- Opowiadanie: kiria100 - Milczenie jest złotem

Milczenie jest złotem

To moje pierwsze opowiadanie przeznaczone do publikacji. Mam nadzieję, że znajdą się tu osoby, które wskażą mi błędy i drogę, którą powinnam obrać przy kolejnych tekstach. Mam nadzieję też, że znajdzie się chociaż jedna osoba, której tekst przypadnie do gustu.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Milczenie jest złotem

 

 

Nazywam się Anthony Deadfall. Obudziłem się w innej rzeczywistości i nie potrafię się w niej odnaleźć.

Jeszcze wczoraj, chyba to było wczoraj, byłem pracownikiem korporacji zajmującej się obsługą serwerów największych firm budowlanych i deweloperskich w południowej Dakocie. Nienawidziłem swojej pracy, swojego szefa i w ogóle swojego życia. To właśnie wczoraj Claris zerwała ze mną po ponad półrocznych staraniach z mojej strony. Niestety tylko z mojej. Ona, tak naprawdę, chyba nigdy nic do mnie nie czuła. Nie mogę przestać o niej myśleć. O jej kruczoczarnych, falujących włosach i uśmiechu, który potrafiłby roztopić lód. Była jedyną bliską mi osobą. Dosłownie.

Rodzice zginęli w wypadku, kiedy byłem bardzo mały. Nawet ich nie pamiętam. W dzieciństwie zajmowała się mną babcia Lena, ale zmarła, gdy miałem osiemnaście lat. Tuż po moich urodzinach potrącił ją pociąg. Podobno jej ciało było w takim stanie, że nie było sensu otwierać trumny na pogrzebie. Ja też wolałem ją zapamiętać taką, jak wyglądała za życia.

Musiałem radzić sobie sam. Znalazłem pracę w Space Jack, tej cholernej korporacji. Najpierw myślałem, że zostanę tam nie dłużej niż dwa miesiące. Byleby tylko przeczekać, jakoś zarobić na utrzymanie i spłacenie długów po organizacji pogrzebu.

 Przepracowałem tam dziesięć lat.

Byłem w biurze świątek i piątek i niedziela. Nie dziwię się, że Claris ode mnie odeszła. Mimo, że tak bardzo ją kochałem nie poświęcałem jej zbyt wystarczającej ilości czasu i uwagi. Praca zawładnęła całym moim życiem.

 Żebym chociaż lubił to, co robię. Żebym chociaż lubił samego siebie patrząc co rano w lustro. Nie dość, że nienawidziłem tej roboty, to w dodatku nie mogłem patrzeć na swoją obrzydliwą gębę. Nie to, że nie byłem przystojny. Widziałem ostro zarysowaną szczękę, sztywne blond włosy i umięśnione ciało, za którym oglądało się wiele kobiet. Byłem obrzydliwy w tym co robiłem. Obrzydliwy i śliski. Wiecznie musiałem grać w korporacyjne gierki, wiecznie oszukiwać. Okłamywałem nawet ludzi, z którymi normalnie pewnie bym się zaprzyjaźnił, gdyby nie wieczny wyścig szczurów i podkopywanie dołków. Kiedy Claris oświadczyła, że już nie chce ze mną być chciałem, żeby to wszystko zniknęło. Ci ludzie, ta praca i w ogóle wszystko, co było wokół.

 Jeszcze wczoraj to niewielkie miasteczko tętniło życiem. Mimo, że nie było w nim wieżowców, ani galerii handlowych, zawsze się coś działo. Wszyscy się znali, więc były też powody do różnych plotek.

Kiedy obudziłem się obolały i kompletnie zdezorientowany na środku drogi, w pierwszej chwili myślałem, że ostro poimprezowałem. Czasami mi się to zdarzało, choć nie zawsze miałem z kim umówić się na wieczorne wyjście. Często po prostu siadałem przy barze sam i upijałem się do nieprzytomności. Później zamawiałem taksówkę i jakoś wtaczałem się do mieszkania. Picie to jedyny sposób, żeby choć na chwilę zapomnieć o pracy i o tym co musiałem robić, żeby się w niej utrzymać. Na ilu niewinnych ludzi donosiłem za byle gówno? Nawet nie potrafię policzyć.

Ale nie, wczoraj nie piłem. Jestem przekonany, że położyłem się do swojego łóżka tak jak w większość wieczorów, podczas których nie sięgałem po flaszkę. Z tą różnicą, że nie było w nim Claris. Claris sralis! Cholera, nawet kiedy teraz o niej myślę złość mnie ogarnia. Nie rozumiem, jak mogła mnie zostawić.

Tylko skoro po pracy wróciłem do domu, a wieczorem położyłem się w swoim łóżku, to dlaczego leżę poturbowany na ulicy i to w biały dzień? Czyżbym lunatykował i wyszedł na środek drogi? Może potrącił mnie jakiś samochód? Może wypadki są u nas rodzinne?

Muszę zacząć trzeźwo myśleć. Zacznijmy od początku. Wilderness to wprawdzie niewielkie miasteczko, ale byli w nim ludzie. Gdzie oni do cholery są?

***

Na środku stoją samochody. Niektóre mają pootwierane drzwi. Wejście w markecie też stoi otworem. Remontują tam coś, czy jaki szlag? Nigdzie nie ma ludzi. Zupełnie jak po jakiejś pieprzonej zagładzie nuklearnej, tylko, że nie widać żadnych zniszczeń. Ani trupów. Ja oprócz kilku mocniejszych stłuczeń także chyba nie odniosłem większych obrażeń.

