- Opowiadanie: Kuba Pawełek - Ammit

Ammit

Hej, tym razem postanowiłem wrzucić coś większego. To opowiadanie, które niestety odpadło w konkursie NF na wiedźmińskie urodziny. Jako, że z tego co wiadomo, zwycięzca został wyłoniony, pomyślałem, że podzielę plewami, które oceniający oddzielili od ziaren :) 

Jeśli w jakiś sposób wrzucenie opowiadania konkursowego (nie ma go na rozwijanej liście) koliduje z regulaminem, to oczywiście usunę.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Ammit

Isengrim zapiął haftowany szlachetną nicią kaftan, sięgnął po pęk kluczy i sakiewkę. Przytroczył ją do pasa i sprawdził, czy sztylet zapięty w ukrytej kieszeni wychodzi luźno z pochwy. Kilka lat życia w Kerman przyzwyczaiło go do tego, że miasto poza pięknymi murami, posiada również liczny i nieprzyjaźnie nastawiony element. Ostrożności nigdy za wiele.

Wyszedł na zewnątrz. Słońce już dawno schowało się za wzgórzami, a wiatr przyjemnie chłodził ogorzałą skórę. Zamknął drzwi zakładu i spojrzał na kolebiący się leniwie szyld. „Czerwona Mrówka” okazała się strzałem w dziesiątkę. Wychowany w puszczach elf jak mało kto potrafił podejść zwierzynę. Zerrikańskie konie w paski i wielkie koty okazały się niewiele bardziej płochliwe niż jelenie i dziki, na które polował w temerskich lasach. Zmierzający na zachód kupcy i wędrowni cyrkowcy gotowi byli wyłożyć nabite po brzegi trzosy, by w dalszą drogę ruszyć z zamkniętą w klatce dziką bestią. Interes się kręcił, a Isengrim Wolf w kilka lat dorobił się nielichego majątku.

Ruszył ku centrum, gdzie przy jednym z licznych placyków swoją łaźnię założył Sigi Reuven. Minął szeroki trotuar wyłożony starannie ociosaną kostką i bazar, na którym handel wydawał się nigdy nie zamierać. Okraszone latarenkami i proporczykami kramy zapraszały egzotycznymi zapachami oraz towarami, których na próżno było szukać po zachodniej stronie Gór Sinych. Isengrim bardzo polubił Kerman wraz z jego wszechobecnymi fontannami i strzelistymi wieżami.

Skręcił w wąską uliczkę. Woń usypanych w kopce przypraw ustąpiła miejsca dusznemu odorowi kału i uryny. Wdepnąwszy w kałużę parującego moczu zaklął siarczyście, co nie spodobało się dwójce zamroczonych przez tani alkohol pijaczków. Wstali, po czym chwiejnym krokiem stanęli naprzeciwko elfa. Uliczka była tak wąska, że we dwójkę mogli bez problemu zagrodzić Isengrimowi dalszą drogę.

− Patrzaj go, Otluk, jaśnie pańskim stopom szczyny pod butem nie pasują – powiedział ledwie stojący na nogach mężczyzna. Elf widział na jego odsłoniętej piersi liczne tatuaże. Pamiętał, że członkowie miejskich gangów znaczyli ciała kolorowymi symbolami. Nie rozpoznał żadnego z nich.

− Może się wielki wezyr podzieli drachemką z potrzebującymi? – zacharczał ten nazwany Otlukiem. Przepita twarz przypominała rozgotowany kalafior.

− Wybaczcie, spieszę się na spotkanie. Nie szukam kłopotów – odpowiedział Isengrim powoli rozkładając ręce.

− O, tośmy się dogadaly, y! – Otluk nie dał rady dokończyć zdania, pijacka czkawka zgięła go wpół.

Isengrim wiedział, że ten drugi nie odpuści. Problemy z równowagą nie pozwoliły pijaczynie ukryć za plecami pordzewiałego noża. Wykorzystał moment, w którym Otluk czknął i wybił się do przodu, jednocześnie sięgając ręką do kieszeni w kaftanie. Tak jak się spodziewał, napastnik wyciągnął w jego kierunku wyszczerbiony nóż. Isengrim wyrzucił ramię w przód i ciął od góry, ostrze weszło w tkankę i chrupnęło o kość. Mężczyzna zawył wypuszczając nóż z dłoni. Otluk patrzył na wszystko jak zaczarowany. Isengrim trzasnął go barkiem prosto w kalafiorowatą twarz. Głowa odskoczyła w tył, potylica gruchnęła o ścianę aż zadudniło. Otluk osunął się na ziemię z gulgotem zarzynanego indyka. Elf odwrócił się błyskawicznie i kopnął tego drugiego, trzymającego się ściany, pod kolano. Mężczyzna padł jak długi. Krew z rozciętego ramienia sączyła się między jego palcami. Isengrim nachylił się nad wykrzywioną przerażeniem twarzą i przystawił sztych do pulsującej szyi bandziora.

− Pomiłuj! – pisnął i zacharczał, gdy ostrze przecięło skórę. Wąska strużka krwi spłynęła w dół.

− Gdyby to było kilka lat temu, wsadziłbym twój śmierdzący łeb w mrowisko, a potem zaszlachtował jak wieprza. – Isengrim wyszczerzył idealnie równe, białe zęby.

− Panie… Błagam… – zaszlochał mężczyzna.

− Ale dzisiaj jest dzisiaj, więc tylko cię zaszlachtuję.

Isengrim pchnął lekko, sztylet wszedł w gardło aż po zdobiony jelec. Oczy pijaka rozszerzyły się, z ust wydobył się przedśmiertny skrzek. Elf szarpnął w tył, wytarł ostrze o spodnie trupa i wstał. Otluk leżał nieprzytomny. Isengrim wątpił, żeby szybko doszedł do zmysłów. Schował sztylet do kieszeni i ruszył przed siebie.

Wyszedł z wąskiej uliczki na szerszą aleję, którą przejeżdżał właśnie orszak złożony z kilku taborów, każdy zaprzężony w konie o podwójnych garbach. Bez problemu rozpoznał straż miejską obstawiającą każdy z pojazdów. Rzucił okiem na zawartość drabiniastych wozów, które jeden za drugim przetaczały się przez ulicę. Baniaste kształty retort i alembików przebijały się przez zakrywające je płachty materiału. Przerzucony przez burtę wozu gobelin zdobiła wyhaftowana czerwoną nicią salamandra. Odczekał aż wozy znikną za najbliższym zakrętem i ruszył dalej.

Plac przy którym swoją łaźnię założył Sigi Reuven był niemal pusty. Gdyby nie huczące ognie latarni i szum dwukondygnacyjnej fontanny na środku, panowałaby na nim niemal absolutna cisza. Isengrim zakołatał w wysokie, zdobione roślinnymi motywami drzwi. Odźwierny wpuścił go do środka, wskazał miejsce, w którym elf może zostawić odzienie i zaprowadził do właściwego pomieszczenia. Czekali już tylko na niego. Sigi Reuven moczył się, do połowy zanurzony w basenie z parującą wodą. Wyglądał jak wieloryb, którego morze wyrzuciło na brzeg. Boreas Mun, mokry od stóp do głów, wycierał właśnie zarośniętą jak u niedźwiedzia klatkę piersiową.

− Jesteś wreszcie – powiedział Sigi Reuven, podnosząc łysą głowę.

− Małe nieprzyjemności, nic wielkiego. – Isengrim machnął ręką, odwiązał ręcznik i zanurzył się w basenie. Gorąca woda przyjemnie rozgrzewała zmęczone ciało.

− Przeciwności jak rozumiem, nie przeżyły spotkania? – zapytał Reuven.

Elf uśmiechnął się gorzko, blizna przecinająca jego twarz skurczyła się boleśnie. Nie odpowiedział. Spotkanie z oprychami nie było warte dłuższej konwersacji.

− Widziałem straż miejską eskortującą całkiem pokaźny tabor. Rada miejska musiała wziąć się za któregoś z bardziej ekstrawaganckich alchemików. Właściciel chyba nie miał okazji się wybronić – rzekł Isengrim.

− Jakiś czas temu miasto opuścił Zerrikański mag ognia, Azar Javed. Ponoć ruszył na zachód, w stronę Północnych Królestw, dla niego było to nawet na rękę. Rada miejska miała dość tuszowania jego nielegalnych eksperymentów. Cóż, widać trafiła kosa na kamień, a radcy nie zwlekali z przejęciem jego majątku. Szkoda tylko wieży, pewnie przerobią na spichlerz, barbarzyńcy.

− Miał wieżę? – zapytał Isengrim. – Nie zauważyłem, żeby w Kerman były inne wieże niż świątynne.

− Miał, za miastem – odpowiedział Reuven. – Jak każdy czarodziej z kompleksem małego fiuta.

Isengrim wzruszył ramionami, sprawy magów dawno temu przestały go interesować. Niesławny w konsekwencjach zjazd magików na Thanedd utwierdził go w przekonaniu, że czarodzieje niczym nie różnią się od polityków. Zbyt wielu podkomendnych, których zabrał na wyspę, zostało na niej już na zawsze, spalonych na popiół lub wtopionych w marmur. Wszystko przez ambicję, chciwość i niepohamowaną żądzę władzy obu stron.

− Nigdy o nim nie słyszałem – mruknął Boreas Mun.

− Pewnie nigdy się nie interesowałeś – odpowiedział Reuven.

− Od kiedy tak cię frapują czarodzieje, Sigi? – zapytał Isengrim.

− Prowadzę biznes, odwiedzają mnie różni ludzie. Chcąc nie chcąc, zawsze usłyszy się coś ciekawego, a jeśli mam wybierać między niewiedzą i wiedzą, wybór wydaje się oczywisty. – Reuven pochylił się do przodu i wstał. Isengrim musiał odepchnąć się nogami od dna, by nie przykryła go fala.

Sigi Reuven wygramolił się z basenu i nie kłopocząc się ręcznikiem podszedł do niewielkiego stolika. Elf spojrzał na kolano gospodarza. Reuven opowiadał dziesiątki razy, ile kosztowało go urządzenie, którym zerrikański medyk opatulił strzaskaną nogę. Jak widać, nie ściągał pozłacanej ortezy nawet podczas kąpieli.

Reuven sięgnął po puchar wina i przechylił go. Opróżnione naczynie zadzwoniło o misterną posadzkę. Chwilę później puchary pojawiły się w dłoniach całej trójki. Stuknęli się na zdrowie i wychylili po solidnym łyku.

