- Opowiadanie: Herkus - Raróg

Raróg

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Raróg

 

 

 

 

W plecach leżącej pod dębem ofiary tkwiła strzała. Ardagastos rzucił zebrane drewno na ziemię, pokuśtykał w stronę trupa i wyciągnął zabójczy pocisk, upewniając się w ten sposób, że został on wykonany przez Scytów – widział taki grot już wiele razy. Obrócił zabitego na plecy i zamarł, ujrzawszy jego twarz.

Choć miała ona w sobie coś z ludzkiego oblicza, przywodziła na myśl raczej wilczy pysk. A może niedźwiedzi? Przypatrując się stworowi, przypomniał sobie polecenia naczelników plemienia.

Starszyzna surowo nakazywała, aby wszelkie niezwykłe przedmioty znalezione w lesie lub nad rzeką przynoszono do wioski. Było ich niemało, toteż przed oczy plemiennej społeczności często trafiały dziwne metalowe narzędzia, fantazyjne ozdoby i inne osobliwości, często o nieznanym zastosowaniu. Większość z nich przekazywano – zapewne pod przymusem – scytyjskim posłańcom, niezwykle tymi znaleziskami zainteresowanym. Ale podejrzewał, że nikt jeszcze nie przytargał do wioski takiej kreatury – ni to człowieka, ni zwierzęcia.

„Tylko czy ktokolwiek będzie mi w stanie wyjaśnić, co to za istota?”, przyszło mu na myśl. Zadumał się. Słyszał w życiu wiele dziwnych pogłosek dostarczanych do wsi przez wędrownych kupców. Znał opowieści o ludziach bez głowy, orłach z pyskiem lwa bądź całkiem ludzkich mieszkańcach dalekiej północy, gdzie noc i dzień rzekomo trwają po pół roku. Uważał, podobnie jak nieliczni co trzeźwiej myślący współplemieńcy, że prawdy w takim bajdurzeniu jest niewiele, za to przesady naprawdę sporo. Z drugiej strony, niegdyś w zimowe noce budziło go dobiegające z lasu wycie, którego nie dało się przypisać żadnemu znanemu stworzeniu. Toteż zdał sobie sprawę z tego, jak mało wie o otaczającym go świecie i nie próbował rozstrzygać, z czym ma do czynienia.

Nie było nad czym się zastanawiać. Powinien bezwzględnie dostarczyć martwe ciało do osady.

Kiedy przykucnął, aby podnieść trupa, usłyszał ptasi skrzek. Z wrażenia stracił równowagę i upadł na plecy. Ne zważając na ból w stopie, błyskawicznie wstał. Nad drzewami ujrzał kilka podobnych do sokołów drapieżników. Rozejrzał się na wszystkie strony, podejrzewając, że w leśnej gęstwinie przebywa ktoś, kto mógłby uznać jego zachowanie za niestosowne.

Słowianie nazywali ten gatunek ptaków przejętym od Scytów i lekko przy tym zniekształconym mianem raroga. Z nieznanych przyczyn najeźdźcy z południa otaczali skrzydlatych drapieżców niemal nabożną czcią i od pewnego czasu zmuszali do niej także podporządkowane sobie ludy. W osadzie jeszcze niedawno żył człowiek, który niegdyś zestrzelił taki żywy obiekt kultu, nie zdając sobie sprawy, że dopuszcza się straszliwej zbrodni. W akcie zemsty scytyjscy oprawcy odrąbali nieszczęśnikowi wszystkie palce u rąk.

Rarogi zniknęły gdzieś za drzewami, a wokół nie działo się nic niepokojącego, toteż chłopak mógł się zabrać do dźwigania truchła. Podniósł je, wyszedł z lasu i zaczął kuśtykać przez pole uprawne w stronę chaty. Zwłoki ważyły więcej niż ciało zwykłego dorosłego człowieka, ale Ardagastosowi to nie przeszkadzało.