Mogę chodzić, oddychać i funkcjonować. Mogę nawet, kurwa, śpiewać, albo zatańczyć Gangnam Style.

Zwlokłem się z asfaltu. W zębach poczułem zgrzytający piasek. Bardzo chciało mi się pić. Czułem promieniujący ból w lewej nodze, ale nie miałem żadnych złamań. Mogłem ruszać wszystkimi kończynami. Cholera jasna! Miałem rozdarte jeansy. A tak je lubiłem! Wprawdzie były już trochę znoszone i powycierane, ale mimo wszystko było mi ich żal.

Było niesamowicie gorąco. Postanowiłem wejść do Shop Maxa i kupić coś do picia. Ale, niech to szlag! Nie miałem przy sobie portfela. Trudno. Napiję się wody z dystrybutora przy kasach. Albo w ostateczności skorzystam z kranu w toalecie. Lepsze to niż nic.

Ruszyłem obolały w stronę sklepu. Przeszedłem przez niewielki, wybetonowany parking, ale nie widziałem tam ludzi, którzy jak zwykle, ze zblazowanymi minami, pakowali zakupy do bagażników, nie widziałem dzieci, które wiecznie wrzeszczały lub płakały bo rodzice nie kupili im nic słodkiego, albo nie zdobyli jakiejś durnej zabawki za zebrane punkty na karcie stałego klienta. Nie było nawet żuli, którzy żebrali o parę groszy lub chociaż o możliwość odwiezienia wózka w celu zdobycia 50 centów, wetkniętych w szparę. Gdzie oni się wszyscy podziali?

 Gdy wszedłem do środka wykafelkowanego po sufit wnętrza od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Po pierwsze nie było prądu. Panował półmrok, światła były pogaszone, a klimatyzacja nie działała. Nie było też żadnych ludzi. Ani jednej żywej duszy. Kasy były puste, sala sprzedażowa także. W środku nie było pracowników, klientów, ochrony, ani ekipy remontowej. Sklep stał otworem, dosłownie zapraszając złodziei.

Przeszedłem przez linię kas, wszedłem między wyładowane produktami regały i na całe gardło zawołałem:

– Halo! Czy ktoś tu jest do kurwy nędzy?

Cisza. Nikt się nie odezwał, nikt nie wychylił pieprzonego nosa z kryjówki. Co tu się do cholery jasnej wydarzyło? Pomachałem jeszcze do kamery, pochodziłem chwilę, po czym sięgnąłem na półkę po butelkę Coca Coli i ruszyłem do wyjścia. Muszę za wszelką cenę dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi.

*** 

Znów przeszedłem przez parking i ruszyłem przez ulicę w stronę domów, które znajdowały się nieopodal Shop Maxa. Pomyślałem, że może dowiem się od kogoś czegoś więcej. Co się takiego wydarzyło od wczoraj? Dlaczego market jest pusty. Przechodząc uderzyło mnie to, że wokół panowała cisza. Tu też nikogo nie widziałem. Nikt nie pracował w ogrodzie, nie było bawiących się dzieci, ani matek spacerujących z wózkami. Tylko samotnie stojące, białe, opustoszałe domy jednorodzinne z równo przystrzyżonymi trawnikami. Po raz kolejny przyszło mi do głowy, że otoczenie wygląda jak po zagładzie atomowej.

Podszedłem do najbliżej stojącego domu, przeszedłem przez bramę. W ogrodzie stała brązowa, drewniana buda, ale nigdzie nie widziałem psa. Może to i dobrze. Jeszcze brakowało mi pogryzienia przez jakiegoś przerośniętego kundla. Przeszedłem przez kamienną ścieżkę i zadzwoniłem do drzwi. Cisza. Właściciele mogli być w pracy, albo po prostu wyjechać.

Cholera! Praca. Nie zgłosiłem tego, że nie przyjdę. Trudno, najwyżej mnie zwolnią. I tak nie lubiłem tam chodzić.

Wycofałem się i podszedłem do następnego domu. Zadzwoniłem. To samo. Cisza. Waliłem w lakierowane drzwi. W końcu zacząłem je kopać aż się otworzyły. Popchnąłem je i wszedłem do holu. Panował mrok. Przeszedłem nieco głębiej i krzyknąłem:

– Halo, czy ktoś tu jest?

Nikt nie odpowiedział. Czułem coraz większe przerażenie. Przeszedłem do kuchni, która była jasna i czysta. Otworzyłem lodówkę. Ciemno. Tutaj też nie było prądu. Poczułem głód. Ostatnio jadłem wczoraj. Wiem, że to nieprzyzwoicie kraść jedzenie, kiedy cię na nie stać, ale nie mogłem się powstrzymać. Moje zwierzęce instynkty wygrały. Wziąłem z półki upieczone udko kurczaka i się w nie wgryzłem czując ociekający na brodę tłuszcz. Było smaczne, dobrze doprawione i chyba zrobione na grillu. Bez prądu i tak by się zmarnowało. Otworzyłem jeszcze karton z sokiem pomarańczowym, był wypełniony do połowy. Wypiłem wszystko z pudełka po czym wyrzuciłem go do kosza na śmieci, który znajdował się pod zlewem. 