− Boreas, wiele razy już o tym wspominałem… Poczekaj, pozwól że dokończę. – Isengrim uniósł dłoń widząc, że tropiciel sposobi się do riposty. – Podczas naszej wspólnej wędrówki dałeś się poznać jako doskonały łowca i przepatrywacz. Wybacz śmiałość, ale gotów jestem stwierdzić, że w dokach poza Catrioną wiele nie wytropisz. Nie rozumiem twojego uporu, choć szanuję stateczność, ale zwyczajnie marnujesz swój talent. Jako człowiek długo nie pożyjesz, a zarobić mógłbyś całkiem nieźle.

− Rozgadujesz się od wina – odpowiedział Boreas Mun. Opróżnił kielich i odstawił go na stolik.

− Elf ma rację, Boreas, wiem, że wolisz pracować na własny rachunek, ale jeśli nie spodoba ci się robota łowcy dzikich zwierząt, zawsze możesz wrócić do fascynującej profesji dokera. – Dodał Sigi Reuven.

− Kilka miesięcy temu zgłosił się do mnie pewien profesor z tutejszej akademii. – Zaczął Isengrim. – Dziwny, jak na człowieka, nie powodowała nim chciwość. Zaproponował okrągłą sumę za odnalezienie ammita, legendarnego potwora, który ponoć zamieszkuje te ziemie.

− Słyszałem te opowieści. – Sigi Reuven skinął potwierdzająco. – Tutejsi czcili te stwory jako bóstwa. Nazywali ich pożeraczami dusz, demonami o krokodylej głowie i lwich pazurach.

− Zgadza się, Reuven. – Elf przeniósł wzrok na bawiącego się pucharem tropiciela. – Wynajęcie archeologów i lokalnych zwiadowców kosztowało fortunę, a rezultaty stały się satysfakcjonujące dopiero kilka dni temu. Jeśli moje informacje są trafne, nieco ponad dzień drogi od Kermanu znajduje się kompleks jaskiń, w których niegdyś żyły te stworzenia. Teoretycznie. – Skrzywił się Isengrim. – Zleceniodawca twierdzi, że szukał śladów tego monstrum w Ebbing, Maecht, Geso i tutaj na pustyni Korath.

Sigi Reuven łypnął ukradkiem na elfa, nic jednak nie powiedział. Czekał na dalszy ciąg opowieści, mieszając wino w pucharze.

− Chcesz, żebym pomógł ci wytropić i złapać krokodyla na lwich łapach? – zapytał Boreas wykrzywiając usta

− Mhm – mruknął elf. – Jak na człowieka, posiadasz niesamowity zmysł tropiciela. Znamy się już trochę i nie ukrywam, że wolałbym mieć podczas tej wyprawy zaufanego towarzysza.

− Na twoim miejscu bym się nie wahał. – Reuven rozlał wino do kielichów. – Ruszysz się gdzieś za miasto, wrócisz tam gdzie należysz. Nie oszukujmy się, doker z ciebie taki, jak ze mnie sprinter.

− Zerwałem z dawnym życiem. Tropiłem o jednego człowieka za dużo i gdybym dokończył wtedy swoją robotę…

− Każdy z nas się kiedyś naraził. Ale nowe życie nie musi oznaczać ciągłej pokuty, robimy to co potrafimy najlepiej, tyle że ostrożniej. – Reuven rzucił pustym pucharem w kąt pomieszczenia i zanurzył się ponownie w basenie.

− Boreas? – zapytał Isengrim Wolf. – Jeden raz, nowe życie ci już nie ucieknie.

Tropiciel trzymał puchar w dłoniach i powolnym ruchem mieszał burgundową zawartość. Podobna okazja do porządnego nabicia kabzy mogła się już nie powtórzyć. Boreas nie dbał o to, czy stwór o krokodylej paszczy rzeczywiście istniał. Dusił się w murach tłocznego miasta i choć oszukiwał sam siebie, dzikie ostępy były jego prawdziwym domem. Uśmiechnął się do wspomnień.

− Niech ci będzie, ale tylko raz.

− Nie będę namawiał. – Isengrim uśmiechnął się. Pozbawione kłów, idealnie równe uzębienie świeciło jasną bielą. – Coś czuję, że po tej imprezie nie będę musiał.

Stuknęli się kielichami, wino prysnęło w powietrze i mlasnęło na marmurową posadzkę szkarłatnymi kleksami.

Elf i tropiciel opuścili łaźnię kilka godzin później. Isengrim musiał podtrzymywać podpitego mocno Boreasa. Choć ten zapewniał co chwila, że idzie prosto do siebie i wypchanego słomą siennika, elf nie do końca dawał temu wiarę.

Sigi Reuven odprowadził kompanów wzrokiem i wrócił do pełnej gorącej pary łaźni. Minął basen, przy którym balowali chwilę wcześniej i stanął przed ażurowymi drzwiczkami, wiodącymi do prywatnej sauny. Pchnął jedno skrzydło, które otwarło się z cichym jękiem. Wewnątrz, w samym ręczniku stał niski mężczyzna, oparty o cembrowinę basenu. Reuven skrzyżował ramiona na piersi i stanął przed gościem.

− Wygląda na to, że się nie myliłeś – powiedział gospodarz.

− Cesarskie wojska ruszyły za Jarugę, to ma być ostatnia z wojen północnych. Nic dziwnego, że Emhyr nie chce zostawiać za sobą zdrajców – odparł owinięty w ręcznik mężczyzna. – Długo ich szukał, ciebie dostanie tak jakby, gratis.

− Cesarz zapewne omal nie sfajdał się ze szczęścia w batystowe portki. Cwany ten profesor – prychnął Reuven.

− Wyszkolony przez nilfgaardzkie służby, cesarscy nie mieli problemów z nakłonieniem go do współpracy. – Mężczyzna w ręczniku przejechał dłonią po zbyt długich włosach, które lepiły mu się do czoła.

− Zamieniam się w słuch – odparł Reuven.

− Historyk, który zlecił Isengrimowy wytropienie ammita, rzeczywiście jest wykładowcą tutejszej akademii. Potwierdza się również to, że od wielu lat bada, ten uznany za mityczny gatunek. – Perorował mężczyzna. – Zwiedził pół świata, żeby zebrać o nim jak najwięcej informacji. Potem osiadł w Kerman, miejscu, z którego uczynił swoją bazę wypadową. Przez jakiś czas pensja uznanego akademika wystarczała na pokrycie kosztów kolejnych ekspedycji. Niespełna rok temu, pieniądze zaczęły się jednak kończyć, a historyk zaczął szukać alternatywnych źródeł finansowania. Tak trafił na cesarską agenturę. Jak widać floreny pozwoliły kontynuować badania.

− Mógł wysłać raport już dużo wcześniej – Sigi Reuven uśmiechnął się cierpko. – Mogliśmy już nie żyć, wygląda na to, że nasze życia uratował mit.

− Nie jestem pewien, czy jest się z czego cieszyć, Reuven. – Mężczyzna zawahał się. – Jeśli Isengrim dostarczy mu ammita, życie elfa nie będzie już tak cenne. Podobnie jak Boreasa i twoje.

− Jak znam Isengrima, wywiąże się ze swojego zadania – odparł Reuven. – To elf, do tego chorobliwie honorowy i ambitny.

Mężczyzna przytaknął potwierdzająco. Choć usilnie zaczesywał włosy do tyłu, zmoczone parą strąki co chwila opadały mu na ciemne jak węgle oczy.

− Szkoda… − powiedział Reuven. – Podobało mi się nasze nowe życie.

− Słucham? – zapytał mężczyzna.

− Nic, nieważne. – Reuven machnął ręką. – Dowiedz się kiedy dojdzie do wymiany. Miejmy to za sobą.

 

***

 

Wyśledzenie jaskiń, o których mówili kermańscy archeolodzy, zajęło ludziom Isengrima dobrych kilka tygodni. Kompleks pieczar i podziemnych tuneli wyglądał jakby wydrążyła go gigantyczna dżdżwonica. Zbocze masywu czerniło się dziesiątkami nieregularnych otworów, połączonych ze sobą wąskimi gzymsami i wyciosanymi w skałach schodkami. Isengrim złapał się wystającego ponad szczyt wzgórza, rachitycznego drzewka i podciągnął się do góry. Przywarł do osłony i zlustrował okolicę. Między jego kryjówką, a przeciwległym wzgórzem rozpościerała się całkiem spora kotlina, przecięta w poprzek mizernym strumieniem. Srebrna nitka migotała w pełnym słońcu na samym dnie szerokiego, wyschniętego na wiór koryta. Dalej, ponad omiatany wiatrem piach wystawały zmurszałe i postrzępione szczyty skalnych obelisków. Isengrim zmrużył oczy. Miał nadzieję dojrzeć jakiś ruch lub ślady obecności ammita. Wykute w zboczu miasto pozostawało jednak równie martwe, jak ledwie cieknący dnem koryta strumyk.

Boreas Mun wraz z dwójką Zerrikanek wszedł w niewielki jar. Wąskie przejście między kruszejącym piaskowcem kończyło się tuż przy samym brzegu. Elf odwrócił głowę i spojrzał w tył. Trójka czarnoskórych najemników stała zbita w niewielka grupkę. Przez muskularne ramiona przerzucili zwoje grubo plecionej liny.

Isengrim wychylił się za skałę, do koryta miał nie więcej niż kilkanaście stóp. Przełożył nogi ponad wysuszoną rośliną i miękko zeskoczył na nabrzeże. Boreas Mun wraz z Zerrikankami wyszedł z jaru i skinął na przeciwległy brzeg.

− Wiesz jak głębokie mogą być te jaskinie? – zapytał Boreas.

− Jeśli tutejsze legendy mówią prawdę, to mogą dorównywać gnomim sztolniom – odpowiedział Isengrim. – Jeśli się mylą, obejdziemy je przed południem.

– Mówią o was, że wszystkie legendy bierzecie za pewnik, wy, elfy. – Traper ścisnął mocniej drzewiec włóczni i skinął na idące tuż za nim Zerrikanki.

− Każda legenda ma w sobie odrobinę prawdy.

− Słyszałem kiedyś, jak wędrowny dziad opowiadał o krainie, w której na polach rosną garnki. Chcesz mi powiedzieć, że w tym też znajdziesz ziarno prawdy?

Isengrim uśmiechnął się półgębkiem ale nie odpowiedział. Przykucnął na krawędzi koryta. Podniósł w wolnej dłoni kilka kamyków, po czym cisnął nimi w stronę strumienia.

− Czekaj – powiedział Boreas Mun pochylając się nad brzegiem. – Widzisz?