Pomimo wrodzonego kalectwa – a może właśnie na przekór niemu – od dzieciństwa dbał o rozwój siły fizycznej, chcąc w ten sposób udowodnić swą przydatność dla plemienia. Nie będąc jeszcze w pełni dorosły, rozwinął tężyznę do tego stopnia, iż żaden z jego ziomków nie był w stanie dorównać młodemu kulawcowi, gdy chodziło o dźwiganie ciężarów.

Uszedł niespełna dwadzieścia kroków, gdy usłyszał, że ktoś za nim podąża. Obejrzał się i zobaczył zmierzającego nieśpiesznie w jego stronę scytyjskiego wojownika z łukiem w ręku. Przyspieszył kroku, czując ogarniający strach.

– Słowianinie! – Usłyszał krzyk obcego.

Zamiast spokojnie przemyśleć swoje położenie, starał się iść tak szybko, jak tylko pozwalały mu na to boląca stopa i niesione w rękach truchło.

– Słowianinie! – powtórzył przybysz. – Zatrzymaj się! Dlaczego próbujesz uciec? Przecież wiesz, że gdybym chciał cię zabić, uczyniłbym to z łatwością.

Nie sposób było nie przyznać mu racji. Chłopak przystanął, odwrócił się i spojrzał na Scytę, który podszedł do niego niemal na odległość ciosu mieczem.

Wojownik wyglądał na wiekowego, lecz zachowywał dumną, wyprostowaną postawę, a w jego głosie dało się słyszeć butę typową raczej dla młodych ludzi. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie osoby, której starość w ogóle nie przeszkadza w walce ani w łowach.

– Dobrze – powiedział – a teraz wysłuchaj mnie uważnie. Ale najpierw rzuć to ścierwo, bo jeszcze nasiąkniesz jego smrodem i twoi przesądni współplemieńcy zechcą cię wrzucić do Dniepru! – Zaniósł się śmiechem.

Ardagastos posłusznie położył znalezisko na ziemi. Wyprostował się i odruchowo skierował prawą rękę w stronę zaczepionego przy pasku topora. Wprawdzie przybysz raczej nie zamierzał sięgać po miecz, ale chłopak wolał zachować czujność. Zastanawiało go, że w lesie nie spostrzegł ani śladu obcego. Czyżby ten aż tak dobrze się ukrył?

– On do niczego ci się nie przyda – rzekł Scyta, wskazując na zwłoki. – Wasza starszyzna już kilkakrotnie widziała martwego Neura.

„Neura?”, zdziwił się młodzieniec.

– Wiem, że słyszeliście różne opowieści o tym narodzie i wielu z was, niewtajemniczonych, uważa je najczęściej za bajki. – Przybysz z pewnością dostrzegł malujące się na twarzy swojego rozmówcy zdumienie. – Część z nich to rzeczywiście kłamstwa – wiemy o tym, bo sami je rozpowszechnialiśmy. Nie jest prawdą, że mamy do czynienia ze zwykłymi ludźmi, tylko w czasie pełni zmieniającymi się w wilki. Takie brednie stworzyliśmy na użytek różnych głupców wierzących, że księżyc naprawdę zapewnia nieludzką moc jego obłąkanym wyznawcom. Nie chcieliśmy, aby ktoś się dowiedział, że Neurowie przyjmują taką niby-wilczą postać przez większą część roku i to wbrew swej woli. Teraz powiedz mi, Słowianinie, czy wiesz, które narody żyją na zachodzie?

– Na zachodzie We… Wenetowie mie… szkają – wydukał zapytany.

Ardagastos łatwo rozumiał całkiem podobny do narzecza Słowian język przybysza. Bał się za to nim posługiwać, bo widział już, jak próbujący tego pobratymcy zostali wyśmiani przez Scytów z powodu niestarannej wymowy.

Na szczęście obcy ani myślał chłopaka wyszydzać, gdyż tylko pokiwał głową.

– Zgadza się. Daleko stąd, za Dniestrem, żyje lud Wenetów. Możliwe, że kiedyś spotkałeś jego przedstawicieli albo chociaż kupców, którzy w tamtych stronach gościli. Ale ani jedni, ani drudzy nigdy ci nie zdradzą, że wenetyjskie plemiona dobrowolnie poddały się zwierzchnictwu takich właśnie stworów. – Spojrzał z pogardą na zwłoki.