Na blacie zauważyłem małe, czerwone radyjko, stylizowane na stare odbiorniki z czasów młodości naszych babć. Na szczęście było na baterie. Może na antenie powiedzą co się wydarzyło w markecie i gdzie się podziali wszyscy ludzie. Przekręciłem pokrętło. Słychać tylko szum. Spróbowałem złapać inną stację. Nic. Dalej szum. Próbowałem jeszcze przez kilka minut, przesuwając pokrętło milimetr po milimetrze, żeby złapać jakikolwiek sygnał. Bez efektu. Co jest grane? Nikt nie nadaje czy fale są zakłócone?

***

Poczułem ucisk w pęcherzu. Odszukałem łazienkę i wysikałem się. Co za ulga. Spłukałem wodę, umyłem ręce i wytarłem w wiszący na haczyku ręcznik w biało-niebieskie pasy. Wszędzie było czysto, nie było widać śladów kurzu, ani pasty pozostawionej na umywalce. Właściciele nie mogli dawno opuścić tego domu.

Postanowiłem wrócić do mieszkania. Wykonam kilka telefonów i wypytam znajomych, może oni coś słyszeli w radio, albo w wiadomościach w telewizji. Skierowałem się do wyjścia i zatrzasnąłem drzwi.

Byłem dość obolały, postanowiłem skorzystać z jednego z samochodów, który stał otwarty na parkingu supermarketu. Przeszedłem przez ulicę i wsiadłem do porzuconego czarnego pick-upa. Nawet, jeśli zatrzyma mnie policja to może wreszcie dowiem się co się wydarzyło. Nie byłem do tej pory karany, żyłem zgodnie z prawem, więc chyba niewiele mi grozi za wypożyczenie samochodu.

Dawno nie jeździłem, nie miałem swojego auta. Wilderness jest małe, do pracy chodziłem na piechotę, zaledwie kilka przecznic wśród domów jednorodzinnych.  Nie miałem wielu znajomych, więc nie wyjeżdżałem często poza miasto. Właściwie nie byłem nawet na porządnych wakacjach. Gdy mieszkałem z babcią nie było nas stać na takie wojaże, a później, kiedy zacząłem pracować nie miałem na to czasu. Zdarzało się, że jechałem za miasto nad pobliskie jezioro. Wtedy korzystałem z pociągu lub, w późniejszym czasie, z samochodu Claris. Raz mieliśmy wyjechać z Claris do Europy, planowaliśmy zwiedzić Hiszpanię, albo Włochy, ale ani ja ani ona nie dostaliśmy urlopu i wszystko szlag trafił.

Za daszkiem przeciwsłonecznym znalazłem kluczyki. Pomyślałem, że to kompletny idiotyzm i kolejne zaproszenie dla złodzieja. Odpaliłem silnik. Zapalił za pierwszym razem. Przejechałem niecałe dwa kilometry ulicą, wzdłuż której rosły niskie drzewa i zaparkowałem na podjeździe swojego domu. Otworzyłem drzwi. Nie było śladów włamania, ani żadnej walki, więc tym bardziej nie rozumiałem co robiłem poobijany na środku ulicy.

Nie ściągałem butów, co za życia babci byłoby niedopuszczalne. Pierwsze kroki od razu skierowałem w poszukiwaniu komórki. Nigdzie nie mogłem jej znaleźć, więc podszedłem do telefonu stacjonarnego, zastanawiając się do kogo zadzwonić. Miałem do wyboru Claris, albo kogoś z pracy. Postanowiłem zatelefonować do Franka. Ten gruby, łysiejący facet wydawał się mi najbardziej życzliwy. Ja też nigdy nie podłożyłem mu żadnej świni. Podniosłem słuchawkę i przyłożyłem ją do ucha. Cholera! Linia była uszkodzona.

W panice zacząłem szukać komórki. Znalazłem ją na sofie pod stertą ubrań, których nie zdążyłem poskładać po ostatnim praniu. No tak, rozładowana. Odnalazłem ładowarkę i wsadziłem wtyczkę do kontaktu w kuchni. Tutaj też nie było prądu. Niech to szlag!

Przeszedłem do kuchni, napiłem się wody i zacząłem intensywnie myśleć, jaki powinien być mój następny krok.

Pojadę do pracy, tam zawsze ktoś jest.

Wychodząc na podjazd, na którym często coś reperowałem, wdepnąłem w gwóźdź, który przebił podeszwę i utkwił mi w stopie. Teraz zamiast do pracy, będę musiał jechać na pogotowie. Szpital! Że też wcześniej nie przyszło mi to do głowy! Wsiadłem do pick-upa i ruszyłem w stronę Szpitala Imienia Świętej Rity. Nie był wielki, miał zaledwie kilka oddziałów. Brakowało w nim kardiologii, okulistyki, czy neurochirurgii, ale spełniał podstawowe funkcje w nagłych przypadkach. I dysponował kilkoma karetkami, które czasem przejeżdżały na sygnale pod moim domem. Właściwie wyglądał trochę jak szkoła. Miasta wiecznie nie było stać na remont, dlatego z obdrapanych zielonych ścian odchodziła już farba.

W parę minut dojechałem na parking szpitala, poszedłem w stronę bocznego wejścia, gdzie znajdowało się pogotowie. Z tak mało ważnym obrażeniem, jak wbicie gwoździa w stopę, będę siedział w kolejce co najmniej godzinę. W pierwszej kolejności przyjmowali osoby z zagrożeniem życia.