− Wyobraź sobie, że nie – odparł elf.

− Ktoś tędy schodził, całkiem niedawno, możliwe, że o świcie. Dobrze zatarł za sobą ślady, aż za dobrze. – Boreas Mun odsłonił płynnym ruchem dłoni kamień, pod którym widniał rozmazany kształt kociej łapy, odciśniętej w spieczonej ziemi. Isengrim przysiągłby, że to odcisk zostawiony przez lwa lub wyrośniętego tygrysa. – To ci dopiero… Legendy mogą mieć rację.

Isengrim spojrzał wyczekująco na tropiciela. Ten podniósł wzrok i spojrzał na elfa.

− Gdyby to był kot, lew albo tygrys, śladów byłoby więcej i nie byłyby tak głębokie. Ten tutaj chodził na dwóch łapach, tak jak mówiłeś.

− Ruszajmy, Boreas. Nie ma potrzeby, żebyśmy tu dłużej marudzili.

Elf sięgnął po swoją włócznię i zeskoczył na dno koryta. Piasek uniósł się spod wysokich butów żółtą chmurą. Zerrikanki z kocią gracją wylądowały na ugiętych nogach. Saberry przytroczone do pasków zaszeleściły dźwięcznie o smukłe, opalone uda najemniczek. Przeszli na drugą stronę po wynurzających się z piachu otoczakach. Isengrim wspiął się na brzeg i spojrzał w górę. Silniejsze porywy wiatru co chwile przesypywały przez skalne miasto tumany żółtego pyłu.

− Nikt nie szukał tego miejsca? To ledwie półtorej dnia drogi od Kermanu – powiedział Boreas stając tuż obok elfa.

− Tutejsi uważają to miejsce ze przeklęte, skraj pustyni Korath – odparł Isengrim.

Jedna z Zerrikanek przystanęła obok wystającego z piachu obelisku, ruchem dłoni starła pył i odsłoniła wyrytą w skale podobiznę humanoidalnego monstrum o lwich szponach i gadzim łbie. Syknęła niezrozumiale w stronę elfa, ten skrzywił się nieznacznie, a blizna na jego twarzy zmarszczyła się.

− Co ona mówi? – zapytał Boreas.

− Powtarza legendę, nieco zmienioną wersję, znaną również po zachodniej stronie gór. – Isengrim ruszył przed siebie. Zmurszałe obeliski trwały niewzruszenie, smagane podmuchami ciepłego wiatru. – Setki, może nawet tysiące lat temu, na pustyni Korath miała istnieć potężna cywilizacja. Jej miasta miały przyćmiewać wszystko, co widzieliśmy w naszym życiu. To miała być szczęśliwa, wspaniała kraina, której mieszkańcy ujarzmili pustynię i przystosowali ją do swoich potrzeb. Jak w każdej legendzie, nadszedł jednak kataklizm. Miasta opustoszały, popadły w ruinę, a mieszkańcy utracili moc władania pustynią. Wtedy Korath upomniała się o należne jej miejsce. Ci, którzy przetrwali żar pustyni, musieli zejść pod ziemię, do pieczar i jaskiń. Tam, przez całe pokolenia, wyniosła niegdyś cywilizacja sięgnęła rynsztoka. Wielu musiało się przystosować, zmienić…

− Ammit! – syknęła Zerrikanka.

− Tak. – Isengrim skinął w jej stronę. – Tak miały narodzić się potwory, ammity. Ludzie o szponach lwa i głowie gada, zjadacze dusz.

− Mogłeś mi to opowiedzieć zanim opuściliśmy Kerman… − mruknął tropiciel.

− Gdybyś zapytał, zapewne bym opowiedział. Kiedy mówiłem, że polujemy na legendę, nie kwapiłeś się do drążenia tematu.

Isengrim stanął przed ściętą skałą, która prowadziła na niewiele wyższą od człowieka półkę skalną. Elf skinął na Zerrikanki. Obie, choć niepewnie, wykonały polecenie. Wdrapały się na występ i sprawdziły wejścia do najbliższych jaskiń.  Tropiciel wraz z elfem dołączyli do najemniczek chwilę później. Isengrim poczekał, aż czarnoskórzy pomagierzy dotrą pod występ i zapalą pochodnie. Choć potrafił w ciemności zobaczyć znacznie więcej niż człowiek, podania o ammitach aż nadto podkreślały niezwykłe umiejętności potwora.

Elf nie chciał dzielić grupy. Zbyt wiele nasłuchał się o zerrikańskich kompleksach jaskiń. Rzesze badaczy i uniwersyteckich profesorów wyzionęło ducha, tracąc orientację po godzinach wędrówek w wydrążonych siłami natury tunelach. Isengrim musiał dodatkowo liczyć się z możliwością, że gdzieś w mroku czeka bestia, gotowa do obrony swojego terytorium.

Tunel okazał się całkiem krótki i kończył się wysoką halą, z której zwisały dziesiątki stalaktytów. Wygładzone skały były piekielnie śliskie. Boreas Mun musiał przytrzymać się potężnego stalagnatu, by zachować równowagę na wypolerowanych kamieniach. Zerrikanki wydawały się nie mieć tych problemów i z kocią gracją przeskakiwały między nierównościami podłoża.

− Tu jest przejście – powiedział Boreas wskazując na majaczącą po drugiej stronie pieczary wąską szczelinę. – Trzeba będzie iść gęsiego.

− Sprawdźmy, czy nie ma innej drogi. Pieczara nie jest znowu taka mała – odparł Isengrim.

− Nie widzę żadnych śladów, może wchodzi do jaskiń innym wejściem? Kto wie jak to wygląda po drugiej stronie wzgórza – powiedział Boreas.

− Wiemy, że tu jest. Jeśli jaskinie nie schodzą głęboko pod ziemię, przejdziemy wszystkie odnogi w kilka godzin. Będziemy znaczyć drogę – odpowiedział elf.

Tak jak spodziewał się tropiciel, wąskie przejście w pękniętej skale było jedynym wyjściem z pieczary. Choć podpisana w zakładzie Isengrima umowa nie zawierała prowadzenia grupy wąskimi, podziemnymi przejściami, Boreas uznał, że nie ma lepszego kandydata. Sięgnął po jedną z trzymanych przez czarnoskórych pochodni i jako pierwszy wszedł do przesmyku. Zatrzymał się na chwilę, by sprawdzić możliwości manewrowania włócznią. Mógł tylko pchać, na jakiekolwiek inne sztuczki nie było miejsca.

Przesuwali się powoli, płomienie pochodni huczały, co chwila dotykając sklepiających się nad głowami skał. Boreas widział, że tunel zaczyna się nieznacznie rozszerzać Po kilkunastu krokach mógł iść wyprostowany, nie obijając barków o wystające ze ścian bruzdy. Zmarszczył brwi, widząc, że tunel rozchodzi się na dwoje.

− Rozwidlenie – powiedział spoglądając raz w jedną, raz w drugą odnogę.

− Nie będziemy się rozdzielać, Boreas – mruknął elf za plecami tropiciela.

− Być może nie będzie potrzeby. – Traper schylil się, odłożył włócznię na chropowate skały. Przysunął płonące łuczywo do ziemi. Ślad był bardziej niż wyraźny. Odciśnięty na kamieniu nieregularny ślad łapy wciąż był mokry. – Przechodził tędy, ledwie kilka chwil temu, pewnie wlazł w kałużę. Pełno ich tutaj, sami zostawiamy za sobą ślady jak ślimak.

− Myślisz, że wie o nas? – zapytał Isengrim.

− Jesteśmy na jego terenie, musi o nas wiedzieć. Zna te jaskinie jak własną kieszeń – odpowiedział Boreas kiwając głową. – Ale nie ucieka, ślady są wyraźne, odciśniete przy spokojnym chodzie.

− Może prowadzić nas w pułapkę – szepnął Isengrim. – Raz już dałem się tak nabrać.

− Musimy iść dalej. Teraz lepiej się już nie cofać.

Boreas podniósł włócznię i ruszył dalej. Nie oglądał się za siebie. Pochodnia rozjaśniała ciemność ledwie kilka kroków przed nim. Bestia mogłaby zaatakować w ułamku sekundy, morderczo i niespodziewanie.

Ślady były coraz wyraźniejsze, jakby potwór szedł tuż przed nimi, na granicy mroku. Tunel skończył się równie niespodziewanie jak rozwidlił. Boreas przełknął ślinę. Przed nimi ukazała się potężnych rozmiarów sztolnia. Gołe skały pod nogami zastąpiła wyciosana posadzka, sklepienie ginęło w ciemnościach. Pochodnie wydawały się ledwie tlącymi się punkcikami. Isengrim wyprzedził Boreasa i zmrużył oczy. Ślady prowadziły prosto na sam środek hali. Odwrócił się do Zerrikanek, które jeszcze w tunelu chwyciły za rękojeści saberr. Jasne płomienie tańczyły na wypolerowanych klingach. Elf syknął niezrozumiale, a Zerrikanki skinęły głowami i rozeszły się na boki.

− Pójdziemy prosto, ślady są świeże, jest tuż przed nami – powiedział elf nachylając się nad uchem tropiciela.

− Wiem, jest blisko – odparł Boreas.

Stawiali kroki powoli i ostrożnie. Napięte do granic możliwości mięśnie poruszały gotowymi do walki ciałami. Isengrim w ułamku sekundy skulił się i wysunął sztych przed siebie. Boreas dostrzegł błysk chwilę później. Dwa jasne jak gwiazdy migdały zamigotały w ciemności. Zerrikanki westchnęły ledwie zauważalnie i mimowolnie opuściły gardy.

− Spokojnie. – Usłyszał Isengrim. Postać zbliżała się w jego stronę, widzial już zarysy sylwetki. Usłyszał wywołujący ciarki na plecach damski głos. Odbijał się po jaskini nienaturalnym echem, przez co ciężko było stwierdzić, skąd dochodzi. – Gdybym tylko chciała, mogłabym zawalić na was strop już kilka razy. Na każdego przychodzi odpowiednia pora.

Elf ani żaden z jego towarzyszy nie odezwał się. Czekali w skupieniu, aż potwór wyłoni się z ciemności. Isengrim nie spodziewał się takiego widoku. Bestia nie była wyższa od niego samego. Kuszące kształty zauważył od razu. Pokryte sierścią łapy przechodziły w przyprószone ledwie widocznym meszkiem kobiece uda. Płaski jak u driady brzuch i pełne piersi mieniły się w ogniu. Przy szyi skóra twardniała, robiła się bardziej gadzia, porowata. Isengrim uznał, że krokodyle wiele by zyskały, dziedzicząc pyski po ammitach. Twarz potwora przypominała ludzką. Pokryta twardą skórą, o wąskim nosie i ciemnozielonych ustach pozbawiona była całkowicie włosów. Spiczaste uszy przypominały elfie, a wielkie, migdałowe oczy hipnotyzowały żółtymi, gadzimi tęczówkami.

