- Opowiadanie: śniąca - Jedyna taka reinkarnacja

Jedyna taka reinkarnacja

Tekst z zamierzenia ma być łatwy, lekki i zabawny, hasło wcale nie jest tajemnicą. I mam nadzieję, że mi się udało.

 

Bardzo dziękuję betom za opinie i pomoc. Zwłaszcza Bellatrix, dzięki której nie macie szansy umrzeć ze śmiechu lub dostać zawału z powodu mojego braku znajomości chemii :)  

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Jedyna taka reinkarnacja

 

Jestem wszędzie i nigdzie, unoszę się w przestrzeni, dryfuję w was. 

Istnieję odkąd istnieje współczesny człowiek. Powstałam razem z pierwszymi myślami, pierwszymi filozofiami i pierwszymi religiami. Tak naprawdę nie mam jednego imienia. Po prostu jestem. W pewnym sensie absolutem.  

Możecie uznać, że jestem duchem, który czasem kogoś nawiedza. Część obdarzonych moją obecnością ludzi chyba wszyscy na świecie dobrze znają i pamiętają nawet po stuleciach. A wszystko dzięki mnie i moim poglądom. Ze zwierzętami bywa inaczej. Pobyt wśród nich to raczej jak egzotyczne wakacje. 

Niektórzy nazywają mnie moralnością, drudzy biorą mnie za sumienie, inni za sprawiedliwość, słuszność lub prawdę. Wiecie przecież jednak, że nie ma jednej moralności czy prawdy, każdy ma swoją. Ja też…

A teraz nabrałam ochoty znowu się reinkarnować. Ciekawe, jakie wcielenie tym razem mnie czeka. Trudno to przyznać, ale na wybór nosiciela nie mam żadnego wpływu, tu decydujący głos ma Los.

 

***

Sesja zbliżała się wielkimi krokami. Studenci mieli wręcz wrażenie, że wykradła ze starej baśni siedmiomilowe buty, by szybciej nadejść i dręczyć biednych żaków. Na uczelni rozpoczął się typowy dla tego okresu paniczny rozgardiasz. Nagle okazało się, że grupy liczą dwa razy więcej słuchaczy niż w środku semestru, a stosy indeksów co chwila zmieniały biurka doktorów i profesorów. Ci z kolei tonęli w biurokracji, papierowej i nowej, elektronicznej, bo tradycja tradycją, ale świat szkolnictwa wyższego też uznał, że należy iść z duchem czasu.

Tomek Mańkowski, który na studia poszedł bo tak w jego rodzinie wypadało, na co dzień zwykle zajęty dziewczynami, imprezami i rajdami motocyklowymi po bliższej i dalszej okolicy, nie miał już czasu na regularne uczęszczanie na wykłady. Z ciężkim sercem stawiał się na zajęciach laboratoryjnych i od czasu do czasu na ćwiczeniach, gdy ich uniknięcie wiązało się ze zbyt dużymi kosztami. Był więc stałym klientem punktu ksero, prowadzonego przez niezwykle sympatyczną panią Stasię, która w taki sposób postanowiła dorabiać sobie do emerytury. Po kilku miesiącach Tomek zyskał u niej status VIP-a.

Kobieta nie tylko doceniała stały przypływ gotówki, ale też szczerze lubiła wiecznie uśmiechniętego, wyluzowanego młodzieńca. Zwłaszcza że chłopak okazał się niezwykle szarmancki i traktował ją z szacunkiem, a i adorował w ujmujący sposób.

I teraz też Tomek stanął na końcu ciągnącej się przez pół korytarza kolejki. Nigdy nie wpychał się przed innych. Wiedział, że pani Stasia i tak go sama wypatrzy. Wiedzieli to też inni i zagadywali chłopaka.

– Co dziś kserujesz? Weźmiesz też kopię dla mnie? A możesz dla mnie skserować jeszcze to? A ja w tym czasie polecę po zaliczenie do Kobyłki.

Tomek zbierał więc zamówienia i pieniądze i spokojnie czekał. Jemu się nigdzie nie śpieszyło.

– Panie Tomaszku, a co pan tu tak stoi sam na środku holu?

Wyrwany z zamyślenia, odwrócił się na dźwięk swego imienia. Za nim stała zarumieniona od mrozu pani Stasia, trzymając w dłoniach siatki z jakimiś zakupami. Dokoła było pusto, kolejka przesunęła się już sporo do przodu i faktycznie został sam.

– Dzień dobry. – Od razu chwycił torby, wcześniej wepchnąwszy pod pachę plik kartek. – Pomogę, co ma pani sama to dźwigać.

– Dziękuję, dobry z ciebie chłopiec.

Wysuwające się spod ramienia notatki uratowała pani Stasia.

– Znów coś do skopiowania? Tylko tyle dzisiaj?

– Mam jeszcze książkę w plecaku. Ale potrzebuję jedynie dwa rozdziały. Nic pilnego. Mogę to zostawić i zajrzeć później?

– Oczywiście, dziecko, jak zawsze – roześmiała się kobieta.

– A i byłbym zapomniał. Z książki trzy razy, notatki z algebry pięć, z chemii, to te, raz.

W trakcie rozmowy minęli sznur nerwowo przestępujących z nogi na nogę studentów i doszli do lady, za którą uwijała się pracująca u pani Stasi dziewczyna.

 

***

Uhmm… Jak dobrze znowu mieć ciało. Wyciągnąć się, rozprostować nogi… Hej! Gdzie moje nogi! Albo łapy, skrzydła, cokolwiek! Co tu się dzieje? Kim ja jestem? Spokojnie. Zaraz wszystko się wyjaśni, tylko muszę się uspokoić…

Niemożliwe! No nie wierzę! Kartka papieru! Jestem kartką papieru! Nie, jestem wieloma kartkami papieru. Uległam rozdrobnieniu! Niech się wredny Los tak nie cieszy, łajza jedna! Wiem, że to jego pomysł. Ja mu dam. Nawet w tej postaci pokażę, na co mnie stać.

 

***

Dwóch dowcipnisiów z trzeciego roku stało pod oknem, obserwując chudego drugoroczniaka, który z wypiekami na twarzy podawał dziewczynie plik rozwiązanych testów z fizyki hałasu. Dziewczyna beznamiętnie włożyła je do podajnika, wybrała liczbę kopii i uruchomiła maszynę.

– Te, on myśli że my tacy wspaniałomyślni!

– No, ciężko strasznie się napracowaliśmy, żeby z podchwytliwych odpowiedzi wybrać te właściwe…

– Aha, metoda chybił-trafił i losowania w ciemno jest bardzo pracochłonna!

Roześmiali się obaj, szturchając przyjacielsko łokciami. Po chwili jednak jeden z nich nieco się zaniepokoił.