– I dlatego… zabijacie i niszczycie ich? – Ośmielony spokojnym zachowaniem przybysza Słowianin poczuł niespodziewany przypływ odwagi. Jeszcze przed chwilą zadanie tak bezczelnego pytania nawet nie przyszłoby mu na myśl.

Wojownik bynajmniej nie wybuchnął gniewem, lecz spokojnie odparł:

– Owszem, zabijamy i niszczymy ich. – Uśmiechnął się przy tym lekko, najwyraźniej rozbawiony nieporadnie sformułowanym pytaniem. – Tak uczynimy z każdym, kto zechce posiąść wiedzę o ohydnym neuryjskim czarnoksięstwie i w ten sposób zostać sługą tych poczwar.

Ardagastos nigdy nie słyszał scytyjskiego słowa „poczwara”, domyślił się jednak, że oznacza ono coś odpychającego.

– Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego nasze języki są tak podobne, mimo że różnimy się niemal wszystkim? – Usłyszał nieoczekiwane pytanie.

Nawet nie próbował zgadywać. Po chwili poznał odpowiedź.

– Kiedyś, ponad dwa tysiące lat temu, stanowiliśmy jeden naród. Żyliśmy tam, gdzie obecnie znajdują się siedziby mojego ludu – nad morzem, do którego wpływa Dniepr. Zaczęły nam wówczas zagrażać obce plemiona dysponujące nadprzyrodzoną siłą, pozostałością po wymarłej przed wiekami rasie. Całkiem możliwe, że zniszczyła ona samą siebie. Wiedza, którą po niej zagadkowym sposobem odziedziczyli Neurowie, a która powinna była przepaść na zawsze, pozwala żyć przez wieki i zyskiwać zdolności nieosiągalne dla zwykłych śmiertelników. Ale jednocześnie uzależnia i zabija w używającym jej szaleńcu prawie wszystkie ludzkie przymioty, przemieniając go w istotę podobną bardziej zwierzęciu. – Ponownie skierował wzrok na truchło. – W obliczu zagrożenia nasi praszczurowie postanowili opuścić swe ziemie. Chcieli dotrzeć do każdego znanego zakątka świata, aby zetrzeć z powierzchni ziemi wszystkie ludy, które bezpowrotnie poddały się złowrogiej mocy. Albowiem ten przeżytek dawno upadłej cywilizacji należało obrócić wniwecz. Przyszłe pokolenia nie mogły go poznać, gdyż oznaczałoby to ich koniec!

Przerwał na chwilę, po czym spojrzał na młodzieńca, jakby z wyrzutem.

– Wy, Słowianie – kontynuował – już dawno zapomnieliście o przeszłości. Kiedyś stawaliście z innymi do walki, lecz gdy niebezpieczeństwo pozornie zniknęło, gdy stwierdziliście, że zło przestało wam zagrażać, porzuciliście wojenny szlak. Zajęliście się uprawą ziemi, zaczęliście wierzyć w nieistniejącą moc przyrody i uważać jak najbardziej prawdziwą historię za niedorzeczne klechdy. Nie chcieliście już przyłączyć się do nas, nawet gdy wojenna zawierucha omal was nie zniszczyła, więc postanowiliśmy was zmusić do posłuszeństwa.

– Zmusiliście nas, to prawda – odparł Ardagastos, zupełnie już nie czując strachu przed obcym. – Zmusiliście nas do tego, gdy kazaliście nam płacić trybut, kiedy kaleczyliście nas za najmniejsze przewinienia, za zabicie jakiegoś śmiesznego ptaka albo…

– Śmieszne, Słowianinie, jest to – Scyta niespodziewanie zapłonął gniewem – że wasze plemię oddaje cześć zwykłym drzewom, krzakom, a nawet kamieniom, wierząc w jakąś moc, której ani rośliny, ani skały wcale nie mają, a nie chce zrozumieć, że te ptaki są strażnikami tradycji sprzed wielu pokoleń i przewodnikami całego ludu scytyjskiego w walce z prastarym złem. Dlatego waszym wodzom trzeba było nakazać, aby oddawali rarogom należny szacunek… Wróć po zebrane drewno, a następnie pośpiesz do starszyzny – powiedział wojownik po chwili milczenia. – Powiedz im o poczwarze i przekaż, że czas pokoju minął. Wiem już, że Neurowie postanowili wyleźć ze swoich siedzib i zaatakować na wschodzie. Obserwowałem z wysoka ruchy ich hord i jestem pewien, że idą w waszą stronę. Ten, którego zabiłem, to zapewne tylko zwiadowca. Pamiętaj, że nie macie wyboru. Musicie z nimi walczyć! Nawet nie myślcie, że zechcieliby się podzielić z wami swoją tajemnicą, gdyż wiele ludów o tym niegdyś marzyło i wszystkie marnie skończyły. Oni potrzebują tylko waszej krwi. Może nie zapomnieliście o wydarzeniach sprzed dwustu lat, ale ja widziałem wtedy na własne oczy, jak te odczłowieczone stwory atakowały waszych przodków. Z jednej osady nie ocalał nikt… Ale nie bój się, tym razem wam pomożemy. Udam się czym prędzej do swoich i powiem im o nadciągającym zagrożeniu. Zapewne uda nam się przybyć jeszcze przed pierwszym uderzeniem z ich strony. No, idź już, nie zwlekaj.

Ardagastos ruszył w kierunku lasu. Szedł powoli, próbując uporządkować w głowie wszystko, co właśnie usłyszał. Nagle przystanął.

„Czy on naprawdę widział wojnę sprzed dwóch wieków?”, pomyślał z niedowierzaniem.

Obrócił się naprędce, lecz w miejscu, w którym odbyła się ich rozmowa, nikogo już nie dostrzegł. Odruchowo uniósł wzrok i ujrzał szybującego ku niebu drapieżnego ptaka.

Koniec

Komentarze

Początkowo za dużo słowa lub pochodnych od "dziwne", przy końcu akapitu z odrąbywaniem rąk brak kropki. Położył znalezisko na ziemię <– raczej napisałabym, że na ziemi. Masz w dialogu blisko siebie powtórzone "zmarłego", niestety na telefonie nie mogę cytować, to fragment przy odkładaniu truchła. Niepotrzebnie ostatnia wypowiedź "ptaka" jest rozbita na dwie jakby osobne. Poza tym dobrze napisane, historia zwarta, a choć to nie moja bajka, czytało mi się przyjemnie. Trochę łopatologii jest, ale chyba w miarę usprawiedliwionej fabularnie.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Scenka z zamierzchłej przeszłości, czyli jak sobie współcześni wyobrażają, że drzewiej być mogło.

Jeśli chodzi o wykonanie, Raróg prezentuje się nieźle, jednakowoż opisanie spotkania Słowianina i Scyty dzisiejszym językiem, moim zdaniem, odebrało tekstowi nieco wiarygodności, nie miałam wrażenia, że rzecz dzieje się przed wiekami. I pewnie dlatego odebrałam rzecz jak bajkę.

 

Uszedł nie­speł­na dwa­dzie­ścia kro­ków, gdy usły­szał, że ktoś wy­cho­dzi za nim z lasu. – Nie brzmi to najlepiej.

 

– Na za­cho­dzie We…We­ne­to­wie mie…szka­ją – wy­du­kał z sie­bie za­py­ta­ny.– Na za­cho­dzie We… We­ne­to­wie mie… szka­ją – wy­du­kał za­py­ta­ny.

Brak spacji po wielokropkach.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Raczej scenka niż cała historia. Dużo wyjaśniania świata, znacznie mniej wydarzeń. Ale napisane całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Spodobało mi się, że sięgnąłeś do historii, ale poza tym mam kilka poważnych zastrzeżeń – walisz łopatą jak szwagier w szerszenia. I chyba mniejszym problemem jest to, że Scyta/Raróg w mało naturalny sposób tłumaczy dzieje cywilizacji ludzkiej, ale raczej w jakich okolicznościach i komu. Gdyby na końcu okazało się, że chromy Słowianin jest wybrańcem, który zbawi planetę, byłoby trochę bardziej sztampowo, ale chociaż dialog miałby sens. A zwykły posłaniec? Dlaczego latający bohater wybiera sobie na posłańca takiego, który nie może biegać? Natomiast gdyby usunąć wypowiedzi Raroga, byłby to w zasadzie tekst o ciągnięciu – owszem, nietypowych – zwłok po ziemi. Sam przyznasz – szału nie ma ;). 