− Nie tego się spodziewaliście, co? – zapytała odkładając na ziemię glinianą miseczkę.

Isengrim już sposobił się do odpowiedzi, ale ammit powstrzymała go uniesieniem dłoni. Chwilę później uśmiechnęła się serdecznie, ukazując rzędy ostrych jak u wampira, śnieżnobiałych zębów.

− Wasze legendy się nie mylą – powiedziała dźwięcznie. – Nie tylko nas spotkała katastrofa i nie tylko was ona dotknie. Żyliśmy tu tysiące lat, na długo zanim na pustyni pojawił się człowiek. Korath tętniła życiem, rozwijała się, mieliśmy technologię, która pozwalała nam przygotować się na nadejście nieuniknionego. Teoretycznie.

Ammit zrobiła kilka kroków, pozostając w oświetlanej ogniem strefie. Nie chciała doprowadzać do ostateczności. Isengrim śledził potwora wzrokiem. Przesunął pochodnię tak, by lepiej widzieć bestię. Boreas Mun przełknął ślinę gdy ammit go minęła. Tak doskonałego tyłka nie widział jeszcze nigdy. Potwór zatrzymał się przy skalnej kolumnie oplecionej grubą jak pień drzewa spiralą. Miedziany zwój rozchodził się i giął ku górze. Isengrim zauważył, że tam gdzie zaczynał się mrok, spirala była pęknięta. Ammit oparła dłoń o gruby drut i uśmiechnęła się.

− Nie wystarczyło. Nie uratowaliśmy się, przynajmniej nie wszyscy. Kiedy ziemia zadrżała, ocaleli tylko ci, którzy akurat byli na powierzchni. Nie mieli już do czego wracać, a życie na zewnątrz nie było łatwe. Na każdego przychodzi pora. – Opuściła głowę. Elf był pewien, że jej ramiona drgnęły. – Musieliśmy się bronić, kiedy przybyliście, musieliśmy użyć siły. Stąd te wszystkie podobizny i podania. Pomogło tylko na chwilę…

Isengrim obserwował płynne, powolne ruchy potwora. Obrócił nieznacznie głowę i skinął na Zerrikanki. Obie odpowiedziały ledwie zauważalnym ruchem gowy. Klingi ponownie uniosły się do góry. Ammit podniosła głowę, uśmiechnęła się smutno.

− Wciąż naiwna… – Pokręciła głową. – Mogłam was zabić bez wysiłku.

Tylko raz w życiu widział, żeby ktoś skoczył tak gładko i sprężyście. Ammit przefrunęła w powietrzu, zniknęła w ciemności. Kobiecy krzyk, brzęk upadającego na kamień żelaza. Cios był niesamowicie szybki, Zerrikanka nie miała prawa uchylić się lub sparować uderzenia. Isengrim błyskawicznie zmienił pozycję, pchnął na pamięć, tam gdzie powinien być cel. Ramię wyleciało do przodu nie napotykając przeszkody, ostrze trafiło w pustkę. Impet zmusił go do wykonania długiego kroku. Wygiął się w tył by utrzymać równowagę. Prawdopodobnie tylko to uratowało jego gardło przed szponiastą dłonią. Boreas Mun wziął szeroki zamach. Włócznia świsnęła, przecięła powietrze. Tropiciel odskoczył instynktownie. Stopa trafiła na mokry kamień, zamajdał rękoma i zwalił się na plecy z hurgotem. Widział jak jedna z Zerrikanek dopada do potwora. Saberra tańczyła w jej dłoniach przeskakując od zastawy do szerokiego cięcia. Dziewczyna była doskonała w swoim fachu, umiejętnie skracała dystans, by po chwili oderwać się od przeciwnika i wykręcić piruet.

Isengrim złapał równowagę. Potwora miał ledwie kilka kroków przed sobą. Natychmiast złożył się do pchnięcia, syknął nacierając na ammita z uniesionym sztychem. Bestia musiała wyczuć jego intencje, uskoczyła w bok i złapała szponiastą łapą za drzewce włóczni. Isengrim wiedział, że to już koniec, bestia była piekielnie szybka. Spojrzał na Zerrikankę, która zamłynkowała saberrą w powietrzu i skoczyła z krzykiem. Tym razem ammit spóźniła się o niepełne uderzenie serca. Hartowana klinga weszła w ramię samą końcówką, ciemna krew wystrzeliła z wąskiej rany. Potwór zawył, Isengrim wyszarpnął drzewce z poluzowanego chwytu. Ammit skuliła się i złapała za rozcięte ramię. Spojrzała na niego, przez zaciśnięte kurczowo szczęki przeciskały się bąbelki śliny. Isengrmim wziął szeroki zamach, dolna część włóczni trafiła bezbłędnie. Huknęło, gdy drzewce zderzyło się z gadzią skronią, potwór wyłożył się jak długi.

Zerrikanka odwróciła się na pięcie i dopadła do ciała towarzyszki. Dziewczyna leżała nieruchomo. Szpony rozdarły tkanki i zdruzgotały klatkę piersiową. Najemniczka wykrwawiła się w kilka chwil.

Boreas Mun pozbierał się z posadzki i pomasował obolałą potylicę. Gwiazdy wciąż migały mu przed oczami. Sięgnął po włócznię i spojrzał przed siebie. Isengrim celował sztychem w leżącego na kamieniach potwora. Zerrikanka klęczała nad drugą dziewczyną i obejmowała jej głowę dłońmi. Tropiciel wstał na równe nogi i zawołał czarnoskórych. Przy wylocie tunelu pojawił się tylko jeden, po pozostałej trójce nie było śladu. Ten który został, przynajmniej pozbierał po reszcie siatki. Raz dwa uwinęli się z unieruchomieniem rannego i pozbawionego przytomności potwora w kilkuwarstwową plecionkę. Dla pewności, Boreas wraz z najemnikiem skrępowali ammitowi ramiona i lwie nogi.

− Nie wyglądała na groźną – powiedział Boreas patrząc na gadzią twarz, przebijającą się w płomieniach między okami sieci. – Mało mi łba nie urwała. To nie dla mnie, Isengrim, wracam do doków.

− Zabiła Zerrikankę zanim ta złożyła się do zastawy – odparł Isengrim. – Nie będę cię namawiał na kolejną wyprawę. Nie martw się.

− Dlaczego nie zawaliła na nas tego tunelu? Mogła nas pozabijać zanim byśmy się zorientowali że kamienie lecą nam na łeb.

− Wygląda na całkiem młodą… – Isengrim przekręcił głowę i potoczył wzrokiem do miejsca, gdzie pojawiła się po raz pierwszy.

Miseczka wciąż leżała w tym samym miejscu. Isengrim podszedł do naczynia i uniósł na wysokość wzroku. Ciecz, która zastygła wewnątrz wcale nie była wodą. Elf znał ten zapach, zanurzył palec i roztarł na dłoni jasną, turkusową farbę. Uśmiechnął się mimowolnie i ruszył śladem kropek, które mazidło zostawiło na posadzce.

− Isengrim! – krzyknął Boreas, gdy ten oddalił się od grupki.

− Spokojnie – odpowiedział. – Chcę tylko coś sprawdzić.

Doszedł do przeciwległej ściany. Sklepienie kryło się w ciemności, stalaktyty szczerzyły ostre zęby. Isengrim doszedł do porowatej ściany, na której widniały kolorowe sylwetki. Malowidła wykonano z artystyczną precyzją. Gadzie sylwetki ammitów rozmawiały wesoło z ludźmi, wymieniały uściski, a nawet oddawały się cielesnym uciechom. Widział malunek niewielkiego pół ammita pół człowieka, prowadzonego przez przedstawicieli obu gatunków. Uśmiech Isengrima zgasł.

− Dlatego byłaś taka naiwna – powiedział sam do siebie. – Zupełnie jak my.

 

***

Do Kerman zajechali o zmierzchu. Dzień targowy powoli dobiegał końca, a kolorowa mozaika kupców pakowała kramy na wozy. Minęli handlarzy i wysoką, schodzącą się ku szczytowi bramę, której strzegła grupka żołnierzy uzbrojonych w piki. Każdy z nich miał na sobie kolczugę splatającą trzy ogniwa w jedno i czteropłytową zbroję, nazywaną w Zerrikanii „Cztery Słońca”. Kity z jasnego włosia wieńczyły stożkowe hełmy.

Strażnicy znali Isengrima, żaden też nie zdziwił się widokiem ciągnionej na kołach, zakrytej klatki. Jeden z żołnierzy, znajomy Isengrima, podszedł do elfa i skinął na wóz.

− Witaj, Isengrimie. – powiedział oficer. – Udane łowy?

− Bądź pozdrowiony, Asuanie – odparł elf. Stuknął zaciśniętą pięścią w szczelnie zakrytą klatkę na kołach. – Udane jak mało kiedy.

− Co tym razem? – zapytał. – Kolejny jaszczur? Może bazyliszek? Mało ich już ostało się na kermańskiej ziemi.

− Aligator, niech będzie, że to aligator, Asuanie. – Isengirm przysunął się do oficera i wcisnął w jego dłoń pękaty mieszek.

Asuan zważył woreczek w dłoni i wydął usta w niemym zachwycie. Wsunął łapówkę pod kaftan i zrobił kilka kroków w tył. Elf wrócił do czekających przy wozie towarzyszy.

− Możecie jechać. – Strażnik uniósł dłoń w przyzwalającym geście.

− Do zobaczenia – odpowiedział elf.

Kerman był zatłoczony nawet po zachodzie słońca. Brukowane ulice rozświetlały liczne latarnie, palarnie fajek wodnych zapraszały gwarnymi rozmowami i obłokami aromatycznego dymu. Pod łowiecką faktorię Isengrima dotarli bez większego problemu. Elf zaciągnął klatkę na ubity plac i z pomocą Boreasa Muna wtoczył ją do drewnianej budy. Konie odprowadził do przyzakładowej stajni i zniknął wewnątrz „Czerwonej Mrówki”. Boreas wraz z Zerrikanką czekał na placu, co chwila zerkał na chmurną i jednocześnie wściekłą dziewczynę. Isengrim wyszedł na podwórze trzymając w dłoniach dwa pękate mieszki. Jednen wyciągnął w stronę Zerrikanki, która niechętnie wzięła zapłatę.

− Tyle ile należało się wam obu. Nie mam zamiaru zarabiać na tragedii. Będzie miała odpowiednią ceremonię, zadbam o to.

Dziewczyna skinęła tylko i kontynuowała kontemplację kupki piasku, który usypała wcześniej czubkiem buta. Isengrim przeniósł wzrok z Zerrikanki na Boreasa, podał mu drugi z mieszków.

− Ustalona stawka plus dodatek za trudne pracy – powiedział elf wręczając nagrodę tropicielowi.

Boreas Mun zważył woreczek w dłoni. Wątpił, czy w dokach dorobiłby się podobnego wagomiaru, nawet po kilku miesiącach ciągłej harówki.

− Sporo.

− Nie codziennie poluje się na legendę. – Uśmiechnął się Isengrim. – Klient będzie odbierał zamówienie jutro w południe. Chciałbym, żebyś mi towarzyszył przy przekazaniu klatki. To nasze wspólne trofeum.

− Isengrim… − Boreas Mun spuścił nieco głowę. – Mówiłem, że to tylko jeden raz.

− Wiem, wiem. – Elf machnął ręką. – Nie naciskam na spółkę, chcę tylko, by klient poznał człowieka, który potrafi wytropić taką bestię.

Boreas Mun skinął głową. Isengrim spojrzał na Zerrikankę. Ciało jej towarzyszki wrzucili na wóz razem z klatką. Kiedy wraz z Boreasem zamknęli zdobycz w budzie, własnoręcznie zdjął truchło z wozu i zawinął w dodatkową warstwę płótna. Zginęła w walce, należał jej się godny pogrzeb.

− Dziękuję wam, gdyby nie wasza pomoc, być może bym tu teraz nie stał – powiedział elf. – A już na pewno nie miałbym w klatce tej bestii.

− Mea mówiła, żeby nie brać tej roboty, że lepiej już było zostać w… − Zerrikanka urwała, westchnęła tylko i podniosła wzrok. – Na pewno chciałaby, żebyśmy nie ronili łez. Znałam ją lepiej niż ktokolwiek inny. Wolała, żeby nad jej grobem rozlać miód. Byliśmy przy jej ostatnim oddechu, oddajmy jej cześć w należyty sposób. Mea nie miałaby nic przeciwko, gdybyśmy zostawili w karczmie jej część nagrody.

− W takim razie za Meę. – Zgodził się Isengrim.

− Za Meę… − westchnął Boreas.

Poszli, a Mea piła i tańczyła razem z nimi, aż po blady świt.

 

***

Siedzieli przy stole zbitym z ciemnego, lakierowanego drewna. Elf skrupulatnie kolekcjonował wyposażenie „Czerwonej Mrówki”. Choć wychował się w puszczach, zakodowane we krwi poczucie estetyki dawało o sobie znać w najmniej spodziewanych momentach. Isengrim obracał w palcach gliniany kubek co jakiś czas łykając jego zawartość. Herbata była przednia. Starannie przygotowana mieszanka zerrikańskich liści od razu przypadła elfowi do gustu. Boreas Mun siedział po przeciwnej stronie. Skacowany jak sto nieszczęść co chwila przysypiał, opierając czoło o złożone na blacie ręce. Poprzednia noc, spędzona w słynnej na cały Kerman karczmie Uzza, okazała się dla niego tyleż rozkoszna co zabójcza. Miody i hulanki wyssały z tropiciela ostatnie siły.

− Nikt ci do gardła nie wlewał, trzeba było znać umiar. – Isengrim podniósł kubek do ust i upił nieco herbaty.

− Zamknij się… − mruknął Boreas. Nie miał nawet siły podnieść głowy do pionu. Gorzałka tańczyła pod czaszką jak szkwał na pełnym morzu.

− Tropiciel z ciebie przedni Boreasie, ale podejście do alkoholu masz typowo ludzkie. Byle się urżnąć. – Isengrim odstawił naczynie na ciemny blat stołu. – Rezultaty takiego postępowania były łatwe do przewidzenia.

− Jesteś niewiarygodnie wręcz męczący − westchnął Boreas Mun. – Gdzie ten twój klient? Chyba się spóźnia krzynę.

Elf nie odpowiedział, wstał z krzesła i obszedł pomieszczenie pewnym krokiem. Boreas Mun miał rację, profesor spóźniał się już niemal godzinę. Isengrim pamiętał, jak ów człowiek przekonywał go, by przyjął zlecenie. Niegdysiejszy dowódca komanda Wiewiórek był pewien, że klient oddałby własną matkę, byle tylko dostać ciżmy ze skóry bazyliszka. Ktoś, komu tak zależało na kontrakcie, z pewnością starałby się zjawić punktualnie, albo nawet i przed czasem. Isengrim pamiętał jednak, że jakiś czas temu miał zleceniodawcę, który po konie w paski zjawił się kilka dni po terminie. Jak tłumaczył, wywoływał dzięki temu chęć jak najszybszego zakończenia transakcji. Podbite oko tylko potwierdzało jego słowa.

Kołatanie w bramę usłyszał już za pierwszym stuknięciem. Boreas Mun chrapnął jak wieprzek. Elf otworzył drzwi i wyszedł na plac. Mężczyzna po drugiej stronie bramy był sam. Isengrim bez trudu rozpoznał profesora.

− Coś pana zatrzymało, tak mi się zdaje – powiedział przekręcając klucz w zamku. Brama otwarła się ze skrzypnięciem.

− Wybaczcie, wybaczcie, prędzej być nie mogłem. – Uczony z płaskim jak naleśnik, czoworobocznym kapeluszu i z sięgającą piersi brodą, wyglądał na porządnie zakłopotanego. – Gdzież jest to moje cudo, panie Isengrimie? Gdzie ta bestia?

− Proszę za mną. – Elf zamknął bramę i ruszył w stronę drewnianej budy. – Mam nadzieję, że dysponuje pan jakimś wozem.

− Tak, tak, a jakże! Czeka za bramą, tam pod palmami. – Profesor wskazał kościstą dłonią kolebiące się na delikatnym wietrze soczyste liście.

Zatrzymali się przed podwójnymi drzwiami. Isengrim ściągnął łańcuchy i zdjął belkę, która ryglowała wejście. Zatęchłe i śmierdzące powietrze uderzyło w nozdrza. Wewnątrz panował nieprzyjemny półmrok, kurz unosił się w powietrzu i drażnił gardło. Isengrim zrobił kilka kroków i gestem dłoni zaprosił gościa do środka. Ten oblizał usta i niepewnie przestąpił próg budy. Zakryta płachtą klatka stała na samym środku, słyszeli jak ammit dyszy z wściekłości. Isengrim był pewien, że próbowała się uwolnić. Elf złapał za róg plandeki i szarpnął.

Siedziała na samym środku. Wyszczerbione kraty i poorana szponami podłoga klatki tylko potwierdziły domysły elfa. Dyszała, zaciskając szczęki. Rana którą zadała potworowi Zerrikanka zasklepiła się. Isengrim widział jak ammit wierci wzrokiem profesora. Puścił płachtę, która opadła, ponownie zakrywając klatkę.

Elf odwrócił się i sięgnął po opartą o otwarte drzwi belkę. Odczekał, aż oddech uczonego nieco się uspokoi. Bestia zrobiła na nim odpowiednie wrażenie.

− Chodźmy do środka, zakończymy transakcję.

− Tak… Chodźmy – odparł profesor. Cofnął się kilka kroków i wyszedł na rozgrzane powietrze. Odetchnął z ulgą, gdy Isengrim zaryglował drzwi.

− Macie kogoś do pomocy? Nie będę tej klatki pchał sam. – Isengrim przeprowadził człowieka przez plac i otworzył drzwi do kantorka, w którym spał Boreas Mun.

− Oczywiście, oczywiście. Pomoc czeka razem z wozem – odpowiedział nerwowo. Wydawał się w ogóle nie zwracać uwagi na chrapiącego potężnie Boreasa. Usiadł na wolnym krześle, które wskazał mu elf.

− No, to niech księgowości stanie się zadość… − Isengrim wyjął z wysokiego regału gruby wolumen i rzucił na blat stołu. Boreas Mun poderwał się jak rażony piorunem. Elf uśmiechnął się półgębkiem i skinął na tropiciela. – Boreasie, oto i nasz zacny klient.

− Niech będzie… Pokój, niech będzie. – Pijany jak szewc musiał złapać się stołu. Uśmiechnął się by zatrzeć nienajlepsze pierwsze wrażenie. Gruba struga śliny pociekła mu na brodę, co wywołało na twarzy profesora grymas obrzydzenia.

− Witajcie… − odparł akademik.

Isengrim wzruszył ramionami i otwarł księgę. Przejechał opuszką po nakreślonych piórem zleceniach. Stuknął kilkukrotnie odnajdując właściwą kolumnę i rząd. Uśmiechnął się i spojrzał na kupca, który obserwował przysypiającego ponownie Boreasa Muna.

− Proszę wybaczyć… Ale gdyby nie on, nigdy nie wytropilibyśmy ammita.

− Rozumiem, rozumiem – powtórzył profesor. Uśmiechnął się żółtymi jak siarka zębami, a wiotka skóra na jego twarzy zmarszczyła się setkami bruzd.

− Dobrze, więc tak. Zgodnie z umową, dwa tysiące florenów za żywego i zdrowego ammita.

− Należy się jak chłopu kosa, panie. – Uczony schylił się i podniósł na stół sporych rozmiarów mieszek. – Wytropiliście potwora jakbyście co najmniej wiedźminem bywali.

Isengrim nie odpowiedział. Westchnął tylko i uśmiechnął się wymuszenie. Sięgnął po mieszek i zważył go w dłoni, po czym odłożył ściągnięty rzemieniem woreczek na stół. Nareszcie będzie mógł zainwestować w nową klatkę, wóz i kilka nowych sprzętów. Reszta zostanie na mrowie przyjemności, które oferowało miasto.

− Dlaczego ammit? – zapytał Isengrim. – Ten gatunek stoi na krawędzi wymarcia. Funkcjonuje bardziej w mitach i podaniach niż w rzeczywistości. Można porównać go do smoków. Czemu aż tak panu na nim zależało?

− Tak, tak… − Zaczął profesor. – Pierwsze wzmianki o istnieniu tych bestii pojawiły się na zachód od gór Tir Tochair. Zwiedziłem niemal całe Geso, Mettinę… Ech, aż po wybrzeże Ebb…

− Wiem, pamiętam, słyszałem to już niejednokrotnie. – Elf powstrzymał dalszy wywód uniesioną dłonią. – Ale po co ją badać? To relikt, element dawno minionego świata.

