko można by było z tego zrobić pełnokrwistą baśń – o np. z dialogami :-)

W każdym razie całkiem udane.

Całe plemię bardzo go ceniło i szanowało, przewidując mu wielką przyszłość i upatrując w nim swoją nadzieję.

Pewnego dnia po prostu zebrał swój dobytek

nie mogła zrobić tego teraz, gdy był tak blisko swego upragnionego celu

To tylko przykłady, nie po kolei – wautuj tu i ówdzie parę zaimków. To potrafi być męczące.

F.S

Całość jest naprawdę dobra. Plastyczne opisy, dobrze przedstawiona perspektywa nie-ludzka (dziki elf-koczownik), chociażby w przypadku "nieruchomych domów". Czytając, mogę przyjąć perspektywę koczownika z gór (choć polemizowałbym z praktycznością niektórych rozwiązań).

 

Tekst wciąga, całość spodobała mi się na tyle, że postanowiłem uklecić własną wersję tej legendy.

 

Dla mnie tekst na 5+/6!

 

 

Ps: A wątek elfów mieszkających gdzieś w górach kojarzy mi się z Sapkowskim.

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Przykro mi to pisać, Topielico, ale opowiadanie zdało mi się raczej nudne, a poniekąd i pozbawione większego sensu. Nie pojmuję, dlaczego elf postanowił opuścić swoich i po co pchał się tam, gdzie go nikt nie chciał? Dla mnie to opowieść o bezsensie podejmowania nieprzemyślanych decyzji.

 

Ba­ni­ta tym­cza­sem zszedł z gór… – Elf nie był banitą, sam odszedł, nikt go nie wygnał.

 

Ci lu­dzie mieli nawet wy­cho­dzo­ne ścież­ki… – Raczej: Ci lu­dzie mieli nawet wy­depta­ne ścież­ki

 

gdyż od­szedł i dla nich był tylko wy­gnań­cem. – Nie był wygnańcem, bo nikt go nie wygnał.

 

Długo prze­dzie­rał przez się­ga­ją­cy bio­der śnieg… – Długo prze­dzie­rał się przez się­ga­ją­cy bio­der śnieg

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I ja dołączę do grona czytelników, którym wydaje się, że w żaden sposób nie daje się zrozumieć motywacji elfa. Owszem, rozumiem, że chciał zobaczyć, jak żyją ludzie, ale po tym, jak go potraktowali kompletnie nie rozumiem, czemu chciał się wkraść w ich łaski i żyć wśród nich. Bardzo łatwo też dał się oszukać krasnoludom. Generalne wrażenie jest takie, że główny bohater, choć może jest doskonałym wojownikiem i myśliwym, wydaje się dość głupi, a trudno jest kibicować głupiemu bohaterowi. Także jego losy absolutnie mnie nie poruszyły.

Co do warstwy językowej – Twój styl jest jeszcze trochę chropowaty, jest trochę niezręcznych zdań, w oczy rzucały mi się powtórzenia. Nie czuć tu też zbytnio klimatu baśni – bo też wcale nie jest łatwo pisać baśniowo ; )

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mam podobnie jak Jose – jakoś nie potrafiłam przejąć się losem mięśniaka, który sam nie wiedział, czego chce, a zmierzając do grupy obcych istot, nawet nie spróbował po drodze zainteresować się ich obyczajami.

Ale pomysł z rzeką złota ciekawy.

Babska logika rządzi!

Arhiz – podziel się, gdy już stworzysz.

Regulatorzy – gdyby po prostu odszedł, nie byłoby tak widać, że nie ma prawa powrotu – “wygnianiec” to zaznacza. Można spokojnie stwierdzić, że kto porzuca swoje plemię, ten sam skazuje się na banicję. Reszta poprawiona. “Dla mnie to opowieść o bezsensie podejmowania nieprzemyślanych decyzji” obok poszukiwania na siłę lepszego życia, też jest to jeden z przekazów. A co do sensu – tutaj zależy głównie od tego, co słuchacz wyciągnie.

joseheim – no jak, jak można nie kibicować Kubusiowi Puchatkowi?! (to tak w sprawie głupich bohaterów). A tak poważnie, akurat jemu kibicować nie trzeba i jego los nie miał wzbudzać współczucia. Czasem bohaterowie muszą być głupi, by doprowadzić do odpowiednich sytuacji – ot Czerwony Kapturek (a już zwłaszcza jej matka) czy Śnieżka. I nie, elf nie chciał zobaczyć, jak ludzie żyją, a żyć wśród nich, coby było mu lepiej.

Finkla – dzięki, dobrze, że chociaż pomysł się broni.

Momentami w każdym zdaniu jest słowo “które”:

 

Sami używali dziwnej mowy, która raniła uszy przybysza, z której nie rozumiał ani słowa i tylko twarze mieszkańców zdradzały mu, że w większości były to przekleństwa. Eanvel z goryczą odkrył, że siła i wytrzymałość, za które dotąd tak go ceniono, tutaj nic nie znaczą. Nikt nie chciał dać mu jedzenia, a okolicę zdobiły rozległe pola, na których żyło niewiele zwierząt. Nawet, gdy udało mu się trafić na tropy, zwierzę zachowywało się inaczej niż te, do których przywykł w górach.

 

Bloki tekstu są za duże, brak dynamiki, którą tworzą akapity, dialogi.

 

Mam dziwne wrażenie, że bohater nie może być elfem i opowiadanie jest nielogiczne. Elf tolkienowski gardzi złotem, sapkowski bardziej ceni sobie zdobywanie dóbr niż kruszców. Hopla na punkcie złota ma jedynie człowiek i krasnolud. Elfy nie tak łatwo dają się też uwieść jakimś urokom. 

 

Język niezły, dobrze się dzięki niemu czytało.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Pierwsze powtórzenie “które” było celowe, ale potem rzeczywiście się przez przypadek namnożyły, gdy zamieniałam zdania miejscami.

Tolkienowi można by znowu zarzucić, że jego bohaterowie nie mogą być elfami, bo są przyjaźni ludziom. Fakt, że Eanvel nie jest bluszczowaty jeszcze mu elfickości nie odbiera. Tym bardziej, że to uwielbienie dla złota nie wzięło się znikąd.

A mnie się całkiem podobało. Również nieco doskwierał mi brak wyjaśnienia dla działań bohatera i sądzę, że trzeba by coś tu dodać, ale przyjęłam, że z jakichś powodów nie czuł przynależności do swojej grupy i postanowił szukać sobie miejsca w świecie. Podobało mi się, jak opisałaś zderzenie kultur, podobała mi się też determinacja bohatera – ok, może i nieracjonalna, ale wiem dobrze, że są tacy którzy tym bardziej są uparci, im bardziej mają pod górkę.  

Językowo można by jeszcze doszlifować, rzuciło mi się w oczy kilka powtórzeń. 

Spodobał mi się opis odmienności kulturowej koczownika w mieście, ale motywacja bohatera jest za słabo zarysowana – nie będę oryginalny w swojej opinii. Faktycznie, jest jeden akapit, w którym tłumaczysz:

Elf był pewien, że tutaj w końcu będzie mu się dobrze żyło. Bez strachu o jutro, zimna, niebezpiecznych polowań, z których każde mogło skończyć się śmiercią. Będzie chodził dumny i wyprostowany, a jednocześnie szanowany – tak, jak na to zasługiwał.

Zabrakło mi jednak kilku scenek uświadamiających czytelnikowi, czemu Eanvel tak myślał.

 

Ja zastanawiałem się również, dlaczego krasnoludy dały Eanvelowi pochodnie i prowiant, skoro opis ich kontaktu z elfem wskazuje raczej na chłodny przebieg spotkania : >.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Werwena, dzięki, doszlifować na pewno zawsze można – czasem czytam tekst naprawdę do znudzenia, a i tak zawsze się coś znajdzie. Nie wspominając już o rzeczach, których nie wyłapuję, bo dla mnie brzmią w porządku – a kogoś innego mogą razić.

Nevaz, pytanie, czemu tak myślał może być nawet nieco filozoficzne, bo da się sprowadzić do tego, czemu trawa po drugiej stronie jest zawsze bardziej zielona?

Faktycznie, nie zaznaczyłam dlaczego krasnoludy miałyby wspomóc elfa, ale – co tu kryć – dla mnie to oczywiste, że nawet jeśli ich stosunki były chłodne, to podróżnemu należy się pomoc. Że po prostu nie można goi zostawić ot tak, bez jedzenia czy innych zapasów. To już kwestia mentalności.

Nowa Fantastyka