Wszedłem przez szklane drzwi i oniemiałem z wrażenia. Tam też nikogo nie było. W poczekalni były puste plastikowe siedzenia. Zastanawiałem się, jak chorzy ludzie wytrzymują na nich tyle godzin. W powietrzu było czuć zapach chloru, jakby ktoś niedawno umył nim podłogę. Zapukałem do izby przyjęć. Cisza. Otworzyłem drzwi. Wszystko było uporządkowane, dokumenty piętrzyły się w równym stosie, ale nie było ani jednej żywej duszy. Gdzie się wszyscy podziali? Lekarze, pielęgniarki, pacjenci? Ogarniało mnie coraz większe przerażenie. Coś tu do cholery bardzo nie grało.

***

Wziąłem z obdrapanej, przeszklonej szafki opatrunek i wodę utlenioną, owinąłem skaleczoną nogę i założyłem buta. Szło się niewygodnie. Wróciłem do auta i skierowałem się do pracy. Chyba już mojej byłej pracy.

Po przejechaniu trzech kilometrów, wśród migoczących na ulicy cieni drzew, zatrzymałem się na dużym parkingu otoczonym metalowym płotem. Tutaj też nie było żadnego człowieka. Było strasznie gorąco. Powietrze falowało na dachach samochodów. Podobnie jak przy supermarkecie, niektóre auta były pootwierane. Firma Space Jack mieściła się w dużym, trzypiętrowym budynku, któremu daleko było do cudów architektonicznych.

Ruszyłem w stronę drzwi. Przeszedłem przez pomalowany na szaro hol i doszedłem do recepcji. Pusta. To niemożliwe. Za takie przewinienie, jak zostawienie pustej recepcji należało się wylanie z roboty na zbity pysk.

Pobiegłem w stronę windy. Tutaj też nie działał prąd. Musiałem skorzystać ze schodów. Wbiegłem na nie, dostając lekkiej zadyszki. Byłem wysportowany, ale stres zaczynał mnie tak zżerać, że nie mogłem złapać tchu. Wszedłem na duży open space. Co jest kurwa? To niemożliwe! Tutaj zawsze ktoś był. Nie ważne czy była niedziela, Boże Narodzenie czy Święto Dziękczynienia. Nie było w roku dnia, żeby ktoś tu nie pracował. Wyścig szczurów nie pozwalał na coś takiego, jak życie osobiste. Nikogo nie obchodziło, że chcesz spędzić czas z rodziną, czy po prostu odpocząć. Zawsze było coś do zrobienia dla szefa, nawet w środku nocy. Rozejrzałem się wokół. Duże okna były zasłonięte żaluzjami i panował lekki półmrok. Na biurkach ze sklejki w kolorze drewna panował porządek, ale przy nich nie siedział ani jeden pracownik. Atak paniki sprawił, że aż mną zachwiało. Musiałem się oprzeć o najbliższe krzesło. Czułem, że tracę przytomność.

***

Pół roku później

Próbowałem wszystkich metod, żeby się dowiedzieć co się stało. Próbowałem jeździć jak najdalej autem, żeby odnaleźć jakichś ludzi. Bezskutecznie. Po przejechaniu około stu kilometrów zawsze było to samo. Najpierw dostawałem silnych ataków bólu głowy, a gdy próbowałem je przezwyciężyć po prostu traciłem przytomność. Mam wrażenie, że znajduję się za jakąś barierą, albo pod kloszem.

 Nie wiem co się stało, ale sam tego chciałem. Sam chciałem, żeby oni wszyscy zniknęli. Następnego dnia moje słowa stały się czynem. Zostałem zupełnie sam.

Po miesiącu, zaczęło niemiłosiernie śmierdzieć. Ściany niskich domów przepuszczały zapachy psującej się żywności. Prądu nie ma do tej pory.  Telefony dalej nie działają.

Zacząłem wariować, do dzisiaj mówię do siebie. Żebym chociaż miał jakieś zwierzę. Psa, kota, szczura, albo chociaż karalucha.

Po dwóch miesiącach nie było żadnych świeżych produktów. Wchodziłem do różnych sklepów i przeszukiwałem półki, ale wszystko pogniło. Został mi tylko suchy prowiant, zupki w proszku i puszki. Zacząłem chorować, ale na szczęście szpital z lekami stał przede mną otworem. Leczyłem się sam na podstawie książek medycznych, które znalazłem w bibliotece. Szukałem też informacji o hodowli warzyw i owoców i sam próbowałem coś sadzić, ale szło mi to z marnym skutkiem.

Po trzech miesiącach gapiłem się tylko przed siebie, zwlekałem się ledwo z łóżka, żeby umyć się w rzece lub „iść na zakupy”. Woda w kranie skończyła się po paru dniach. W końcu wodociągi też ktoś kiedyś obsługiwał.

Dziś jest dzień, kiedy podjąłem decyzję o własnej śmierci. Nie mogę dłużej znieść myśli o tym, że zostałem sam. Być może jestem jedynym człowiekiem na świecie, ale nawet jeśli to prawda, to co z tego. Bez kobiety nie mogę nawet przedłużyć gatunku.

 Za swoje słowa powinienem ponieść największą karę. Nikt nie powinien mówić, że chce, żeby wszyscy zniknęli. Nikt.

