- Opowiadanie: Alef - Absconditus

Absconditus

"Gdyby taki człowiek z powrotem na dół zeszedł i w tym samym szeregu usiadł, to czy nie miałby oczu napełnionych ciemnością, gdyby nagle wrócił ze słońca?" - wyimek z "Państwa" Platona.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

regulatorzy, c21h23no5.enazet, Mały Słowik, gary_joiner

Oceny

Absconditus

Katafat próbował skrzesać ogień. Zachodzące Słońce, miast użyczyć mu iskry, przyglądało się zza mgły wstałej o świcie z porów stepu. Żaden wiatr nie przybył, aby mu przeszkodzić, jednak wilgoć skutecznie dusiła wszelki płomień. Późnojesienne deszcze, które trubadur sławił w murach Czarnej Gospody, dziękowały mu za pieśni.

Znużony, o palcach zdrętwiałych od krzesiwa, sapnął, wstał i spojrzał na mdlejące echo dnia. Potarł o siebie dłonie, pochuchał, przestąpił z nogi na nogę. Sięgnął ku tobołom, urwał w pół drogi do lutni. "Nie czas na akordy: gryf spęcznieje od nygury". Począł więc nucić Wersety Zagubionych z nadzieją na przyciągnięcie błędnego ognika.

Poniechał. Ziąb coraz łapczywiej wgryzał się w kości. Noc zacierała ostatnie ślady solarnej wędrówki. Usiadł znów do sterty patyków zebranych wokół pnia cierniowca, zamarł niby nokturn. Ognik. Ifryt. Albo człowiek. Ku niedoszłemu obozowisku zbliżał się punkt świetlny, chybocząc od strony traktu w rytm kroków kogoś, kto posiadł tajniki magii luminiscencji.

Poeta zerwał się na nogi, po czym runął w ukłonie, zanim w ogóle zdążył zobaczyć pełen zarys postaci.

– Absconditus – powitał z uniżeniem kapłana Ukrytego.

– Niech ominie twoje oczy – odparł tamten zwyczajowo twardym, szorstkim tembrem. – Możesz powstać.

Trubadur spojrzał w twarz wędrowca.

– Ja jestem Katafat, służę lutnią i głosem.

Oczy barwy ochry skierowały się ku drzewu. Zapłonęło, ukazując długi warkocz brody. Naraz zgasł blady ognik, lewitujący za plecami sługi Apotropeionu.

– Usiądź i opowiedz mi o sobie, Katafacie.

Poeta natychmiast podsunął kapłanowi skórę dla wygody, sam natomiast zadowolił się miękkim tobołem. Rozłożył wiktuały, przybysz jednak odmówił:

– Po prostu opowiedz.

Milczeli do niewidocznych gwiazd i ich kuzynek, płochych skier ogniowych. W oddali złotawa łuna pięła się w miejscu Księżyca. Step nie ponaglał ciszy.

– Od małego czułem, że jest coś niezwykłego – zaczął Katafat i utkwił wzrok w wisiorze na szyi kapłana. Mała buteleczka ze stali meteorytów rozjarzyła się od niemych pulsowań ogniska, jak gdyby refleks przypomniał jej o niebnym pochodzeniu. Trubadur zadrżał: "Absconditus".

– Byłem synem kupca, lecz mój ojciec wiedział, że nie nadawałem się do prowadzenia ksiąg. Szczęściem, miałem wielu braci i oni przejęli kramy. Mnie natomiast, dziwakowi, ulubieńcowi matki, pozwolono rozpocząć naukę w Gildii Bardów. Dziesięć zim minęło, nim opuściłem mury rodzinnego Tiarrim. Ponieważ byłem wyróżniającym się terminatorem, dano mi mocne listy, dzięki którym wkrótce przyjęto mnie na pierwszy zamek. Od tamtego czasu blisko sto już sal biesiadnych rozbrzmiało dźwiękiem mojej lutni.

Przerwał i dorzucił chrustu, dmuchnął w żarowisko. Kapłan nie odrywał wzroku od ogniska, niby to rozplątując kłąb płomieni wzrokiem.

– Grywałem po obu stronach Rdzawych Gór, pokonałem szlaki Puszczy Batopejskiej, dotarłem na brzegi Skalistego Morza… i wciąż nawet nie musnąłem cienia Tajemnicy. Odkąd tylko zacząłem tkać gobeliny pieśni, wiedziałem, że liczy się wyłącznie To, co czasem prześwituje zza ich ściegów. Nie wiem, czy książęta, damy i trefnisie… czy oni też słyszeli ciszę.

– Kontynuuj.

– Dziesięciokroć więcej niż twierdz odwiedziłem różnych karczm i gospód. Zdaje się, że i tam nikt nie poznał Tajemnicy. Ale kto by się przyznał? Bo owszem, bito brawa, trzaskano kuflami, wyto jak sfora wilków, nigdy jednak nie spojrzano na mnie wiedzącym wzrokiem. Nigdy. A przecież wystarczyłoby, żeby ktoś inny ujrzał To i pokazał mi, że widzi To, co ja tylko mgliście przeczuwam. Byłoby tak, jak gdybym ujrzał To jego oczami. I byłbym spełniony.

Żar pochłonął jego słowa. Księżycowa łuna mocą opacznej transmutacji przemieniła złoto w ołów. Skąpany w nigredzie nocy, płynął ku witriolom świtu.

– To jest – rzekł wreszcie kapłan – ale musi być ukryte. To odsłoni się przed tobą we właściwym czasie.

Katafat zdrętwiał. Zmusił się, by spojrzeć mu w oczy: błękit przeciw ochrze.

– Zrozum, nawet my Tego nie znamy. Takie jest zadanie sługi Apotropeionu: chronić To, być przy Tym, ale nie dotykać Tego. I tak aż do chwili, gdy To samo wyjdzie nam z naprzeciwka. Być może aż do śmierci. Czy inaczej życie byłoby jakąkolwiek próbą?

A potem naszyjnik błysnął niby ostrze rozcinające nić ich wzroku.

Nakarmiwszy jeszcze płomień, ułożyli się po jego przeciwległych stronach: trubadur i kapłan, plecami do siebie, twarzami zwróceni w niespożytą przestrzeń. Katafat, szukając snu na linii horyzontu, znajdował tylko niepokój. Żadna widmowa chorągiew nie zamajaczyła w dali, by zabrać go na grzbiecie cienistogrzywej mary. Pozostawał trzeźwy, oblewany potem. Przysunął się bliżej ognia. Lęk nie rozluźnił chwytu.

Wreszcie wstał, by uszczknąć ziołowej okowity. Spostrzegł jednak, że bukłak znajduje się w tobole, który kapłan podłożył sobie pod głowę. Poeta wstrzymał falę przekleństw: czuł to dziwne rozdrażnienie na granicy majaku, które udziela się nawet ludziom łagodnego serca, gdy pozbawić ich odpoczynku. Przypomniał sobie o naszyjniku. "Absconditus".

Katafatowi drętwiały nogi, kiedy chwiał się nad leżącą na skórze postacią. Kozik wyślizgiwał się ze sztywniejących palców. "Nie zabiję go. Nie, jeśli nie będę musiał". Rzemień ustąpił, śpiący nie zaatakował. Trubadur odszedł od mężczyzny cicho jak ostatnie tchnienie i umknął w równinę.

Stal meteorytów nie nagrzewała się od dłoni, zachowując chłód niezmiennie wyniosłej pogardy. Z trudem poeta odkorkował buteleczkę. Zawahał się jeszcze przed wypiciem Ukrytego – i wychylił Tajemnicę Apotropeionu.

Ktoś rozciął korale czasu, a poszczególne chwile potoczyły się we mgłę po szaroczarnym stepie. Naraz Katafat zobaczył całe swoje życie jak księgę otwartą na wszystkich stronach jednocześnie – przemknęło i znikło, zostawiając już nie trubadura i nie świtającą przestrzeń, ale To odarte z czegokolwiek innego, To odbite w lustrze Tego, To-bez-Katafata.

Stał w tym samym miejscu, wciąż ściskając buteleczkę. Rozmyta plama Słońca górowała nad równiną. Ku poecie zmierzał kapłan. Zatrzymał się naprzeciw, spojrzał na amulet pozbawiony Tajemnicy.

– To jest – szepnął bard.

– Ale nie ma twoich pieśni.

Koniec

Komentarze

Hmm. Nie zrozumiałam przekazu. Tylko tyle, że nie należy pozbawiać bardów trunku, ale mam wrażenie, że nie o to chodziło. Zbyt poetyckie na moją głowę.

Napisane całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Coś, kosztem czegoś. Czy warto było dla Tego?

 

Znu­żo­ny, o pal­cach zdrę­twia­łych od krze­si­wa… – Czy to krzesiwo powoduje drętwienie palców, czy raczej krzesanie?

 

Się­gnął ku to­bo­łom, urwał w pół drogi do lutni. – Co urwał?

 

"Nie czas na akor­dy: gryf spęcz­nie­je od ny­gu­ry". – Co to jest nygura?

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finklo – dziękuję za przeczytanie.

regulatorzy – masz rację, krzesanie. Urwał ruch, z kolei nygura to mgła.

Dobry szort. Spójny i wyrazisty styl,  tematyka choć znana to ujęta w ciekawy sposób.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Alefie, dziękuję za wyjaśnienia. Nie wiedziałam, że tak można nazwać mgłę. Skąd takie określenie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wicked G – dziękuję.

regulatorzy – znajomy raz użył w wierszu, przypuszczam, że to gwara.

Taki styl do mnie nie przemawia. Wiem, że trzyma się kupy, ale z trudem przebrnąłem. Np. zdanie “Noc zacierała ostatnie ślady solarnej wędrówki” – dlaczego by nie napisać: “zapadał zmrok” albo “zmierzchało”? A co do “nygury” to ciekawe, bo nie znalazłem o tym ani słowa w internecie. 

Wybacz, ale strasznie to pretensjonalne w formie. Nie ma ani jednego zdania bez dziwacznego słowa czy manierycznej formy. A kwintesencją stylu jest zdanie (?) “Poniechał”.

A szkoda, bo zakończenie ładne.

Forma podobała mi się bardzo, bo stylizowana i nieco poetycka, a miło czasem coś takiego przeczytać. Co do treści, chyba zbyt krótka to opowiastka, by się nad nią rozwodzić. Przeczytałabym chętnie coś dłuższego w takiej ładnej formie :)

 

Edit: O, i dopiero po lekturze zauważyłam wstawkę platońską :) Serduszko mi się ociepliło natychmiast.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Wicked, dzięki za polecenie :).

 

Totalnie moja bajka. Dokładnie ten styl, jaki kocham. Garść ładnych obrazków i stosunkowo zwięzła kompozycja. Trochę zbyt monotonna narracja dialogu (ciągłe dorzucanie czegoś do płomieni). Nieco zbyt proste fabularnie i myślowo. Pozbyłbym się też kilku nadmiernie “wysmakowanych” słówek. Stanowią pewną niekonsekwencję, wyglądają przy reszcie tekstu jak próba chwalenia się bogatym słownictwem.

 

I tak język kupił mnie na tyle, że chciałbym więcej. Duży plus za ten aspekt.

Przeczytane. W sumie mogę się podpisać pod komentarzami othersuna i cobolda.

Dziękuję kolejnym osobom za przeczytanie.

othersunie, coboldzie, funthesystemie – ja jednak czuję ten styl. Nygurę znalazłem dzisiaj na ulicy.

c21h23no5.enazet – na samym Platonie wiele można by napisać. Dziś zajrzałem do “Fajdrosa”, zawiera regularną doktrynę reinkarnacji. Warto ją porównać ze współczesnymi świadectwami.

Mały Słowiku – wysmakowane słówka smakują mi po prostu. Czuję się przede wszystkim czytelnikiem swoich tekstów, więc i nie znajduję u siebie takiej motywacji, żeby popisywać się przed samym sobą.

Może jak kiedyś będziesz sławnym pisarzem, namiętnie posługującym się “nygurą”, będę mógł się pochwalić, że byłem przy wprowadzeniu tego słowa do literatury :D 

Ale jak w końcu było – z wiersza podłapałeś, czy na ulicy? Czy może chodzi o poezję pokrywającą ściany starych kamienic? 

A może to było graffiti – wiersz na ścianie? ;-)

Babska logika rządzi!

Alefie, w pewnym momencie nie ma znaczenia, dlaczego i jak coś zostało w tekście umieszczone. Liczy się odbiór czytelnika, a kilka osób (jak zauważyłem) zarzuciło pewną pretensjonalność języka. Gdzieś w tym również ja, który lubię (ba, ubóstwiam!) tego typu styl. Moja uwaga dotyczy nie autora, bo czemu miałby mnie obchodzić tegoż gust (bez obrazy – to nie rzecz personalna, a bardzo ogólna jeśli chodzi o czytanie czegokolwiek w ogóle), a tekstu. To odczucie, jakie wywołały te słówka. Nic ponad to.

A skoro wystawiasz tekst na cudze spojrzenia, myślę, że zależy ci jednak na smaku nie tylko swoim. Być może nie piszesz dla takich jak my. To zrozumiałe. Jednak w takim wypadku, jak odróżnisz błędy w stosunku do “swoich” potencjalnych czytelników, od uwag “nie-swoich” czytelników?

Mi, niestety, niezbyt się spodobało. Zgodzę się z coboldem, że momentami jest zbyt pretensjonalnie, choć język (tu również się zgodzę z niejedną wcześniejszą opinią) – wyszukany i ładny. Niemniej, nienawidzę tekstów, w których postaci rozmawiają o “Tym” i wymieniają pierdylion nazw własnych z tyłka, które absolutnie nic dla mnie nie znaczą, bo mnie to zwyczajnie nudzi. Ale jak widać, są ludzie, którym się taki styl podoba.

Pozdrawiam.

Drodzy, 

przemyślałem motywację, która stała za publikacją "Absconditusa". Powinienem był napisać o niej na samym początku, w przedmowie. Chciałem po prostu, żeby tekst dotarł do kogoś, komu może przynieść coś miłego czy mądrego. Nie oczekiwałem recenzji sensu stricto, w czym pewnie rozminąłem się z założeniami portalu. Swoje pisanie traktuję bardzo osobiście i nie wiążę z nim raczej planów zarobkowych (jeśli by się pojawiły, to na bardzo specyficznych, "podziemnych" zasadach). Dzieje się tak, ponieważ kieruję się wyłącznie własną intuicją przy doborze zarówno treści, jak i środków. Oczywiście, intuicja nie bierze się znikąd, osadzona jest w zewnętrzu. Chodzi o coś zupełnie innego niż zasada "będzie po mojemu, bo ja".

Alefie,

Piszesz, a to znaczy, że masz potrzebę komunikowania się z innymi wrażliwymi ludźmi. Publikujesz tutaj, zatem chcesz, żeby ten komunikat nie był jednokierunkowy. Twój tekst budzi emocje – więc osiągnąłeś swój cel.

Nikt z nas nie jest samotną wyspą.

Można też tak to ująć.

Taka forma jakoś do końca do mnie nie przemówiła, ale z tego co widzę, to głosy są podzielone. Także nie przejmuj się. Choć zakończenie całkiem niezłe z przesłaniem. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Się nie przejmuję. Dzięki za odczytanie.

Nowa Fantastyka