– Stary, zobacz, on to kseruje chyba dla całego rocznika…

– No to uwalimy cały rocznik. – Nie przejął się drugi. – Ale jełopy… Dobrze im tak, mogli się uczyć, a nie liczyć, że starsi im wszystko na tacy podadzą.  

 

***

Trochę tu ciasno. I ciemno. Ale te wałeczki przyjemnie masują. Szkoda, że toner się sypie i brudzi mi krawędzie. Co za ludzie, mogliby przeczyścić bębny.

Co my tu mamy? Test z fizyki hałasu. Pytania i odpowiedzi. Zakreślone… A cóż to za brednie?! Te odpowiedzi to zbrodnia przeciwko mnie. O nie, tak nie może być.

Nakreślę nowy ślad, przesunę tonerowy wzór, ta kreska o tu, druga obok. I jeszcze…

No, teraz jest tak, jak być powinno.

 

***

Przejęty tym, jak łatwo udało się uniknąć kucia do jednego z trudniejszych egzaminów u bardzo wymagającego profesora, młodzieniec nawet nie zwrócił uwagi, że kserokopie testu różnią się od oryginału. Nie było chyba pytania, które miałoby zakreśloną taką samą odpowiedź.

Chudzielec oddał pożyczone kartki dwóm dowcipnisiom i pognał do czekającej na niego grupy.

Kilka dni później stary, siwy profesor ze łzami wzruszenia wpatrywał się w listę wyników egzaminu z fizyki hałasu. Od góry do dołu same piątki.

– Wreszcie, wreszcie mi się udało. Wiedziałem, że kiedyś w końcu nauczę ich, zaszczepię miłość do nauki, że… – mruczał do siebie wzruszony.

Był pewien, że nie ściągali ani z żadnych ściąg, ani od siebie wzajemnie. Znał wszystkie studenckie sztuczki, co semestr poznawał nowe i potrafił im zaradzić. W trakcie egzaminu widział wyraźnie, że nikt nie próbował oszukiwać.

Nareszcie poczuł się spełniony jako wykładowca.

 

***

Pani Stasia włożyła plik odręcznych notatek do podajnika. Rzuciła okiem na równe rzędy kształtnych liter i czytelne schematy. Jej uwagę zwróciły oznaczone różnymi kolorami elementy wzorów chemicznych i definicje. Zanim maszyna rozgrzała się i zaczęła pracę, kobieta wyjęła plik.

– Aż szkoda to kserować normalnie… – wyszeptała, przekładając kartki do innej kserokopiarki. Wprawdzie Tomek zapłacił za zwykłe ksero, ale postanowiła różnicę w cenie wziąć na siebie jako właścicielka punktu i zrobić chłopakowi prezent.

Skaner ruszył, po nim rolki i bębny. Maszyna zaczęła wypluwać kolejne kolorowo zadrukowane kartki. Pani Stasia w tym czasie zajęła się kserowaniem wybranych rozdziałów książki.

 

***

Same testy, notatki, książki… Ile w nich błędów! Aż żal me nieistniejące serce ściska. Zaczynam się zastanawiać, czy poprawiać je wszystkie. Może jednak nie. Cała prawda podana od razu może być dla ludzi zbyt dużym szokiem. Zresztą, zdaje się, że wylądowałam na jakiejś uczelni. Wyłącznie studenci kopiują takie ilości wszelkich materiałów. Uczelnia… Naukowcy…

Ech, rozmarzyłam się. Już dawno nie nawiedziłam żadnego naukowca. Ostatnim był chyba… zaraz… tak! Einstein! Cudowny człowiek. Mam do Alberta ogromny sentyment. W lot łapał wszystkie podsuwane idee. Jaka szkoda, że nie mogłam przedstawić mu całej prawdy. Zawsze musi zostać coś dla innych…

Zaraz, zaraz, a co my tu mamy? Przecież zanim te związki ze sobą przereagują, minie wieczność. A wystarczy dodać o taki katalizator i wydajność cudownie wzrośnie. Tym samym mamy rozwiązany problem paliwowy i energetyczny świata, co przecież niedawno udowodniłam. Owszem, dawno się nie reinkarnowałam w żadnym naukowcu, ale to nie znaczy, że nie podrzucam im czasem jakichś okruchów we śnie.  Byłam przekonana, że ten katalizator już wynaleźli.

Ech, pewnie jakiś marny studencik coś pomieszał, przerysowując schematy i równania. Przynajmniej pismo ma ładne…

 

***

Tomek szarmancko ucałował dłoń pani Stasi, odbierając kserokopie. Na widok kolorowych wydruków materiałów z chemii, solennie obiecał butelkę nalewki orzechowej od ciotki, istnej mistrzyni nalewkarstwa.

Nawet nie sprawdził, czy wszystko się zgadza. Nie musiał, bo wiedział, że u pani Stasi zawsze zamówienia są w porządku. Dlatego też nie zwrócił uwagi, że kopia różni się nieco od oryginałów pożyczonych od koleżanki z roku.

 

Jedno Tomaszowi należało przyznać. Jak już usiadł do nauki, to przyswajał wiadomości z olbrzymią łatwością. Dzięki fotograficznej pamięci wystarczyło mu raz przeczytać tekst, lub przez chwilę poprzyglądać się schematowi. Nie musiał robić ściąg.

Zasiadł teraz w ławce spokojny i opanowany, czego nie można było powiedzieć o co najmniej połowie rocznika. Profesor Kleszczewski uchodził na uczelni za jeden z największych postrachów studenckiej braci. Zadawał bardzo drobiazgowe i podchwytliwe pytania, układając dla każdej egzaminowanej grupy nowy zestaw.

Wspomagający profesora doktoranci rozdali kartki, zaczęło się odliczanie czasu do końca egzaminu. Zaszurały krzesła, kliknęły długopisy.

 

***

– O ja pie… – Doktor Ostrowski ze zdumienia aż uciął w połowie słowa i dokończył przekleństwo w myślach.

– Cóż cię tak wzburzyło, Andrzej? – Profesor Kleszczewski podniósł głowę znad swojego pliku prac.

– Wątpię, żebyś kojarzył Mańkowskiego z trzeciego roku chemii organicznej, bo na wykładach raczej nie bywa. Ale na ćwiczeniach i laboratoriach wykazuje się sporą wiedzą. Zawsze miałem go za rozgarniętego i inteligentnego człowieka, a tu nawypisywał takie głupoty, że aż nie wiem, jak to skomentować.

– Pokaż. – Profesor wstał od swojego biurka i pochylił się ponad ramieniem doktora.

Po chwili zerkania na kartkę, gwałtownie chwycił ją i przybliżył do oczu. Oddalił. Cofnął się dwa kroki, klapnął na krzesło, cały czas wpatrując się ze zmarszczonym czołem w papier.