***

200 km dalej

Grupa mężczyzn w białych fartuchach oglądała nagranie, w którym białoskóry mężczyzna tłucze lustro w łazience i szkłem odcina sobie język. Później podcina żyły i powoli się wykrwawia. Ich twarze odbijały się w sterylnie czystej szybie, za którą było widać dalsze pomieszczenia laboratorium.

– To było konieczne? – dziwi się Mark.

Jest najmłodszy z nich. Na staż z wydziału psychologii z Uniwersytetu Stanforda przyszedł trzy miesiące wcześniej.

– Prawie 30 lat czekałem na zakończenie tego projektu – odzywa się sześćdziesięciopięcioletni Alfred. Mężczyzna marszczy krzaczaste, siwe brwi. – Nie było innego wyjścia, żeby sprawdzić jak zachowuje się człowiek w skrajnej izolacji. Stworzyliśmy dla niego całe miasto i powoli dostosowywaliśmy go do odosobnienia. Ze względów formalnych przez większość życia musiała towarzyszyć mu kobieta, która udawała babcię. Po skończeniu osiemnastu lat, wycofaliśmy ją z projektu. Za milczenie słono jej płacimy.

– A kim byli Ci wszyscy ludzie? Współpracownicy, dziewczyna, mieszkańcy miasta? – dopytuje praktykant.

– To ochotnicy, najczęściej naukowcy zainteresowani tematem oraz więźniowie, którzy brali udział w projekcie w zamian za obniżenie wyroku. – odpowiada. – wiedzieli, że nie mogą nawiązać bliższych relacji z Anthonym Deadfallem. Wiedzieli, że to tylko obiekt badawczy i gra, ale nie byli wtajemniczeni w szczegóły naszego projektu. To nie było konieczne. Mogłoby też zagrozić jego przebiegowi, gdyby kogoś ruszyło sumienie.

– Ale nie dało się przeprowadzić tego badania w jakimś mniejszym zakresie? – ewidentnie Mark nie może się pogodzić ze śmiercią mężczyzny.

– Ależ wielokrotnie próbowaliśmy! Izolowaliśmy ludzi przez kilka dni. To byli ochotnicy, którzy przebywali w zamkniętych pomieszczeniach, jednak długo nie wytrzymywali, wycofywali się, albo trafiali do zakładów psychiatrycznych. Rezygnowali z badania, nawet płacąc ogromne kary finansowe, które obciążały ich na lata. – mężczyzna chwile się zastanowił i potarł się po siwym, kilkudniowym zaroście. – Próbowaliśmy eksperymentu nawet na dzieciach. Kilkoro z nich miało spędzić samotnie dzień bez dostępu do internetu, telefonów, radia, ani telewizji. Mogły robić co tylko chciały, ale nie mogły z nikim mieć kontaktów. Mogły spać, jeść, wychodzić na zewnątrz, czytać, czy się uczyć. Przez cały czas musiały zapisywać swoje przeżycia.

– I jak to się skończyło? – dopytuje Mark, przeczesując palcami czarne, falowane włosy.

– Tylko dwójka przetrwała do końca dnia. Jeden chłopiec, który przez cały dzień sklejał model statku i dziewczynka, której zapiski w dzienników ze względów moralnych nie nadawały się do publikacji.

– Panowie! – wtrąca surowo trzeci, najstarszy z mężczyzn – koniec tych dyskusji! Projekt zakończony. Ktoś musi sporządzić raport, zabrać zwłoki Deadfalla i przygotować miasto do kolejnego badania.

 

Koniec

Komentarze

Niestety, nie będę tą pierwszą osobą :(.

Postanowiłem, że najpierw przeczytam całość, a potem wrócę do błędów, które mnie ugryzły i wskażę potknięcia. Teraz mam jednak wrażenie, że to nie warstwa językowa jest największym problemem tekstu i podam parę przykładów z tejże dopiero na koniec.

 

Przede wszystkim tekst opowiada długo o jednym i tym samym. Rozpoczynasz całość w miarę intrygującym akapitem (który można było jednak złożyć lepiej, o czym w ostatniej sekcji), który później nie ma właściwie przełożenia na samą historię. Obiecał dużo, nie spełnił wiele.

Bo po nim następuje suchy opis bohatera i jego życia. Bohatera, który w tym momencie zupełnie mnie nie obchodzi. Żebym chciał poznać suche losy czyjejś egzystencji, musiałbym być jakkolwiek tą osobą zainteresowany (w aspekcie czytelniczym, oczywiście ;)). Stąd najlepiej takie rzeczy wplatać w tekst, już po tym jak chwycisz czytelnika za gardło jakimś wątkiem.

Zaraz potem pojawił się wodospad, straszne wodolejstwo. Praktycznie wszystko to, co przed ostatnią sceną, zostało przesadnie rozpisane, chociaż można było to zawrzeć to w góra dwóch, wcale niedługich akapitach. No bo co się wydarzyło na tych 20k znaków? Bohater nie znalazł nikogo w kilku miejscach. Tyle. Nic więcej. W dodatku, wszystko zawsze opisane tym samym schematem, każde miejsce. 20k znaków opisu jak uparty bohater co chwila sprawdzał kolejne chceckpointy nie wyciągając żadnych wniosków prawie do samego końca. Ale nie tylko z tego powodu całość trąci naiwnością…

 

… bo sam pomysł na tekst wydaje się nietrafiony. Błędy logiczne, jak to że przez pół roku bohater nie potrafił wyjechać z MAKIETY MIASTA. Nie rozumiem, miasto otoczone było rondem, a niepełnosprytny protagonista nie skumał tego i jeździł w kółko? Zbudowano całe miasto i wynajęto “aktorów” do udawania, ale po co? W jakim celu? Nie dziwię się, że nie jest to podane w tekście, bo sam nie potrafię znaleźć jakichkolwiek logicznych argumentów, chociażby najbardziej fantastycznych. Co gorsza, końcowa puenta jest… nielogicznym wyjaśnieniem. Nie niesie ze sobą niczego więcej, jak tylko próbę zaprószenia jakiejś logiki pod wydarzeniami, co jednak robi zupełnie odwrotnie.

