- Opowiadanie: Pesos - Raz jeden, kiedy ona odeszła

Raz jeden, kiedy ona odeszła

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Raz jeden, kiedy ona odeszła

Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Nie mam pomysłu i celu. Nudzi mi się.

 

Papapa…

 

Nie zdawałem sobie sprawy, że to takie trudne. Koniec zlecenia, puste mieszkanie i ja w tym wszystkim. Mam jakieś pieniądze i co do gara włożyć. I to wszystko co mam. No może jeszcze parę wartych wspomnień… czego?

Kiedy mi się nudzi jem jakieś słodycze, czipsy, popijam Mountain Dew i czytam wikipedię, albo coś w tym stylu. Teraz nawet tego mi się nie chcę. Po prostu patrzę w monitor, przesuwam leniwie facebooka i szlag mnie trafia, kiedy widzę zdjęcia mojej byłej z nowym facetem. Ma na imię Andrzej, ale powinien Sebix. Pracuje w Norwegii, pewnie na zmywaku i wygląda jak członek boysbandu z lat dziewięćdziesiątych. Pojechała tam za nim. Już kiedy byliśmy razem, coś wspominała, że chce poznawać inne kultury, zobaczyć Skandynawię. Co jej strzela do głowy, myślałem wtedy, ale byłem głupi. Dosyć…

Podnosi mi się ciśnienie, dopada mnie smutek pomieszany ze wściekłością, zaczynam stukać palcem o biurko. Postanawiam się wykąpać, a później iść na spacer.

Jest już ciemno. Przed moim blokiem, gdzieś między garażami stoją żule, sącząc samogon. Jeden podchodzi, no tak Wiesiek, znowu będzie opowiadał te niestworzone historie. Kiedyś je lubiłem, lepsze to niż facebook i wikipedia razem wzięte, ale zaczęły mnie nudzić, jak wszystko. Tym razem mówi o obcych, uważa, że rządzą światem i przygotowują ludzkość do swojego ujawnienia się. Dobra, dobra Wiesiek – przerywam stanowczo. – Nie mam dziś czasu. Powiedz no mi tylko skąd ty to wszystko wiesz? Przecież tylko siedzisz i żłopiesz samogon. – Facet wzrusza ramionami, jak zawsze. A ja znów zastanawiam się jak to możliwe. Daje mu dwa złote i odchodzę w swoją stronę.

Nawet nie mam dokąd pójść. To osiedle jest do chrzanu. Nie ma parku, bo to miejskie kresy. Są jakieś łąki, gdzie ludzie wyprowadzają psy, ale tam jest teraz ciemno. Zwykle spaceruję przy ruchliwej drodze lub kluczę między blokami, ale teraz mam ochotę iść na jakieś odludzie. Ok, już wiem. Za tą ruchliwą drogą do obwodnicy znajduje się mały korpo kampus. Tam jest zawsze jasno i o tej porze na pewno nikogo nie spotkam. To kawałek stąd, żałuję że nie ubrałem kalesonów.

Znów przypomina mi się Wiolka. Nie była najpiękniejsza, trochę pulchna, ale ciul z tym. Kochałem ją, dla mnie nie istniała lepsza kobieta. Robi mi się smutno kiedy mijam Starbucksa, w którym byliśmy raz czy dwa, ale kojarzy mi się z nią, bo sam nie chodzę do kawiarni. Kopię pustą butelkę, nie trafiam i prawie skręcam sobie kostkę.

Kiedy odchodziła, powiedziała, że nie rozumie mojego życia. Jak można pracować w domu, jak można grać w gry komputerowe i pisać niepotrzebne nikomu pierdoły. Z tymi pierdołami, to kurna przesadziła. Też jej wygarnąłem i sobie poszła. Później ryczałem cały wieczór, a kolejnego poszedłem do kumpli na wódkę. Ona chce poznawać świat, bawić się na przyjęciach, podróżować autostopem i robić sobie przy tym wszystkim zdjęcia, a później wrzucać je na serwisy społecznościowe. Co do autostopu, to stanowczo odpada, nie znoszę męczących podróży, ale poza tym czemu nie. Zabierałem ją na wakacje do Grecji, Egiptu, było wspaniale. Chodziliśmy na imprezy do znajomych, śmialiśmy się i wydawało mi się że jesteśmy lubiani. Czego jej brakowało? Myślałem, że się pobierzemy, będziemy mieli trójkę dzieci, w międzyczasie napiszę jakąś dobrą książkę, lepszą od ostatniej. Dużo się o to modliłem, myślałem że wszystko się uda. No i dupa…

Zaraz, co to ma być? Kiedy dochodzę do korpo odludzia, moją uwagę zwraca światło w oddali. Słyszę też piękną muzykę, jakby anielski śpiew, a serce przepełnia mi pokój. Idę jak zahipnotyzowany. No kurna, właśnie tego było mi trzeba, w końcu coś się dzieje. Na łące stoi kobieta, z wyglądu przypomina jakąś ambitną manager. Ubrana jest w żakiet i spódnicę, obcięta na pazia jak młoda Demi Moor. Rozkłada ręce. W jednej trzyma skórzaną torebkę. Żółte światło pada na nią z góry. Muzyka się nasila, czuję ekstazę, aż siadam na trawie z wrażenia. I wtedy przed kobietą ląduje UFO. Najbardziej kanoniczny spodek jaki sobie można wyobrazić, powoli opada na ziemie. Po bokach okrągłych krawędzi migają światełka, a z podstawy wysuwają się trzy nogi, na których się opiera. Po chwili otwiera się właz pośrodku ze schodami. To nic skomplikowanego, podobnie działają drzwi w samolotach. Z włazu bije białe światło. Dziewczyna pada na kolana i ja też powtarzam jej ruch, wydaje mi się, że tak trzeba. Później się rozbiera, ja jednak daruję sobie dalsze naśladownictwo.

We włazie ukazują się trzy sylwetki. Już wiem, że to obcy. Różnią się od siebie. Jeden ma tysiące macek zamiast kończyn i wielką gębę starego zbereźnika. Drugi chuderlawy i wysoki, jest pół wężem, pół humanoidem. Nie ma nóg, tylko ogon, na którym pełza. Wyciąga przed siebie swoje długie, patykowate ręce i przebiera dziesiątkami kościstych palców. Czubek jego głowy zwieńcza antenka z kulką na końcu. Trzeci wygląda najnormalniej, trochę jak przygarbiony dziadek z wykrzywioną porażeniem mózgowym twarzą.

Zbliżają się powoli do kobiety, sapiąc i dysząc. Ona patrzy na nich jak zahipnotyzowana i ściąga biały, koronkowy stanik, a później majtki. Chowam się w krzakach, no nie wierzę. Obcy zaczynają ją dotykać i pieścić. Badają ją swoimi mackami, kościstymi palcami, dogłębnie. Moja ekstaza powoli zmienia się w obrzydzenie, głęboki niesmak. Dziewczyna zaczyna z nimi spółkować, oddawać się ich przedziwnym członkom. Wkładać do ust różnie ich organy. Wszystko trwa ze dwadzieścia minut.

Na koniec znów klęka, a oni odchodzą z tym samym, tępym wyrazem twarzy, jak na początku. Ich gadzie oczy świecą się teraz pomarańczowym światłem. Wyrażają głęboką satysfakcję. Właz się zamyka i spodek odlatuje. Z niewiadomych przyczyn światło dalej pada na kobietę, nie widzę jednak źródła. Ona podnosi się i znów wyciąga ręce ku niebu, a potem… A potem kurna nie uwierzycie. Znika w obłokach niczym Jezus podczas wniebowstąpienia. Podlatuje pod nią obłok i zabiera ze sobą, po czym rozpływa się w powietrzu i tyle, już jej nie ma.

Wychodzę z krzaków jak pijany, kręci mi się w głowie. Obok przechodzi jakiś dziadek z pieskiem, spoglądając na mnie nieufnie. Ja kieruję się do mieszkania. Jak mi jest zimno w nogi, mogłem ubrać te kalesony. Pod klatką leży pijany Wiesiek z kolegą. Wciągam ich do środka, żeby nie zamarzli i zrywam kartkę na mojej skrzynce „Proszę nie wpuszczać pijaczków do klatki, bo śmierdzi i roznoszą choroby!”. Kiedy przychodzę do mieszkania, odruchowo włączam komputer, a potem idę do lodówki. Nie ma Mautaina, więc robię sobie herbatę. I kiedy ją piję, przypominam sobie te wszystkie obrazy i myślę sobie, że no kurna nie wierzę.  

Koniec

Komentarze

Opisałeś wieczorny spacer smutnego, znudzonego faceta, dodałeś do tego nieco wspomnień, a na koniec wmieszałeś do opowiastki kosmitów. Dalibóg, Pesosie, nie bardzo wiem, co miałeś nadzieję przekazać tym szortem, tym bardziej, że fantastyki tu tyle, co kot napłakał.

Oznaczenie tekstu tagiem science fiction, uważam za nadużycie.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

Mam nadzieję, że lektura Twoich przyszłych opowiadań będzie bardziej satysfakcjonująca. ;-)

 

No może jesz­cze parę war­tych wspo­mnień… czego? – Raczej: No może jesz­cze parę wspomnień war­tych… czego?

 

po­pi­jam Mo­un­ta­in Dew i czy­tam wi­ki­pe­dię… – …po­pi­jam mo­un­ta­in dew i czy­tam Wi­ki­pe­dię

Nazwy produktów piszemy małymi literami, a nazwy własne wielkimi.

 

Po pro­stu pa­trzę w mo­ni­tor, prze­su­wam le­ni­wie fa­ce­bo­oka… – Po pro­stu pa­trzę w mo­ni­tor, prze­su­wam le­ni­wie Fa­ce­bo­ok

 

Już kiedy by­li­śmy razem, coś wspo­mi­na­ła, że chce po­zna­wać inne kul­tu­ry, zo­ba­czyć Skan­dy­na­wię.Jeszcze kiedy by­li­śmy razem

 

za­czy­nam stu­kać pal­cem o biur­ko. – …za­czy­nam stu­kać pal­cem w biur­ko.

Stukamy w coś, nie o coś.

 

lep­sze to niż fa­ce­bo­okwi­ki­pe­dia razem wzię­te… – …lep­sze to niż Fa­ce­bo­okWi­ki­pe­dia razem wzię­te

 

ża­łu­ję że nie ubra­łem ka­le­so­nów. – W co miał zamiar ubrać kalesony?

Kalesony, tak jak każdą odzież, można włożyć, założyć, przywdziać, ubrać się w nie, ale nigdy, przenigdy nie można ubrać kalesonów!!!

Za ubieranie ubrań grozi kara – trzy godziny klęczenia na grochu, w kącie, z twarzą zwrócona do ściany i rękami w górze! ;-)

 

a serce prze­peł­nia mi pokój. – Raczej: …a serce prze­peł­nia mi spokój.

 

Po chwi­li otwie­ra się właz po­środ­ku ze scho­da­mi. – Raczej: Po chwi­li, pośrodku, otwie­ra się właz ze scho­da­mi.

 

Jak mi jest zimno w nogi, mo­głem ubrać te ka­le­so­ny. – Jak wcześniej! Kara powinna być wymierzona ponownie!

 

Nie ma Mau­ta­ina, więc robię sobie her­ba­tę.Nie ma mou­ta­ina, więc robię sobie her­ba­tę.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie wszystkie błędy da się wytłumaczyć zapisem strumienia świadomości, czasem teraźniejszym czy narracją w pierwszej osobie. Obrazek słaby. Kalesony to nie choinka. Pozostaję, no kurna, w stanie niewiary.

Podoba mi się Twój prosty, nienapuszony styl, wspaniale kreujący postać narratora – trochę prostego, zranionego samca, który nie może się odnaleźć w rzeczywistości po utracie dziewczyny, której potrzeb nie mógł zrozumieć. Drobne codzienne czynności w obliczu braku stają się pozbawione sensu, są mechaniczne. Seksualność po stracie zaczyna być dla niego czymś obrzydliwym. Wie, że jego dziewczyna jest z innym i stąd wizja pustej kobiety-ciała, oddającej się obrzydliwym kosmitom. Wiesiek zwiastuje przejęcie świata przez kosmitów, co jest bardzo wymowne – ktoś obcy, jakiś Andrzej, przejął cały dotychczasowy świat narratora.

Zastanów się jednak, czy nie warto napisać kulminacyjnej sceny seksu na nowo, bo efekt jest wyjątkowo komiczny.

Technicznie napisane całkiem dobrze, ale fabularnie słabo. Nie wciągnęło mnie, właściwie nie wiem, o czym jest to opowiadanie. Nie wzbudza żadnych emocji, może poza odrobiną współczucia dla głównego bohatera.

Mnie ta historia, niestety, nie przekonała. Jeszcze mogę uwierzyć, że facet się czegoś nawąchał, rozżalony po rozstaniu, i potem odtworzył sobie własną wersję “Żandarma i kosmitów”, ale korpo (nawet niewielka) na pustkowiu, Starbucks na skraju pola? Gdyby to jeszcze była jakaś firma budowlana, hala produkcyjna, magazyny, a tak, no kurna, nie wierzę…

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Narracja nieco mnie uśpiła, na szczęście parę bardziej rzucających się w oczy błędów wyrwało mnie z odrętwienia… Nie do końca wiem, co Autor chciał przekazać – jedyne, co przychodzi mi na myśl, to przedstawienie widzenia świata przez człowieka o specyficznych cechach charakteru, być może znajdującego się pod wpływem środków psychoaktywnych. No i fantastyka – gdyby zamiast UFO dać np. BMW z trzema dresami i odpowiednio dostosować dekoracje, niewiele by się w mechanice opowiadania zmieniło…

nie da rady

I mnie tekst nie przekonał. Przez pierwsze pół bohater użala się nad sobą, bo go dziewczyna rzuciła. Sporo różnych błędów – interpunkcja kuleje, literówki. Jak na bohatera-pisarza, to ta narracja marnie wypada.

żałuję że nie ubrałem kalesonów.

Dlaczego te gołe kalesony (i inne błędy) nadal straszą?

Babska logika rządzi!

Wydaje mi się, że “kurna” w narracji powinieneś potraktować jak wtrącenie i wyodrębnić przecinkami. 

 

Sposób prowadzenia narracji był przyzwoity. Może faktycznie nie wskazywał, by główny bohater zajmował się literaturą, jak już zauważyła Finkla, natomiast rozterki emocjonalne zostały oddane całkiem nieźle. W życiu jednak nie przyszłoby mi do głowy, doszukiwać się drugiego dna tak głęboko jak Axwoksal. Potraktowałem całość jako scenkę z trudną do uwierzenia historią i w sumie tyle. Miło, że główny bohater uratował pijaczka przed śmiercią, ale to za mało, abym go zapamiętał. 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki za komentarze. Opowiadanie miało być trochę bekowe, jak słusznie zaważyliście, ale też trochę na serio. Wezmę sobie do serca te uwagi na przyszłość. 

Nowa Fantastyka