− Proszę wybaczyć zuchwałość. – Uczony odchrząknął przygotowując się do dłuższego wystąpienia. – Rozumiem, że jako elf, ma pan przeświadczenie o wyższości swojego gatunku nad naszym. Byliście tu przed nami, byliście pierwsi. Macie święte prawo do tego, żeby nazywać nas okupantami i uzurpatorami. My jednak myślimy inaczej. Ludzie, którzy mieszkali tu przed nami, nazywali ammity bóstwami, czcili je. Jako naukowiec muszę jednak podchodzić do tego tematu bez emocji. Dzięki ammitce, będziemy mogli poznać historię całej rasy, jej anatomię, zwyczaje. Kto wie, być może znajdziemy lekarstwa i szczepionki na niektóre choroby. Malaria potrafi wybijać całe wioski, a oni żyli na tej pustyni tysiące lat. Ta bestia jest jak encyklopedia, grobowiec pełen skarbów, który tylko czeka aż…

Elf usłyszał tumult chwilę wcześniej. Gdy profesor zamilkł, mijał już stół, odruchowo dotknął przytroczonej do pasa pochwy ze sztyletem. Akademik obrócił się w stronę drzwi, wyraźnie zbity z tropu. Na plac wdarło się przynajmniej kilku ludzi. Isengrim zaklął w duchu. Od tygodni nosił się z zamiarem przygarnięcia kilku psów. Byli tuż za drzwiami, elf wiedział, że nie zdąży. Odskoczył w bok dokładnie w momencie, w którym zawiasy strzeliły. Wyrwane z framugi odrzwia trzasnęły z łoskotem o podłogę. Elf szarpnął za rękojeść sztyletu. Pierwszego z zakapturzonych bandytów, którzy wpadli do środka złapał za ramię i obrócił w swoją stronę. Sztych trafił prosto w gardło i rozszarpał tkanki. Oczy napastnika omal nie wyskoczyły z orbit, krew pociekła gęstą strugą po szyi i zmoczyła jasny kaftan. Dwóch wpadło do środka niemal w momencie, kiedy bandyta wyzionął ducha, a trzeci zjawił się niemal w tej samej chwili. Isengrim zmarszczył czoło. Nawet się nim nie zainteresowali. Elf zrobił dwa kroki w tył i zaczął obchodzić stół. Boreas Mun chrapał aż dzwoniło w uszach. Bandyci złapali profesora i przydusili do stołu.

− Ratujta! – zawył handlarz.

− Nie radzę. Nie chcę was zabijać, ale jeśli mnie zmusicie… − syknął Isengrim.

− Nie będziesz się wzbraniał, jak mniemam. – Elf rozpoznał ten głos. Mięśnie stężały, powoli odwrócił wzrok od bandytów i spojrzał w stronę drzwi.

− Reuven? – zapytał elf.

− Chyba czas sobie wyjaśnić kilka kwestii, panie Faoiltiarna – powiedział Sigi Reuven przestępując próg „Czerwonej Mrówki”.

Isengrim ścisnął mocniej rękojeść sztyletu. Przestąpił z nogi na nogę, obserwował jak łaźniarz opiera się plecami o ścianę i krzyżuje potężne jak dwa kaszaloty ramiona na piersi. Złocona orteza na kolanie zaskrzypiała żałośnie. Elf ledwie widocznie uniósł kąciki ust. Przeszedł za stół, odgradzając się od napastników szerokim meblem.

− Takiej blizny nie robi byle brzeszczot. – Dodał Sigi Reuven.

− Długo zachodziłem w głowę, czy to umysł płata mi figle, czy rzeczywiście już kiedyś mieliśmy okazję się spotkać. Na Thanedd mignąłeś mi tylko na chwilę, jak cień. Krążyły różne pogłoski. Jak widać wiedźmin rzeczywiście przetrącił ci kulasa, Dijkstra – odpowiedział Isengrim Faoiltiarna.

− No proszę, jestem pod wrażeniem. – Dijkstra pokiwał wygoloną głową. – Wiedziałeś od początku?

− Powiedzmy, że miałem podstawy by żywić podejrzenia.

Redański szpieg prychnął z uśmiechem. Boreas Mun, który do tej pory spał jak zabity, poderwał się na krześle i nieobecnym wzrokiem potoczył po stojących wewnątrz kantora mężczyznach. Powoli przesunął spojrzenie na przygwożdżonego do stołu profesora, którego fantazyjny kapelusz potoczył się po blacie i odsłonił naznaczoną ciemnymi plamami łysinę. Ostatecznie skupił wzrok na leżącym w kałuży krwi bandycie.

− Nie kupił? – zapytał Boreas Mun spoglądając na Isengrima.

Elf i szpieg wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Boreas Mun, uśliniony jak siedem nieszczęść próbował z całych sił ogarnąć wydarzenia ostatnich minut. Ostatecznie westchnął przeciągle i zapatrzył się na dwójkę kompanów, którzy najwyraźniej byli w trakcie poważnego sporu.

− O co tu chodzi, Dijkstra? – zapytał Isengrim.

− Kto? – Boreas Mun mruknął niewyraźnie.

− Wiesz ile mil jest z Kerman do najbliższego miasta po zachodniej stronie gór? Albo jeszcze lepiej, do Temerii? Kilkaset, tysiąc? Daleko musieliśmy uciec, żeby zostawić za sobą przeszłość. Minęło sporo czasu, a przeznaczenie się upomina – mówił Dijkstra. Gestem dłoni nakazał swoim ludziom opuszczenie broni. Bandyci zwolnili uściski. Profesor poderwał się z miejsca jak kot i runął na drugą stronę stołu, gdzie uczepił się kolumny podtrzymującej strop.

− O czym ty mówisz? – Isengrim wpatrywał się w szpiega, który odepchnął się od ściany i powolnym krokiem zmierzał w jego stronę.

− Od kilku tygodni po Zerrikanii krążyły pewne niepokojące plotki. – Dijkstra przestąpił nad trupem najemnika i zaczął obchodzić stół. – Nilfgaard się obudził, ruszył na północ, ale na cesarskim dworze to nie przekroczenie Jarugi frapuje Emhyra. Nie zapomniał tego co wydarzyło się podczas ostatniej wojny. Cesarstwu jeszcze nigdy nie namnożyło się tylu zdrajców. – Dijkstra stanął kilka kroków przed elfem. – Nilfgaard spuścił ze smyczy gończe psy, rozesłał szpiegów i zabójców. Jak widać, szybko złapali trop.

− Ten tutaj nie wygląda na szpiega, Dijkstra. Ledwie się na nogach trzyma. – Elf wskazał na dygoczącego z przerażenia dziadka. – Zaraz gotów sfajdać się w portki.

− Zabójcą może i nie jest, ale wiem o co cię pytał i czym się interesował – odparł Redańczyk. – Jak słusznie zauważyłeś, materiał na asasyna z niego marny, ale to niekoniecznie on musi zadać śmiertelny cios. Wystarczyło, że dobiłbyś z nim targu, a gotowym przysiąc, że nie przeżyłbyś dzisiejszej nocy.

Isengrim zmarszczył brwi. Uczony był blady jak ściana, ale to wcale nie musiało świadczyć o jego winie. Elf bacznie przyglądał się swoim kompanom. Krąg jego zainteresowań rzadko kiedy wychodził poza Kerman i zlecenia, którymi się zajmował. Politykę już dawno spisał na straty, i choć wiedział, że Nilfgaard ponownie sposobi się by ruszyć na północ, niewiele go to interesowało. Jeśli Dijkstra miał rację, ignorancja mogła kosztować byłego cesarskiego pułkownika głowę.

− Aż tak zależy ci na moim życiu? – zapytał Isengrim ukazując rząd śnieżnobiałych zębów. – Ledwie kilka lat temu wieszałeś moich pobratymców po redańskich gościńcach. Szczułeś nas po lasach jak łowną zwierzynę, rzucałeś na pożarcie wygłodzonym psom.

− Szybko ci się przypomniało – żachnął się Dijkstra. – Jak słusznie mniemasz, choć lubię cię i szanuje, twoje życie nie obchodzi mnie bardziej niż moje. A ten dziadyga, który co chwila łypie wzrokiem na widelec, jest o wiele bardziej zdeterminowany niż wygląda. Liczę, że nasz kolega podzieli się posiadanymi informacjami. Wierzę, że mogą nam one pomóc ujść z tej sytuacji z życiem.

− Co chcesz z nim zrobić?

− Nie bądź naiwny, Isengrimie. Dokładnie to, co ty z lubością wyczyniałeś z moimi pobratymcami – odpowiedział Dijkstra z paskudnym uśmiechem. – Miodu tu co prawda nie widzę, ale jestem pewien, że obejdziemy się bez tego.

Profesor nie wytrzymał. Nim Dijkstra ostrzegł elfa, uczony rzucił się z krzykiem i zaciśniętymi kułakami prosto na Isengrima. Elf nie dał się zaskoczyć, miał przewagę kilku kroków i wyciągnięty z pochwy sztylet. Nie chciał zabić, szybkim krokiem zszedł z linii szarży i wziął głęboki zamach. Odlana na kształt wilczego pyska głowica trafiła prosto w czoło. Akademik jęknął tylko i nieprzytomny zwalił się na podłogę rozbijając w drzazgi hebanowe krzesło. Isengrim ściągnął usta w kreskę i nadął policzki.

− To krzesło… − wycedził przez zaciśnięte zęby.

− Nawet nie próbował uciekać. – Stwierdził Dijkstra. – Widać miał nadzieję, że zakończysz jego żywot, nim zdecydujesz się wydać go na męki.

− Wciąż mi się to nie podoba, Dijkstra. – Isengrim pokręcił głową. – Ale coś każe mi zaufać twoim metodom. Nie wiem dlaczego i nie wiem po co, bo cesarskiej sprawiedliwości nie uciekniemy i obaj o tym wiemy.

− Dziękuję. – Dijkstra skinął na trójkę ludzi, którzy oczekiwali wokół stołu na dalsze rozkazy. – Masz tu jakąś piwnicę?

− Tam, za rogiem są schody. – Elf wskazał na załom za wyłożoną jasną boazerią ścianą. – Nie napaskudźcie za bardzo.

− Postaram się, żeby nie trwało to długo. – Redańczyk poczekał aż najemnicy podniosą bezwładne ciało nilfgaardzkiego szpiega i zaniosą w dół schodów. Spojrzał na Isengrima, który myślami wydawał się być setki mil od Kerman. – Poza tym, chyba nie uwierzyłeś, że ten mieszek złota, to rzeczywiście dwa tysiące florenów.

 

***

Celowo wyszli zaczekać na tyły „Czerwonej Mrówki”. Isengrim zawczasu zamknął bramę i zabezpieczył posesję przed petentami. Boreas Mun trzymał głowę w dłoniach i co jakiś czas pociągał z bukłaka. Grdyka skakała jak spławik, tłocząc do gardła kolejne łyki chłodnej wody. Isengrim siedział tuż obok i bawił się swoim sztyletem. Przeczuwał, że prędzej czy później może do tego dojść, choć gdzieś głęboko tlił się płomyk nadziei. Isengrim wiedział, że amnestia i ocalenie życia to uśmiech losu, za który przyjdzie w końcu zapłacić. Wiedział, że cesarz pamiętał i był gotów, by wszyscy, którzy przyczynili się do jego klęski, zapłacili najwyższą cenę.

− Nigdy więcej nie biorę tego do ust… − mruknął Boreas Mun wycierając umoczoną od wody brodę. – Na bogów.

− Zerrikański miód pitny tylko w smaku jest słodki – odpowiedział Isengrim. – Pijesz, pijesz i myślisz, że będzie już tylko lepiej, rozkoszniej, a potem łapie za gardło jak zbój na gościńcu i pyta: „pamiętasz mnie, bratku”? Zupełnie jak życie, Boreas.

− Dobrze się czujesz? – zapytał Boreas ciężko dysząc.

− Nie wiem. – Elf wstał i podszedł do mieszka florenów, rozsypanych na klepisku za „Czerwoną Mrówką”.

Sięgnął po leżącą najbliżej monetę i obrócił w palcach. Prymitywna, choć niezwykle skuteczna metoda. Zwykle wystarczyło by petent zważył mieszek w dłoni, a transakcja była uznawana za zakończoną. Nim oszukany zorientował się, że trzyma w dłoni pomalowaną na odpowiedni kolor, pociętą w owal blachę, fałszerz przekraczał miejskie bramy ze śmiechem na ustach. Elf wziął zamach i cisnął monetą prosto w drewnianą budę, w której trzymał klatkę z uwięzionym ammitem.

− Ludzie… Oni nigdy się nie zmienią – powiedział do siebie.

Drzwi za jego plecami skrzypnęły. Charakterystyczny dźwięk ortezy zlał się z dawno nie oliwionymi zawiasami. Isengrim odwrócił się ku szpiegowi z dłońmi skrzyżowanymi na plecach. Dijkstra stanął między nim i siedzącym na ławce tropicielem.

− Więc? – zapytał Isengrim Faoiltiarna. – Cesarz? Nowy szef służb specjalnych?

− Sprawa jest zdecydowanie większa niż początkowo przypuszczałem. – Zaczął Redańczyk.

− Czarodzieje? Miałem nadzieję, że po ostatnim puczu pójdą po rozum do głowy. Choć z drugiej strony, większość z nich to ludzie, nie ma co liczyć na refleksję − Isengrim oparł się łokciem o wóz.

− Nie, to nie czarodzieje i co więcej, tu wcale nie chodzi o nas.

Plac wypełniła absolutna cisza. Nawet Boreas Mun, który sapał i przeżywał morderczego kaca, zamilkł jakby ktoś zaszył mu usta. Isengrim zmarszczył brwi. Dijkstra zrobił kilka kroków i przysiadł na wysokim pniaku, który stał nieopodal ławki.

− Dziewczyna wróciła – powiedział Redańczyk. – Cesarstwo aż huczy. Emhyr wysłał setki szpiegów w najdalsze zakątki kontynentu. Wojna to tylko przykrywka.

Isengrim wziął głęboki oddech. Boreas Mun zzieleniał, a potem porzygał się okrutnie. Dijkstra odczekał, aż tropiciel pozbędzie się śluzu i nabierze powietrza. Szpieg spodziewał się, że Boreas Mun miał już wcześniej przyjemność spotkać szarowłosą dziewczynę.

− Czego od nas chcą? Nie będę jej ponownie ścigał. Ani cesarski arcyszpieg, ani nawet sam Emhyr nie zmusi mnie do tego, żebym ponownie uganiał się za śmiercią. – Isengrim wykrzywił twarz. Blizna zmarszczyła się jakby miała pęknąć.

− Tam gdzie jest dziewczyna, jest i on. Diabeł o białych włosach, śmierć – mamrotał Boreas Mun. – To niemożliwe… Ona przepadła, zniknęła, odjechała razem z nim i czarodziejką. Krążyły bajania, że w Rivii…

− Znam te opowieści, Boreas. – Przerwał mu Dijkstra. – Znam je wszystkie i właśnie dlatego nie są one nic warte. Jeśli dziewczyna wróciła, to on również. Przeznaczenie… zawsze uważałem, że to tylko bujdy i gadanina klechy, który chce przekonać chłopa, żeby oddał mu dziesięcinę.

− Zawsze podziwiałem wasze podejście do kwestii wiary – fuknął Isengrim.

− Nie uciekniemy. – Dijkstra zaprzeczył ruchem głowy. – A jeśli nie można przed czymś uciec, w ludzkim obowiązku jest stawić temu czoła.

− Nie wrócę tam, ale z nieodgadnionej sympatii do ciebie zapytam, co zamierzasz? – zapytał Isengrim Faoiltiarna.

− Skoro świt wyruszam na zachód, do Novigradu – odpowiedział Dijkstra uśmiechając się coraz szerzej. – Nie wiem jak wy, ale już stąd czuję, że temu miastu potrzebna jest łaźnia.

Koniec

Komentarze

Opowieść, jak opowieść. Nie porwała, ale bólu też nie sprawiła. Łapanki nie robiłam przy tej długości tekstu, ale jakieś drobiazgi w oczy mi wpadły. 

Za to mam kilka innych, bardziej ogólnych uwag. 

Po pierwsze – początek jest moim zdaniem niepotrzebnie rozwleczony. Zbędna jest scena z bójką, rozmowy o magu.

Po drugie – mam poczucie niespójności w kilku miejscach. Najpierw piszesz:

Wynajęcie archeologów i lokalnych zwiadowców kosztowało fortunę, a rezultaty stały się satysfakcjonujące dopiero kilka dni temu. Jeśli moje informacje są trafne, nieco ponad dzień drogi od Kermanu znajduje się kompleks jaskiń, w których niegdyś żyły te stworzenia.

 

Potem:

Wyśledzenie jaskiń, o których mówili kermańscy archeolodzy, zajęło ludziom Isengrima dobrych kilka tygodni. 

 

Jeśli kompleks pieczar był o dzień, czy nawet dwa drogi od miasta, to powinien być raczej dość znany – nawet jeśli nie dogłębnie, to samo ich istnienie. Zwłaszcza jeśli były tak dobrze widoczne, wręcz z wykutymi schodkami itp. jako skalne miasto. 

 

Następna rzecz. Jeśli dobrze rozumiem, to skalne miasto znajduje się przynajmniej na skraju pustyni. Do tego piszesz:

Tunel okazał się całkiem krótki i kończył się wysoką halą, z której zwisały dziesiątki wilgotnych stalaktytów. Wygładzone przez wodę skały były piekielnie śliskie.

Jeśli tunel był krótki i do tego wielkości takiej, że spokojnie mieścił się w nim co najmniej jeden dorosły człowiek, to wybacz, ale w połączeniu z pustynią nie bardzo widzę szanse na wilgoć i żywe stalaktyty. Skądś woda w jaskiniach musiała się brać, a nie bierze się ot tak z powietrza, ale przesiąka z powierzchni. A na powierzchni pustynia… 

 

Prześlizgnąłeś się też po temacie tytułowej ammitki. Jedno spotkanie, walka z piruetami w ciasnym korytarzu (ok, walki nie komentuję, bo się na niej nie znam). A potem ją po prostu wieźli w klatce. I jak dla mnie za dużo polityki, a za mało ciekawej akcji. 

I zabrakło mi klimatu, a po Nic wiem, że potrafisz go stworzyć. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mogę zgodzić się ze Śniącą. Zwłaszcza co do nadmiaru polityki. Dużo już z sagi nie pamiętam, więc to, co miało być smaczkami, nie zainteresowało. Traktowane jako samodzielna całość opowiadanie się słabo sprawdza, a zabrakło mi wiedzy, do której się odwołujesz.

Wąska stróżka krwi spłynęła w dół.

Sprawdź w słowniku, co znaczy stróżka. Możesz się zdziwić.

śladom towarzyszyły pojedyncze ślady kropel.

I może jeszcze je śledziły? ;-) Źle to wygląda.

Pokryte sierścią łapy przechodziły w przypruszone ledwie widocznym meszkiem kobiece uda.

Oj, paskudny ortograf.

Babska logika rządzi!

Odniosłam wrażenia podobne do tych, które były udziałem Śniącej i Finkli. Także uważam, że gdybyś pozbawił historię mało znaczących epizodów i niepotrzebnie nie rozwlekał opowieści, byłaby ona znacznie bardziej interesująca.

Wykonanie, niestety, pozostawia sporo do życzenia.

 

Isen­grim za­piął tkany szla­chet­ną nicią ka­ftan… – Chyba miało być: Isen­grim za­piął haftowany szla­chet­ną nicią ka­ftan

 

Słoń­ce już dawno scho­wa­ło się za wzgó­rza­mi, a wiatr przy­jem­nie chło­dził ogo­rza­łą od słoń­ca skórę. – Powtórzenie.

 

Elf wi­dział na jego od­sło­nię­tej pier­si licz­ne ta­tu­aże, Pa­mię­tał, że… – Jeśli to nowe zdanie, poprzednie powinna kończyć kropka.

 

pi­jac­ka czkaw­ka zgię­ła go w pół. – …pi­jac­ka czkaw­ka zgię­ła go wpół.

 

Choć nogi coraz bar­dziej od­ma­wia­ły mu po­słu­szeń­stwa, elf wi­dział jak w mroku trzy­ma jedną rękę za ple­ca­mi. – Cieszę się, że nogi elfa, choć odmawiały współpracy, przynajmniej nie przeszkadzały mu w śledzeniu poczynań ręki w mroku. ;-)

 

Wąska stróż­ka krwi spły­nę­ła w dół. – Co stanowiło o wąskości pani pilnującej krwi i dlaczego ona spłynęła? ;-)

Sprawdź znaczenie słów stróżkastrużka.

Ponadto masz masło maślane. Czy coś może spłynąć w górę?

Zdanie winno brzmieć: Spłynęła wąska strużka krwi.

 

Wła­ści­ciel chyba nie miał oka­zji się wy­bro­nić– rzekł Isen­grim. – Brak spacji przed półpauzą.

 

Reu­ven się­gnął po pu­char wina i prze­chy­lił go. – Raczej: Reu­ven się­gnął po pu­char wina i wy­chy­lił go.

 

za­py­tał Bo­re­as wy­krzy­wia­jąc usta – Brak kropki na końcu zdania.

 

wy­glą­da na to, że nasze życia ura­to­wał mit. – Życie nie ma liczby mnogiej.

Proponuję: …wy­glą­da na to, że nasze żywoty ura­to­wał mit.

 

jakby wy­drą­ży­ła go gi­gan­tycz­na dżdżwo­ni­ca. – Literówka.

 

zła­pał się wy­sta­ją­ce­go ponad szczyt wzgó­rza, ra­chi­tycz­ne­go drzew­ka i pod­cią­gnął się do góry. – Masło maślane. Czy można podciągnąć się do dołu?

 

Trój­ka czar­no­skó­rych na­jem­ni­ków stała zbita w nie­wiel­ka grup­kę. – Literówka.

 

To le­d­wie pół­to­rej dnia drogi od Ker­ma­nu… – To le­d­wie pół­to­ra dnia drogi od Ker­ma­nu

Dzień jest rodzaju męskiego.

 

wą­skie przej­ście w pęk­nię­tej skale było je­dy­nym wyj­ściem z pie­cza­ry. – Nie brzmi to najlepiej.

 

Bo­re­as wi­dział, że tunel za­czy­na się nie­znacz­nie roz­sze­rzać Po kil­ku­na­stu… – Brak kropki na końcu zdania.

 

Tra­per schy­lil się… – Literówka.

 

ślady są wy­raź­ne, od­ci­śnie­te przy spo­koj­nym cho­dzie. – Literówka.

 

Nie oglą­dał się za sie­bie. – Masło maślane. Czy można oglądać się przed siebie?

Proponuję: Nie oglą­dał się. Lub: Nie patrzył za sie­bie.

 

wi­dzial już za­ry­sy syl­wet­ki. – Literówka.

 

Be­stia nie była wyż­sza od niego sa­me­go.Be­stia nie była wyż­sza od niego.

 

Ammit pod­niósł głowę, uśmiech­nął się smut­no. – Podniósł głowę, czy podniosła? Jakiej płci jest stwór?

 

− Wciąż na­iw­na… – Po­krę­ci­ła ga­dzią twa­rzą. – Można pokręcić głową, twarzą kręcić się nie da.

 

Tro­pi­ciel od­sko­czył in­stynk­tow­nie. Stopa tra­fi­ła na mokry ka­mień, za­maj­dał rę­ko­ma i zwa­lił się na plecy z hur­go­tem. Wi­dział jak jedna z Zer­ri­ka­nek do­ska­ku­je do po­two­ra. Sa­ber­ra tań­czy­ła w jej dło­niach prze­ska­ku­jąc od za­sta­wy do sze­ro­kie­go cię­cia. Dziew­czy­na była do­sko­na­ła w swoim fachu, umie­jęt­nie skra­ca­ła dy­stans, by po chwi­li od­sko­czyć na ugię­tych no­gach i wy­krę­cić pi­ru­et. – Powtórzenia.

 

Po­twór zawył, Isen­grim wy­szarp­nął drze­wiec… – Po­twór zawył, Isen­grim wy­szarp­nął drze­wce

 

Huk­nę­ło, gdy drze­wiec zde­rzył się z ga­dzią skro­nią… – Huk­nę­ło, gdy drze­wce zde­rzyło się z ga­dzią skro­nią

Drzewce jest rodzaju nijakiego.

Sprawdź, jak odmieniamy drzewce. https://pl.wiktionary.org/wiki/drzewce

 

ru­szył śla­dem kro­pek, jakie ma­zi­dło zo­sta­wi­ło na po­sadz­ce. – …ru­szył śla­dem kro­pek, które ma­zi­dło zo­sta­wi­ło na po­sadz­ce.

 

Ma­lo­wi­dła wy­ko­na­ne przez am­mi­ta były wy­ko­na­ne z nie­zwy­kłą wręcz pre­cy­zją. – Paskudne powtórzenie.

 

do­da­tek za cięż­kie wa­run­ki pracy… – …do­da­tek za trudne wa­run­ki pracy

 

Były do­wód­ca ko­man­da Wie­wió­rek był pe­wien, że klient byłby gotów… – Byłoza!

 

po­wie­dział prze­krę­ca­jąc zamek. – Można przekręcić klucz w zamku, ale nie można przekręcić zamka.

 

Uczo­ny o pła­skim jak na­le­śnik, czo­wo­ro­bocz­nym ka­pe­lu­szu i się­ga­ją­cej pier­si bro­dzie…– Uczo­ny, w pła­skim jak na­le­śnik, cz­wo­ro­bocz­nym ka­pe­lu­szu i z się­ga­ją­cą pier­si bro­dą

 

Pu­ścił płach­tę, która po­now­nie opa­dła za­kry­wa­jąc klat­kę.Pu­ścił płach­tę, która opa­dła, ponownie za­kry­wa­jąc klat­kę.

 

Nie będę tej klat­ki pchał sa­me­mu.Nie będę tej klat­ki pchał sa­m.

 

Prze­kart­ko­wał, prze­je­chał opusz­kiem palca po na­kre­ślo­nych pió­rem zle­ce­niach.Prze­kart­ko­wał, prze­je­chał opusz­ką po na­kre­ślo­nych pió­rem zle­ce­niach.

Masło maślane; tylko palce mają opuszki. Opuszka jest rodzaju żeńskiego.

 

Dwóch na­stęp­nych wpa­dło do środ­ka i rzu­ci­ło się w stro­nę uczo­ne­go, trze­ci prze­sko­czył nad cie­płym jesz­cze tru­pem… – Dwóch wpadło do środka niemal w momencie, kiedy bandyta wyzionął ducha, a trzeci zjawił się niemal w tej samej chwili. Trup, nie dość, że był jeszcze ciepły, to był całkiem ciepły, albowiem nie stygnie w ciągu kilku sekund po wyzionięciu ducha.

 

Dijk­stra po­ki­wał wy­go­lo­ną do skóry głową. – Nie można wygolić inaczej, jak tylko do skóry.

 

z ca­łych sił ogar­nąć ota­cza­ją­cą go sy­tu­ację. – Obawiam się, że sytuacja nie może otaczać.

 

Wy­star­czy­ło, że do­bił­byś z nim targu, a go­tó­wem przy­siąc… – Wy­star­czy­ło, że do­bił­byś z nim targu, a go­towym przy­siąc

 

niż mi­ja­ny w przy dro­dze że­brak. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Miodu to co praw­da nie widzę… – Literówka.

 

Nim Dijk­stra ostrzegł elfa, ten rzu­cił się z krzy­kiem i za­ci­śnię­ty­mi ku­ła­ka­mi pro­sto na Isen­gri­ma. – Ze zdania wynika, że elf rzucił się na elfa. ;-)

 

Elf wstał i pod­szedł do miesz­ka flo­re­nów, roz­sy­pa­ne­go na kle­pi­sku… – Elf wstał i pod­szedł do miesz­ka flo­re­nów, roz­sy­pa­nych na kle­pi­sku

To nie mieszek był rozsypany, a floreny.

 

Oni nigdy się nie zmie­nią – po­wie­dział sam do sie­bie.Oni nigdy się nie zmie­nią – po­wie­dział do sie­bie.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem, jednak nie mogę powiedzieć, żebym był w pełni usatysfakcjonowany lekturą… Sapka czytałem i bardzo cenię, jednak w Twojej opowieści niewiele czuć wiedźmińskiego klimatu. Jest to klasyczna, przegadana opowieść z ciekawą rasą ammitów w centrum.

Wydaje mi się, że lepiej wyszłoby, gdybyś wykreował własną, pierwszoplanową postać niż czerpał z epizodycznych Isengrima i Boreasa. Wtedy mógłbyś owego bohatera ciekawie przedstawić, co przytrzymałoby czytelnika przy tekście, tymczasem Ty oparłeś się na kreacji Sapka, której ktoś, kto dawno czytał Wiedźmina, może już nie pamiętać…

Mam wrażenie, że tekst pisało Ci się całkiem przyjemnie, stąd wodolejstwo. W przyszłości zalecam ostrą redakcję ;)

Na plus sceny walki – wyszły całkiem zgrabnie i dynamicznie :)

 

Łapanki nie będzie, bo Reg już zawarła. Ja zwrócę tylko uwagę na jedno zdanie, bo zwróciło na siebie uwagę.

Stopa trafiła na mokry kamień, zamajdał rękoma i zwalił się na plecy z hurgotem.

Słowo “zamajdać” nie istnieje, tymczasem hurgot… Spójrz na definicję. Niby jest pokrewieństwo, niemniej słabe to zdanie :/

 

Interpunkcja również pozostawia trochę do życzenia.

 

Tyle ode mnie, powodzenia w następnych tekstach!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dziękuję za komentarze. Choć miałem nadzieję, na tekst bardziej podejdzie, to z pokorą przymuje krytykę. Poprawki powinny pojawić się w tekście jeszcze dzisiaj. Wrócę z pracy i zrobię to jak należy, żeby nie przelecieć po nich po łebkach.

Cóż, należało posłuchać beta czytaczy i rzeczywiście bardziej rozbudować wątek Ammitów wraz z całkowicie nową postacią zamiast wykreowanych przez Pana Sapkowskiego…

Kuba Pawełek

Skusił mnie tytuł i nawet zostałam pozytywnie zaskoczona, że ammitowie mają coś tam śladowo wspólnego z tym, co mi się skojarzyło, czyli Ammit Pożeraczką Dusz z mitologii egipskiej. Niestety jest to właściwie jedyne na realny plus, co mogę powiedzieć o tym opowiadaniu. Okej, są tu jakieś pomysły, które chyba skorzystałyby na wyzwoleniu ich z sapkowego świata i fanfikowości.

A że czytałam długo po opublikowaniu, tak mi przyszło do głowy, że może przerobiłbyś te sensowne pomysły na własny świat, rozwinął i napisał na nowo? Po dwóch latach i bez konkursu na karku masz szanse spojrzeć na to z ciekawszej perspektywy.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie porwało mnie :(

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka