- Opowiadanie: funthesystem - Jeleń na rykowisku

Jeleń na rykowisku

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Jeleń na rykowisku

Ponieważ mamy tu mały dramat, zacznę, jak w dramacie, od wymienienia bohaterów.

Po pierwsze jest Robert Rogucki. Wysoki, umięśniony, przystojny. Typ z rodzaju tych, którzy nawet jakby mieli dwie nogi z drewna, to i tak wyrwaliby każdą laskę w klubie, if you know what I mean. Jednak Robert nie dość, że ma kasę, to naprawdę umie tańczyć. Nie wiem, jak u niego z gadką, ale chyba daje radę, bo czasem bierze na celownik intelektualistki (dziewięćdziesiąt procent z nich lajkuje fanpage „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka”), a potem pif! – cytat Bukowskiego – i paf! – cytat Witkacego – i delikwentka trafiona, zatopiona, zaliczona. Słowem: kebab na gastrofazę jest tym, co Robert na jednonocną przygodę.

Po drugie jestem ja. Niski, chudy, brzydki. Typ z rodzaju tych, którzy nawet jakby srali złotem, to nie wyrwaliby dziwki. Słowem: pizda na strzała.

Jedna rzecz nas łączy (może powiem później), a druga ostatnio zacieśniła te stosunki i na niej się skupię.

Było tak: Wrocław, noc, ulica, która parę godzin temu tętniła życiem, już wykrwawiła się z pijanych ludzi. Szliśmy tylko my: Robert i ja, prawdziwi rycerze godziny trzeciej. Uzbrojeni w browary („co by po drodze nie suszyło” – Robert Coelho) i wyżebrane szlugi. Nasz powrót z alkoholowej krucjaty przerwała jednak banda współczesnych zbójów. Tych, których gimby nazywają Sebkami. Czapka wpierdolka, kołczan prawilności i te sprawy. Nigdy nie lubiłem tych kiczowatych określeń.

Jeden z dresów wystąpił przed szereg i poprosił nas kulturalnie o szluga. Biały orzeł z jego bluzy spoglądał na nas badawczo.

– Sorry, nie mamy – powiedział Robert. – To ostatnie.

– Ziomek – odpowiedział dres. – Czy ja ci coś zrobiłem, że spławiasz mnie jak jakiegoś żula?

– Nie no, serio, ostatnie. Możesz mnie sprawdzić, jak chcesz.

– A wiesz, że chcę?

W tym momencie Robert wystrzelił jak Usain Bolt po amfetaminie. Ja za nim. Zrzuciliśmy balast trzymanych browarów, a szlugi same wyfrunęły nam z ust. Uciekaliśmy przez zaułki, a banda dresów deptała nam po piętach. Ich stroje sprzyjały nagłej potrzebie uprawiania sportów. W pewnym momencie skręciliśmy raz i drugi, i znaleźliśmy się na jakimś podwórku.

– Do śmietnika! – zawołał Robert.

I wskoczyliśmy do otwartego kontenera.

Nagle zrobiło się jasno. Miejsca też jakoś dużo, bo cała polana dla nas. Rozejrzeliśmy się, przetarliśmy oczy. Słońce stało wysoko na niebie, ptaszki ćwierkały, a kilkanaście metrów dalej pasł się jeleń – to znaczy chyba się wcześniej pasł, bo my przeszkodziliśmy mu w spożywaniu wegańskiego brunchu. Patrzył na nas, my na niego, a potem Robert Coelho wyjechał z nieśmiertelnym „co do chuja?”, ale jeleń mu nie odpowiedział, tylko spierdolił do lasu.

– Naćpaliśmy się czy umarliśmy? – zapytał Robert.

Teraz, po czasie, mogę ściśle odpowiedzieć, jak było: staliśmy pośrodku polany, a u naszych stóp leżała maszyna do pisania. Robert uważał, że maszyna do pisania to jakiś śmieć, i chciał koniecznie sprawdzić, gdzie nas wywiało – a ponieważ zasięgu nie było, musiał to sprawdzić empirycznie. Ruszył w las. Ja miałem jakieś przeczucie, więc wziąłem maszynę; było ciężko, bo, jak już mówiłem, w boksie kwalifikuję się do kategorii lekko półśmiesznej. Rogucki mógł wziąć ode mnie tego grata, skoro regularnie pompuje bicka. Miałby odhaczoną siłkę na ten tydzień.

Przeszliśmy tak pięćset metrów i nic, brak czegokolwiek. Wkurwiłem się, rzuciłem maszynę na ziemię, ona – maszyna, nie ziemia – odbiła się od korzenia, przetoczyła, a potem wypadła z niej kartka. Robert ją podniósł. Kartkę, nie maszynę. Przeczytał, wytrzeszczył oczy, a potem przekazał ją mnie, by samemu zająć się zbieraniem szczęki.

Na kartce było napisane: „Miejsce i czas, w którym Lech, Czech i Rus zauważyli orła”.

– Że niby przenieśliśmy się w czasie? – zapytałem.

Tak właśnie się stało. Oto za sprawą tego grata, alias maszyny do pisania, alias wehikułu czasu skrzyżowanego z teleportem, cofnęliśmy się o ponad milenium w czwartym wymiarze i kilkaset kilometrów w pozostałych trzech. A dowodem na to było to, co zobaczyliśmy, gdy wróciliśmy na polanę.

Tam oto trzech mężów, pomimo wczesnej pory miało trochę w czubie, czego nie wstydzili się okazać. Jeden z nich wesoło chędożył jakąś cycatą dziewkę, drugi brutalnie skórował jelenia, a trzeci – nagi od pasa w dół – wspiął się na drzewo, by wykraść jaja z gniazda. Nieopodal pasły się trzy konie. Przy siodłach znajdowały się bukłaki, tarcze, miecze i jedna beczułeczka. Całe towarzystwo bynajmniej nie ubierało się w Zarze czy innym TK Maxxie, lecz mieli na sobie coś, co powstałoby, gdyby barbarzyńcy próbowali być modni.

– Nie wierzę – powiedział Robert, patrząc na to wszystko, a szczególnie na dyndające cycki ujeżdżanej niewiasty.

– Mam! – wydarł się ów mąż na drzewie. Pokazał wykradzione jajo, po czym spadł.

– Lech, Czech i Rus – wyszeptałem.

– Który jest który?

Obstawiliśmy, że Rus to ten, co sobie bzyka; Czech to ten oprawiający mięso, a Lech to ten, który właśnie obrabował gołębie gniazdo. Robert wpadł na pomysł, żeby ich zapytać.

– Pojebało cię? – syknąłem. – Jak tam wejdziesz, to zmienisz historię. Może twój jakiś daleki praprapraktośtam będzie tu zaraz poczęty.

Wskazałem na Rusa i dziewkę.

– Daj spokój – odparł Robert. – Przecież to tylko sen.

I wszedł na polankę, krzycząc „siema”. Chwilę później znowu musieliśmy spierdalać. Ukryliśmy się w jakimś dole za starym dębem. Tam Robert zabrał ode mnie maszynę. Wsadził kartkę z powrotem, tylko że drugą stroną.

– Co wpisać? Jaki to był dzień?

Podyktowałem mu datę i swój adres. Robert wystukał. Dźwięki nas zdemaskowały, bo pościg trzech braci zaczął się przybliżać.

– I co teraz?!

– Nie wiem! Może trzeba coś nacisnąć?

Zaczęliśmy walić w co się dało, a potem nagle było ciemno. Siedzieliśmy na podłodze mojego mieszkania. Współlokatorzy tkwili w swoich pokojach i grali na komputerach, krzycząc do siebie przez ściany. Sprawdziłem godzinę. Była minuta po północy.

– Wpisaliśmy datę, a nie godzinę – szepnąłem do Roberta. – Czyli teraz wciąż jesteśmy na imprezie!

– Musieliśmy coś przyćpać. Chodźmy się lepiej kimnąć.

 

Po tym, jak się kimnęliśmy, wszystko znowu wróciło do normy: ani Robert Rogucki, ani ja nie byliśmy już zdublowani. Maszyna do pisania stała na moim zabałaganionym biurku. Kartka nie zniknęła, napisy też – wszystko spełniało standardy realności.

Poszedłem do kibla, a kiedy wróciłem, Robert majstrował przy znalezionym na śmietniku wehikule czasu. Uściślając, wsadzał tam kartkę z napisem „Miejsce i czas, w którym Michael Jackson dał swój najlepszy koncert”.

– Co ty robisz?!

– Obczajam, jak to działa. Wydaje mi się, że trzeba wpisać miejsce i czas, a potem jebnąć tu.

Pokazał na jedno z pokręteł.

– Nie powinniśmy… – zacząłem.

– Chodź bliżej i złap mnie za ramię.

Zrobiłem to, bo widziałem, że przymierza się do „jebnięcia tu”. A potem było ciemno, jasno, ciemno, jasno, ciemno, jasno – to błyskały światła ze sceny. Michael śpiewał „Beat it”, widownia razem z nim. Nikt nie zwracał uwagi na dwóch debili z maszyną do pisania. Wszyscy poruszali się do muzyki, więc Robert do nich dołączył.

Wyrwałem mu z rąk wehikuł czasu, walnąłem go na posadzkę, zmieniłem kartkę i zacząłem wystukiwać na niej swój adres i odpowiednią datę, dopisując tym razem konkretną godzinę.

– No poczekaj chwilę! – jęknął Robert, ale ja jedną ręką złapałem go za kostkę, a drugą jebnąłem tam, gdzie trzeba było jebnąć.

Znów byliśmy w moim pokoju.

– Nie mogłeś chwilę poczekać? – zirytował się Robert. – Minutę temu byliśmy na koncercie człowieka, który już nie żyje.

– I mogliśmy coś namieszać!

– Chodzi ci o to, że mogłeś tam przelecieć swoją babcię? Patrząc na twój ryj, to całkiem prawdopodobne, że jesteś efektem własnego kazirodztwa.

Rzuciłem w niego maszyną do pisania. Przewrócił się z nią na łóżko, ale zaraz potem zerwał się na nogi i odpowiedział mi tym samym. Ja uskoczyłem. Maszyna uderzyła w podłogę i zrobiła sporą dziurę w panelach. Pokłóciliśmy się z Robertem, ale kiedy już emocje minęły, ja leżałem obok dziury w panelach, a Robert siedział mi na klatce piersiowej – wtedy mogliśmy porozmawiać o tym, co właściwie nam się przytrafiło.

Ustaliliśmy kilka rzeczy, a właściwie ustaliliśmy, co musimy dokładnie ustalić. Następnie wykonaliśmy parę prób z przenoszeniem się w czasie i przestrzeni. Byliśmy w epoce lodowcowej, w czasach swojego dzieciństwa, w pokoju obok i na walkach gladiatorów (to akurat sprawka Roberta, kiedy nie patrzyłem). W ten sposób upewniliśmy się co do sposobu działania wehikułu. Potem zacząłem panikować, że gdzieś utkniemy, jeśli skończy nam się tusz albo coś w maszynie się zatnie. W końcu dlaczego ktoś miałby wyrzucać takie genialne urządzenie na śmietnik?

Następnie Robert powiedział, że jak coś mi się nie podoba, to on bierze maszynę. Zagroziłem, że komuś doniosę, bo to sprawa dobra całej ludzkości, które jest ważniejsze niż mój honor. Na to mój kolega mnie wyśmiał. Kazał wyluzować i stwierdził, że przeszłość jest już napisana i że jeśli się cofniemy i coś zmienimy, to tak naprawdę to już dawno się stało.

Zaczęliśmy dyskusję na temat czasoprzestrzeni, ale nie jesteśmy w tym najlepsi, bo studiujemy stosunki międzynarodowe (Robert studiuje głównie stosunki).

Ostatecznie doszliśmy do porozumienia. Robert bierze maszynę i będzie z niej korzystał, jeśli przyjdzie mu ochota, a ja mogę bawić się z nim, bo inaczej nie mam nic do gadania. Zbiliśmy pionę, była sztama. Słowem: wyluzowałem.

Trochę pomogło to, że w pewnym momencie przenieśliśmy się na Jamajkę.

 

W ten sposób akcja zawiązała się jak sznur na szyi Judasza i nasz dramat mógł dalej nabierać rumieńców. Ogólnie to w międzyczasie ulepszyliśmy nasz „sprzęt”: naoliwiliśmy parę mechanizmów, dodaliśmy wygodny uchwyt, domontowaliśmy schowek na zapasowy tusz, narzędzia i obowiązkowy młotek („jak coś nawali, to się wyklepie” – Robert Coelho).

Znając Roberta Roguckiego, mogłem przewidzieć, w jakim celu postanowi wykorzystać wehikuł czasu. Tak więc gdy zjawiłem się na naszą pierwszą ustaloną, rozrywkową wyprawę, nie zdziwiło mnie, gdy zastałem go z maszyną w jednej ręce i paczką Durexów w drugiej.

– Serio? – zapytałem.

– Alkoholu nie biorę – odparł. – Tam pewnie mają lepszy. Wziąłeś?

Otworzyłem plecak i pokazałem prześcieradła.

– Zajebiście. To co, lecimy na melanż z Julkiem?

Polecieliśmy naszym maszyno-do-pisania-lotem, nie zapinając pasów. Lądowanie bez przeszkód odbyło się w starożytnym Rzymie. Wdzialiśmy togi, ubrania wrzuciliśmy do plecaka.

– A co zrobimy z maszyną? – zapytałem.

– Nie będę z nią densić – odparł Robert. – Zostawiamy ją tutaj.

Miałem wątpliwości, co do tego, czy starożytni Rzymianie „densili”, ale zachowałem je dla siebie…

…w przeciwieństwie do jakiejś pieczeni, którą wyrzygałem trzy godziny później. Oczywiście na pełnej kulturce, w vomitorium, wraz z moimi rzymskimi ziomkami, który brali mnie za jakiś ówczesny odpowiednik Węgra.

Trudno było się porozumieć, bo i Robert, i ja z łaciny jesteśmy dwie blade dupy. Jednak Rogucki nie potrzebował ani gadki, ani tańczenia, by przelecieć dwie śniadoskóre niewolnice. Mnie też udałoby się zapunktować, gdyby nie natrętne towarzystwo starszyzny, która była mną zafascynowana nie tylko ze względów kulturowych.

Z Juliuszem Cezarem się nie napiliśmy, ale i tak było zajebiście.

Po powrocie do naszych czasów wszystko wydawało się takie same. Może faktycznie nie mogliśmy nic zmienić w historii, bo cała została napisana? Targały mną pewne wątpliwości moralne, ale najbardziej bałem się tego, że coś pójdzie nie tak. Gdybyśmy zgubili maszynę do pisania, moglibyśmy utknąć w przeszłości na zawsze. Bez znajomości języka, bez internetu, bez kasy od rodziców.

Na następny melanż przygotowaliśmy się ciut lepiej. Wypożyczyliśmy z teatru stroje osiemnastowiecznej polskiej szlachty i w tym przebraniu przenieśliśmy się w czasy króla Sasa, gdy można było jeść, pić i popuszczać pasa („i wszędzie wsadzać kutasa” – Robert Coelho). Zostawiliśmy wehikuł czasu w krzakach i ruszyliśmy na panny. Podaliśmy zmyślone nazwiska, po czym weszliśmy na jakiś bal.

– Widzisz? – powiedział Robert. – To tak samo jak u nas. Jak dobrze zagadasz do bramkarza, to zawsze cię wpuści.

A potem uznał, że się rozdzielamy, bo ze mną u boku zarucha tyle, co bezdomny na gali Oscarów. Zanim zdążyłem zaoponować, zniknął w tłumie szlachciców. Wszyscy wydawali się ubrani tak samo. By lepiej się poczuć, znalazłem stół i wolny puchar. Nalałem sobie do niego, ale nie zdążyłem nawet umoczyć języka, kiedy ktoś szarpnął mnie w tył i ryknął spod wąsa:

– Cóżeś, waćpan? Zmysły postradał?

I zaczął krzyczeć coś o honorze, ale niezbyt rozumiałem, bo dziwnie zaciągał, no i wąs przeszkadzał. Wytargali mnie na zewnątrz i tam zrobił się dym, bo nakłamałem (udając Czecha), żem ślubował nigdy broni nie tykać. Mówili, że muszę wyznaczyć reprezentanta i inne takie banialuki. W końcu zaczęli się kłócić i lać między sobą, więc wziąłem nogi za pas (którego jeszcze nie zdążyłem popuścić) i już uważałem, by nie pić z niczyjego pucharu: dla bezpieczeństwa i wygody żłopałem prosto z dzbana.

Zalanego w trzy, a może i cztery dupy, znalazł mnie parę godzin później Robert. Ponoć siedziałem między Czechami i powtarzałem „Pepiki, czemu z was takie Pepiki?”. Wróciliśmy do naszych czasów.

 

Podróżowaliśmy tak przez parę miesięcy. Wszyscy znajomi uznali nas ostatecznie za pedałów, bo przestaliśmy się udzielać w towarzystwie. Bo po co iść do klubu i szpanować zegarkiem, butami oraz pękającym w szwach portfelem? Żeby wyrwać jakiegoś tępego lachociąga, na którego twarzy jest więcej farby niż na całej „Panoramie Racławickiej”? Nie, XXI-wieczne dupodajki nie będą obiektem twoich zainteresowań, gdy masz do wyboru wszystkie kobiety w historii świata.

Żeby nie było, to nie przenosiliśmy się tylko na balangi. Lubiliśmy też zgłębiać przeszłość empirycznie: oglądaliśmy bitwy pod Wiedniem, pod Grunwaldem i parę innych; uczestniczyliśmy w szlacheckich sejmach; gadaliśmy z Mickiewiczem o polskim rapie (zazwyczaj nie zdradzamy nic z przyszłości, ale przy Adasiu nas poniosło; jeśli chodzi o picie wódy, to mocny zawodnik). Podziwialiśmy dinozaury, bawiliśmy się z ptakiem dodo, rzucaliśmy śnieżkami w mamuty. Kosztowaliśmy rzeczy, które już nie istnieją. Jednak to wszystko stanowiło zamiennik – czasem kac skutecznie zniechęcał do kolejnego balowania do rana. Co jak co, ale godzina w przeszłości to zawsze godzina naszego realnego życia (potwierdza to prosty eksperyment z zapuszczaniem brody). Mogliśmy spędzić w średniowieczu kilka lat, a potem wrócić do miejsca, w którym zaczęliśmy czasoprzestrzennego tripa. Wtedy ludzie pozazdrościliby nam grubej imprezy, skoro wyglądalibyśmy na kilka lat starszych…

W przyszłość niestety nie umieliśmy się przenieść, nad czym ubolewał szczególnie Robert: liczył, że za parędziesiąt lat ludzkość odkryje leki na wszystkie choroby weneryczne, co pozwoliłoby na bezpieczne stosunki bez gumki i bez obawy zarażenia kiłą czy inną rzeżączką.

Wszystko szło dobrze, obaj się jakoś dogadywaliśmy (ja też czasem zaliczałem; perskie niewolnice albo naprawdę mnie lubiły, albo zajebiście udawały). Oczywiście do czasu.

Ściślej: do czasu tej afery z Kleopatrą.

Widzieliśmy na własne oczy dużo postaci historycznych, które miały ogromny wpływ na bieg zdarzeń, lecz zazwyczaj trudno było się z nimi zintegrować (no chyba że z Adasiem, ale jak on mógł nas nie kochać, skoro raz odwiedziliśmy go z dwiema pewnymi wódkami, które tak mu zasmakowały, że postanowił na ich cześć napisać epopeję?). Najwięcej obracaliśmy się w klimatach polski szlacheckiej, ponieważ wtedy najłatwiej było nam się porozumieć. Mogliśmy oglądać dupki różnych królów, ale większość z nich była naciągane sześć na dziesięć. Pewnie dlatego w umyśle Roberta zrodziło się to pragnienie spotkania z Kleopatrą.

Pragnienie bliskiego spotkania sześćdziesiątego dziewiątego stopnia.

Jego propozycja była taka: wpisujemy na maszynie „Miejsce, w którym egipska królowa Kleopatra będzie sama przez kilka godzin, czyli najlepiej sypialnia; czas, w którym ta Kleopatra jest najpiękniejsza”. Nie brzmiało to może tak zgrabnie i poetycko jak „Stepy akermańskie”, ale zależało nam na ścisłości, by nie powtórzyła się sytuacja z walkami gladiatorów (Robert musiał jednego z nich wyklepać tym młotkiem, który ze sobą zabieraliśmy; ja, z gównem prawie w majtkach, wpisywałem współrzędne powrotu).

W sypialni Kleopatry mielibyśmy udawać jakichś posłańców bożych. Ja osłaniałbym tyły, w czasie kiedy Robert zabawiałby się ze starożytną pięknością. Zapewniał, że potem byśmy się zamienili. Wątpiłem, by Kleopatra to łyknęła.

Powiedziałem to Roguckiemu, słowo w słowo.

– Już tak zrobię, żeby moje łyknęła – zaśmiał się ten prymityw.

Myślał, że mnie jakoś przekona. Nie poszedłem na to. Pokłóciliśmy się. Miałem dosyć. Nie byłem towarzyszem, lecz pomocnikiem. Tylko brakowało, żebym jeszcze wynosił jego zużyte kondomy do kosza. Powiedziałem mu to i parę innych rzeczy. Przestaliśmy podróżować.

 

Do czasu, do czasu, do czasu. Wszystko trwa do czasu.

Wróciłem do mojego normalnego, miernego życia. W sumie nie na długo, bo parę tygodni później w moim pokoju pojawił się Robert.

– Mogę wrócić za pół godziny – powiedział, kiedy zauważył, co robię.

– Skoro już jesteś – zapiąłem spodnie – to zostań. Ale następnym razem wpisz korytarz i zapukaj jak człowiek.

Nie kazałem mu wypierdalać nie tylko dlatego, że mógł mi strzelić z liścia (czasem tak robił), ale przede wszystkim z powodu jego wyglądu. Postarzał się chyba ze dwa lata. Nie ma co, podróżowanie w czasie uzależnia. Szczególnie, jak odkryjesz, że możesz spać w miejscach o wiele przyjemniejszych niż studenckie mieszkanie, nie mówiąc już o przyjemniejszych czasach. Przecież nigdzie nie ma takiej ciszy, jak miliony lat temu, przed pojawieniem się lądowych zwierząt.  

– Jakieś problemy? – zapytałem.

– A masz jeszcze do mnie uraz o tę Kleopatrę? Bo jeśli tak, mogę się pojawić za dwa lata. Wtedy na pewno ci minie.

Powiedziałem, że jebać Kleopatrę, a on na to, że już jebał.

– Stary, ten nos…

– Dobra, dobra, lepiej mów, o co biega.

– W sumie głupia sprawa…

– Mów.

Powiedział. Zacząłem się śmiać. On strzelił mi z liścia. Śmiałem się dalej. A największy ruchacz wszechczasów, który Casanovę zjada na śniadanie, a Jamesem Bondem się podciera, Robert Rogucki spuścił wzrok. Kiedy skończyłem, zapytał cichutko:

– To pomożesz?

 

Istniało wielu ekspertów od uwodzenia, ale – z tego co wiemy – tylko dwóch specjalistów od podróży w czasie. Kiedy Robert rozczarował się tymi pierwszymi, udał się po drugich. Tak oto w naszym dramacie dochodzimy do kulminacyjnej sprawy.

(Do czasu, oczywiście).

Kobieta, która skradła serce mojego kumpla jak Murzyn telewizor, żyła we wspomnianych już czasach króla Sasa. Podróże w czasie pozwoliły nam obalić parę historycznych mitów, w tym ten stworzony przez Roberta Coelho, który mówił, że w pierwszej połowie osiemnastego wieku, w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, można było umieścić członka gdzie tylko się zechciało. Rogucki nijak nie mógł skłonić jej do uniesienia choćby rąbka sukni, więc o penetracji lepiej nie wspominać.

Jego białogłowa nazywała się Adelajda Bystrzycka. Wiem, że powinienem wymienić ją na wstępie, jak przystało na dramat, ale po pierwsze jaki dramat, taki wstęp, a po drugie niech se Czechow wsadzi strzelbę w dupę – gdyby była od początku na scenie, nikogo nie zdziwiłby wystrzał.

Adelajda miała złote kręcone włosy, wielkie błękitne oczy, skórę jak kość słoniowa, nos taki, że „Kleopatra przy tym to pasztet z grzybami”, usta czerwone, rzęsy grube, brwi lekko kanciaste, kości policzkowe wystające, podbródek spiczasty. I zero makijażu. Resztę ciała chowała pod sukniami. Mimo to coś w sposobie poruszania, mówienia i oddychania sprawiało, że w naszych szlacheckich strojach widoczny stawał się jeszcze jeden kutas.

Robert uderzał do niej kilkukrotnie. Podawał się za kupca i oferował najwspanialsze dary. Jej ojca dawno przekupił, podobnie z resztą rodziny. Oczywiście, w granicach rozsądku. Robert mógł przebywać w towarzystwie Adelajdy tyle, ile zechciał. Nawet nie potrzebowali przyzwoitki. Mogli się zamknąć w jej komnacie i Adelajdzie to nie przeszkadzało.

Bo Adelajda go lubiła.

Jako przyjaciela.

Robert nie chciał opowiedzieć, w jaki dokładnie sposób zaznaczyła granice friendzone, ale nietrudno się domyślić, jak jego ręka wędruje pod sukienkę, a dziewczyna chichocze „nie żartuj”, po czym odsuwa i jego rękę, i siebie.

– Nie możesz spróbować tak, jak chciałeś z Kleopatrą? – podsunąłem. – Udać, że jesteś snem? Albo ją upić?

Nie chciał rozgrywać tego w taki sposób. Głowiliśmy się i głowili. Pod rozwagę trafiła nawet opcja zmiany biegu zdarzeń, ale ją odrzuciliśmy. Trzeba było zaaranżować sytuację, dzięki której jakieś zębatki w umyśle Bystrzyckiej przeskoczą na inne tryby.

Na tryby rozrodcze.

Siedzieliśmy trzy dni w miejscach, które sprzyjają myśleniu (na przykład antyczna Grecja). Potem w mojej głowie zrodził się plan. Opowiedziałem Robertowi. Siedzieliśmy kolejne trzy dni. Tym razem w miejscach, które sprzyjają piciu. W końcu się zgodził.

Kulminacja naszego małego dramatu rozgrywa się generalnie w dwóch miejscach, nad których opisem nie będę się rozwodził, bo cenię sobie artystyczny minimalizm.

Miejsce pierwsze to komnata osiemnastowiecznej damy. Najważniejsze w niej jest łóżko.

Miejsce drugie to wrocławski, współczesny klub. Taki z popularną muzyką, drogimi shotami i dziewczynami w obcisłych sukienkach. Najważniejszy w nim jest parkiet.

W dniu, w którym mieliśmy zacząć, użyłem maszyny, by załatwić jedną rzecz. Robert nic nie zauważył, bo śnił o kobiecie swoich marzeń, Adelajdzie Bystrzyckiej. Rano opuściliśmy naszą miejscówkę do spania, przenosząc się do komnaty.

Białogłowa spała. Podkradłem się i przyłożyłem jej do twarzy chusteczkę nasączoną chloroformem. Potem przenieśliśmy się do naszej bezpiecznej miejscówki na bezludnej wyspie. Tam czekały sukienki, na wszelki wypadek pięćdziesiąt (pożyczone ze sklepowych magazynów, mieliśmy oddać je po wszystkim, ale najzwyczajniej… zapomnieliśmy). Zdziwiłem się, że Robert nie chce pomóc przy przebieraniu. Musiałem sam się z tym uporać. Jako pierwszy zobaczyłem ją nagą i muszę przyznać…

…że twarz to nic w porównaniu z tym, co ukrywała. Wcisnąłem ją w krótką sukienkę z dekoltem. Kiedy Robert zobaczył efekt końcowy, prawie zemdlał z wrażenia. Adelajda przeciwnie – zaczynała się budzić. Wziąłem więc maszynę, Robert wziął kobietę, po czym pociemniało, pojaśniało, pociemniało, pojaśniało – oto znaleźliśmy się w klubie.

Po odzyskaniu przytomności Adelajda wpadła w panikę. Dookoła mnóstwo skąpo ubranych ludzi, z głośników biła głośna muzyka. I te migające światła. Robert ujął dziewczynę za ręce i powiedział, że to tylko sen.

Nie uwierzyła. Następnej nocy spróbowaliśmy jeszcze raz.

Przez kilkanaście kolejnych podejść usiłował jej wmówić, że to się nie dzieje naprawdę. Chciał, aby się rozluźniła. Chciał, by była taką dziewczyną, jakie wyrywał od dziecka. Chciał napić się razem przy barze, poczekać na nią przed toaletą, i tańczyć, tańczyć, tańczyć w rytm elektronicznych dźwięków. Przekonywał ją, by się poddała temu innemu światu.

Ona się nie poddała.

Nie będę się spuszczał nad tym, jak bardzo mój plan był naciągany i jak bardzo się udał.

Tego jednego razu, gdy potajemnie się przeniosłem, odwiedziłem naszą osiemnastowieczną dziewuchę. Zaaranżowałem sytuację w lesie: ona spacerująca, ja potrzebujący, nikogo wokół. Jako osoba o szlachetnym sercu, pomogła mi, a ja obiecałem się odwdzięczyć. Sprecyzowałem sposób, w jaki będzie musiała mnie poinformować, a był on tak prozaiczny, że aż poetycki.

Kulminacyjnej nocy przenieśliśmy się – Robert i ja – do komnaty. Podejście szesnaste czy tam siedemnaste. Robert, zaaferowany i przerażony, że i tym razem się nie uda, niczego nie zauważył. Ja jednak doskonale widziałem świeczkę stojącą w oknie. Potem powtórzyliśmy nasz numer z przebieraniem Adelajdy i wsadzaniem jej w klub z przyszłości.

Wciąż mam to przed oczami: Adelajda tańczy z Robertem. On jest w transie i w swoim żywiole. Ona jest w centrum koszmaru, jakiegoś osobliwego piekła, i nawet się nie spodziewa, że tak szybko przybędę z pomocą. Jako, że ja zawsze jestem w odwodzie z maszyną do pisania, by Robert nie zawracał sobie tym głowy, mogę gdzieś w międzyczasie wyskoczyć. Na kebaba, na perskie niewolnice albo… w miejsce, które sobie przygotowałem. Tam jest wszystko, czego potrzebuję. I wtedy wracam do klubu.

Ludzie patrzą na mnie, nie dowierzając własnym oczom. A ja idę, z maszyną pod pachą, kwiatami w dłoni, cały w szlacheckim, pięknym żupanie, nie jakimś wypożyczonym z teatru, lecz szytym na miarę. Kroczę, a wszystkie loszki i dziki rozstępują się przede mną jak morze przed Mojżeszem. Oto idzie król tej polany, jeleń na rykowisku.

Adelajda mnie zauważa. Przestaje zwracać uwagę na Roberta: może się wypchać ze swoim godowym tańcem. Ona widzi mnie. Poznaje. Z daleka czuję, że w jej głowie odblokowuję się pewne tryby. Tryby rozrodcze. Podchodzę, daję jej kwiaty, obejmuję w pasie, odpycham Roberta i jeb! w wehikuł czasu!

Niestety, w jej łóżku wylądowaliśmy razem z Roguckim.

– Co ty…? – zaczął krzyczeć.

Uniosłem maszynę i uderzyłem w niego. Padł na podłogę, narobił rabanu, a z maszyny coś się oderwało.

– Szybko! – krzyknąłem do Adelajdy. – Musimy uciekać, to Szatan!

Dziewczę wzięło mnie za rękę i uciekliśmy. W komnacie zostały kwiaty, kawałek wehikułu czasu (niezbędny!) i Robert, którego znalazła tam rodzina Bystrzyckich.

Chciałem użyć maszyny i zabrać siebie i Adelajdę gdzieś daleko, ale już wtedy okazało się, że coś nie działa. Musieliśmy ukraść konie i jechać ciemną nocą. To był początek naszej wspólnej przygody.

Teraz mieszkamy sobie w osiemnastowiecznej Polsce, w przytulnym, małym dworku. Codziennie w nocy się pieprzymy. Nie mogę wrócić do swoich czasów, bo straciłem fragment maszyny (użyłem jej natomiast do napisania tej historii). Ale czemu miałbym wracać? Tu wiedzie mi się całkiem dobrze. Rządzi król Sas, a ja mogę jeść, pić i popuszczać pas. Czwarty punkt też regularnie spełniam.

Dramat niby się skończył, ale wiem, że zawsze może nadejść epilog lub sequel. Robert na pewno krąży po świecie, wraz z brakującą częścią. Szuka mnie. I nie mam wątpliwości, co zrobi, gdy znajdzie. I co zrobi z Adelajdą. 

Na razie jesteśmy szczęśliwi.

Do czasu?

A chuj, niech będzie: do czasu. Tymczasem wracam na moje nowe rykowisko. Krzyknę „ukochana!”, Adelajda przyjdzie i zaczniemy nasze conocne gody. 

Koniec

Komentarze

Mam mieszane odczucia, co do tego opowiadania. Z jednej strony lubię literaturę doprawioną absurdem, z drugiej, miejscami było go dla mnie za dużo. Szczególnie na początku – zgubiłam się przy śmietniku, świetle i maszynie do pisania; a jak do tego dołączyłeś jeszcze polanę, Lecha, Czecha, Rusa i cytatą dziewkę… Powiem szczerze, że niewiele brakowało a darowałabym sobie dalszą lekturę.

Później poziom absurdu, na szczęście (chyba), zmalał i łatwiej było śledzić akcję. Sporym plusem opowiadania jest tempo wydarzeń i wynikający z niego dynamizm. Specyficzny język oraz poczucie humoru sprawiają, że tekst jest dość lekki.

Nie do końca odpowiada mi narracja – miejscami zbyt przegadana, trochę za dużo wyjaśniania.

Zgrzytnęła mi także końcówka – przez całe opowiadanie bohaterowie rzucają maszyną na prawo i lewo i nic się nie psuje, a w kulminacyjnym momencie oczywiście coś odpada i mechanizm przestaje działać. I czy można domontować schowek?

Tytuł doskonale puentuje całość.

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Mam wrażenie, że Autor bardzo się starał, żeby było zabawnie i dowcipnie, i być może znajdą się czytelnicy, którzy docenią te wysiłki, jednak mnie zwyczajnie znużyły kolejne eskapady, odbywane wyłącznie w celu dupczenia, irytował luzacki styl okraszony wulgaryzmami, a cała historia wydała się niezbyt odkrywcza i, niestety, nie przypadła do gustu.

 

wraz z moimi Rzym­ski­mi ziom­ka­mi… – …wraz z moimi rzym­ski­mi ziom­ka­mi

 

Bez zna­jo­mo­ści ję­zy­ka, bez in­ter­ne­tu… – Bez zna­jo­mo­ści ję­zy­ka, bez In­ter­ne­tu

 

ale nie trud­no się do­my­ślić, jak jego ręka wę­dru­je pod su­kien­kę… – …ale nietrud­no się do­my­ślić

 

Albo jej upić?Albo upić?

 

Dnia, kiedy mie­li­śmy za­cząć, uży­łem ma­szy­ny… – W dniu, w którym mie­li­śmy za­cząć, uży­łem ma­szy­ny

 

Nie będę się spusz­czał nad tym, jak bar­dzo mój plan był na­cią­ga­ny i jak bar­dzo się udał. – Czy Autor zechciałby wyjaśnić, co bohater miał na myśli, mówiąc, że nie chce się spuszczać nad własnym, naciąganym planem?

 

Na ke­ba­ba, na per­skie nie­wol­ni­ce … – Na ke­ba­b, na per­skie nie­wol­ni­ce

 

Ade­laj­da mnie za­uwa­ża. Prze­sta­je zwra­cać uwagę na Ro­ber­ta… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A mnie się spodobało. Szczególnie ten luzacki język z barwnymi porównaniami. Cytaty z R. Coelho też zacne. ;-) Żywa akcja również na plus. Końcówka jakby trochę słabsza – bez wielkiego łupnięcia, ale niech będzie.

Jako, że ja zawsze jestem w obwodzie

Literówka.

Babska logika rządzi!

Poziom absurdu i prymitywizmu wykracza poza granice mojego zrozumienia. Ten typ humoru zdecydowanie nie jest mój, a co za tym idzie, lektura mi nie podeszła.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

dogsdumpling, rozumiem mieszane uczucia i cieszę się, że doceniłaś wieńczący całość tytuł ;)

 

regulatorzy, wiem, że tekst nie jest dla każdego. Dzięki za wytknięcie błędów. Co do “spuszczania się” chodzi po prostu o slangowe rozwodzenie się nad czymś, zachwycanie. 

 

Finkla, cieszę się, że się spodobało i dzięki za punkcik ;)

 

śniąca, przepraszam za zmarnowanie twojego czasu. 

Funthesystem, do tej pory wiedziałam, że spuścić się na kogoś, to obdarzyć go zaufaniem, wierzyć, że ów ktoś podejmie dobrą decyzję, zachowa się jak należy. Natomiast Twoje wyjaśnienie jest dla mnie absolutną i zaskakującą nowością.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pewnie dziwne, ze ja to powiem, ale podobało mi się. Jest takie, jakie miało być i tyle. Głębi nie ma. Całkiem nieźle napisane, może nie do końca zabawne, ale na pewno absurdalne. A nawet mogę uwierzyć, że Robert się zakochał, a nie tylko chciał zaliczyć, bo nie zależało mu na upiciu niewiasty i wykorzystaniu. Tylko w finale brakuje jakiejś odrobiny łagodności – no, że jakieś uczucie łączy narratora i białogłową, a nie tylko seks, w końcu razem żyją – ale mogę to przeboleć. Nie jest to wybitne, ale ciekawe. Pomysł na walor fantastyczny – maszyna do pisania jako nieograniczony wehikuł czasu – przedni.

 

któr(+z)y brali mnie za jakiś ówczesny odpowiednik Węgra.

 

wszystko wydawało się takie same. ← raczej takie samo

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Bawiłam się przednio podczas czytania. Poziom humoru i absurdu mnie zadowala. A jakaż tu ilość przygód. Wariactwo, ale pozytywne :) Spuszczanie w takim kontekscie zaskakuje, ale ja raczej nie nadążam w slangu.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Funthesystem, nie masz za co przepraszać, to nie Twoja wina, lecz moja niska tolerancja na absurd. Jak sam widzisz, są i zadowoleni czytelnicy :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie moja bajka, ale warsztat mus docenić. Panie i Panowie: to nie jest debiutant!

O, a co jeszcze napisał? Bo na portalu wygląda raczej świeżo?

Babska logika rządzi!

Pomysł wtórny, fabuła niczym szczególnym nie zaskakuje, a jednak kupiłeś mnie, Autorze ;D

Wyraziści bohaterowie, humor, który przypadł mi do gustu i ten charakterystyczny styl, którego używasz… Oparty na powtórzeniach i dygresjach, ale jakże odpowiedni w tym tekście ;)

To właśnie wiarygodność opowiadania jest jego największym plusem, więc z przyjemnością stawiam znak jakości :)

 

Zgadzam się z Naz, że szczypta uczuciowości zakończeniu by nie zaszkodziło… W aktualnej wersji jest nieco przerysowane w swojej bezpośredniości.

 

Tyle ode mnie, pozdrawiam!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

cobold, debiutantem zdecydowanie nie jestem, tekst znalazłem na strychu domu mojego prapradziadka, kiedy szukałem takiej starej maszyny do pisania, którą od dawna trzeba było oddać na złom. Na mój debiut jeszcze przyjdzie czas. 

 

Pozostałym dziękuję za przeczytanie i punkciki do biblioteki, cieszę się, że się podobało. 

Sama sobie się dziwię, ale… podobało mi się. Uśmiechałam się cały czas do ekranu monitora i przeczytałam za jednym zamachem. Czasem coś bym wycięła z tekstu, no ale ja to nie autor.

No to dokładam brakującego klika.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki! Opłacało się wstawić na portal, skoro kilka osób uśmiechnęło się do ekranu :D

w boksie kwalifikuję się do kategorii lekko półśmiesznej.

Chyba moje ulubione zdanie, bo takie prawdziwe w swej prostocie.

 

Ogólnie bardzo mi się spodobało, choć na ogół nie lubię takich tekstów, ale to dlatego, że przeważnie są głupie. W twoim wszystko wydaje się być takie, jak powinno – za dużo absurdu, przekleństw czy ogólnie “bzykania”? Oto właśnie chodziło!

Szczególnie, że idealnie wpasowuje się w moje pokolenie (patrząc na prawdziwość tego tekstu, to raczej też jesteś dosyć młody, choć mogę się mylić ;)) Nie było określeń sztampowych i żenujących, użytych na siłę. 

 

No więc, drogi systemie: “czapki wpierdolki z głów, panowie!”

 

A no i fajne otwarte zakończenie :)

 

 

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

Cieszę się, że się spodobało i zapraszam do innych moich tekstów, które nie są utrzymane w tak wulgarnym tonie ;)

Dobrze jest.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Bardzo fajne, lekkie, pomysłowe, tylko osobiście ograniczyłbym wulgaryzmy. W pewnych miejscach nie były potrzebne.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

koik, Skull – dzięki :)

Czytam Wasze komentarze i jestem zaskoczona, że opowiadanie wrzucone dla żartu zrobiło tak dobre wrażenie. Aż mi trochę wstyd, że sama byłam sceptycznie nastawiona do tego pomysłu :D Fun – mnie bawi, ale to już wiesz. Teraz tylko przepraszam, że w Ciebie zwątpiłam ;)

Oj tam. Śmiech jest zdrowy, a bardzo trudno napisać zabawny tekst. Ja tam doceniam. :-)

Babska logika rządzi!

Cyklotrimetylenotrinitroamina, piękny avatar sobie wybrałaś. 

A wstyd to powinno być mnie za poziom niektórych dowcipów :(

Zacnie hrabio Fun de System… zacnie. Miało zdemoralizować, a tu dupa. Najbardziej mi się podobał punkt po “popuszczać pasa”, uśmiechnąłem się przy tym. Dziwnie się czułem czytając (Może dlatego, że z słuchawek leci “Paint it Black” Stones’ów). Spodobało mi się też o Lechu, Czechu i Rusie. Chociaż wizja Czecha oprawiającego jelenia nie przemówił, lepiej by było(dla mnie) jakby, przepraszam za wyrażenie, wpierdalał knedliki i żłopał piwo, albo wywinął jakiś numer Rusowi. Lech jak to Lech, tu coś podpierdoli, tam coś jeszcze i już jest bogaty.

Perskie niewolnice, hm… Adaś i wódka to dobre, dobry byłby też fragment jakby odwiedzili Marysieńkę z butelką “Sobieskiego” ;) Na plus hrabio, na plus. A i nie pójdę raczej na stosunki międzynarodowe, wolę rozwijać język ;P

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Pewnie w liceum bardziej demoralizujące rzeczy słyszysz :D

Dzięki za przeczytanie i tytuł hrabiego (ciekawe co na to CountPrimagen). 

Fajne! Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Cieszę się i zapraszam też do innych opowiadań :)

A zajrzę sobie ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Czytanie tego gościa jest teraz w modzie, Anet. Polecam gorąco ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Count, bo się zarumienię!

Wierzę, tylko nie nadążam. Cały czas znajduję fajne rzeczy, które wrzucam do kolejki ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Cześć!

Świetne lekkie opowiadanko! Może czasami zbyt lekkie, może czasami zbyt wulgarne, ale w ogólnym rozrachunku udane. Czasem trzeba sobie przeczytać “coś takiego” dla czystej, nie splamionej głębszą myślą, rozrywki. No i oczywiście świetnie napisane, ale to u Ciebie standard! ;D

 

Pozdrawiam!

Jai guru de va!

Czasem trzeba sobie przeczytać “coś takiego” dla czystej, nie splamionej głębszą myślą, rozrywki.

Powiem więcej: czasem trzeba sobie coś napisać coś takiego dla czystej, niesplamionej głębszą myślą rozrywyki :D

Dzięki za komentarz :)

Ależ proszę, toż to sama przyjemność! :)

Spodziewaj się w najbliższych dniach moich komentarzy pod wszystkimi Twoimi opowiadaniami. Słowo się rzekło, słowa dotrzymuję ;)

Swoją drogą, już nie mogę wysiedzieć czekając na Twój. Moja pierwsza biblioteka, i to zaraz po urodzinach! :D

Jai guru de va!

Jakbyś coś czytał, zwróć proszę uwagę na ewentualne dłużyzny. Część czytelników o nich wspominała, ale niestety nikt nie zasugerował, co można by wyciąć. 

A komentarz do “Przebiśniegu” wkrótce ;)

Co za jazda bez trzymanki :D Ubawiłam się. Szalony tekst :) 

 

Przyszłam zwabiona komentarzem, że przed Jeleniem byłeś sfrustrowany. Nadal nie wiem, dlaczego byłeś sfrustrowany, ale cieszę się, że dostarczyłeś mi rozrywki :)

www.alecojak.blogspot.com

Trudno poczuć, że się idzie do przodu, pisząc do szuflady. 'Jeleń' był wyjściem z szuflady, dostałem kilka pozytywnych komentarzy, a liczba zadowolonych czytelników zwiększyła się nagle o kilkaset procent. Pisanie nabrało sensu :) Fajnie, że wpadlaś, Kam, dziękuję.

Nowa Fantastyka