Warsztatowo nie było źle. Lubię teksty podparte znajomością historii i z chęcią sięgnę po twoje następne dzieło, proszę jednak, abyś postarał się, by wiedza historyczna wspierała fabułę, a nie zapadała się pod własnym ciężarem z braku tejże. Powodzenia i pozdrowienia ze Śródmieścia!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dziękuję za komentarze i zwrócenie uwagi na błędy.

Nevaz: Całe opisane tu spotkanie to zwykły przypadek, dlatego nie powiedziałbym, że Scyta “wybrał” młodego Słowianina do spełnienia jakiejś ważnej misji. On tylko polecił przekazać wiadomość o zbliżającym się niebezpieczeństwie (a jednocześnie podzielił się wiedzą o świecie), po czym udał się do Scytów, aby ci również przygotowali się do wojny. Traf chciał, że na zwłoki natknął się zwykły kaleka, ale przecież nawet on mógł przekazać zwykłe informację. Wszak nie dostał do wypełnienia misji ponad siły. Może odniosłeś wrażenie, że Ardagastos był wręcz predestynowany do dokonania jakiegoś przełomowego czynu. Niestety, nic takiego nie miało miejsca – to zwykła historyjka z (magicznej) zamierzchłej przeszłości, być może dla kogoś zbyt banalna, żeby warto było ją opisywać…

Rozumiem natomiast zarzut, że ratio informacji wobec akcji jest tu trochę za wysokie. Jak słusznie zostało zauważone, była to bardziej scenka niż opowiadanie. Starałem się w niej zamieścić urywek dawnych wydarzeń, a przy okazji ukazać ich tło. Oczywiście zdaję sobie teraz sprawę, że nie każdemu tak zabieg może przypaść do gustu, zwłaszcza że po opowiadaniu fantasy oczekuje się głownie wartkiej akcji właśnie.

Cieszy mnie za to, ze to nikt czytania tego szortu nie uznał za stratę czasu.

Pozdrawiam z dalekiej Chyloni.

Myślę, że takie oczekiwania dotyczą nie tylko fantasy. Jeżeli pozbawiasz czytelnika akcji, to w zamian powinieneś dać coś równie wciągającego.  

 

Od stycznia przenoszę się do przedalekiej Rumi ;D. Skończy się życie w metropolii.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Niewątpliwie przydałaby się ilustracja… Początek ciekawy i dynamiczny.  Wrócę jeszcze.

Pozdrówka.

Podobało mi się :)

Według mnie w tekście jest kilka nieścisłości historycznych:

  1. Scytowie żyli mniej więcej do IV w. n. e, przy czym jest to już schyłek ich istnienia, podczas gdy nazwa Słowianie po raz pierwszy pojawiła się w VI w. n. e. Podobnie Wenedowie, czyli germańska nazwa Słowian Zachodnich (również raczej nie wcześniej niż VI w. n. e., także tutaj czasowo się to nieco rozmija. Jeżeli założymy, że byli to jacyś “prasłowianie” to już prędzej, ale wówczas nazewnictwo mogłoby być inne.
  2. “Słowianin” – czyli ten który potrafi się posługiwać “słowem”, w odróżnieniu od “Niemca”, którzy słowa nie znał. Znowu… troszkę mierzi, dlaczego Scyta miałby używać nazwy słowiańskiej, skoro był obcy.
  3. Ardagastos – imię bardziej pasłowałoby do Greka niż Słowianina. Skąd taka nazwa?

Co do samego tekstu, to jak już przedpiścy wspomnieli, jest to trochę jak monolog mentora skierowany do ucznia, wyjaśniający powstanie świata. Trochę przydałoby się więcej akcji i niewiadomych wokół tego opleść.

 

Nowa Fantastyka