 

Stąd, przede wszystkim proponuję jednak najpierw przemyśleć pomysł na opowiadanie. To jest zawsze najważniejszy aspekt, który ciężko jest przykryć nawet znakomitym piórem. Należy popracować nad logiką wydarzeń, a przede wszystkim, poszukać w głowie czegoś, co mogłoby zainteresować czytelnika. Opowiedzenie tej historii to dopiero druga część autorskiego zadania.

I tak przechodzę do części bardziej formalnej (znaczy, językowej). Dużo błahych błędów i trochę takich większych.

 

“Nazywam się Anthony Deadfall. Obudziłem się w innej rzeczywistości i nie potrafię się w niej odnaleźć.” – byłoby prawie dobrze, gdyby nie podwojone niepotrzebnie “się” i nadbudowywanie kontekstu. Bo np. “Nazywam się Anthony Deadfall i obudziłem się w innej rzeczywstości.” przekazuje dokładnie te same informacje. Taka pobudka sama z siebie implikuje dezorientację. Do tego brzmi nieco zgrabniej (aczkolwiek ekspertem nie jestem).

“staraniach z mojej strony. Niestety tylko z mojej.” – “z” niepotrzebne. Dodatkowo, to po prostu niepotrzebne powtórzenie informacji, która została podana zdanie wcześniej.

“Byłem w biurze świątek i piątek i niedziela.” zamiast “i” przecinek.

“Kiedy Claris oświadczyła, że już nie chce ze mną być chciałem, żeby to wszystko zniknęło.” – coś nie gra z drugim przecinkiem.

“Przeszedłem przez niewielki, wybetonowany parking, ale nie widziałem tam ludzi, którzy jak zwykle, ze zblazowanymi minami, pakowali zakupy do bagażników, nie widziałem dzieci, które wiecznie wrzeszczały lub płakały bo rodzice nie kupili im nic słodkiego, albo nie zdobyli jakiejś durnej zabawki za zebrane punkty na karcie stałego klienta.” – zdanie potworek. Bardzo długie, należałoby rozbić na co najmniej dwa zdania. Na przykład, kropka po “bagażników” zamiast przecinka.

“w celu zdobycia 50 centów” – liczebniki zapisujemy słownie (poza specjalnymi przypadkami).

Do tego pierwsza partia tekstu naszpikowana zaimkami, przez co niewygodnie się to czyta. “swojej” “mojej” “jej”, dosłownie co drugi rzut okiem.

 

Myślę, że więcej nie potrzeba. Najważniejsze, to popracować nad konstrukcją tekstu i pisać o czymś, czym można by zainteresować czytelnika (można też po prostu pisać w zajmujący sposób o nudnych rzeczach , ale to trudniejsza droga i raczej niespecjalnie nagradzająca).

 

Powodzenia przy następnych tekstach!

 

Cześć, Kiria! Witaj na portalu :)

Gratuluję wyjścia z szuflady i obiecuję, w miarę skromnych możliwości, pomóc.

Tekst jest, szczerze powiedziawszy, mocno średni, jednak widzę kilka pozytywów. Językowo jest nieźle, popełniasz wiele błędów początkującego, ale generalnie ma to ręce i nogi. Później dam Ci kilka przykładów tego, co w pierwszej kolejności warto poprawić.

A teraz, tak…

Fabuła – miałaś pomysł, i choć nie jest on pierwszej świeżości, lubię tego typu historię. Izolacja, depresja, eksperyment… Na początku, całkiem słusznie, starałaś się wytworzyć więź z głównym bohaterem. Opisałaś jego miłość, przyzwyczajenia. Wyszło to jednak mało wiarygodnie, dość sztucznie. W tego typu historiach czytelnik musi zżyć się emocjonalnie z bohaterem, dlatego lepiej zacząć od czegoś mocnego, zaskakującego, a Ty zrobiłaś wstęp jak z wypracowania. Ten fragment: “Jestem przystojny, bla, bla, bla” też niepotrzebny. Jak decydujesz się na narrację 1-osobową, musisz lepiej wizualizować myśli ;)

Dbaj o tempo akcji. Tu jest za dużo przestojów, momentów fabularnie nieistotnych. W ten sposób  zabijesz dramatyzm i znudzisz czytelnika…

Bohaterowie – tutaj opisałaś właściwie tylko Deadfalla, który nie wzbudził u mnie sympatii. Ten fragment z krętactwami, wyścigiem szczurów… Wszystko to sprawiło, że wcale mu nie kibicowałem, zaś wątek jego miłości do Claris nie przekonał, bo był właściwie tylko zasygnalizowany. Podobnie przywiązanie do babci.

Teraz kilka fragmentów:

Wprawdzie były już trochę znoszone i powycierane, ale mimo wszystko było mi ich żal.

Było niesamowicie gorąco.

Tego staraj się unikać – tak zwanej byłozy :D

Naciśnij CTRL+F i wpisz “był”. Spójrz, ile razy pojawia się w tekście. Dużo ;)

Póki nie nabierzesz wprawy, możesz co jakiś czas to sprawdzać i eliminować nadmiar “byłów” ;)

po czym sięgnąłem na półkę po butelkę Coca Coli i ruszyłem do wyjścia.

Wiem, że to nieprzyzwoicie kraść jedzenie, kiedy cię na nie stać, ale nie mogłem się powstrzymać.

Wziąłem z półki upieczone udko kurczaka i się w nie wgryzłem czując ociekający na brodę tłuszcz. Było smaczne, dobrze doprawione i chyba zrobione na grillu.

Kwestie logiczne – w pierwszym zdaniu chodziło o “stojącą na półce butelkę”. “Sięgnąć na półkę” jest jakimś kalekim zwrotem, bez sensu.

Później – czyżby nieprzyzwoita była TYLKO kradzież jedzenia, gdy nie jest się ubogim?

I wreszcie – najpierw udko jest upieczone, później oznajmiasz, że chyba na grillu… Wodolejstwo, niepotrzebne wydłużanie oczywistości, które nie mają znaczenia fabularnego.

– To ochotnicy, najczęściej naukowcy zainteresowani tematem oraz więźniowie, którzy brali udział w projekcie w zamian za obniżenie wyroku. – odpowiada. – wiedzieli, że nie mogą

– Ale nie dało się przeprowadzić tego badania w jakimś mniejszym zakresie? – ewidentnie Mark nie może się pogodzić ze śmiercią mężczyzny.

Zajrzyj TU, może Ci się przydać :)

 

Jeszcze kwestia wulgaryzmów – tutaj bywają wciskane na siłę, jest ich za dużo… Radzę Ci postępować ostrożnie z przekleństwami, bo łatwo przeholować i wyjdzie co najwyżej żenująco.

 

Tyle ode mnie. Dużo jeszcze mógłbym gadać, ale chyba na początek wystarczy ;D

Daj z siebie to, co najlepsze, Kiria i pisz dalej – potencjał jest.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Pomysł mnie nie przekonuje. Kto pozwolił na przeprowadzanie takich doświadczeń? I to jeszcze na dzieciach? Z drugiej strony, doba bez zdobyczy cywilizacji nie wydaje się aż tak traumatycznym przeżyciem. Jak zorganizowali ból głowy bohatera? Koło o promieniu 100 kilometrów to spory obszar, do tego zabudowany… Ile kosztował projekt i kto za to zapłacił? Btw, jeśli to Amerykanin, powinien raczej myśleć o milach. Jak spowodowali ciszę radiową?

Bohater strasznie mało kumaty. Musi sprawdzić w każdym miejscu, zanim dojdzie do wniosku, że ludzie zniknęli? Nie przewidział, że świeże żarcie szlag trafi? Że warto przenieść worek ziemniaków do komórki? Uwędzić kiełbasy? Chłodnie w supermarketach tak szybko się nagrzały? Z tymi zupkami i puszkami to przesada. Są jeszcze soki, dżemy, ryże, makarony, mąki, owoce suszone, liofilizowane żarcie w dziale turystycznym… To wszystko może wytrzymać całe lata. Do tego ludzie powinni mieć w ogródkach maliny czy inne jabłonki… Jakieś farmy pod miastem…

No, nie kupuję tego wszystkiego.

Język. Czasami interpunkcja Ci szwankuje. Nie jest źle, ale może być lepiej.

– Prawie 30 lat czekałem na zakończenie tego projektu

Liczby w beletrystyce raczej piszemy słownie, a już w dialogach obowiązkowo.

– A kim byli Ci wszyscy ludzie?

Ty, twój itp. w dialogach małą literą. Tylko w listach dużą. A w tym przypadku to w ogóle bez sensu, bo nie zwracasz się do rozmówcy, tylko mówisz o tych ludziach.

Babska logika rządzi!

Opowiadanie czytałam z trudem, już to z racji niezrozumiałych poczynań i szalenie denerwującej bezradności nie grzeszącego rozumem bohatera, już to z powodu nie najlepszego wykonania.

W końcowej części zdumiało mnie mocno, że Alfred, doświadczony współtwórca przedsięwzięcia, szczegółowo opowiada o projekcie i wtajemnicza we wszystko stażystę.

W pełni zgadzam się z opiniami wszystkich wcześniej komentujących i mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą bardziej przemyślane i napisane zdecydowanie lepiej.

 

Wej­ście w mar­ke­cie też stoi otwo­rem. – Raczej: Wej­ście do mar­ke­tu też stoi otwo­rem.

 

Mia­łem roz­dar­te je­an­sy.Mia­łem roz­dar­te dżin­sy.

Używamy pisowni spolszczonej.

 

po bu­tel­kę Coca Coli i ru­szy­łem do wyj­ścia. – …po bu­tel­kę coca coli i ru­szy­łem do wyj­ścia.

Nazwy produktów piszemy małymi literami.

 

Znów prze­sze­dłem przez par­king i ru­szy­łem przez ulicę w stro­nę domów… – Powtórzenie.

 

Prze­cho­dząc ude­rzy­ło mnie to, że wokół pa­no­wa­ła cisza. – Ze zdania wynika, że wokół panowała cisza i przechodząc, uderzyła bohatera.

 

Prze­sze­dłem przez ka­mien­ną ścież­kę i za­dzwo­ni­łem do drzwi.Posze­dłem ka­mien­ną ścież­ką i za­dzwo­ni­łem do drzwi.

 

Wzią­łem z półki upie­czo­ne udko kur­cza­ka i się w nie wgry­złem czu­jąc ocie­ka­ją­cy na brodę tłuszcz. – Czy tłuszcz zimnego kurczaka ciekłby po brodzie?

 

Od­szu­ka­łem ła­zien­kę i wy­si­ka­łem się. Co za ulga. Spłu­ka­łem wodę… – Spłukał wodę, czy mocz?

 

wresz­cie do­wiem się co się wy­da­rzy­ło. – Brzmi to źle.

 

Od­pa­li­łem sil­nik. Za­pa­lił za pierw­szym razem. – Powtórzenie.

 

Wy­cho­dząc na pod­jazd, na któ­rym czę­sto coś re­pe­ro­wa­łem, wdep­ną­łem w gwóźdź, który prze­bił po­de­szwę i utkwił mi w sto­pie. – Można, za przeproszeniem, wdepnąć w psią kupę, ale nijak nie można wdepnąć w gwóźdź. Natomiast trzeba być naprawdę zdolnym by wdepnąć na gwóźdź tak, żeby przebił podeszwę i wlazł w stopę.

 

ru­szy­łem w stro­nę Szpi­ta­la Imie­nia Świę­tej Rity. – …ru­szy­łem w stro­nę Szpi­ta­la imie­nia Świę­tej Rity.

 

owi­ną­łem ska­le­czo­ną nogę i za­ło­ży­łem buta. – …owi­ną­łem ska­le­czo­ną nogę i za­ło­ży­łem but.

 

Mu­sia­łem sko­rzy­stać ze scho­dów. Wbie­głem na nie, do­sta­jąc lek­kiej za­dysz­ki. – Biegł po schodach ze zraniona stopą?

 

Nie ważne czy była nie­dzie­la… – Nieważne czy była nie­dzie­la

 

męż­czy­zna chwi­le się za­sta­no­wił… – Literówka.

 

Kil­ko­ro z nich miało spę­dzić sa­mot­nie dzień bez do­stę­pu do in­ter­ne­tu… – …bez do­stę­pu do In­ter­ne­tu

 

do­py­tu­je Mark, prze­cze­su­jąc pal­ca­mi czar­ne, fa­lo­wa­ne włosy. – O ile Mark nie zrobił nic, żeby pofalować włosy, to raczej: …do­py­tu­je Mark, prze­cze­su­jąc pal­ca­mi czar­ne, fa­lujące włosy.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Izolowaliśmy ludzi przez kilka dni. To byli ochotnicy, którzy przebywali w zamkniętych pomieszczeniach, jednak długo nie wytrzymywali, wycofywali się, albo trafiali do zakładów psychiatrycznych.

 

Próbowaliśmy eksperymentu nawet na dzieciach. Kilkoro z nich miało spędzić samotnie dzień bez dostępu do internetu, telefonów, radia, ani telewizji. Mogły robić co tylko chciały, ale nie mogły z nikim mieć kontaktów. Mogły spać, jeść, wychodzić na zewnątrz, czytać, czy się uczyć. Przez cały czas musiały zapisywać swoje przeżycia.

– I jak to się skończyło? – dopytuje Mark, przeczesując palcami czarne, falowane włosy.

– Tylko dwójka przetrwała do końca dnia.

Wybacz, ale w życiu nie uwierzę ani w jedno ani w drugie. Dorosły człowiek, ochotnik, który z grubsza wie, na co się pisze (inaczej nie byłby ochotnikiem) nie zwariuje po kilku dniach izolacji i samotności. Tak samo dziecko (pomijam fakt zgody na takie eksperymenty). Wprawdzie nie podajesz wieku dzieci, ale wbrew pozorom jeden dzień dadzą radę bez elektroniki.

 

Bardzo nie podobały mi się porównania do zagłady atomowej, które kilkukrotnie przywołuje bohater. Albo jest jak po wybuchu, ale wtedy nie ma domów, szpitala, sklepów itp. itd., za to są szczątki i ewentualnie stosy trupów, albo miasto nienaruszone stoi, ale nie ma wtedy szans na tego typu katastrofę.

Wkurzał mnie Anthony, który nie potrafił zapałać po pierwszych sygnałach, że jest sam. Skoro nikogo nie było w sklepie i na ulicach, to dlaczego myślał, że ludzie są w pracy? Zwłaszcza że nic nie działało. 

Opis jego wędrówki przez miasto i przemyśleń (że nikogo nie ma) jest mocno przegadany, przez co rozmył się efekt jakieś grozy, który, jak podejrzewam, chciałaś osiągnąć. 

Nie łapię idei całego tego eksperymentu – po co on komu i dlaczego? To to gigantyczny koszt, a całość można przeprowadzić znacznie skuteczniej duuużo taniej i krócej (30 lat???). 

Ciekawa jestem, na ile inspirowałaś się “Truman Show”. Tyle, że tam kasa włożona w projekt zwracała się z nawiązką na bieżąco, ze względu na charakter przedsięwzięcia.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mnie też skojarzyło się z “Truman show”.

Ogólnie podoba mi się pomysł, ale wydaje mi się, że nie wszystko zostało przemyślane. 

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka