- Opowiadanie: elvis_king - Pył

Pył

Aleuryt – nie ukrywam, że gdy dostałem hasło nie było mi łatwo. Robiłem nawet spore poszukiwania z zakresu geologii i inspiracji żadnej. Zrobiłem więc jednym z głównych bohaterów tego tekstu pył – jedną ze skał frakcji aleurytowej a w tekście pojawiają się jeszcze gościnnie dwie inne – muł i mułowiec.

KPiach – dzięki za małą inspirację.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Pył

Szedł w kombinezonie, z hełmem pod pachą. Chyba wszyscy mieszkańcy strzelistej wieży, która była ich domem od czterech pokoleń, wyszli tworząc szpaler wzdłuż drogi, którą kroczył. Ten rytuał powtarzał się każdego tygodnia. Nienawidził go coraz bardziej. Tak jak świata za olbrzymią śluzą, w której miał zaraz stanąć. Tuż przed nią zatrzymało go trzech nestorów. Nie byli to najstarsi mieszkańcy bazy jak nakazywał obyczaj, ale najbardziej rozumni z jeszcze żyjących. Zaczynało się najgorsze…

– Obyś dostrzegł żółtą tarczę na wschodzie – powiedział pierwszy.

– Która zwiastuje wielką radość – dodał kolejny.

– Wyzwolenie z mroku, który ogarnął ziemię – kontynuował trzeci.

– Bądź błogosławiony strażniku poranka – zakończyli wszyscy trzej wyciągając ręce, by wspólnie nałożyć hełm.

Kiedy poczuł ich dotyk zaczęło mu się zbierać na mdłości. Czego oni tam szukają, czego ciągle chcą? I po co? Na zewnątrz była tylko szarość, pył, wiatr i mróz. Nic więcej. I nigdy już nie będzie. Żeby przestać o tym myśleć sprawdził wszystkie systemy kosmicznego skafandra. Kolejne kontrolki zaświeciły się na zielono wskazując pełen zapas tlenu i energii. Na zewnątrz będzie przebywać najwyżej pięć godzin, zbierając próbki i poszukując słońca. Jednak bez tej osłony na pokrytej grubą warstwą pyłu planecie, w atmosferze ubogiej w tlen, przeżyłby najwyżej kilka minut.

Wszedł przez pierwsze wrota śluzy, które z lekkim sykiem zamknęły się za nim. Gdy robił to pierwszy raz odwracał się i machał do stojących za wielką szybą ludzi. Tych, co wierzyli w słońce. On już dawno przestał rozumieć sens tych cotygodniowych wypraw na zewnątrz. To tylko rytuał, pozbawiony jakiegokolwiek znaczenia. Rytuał dla którego co tydzień ktoś, najczęściej on sam, ryzykował życie wychodząc na zewnątrz.

Przeszedł dalej. Kolejna brama zamknęła się za nim. Tym razem były to grube metalowe wrota, pokryte ołowiem. Znalazł się pomiędzy parą identycznych ruchomych ścian oddzielających jego dom od reszty świata. Od ciemnej, zimnej szarości. Od wszędobylskiego pyłu. Stanął przy pulpicie kontrolnym, który miał jedynie dwa przyciski. Odetchnął głęboko. Osiemdziesiąty drugi raz w życiu wcisnął zieloną kontrolkę. Podłoga lekko zadrżała gdy wielkie drzwi otworzyły się przed nim. Ujrzał bezkresna szarość.

Zdalnie sterowane buldożery wykonały swoje zadanie i przygotowały mu wyjście. Przekraczał granicę między dwoma światami. Z tyłu zostawiał bezpieczną przestrzeń ogrzewaną ciepłem atomowego stosu ukrytego w podziemiach. Na zewnątrz panowała wieczna zima i królował pył. Cztery pokolenia temu grunt w tym miejscu znajdował się ponad pięćdziesiąt metrów niżej. Jednak wtedy świat zapłonął.

Najpierw w planetę uderzył meteoryt. Odebrał światło i nakłonił ludzi do budowy habitatów – bezpiecznych ekosystemów wymyślonych na potrzeby wypraw kosmicznych. Oczywiście miało się tam znaleźć miejsce przede wszystkim dla najpotrzebniejszych osób, znalazło dla najważniejszych i najbogatszych. Później okazało się, że ta apokalipsa to zbyt mało. Ludzie zafundowali sobie kolejną walcząc o pozostałe na planecie zasoby. Szare od pyłu niebo przecięły smugi międzykontynentalnych rakiet. I wtedy planeta znowu zapłonęła. Zima miała trwać dwa lub trzy lata. Trwać będzie chyba zawsze.

Zrobił krok do przodu. Twardy beton pod nogami skończył się. Przed nim był tylko pył. Gruba w tym miejscu na kilkadziesiąt metrów warstwa pyłu. Budowniczowie schronów pewnie tego nie przewidzieli, ale miasta wyłapywały najwięcej gnanego wiatrem pyłu, zatrzymując go w gigantycznych wydmach. Mieli szczęście ponieważ ich baza wystawała nadal wysoko ponad poziom sypkiego gruntu. Jednak większość budynków miasta zniknęła lub pozostawiła po sobie jedynie wystające z miałkiej warstwy osadów kikuty. Pewnie głęboko pod nimi zaczyna ona już twardnieć tworząc nieprzepuszczalną warstwę odcinającą ich od dawnego świata. Muł i pył przemieniły się w mułowiec – skałę rozgraniczającą światy.

Pierwsze kroki na pyle były zawsze trudne. Do tego radosny świergot licznika Geigera-Müllera wdzierał się do środka jego głowy wzmagając nienawiść do mrocznej szarości. Choć dziś było jakby trochę jaśniej. Spojrzał w górę. Tam miało się pojawić słońce – poranek nowej ery, gdy będą mogli znowu żyć na zewnątrz. Poranek, którego on miał szukać, którego szczerze nienawidził.

Nacisnął przycisk rejestratora.

– Widoczność od piętnastu do trzydziestu metrów. Wiatr około dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Temperatura dwanaście stopni poniżej zera. Wilgotność nieoznaczalna. – Zrobił chwilę przerwy.

– Słońca nie widać – zakończył ironicznym tonem.

Po stu metrach w szarości i pyle, który miał pod sobą i wokół siebie po raz pierwszy zdjął plecak i ustawił na podłożu małą radiolatarnię. Nić Ariadny. Tylko tak mógł odnaleźć drogę do domu, do swojego świata. Będzie tak robił co każde sto metrów. Przy okazji Nić kontrolowała czy wypełniał swoje zadanie. Miał spędzić w szarym pyle około czterech godzin. W tym czasie powinien przejść co najmniej kilka kilometrów wokół bazy.

Po godzinie miał już dosyć, ciało zaczęło odczuwać zmęczenie. Chodził po miałkich wydmach, szarpany podmuchami wiatru, zsuwając się co kawałek. Zdawało mu się, że wszędobylski pył przedarł się przez filtry kombinezonu. Zaschło mu w ustach. Miał dość.

I znowu włączył rejestrator.

– Szaro, szaro i szaro. To pieprzone szare piekło. – W głosie miał wściekłość pomieszaną z rezygnacją.

Wyłączył urządzenie i ruszył trawersem olbrzymiej wydmy, która przechodziła nad dachem jakiegoś budynku. Przez chwilę poczuł pod nogami pewniejszy grunt. Do grzbietu miał jedynie kilka metrów. Ustawił kolejną radiolatarnię i ruszył wyżej. Gdy spojrzał w dół zobaczył czerwony błysk. Najpierw pomyślał, że to złudzenie, ale po pięciu sekundach błysk powtórzył się. I po kolejnych. Ruszył w jego stronę. Rozsądek nakazywał ostrożność, ale prawie biegł. O mało się przy tym nie stoczył. Tam muszą być ludzie, inni ludzie.

Gdy dotarł do źródła światła nikogo jednak nie było. Po kilku chwilach dostrzegł wyłaniającą się z szarej zamieci postać. Tak – człowiek. Obcy uniósł rękę w geście powitania. Podszedł spokojnie. Pokazywał na migi, że chce go gdzieś zaprowadzić. Strażnik ruszył więc za nim.

Po chwili dotarli do niewielkiego, hermetycznego namiotu, który stał kilkanaście metrów dalej. W szarości kulisty kształt był niemalże niewidoczny. Aby do niego wejść musiał przeciskać się niemalże po kolanach. W środku obcy ściągnął hełm pokazując, że i jego gość może rozhermetyzować kombinezon.

– Nie musisz się martwić – powiedział z ekscytacją – mamy tu system filtrów i ogrzewanie. Spokojnie możemy w nim mieszkać przez kilka dni. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że w końcu znalazłem jakiś habitat. Wiedzieliśmy, że gdzieś tu musicie być. Tu budowano najwięcej baz zaraz po katastrofie. Tylko nie wiedzieliśmy jak was znaleźć.

– Wychodzimy na zewnątrz raz w tygodniu…

– No i całe szczęście. Słuchaj musisz mnie zaprowadzić do waszych. Pył ustępuje. Cztery miesiące temu po raz pierwszy dostrzeżono słońce. Niecałe trzy tysiące kilometrów stąd. W bazie na górze Ararat. Zaraz pokażę tobie zdjęcia – kontynuował takim tonem jakby miał przekazać najradośniejszą wiadomość życia – popatrz tutaj. – I wskazał na kilka fotografii przyklejonych do ściany namiotu. Przedstawiały kulisty, żółtawy kształt wydobywający się z szarości. Na ten widok serce gościa zabiło mocniej. Znowu poczuł mdłości. I ten ciężar jakby cały świat postanowił zawalić się na niego.

– Prawda, że inspirujące… – kontynuował – w tym tempie za dwa lub trzy lata będziemy próbować pierwszej wegetacji roślin. Kurczę… zbieramy wszystkich ocalałych. Jak się cieszę, że i was znaleźliśmy. Tu u was według naszych ustaleń słońce pojawi się gdzieś za pięćdziesiąt lat.

– Mnie już wtedy nie będzie.

– No właśnie. Zobacz jakie masz szczęście. Pokaż mi na mapie gdzie was szukać, to sprowadzimy grupę transportową. Tu pewnie warstwa pyłu ma co najmniej czterdzieści metrów.

– Pięćdziesiąt dwa – odparł przez ściśnięte gardło.

– No właśnie więc to trochę potrwa – mówił odwracając się plecami do niego – Warszawa, prawda? Mamy tu gdzieś plany miast.

Gdy pochylił się nad jedną z toreb rozległ się cichy szczęk odciąganego kurka. Strzał był jeden, lecz zabójczo skuteczny. Pistolet miał teoretycznie bronić strażnika poranka przed ewentualnym niebezpieczeństwem. Wszyscy wiedzieli do czego jednak najczęściej służył. W wypadku awarii skafandra lub zagubienia się w terenie pechowiec miał szansę skrócić swoje cierpienia.

– Przykro mi przyjacielu, ale nie zniszczysz mojego życia – powiedział jakby martwe ciało u jego stóp mogło go usłyszeć.

Założył hełm. Wszystkie diody zaświeciły na zielono. Wyciągnął nóż. Sprawnie rozciął namiot. Wytoczył z niego ciało i pchnął w pył. Nie zamierzał nic zakopywać. W kilka godzin zniknie pod cienką warstwą przerzucanych przez wiatr drobin. Nikt nie znajdzie nawet śladu. Wracając przewrócił jeszcze błyskające światło. Ten jeden raz niech szary pył będzie jego sprzymierzeńcem.

W drodze powrotnej niewiele myślał, choć szarość już go tak nie drażniła. Zaraz dotrze do domu. I pewnie na jakiś czas nie będzie wychodzić na zewnątrz. Dowódcy wystraszą się, że popadł w depresję i zaczął bawić się bronią. Co kilka miesięcy tracili jakiegoś strażnika – to była cena jaką słońce kazało sobie płacić za powrót. Jednak nie wracało – nie miało wracać. Stanął przed bramą bazy. Przed wejściem do swojego świata. Spojrzał w górę. Kiedyś ten budynek górował nad milionowym miastem. Dziś był jedynie nikłym jego śladem. I niemalże nikt nie pamiętał jego nazwy. Kiedyś przez przypadek wyczytał ją zapisaną na tabliczce w którymś z korytarzy. Pałac… Pałac Kultury i Nauki, zapadło mu w pamięć. Dla niego to jednak dom. I nikt tego nie zmieni.

Koniec

Komentarze

Przyznam – hasło miałeś trudne i zrobiłeś co mogłeś, by jakoś umieścić w centrum akcji ten aleuryt, choć mnie za bardzo nie przekonałeś…

Przede wszystkim, szwankuje mi wiarygodność tekstu – sam przyznajesz (a raczej bohater, mówiąc o rytuale), że ekspedycja jest bez sensu. A następnie, że ci zwiadowcy giną, że otrzymują nabój na ukrócenie swoich mąk, a wszystko w imię niczego…

Społeczeństwo wydaje mi się inteligentne, skoro bohater potrafi obsługiwać kombinezon, orientuje się w jego funkcjach, jednak “mędrcy” i “gapie” prezentują jakieś zaściankowe podejście…

No i nie wiem – oni w końcu chcieli ujrzeć to słońce, czy nie? Dlaczego bohater zabił kolesia z namiotu? To wszystko ze strachu przed nieznanym?

 

Plus za końcówkę (fajny akcent z tym pałacem ;) ), wizję świata oraz podjęcie rękawicy pomimo niesprzyjającego losowania :)

 

Tyle ode mnie, na koniec kilka wątpliwości:

Chyba wszyscy mieszkańcy strzelistej wieży, która była ich domem od czterech pokoleń, wylegli na jego drogę.

Być może czegoś nie rozumiem, ale w jaki sposób ta droga była “jego”? Miałeś na myśli, że “zaszli mu drogę”?

Tuż przed nią zatrzymało go trzech starców. Nie byli to najstarsi mieszkańcy bazy, ale najbardziej rozumni z żyjących staruszków.

Trochę postarzałem się, czytając ten fragment XD Nie trzeba tyle razy powtarzać tej samej informacji

Kiedy poczuł ich dotyk wokół siebie zaczęło mu się zbierać na mdłości.

?

Trwać będzie chyba na zawsze.

Wystarczy “zawsze”. Albo: “już zawsze”.

To tego radosny świergot licznika Geigera-Müllera wdzierał się do środka jego głowy wzmagając nienawiść

“Do tego”?

Zdawało mu się, że wszędobylski pył przedarł się filtry kombinezonu.

“Przez filtry”?

Pył ustępuję.

"ustępuje”

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki – poprawki już naniesione.

Co do społeczeństwa to cóż – bywa rozumne i nie. Chciałem pokazać, być może trzeba było ten wątek rozszerzyć, że takie oczekiwanie jak w tym wypadku na słońce stać się może quasi-religią takiego zamkniętego społeczeństwa. Bohater natomiast uważa, że poszukiwanie słońca nie ma sensu. Skoncentrować się należy na tym by żyć w swoim życiem a nie marzeniami o ujrzeniu słońca.

Przygnębiające. Ale mnie się ten motyw spodobał – zachowanie status quo za wszelką cenę, nawet za cenę odrzucenia lepszej przyszłości.

Mam tylko jedną wątpliwość – muł jest to połączenie pyłu i wody, a więc ciężko byłoby z nawianiem go wokół Pałacu. No i na stworzenie mułowca z mułu potrzeba: a) znacznie więcej czasu niż cztery pokolenia, b) całkiem innych warunków fizycznych (ciśnienie i temperatura).

Dobre yes!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Sam pomysł przypadł mi do gustu, Elvisie ;)

Mogłeś się jedynie pokusić o lepsze zarysowanie społeczeństwa, ukazanie tego konfliktu między bohaterem (i ludźmi podzielającymi jego poglądy) a starszyzną, która rządzi osiedlem.

Szczególnie, że do limitu trochę znaków zostało ;)

Słowem – nie wykorzystałeś potencjału, moim zdaniem.

 

Trzym się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki za opinie – co do mułu to wyobraziłem sobie, że na początku katastrofy było dużo wilgoci/opadów. Powstawał więc muł. Dopiero później gdy było coraz mniej wody pojawił się pył. Co do petryfikacji tychże rzeczywiście nie skorzystałem z porad geologa, ale też wyobraziłem sobie, że po jednej i drugiej katastrofie panowały rzeczywiście różne ekstremalne warunki.

A w kwestii niewykorzystania potencjału tego pomysłu to pewnie jest tu wiele racji – pisałem niestety na ostatnią chwilę ;-)

Fajnie, że nie musiałam się głowić, które hasło Ci przypadło i od razu wiedziałam o czym jest opowiadanie. Czytało się całkiem nieźle, choć to historia szalenie przygnębiająca i tylko muszę wyznać, że nie rozumiem celu cotygodniowych wypraw strażników. Naprawdę sądzili, że w ciągu siedmiu dni coś się nagle zmieni? Twoja wzmianka w komentarzu, że to mógł być rytuał religijny, niestety, nie przekonuje mnie.

 

Szedł w swoim kom­bi­ne­zo­nie, z heł­mem pod pachą. – Zbędny zaimek. Czy zdarzało się, że chadzał w cudzym kombinezonie?

 

Tuż przed nią za­trzy­ma­ło go trzech star­ców. Nie byli to naj­star­si miesz­kań­cy bazy… – Może: Tuż przed nią za­trzy­ma­ło go trzech nestorów. Nie byli to naj­star­si miesz­kań­cy bazy

 

wiel­kie drzwi otwo­rzy­ły się przed nim. Roz­war­ła się przed nim wiel­ka sza­rość. – Powtórzenie. Szarość nie rozwarła się, rozwarły się drzwi. Szarość mogła się rozpostrzeć/ ukazać się/ pojawić się.

Proponuję: …wiel­kie drzwi otwo­rzy­ły się i ujrzał przed sobą wiel­ką sza­rość.

 

Pierw­sze kroki na pyle były za­wsze trud­ne. – Czy kroczenie na pyle było w ogóle możliwe? Czy idący nie powinien się zapadać?

 

O mało nie sto­czył się w dół. – Masło maślane. Czy mógł stoczyć się w górę?

 

Tam muszą być lu­dzie, inni lu­dzie. Gdy do­tarł do źró­dła świa­tła ni­ko­go tam nie było. – Powtórzenie.

 

Gdy po­chy­lił się nad jedna z toreb… – Literówka.

 

I pew­nie na jakiś czas nie bę­dzie wy­cho­dzić na ze­wnątrz. I pew­nie przez jakiś czas nie bę­dzie wy­cho­dzić na ze­wnątrz.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobał mi się klimat opowiadania. Trochę skojarzył mi się z Fiaskiem Lema. Zachowanie bohatera w pierwszej chwili zaskoczyło, ale w sumie dobrze wpasowuje się w cały tekst. Jeśli chodzi o pewną szkicowość fabuły, nie zgadzam się z CountPrimagenem, że nie wykorzystałeś potencjału. Ja akurat lubię kiedy autor się za bardzo ze swoimi pomysłami nie rozpycha i zostawia czytelnikowi trochę miejsca :P

Najmniej przekonał mnie pomysł szukania słońca – skoro miasto wystawało poza poziom sypkiego gruntu to szukanie słońca wśród pyłu na niżej położonych terenach wydaje się być raczej dziwne, szczególnie na piechotę… Bardziej przekonujące byłoby szukanie innych habitatów. Ale to oczywiście tylko moje zdanie ;) Plus za wątek polski.

 

Drobiazgi:

 

Przedstawiały kulisty, żółtawy kształt wydobywający się [+z] szarości. Na ten widok serce gościa zabiło mocniej. Znowu poczuł mdłości. I ten ciężar jakby cały świat postanowił zawalić się na niego[+.]

 

W paru miejscach brakuje też przecinków.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Dzięki Reg i Pierożku – poprawki naniesione. Brakujących przecinków nie znajdę i jestem zawsze pełen podziwu dla osób, które to potrafią. Dodam od razu, że nie traktuję tego jako uniwersalnego wytłumaczenia – staram się poprawić, jednak moje wysiłki nie przynoszą spodziewanych efektów.

Siedem dni odnosi się do historii Noego i ma potwierdzać religijny wymiar owego wychodzenia. Zresztą wynika też to z tego, że spodziewano się, przynajmniej na początku, rychłego ustąpienia pyłu.

Pogłębiony watek religijny planowałem, jednak nie starczyło mi czasu na jego rozwinięcie.

W pyle oczywiście można się zapadać – tak jak w kopnym śniegu. Są jednak sposoby by radzić sobie w takich sytuacjach.

Hej, teraz już odłożyliśmy długopisy i nie poprawiamy tekstów.

Hasło dostałeś wredne, ale wyszedłeś całkiem nieźle. Sam pomysł mi się spodobał. Tylko końcówka. No, dlaczego on tak? Jak tak można?

Przecinkologia faktycznie Ci kuleje.

wyszli tworząc szpaler wzdłuż drogi

Przecinek po “wyszli”. Zawsze w zdaniach złożonych z imiesłowem współczesnym. Btw, taka konstrukcja zakłada jednoczesność zdarzeń. Ludzie nie mogli jednocześnie wyjść i utworzyć szpaleru.

Zobacz jakie masz szczęście. Pokaż mi na mapie gdzie was szukać, to sprowadzimy grupę transportową.

Przecinki po “zobacz” i “mapie”. Zasadniczo – jeśli masz w zdaniu dwa czasowniki, to potrzebujesz dobrego powodu, żeby nie oddzielać ich przecinkiem.

Babska logika rządzi!

Skąd wiedziałaś, że piszę moje teksty długopisem? Czuje się inwigilowany. Co do meritum trudno się czasem powstrzymać od małej edytki gdy ktoś wskazuje ci błędy. Czy przed "gdy" powinien być przecinek?

Śpij spokojnie, wielki brat czuwa. ;-)

Wiem, że trudno się powstrzymać.

Tak, tam powinien być przecinek. Oby tak dalej! :-)

Babska logika rządzi!

Pomysł całkiem-całkiem (chociaż ostatnio mam fazę na lżejsze treści z happy endem), ale czytało mi się trochę ciężko. A wszystko przez wszechobecny pył. Strasznie go dużo w tekście, tak jak i szarości.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

G

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Zaraz pokażę tobie zdjęcia – kontynuował takim tonem jakby miał przekazać najradośniejszą wiadomość życia.

Takie drobne zgrzytnięcie. Powinno być ci albo w ogóle nic. Mam lekką obsesję na punkcie zaimków i oczy mnie bolą, gdy zamiast ci widzę tobie, czy twój zamiast swój. Szczególnie widać to w reklamach albo poradnikach. No ale to takie małe spostrzeżenie.

 

Ogólnie opowiadanie podobało mi się. Tylko nie wiem czy na moją ocenę nie zaważył konkurs – świetnie poradziłeś sobie z otrzymanym hasłem. Nie było nudno. Szkoda że tak krótko, ale rozumiem, że deadline gonił. Gdybyś bardziej to rozwinął, dlaczego ludzie zachowują się w taki sposób, skąd ten pył itd. byłoby na pewno dużo ciekawiej. Ale niektórzy lubią takie niedopowiedzenia. Ja osobiście z chęcią dowiedziałabym się czegoś więcej :) Mimo to tekst napisany dobrze, wciąga, a styl całkiem przyjemny.

 

Pozdrawiam! : )

 

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

Podobał mi się ten tekst – zaczął się bardzo standardowo, ale zostawił mnie z pytaniami i niedosytem. Dlaczego strażnik nie chce światła? Chętnie przeczytałabym coś więcej. I spodobała mi się szara atmosfera. Można było spokojnie pododawać w tekście kilka smaczków wskazujących na PKiN :)

Kolejny dobry pomysł, jednak, niestety, nie wykorzystany chyba nawet w połowie tak dobrze, jak mógłby być.

Wykonanie, pomijając zagubione w pyle przecinki, generalnie spoko. Czytało się dobrze, klimat też zdołałeś wykreować naprawdę przyzwoity, szczególnie jak na tak krótki tekst. I tutaj też kolejny plusik za samo tło fabuły; oszczędnie, ale klarownie i przekonująco opisałeś aktualną sytuację Warszawki i całą jej historię. Się przyczepię delikatnie, że skoro wszyscy żyli w jednej jakiejś wieży (PKiN), a świat dookoła powoli pogrąża się w pyle, to nie bardzo jestem w stanie ogarnąć, skąd brali żywność, wodę i energię. Z jednej strony spokojnie można uznać, że ta kwestia została pominięta świadomie, jako nieistotna dla centralnej osi opowiadania, i przyjąć na wiarę, iż “taka technologia, Panie, że jakoś to działa”. Z drugiej jednak strony przedstawiłeś tak katastrofalną (i ciekawą) wizję świata, że człowiek chętnie by się dowiedział czegoś więcej, o tej technologii, skoro, mimo ponad pięćdziesięciometrowej warstwy nalotu, braku słońca niezbędnego do życia chyba wszystkiemu, co żyć chce, ludzie przetrwali i mają się względnie dobrze. Pewnie wystarczyłby tutaj jakiś akapicik czy dwa, coś bardzo ogólnego, ale co już zapełniłoby tę pustkę (”ogrzewanie atomowym stosem” nie wyczerpuje tematu w najmniejszym nawet stopniu). Miejsca na taki zabieg też miałeś jeszcze sporo.

Gorzej z właściwą treścią opowiadania i bohaterami, szczególnie protagonistą. Zupełnie nie kupuję jego zachowania i motywacji. Z jednej strony nienawidzi szarości, bezsensownych wypadów i ogólnie – odniosłem wrażenie – całego tego syfu, jakim stało się życie w postapokaliptycznym świecie. Wszystko hejtuje, na wszystko narzeka, a jednak, kiedy pojawia się promyczek nadziei – i to bardziej dosłowny niż metaforyczny – robi wszystko, by go zgasić. Totalnie nielogiczne. Nawet strach przed zmianami zupełnie mnie nie przekonuje, bo – biorąc pod uwagę nastawienie bohatera – jest niedorzeczny. Cała ta scena stoi w sprzeczności z wszystkim, co facet sobą reprezentuje.

Te wypady poza habitat również wydają mi się ideologicznie bezsensowne. O ile nie miałbym problemu z tym, że raz za czas wypuszczają kolesia na badania gleby (choć mają automaty, które zapewne mogłyby to zrobić równie dobrze, a pewnie i lepiej), to jednak “szukanie słońca” nie ma żadnego logicznego uzasadnienia, bynajmniej. Pomijając już dziwną, sekciarską otoczkę całej ekspedycji (scenka jednak ciekawa, przyznaję), nie rozumiem, dlaczego jeden koleś w skafandrze miałby dostrzec więcej niż cała super-nowoczesna technologia habitatu (a taka musiała być, skoro tego typu enklawy były projektowane z myślą o podboju i kolonizacji kosmosu)?

Inna rzecz zupełnie, że nie wiem, jak habitat był tak naprawdę skonstruowany. Z jednej strony wychodzi, że było to coś na kształt (choć nie koniecznie właśnie z kształtu) wielkiego, zamkniętego jaja, wewnątrz którego nie widać nic, co dzieje się w świecie wewnętrznym. W przeciwnym razie po co byłyby te wypady?

Z drugiej jednak strony w ostatniej scence, bohater, będąc jeszcze poza habitatem spogląda w górę i widzi ukryty w środku Pałac, co jednoznacznie sugeruje, że osłona jest przezroczysta. A skoro jest przezroczysta, to po co te eskapady?

Nawet jeśli założyć, że nie było żadnych kamer/wizjerów/czegokolwiek na osłonie bazy, to przecież, skoro sama osłona jest przezroczysta, ze szczytu Pałacu na pewno słońce, gdyby już miało się pojawić, byłoby widać wcześniej i wyraźniej niż z jakiegokolwiek innego miejsca w promieniu pięciu godzin powolnego marszu takiego Poszukiwacza Świtu.

Nie przekonała mnie – i to mocno – również scena spotkania z obcym. Wypadło to bardzo miałko i nienaturalnie. Płasko. Żadnego “Cześć, jestem Adam i chętnie pogadam”, praktycznie żadnych emocji związanych z tak nieoczekiwanym, a przecież zdawałoby się: szczęśliwym spotkaniem (mówię tu głównie o Warszawiaku), tylko od razu do konkretów i rozpierduchy (plus trochę bezsensowne, ale dosyć mocno cisnące nie na usta pytanie: ile oni tego pyłu musieli nanieść do namiotu?). Kolejna scenka, której nie kupuję.

No i na koniec finał z tym Pałacem. Gdybyś wcześniej nie wspomniał, że “Warszawa, prawda?”, to byłoby o wiele lepiej, mocniej. A tak, to praktycznie nawet nie wzruszyłem ramionami.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Mocno takie sobie. Niczym nie wciąga, nie wzbudza emocji, przeszkadzają natomiast wspomniane przez przedpiśców dziury logiczne i bezsensowne zachowanie głównego bohatera. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Dzięki wielkie za wszystkie komentarze – nie było mnie trochę tutaj. Startuję jako mini-przetsiębiorca więc inne rzeczy miałem na głowie.

Rozumiem tych, którym pasuje i tych którym nie (no może trochę mnie). Rzeczywiście tekst można rozwinąć acz nie starczyło mi czasu. Poszukiwałem mocno pomysłu, było ich ostatecznie kilka łącznie ze smoczymi gazami w łupkach, ale ten był chyba pierwszym sensownym. Pojawił się jednak zbyt późno by kilka wątków w tym tekście rozwinąć.

Ze spraw najważniejszych – habitat to zamknięty ekosystem, zamiast słońca napędzany energią atomową, na zasadach podobnych jak planowane bazy księżycowe czy marsjańskie.

Co do wypraw to chciałem tylko zauważyć, że ludzie nie robią tylko rzeczy uzasadnionych racjonalnie. Właśnie dlatego chciałem przynajmniej zasugerować bardziej religijny niż badawczy charakter wypraw. Stąd choćby modlitwa przed wyjściem czy sama nazwa strażnika poranka.

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka