- Opowiadanie: agata_mat - Rycerze Światłości

Rycerze Światłości

Oceny

Rycerze Światłości

 

Ludzie boją się Sharr. Dlatego przybywają tak licznie. Nie z pobożności, lecz ze strachu. 

 Ulicami Badr Udin, wielkiego miasta na pustyni, przechodzili wierni. Zarówno biali z północy jak i ciemnoocy z południa przeciskali się między piaskowymi murami, by jako pierwsi stanąć pod Piramidą Słońca. Tego najgorętszego dnia roku, w święto Dnia Odrodzenia, zamknięto bramy dla kupców, a ich stragany zniszczono. Ciepłe powietrze mieszało się z wonią potu, uryny i krwi. Choć żołnierze maszerowali dachami budynków, ich czujne spojrzenia nie mogły uchwycić wszystkich bezeceństw. Stolica świata na kilka dni stała się chlewem, ochoczo przyjmującym chłopów, morderców i bezwstydne dziewki. Każdy wyznawca Wszechmogącego raz na dziesięć lat musiał odwiedzić miasto, by modlić się i otrzymać błogosławieństwo Ramiza – Najwyższego Kapłana, bożego proroka. Tych, którzy byli zbyt gnuśni i opieszali czekała wieczna męka w Sharr. Wierni słudzy mogli spodziewać się spokoju w Ogrodach Manzil. By się tam jednak dostać, nie wystarczyła pielgrzymka. 

 Ci, którzy po raz pierwszy odwiedzili Badr Udin stawali na palcach, by ponad głowami innych dostrzec wielką piramidę zamieszkałą przez wybrańca Wszechmogącego. Niektórzy z rozczarowaniem odkrywali, że jej złoty czubek nie przebija nieba. Inni ślepo w to wierzyli. Kapłani mówili, że właśnie tam wdrapuje się Ramiz, by rozmawiać z Bogiem. Zwykli śmiertelnicy ledwie zdołali wygiąć kark, by ujrzeć jej zwieńczenie. 

 Jęki i wrzaski słychać było w całym mieście. Leżących deptano, a tym, którzy wyciągali ręce, żołnierze odcinali dłonie. Ludzie napływali ze wszystkich stron świata. Śniadzi mężczyźni z trzech południowych księstw prowadzeni przez księcia Maura, najwierniejszego z poddanych. Silni, barczyści jasnoocy z Foldviku i Myre, którzy jeszcze niedawno opierali się władzy jedynego Boga oraz ich krzepkie, jasnowłose kobiety. Zimnokrwiści rzadko odbywali pielgrzymki. Ich wiara była jeszcze zbyt młoda. 

Przybyszów były tysiące. Wśród nich znaleźli się również Zielonopuszczanie, dawniej odprawiający pogańskie rytuały. Byli wielką radością w oczach Pana! 

 W połowie drogi na plac wierni zaczęli się zatrzymywać. Wpadali na siebie, chwytając się wszystkiego, co było w pobliżu, by móc utrzymać się na nogach. Wielu przepychało się na przód, nie bacząc na innych. Kapłani obserwujący pielgrzymów nie baczyli na żarliwców. Głęboka, silna wiara była chwałą dla człowieka. Swoimi pobłogosławionymi przez Prawdę oczyma wyłapywali prawdziwych grzeszników, bluźnierców wobec Pana. Rozkazywali żołnierzom wtrącać ich do więzień, by stamtąd trafili pod sąd kapłanów. Jeśli w drodze zginęli, nikt o nich nie pamiętał. 

 Pod piramidą brakowało miejsca. 

 Bardziej szaleni wyznawcy wdrapywali się na dachy, lecz stamtąd byli zrzucani przez dzierżących włócznie żołnierzy. 

 Za kilka minut Słońce stanie tuż nad Piramidą.

 Na jednym z jej ostatnich pięter Ramiz przygotowywał się do modłów. 

 Thabit nigdy nie widział jego twarzy, choć pełnił służbę w świątyni od dwudziestu lat. Stał na jednym z wyższych balkonów w towarzystwie równego mu stopniem akadyjskiego kapłana – łysego Tahmurasa o twarzy okrągłej jak Księżyc w pełni. Siedział w wyściełanym aksamitem fotelu, objadając się zielonymi owocami winorośli. Jego sługa stał obok trzymając w dłoniach srebrną tacę. 

 Thabit wolał nie dociekać jak taki człowiek wstąpił na ścieżkę kapłaństwa. Znał Kościół na tyle dobrze, by wiedzieć, że drogi jego sług nie zawsze są proste. Tahmuras był przebiegły, to wystarczyło. 

 Zerknął na niego spod cienkich, czarnych brwi. Może czasem zbyt przebiegły… 

 – Winogrona? – Uniósł do góry owoc i wrzucił go do ust. – Wyśmienite. 

 Na górze nie było słychać krzyków, ale dobrze wiedział, że ludzie zdzierają gardła, wrzeszcząc. Żołnierze dobrze wykonywali swoją pracę, ale nie widzieli wszystkiego. Jakże Bóg musi cierpieć widząc tyle łez i krwi przelanych w drodze do Niego! Thamid wierzył, że spogląda na tych wyznawców z miłością, nawet jeśli nie zdążyli wznieść swoich modłów u drzwi świątyni. Byli męczennikami. 

 Odmówił krótką modlitwę o spokój ich dusz. Bóg okazuje łaskę swym dzieciom. 

 Gdy Wszechmogący wysłuchiwał jego prośby, miejskie dzwony zabiły. 

 Miasto zamilkło w oczekiwaniu i słychać było jedynie mlaskanie Tahmurasa. 

 Słońce wzniosło się tuż nad piramidą i wszyscy wiedzieli, że na najwyższym balkonie stanął Ramiz. Thabit wyobrażał sobie, że unosi w górę ręce i błogosławi wiernych. Rozpoczęła się modlitwa. Miasto zatrzęsło się od głosów tysięcy ludzi wychwalających potęgę Pana i dziękujących za sprawiedliwe rządy Świątyni. Wszyscy wiedzieli, że ich umiłowany prorok spogląda na nich z góry, choć nikt go nie widział. Nikt prócz Ate Wojny i Korneliusza, Ate Wiary, bezpośredniego przełożonego Thabita. Obaj od lat mieli wyłączny dostęp do komnat proroka. Oni także przygotowywali go do święta Dnia Odrodzenia i czuwali nad jego bezpieczeństwem, choć Thabit nie miał pojęcia jak ktokolwiek mógłby dostać się na szczyt zamieszkałej przez wojowników fortecy. Kapłani  ghadir nade wszystko cenili bezpieczeństwo. Troska o dobro Najwyższego Kapłana była jednym z najważniejszych z ich zadań, kimkolwiek prorok by nie był. Mimo tylu lat posługi na najwyższych szczeblach Wiary czterdziestolatek nadal nie wiedział, co się dzieje, gdy Pan zabiera swego Ramiza do siebie. Podejrzewał – i uważał to za bardzo racjonalne wytłumaczenie – że zaraz po tym Bóg zsyła łaskę na innego ze swych wiernych sług i daje wskazówki kapłanom, by go odnaleźli. Bogaty mieszczanin czy pracowity chłop – każdy miał szansę zostać Najwyższym Kapłanem. 

 Wypowiadał wyuczone modlitwy, uciekając myślami na balkon kilka kondygnacji wyżej. Gdy pobierał nauki jako młodzieniec, uczono go, że prorok nie opuszcza swych komnat w strachu, by świat nie ogłosił go nowym bogiem. Za tę pokorę Thabit go kochał. 

 Ghadir było jedyną drogą mądrości i prawdy. Bał się myśleć, co stałoby się ze światem, gdyby dwieście lat temu pierwszy Najwyższy Kapłan nie pokonał fałszywych bogów i nie nawrócił trzech południowych królestw. Potem władcy innych krain uznawali zwierzchnictwo Kościoła, jednak wymagało to krwawych wojen. Ludzie z północy silnie tkwili w pogańskich obyczajach. Ostatnia bitwa miała miejsce piętnaście lat temu na Pryszczowej Górze, w królestwie wiecznej zimy, Foldwiku. Thabit był wtedy prostym kapłanem, ale słyszał pogłoski o strasznej rzezi – zimnokrwiści mordowali Wiarę z niebywałym okrucieństwem, lecz w końcu prawda okazała się skuteczniejsza od miecza. 

 Modlitwy trwały do zachodu Słońca. W tym czasie na balkonie pojawiali się słudzy z kolejnymi porcjami jedzenia i wina, których kapłan uprzejmie odmawiał. Nie godzi się jeść, kiedy pozostali wierni poszczą. Bycie sługą świątyni nie stawiało wyżej od chłopa. 

 Gdy niebo pociemniało, znowu uderzono w miejskie dzwony i święto dobiegło końca. Bogatsi pielgrzymi pozostawali w gospodach, reszta rozbijała obozowiska poza murami miasta albo wyruszała w drogę powrotną. Thabit obrócił się, obrzucając Akadyjczyka pogardliwym spojrzeniem i zniknął w świątyni. 

 Kapłani przechadzali się piaskowymi korytarzami, komentując wydarzenia dzisiejszego dnia. Tak jak i on nosili długie, białe szaty, zdobione przy brzegach złotymi nićmi. 

Krążyły pogłoski, że czciciel starej religii wywołał zamieszki tuż przed południem. 

 – Z pewnością to obywatel Pholainn – wypluł Tahmuras, wyczłapując z tarasu. Gestem dłoni odesłał młodziutkiego sługę. Podążał za nim spojrzeniem nim ten nie zniknął za rogiem. – Tam wszyscy są tacy… Pogańscy. 

 – Oni nie uważają się za pogan – odparł. – Należy im współczuć, bowiem nie znają Wszechmogącego. Nikt im o Nim nie opowiedział. 

 – Nie wpuszczają naszych kapłanów! – prychnął. – Jak mamy ich nawrócić, jeśli nie mieczem? 

 – Mieczem, którego ty byś nawet nie uniósł, Tahmurasie. Swoim mieczem chcesz ich nawracać? Trzeba dać im szansę – powtórzył po raz wtóry od wielu miesięcy. Ostatnimi czasy sporo myślał o zachodnim królestwie. Nie zamieszkiwali go głupcy. – Uważają nas za sektę. 

 – To, co mówisz to herezja..! – syknął, czerwieniąc się. 

 Akadyjczyk nie był kimś, komu warto się narażać i nawet Thabit zdawał sobie z tego sprawę. Krążyły pogłoski, że był spokrewniony z poprzednim Ramizem. O ile jednak tamten słynny był ze swej skromności i łaskawości, w szarych, wąskich oczach Tahmurasa dostrzec można było jedynie pragnienie pieniądza. Bywały dni, gdy zdawało się, iż kapłan wywyższa bogactwo ponad Boga. Mimo to po licznych hulankach i drobnomieszczańskich grzeszkach zawsze udawało mu się uczynić coś, co stawiało go w pozycji bogobojnego sługi Pana. Z pewnością pomagała mu w tym liczna siatka szpiegów, jaką Thabit nigdy nie będzie w stanie dysponować. Zbyt trudno zjednywał sobie ludzi. 

– Drogi Tahmuras ma rację. – Między nimi pojawił się potężny, jasnowłosy Myrijczyk. Jeden z niewielu kapłanów z północy. Poklepał Akadyjczyka po plecach. – Takie rozmowy mogą cię zgubić. 

 – Więc nie rozmawiajmy. 

 Kapłan przyglądał mu się w milczeniu, po czym rzekł: 

 – Ate Wiary wzywa cię do siebie. Może już słyszał o twoich herezjach…? 

 Thabit dawno temu zauważył, że ci którzy po latach nawrócili się na prawdziwą wiarę są bardziej żarliwi od wyznawców, którzy się w niej zrodzili. I bardziej niebezpieczni. W ich czynach nie ma logiki – jedynie ślepa wiara. 

 Dlatego to ty służysz Korneliuszowi, nie Enok – pomyślał, zmierzając ku komnatom przełożonego. 

 

 Piramidę Słońca wybudowano przed dwustu laty, a dawno zaschnięte ślady krwi i zapomniane kości budowniczych były dowodem na to, że świątynie stworzono pracą człowieka, a nie bluźnierczą magią. Thabit lubił wyobrażać sobie dni niewolników budzonych o świcie i ochoczo dźwigających piaskowe kamienie, po to by wybudować portal łączący ludzi z Najwyższym. Jakaż radość musiała rozkwitać w ich sercach! W tamtych czasach byliśmy bliżej Boga – pomyślał, maszerując żołnierskim krokiem korytarzami zajmowanymi przez urzędników Ate Wiary. Przez dwieście lat wykuwano w nich sceny przedstawiające żywoty czcigodnych kapłanów, wygrane bitwy i zdobyte szczerą wiarą ziemie. Ledwie przed kilkoma laty wstawiono kolorowe witraże, które w niezwykły sposób barwiły światło wpadające do korytarzy. Technikę tę odkryto u, wydawałoby się dzikich, ludów północy. Thabit już dawno nauczył się, że błędem jest ocenianie po pozorach. Był zdania, iż w każdym człowieku tkwi dobro – trzeba jedynie odkryć sposób, by je z niego wyciągnąć. Winą miłosiernego było nieodkrycie szlachetności. On był zawsze największym grzesznikiem. 

 Skinął młodym kapłanom pospiesznie przechadzającym się pod drzwiami komnaty Korneliusza. Byli nadzieją Wiary, choć czasem zbyt lekkomyślną i, przykro było Thabitowi o tym myśleć, niezdarną. Niemal ulitował się nad chuderlawym chłopcem zbierającym z podłogi porozrzucane pergaminy, jednak opamiętał się w ostatniej chwili, pozostawiając dziecko w dobrze znanym młodzikom upokorzeniu. 

 Zastukał i zaskoczony otworzył drzwi, słysząc donośne “wejść!” ate. Korneliusz zazwyczaj zwlekał z przyjmowaniem gości. Tym razem musiało chodzić o coś poważnego.

 Jego komnata przypominała jego samego. Choć obszerna, upchane wszędzie książki i graty nie pozostawiały wiele miejsca do przebywania. Thabit zasiadł w wyściełanym czarnym aksamitem fotelu, czekając aż przełożony skończy zapisywać stronicę archiwum. Ate zdawali potomnym relację z każdego podniosłego wydarzenia. Korneliusz Scorpius robił to nadzwyczaj pieczołowicie. Był najwytrwalszym filarem wiary, którą podpierał fundament Ramiza. Osiemdziesięcioletni starzec bezczelnie odwracał się plecami do niecierpliwej śmierci. Chorowity i zgarbiony, ledwie poruszał wykrzywionymi kośćmi, ale pamięć miał jak za swych najlepszych czasów! Co dzień skrzętnie notował coś w swoich drogocennych księgach, nielicznym skrybom zezwalając na nanoszenie poprawek. Ostatnimi czasy nadzorował nawet pracę służek, skupiając swój wielki umysł na pozostawionym na półkach kurzu. Thabitowi ciężko było uwierzyć, że dostojny, choć zrzędliwy, starzec był kiedyś generałem wojsk Ramiza. Dla żołnierzy walczących w imię ghadir był legendą. 

 W dzieciństwie nawet on słyszał o wyczynach Czarnego Smoka. 

 Mężczyzna siedzący przed nim w ogóle go nie przypominał, choć nadal wszyscy drżeli przed spojrzeniem jego ciemnobrązowych oczu. Podobno niosło z sobą śmierć. 

 Thabit rzadko ryzykował, dlatego uparcie wpatrywał się w brodawkę na nosie starca, gdy ten odłożył pióro i spytał: 

– Co myślisz o uroczystości? – Gdy otwierał usta, w powietrzu zawsze dało się wyczuć zapach stęchlizny. I zgniłych pomarańczy. 

– Przybyło więcej wiernych niż w zeszłym roku. Moc Boża jest wielka. – Korneliusz nie był kimś, kto wzywał prostego kapłana, by spytać go o wrażenia po święcie. Każdy inny powiedziałby mu to samo, co Thabit. Jeśli przełożony chciał się z nim spotkać, powód mógł być tylko jeden. Thabit powinien czym prędzej pakować suszone daktyle i ostrzyć miecz.

 Wyprostował się, naprężając mięśnie ramion i odważył się spojrzeć ate w oczy. Wąskie, ciemne i przenikliwe aż do szpiku kości. Thabit poczuł, że ktoś wyrywa z niego jego duszę. Trwało to jednak krótką chwilę, a błogie uczucie napływające zaraz po tym sprawiło, że szybko zapomniał o niepokoju. 

 Korneliusz Scorpius był synem stryjecznego pradziada księcia Maura. Wychowywano go na dworze, kształcąc na kapłana, jednak – jak głosiły plotki – młodemu Korneliuszowi ani w głowie były modlitwy. Więcej czasu spędzał przemierzając konno pustynię niż pochylając głowę przed obliczem Wszchmogącego. Mówiono, że bratał się z poganami, a jego najbliższymi towarzyszami byli młodzi wojskowi rekruci. To z nimi ostatecznie wyruszył na wojnę. Nie myślał o prawdzie i wierze, lecz o walce. Był żądny krwi. Podobno szalony. A z pewnością wyjątkowo okrutny. Nosił czarną zbroję, a gdy udało mu się zagonić gromadę ludzi w jedno miejsce, rozkazywał żołnierzom palić ich żywcem. Lubił ogień. W końcu był smokiem. 

 Co sprawiło, że nagle stał się najwierniejszym sługą Ramiza? Starość? 

 Czy powinno go to interesować? 

 Zamrugał, odganiając obraz młodego ate i spytał:

– Kto tym razem? – Z jego twarzy zniknęły wszelkie emocje. Były zbędne, gdy Bóg wzywał na służbę. 

 Światło przebijające się przez witraże zniknęło. Strzegący tarasu uczniowie zamknęli drzwi i wyszli na korytarz, uciekając przed burzowymi chmurami. Koczujących w namiotach pod bramami miasta czekał ciężka noc. Takie burze kończyły się zazwyczaj dopiero nazajutrz, a zdarzało się, że trwały nawet trzy dni. Ta jednak nie była aż tak mordercza. Thabit wyczuwał jej zapach. Przynosiła oczyszczenie. 

 Z gardła ate wydobyło się chorobliwe charczenie. 

 Odchrząknął. 

– Ramiz dostrzegł wielkie niebezpieczeństwo w Shabhaw, w kraju Maura – wyjawił. –  Po raz kolejny zaufał twym niezwykłym umiejętnościom. 

– Kiedy mam wyruszyć? 

– Natychmiast. Dobrze wiesz, że Ramiz nie lubi czekać. 

– Nigdy nie dałem mu powodu… – Robił to od lat, a Ramiz ani razu nie wyraził swojej wdzięczności. 

– Wiem, synu. – Położył mu dłoń na ramieniu. – To wyjątkowy przypadek. Choroba przebudziła się w ciele dorosłego, silnego mężczyzny i bardzo szybko się rozprzestrzenia. Jakakolwiek zwłoka może sprowadzić na nas niebezpieczeństwo, a na naszych braci w Shabhaw nawet śmierć. Dzięki niech będą Bogu, że miasto położone jest tak niedaleko..! Wyruszysz po zmroku. Sam. 

– Masz dla mnie szczególne wskazówki, Wyższy? 

– Modlitwa zaprowadzi cię do celu. – To Thabit akurat wiedział. Dlaczego ostatnimi czasy stał się taki zgorzkniały? Nie chciał drwić ze słów ate… Podróż dobrze mu zrobi. Odpocznie od skarzonych chorobą ambicji murów świątyni. 

– Mogę prosić o błogosławieństwo..? – Nieśmiało spojrzał w brązowe oczy mężczyzny. Ate ociężale skinął głową. 

– Klęknij – rozkazał. 

 Thabit uderzył kolanami w zakurzoną mozaikę i pochylił głowę.

Błogosławieństwo Korneliusza zawsze wybawiało go od śmierci. 

Koniec

Komentarze

Czytam twoje opowiadanie jak rzadko na telefonie i nie mogę zacytować paru błędów, więc ogólnikowo: trochę brakujących przecinków w zdaniach złożonych, blisko masz powtórzone słowo baczenie, być, ale poza tym całkiem nieźle jest to napisane. Tyle że to jakby sam zarys świata, nic się praktycznie nie wydarzyło, a kwestia tłumu w mieście na moje oko została niewykorzystana. Ogólnie odbiór na plus, tylko czy to dopiero początek jakiejś historii?

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Bardzo mi się podobało, szkoda, że to tylko fragment. Czekam na więcej. Dobrze napisane, ciekawe postaci, konstrukcja dopracowana na poziomie akapitow, dobrze zbudowana atmosfera i przedstawiony świat.

Ja też bym przeczytała dalszą część :)

Nowa Fantastyka