– Niesamowite! Skąd on to wie? Przecież to jeszcze tajemnica…

– …? – Niewypowiedziane pytanie coraz bardziej zaintrygowanego Ostrowskiego zawisło w powietrzu.

– Jest szansa, że ten, jak mu tam… Mańkowski jest jakimś geniuszem! Zamknij drzwi na klucz. Muszę ci coś powiedzieć w największym sekrecie.

Ostrowski przekręcił klucz w zamku i przysunął swoje krzesło bliżej profesora Kleszczewskiego. Ten zaczął przyciszonym głosem.

– Pamiętasz, jak latem byłem gościem na Uniwersytecie Burgundzkim w Dijon?

– Jakżebym mógł zapomnieć – uśmiechnął się Ostrowski. – Opowiadałeś całemu zakładowi istne cuda o ich wydziale.

– Ale nie wszystkie. Mój dobry przyjaciel, profesor Pierre Freron, podzielił się ze mną swoim odkryciem. Wprawdzie całość jest jeszcze w fazie sprawdzania, ale mamy prawie stuprocentową pewność, że zrewolucjonizuje ono rynek energetyczny. Tania, łatwa energia w nieograniczonych ilościach. Bezpieczna. A wszystko z jednej reakcji chemicznej, dzięki odkrytemu przez Frerona katalizatorowi. Aż dziw, że tak długo nikt na to nie wpadł… Zostałem zaproszony do udziału w ostatnich, niezależnych testach. Jak wyniki się potwierdzą, to Pierre leci dalej z publikacjami i patentem. A my będziemy mieli w tym swój mały udział…

– To ten twój tajemniczy projekt? I ja nic nie wiem?

– Wybacz. Miałem cię wdrożyć do pomocy w przyszłym tygodniu, gdy laboratorium będzie w pełni skompletowane. To wynikało z klauzuli poufności. Nawet nie wiesz, ile papierów i podobnego typu klauzul musiałem popodpisywać.  

– No dobra, staruszku, do tematu projektu jeszcze wrócimy. Ale co ma do tego Mańkowski?

– Dobre pytanie. Tu, widzisz? Odpowiedź na pytanie piąte.

– No, te bzdury…

– W tym sęk, że to nie są bzdury, tylko równanie na TĘ reakcję z TYM katalizatorem. O tu… – Postukał palcem w papier.

Ostrowski zsunął okulary na czubek nosa i spojrzał sponad nich na twarz profesora, który kontynuował.

– W tym przypadku praktycznie prawidłową odpowiedzią powinna być błędna odpowiedź, ale jednocześnie jedyna zgodna z aktualnym oficjalnym stanem wiedzy. Ten proces wprawdzie działa, ale do doskonałości mu daleko, a koszt wytworzenia dżula energii kosztuje dwa dżule. Czyli mamy ładną teorię, której uczymy, która coś pokazuje, ale nie do końca jest prawdziwa.  

 – No dobrze, z pewnych niedoskonałości zawsze zdawaliśmy sobie sprawę. Ale nadal nie wiem, co z tym Mańkowskim…

– Ja też… Ale wychodzi na to, że jakimś sposobem wpadł na to prawdziwe rozwiązanie problemu. Freron lata spędził w laboratorium, poszukując nowych rozwiązań, a ten młodzieniec doszedł do tego samego jedynie teoretyzując…

– Albo… – zawahał się doktor. – Albo włamał się do tworzonego przez ciebie laboratorium i wykradł informacje…

– Oskarżasz chłopaka? – zdziwił się Kleszczewski. – Raczej bezpodstawnie. Laboratorium nie znajduje się na terenie naszego instytutu i jest utajnione. Jak całość prac.

– Sam już nie wiem, mam mętlik w głowie. No i pozostaje sprawa oceny egzaminu. Tak mi namotałeś, że nie mogę mu pytania zaliczyć i jednocześnie zaliczyć wszystkie inne „prawidłowe”. Ale nie mogę też nie zaliczyć… I chętnie zbadałbym kwestię, skąd on to wziął. Proponuję przeprowadzić śledztwo.

 

***

Tomasz zdziwił się, gdy na wywieszonej obok drzwi gabinetu liście z ocenami nie zobaczył swojego nazwiska. Stary Kleszczewski słynął ze skrupulatności i nigdy nie gubił żadnych prac. Młodzieniec stał chwilę, wpatrując się bezmyślnie w zadrukowane kartki papieru. W pewnej chwili znalazł. Na osobnym skrawku.

 

„Pan Tomasz Mańkowski jest proszony o zgłoszenie się do prof. Kleszczewskiego w godzinach udzielania konsultacji.”

 

Tomek zerknął na rozpiskę na tabliczce, na zegarek i zapukał do drzwi.

Wszedł do gabinetu całkiem opanowany i spokojny.

– Dzień dobry, panie profesorze. I panie doktorze – dodał na widok doktora Ostrowskiego.

– Dzień dobry, panie Mańkowski. Proszę usiąść. – Ostrowski podsunął mu krzesło.

– Zaciekawiła nas pana praca egzaminacyjna.

Przez twarz chłopaka przemknął delikatny cień niepokoju.

– Jesteśmy ciekawi, z jakich materiałów korzystał pan, przygotowując się do egzaminu.

Tomasz może i był leserem, ale cenił sobie uczciwość. Przekonał się, że dzięki niej można wygrać znacznie więcej niż cwaniactwem. Decyzję podjął więc błyskawicznie, po minimalnym zawahaniu. Nie ukryje przecież, że nie chodził na wykłady.

– Z książek, z zajęć, z notatek koleżanki.

Obaj wykładowcy spojrzeli na siebie ze zdziwieniem w oczach. W żadnej z innych prac nie padła druga taka odpowiedź.

– Której? Zresztą nieważne, to możemy ustalić za chwilę. Czy ma pan wciąż te notatki?

– Samych notatek nie, oddałem. Precyzyjniej mówiąc, uczyłem się z ich kserokopii…

 

***

Ale zabawa! Tu coś poprawię, tam skoryguję. Studenci jednak są fajni. Przyznaję, że czasem też podobają mi się ich psikusy. I nawet sama zaczęłam je robić. No co, przecież mówiłam, że każdy ma swoją rację…

Dzięki ci, Losie! Po raz pierwszy jestem tak blisko zwykłych ludzi, między tak wieloma naraz. I już wiem, jak wykorzystać swe rozmnożenie – zaraz pojawię się w jakimś ciekawym urzędzie. Tyle ich do wyboru…

 

Koniec

Komentarze

Choć hasło dość łatwe, zostało wykorzystane umiejętnie i pomysłowo, a opowiadanie czytało się całkiem nieźle. ;-)

 

Cięż­ko to przy­znać, ale na wybór no­si­cie­la… – Trudno/ Niełatwo to przy­znać, ale na wybór no­si­cie­la… 

 

Jej uwagę zwró­ci­ły ozna­czo­ne róż­ny­mi ko­lo­ra­mi ele­men­ty worów che­micz­nych i de­fi­ni­cje. – Wory chemiczne, powiadasz… ;-)

 

Ska­ner ru­szył w ruch, po nim rolki i bębny. – Brzmi to fatalnie.

 

Cof­nął dwa kroki, klap­nął na krze­sło cały czas wpa­tru­jąc się w pa­pier ze zmarsz­czo­nym czo­łem. – Papier miał zmarszczone czoło??? ;-)

Proponuję: Cof­nął się dwa kroki, klap­nął na krze­sło i cały czas marszcząc czoło, patrzył w pa­pier.

 

ale mamy pra­wie stu pro­cen­to­wą pew­ność… – …ale mamy pra­wie stupro­cen­to­wą pew­ność

 

Po raz pierw­szy je­stem tak bli­sko zwy­kłych ludzi, mię­dzy tak wie­lo­ma na raz. – …mię­dzy tak wie­lo­ma naraz.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Reg. Miło, że nie uważasz czasu poświęconego na lekturę jako straconego ;) 

Milion razy przeglądane i poprawiane, a tu jeszcze takie paskudy zostały. Już poprawiam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ależ na pewno nie stracony, wręcz przeciwnie! No i cieszę się bardzo, że mogłam pomóc. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, a jednak nie bidon ;P

Co do zamierzeń – udało Ci się, Śniąca! Rzeczywiście przyjemny tekścik, krótki i treściwy, dzięki czemu przeczytałem z satysfakcją.

Intrygujący bohater, przyznam szczerze, że jeszcze nie miałem okazji spoglądać jego (jej) oczyma ;D

 

Szkoda, że nie napisałaś tekstu w całości z perspektywy kartki – te fragmenty podobały mi się najbardziej. Oczywiście fabuła musiałaby być nieco inna, ale…

No i scena wewnątrz drukarki – mogłaby być dłuższa :)

Końcówka – trochę urwany wątek Tomka. Choć z drugiej strony – pewnie wkrótce profesorowie dojdą do wniosku, że już się chłopina wypalił, tyle kosztowało go wymyślenie tej reakcji… :D

 

Tyle ode mnie, na koniec kilka uwag:

Tak naprawdę nie mam jednego imienia. Po prostu jestem. W pewnym sensie absolutem.

To mi trochę zgrzytnęło. Albo dodać drugie “jestem” przed absolutem, albo usunąć “w pewnym sensie”… Ale może to tylko subiektywne wrażenie, tylko informuję ;)

Ci z kolei tonęli w biurokracji, papierowej i nowej elektronicznej, bo tradycja tradycją, ale świat szkolnictwa wyższego też uznał, że należy iść z duchem czasu.

Może jakiś przecinek albo myślnik?

Nie było chyba pytania, przy którym zakreślona była ta sama odpowiedź.

Oj, nieładnie, Śniąszencjo :P

Tomek zbierał więc zamówienia i pieniądze[+,] i spokojnie czekał.

Był pewien, że nie ściągali ani z żadnych ściąg[+,] ani od siebie wzajemnie.

Przecinki się zapodziały ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Bardzo sympatyczny tekścik. Dostało Ci się mało fantastyczne hasło, ale pięknie wybrnęłaś. Nowatorsko.

Pozostaje tylko życzyć urządzeniu długiego życia.

Przyznaj się, jakiej rewolucji próbowałaś dokonać w chemii? Zawał mało prawdopodobny, ale chętnie się pośmieję. ;-)

Babska logika rządzi!

Zaraz się zastrzelę – ma ktoś pożyczyć pistolet? Odpisuję, odpisuję i szlag mi komentarz trafił. A nie potrafię odtworzyć tak samo…

 

Councie, bardzo dziękuję za wizytę, dobre słowo i punkcik. Cieszy, że była satysfakcja – więcej mi nie potrzeba :) 

Wątek Tomka urwany, bo więcej o nim być nie musi. Kserówka swoje zrobiła i leci dalej, nie interesuje się dalszymi losami.  

 

Bidonu nie ma, bo Los tak nie chciał, a organizatorzy też prośby Finkli nie posłuchali. Nic jednak straconego,  bo bidon kończy się pisać i będzie wstawiony po konkursie (żeby już nie wprowadzać zamieszania). 

 

Przecinki tak mają, że lubią się zgubić. Jeszcze się odniosę do kilku elementów:

 

Tak naprawdę nie mam jednego imienia. Po prostu jestem. W pewnym sensie absolutem.

To mi trochę zgrzytnęło. Albo dodać drugie “jestem” przed absolutem, albo usunąć “w pewnym sensie”… Ale może to tylko subiektywne wrażenie, tylko informuję ;)

W trakcie pisania też się nad tym zastanawiałam. Jednak postanowiłam zostawić –  taka forma wypowiedzi bohaterki, zanim dostała nowe wcielenie i przystosowała się do nowej sytuacji i środowiska. 

 

Zwłaszcza[+,] że chłopak okazał się niezwykle szarmancki i traktował ją z szacunkiem, a i adorował w ujmujący sposób.

Oparłam się na tym: http://sjp.pwn.pl/zasady/small-364-small-small-90-B-1-small-Polaczenia-partykul-spojnikow-przyslowkow-ze-spojnikami;629776.html 

 

Tomek zbierał więc zamówienia i pieniądze[+,] i spokojnie czekał.

Spójniki “i” nie pełnią tu identycznej funkcji – nie ma wyliczanki. Tak odbieram to: http://sjp.pwn.pl/zasady/small-378-small-small-90-G-3-small-Przecinek-przed-spojnikami-powtorzonymi-pelniacymi-identyczna-funkcje;629795.html 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nic jednak straconego,  bo bidon kończy się pisać i będzie wstawiony po konkursie

No to postraszyłaś kogoś, kto dostał bidon…

Babska logika rządzi!

Śniąca, ja w przypadku tego “i” oparłem się na TYM. To, przy końcu.

Uznałem to nie za wyliczankę a dopowiedzenie ;)

W każdym razie, tylko sugeruję…

 

O rany, to z utęsknieniem oczekuję bidonu :D Widać, pomysł rzeczywiście niczego sobie!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przyznaj się, jakiej rewolucji próbowałaś dokonać w chemii?

Już zniknęła w koszu, wymazana z dysku i mojej pamięci. Grunt, że za mało pamiętając ze szkoły i za słabo rozeznawszy temat (bo wydawało mi się, że coś tam wiem), chciałam wejść w pewne szczegóły, z których bzdury wyszły. Nie ma się do czego przyznawać. 

 

Najważniejsze jest tu i teraz i to, że się podobało :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ja przez Was nie mogę pójść spać, a rano trzeba do pracy…

 

Hmm, Primagenie, czy to dopowiedzenie?  Chyba jednak nie. Z pewnością nic takiego, jak w Twoim przykładzie. 

 

Finklo, dlaczego postraszyłam? Straszyłabym, gdybym wrzucała teraz, robiąc realną konkurencję (czy dobrą, to inna kwestia).  Bo czy pomysł “niczego sobie”, czy od czapy, to się dopiero okaże, jak czytelnicy ocenią. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Oj, zero empatii. Siedzi sobie teraz jakiś biedny człowiek i myśli: “Mam jakiś pomysł. Nawet pół tekstu napisane. Co takiego wykombinowała Śniąca? Będzie lepsze od mojego? Bo to moje jakieś takie… Nie dosyć, że kaszaniaste hasło mi się trafiło, to komuś coś ciekawego wpadło do głowy… I wszyscy zobaczą, że mój tekst taki drętwy. Eeee, chyba wywalę”.

Babska logika rządzi!

Przepraszam… :( I apeluję do właściciela bidonu – pisz, słuchaj swojej Weny i nie daj się podpuścić, że mój pomysł może – bo wcale nie musi – być lepszy. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przeczytane. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Kserokopiarka bohaterem opowiadania SF? Kto by się spodziewał…

Ładnie. Miło. Gładko. Co prawda, jak pamiętam, nerwowość przed sesją była znacznie większa, a i ciało pedagogiczne nie tak wyrozumiałe, ale może czasy się zmieniły :)?

I tylko jedna drobniutka uwaga – “Na uczelni więc rozpoczął się typowy dla tego okresu paniczny rozgardiasz”. To “więc” jakoś mi tu nie pasuje. Wyrzuciłbym.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dziękuję, Staruchu, za rzut okiem i komentarz. Miło, że miło.

O “więc” kopii kruszyć nie będę, w sumie masz rację – jest zbędne.

I nie kserokopiarka, ale kserokopia :)

A na uczelni, gdy studiowałam bywało różnie z nerwowością. Wiele zależało m.in. od człowieka i tego na co zwraca uwagę. Jak ktoś siedział z nosem we własnych notatkach i w wąskim gronie podobnych osobników, to nawet nie dostrzegał potrafiącej szaleć obok paniki ;) Tu też pokazany jest jakiś mały wycinek, bo nie sesja sama w sobie była głównym tematem. 

 

Edycja.

Gravel, teraz będę czekać na wyrok wynik.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Witaj, Tekst zgodny z założeniami, lekko się czyta. Ciekawe co za psikusy zaczęły później te kserokopie wyczyniać ^^

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Fajnie wykorzystane konkursowe hasło, do tego sprawnie napisane, czyta się szybko, gładko i przyjemnie.

Czytając opis kolejki do ksero, przypomniały mi się moje studenckie czasy, no i przyznam, że trochę utożsamiałem się z bohaterem Twojego opowiadania. Miałem podobne podejście :)

Powodzenia w konkursie ;)

Dziękuję, panowie, za wizytę.

 

Mytrix – Na uczelni, czy później? Wyobraź sobie, że takie kserokopie zaczynają szaleć w urzędzie skarbowym :) Aż strach się bać ;)

 

Belhaj – ale na ludzi wyrosłeś ;) Ja stety-niestety byłam z gatunku tych, od których się notatki kserowało, więc zazwyczaj w kolejkach do ksero nie stałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wizja kopiarki szalejącej w skarbówce ma w sobie coś… zdecydowanie nadającego się na opowiadanie. ;-) Tylko tam się raczej oryginały składa, prawda? Ale jakby tak zaczęła “prostować” zeznania… Uch… Rewolucja? Krach na giełdzie?

Babska logika rządzi!

Wyobraźnio szalej! Jak Głuchowski z Metrem udzielam licencji – kto chce rozwinąć kserokopiową apokalipsę, ma wolną rękę ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No jakoś się udało :) Zresztą studia uczą wszelkiej maści kombinowania, jak trzeba na ostatnim zjeździe zdobyć wszystkie wpisy w kilka godzin, bo zamykają dziekanat. Piękne czasy :)

Dziekanaty to legendarne miejsca, a co najmniej niektóre z pracujących tam osób powinny się znaleźć w jakimś bestiariuszu ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Był jakiś taki dowcip – hierarchia uczelnianych bytów. Pani z dziekanatu stała na szczycie. Nie musiała podnosić budynków jak jakiś marny dziekan. One się przed nią rozstępowały… ;-)

Babska logika rządzi!

Otóż to, pewne rzeczy mogła załatwić tylko pani z dziekanatu, żaden dziekan, żaden rektor…

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Oj tak :) Ech, miło studia powspominać.

Ciekawy pomysł, nie podejrzewałabym, że reinkarnacja tak właśnie się potoczy. Lekki klimat na pewno udało się stworzyć, czytało się bardzo przyjemnie mimo że na co dzień nie gustuję w tego typu tekstach. Podobało mi się też wyważenie humoru – nie starasz się co chwilę być śmieszna na siłę, po prostu zręcznie budujesz zdania i sytuacje. I teraz właśnie uświadomiłam sobie, że czytając widziałam dokładnie mój uczelniany punkt ksero – niby mamy Basię, a nie Stasię, ale i tak będzie trzeba zachować ostrożność i od tej pory sprawdzać zgodność kserówek z notatkami ;)

Bardzo mi miło, Teyami, że z lektury jesteś zadowolona. 

Mafia podobno mówi, że kto nic nie wie, ten dłużej żyje, a inni dodają, że i zdrowiej :) Przepraszam, że wyrwałam Cię z błogiej nieświadomości i teraz będziesz wietrzyć spiski Losu, ale czytanie – zwłaszcza fantastyki – niesie ze sobą podobne zagrożenia ;)  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ale miło się czytało. Trochę naiwna historyjka z tym całym katalizatorem, ale to chyba tylko dodaje uroku całości. W realnej części opowiadania jest trochę nierealności i naiwności, mniejsza o to. Ważne, że się uśmiechnąłem, a nawet roześmiałem! No i szkoda, że się kończy tak nagle. “Ona”/narratorka kojarzy mi się z jakąś istotą, ale nie potrafię sobie na razie przypomnieć. Aha, i ode mnie duży plus za rozbicie opowiadania na dwie perspektywy. 

I jeśli mogę coś zasugerować, to mogłoby być dłużej i jeszcze śmieszniej, gdybyś z Tomka nie robiła geniusza z pamięcią fotograficzną, lecz np. jakiegoś nieudacznika. Cała sytuacja byłaby punktem wyjścia do poważniejszych kłopotów. Tutaj stawka jest mała, więc historyjka pozostawia przytulne, ciepłe wrażenie. 

 

EDIT: I niech ktoś da znak jakości, bo opowiadanie zasługuje na bibliotekę!

historyjka pozostawia przytulne, ciepłe wrażenie. 

I takie właśnie miało być :) Cieszę się, Othersunie, że trafiło.

Z nieudacznikiem mogłaby wyjść przegięta groteska, a tego nie chciałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Twoja byłaby w tym głowa, żeby nie wyszła przegięta! Po prostu mogłoby ciut bardziej wciągnąć i poruszyć. Ale pomysł pozostanie w pamięci. Co się ociepliłem, co się przytuliłem do tego sympatycznego kawałka prozy – to moje ;)

Co się ociepliłem, co się przytuliłem do tego sympatycznego kawałka prozy – to moje ;)

Zwłaszcza że wieczór już zimowy bardziej niż jesienny - zimny, ze śniegiem prószącym za oknem ;) Grzej się, grzej, niech Ci na zdrowie będzie.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Grzeje kopiarka w mieście

Wiatr szelest kartek niesie…

To raz? Tak, raz! To raz? Tak, raz!

Rozlega się dokoła.

To raz? Tak, raz! To raz? Tak, raz!

Dzień cały Stasia woła.

Babska logika rządzi!

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Poetka z naszej Finkli :)

 

Mam kropka!

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Myślałem, że z kserokopii nie da się wyciągnąć niczego ciekawego, ale widocznie z wszystkiego się da ;)

Bio, odrobina Weny czyni cuda. Gdyby nie ona, nadal nerwowo gryzłabym końcówkę ołówka (teraz to już pewnie jego ogryzka) ;) Ja tylko ubrałam w słowa to, co mi podpowiedziała. Dzięki za wizytę :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No i fajnie zakończyłaś :)

Szukałam, szukałam, ogłoszenia dawałam, aż znalazłam :)

Jeszcze raz dzięki :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Popieram, zakończenie już mi nie zgrzyta, więc nie pozostaje nic innego, jak pogratulować. Jak już pisałem w becie, podoba mi się lekkość opowiadania – tak w języku, jak i fabule.

I Tobie dzięki ponownie :) Fajnie, że już nie zgrzyta. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Warsztatowo całkiem zręcznie napisane. Pomysł zabawny, ciekawie wykonany. Ładne to smiley

Nie wiem, czy się martwić, czy czuć zaszczyconą, że tak krótki komentarz mam od Ciebie, Gostomyśle. I to taki bez marudzenia ;) Dziękuję :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Widzisz, jaki potrafię być miły? Ale to nic – odbiję sobie przy następnym tekście devil

Już się zaczynam bać ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca, zawsze możesz nie napisać następnego tekstu. Ale szkoda by było…

Babska logika rządzi!

I co miałabym zrobić z tymi wszystkimi pomysłami, które mi się przepychają pod czaszką? Nie, naszykuję się na baty, znieczulę… Albo postaram napisać tak, żeby baty mocne nie były :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Polecają mofinę, ale na moją żonę nie działa ; )

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Finkla, Ty jej nie zniechęcaj… moja wredność też musi na kimś znaleźć czasem ujście! angry Inna sprawa, że Śniąca to jeden z najtrudniejszych materiałów do narzekania… ale coś się znajdzie!

Ja Śniącą zniechęcam tylko tak połowicznie.

Morfina? A nie wystarczy zwykła flaszka? Dostać łatwiej… I to by tłumaczyło alkoholizm wielu pisarzy. ;-)

Babska logika rządzi!

ooooo… widzisz, Finkla! To oznacza, że nie jestem pijakiem, tylko ARTYSTĄ! A to brzmi inaczej. Dodatkowo to tłumaczy, dlaczego kiedy jestem pod wpływem… weny, to nikt mnie nie rozumie: gdyż jestem ARTYSTĄ WYPRZEDZAJĄCYM SWOJĄ EPOKĘ… o jakieś kilka kolejek blush

[początek offtopa]

Fantastom alkohol jest szczególnie polecany, gdyż jak mawiał klasyk Jan Himilsbach – Picie wódki to jest wprowadzanie elementu baśniowego do rzeczywistości wink.

[koniec offtopa]

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Pięć minut mnie nie ma, a tu taka dyskusja! 

Od morfiny podobno sześć razy mocniejsza jest opiorfina, a tę mam zawsze ze sobą ;) Tak więc, wiecie, spoko. Bo ja takie dziwne stworzenie jestem, że alkoholu nie tykam i ta opcja odpada.

Innymi słowy – mam trudniej niż Wy, AArtyści – nie mam co liczyć na dodatkowe elementy baśniowe, tylko muszę się o nie postarać sama. Ech, zawsze pod górkę… 

 

Inna sprawa, że Śniąca to jeden z najtrudniejszych materiałów do narzekania…

blush

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

gdyż jak mawiał klasyk Jan Himilsbach

pochwalę się, ze swego czasu paradowałem w jego krawacie (jak go zdobyłem, to insza inszość)… rzecz o tyle nietypowa, że Himilsbach zasadniczo w krawatach nie chodził. Ale razu pewnego w moim rodzinnym mieście nie wpuścili go do baru bez krawatu… więc kupił, a zaraz po wyjściu pozbył się go laugh

 

dobra, koniec tego offu

Pięć minut mnie nie było i wybuchła dyskusja. Pięć godzin mnie nie było i cisza…

No to masz wyjątkowy krawat :) I dyskutować można o czym tylko podejdzie, nigdy przecież nie wiadomo jakie inspiracje można w takich dyskusjach napotkać.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Początek napisany kursywą bardzo zachęcający do dalszej lektury. Ogólnie lekkie, a humor nie wymuszony. Pomysł na nietypową reinkarnację też fajny – ileż to można zdziałać w państwie biurokratycznym. ;)

Blackburn, dziękuję za wizytę :) Cieszę się, bo szczerze mówiąc trochę się bałam tego początku – czy nie zniechęci takim nieco bufoniastym tonem. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

zapstrykały włączane długopisy.

Nie wydaje mi się, aby długopis dało się włączać. Może po prostu: zapstrykały długopisy?

 

Gdyby sprawdzając prace, wykładowcy znaleźli bzdury u nawet bardzo dobrego studenta, to najprędzej zwaliliby to na karb jakiejś imprezy wcześniejszego dnia, czy może pojawienia się nowej sympatii w życiu tegoż. Wątpię, że profesor zainteresowałby się jedną błędną odpowiedzią na tyle, by zerwać się z krzesła i jeszcze patrzeć na pracę delikwenta. Czepialstwo, ale rzuciło mi się w oczy; można by to rozegrać lepiej, na przykład w formie monologu profesora.

Całość spodobała mi się, choć zakończenie mogłoby być dłuższe o akapit lub dwa, bo tak to wątek Tomasza został nieco urwany. Pomysł na tego chochlika pod postacią kartki, czy cokolwiek to było – bardzo udany. Dialogi momentami według mnie za sztywne, zwłaszcza w scenie, gdy dwaj studenci naśmiewają się z trzeciego. I opowiadanie zyskałoby więcej smaczku, gdybyś rzuciła tu i ówdzie mięsem – konkretem na temat paliwa, reakcji, reagentów.

Pozdrawiam!

MrBrightside, zabiłeś mi ćwieka tym włączaniem długopisu. Fakt jest taki, że spotykam się z tym wyrażeniem praktycznie na co dzień. Żeby zacząć pisać długopisem trzeba wysunąć z obudowy końcówkę wkładu – jedną z metod jest wciśnięcie “guziczka” na drugim końcu. Jak to inaczej nazwać niż włączeniem długopisu? Muszę pogrzebać i przemyśleć.  

Przyznaję bez bicia z wykładowcami miałam do czynienia tylko jako studentka, sytuację z drugiej strony barykady znam tylko z opowieści, uzupełnionych jakimiś tam wyobrażeniami.

I opowiadanie zyskałoby więcej smaczku, gdybyś rzuciła tu i ówdzie mięsem – konkretem na temat paliwa, reakcji, reagentów.

Oj! Było mniej lub więcej coś w tym stylu, ale nie chciałbyś tego widzieć, wierz mi ;) Bella wybiła mi takie pomysły z głowy. Z ogólnikiem wygląda lepiej.

 

Dziękuję, że podzieliłeś się wrażeniami z lektury :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wyszło lekko i humorystycznie. Ciekawa interpretacja hasła i szczerze go współczuję, bo wydaje się, że nie należało do najłatwiejszych, ale całkiem ładnie sobie poradziłaś. :)

 

I czekam też na ten bidon! :D

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ja też. Ciekawi mnie, co się da z tego zrobić…

Babska logika rządzi!

Myślę, że zdanie po wyrzuceniu słowa “włączać” brzmi sensownie. No bo jak można długopis włączyć, zasilania się mu nie podpina… :p

Szkoda, że posłuchałaś Belli, ale są gusta i guściki. ;) Natomiast po drugiej stronie studenckiej barykady też nie byłem, mimo to wiem, że profesorowie, docenci, doktorzy mają dużo rzeczy na głowie, a ocenianie studenckich prac leży naprawdę nisko w hierarchii ważności, stąd moja refleksja.

Tak mi przyszło do głowy, więc proponuję:

 

Zaszurały krzesła, zapstrykały włączane długopisy.Zaszurały krzesła, kliknęły wciskane długopisy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Morgiano, z kserokopią nie było tak źle, to zwycięski z trzech pomysłów, jakie mi przyszły do głowy (jeden z nich okazał się romansidłem – nie mylić z porządnym romansem – więc szybko odpadł). Ja jestem pod wrażeniem Twojego konceptu i tekstu (mimo że taki smutny).

 

Bidon – zgodnie z obietnicą – po konkursie :)

 

MrBrightside, włączanie kluczowym słowem nie jest i mogę je usunąć, skoro ma budzić takie kontrowersje.

Wydawało mi się, że coś tam pamiętam z chemii ze szkoły (fajną nauczycielkę miałam i teoria nieźle mi szła – praktycznych ćwiczeń nie robiliśmy, bo laboratorium było bardzo mocno niedoposażone) i próbowałam zaszpanować. No i miałam w 100% rację – wydawało mi się. Bella uświadomiła mi moją ignorancję i zostałam przy neutralnym ogólniku. Co innego, gdybym za cel obrała sobie napisanie s-f o nowym źródle energii. Wtedy z pewnością dogłębniej postudiowałabym chemię, ale raczej się na to nie zanosi ;)

W pracy trafiamy na przeróżne perełki i dzielimy się nimi na podobnej zasadzie – o kur… zapiał, co on tu nawypisywał/przysłał. Niby też powinniśmy być obyci, też jesteśmy zajęci poważniejszymi rzeczami, a jednak w ramach oddechu zerkamy sobie co to za dziwo i komentujemy. Dlaczego więc nie mogłoby to działać na podobnej zasadzie przy sprawdzaniu wypocin studentów? W ten sposób do tego podchodzę.

 

Edycja.

Droga Reg, zastanawiałam się nad wciskanymi długopisami, ale oczami wyobraźni zobaczyłam nie przyciski, ale całe długopisy wciskane w coś. Stąd w tekście włączane. Ale dziękuję za sugestię :)

Ostatecznie chyba zostanę przy samych pstrykających/klikających długopisach.

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

To super, że trafiło Ci się aż tyle koncepcji na jedno tak trudne hasło. Choć szczerze mówiąc uważam je za jedno z trudniejszych. Dobrze, że nie poszłaś w stronę romansidła, taka opcja bardziej mi się podoba.

Szkoda, że nie można było sobie wybrać hasła. Ja wzięłabym w obroty cyrkonię, ewentualnie tilakę (bo z tego mógłby być fajny, egzotyczny tekst). Jak dostałam moje hasło to myślałam, że się przewrócę (no bo jak można mieć takiego pecha?!) i najpierw myślałam, że wywieszę poddańczą białą flagę. :P

 

a jestem pod wrażeniem Twojego konceptu i tekstu (mimo że taki smutny).

Dziękuję!!! :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Cieszę się, że nie wywiesiłaś flagi ani nie rzuciłaś ręcznikiem :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

To i ja się wytłumaczę, czemu Śpioszce wybiłam z głowy pomysły szczegółowych reakcji ;) W opowiadaniu mamy o rewolucyjnym, nowym odkryciu – podanie szczegółów natychmiast pozwoliłoby zweryfikować odkrycie albo jako coś od dawna znanego, albo jako piramidalną bzdurę.

Zaręczam, że zdarza się wykładowcom ‘obgadywać’ studenckie prace – byłam po tej stronie barykady i zdarzało się, że szef, czy któreś ze sprawdzających po znalezieniu jakiejś urokliwej bzdury odczuwało nieprzemożoną ochotę podzielić się tym z całym zespołem :P

Ale raczej przy czymś naprawdę tak głupim, że aż śmiesznym (na przykład skrócenie znaczków delty w ułamku), zwykłe ściemnianie to raczej żadne dziwo. ;-)

Babska logika rządzi!

Otóż właśnie, Bella to wytłumaczyła prima sort. 

 

Czytajcie, komentujcie i dyskutujcie do woli. I nie obraźcie się na brak szybkiej odpowiedzi, ale wyjeżdżam na prawie dwa tygodnie. Jak zwykle będę offline. Obiecuję za to solennie, że na wszystkie komentarze odpowiem po powrocie. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nikt nic… Chyba wszyscy o mnie już zapomnieli…

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie, nie zapomnieli. Może po prostu nie lubią rozmawiać ze ścianą? Fajnie, że już wróciłaś. :-)

Babska logika rządzi!

Przynajmniej jedna osoba się cieszy :)

Jestem, jestem i już nie trzeba ze ścianą rozmawiać :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

To opowiedz, jak było. ;-)

Babska logika rządzi!

Jeszcze chwila cierpliwości :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Miło :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo miły tekścik – idealny na rozluźnienie wieczoru (wiem, że jest środek nocy, ale przeczytałam go kilka godzin temu, teraz dopiero wstawiam komentarz). Warsztatowo do niczego nie mogę się przyczepić, główny bohater też całkiem przyjemny (nawet fikcyjnym postaciom zazdroszczę fotograficznej pamięci). No i nawet z hasłem nie miałam problemu! Przyznam, że trafiło Ci się wyjątkowo… nudne. Ja chyba nie wymyśliłabym niczego ciekawego, Tobie się udało.

Pozdrawiam : )

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

Lano, dziękuję za miłe słowa :) Co do hasła, to tak Ci się tylko wydaje, że byś nie wymyśliła nic ciekawego, bo nie musiałaś ;) Ja podobne odczucia mam czytając inne konkursowe (i nie tylko) teksty.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przewrotny pomysł, fajnie. Mam o tyle problem z tym tekstem, że z jednej strony bardzo dobrze realizuje hasło, a z drugiej strony przedstawione postaci wydają się tylko ilustracją do tego hasła. Tak jakbym dostała bardzo ładnie podany żarcik tam, gdzie mogłaby być pełnoprawna opowieść. Jest ok, ale trochę szkoda…

Lolu, dziękuję za komentarz. Faktycznie, postaci ludzkie to tło dla papierowej bohaterki. Może następnym razem uda mi się lepiej postarać. Dziękuję za konkurs, bo bez względu na wyniki i tak się świetnie bawiłam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Chciałaś lekko i zabawnie, i wyszło Ci… chyba aż za dobrze, bo zrobiło się wręcz infantylnie. W każdym razie główna bohaterka taka była. A przez to też raczej męcząca i niezbyt dająca się polubić. O ile na początku jeszcze robiła robotę, to w chwili, gdy okazała się inkarnować w papier (UWAGA SPOILER – spóźnione, ale szczere^^) i wygłaszać te swoje “Ja ci jeszcze pokażę, Losie”, odpadłem. Znaczy mentalnie. Bo ogólnie doczytałem, i to bez bólu w miejscu, które smaruje się kremem doodbytniczym. Ale też i bez szczególnych zachwytów, niestety.

Nie polubiłem bohaterki – im dalej w las, tym bardziej psuł się nasz związek – a historia Tomka prawie geniusza jest dla mnie niejasna i brzydko urwana. Profesorstwo wzieni go na spytki, przyznał się do notatek i… no właśnie, i co? Wszystko i/lub nic tak naprawdę. A szkoda, bo gdyby pokombinować, pewnie mogłoby wyjść z tego coś fajnego, z jakimś zabawnym, zaskakującym akcentem.

Scenka z Tomkiem stojącym na korytarzu też była dla mnie niejasna, bo nagle gość jest w kolejce, potem odbiera babci Stasi zakupy i gada z nią, zaraz potem stoi sam na pustym korytarzu, a babka go woła z hen daleka… Niby wszystko rozumiem, ale podczas czytania totalnie się pogubiłem i miałem problem z samoodnajdywaniem.

Tomek zresztą też nie wydaje mi się prawdziwy. Z jednej strony opisujesz go jako typowego hulakę, imprezowicza i bawidamka, który wszystko ma w nosie, ale pokazujesz jako grzecznego chłopca, który nie lubi kłamać, jest dla wszystkich uprzejmy, że harcerz by się porzygał, a w dodatku jest nadprzeciętnie inteligentny i ma fotograficzną pamięć. Z jednej skrajności w drugą, a po środku nie ma nic.

Żart kawalarzy z trzeciego roku też opisowo był dla mnie z początku niejasny. Jakiś typ coś kseruje, dwaj inni się na niego czają, jakby chcieli mu włotać albo ukraść gotowca – tak to sobie wykoncypowałem – a dopiero potem wszystko się klaruje. Możliwe, że to moja tępota uwaliła scenkę, ale, obawiam się, ta właśnie tępota jest jednym z filtrów, przez które przepuszczam prace konkursowe (pozostałe zresztą też), więc musimy z tym żyć. Wszyscy.

Napisane sprawnie, że czytało się samo, hasło wykorzystane należycie, technicznie nie dopatrzyłem się chyba niczego. Tudzież nic mi się po prostu nie rzuciło w oczy. No i miało momenty.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, aż jestem pod wrażeniem długości i poziomu szczegółowości Twoich komentarzy pod konkursowymi opowiadaniami.

Piszesz, że przegięłam? Być może, nie zaprzeczę, ale i nie potwierdzę. Jak pisałam Loli, bawiłam się świetnie, to może i rozbrykałam się za bardzo ;) Dobrze chociaż, że przeczytane bez bólu :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

pod wrażeniem raczej fatalnym?

 

W pisaniu najważniejsze jest, żeby sprawiało radość, więc, mimo wszystko, też wygrałaś. A to cieszy i mnie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jakim fatalnym? Jak jestem pod wrażeniem, to znaczy, że coś mi imponuje :) Moje notki jako jurora pod tekstami konkursowymi były znacznie bardziej lakoniczne. Po prostu, jak zawsze, podziwiam Twoje zdolności w tym zakresie.

 

Edytka

Zresztą, jako nie-juror też nie umiem pisać tak obszernych komentarzy…

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Miało być lekko i zabawnie, a do tego łatwo, piszesz we wstępie. No cóż, lekko było, zabawnie – powiedzmy, ale łatwo? Niekoniecznie. Mnie troszkę ten tekst zmęczył, znaczit – nie znalazłam w nim niczego, co by mnie faktycznie przykuło do monitora i nie pozwoliło się oderwać. Przeszkadzał wspomniany przez Cienia infantylizm oraz jakaś taka generalna nierealność opisanych wydarzeń. Jakby wszyscy bohaterowie, sytuacje i fabuła zostały spłaszczone niczym kartki papieru w kserokopiarce…

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Przyjmuję kolejny wyrok potwierdzający, że przegięłam. Może innym razem uda mi się utrzymać w ryzach.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Tekst z zamierzenia ma być łatwy, lekki i zabawny

Moim zdaniem się udało :) Co tu dużo gadać, klikam! 

Niektórym ludziom to aż przyjemnie dawać piórka. :-)

Babska logika rządzi!

Niektórym ludziom to aż przyjemnie dawać piórka. :-)

Prawda?

 

Fun, dzięki i cieszę się, że sprawiłam trochę radości. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka