- Opowiadanie: belhaj - Diament i cyrkonia

Diament i cyrkonia

Nadszedł czas i na mój konkursowy tekst. 

Podziękowania dla bemik i Morgiany za betę i cenne rady.

Mam nadzieję, że opowiadanie się spodoba :)

Będę również wdzięczny za każdą opinię i komentarz.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Diament i cyrkonia

Hrabia Giacomazzi Bachet-Barbier był rozjuszony.

Wściekły chodził po komnacie, rzucając przekleństwa, złorzecząc, wymachując gniewnie rękami i od czasu do czasu osuszając napełniany przez służebną dziewkę kielich z winem.

– Wepchnę mu go do gardła! – pieklił się podniesionym głosem. – Potem wybebeszę i wepchnę jeszcze raz!

Seneszal Adalbert stał przy drzwiach i czekał. Służył hrabiemu już od wielu lat i wiedział, że kiedy ten jest rozsierdzony, lepiej nie odzywać się bez pytania. Wiedział również, co tak bardzo zdenerwowało władcę.

Odkąd w tragicznym wypadku zginęła trzecia żona hrabiego, towarzysząc mężowi podczas polowania nieopatrznie weszła w zastawione na niedźwiedzia wnyki, poszukiwał on pocieszycielki i kolejnej wybranki. Podczas karnawału w Cremlin poznał młodziutką Albertinę, córkę miejscowego barona. Zakochawszy się w pannie od pierwszego wejrzenia, zabrał ją do swoich włości i postanowił poślubić. Musiał poczekać, aż dziewczyna osiągnie lata odpowiednie do zawarcia małżeństwa. Miało to nastąpić dopiero za rok, więc hrabia postanowił się z nią zaręczyć, aby nie wzbudzać plotek oraz uspokoić, sprzeciwiających się ożenkowi z małoletnią kapłanów Wielobóstwa.

Traf chciał, że na dworze grafa Cambaulta z Montcasson, którego włości leżały tuż obok ziem hrabiego, przebywał jubiler posiadający diamenty niespotykanej urody i wielkości. Bachet-Barbier nie poskąpił grosza na misternie wykonany, zrobiony na zamówienie, zaręczynowy pierścionek dla wybranki. Kamień był ogromny, oprawiony w delikatne złote krapy, mienił się i lśnił, przyciągając wzrok. Seneszal wiedział, że za jego równowartość można było kupić dwie lub trzy wioski.

Podczas uroczystości obecny był ojciec Albertiny. Mężczyzna w młodości parał się handlem kamieniami szlachetnymi i złotem, ratując dzięki temu podupadający rodzinny majątek przed bankructwem. Oglądając pierścionek, ku strapieniu hrabiego, stwierdził, że kamień to nie diament, lecz cyrkonia. Bardzo udana podróbka, która jakiś czas temu pojawiła się na rynku. Warta jedynie kilku denarów, a nie małej fortuny, jaką za nią zapłacono. Zaręczyny zostały odłożone, a oszukany Bachet-Barbier wpadł w szał i chciał od razu zebrać wojska i najechać ziemię grafa. Członkowie dworu zdołali mu to wyperswadować, mówiąc, że należy zasięgnąć opinii innych jubilerów i złotników.

Niestety, wszyscy potwierdzili słowa ojca Albertiny. Znieważony hrabia poprzysiągł zemstę, jednak najpierw postanowił wybadać powód, jaki kierował Cambaultem. Sąsiedzi nigdy nie żyli w dobrej komitywie, jednak nie byli również wrogami. Od lat tolerowali wzajemnie swoją obecność i oprócz kilku granicznych konfliktów, nie dochodziło między nimi do niesnasek. Aż do teraz.

– Gdzie on jest? – Giacomazzi przystanął i spojrzał na seneszala. – Wiadomość przyszła trzy dni temu. Już dawno powinien wrócić.

Nim Adalbert zdążył odpowiedzieć, w komnacie rozległo się pukanie. Chcąc rozeznać się w planach Cambaulta, hrabia posłał na jego dwór swojego najlepszego szpiega. 

Riquet wszedł do pomieszczenia i jak zwykle na jego widok wszyscy oniemieli. Dziewka służebna pisnęła i odskoczyła przestraszona. Rzeczywiście, widząc go, można było się przerazić. Twarz wysłannika ciągle drgała, jakby pod skórą wiły się czerwie lub robaki. Zdawała się nie mieć rysów, raz przypominała gładkolicego młodzika, by po chwili zmienić się w pomarszczonego, pokrytego bliznami starca. Riquet był prawdziwym mistrzem w swoim fachu. Ponoć pobierał nauki w słynnym Domu Zagadek w Verton, kształcącym najlepszych szpiegów na świecie.

– Jakie wieści? – spytał Giacomazzi.

– Chcą cię otruć, panie. – Głos mężczyzny był równie wibrujący i niepokojący jak jego twarz. Zdawał się wwiercać w uszy, powodując dziwne dreszcze. Seneszal wzdrygnął się mimowolnie. Kielich wypadł z dłoni hrabiego. Służebna dziewka pobladła i wodziła wzrokiem po wszystkich obecnych w pomieszczeniu mężczyznach.

– Nie lękaj się, dziewczyno – rzekł Riquet, choć jego głos nie działał zbyt uspokajająco. Następnie zwrócił się do swego pana. – Przekupili jedną z twoich kurtyzan.

– Którą?

– Ginette.

 

***

 

Muszę przenieść pracownie mistrza małodobrego do piwnic, pomyślał Bachet-Barbier, wspinając się po stromych schodach Katowskiej Wieży. Rewelacje przyniesione przez Riqueta, napełniły hrabiego trwogą. Okazało się, że graf Cambault od lat miał mu za złe ślub z Margot, drugą żoną Giacomazziego, która zmarła w połogu. Przez długi czas nosił w sercu zadrę, będąc zakochanym w kobiecie i obwiniając hrabiego o jej śmierć. Jego nienawiść do sąsiada wciąż rosła. Czarę goryczy przelała wieść o rychłych zaręczynach z Albertiną. Tak się bowiem składało, że graf również upatrzył sobie dziewczynę na małżonkę.

Okazało się, że niedawne niepokoje na pograniczu, o które oskarżono jedną z grasujących w pobliskich górach zgraj koczowników, również były wynikiem knowań Cambaulta. Następnie postanowił ośmieszyć hrabiego, sprzedając mu pierścionek z cyrkonią, wyprodukowaną przez jego nadwornego alchemika. Ostatnim punktem planu było skrytobójstwo, Bachet-Barbier miał zginąć we własnym łóżku, otruty przez kurtyzanę. 

Hrabia obrócił w dłoni spoczywający w kieszeni pierścień z fałszywym diamentem. Cyrkonia, co to w ogóle za nazwa? Zaklął pod nosem, ale mimo bólu w kolanach pokonał kilka ostatnich schodów i wszedł do pracowni. Kat drgnął mimowolnie, słysząc skrzypienie otwierających się drzwi. Pochylał się właśnie nad ofiarą, ale speszony spojrzał na wchodzącego hrabiego, pokłonił się i odłożył trzymane w dłoniach, zakrwawione narzędzia.

Ginette w niczym nie przypominała tej pięknej kobiety, którą była jeszcze kilka godzin wcześniej. Teraz wyglądała jak kawał przygotowywanego do ćwiartowania mięsa. Kat obciął jej piersi, lewa noga wygięta była pod nienaturalnym kątem, prawa ręka leżała odrąbana, tuż obok narzędzi. Kurtyzana patrzyła na hrabiego, ale zdawało się, że nie docierają do niej już żadne zewnętrze bodźce. Oczy miała zaszklone, a z ust sączyła się zmieszana z krwią, gęsta ślina.

– Żyje? – spytał Giacomazzi, przyglądając się byłej nałożnicy z niezdrową fascynacją. Przypominały mu się wszystkie miłe chwile, które wspólnie spędzili.

– Tak. – Z mroku wyłonił się Riquet, który nadzorował przesłuchanie kobiety. – Ale to kwestia godzin. Opłacił ją tydzień temu jeden z dworzan Cambaulta, który przebywał w mieście w przebraniu kupca na ostatnim jarmarku. Zaoferowali jej sto denarów i miejsce na dworze w Montcasson.

– Ta suka sprzedała mnie tak tanio! – Hrabia gwałtownie poczerwieniał na twarzy i podniósł głos. – Wrzucić ją do rynsztoka, niech, kurwa, tam zgnije!

– Panie. – Głos kata był chrapliwy i przymilny, co sprawiało dość makabryczne wrażenie. – Zostawcie ją u mnie, jeśli łaska. Rzadko trafiają mi się kobiety. – Uśmiechnął się obleśnie, prezentując bezzębne dziąsła. – Szkoda nie skorzystać z takiej okazji.

Bachet-Barbier po raz ostatni rzucił okiem na kurtyzanę, kiwnął potakująco głową i razem ze szpiegiem wyszli z pracowni.

Muszę powiedzieć seneszalowi, żeby wydał rozkaz przeniesienia pracowni kata do piwnic, pomyślał hrabia i zaczął ostrożnie schodzić ze stromych schodów.

 

***

 

Aparycja szpiega robiła wrażenie nie tylko na służbie hrabiego. Zaproszeni goście spoglądali na niego z mieszaniną ciekawości, fascynacji i pogardy. Giacomazzi nawijał na palec łańcuszek z zawieszonym na nim pierścieniem, tym samym, który nabył od grafa. Wielokrotnie obracał go w dłoniach, nie mogąc wyjść z podziwu nad kunsztem, z jakim został wykonany. Tylko wprawne oko mogło dostrzec różnicę między prawdziwym diamentem, a alchemicznie wykonaną cyrkonią. Obiecał sobie, że kiedy skończy z Cambaultem wepchnie mu go do gardła.

– Oto Beko Popielnik. Prowadzi ze sobą trzystu zaprawionych w bojach najemników. Znany jest ze  stłumienia powstania koboldów na Łupkowym Pogórzu, pacyfikacji Fleurus oraz kampanii przeciwko księciu Heronowi. – Riquet przedstawił pierwszego z przybyłych wojowników. Mężczyzna był krępy, ciemnowłosy, jego twarz szpeciła blizna w kształcie półksiężyca na lewym policzku.

– Do usług, panie.

– Gael Mastrobrandi. – Szpieg wskazał drugiego z gości. Ten był wysoki, łysy, ubrany w zwykłą lnianą koszulę i skórzane spodnie. Jedynym elementem stroju wyróżniającym go od zwykłego chłopa był złoty diadem, świecący nienaturalnym blaskiem. – Mag należący do rzadkiej kasty geomantów. Znany ze zniszczenia Verlancourt podczas chłopskiej rebelii. Ścigany listem gończym w Roldii i na całym Wybrzeżu Muszli. 

– Służę pomocą, hrabio.

– Ostatni przybył prosto z Fałd, pasma górskiego na północy. – Rudobrody krasnolud dygnął w niezbyt udanym dworskim pokłonie. – Yerwo Schnauz zwany Bombardierem. Wraz z grupą pobratymców potrafi wysadzić każde fortyfikacje i zamkowe mury.

– Rozjebiemy wszystko, co każesz, szefie.

Hrabia przestał bawić się pierścieniem, wstał ze swojego miejsca i powiedział:

– Zostaniecie sowicie opłaceni. Montcasson to bogate miasto, po jego zdobyciu będziecie mogli do woli plądrować, palić i gwałcić. Daję wam prawo do wyniesienia z niego tylu dóbr, ile zdołacie unieść. W zamian oczekuję, że je dla mnie zdobędziecie i schwytacie tamtejszego grafa. Tymczasowo zostajecie wcieleni do armii i macie wykonywać moje rozkazy. Czy to jasne?

Nikt się nie sprzeciwiał.

 

***

 

Plan był prosty. Wieści o tym, że Bachet-Barbier zbiera armię i szykuje się do ataku, musiały prędzej czy później dotrzeć do grafa. Wojska Cambaulta nie były tak liczne jak siły hrabiego, jednak stacjonując w dobrze ufortyfikowanym mieście, mogły bronić się latami. Do tego w czasie oblężenia władca mógł wysłać wiadomość z prośbą o pomoc do zaprzyjaźnionych z nim możnowładców. 

Dlatego trzeba było zastosować fortel i wywabić trzon armii z Montcasson. W tym celu Riquet prowadził działania dywersyjne, paląc i plądrując wioski znajdujące się na zachód od miasta. Mag Mastrobrandi zastawił geomantyczne pułapki zwane bąblami, które miały wchłonąć maszerujące wojska.

W tym czasie hrabia wraz z najemnikami Beko Popielnika, krasnoludami Schnauza i oddziałem zamkowych tarczowników miał ruszyć na Montcasson i zdobyć miasto.

Bachet-Barbier siedział na koniu i obserwował wymarsz wojsk. Najemnicy intonowali przyśpiewkę sławiącą zamtuz w dalekim Jalhay, a krasnoludy pieśń o jednym z dawnych wodzów. Giazomazzi odetchnął głęboko i uśmiechnął się. Przypomniał sobie młodość pełną bójek, potyczek i starć, kiedy nie ciążyło na nim tyle obowiązków, a życie traktował jako przygodę. Znów poczuł tę radość i dreszcz podniecenia, który zawsze towarzyszył mu przed bitwą. Spojrzał na stojącego obok seneszala. Jego mina świadczyła, że nie jest nastawiony do wyprawy zbyt optymistycznie.

– Nie martw się, Adalbert. – Hrabia przyjacielsko poklepał go po ramieniu. – Niedługo rozprawimy się z tym draniem i wrócimy na zamek.

Seneszal nie chcąc zdradzić swojego lęku, uśmiechnął się i aprobująco kiwnął głową.

 

***

 

– Wojska opuściły zamek trzy dni temu. Wczoraj wpadły w bąble zastawione przez maga. – Głos Riqueta brzmiał jeszcze bardziej drażniąco niż zwykle, jednak hrabia był pod wrażeniem. Czary Mastrobrandiego sprawiły, że Giacomazzi widział obraz szpiega, mimo że ten znajdował się kilkanaście staj od niego. – Wszystko poszło zgodnie z planem.

– Świetnie. – Bachet-Barbier zatarł ręce. – Rozpoczynamy szturm, a wy zmierzajcie w naszą stronę.

– Tak jest, panie. – Obraz Riqueta zbladł, a następnie zniknął.

Trzeba będzie pomyśleć nad zatrudnieniem maga na stałe, pomyślał hrabia wychodząc ze swojego namiotu. Jego czary wydają się być naprawdę użyteczne.

– Jak idą przygotowania? – spytał rozmawiającego z kwatermistrzem Adalberta.

– Krasnoludy kończą montować machinę oblężniczą. Mają uporać się z tym za około dwie godziny. Beko ze swoimi ludźmi czeka. I nie tykają alkoholu, zgodnie z rozkazem. Popielnik o to zadbał.

– Dobrze. – Giacomazzi spojrzał w stronę miasta. Musiał przyznać, że Montcasson prezentowało się bardzo okazale. Położone na niewielkim wzniesieniu, górowało nad okolicznymi ziemiami. Z oddali widać było dwór grafa, o bogato zdobionych krużgankach i wieżycach. Kamienne mury okalające gród wyglądały na całkiem solidne, choć teraz bardzo słabo obsadzone przez nielicznych żołnierzy.

Hrabia uniósł zawieszony na szyi pierścień i spojrzał na zdobiącą go cyrkonię. Już niedługo Cambault zapłaci za swoją zniewagę, pomyślał. A przy okazji zdobędę miasto i powiększę terytorium i majątek.

 

***

 

– Ognia!!! – Sam krzyk Yerwo Schnauza mógłby kruszyć mury.

Machina oblężnicza krasnoludów składała się z kilku rur wykonanych z brązu, do których załadowali dziwnie wyglądające, podłużne pakunki, określane mianem pocisków. Następnie jeden z żołnierzy podpalił długi sznur, zwany zapłonnikiem.

Początkowo nic się nie działo. Lont palił się powoli, skwiercząc i iskrząc.

– Lepiej zatkajcie uszy, szefie. Może rozjebać bębenki – powiedział jeden z krasnoludów do hrabiego, wkładając sobie wyciszające wszelkie dźwięki korkowe zatyczki.

Giacomazzi zdążył unieść ręce, kiedy rozległ się ogłuszający huk. Stojące nieopodal konie spłoszyły się, na szczęście giermkowie i służba mocno je trzymali. Adalbert i kilka innych osób padło na ziemię jakby raził je piorun. Z uszu seneszala pociekła krew.

– Odprowadźcie go do mojego namiotu i wezwijcie medyka. – Hrabia zwrócił się do jednego z członków swojej świty. – Niech go opatrzy. I odprowadźcie konie na tyły, bo pogłupieją w tym hałasie.

Pociski trafiły w mur, widać było powstałe w wyniku uderzenia pęknięcia. Rury dymiły, a wśród panującego zgiełku niósł się krzyk Schnauza:

– Repetować bombardy! Nie popuszczać skurwysynom!

Krasnoludy ponownie załadowały i wystrzeliły kolejną salwę. Tym razem uszkodzenia były większe, w jednym miejscu powstała niewielka wyrwa w murze, wyraźnie zaczął również pękać.

– Jeszcze raz! Prawie mamy szczurojebców! – darł się Yerwo.

Następna salwa była jednocześnie ostatnią. Część muru runęła, wzniecając tumany kurzu i pyłu.

– Atakujcie! – krzyknął hrabia w stronę tarczowników oraz najemników.

Oddział Beko Popielnika ruszył do szarży z dzikim okrzykiem na ustach. Niejeden gród poddałby się na sam widok tej bandy zabijaków. Obrońcy starali się jeszcze zorganizować defensywę, tarasując lukę w murze wozami i strzelając z łuków do nacierających żołnierzy. Ich opór był jednak bezskuteczny, po krótkiej acz krwawej walce atakujący wdarli się do Montcasson. I nie oszczędzali nikogo.

 

***

 

Hrabia Bachet-Babier wkroczył do pogrążonego w chaosie miasta w asyście tylko kilku zbrojnych. Krasnoludy i najemnicy zajęli się plądrowaniem i gwałceniem, a tarczownicy przetrząsali budynki w poszukiwaniu grafa. Na razie nie mogli go znaleźć, istniało podejrzenie, że zdołał zbiec.

Giacomazzi starał się stłumić gniew. Na samą myśl, że jego przeciwnik mógł ujść z życiem krew w nim wrzała. Sądził jednak, że Cambault nie zostawiłby miasta przodków na pastwę losu. Musiał się gdzieś ukryć i prędzej czy później ktoś go odnajdzie.

Bachet-Barbier jechał wolno ulicami Montcasson, ściskając w dłoni pierścień z cyrkonią. Zaciskał pięść tak mocno, aż poczuł cieknącą mu po palcach krew. Zerknął na ranę ze zdziwieniem, a następnie przetarł rękę chusteczką.

– Mamy go!

Hrabia spojrzał w stronę, z której dobiegało wołanie. Popielnik i kilku jego ludzi prowadzili dwóch mężczyzn. Jednym z nich był Cambault, a drugim jakiś niski, szczurowaty, starszy jegomość.

Bachet-Barbier zeskoczył z konia, poprawił bogato zdobiony płaszcz i zaczekał aż doprowadzą do niego więźniów.

– Kryli się po kanałach jak szczury. – Beko rzucił grafa na ziemię. Mężczyzna miał zakrwawioną twarz, a pod prawym okiem wykwitł, pokaźnych rozmiarów krwiak. – Szczęście, że tam zajrzeliśmy. Ten drugi to alchemik. To on potrafi wytwarzać imitacje diamentu. Jeśli to nie problem, hrabio, chciałbym go zabrać. Wyruszamy teraz na Wybrzeże Muszli, znam tam paru jubilerów, na których dzięki temu zręcznemu rzemieślnikowi mogę sporo zarobić.

Giacomazzi zastanawiał się chwilę. Poczuł lekkie zawroty głowy, ale zignorował je, chcąc jak najszybciej rozprawić się z grafem.

– Zgoda, możesz go zabrać. Zwą cię Popielnik? – spytał hrabia.

– Tak.

– Dlaczego?

– Bo lubię palić ludzi. – Najemnik uśmiechnął się paskudnie.

– Przygotuj stos. Tylko porządny, nie spłonie na nim zwykły chłop, lecz graf, władca tych ziem – mówiąc to, Bachet-Barbier kopnął leżącego Cambaulta. – Podnieście go.

Dwóch ludzi Beko złapało zmaltretowanego mężczyznę i postawiło na nogi. Najemnicy musieli go nieźle poturbować, bo miał problem ze zogniskowaniem wzroku i bezwładnie przelewał się przez ręce. 

– Otwórzcie mu gębę.

Graf próbował się wyrywać, jednak mężczyźni mocno go trzymali.

– Błagam, nie zabijaj. – Musiał stracić również kilka zębów, bo gdy mówił z jego ust wydobywał się dziwny świst. – Oddam ci wszystko, co mam. Pieniądze, kosztowności, klejnoty.

Bachet-Barbier zaśmiał się i splunął Cambaultowi w twarz.

– Nie możesz mi oddać niczego więcej niż już zdobyłem, głupcze! Natomiast ja zabiorę ci ostatnią rzecz, jaka ci pozostała. Życie!

Hrabia zdjął naszyjnik z pierścieniem, i wepchnął go grafowi do otwartych ust. Cambault zakrztusił się, wypluwając cyrkonię. Giacomazzi podniósł ją i ponownie wcisnął w gardło dławiącego się, charczącego mężczyzny.

– Połykaj to! Myślałeś, że możesz sobie ze mną pogrywać? Że zrobisz ze mnie głupka na własnych zaręczynach? Teraz już wiesz, jak kończy się igranie z kimś takim jak ja! – Bachet-Barbier był czerwony ze złości, głos ochrypł mu od krzyku. Zawroty głowy były coraz silniejsze. Odetchnął parę razy i dodał trochę spokojniejszym tonem. – Jednocześnie będziesz przestrogą dla innych. Twój los jeszcze długo będą wspominać. Stos gotowy, Beko?

– Tak, panie.

– Zabierzcie go. Nie może zginąć od razu, ma cierpieć i długo płonąć. Mam nadzieję, że twój przydomek nie został nadany na wyrost.

– Bez obaw, panie. Umrze dopiero po zachodzie słońca.

Bachet-Barbier spojrzał na niebo. Położenie słońca mówiło, że do zmierzchu zostało jeszcze parę godzin.

– Świetnie.

Popielnik przywiązał grafa do pala i podpalił stos pod jego stopami. Giacomazzi z satysfakcją przyglądał się agonii. Jęki i krzyki umierającego przyjemne koiły nerwy i dawały satysfakcję. Od wpatrywania w płomienie, hrabiemu kręciło się w głowie i pojawiły się mroczki. Nagle pociemniało mu przed oczami. Ugięły się pod nim nogi, zachwiał się, upadł i zemdlał.

 

***

 

Kiedy hrabia się obudził, pierwsze co zobaczył, to stojący nad nim mag. Leżał na łożu, w nieznanym pomieszczeniu. Mastrobrandi przygotowywał właśnie jakiś dekokt, wsypując dziwny, szary proszek do niewielkiej fiolki wypełnionej mętnym, zielonkawym płynem.

– Co… – Giacomazzi odchrząknął. – Co się stało? Gdzie jestem?

– Jesteśmy na dworze niedawno zmarłego grafa Cambaulta. – Głos maga był kojący. Mężczyzna zamieszał eliksir i przelał go do skórzanego kubka. – W cyrkonii znajdowała się trucizna. Kiedy hrabia się skaleczył, dostała się do krwiobiegu. Dobrze, że zdążyłem przybyć do miasta.

– Jak długo tu jestem?

– Montcasson zostało zdobyte wczoraj. Był hrabia nieprzytomny przez prawie dzień. Na szczęście życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Zdążyłem podać antidotum. Proszę się tego napić. Smakuje paskudnie, ale siły szybko wrócą.

Bachet-Barbier podniósł się ostrożnie i przyjął napar od Mastrobrandiego. Podany płyn miał gorzki, korzenny smak.

– Dziękuję.

– Dzień, góra dwa i wszystko wróci do normy.

Hrabia upił kolejny łyk, zastanowił się przez chwilę, spojrzał na maga i spytał:

– Nie szukasz może stałego zajęcia? Akurat zwolniła mi się wieża.

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Witaj! Opowiadanie bardzo pożądne i fajnie się czyta. Co ważne, nie kłuły mnie w oczy żadne błędy. (Jeśli były, to inni pewnie je wypatrzą, ale na szczęście przede mną się ukryły!). Wciągneło nawet bo przeczytałem na raz. Uważam, że mogłeś nie podawać tej cyrkonii tak mocno na tacy tylko podczas zaślubin uderzyć z tą wpadką. Do tego tytuł, i po 30 sekundach czytania myślę sobie, tekst będzie o podmianie diamentu na cyrkonię :) i zaraz sam to wyjaśniasz. To moje subiektywne odczucie ale wolałbym być trochę dłużej trzymany w niepewności i nagle trach i pach bum! To nie diament a cyrkonia! No może się zagalopowałem. Niemniej czyta się dobrze i historia jest opowiedziana sprawnie i ciekawie. Mieszane mam odczucia co do tego, że hrabiemu podbój sąsiada przyszedł z taką łatwością bez najmniejszych komplikacji. Ciekaw jestem jak w cyrkonii została umieszczona trucizna. Bo jeśli była posmarowana nią na wierzchu, to czemu wcześniej się nie wytarła lub nie podrażniła skóry. Na plus za to postać szpiega ze zmieniającą się twarzą. Wtrącenia nazw krain i inszych opisów świata też miło wypełniają tekst i są nienachalne. To chyba tyle z mojej strony :) Tekst odkrywczy nie jest ale ciekawy tak. Pozdrawiam. (Wybacz blok tekstu ale telefon odmawia wstawiania akapitów.)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mytixie dzięki za przeczytanie i rozbudowaną opinię. Nie chciałem kryć hasła, a cyrkonia jest od początku powodem zdarzeń przedstawionych w opowiadanie, więc nie chciałem woalować jej znaczenia. Limit znaków też cisnął, więc pewne wydarzenia musiały zostać skrócone lub nie znalazły się w tekście (jak motyw trucizny). Cieszę się, że się podobało :)

Proszę bardzo. Wiem, że limit bywa problematyczny (ja mam do skrócenia 515 znaków by mieć 20.000, ale tekst (niestety lub stety) musi bronić się sam ;D Były to jednak moje uwagi, a nie rzeczy utrudniające odbiór tekstu. Twój wybór użycia cyrkonii w taki sposób, dla mnie nie jest on jabardziej atrakcyjny jako dla czytelnika, oczywiście inni mogą się nie zgodzić :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Rozumiem. 515 znaków to jury powinno przymknąć oko, niewielkie odchyły miały wchodzić w grę z tego co pamiętam.

Równe 20.000 to taki chwyt marketingowy ^.– ciekawe co tak cicho w komentarzach, chyba ten czwartek jakiś trefny albo pora za wczesna :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Przyznam, że tak cisza mnie trochę przeraża :) Pierwszy komentarz po ponad 9 godzinach od wrzucenia. Zresztą ostatnimi czasy strasznie pusto się zrobiło na portalu.

Ciesz się, że pierwszy komentarz nie brzmi "Pierwszy! !! !!11 one one eleven" :) za to co chwilę widać nowego użytkownika :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

To fakt, ale tacy użytkownicy tu raczej nie trafiają. Interesują ich inne zakątki sieci :)

Dobrze napisana, ciekawa historia. Zapętlenie intryg zaskakujące… Ciekawie wykreowany świat.

Trochę chyba przydałoby się skrótów, bo czasami tekst się nieco ciągnie, a z kolei można by rozbudować końcówkę. Szast, prast, i już, mamy koniec.

Językowo opowiadanie wypada naprawdę dobrze. 

Interesująca próba, czytałem z zaciekawieniem i przyjemnością.

Pozdrówka.

Rogerze dzięki za przeczytanie, opinię i głos do Biblioteki :)

Zakończenie i tak jest inne niż w pierwotnej wersji, może tym razem bez mocnego akcentu, ale jakaś klamerka jest. Fajnie, że się podobało :)

Przeczytane.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Udało Ci się uczynić cyrkonię osią tekstu. Ciągle miesza, zaraza. ;-)

Jak dla mnie – odrobinę mało fantastyki. To znaczy jest, ale taka trochę na doczepkę – szpieg, krasnoludy przy armatach, czarownik zamiast medyka – bez niej opowiadanie wiele by nie straciło. Dopiero w końcówce nieco nadrabiasz, ale też niespecjalnie – na upartego wystarczyłoby zwyczajne zakażenie.

Ale ogólnie na plus.

Babska logika rządzi!

Dzięki za przeczytanie i kliknięcie Biblioteki Finklo. No na pewno więcej elementów fantastyki niż w dziejących się w tym samym świecie Kuchennych rewolucjach. Szczerze przyznam, że dodałem ich więcej mając w głowie Twój komentarz do tamtego opowiadania. Mam nadzieję, że wyszło to tekstowi na dobre.

IMO – nie na złe. :-)

Prawda, jest postęp. Idź dalej tą drogą. ;-)

Babska logika rządzi!

Jest postęp i to widać. Dokładam swoją cegiełkę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki za bibliotekę bemik :)

Kolejne teksty powstają :)

Dobre tempo. Lekki styl. Niestety nie doczytam teraz do końca, ale spróbuję po pracy. Mam nadzieję, że dalej będzie równie dobrze.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Też mam taką nadzieję fleur :) Czekam aż doczytasz :)

Zdążyłam :) 

I widzę znajome nazwiska i miejsca :) Czuję się więc, jakbym odwiedziła starych znajomych.

Bardzo lekko napisane, intryga zakręcona ciekawie. Nie da się ukryć że cyrkonia stanowi motor napędowy całej historii, przy czym jej rola na samym rozkręceniu konfliktu się nie kończy. Ładnie to rozegrałeś. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Fajnie, że zdążyłaś i dzięki za Bibliotekę :)

Są znajome miejsca i postaci, dodam, że powrócą w jeszcze innych tekstach.

Starałem się, żeby konkursowe hasło pojawiało się w historii wielokrotnie. Cieszę się, że się podobało :)

Uwaga, przyszłam. 

 

Najpierw te mniejsze żale:

 

uspokoić, sprzeciwiających się ożenkowi z małoletnią kapłanów Wielobóstwa.

w delikatne(+,) złote krapy

ku strapieniu hrabiego, stwierdził

wszyscy potwierdzili, słowa ojca Albertiny

nigdy nie żyli w zażyłej komitywie

pracownie mistrza ← jeśli coś jest w jednym miejscu, przeważnie to chyba jedna rzecz, jedna pracownia? Więc czy nie pracownię?

Rewelacje przyniesione przez Riqueta, napełniły hrabiego trwogą. / Rewelacje, przyniesione przez Riqueta, napełniły hrabiego trwogą.

 

Teraz te większe żale.

Opowiadanie jest dla mnie nie do przyjęcia. Kobiety są tylko tłem, służącym interesom starych mężczyzn o obleśnych umysłach, nie mają żadnego głosu, a tortury kurtyzany napawały mnie wstrętem. Nie lubię czytać o kobietach jako przedmiotach. Podam ci przykład Wiedźmina 3, bo mi się od razu nasuwa – też masz tam takie czasy, że się kobiety wydawało za mąż bez ich zgody, mordowało itp. Ale twórcy gry zadbali o autentyzm i wolną wolę. Dziewki uciekają, popełniają samobójstwa, robią konszachty, mają głos, mają wolę, nawet jeśli spotyka je los parszywy. Tutaj nikogo nie da się polubić, wszyscy są wręcz w przerysowany sposób sztampowi i jak dla mnie nieudani. Mężczyźni nie mają tu uczuć, tylko sobie “upatrują” kobiety jak rzeczy… Co to, uczuć nie macie? Dla mężczyzn to opko też jest szowinistyczne.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Naz przykro mi jeśli odebrałaś opowiadanie jako szowinistyczne. Nie taki był mój zamysł. Owszem rola kobiet jest w tekście marginalna i stanowi tło dla męskich konfliktów. Postać kata została przerysowana w sposób celowy, miał on wzbudzać odrazę i obrzydzenie swoim obleśnym zachowaniem i upodobaniami.

Ze swojej strony mogę obiecać, że w opowiadaniu nad którym właśnie pracuje (dzieję się w tym samym świecie) kobieta jest jedną z głównych postaci.

Oczywiście że można napisać opowiadanie z marginalną rolą kobiet, ale brakuje tu krzty autentyzmu, gdy ta młodziutka dziewczynka zdaje się niema, w ogóle jej tu nie ma, a więc istnieje gdzieś tam bez żadnego prawa głosu co do tego, że kupuje ją jakiś stary oblech… Sprzeciwiają się tylko jacyś kapłani. A wydźwięk seksualny tortur kurtyzany – nie mam pojęcia, po co tutaj jest, czy to rodzaj brutalnego porno? To jest dla mnie nie do przyjęcia. A szkoda, bo język ładny i historia byłaby udana, gdyby nie te sople wbite przez ciebie w moje serduszko :( 

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Naz, nie uważasz, że czasem trochę przesadzasz z tymi żalami? Ani belhaj nie szowinista, ani opowiadanie nie jest szowinistyczne. Ot, chłopak przedstawił wizję fragmencika swojego świata. A Ty jesteś chyba odrobinę przewrażliwiona, bo to nie jedyne opowiadanie, pod którym zamieszczasz tego typu uwagi. Aż się czasem zastanawiam, czy we mnie jest brak kobiecości, czy po prostu mam większy dystans do oceniania opowiadań? Może tego nabywa się z wiekiem? A może miałam inne doświadczenia niż Ty, w związku z czym nie upatruję w każdym opowiadaniu o gwałconej/poniżanej/traktowanej instrumentalnie kobiecie ataku na podstawy istnienia kobiecego świata? 

Weź głęboki oddech i wrzuć na luz, dziewczyno!

 

Co do opisu tortur – w 100% się z Tobą zgadzam, mówiłam o tym belhajowi, bo to zwyczajnie niesmaczne.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik, wydawało mi się, że każdy ma prawo komentować wedle swojego gustu, zwłaszcza jeśli potrafi swoje stanowisko uargumentować. Jestem bardzo wyluzowana i dyskutuję sobie z belhajem, co do którego doskonale wiem, że nie jest szowinistą – pokazuję mu natomiast inną odsłonę jego opowiadania. Więc to ty wrzuć na luz.

 

Edit: napisałam też, że opowiadanie jest urągające mężczyznom, ale rozumiem, że tego już nie zauważyłaś ;> Pokazuję sztampę, którą gardzę, niezależnie od płci bohaterów, tyle.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Wrzucam, wrzucam wink

Po prostu belhaj chciał coś przekazać i udało mu się to. Pokazał mianowicie, że istnieją tacy mężczyźni i takie kobiety – nawet jeśli to w jakiś sposób sztampa, choć według mnie nie jest sztampą, bo zdecydowana większość zachowuje się inaczej. Pokazał odstępstwa od normy, które stały się kanwą niezłego opowiadania.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Opisy tortur zgodnie z sugestią bemik zostały złagodzone.

Niestety i w naszym świecie kupowanie sobie małoletnich żon nie jest nowością. To, że takie rzeczy działy się w starożytności czy średniowieczu to pół biedy, gorzej, że dzieją się również teraz. A co do małoletniej Albertiny, o której wspominasz to ona nie występuje w opowiadaniu jako pełnoprawna postać. Jej osoba jest jedynie wspominana w fabule, więc nie wiemy jaki jest jej stosunek do małżeństwa z hrabią. Niestety w tak, krótkim opowiadaniu (przypominam limit znaków 20000), nie sposób opowiedzieć o wszystkim. Dlatego też postanowiłem zmarginalizować jej rolę, na rzecz przedstawienia konfliktu wywołanego przez konkursowe cyrkonię.

Takie stanowisko jest dla mnie całkowicie zrozumiałe. Naprawdę nie rozumiem natomiast, jak można kogoś ganić za jego subiektywne doznania. A to kolejny raz, kiedy ktoś mi próbuje wmówić, że źle myślę, bo zwracam uwagę na coś, na co inni nie. Nie będę za to ani przepraszać, ani komentować wstawek w stylu “przewrażliwienia”. Zachowam w tym wypadku dla siebie, co myślę. Jestem uprzejmą, racjonalną osobą, wbrew temu, co niektórzy twierdzą. 

Rozumiem, belhaju. Wytłumaczyłeś swoje stanowisko wystarczająco :) Wciąż nie do końca jest natomiast zrozumiałe, o co mi chodzi. W twoim opowiadaniu występują kobiety, ale są nieme, pokazane w roli ofiary lub zdrajczyni. Mężczyźni są głośni, kłótliwi, obleśni i pozbawieni życia emocjonalnego. Ogólny przekaz płynie z tego negatywny. Mogłeś chcieć stworzyć właśnie taki obraz. Nie wiem tylko, po co. Ja cenię sobie nowe rzeczy, nie odgrzewanie kotletów. Jeśli to miał być odgrzewany kotlet – wyszedł, jak najbardziej. Ale ja podziękuję, bo niezbyt przyjemnie wonieje.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Ja widziałam tekst w formie i nieoszlifowanej i nawet wtedy uznałam, że jest wart przeczytania. Mnie osobiście pomysł i wykreowany świat bardzo się podobał. Czy jest szowinistyczny? Ja nie odniosłam takiego wrażenia. Czy fantastyka jest na doczepkę? Ludzie, błagam Was, czy dobre fantasty to zawsze sama magia i niesamowite stworzenia? Nie to było osią tego opowiadania.

Ja jestem kontent z lektury, bo w moim odczuciu, to chyba najlepszy tekst Belhaja i nie dlatego, że go betowałam, bo mój wkład to jedynie wypisanie powtórzeń i jakiś błędów interpunkcyjnych.  Uważam, że jest tu wszystko czego trzeba. 

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Morgiano, przecież kliknęłam, prawda? ;-)

Fantasy to nie sama magia. Ale. Chociaż się nie golę, lubię różne brzytwy (buahahahaha!) – Ockhama, Lema… Z tej opowieści można fantastykę wyciąć i nadal zostanie sensowna historia. Dlatego uważam, że jest na doczepkę.

Ale nie neguję, że tekst wart przeczytania. Tak marudzę, co może być lepsze. Z mojego, finklowego, punktu widzenia.

Tak przy okazji – kontent to literówka?

Babska logika rządzi!

Morgiano dzięki za ponowną opinię no i mam nadzieję, że najlepszy tekst jeszcze przede mną :) 

Idąc tym tropem połowę książek fantasy można by wyciąć za pomocą takiej brzytwy. 

Można… A wtedy zostałaby ta lepsza połowa. ;-)

Może właśnie dlatego wolę SF od fantasy? W SF fantastyczna koncepcja często gra kluczową rolę.

Babska logika rządzi!

To fakt. A już szczególnie u Dukaja. Ciekawe kiedy wyda coś nowego, bo ostatnio jakoś cisza.

No właśnie. Słowo znam, a nawet wydaje mi się, że to przymiotnik. W każdym razie odmienia się przez rodzaje. ;-)

Babska logika rządzi!

Ok. No cóż może i tak. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Pomysłowo wykorzystana cyrkonia – od pierścionka zaręczynowego przez awanturę z odkryciem imitacji, aż po srogą bitwę i dopełnienie się marnego losu zawistnego oszusta.

Wykonanie mogłoby być nieco lepsze, aby czytać opowiadanie, nie potykając się o usterki.

Mimo wszystko powiadanie zostawiło całkiem niezłe wrażenie.

 

Ka­mień był ogrom­ny, opra­wio­ny w de­li­kat­ne złote krapy… – Co to są krapy?

 

jed­nak naj­pierw po­sta­no­wił wy­ba­dać powód, jaki kie­ro­wał Cam­baul­tem. – Raczej: …jed­nak naj­pierw po­sta­no­wił wy­ba­dać, jaki powód kie­ro­wał Cam­baul­tem.

 

Są­sie­dzi nigdy nie żyliza­ży­łej ko­mi­ty­wie… – Nie brzmi to zbyt dobrze.

Komitywa, to zażyłość.

Proponuję: Są­sie­dzi nigdy nie żyli w dobrej ko­mi­ty­wie… Lub: Są­siadów nigdy nie łączyły za­ży­łe stosunki

 

pier­ścio­nek z cyr­ko­nią, wy­pro­du­ko­wa­ny przez jego na­dwor­ne­go al­che­mi­ka. – …pier­ścio­nek z cyr­ko­nią, wy­pro­du­ko­wa­ną przez jego na­dwor­ne­go al­che­mi­ka.

Alchemik wyprodukował cyrkonię, pierścionek wykonał jubiler/ złotnik.

 

Przy­po­mi­na­ły mu się wszyst­kie miłe chwi­le, jakie wspól­nie spę­dzi­li.Przy­po­mi­na­ły mu się wszyst­kie miłe chwi­le, które wspól­nie spę­dzi­li.

 

który prze­by­wał w mie­ście w prze­bra­niu kupca na ostat­nim jar­mar­ku. – Po czym poznać, że ktoś jest przebrany za kupca na ostatnim jarmarku, a nie np. na trzecim? ;-)

Proponuję: …który, w prze­bra­niu kupca, prze­by­wał w mie­ście na ostat­nim jar­mar­ku.

 

i ostroż­nie za­czął scho­dzić ze stro­mych scho­dów. – Może raczej: …i zaczął ostroż­nie scho­dzić po stro­mych stopniach.

 

Je­dy­nym ele­men­tem stro­ju wy­róż­nia­ją­cym go od zwy­kłe­go chło­pa był złoty dia­dem… – Je­dy­nym ele­men­tem stro­ju, róż­nią­cym go od zwy­kłe­go chło­pa, był złoty dia­dem… Lub: Je­dy­nym ele­men­tem stro­ju, wy­róż­nia­ją­cym go wśród zwykłych chłopów, był złoty dia­dem

Różnimy się od kogoś, wyróżniamy się wśród innych.

 

Ru­do­bro­dy kra­sno­lud dy­gnął w nie­zbyt uda­nym dwor­skim po­kło­nie. – Raczej: Ru­do­bro­dy kra­sno­lud zgiął się/ pochylił się w nie­zbyt uda­nym dwor­skim po­kło­nie.

Dyganie jest specjalnością dziewcząt.

 

Spoj­rzał na sto­ją­ce­go obok sie­bie se­ne­sza­la. – Zrozumiałam, że seneszal stał obok siebie. ;-)

Wystarczy: Spoj­rzał na sto­ją­ce­go obok se­ne­sza­la.

 

Trze­ba bę­dzie po­my­śleć nad za­trud­nie­niem maga na stałe, pomyślał hra­bia… – Powtórzenie.

Może: Trze­ba bę­dzie rozważyć za­trud­nie­nie maga na stałe, pomyślał hra­bia… Lub: Trze­ba bę­dzie zastanowić się nad za­trud­nie­niem maga na stałe, pomyślał hra­bia

 

Na­stęp­nie jeden żoł­nie­rzy pod­pa­lił długi sznur… – Na­stęp­nie jeden z żoł­nie­rzy pod­pa­lił długi sznur

 

a tar­czow­ni­cy prze­szu­ki­wa­li bu­dyn­ki w po­szu­ki­wa­niu grafa. – Nie brzmi to zbyt dobrze.

Proponuje: …a tar­czow­ni­cy przetrząsali bu­dyn­ki, w po­szu­ki­wa­niu grafa.

 

Kiedy hra­bia się obu­dził, pierw­szą rze­czą, jaką zo­ba­czył, był sto­ją­cy nad nim mag. – Mag chyba nie był rzeczą.

Proponuję: Kiedy hra­bia się obu­dził, pierw­sze co zo­ba­czył, to sto­ją­cy nad nim mag.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie dość ciekawe. Zaletą jest na pewno dobra konstrukcja tekstu – bohaterowie wyraziści, opisy obrazowe i nie za długie, dialogi dość sprawne. To wszystko ujęte w ramy niezłego pomysłu przynosi interesujący efekt. Choć i tu nie ustrzegłeś się kilku dość naiwnych momentów: np. po zdobyciu miasta krasnoludy dostają polecenie przygotowania stosu dla grafa – i to nie byle jakiego, bo to nie jest zwykły chłop. Wykonują to polecenie w trakcie krótkiej pogawędki grafa i hrabiego… w sumie to w ciągu maksymalnie kilku minut, w mieście, a więc z dala od drzew. rozumiem, że znajdą się deski, drewniane wózki… ale dajże im chociaż godzinkę. laugh. Niby szczegół, ale psuje przyjemność czytania przez małą wiarygodność.

Wadą – i to w moim odczuciu dość sporą – jest nie do końca chyba przemyślana konstrukcja świata. Wyjaśniam o co mi chodzi:

Głównymi oponentami są graf i hrabia… tylko, że oba tytuły oznaczają to samo (graf to niemiecki odpowiednik hrabiego) – więc już na początku zaczęło mi się to gryźć. Może trzeba było po prostu ukazać konflikt między hrabią X a hrabią Y? Byłoby to bardziej spójne, gdyby to byli wodzowie plemienni lub nawet niech mają tytuły niezależnych książąt… albo jeszcze lepiej gdyby w ogóle nie dawać im tytułów historycznych, tylko jakieś wymyślone – mniej by to obciążało tekst odniesieniami do desygnatów zastosowanych tu terminów.

Dalszą konsekwencją tego użycia hrabiego i grafa jest zmniejszenie wiarygodności samej możliwości wybuchu takiego konfliktu. Pojęcie hrabiego czy grafa – o ile nie jest w tekście wskazane, że w tym świecie panują inne stosunki, inna hierarchia – automatycznie implikuje istnienie jakiegoś suwerena, czyli króla, albo cesarza. Hrabia / graf władał danym terytorium w imieniu króla/cesarza. A zatem jakikolwiek atak na hrabiego lub grafa (i to jeszcze z udziałem renegatów poszukiwanych listami gończymi!!!) to z miejsca oznacza atak na samego suwerena. Owszem – zdarzały się różne konflikty międzyhrabiowskie, ale to na tej zasadzie, jak to robił w twoim opowiadaniu graf – rzekome bandy łupieskie, skrytobójstwo itd. Graf wypadł więc realistycznie. A hrabia – kompletnie poza realiami. 

Tak więc hrabia nie tylko zaciąga bandziorów wyjętych spod opieki królewskiej, ale w imię dużej cyrkonii atakuje innego hrabiego, czyli pośrednio samego suwerena, jego miasto miażdży, a samego grafa pali na stosie – można powiedzieć, że hrabia już sobie założył stryczek na szyję. 

Zaznaczam, że nie chodzi o przeniesienie realiów historycznych, tylko o realia ukazanej struktury społecznej. Gdybyś opisał w inny sposób zakres władzy i relacje między poszczególnymi tytułami, to inna sprawa – ale nie robiąc tego automatycznie odsyłasz czytelnika właśnie do historii – i stąd całe zamieszanie.

Jeśli już hrabia zaatakował oficjalnie hrabiego (grafa), to wątpię, aby wyższe instancje w państwie (król, inni hrabiowie, kapłani) pozwoliliby mu na to, aby posunąć się za daleko. Całość skończyłaby się prawdopodobnie ugodą, jakąś rekompensatą w postaci kilku wiosek za oszustwo z tym diamentem i takie tam. A jeśli już nawet doszło do złapania grafa, to absolutnie nie mogło być mowy o jego zgładzeniu i to bez sądu!

W ten sposób postać hrabiego została przedstawiona wyjątkowo naiwnie – a szkoda, bo warsztatowo tekst jest naprawdę przyjemny!

Dziwnych sytuacji było więcej, podam jednak jeszcze tylko takie zestawienie: z jednej strony bombardy krasnoludzkie, tak wielkie, że aż uszy pękają od huku – i to w rękach jakiegoś tam herszta zbójeckiego, czy najemnika. Z drugiej strony bogate miasto samego grafa, prezentujące się imponująco… ale miasta bronią zaledwie łucznicy. Skąd taka dysproporcja? Rozmywało to mi realizm tej sceny.

W tej formie opowiadanie budzi we mnie wiele sprzecznych uczuć. Gdybyś jednak zmienił tytuły i nakreślił nieco co właścicielowi takiego tytułu przysługiwało, jakiś choćby zarys fragmentu struktury społecznej – prezentowałoby się to znacznie lepiej. Pod tym kątem wystarczyłby pewnie jeden akapit zmieniający kierunek odniesień u czytelnika (zwłaszcza jeśli czytelnik jest  jako tako obeznany ze średniowieczem).

Co do zarzutów ENAZET – mocno przesadzone. Nie zauważyłem tu nic szowinistycznego. Gdybyśmy  każde dzieło pisarza, poety, malarza, reżysera, aktora itd traktowali jako wyraz osobistych przemyśleń i światopoglądu – to wszystkich artystów dawno by już spalono na stosie. To trochę jak zabijanie posłańca za to, że przyniósł wieści, które są komuś nie po myśli. Chyba zbyt osobiście to potraktowałaś Enazet. smiley

Kolejna osoba, która mówi mi, że nie mam racji i przesadzam. Nie wyobrażam sobie, żebym ja zachowywała się w taki sposób względem kogoś, kto ma swoje zdanie. Przykro mi, że niedokładnie czytałeś moją wypowiedź i opowiadasz nieprawdę, bo nigdzie nie pisałam, że są to przemyślenia autora. Nie wzięłam też nic osobiście. Nie życzę sobie protekcjonalnego zachowania względem mnie. Przepraszam, belhaju, że robię ci offtop, ale to jest po prostu niewiarygodne.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Reg, dzięki za przeczytanie i cieszę się, że się podobało :)

Gostomysł – uff, wyczerpująca opinia :)

Jeśli chodzi o konstrukcję świata to nie chciałem zasypywać czytelnika opisami jego geografii, strukturze społecznej itp. I tak jest tego sporo, a nadmiar by tylko zaszkodził bo rozmyła by się właściwa fabuła. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że powstają inne opowiadanie dziejące się w tym świecie, więc ten tekst to powiedzmy taki aperitif :) Ogólnie planuję przedstawić wycinek świata, w którym panuje rozdrobnienie feudalne jak powiedzmy na terenach średniowiecznych Niemiec czy Francji X wieku. Dziesiątki marchii, księstw, hrabstw walczących między sobą.

Jeśli chodzi o o nielicznych obrońców miasta to jest o tym wzmianka w tekście. Większość sił grafa została fortelem wywabiona z Montcasson i zniszczona przez geomantę. Co do szybkiego przygotowywania stosu masz oczywiście rację, ale przyznam, że limit znaków cisnął, rozmowa nie mogła być zbyt długa. 

Enazet – nie rozumiem tych emocji. Nie napisałem chyba niczego, aby odpowiadać takim tonem.  Nie dostrzegam w mojej wypowiedzi tonu pretensjonalnego. Jeśli jest tam słowo, które Cię szczególnie dotknęło, to mi je wskaż.  Moja wypowiedź tylko wskazywała, że autor ma prawo pisać o różnych sprawach – i tych, którym sam kibicuje, jak też tych, z którymi się nie zgadza. Zależy od podejścia autora: jedni chcą świat naprawiać lub czynić go na swoje podobieństwo, inni mają upodobanie w odkrywaniu tego co jest i jakim jest, albo co by było gdyby coś było takie a nie inne…

Które z tych zdań uprawnia do stwierdzenia o moim protekcjonalnym podejściu?

To jest emocjonalna wypowiedź? O_o Nie zauważyłam. Można wyrazić swoje zdanie i powiedzieć, że się z kimś nie zgadza, bez osobistych wycieczek i przeinaczania faktów. 

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

@ Belhaj

wycinek świata, w którym panuje rozdrobnienie feudalne jak powiedzmy na terenach średniowiecznych Niemiec

Hrabia to hrabia – a książę to książę. Pomijając fakt, że nad książętami niemieckimi panował (lepiej lub gorzej, ale jednak) król, a nad polskimi w czasie rozbicia dzielnicowego – teoretycznie Senior, a praktycznie oddawali się oni w opiekę zagranicznym władcom – to pokazuje istotę także i tego tytułu. Książę niemal zawsze był podległy komuś. Nie można było sobie wszcząć jakieś wojenki ot tak… trzeba było mieć nie tylko ważny powód, ale też zgodę suwerena… lub przynajmniej poparcie innych książąt / hrabiów. To była cała machina dyplomatyczna uruchamiana w tym celu. 

Jeśli planujesz z tego zrobić większe opowiadanie, to proponuję o pomyśleniu nad wprowadzeniem rozbudowanej dyplomacji, bo to daje znakomite pole dla różnego rodzaju intryg, zwrotów, zakulisowych rozmów, zawierania i zrywania, a czasem pozorowania sojuszy – to tylko wyjdzie na plus :)

Jeśli chodzi o o nielicznych obrońców miasta to jest o tym wzmianka w tekście. Większość sił grafa została fortelem wywabiona z Montcasson i zniszczona przez geomantę.

Czy to znaczy, że poszli z artylerią gonić za rabusiami i podpalaczami pól? Skoro istnieje w tym świecie artyleria, to spodziewałbym się, że graf, właściciel imponującego miasta, posiada taką broń do obrony na własnych murach. a tu nic? nawet machiny do miotania kamieni?

Powiedzmy, że nie było go stać na usługi krasnoludzkich bombardierów, gdyż to dopiero raczkująca i rzadko spotykana jednostka :) Tak jak już pisałem wcześniej, w tak krótkim tekście nie sposób pomyśleć o wszystkich implikacjach, a tu musiałem zmieścić się w konkursowe ramy.

Oczywiście dyplomacja, dworskie intrygi, zamachu, skrytobójstwa itp. to wdzięczny temat. I na pewno się pojawi. A nawet już się pojawił w dziejącym się w tym samym świecie opowiadaniu Kuchenne rewolucje

Edit: Reg zapomniałem dodać krapy to takie oprawy jubilerskie. 

Podobnie jak w przypadku opowiadania Kuchenne rewolucje, bardzo przyjemnie się czytało. Cóż… hrabia powinien uważać na jubilera jakiego wybiera. Jakby graf, co go polecił, nie kombinował to by i dłużej pożył :) Jeszcze kilka takich opowiadań i powstanie całkiem niezła książka, belhaju. Czekam na kolejne części, bo Diament i Cyrkonia ( podobnie jak poprzednie) proszą się o kontynuację. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Proroku dzięki za miłe słowa :) A owszem kolejne teksty z tego świata powstaną :)

Muszę się z Gostomysłem zgodzić, w trakcie czytania, też zgrzytnął mi ten na prędce zrobiony stos. Dopowiedziałem sobie, że byli przygotowani na taką ewentualność ;)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Opowiadanie czyta się gładko. To zasługa dobrze poprowadzonej narracji. Cennym urozmaiceniem jest ten mały zwrot akcji na koniec– więcej takich zabiegów trochę za bardzo by namieszało. Plus także za żywe, krwiste dialogi i opisy wojaków. Choć jak dla mnie niektóre sceny są zbyt ostre.

Świat mi się spodobał, taki troszkę surrealistyczny. Budzi jednak bardziej skojarzenia z XV i XVI Francją, niż tym wcześniejszym średniowieczem. Dlatego tym bardziej wymaga szerszego objaśnienia, ale raczej nie w tym opowiadaniu. Z chęcią przeczytam kolejne historie.

Trochę drobnych uwag:

 

"Odkąd w tragicznym wypadku zginęła trzecia żona hrabiego, gdy towarzysząc mężowi podczas polowania nieopatrznie weszła w zastawione na niedźwiedzia wnyki, poszukiwał on pocieszycielki i kolejnej wybranki".

 

“Niestety, wszyscy potwierdzili, słowa ojca Albertiny” – o jeden przecinek za dużo.

 

Na początku i końcu sceny z torturami, niemal słowo w słowo powtarzasz kwestię o przeniesieniu pracowni kata do piwnic. Trochę to zgrzyta.

 

“Do tego w czasie oblężenia władca mógł wysłać wiadomość z prośbą o pomoc do zaprzyjaźnionych z nim możnowładców”. – Władca, bez dokładniejszego określenia, to chyba trochę za dużo. Może lepiej użyć szlachcica, rycerza, lub ująć inaczej, np.: “Do tego z pomocą oblężonemu w każdej chwili mogli przybyć zaprzyjaźnieni z nim możnowładcy.”

Fabuła niby niespecjalnie odkrywcza, koniec również bez fajerwerków (trucizna w cyrkonii to jak dla mnie zaledwie niewielka petarda), jednak… jakież to wiarygodne! Jak przyjemnie się czyta! :)

Immersja na bardzo wysokim poziomie, postacie żyją, mają swój indywidualny rys, który budowałeś czasem kilkoma zaledwie zdaniami… Chociażby ten Yerwo :D

Da się? Najwidoczniej tak, choć sam często w to wątpię! ;(

 

Scena z katem – ależ chłop musiał pluć sobie w brodę, że tak okaleczył dziewczynę, skoro później mógł ją sobie zabrać XD Na przyszłość postara się chyba torturować mniej “amputacyjnie” ;)

 

 

Tyle ode mnie. Pozdrawiam i czekam na więcej opowiadań z tego uniwersum, Belhaju!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Mniej okaleczona mogłaby się skuteczniej bronić.

Babska logika rządzi!

Przed wielkim, okrutnym katem? Finklo, on miał pewnie łapę jak ona talię! :P

Po prostu szkoda mi cycuszków, ręki, a i przetrąconej nóżki, z których mistrz małodobry mógł zrobić jeszcze użytek! I gwarantuję Ci – on też tak po wszystkim pomyślał! :D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Hmmm. A może wziął cycuszki luzem ze sobą? To by stwarzało ciekawe możliwości…

Babska logika rządzi!

Posuwasz się za daleko, Finklo :P

Twoje wyobrażenia mogą zniszczyć czyjąś psychikę!

 

Mimo wszystko wierzę, że kat Belhaja to jednak człowiek mniej “ekstrawagancki” ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Jutro będę miał dostęp do kompa to odpowiem na komantarze bardziej szczegółowo. W tej chwili dzięki za przeczytanie i cieszę się z przychylnych opinii :)

Countprimagenie, tekst o kacie był słaby…

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Oj, Mor…

Mnie się wydaje, że wprost przeciwnie – trochę za “mocny”. A raczej – niezbyt wiarygodny.

 

No, chyba, że masz na myśli mój tekst!

W takim razie – gomen nasai :(

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Oczywiście, że napisałam w odniesieniu do Twojego komentarza. Dokładnie chodziło mi o to:

 

Przed wielkim, okrutnym katem? Finklo, on miał pewnie łapę jak ona talię! :P

Po prostu szkoda mi cycuszków, ręki, a i przetrąconej nóżki, z których mistrz małodobry mógł zrobić jeszcze użytek! I gwarantuję Ci – on też tak po wszystkim pomyślał! :D

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Domyśliłem się.

Wybacz, czasem bywam niecywilizowany…

Inna sprawa, że wyraźnie rozgraniczam literaturę i rzeczywistość. To nie tak na serio…

 

Przepraszam za offtop, B.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Zaskoczyłeś mnie swoim opowiadaniem, brakiem zaskoczenia :p.

Cały czas zastanawiałem się nad twistem jaki nam zaserwujesz. Podczas czytania podejrzewałem dwa – jeden, że jednak to był prawdziwy diament, ale ktoś chciał wywołać wojnę. Drugi, że cyrkonia została zatruta przez szpiega, który po wygranej bitwie chciał zabić głównego bohatera i korzystając ze swoich umiejętności do upodabniania się do różnych osób skraść jego tożsamość.

Niestety opowiadanie jest przewidywalne od początku do końca i choć miło się czytało to jednak nie uważam tego tekstu za udany.

Szubazdolka fajnie, że się podobało. Rozszerzenie świata nastąpi w kolejnych opowiadaniach. Niektóre sceny i tak zostały złagodzone (tortury w wieży).

Count starałem się aby każdy z bohaterów był na swój sposób wyrazisty i miał do odegrania jakąś rolę w tekście. Z postaci Yerwa też jestem zadowolony.

Natan zakończenie jest bez zaskoczenia, nie chciałem silić się na jakiś wymuszony fabularny twist. Często go stosuję, ale akurat w tym tekście go nie użyłem. Szkoda, że nie podeszło.

 

Twist jest taki, że hrabia jednak nie umiera…

Pozostaję z mieszanymi uczuciami. Dobrze się zaczyna. Wysłałeś mnie do Włoch, gdzieś w czasy Borgiów. Nieustannie przewijały mi się w głowie sceny z serialu. Lubię ciepłe klimaty śródziemnomorskie, więc czułem się dobrze. Początek opowiadania wciągający. Świetny opis facjaty Ri­qu­eta – barwny, ruchomy, zapadający w pamięć (choć wolałbym się od tego obrazu uwolnić). Jedna scena, wiadomo która, przywołała też Gwiezdne Wojny ;)

Mam trochę wątpliwości. Czasem się pewnie czepiam nieistotnych szczegółów. Pod rozwagę.

20000 znaków to mocne ograniczenie dla rozbudowanej intrygi. Często odnosiłem wrażenie, że czytam jakieś sprawozdanie, kronikę, zapis gawędy.

Dobrze by było ujednolicić tytulaturę arystokracji.

 

Traf chciał, że na dwo­rze grafa Cam­baul­ta z Mont­cas­son” – zamierzona gra słów?

 

„Oglą­da­jąc pier­ścio­nek, ku stra­pie­niu hra­bie­go, stwier­dził, że ka­mień to nie dia­ment, lecz cyr­ko­nia.” – tylko ku strapieniu? Strapienie to uczucie smutku, niepokoju. W tym momencie hrabia był pewnie bardziej zaskoczony niż zaniepokojony, zasmucony.

 

„Bar­dzo udana pod­rób­ka, która jakiś czas temu po­ja­wi­ła się na rynku.” – zastanawiam się po co ta informacja? Czy ten konkretny kamień z pierścionka, był już w obrocie, a ojciec Albertiny miał okazję go oglądać? – „Bardzo udana podróbka. Jedna z wielu, które ostatnio pojawiły się na rynku.” Pomijam drobiazg, że hrabia nie sprawdził u swoich rzemieślników kamienia i pierścienia…

 

„Muszę prze­nieść pra­cow­nie mi­strza ma­ło­do­bre­go do piw­nic, po­my­ślał Ba­chet-Bar­bier, wspi­na­jąc się po stro­mych scho­dach Ka­tow­skiej Wieży. (…) Muszę po­wie­dzieć se­ne­sza­lo­wi, żeby wydał roz­kaz prze­nie­sie­nia pra­cow­ni kata do piw­nic, po­my­ślał hra­bia i za­czął ostroż­nie scho­dzić ze stro­mych scho­dów. (…) Nie szu­kasz może sta­łe­go za­ję­cia? Aku­rat zwol­ni­ła mi się wieża.” – nie znajduję uzasadnienia dla przenoszenia kata do piwnic; może: „wspinając się z trudem po stromych”; niechby się chociaż zasapał; kat do piwnicy, mag do wieży – czy nie da się przełamać tego stereotypu? Poza tym, rozumiem, że hrabia planuje częstsze wizyty u „sympatycznego” mistrza małodobrego niż u maga?

 

Oka­za­ło się, że graf Cam­bault od lat miał mu za złe ślub z Mar­got, drugą żoną Gia­co­maz­zie­go, która zmar­ła w po­ło­gu. (…)

Oka­za­ło się, że nie­daw­ne nie­po­ko­je na po­gra­ni­czu, o które oskar­żo­no jedną z gra­su­ją­cych w po­bli­skich gó­rach zgraj ko­czow­ni­ków, rów­nież były wy­ni­kiem kno­wań Cam­baul­ta. (…)” – identyczna konstrukcja, oddzielona wprawdzie kilkoma zdaniami, ale zgrzyta.

 

„– Wrzu­cić ją do rynsz­to­ka, niech, kurwa, tam zgni­je!” – słowo na „k” występuje tu w roli przecinka czy obraźliwego określenia zawodu? – jeśli to drugie (tak obstawiam), wtedy bez przecinków wokół.

 

„Znany jest ze  stłu­mie­nia po­wsta­nia ko­bol­dów na Łup­ko­wym Po­gó­rzu” – podwójna spacja.

 

„Mont­cas­son to bo­ga­te mia­sto, po jego zdo­by­ciu bę­dzie­cie mogli do woli plą­dro­wać, palić i gwał­cić. Daję wam prawo do wy­nie­sie­nia z niego tylu dóbr, ile zdo­ła­cie unieść. W za­mian ocze­ku­ję, że je dla mnie zdo­bę­dzie­cie i schwy­ta­cie tam­tej­sze­go grafa.” – „je” odnosi się do dóbr? Mogą sobie je zabrać, czy mają je zdobyć dla hrabiego? Zdanie środkowe zbędne.

 

„Woj­ska opu­ści­ły zamek trzy dni temu.” – zastanawiam się, jaki był cel tej wycieczki, chyba tylko po to opuściły, żeby wpaść w pułapki…

 

„Wczo­raj wpa­dły w bąble za­sta­wio­ne przez maga.” – bąble były już wspominane; są jakieś takie mało poważne w kontekście „wchłaniania wojsk”; nie mogę się oderwać od myśli, że im jednak zwyczajnie bąble na stopach się pojawiły… Wszelkie „mancje” kojarzą mi się z wróżbiarstwem. Jak definiujesz geomancję w swoim uniwersum? Bo z feng shui chyba niewiele ma wspólnego? Magia w tym wydaniu wydaje się przepotężna, nieograniczona. Aż dziw, że mag nie wchłonął w bąble grafa razem z hrabią i jego wojskami i nie zajął obu miast.

 

„po­my­ślał hra­bia wy­cho­dząc ze swo­je­go na­mio­tu.” – „z namiotu” by chyba wystarczyło.

 

„Na samą myśl, że jego prze­ciw­nik mógł ujść z ży­ciem[+,] krew w nim wrza­ła.” – przecinek.

 

„Męż­czy­zna miał za­krwa­wio­ną twarz, a pod pra­wym okiem wy­kwitł, po­kaź­nych roz­mia­rów krwiak.” – czyli krew na skórze i pod skórą; niezręcznie skonstruowane zdanie.

 

„Nie mo­żesz mi oddać ni­cze­go wię­cej[+,] niż już zdo­by­łem, głup­cze!” – wstawiłbym przecinek.

 

„Bez obaw, panie. Umrze do­pie­ro po za­cho­dzie słoń­ca.” – jakoś strasznie długo będą go palić. Dla odmiany, stos udało się przygotować błyskawicznie. Nie przekonuje mnie też palenie dla przestrogi.

Lissan dzięki za przeczytanie. Borgiów oglądałem, aczkolwiek tworząc fabułę nie miałem ich w żadnym stopniu na myśli. Któraż to scena przypomina Gwiezdne wojny?

Co do geomancji to nie poruszyłem tu za mocno jej kwestii. Powiedzmy, że jest to magia polegająca na czerpaniu energii z ziemi, a na jej rozwinięcie przyjdzie pora.

To zrozumiałe. Każdy ma inną mapę w głowie. Ja powędrowałem do Włoch i nic na to nie poradzę. Nie widzę w tym nic złego, chyba że Twoim zamysłem było ulokowanie akcji w zupełnie innej, konkretnej i znaczącej scenerii.

Jeśli zaś idzie o Gwiezdne wojny, to ten obrazek wyświetlił mi się po tym fragmencie: „Głos Ri­qu­eta brzmiał jesz­cze bar­dziej draż­nią­co niż zwy­kle, jed­nak hra­bia był pod wra­że­niem. Czary Ma­stro­bran­die­go spra­wi­ły, że Gia­co­maz­zi wi­dział obraz szpie­ga, mimo że ten znaj­do­wał się kil­ka­na­ście staj od niego.” Mnie się to pojawiło jako hologram z GW. Do pełni szczęścia zabrakło jedynie: Help me, Obi-Wan Kenobi. You're my only hope. :) Nie krytykuję w żaden sposób tego fragmentu opowiadania, jest OK. Skojarzenie moje i ponoszę za nie pełną odpowiedzialność.

Kwestia geomancji. Oczekiwałbym w tej kwestii pewnego wyjaśnienia w tekście konkursowym, który powinien się w pełni bronić sam, a nie wymagać znajomości innych utworów (jeszcze nienapisanych?). Tak rozumiem ideę konkursów. Ale może to tylko moje. Poza tym, podstawowe znaczenie słowa geomancja, które logicznie przypisujesz (bo przecież nekromancja to nie tylko przywoływanie duchów w celu przepowiadania przyszłości), jest nieco inne: (1) wróżenie z rozrzucanego pyłu lub ziemi (gleby); (2) wróżenie z naturalnych pęknięć i szczelin na powierzchni ziemi (na szybko z wikipedii). Kiedyś też feng shui, chyba błędnie, określano mianem chińskiej geomancji. Stąd poczułem pewien dyskomfort. Minął.

Wyśrodkuj sobie gwiazdki i wywal entery na końcu opowiadania :)

 

Widać duży progres w Twojej twórczości. Opowiadanie trzyma klimat, ewidentnie historyczne fantasy  tobie “leży”. Fabuła poprowadzona w klasyczny i dość przewidywalny sposób – może to i dobrze, nie każda historia w końcu musi się kończyć szalonym twistem.

Naprawdę porządny styl, czytało się płynnie.

Ogółem dobry kawałek tekstu.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Włochy też nie są złym skojarzeniem. Też było tam pełno księstw i ciągłej rywalizacji między państwami-miastami i arystokracją.

Aż takim fanboyem Gwiezdnych wojen nie jestem, choć wspomniany przez Ciebie fragment sobie teraz przypomniałem.

Co do geomacji, to też nie chciałem silić się na wyjaśnienia jej kwestii, gdyż gra w opowiadaniu drugorzędną rolę. Może gdyby limit znaków był większy, dodałbym więcej o tej magicznej sztuce.

Wicked dzięki, że zajrzałeś :) Dzięki za miłe słowa, no tym razem żadnego twista nie było, fajnie, że się podobało :)

Włochy też nie są złym skojarzeniem. Też było tam pełno księstw i ciągłej rywalizacji między państwami-miastami i arystokracją.

Wydaje mi się, że szukanie odnośnika w jakimś skrawku dawnej Europy niewiele daje. Włoskie księstwa również były uzależnione od protekcji: jedni od cesarstwa niemieckiego, inni od Bizancjum, inni od papiestwa… swoje wpływy miała też Francja i Hiszpania. Do pewnego stopnia niezależne były księstwa normańskie, ale one były uzależnione od sojuszy – zwłaszcza ze sobą nawzajem.

Wg mnie to zbyt śliskie i całkiem niepotrzebne przyrównanie – przecież to fantastyka. Łatwiej zbudować własny model. smiley

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Podczas uroczystości obecny był ojciec Albertiny. Mężczyzna w młodości parał się handlem kamieniami szlachetnymi i złotem, ratując dzięki temu podupadający ojcowski majątek przed bankructwem.

zastąpiłbym słowo ojcowski, żeby uniknąć powtórzenia

 

zaciągnąć opinii

a nie lepiej zasięgnąć?

 

Niestety, wszyscy potwierdzili[-,] słowa ojca Albertiny.

 

Yerwo Schnauz zwany Bombardierem. Wraz z grupą pobratymców potrafi wysadzić każde fortyfikacje i zamkowe mury.

– Rozjebiemy wszystko, co każesz, szefie.

Sympatyczny krasnolud :), spodobał mi się ten fragment. 

 

Wrócę tu jeszcze, kiedy namyślę się nad opinią o tekście. 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Błędy poprawione :) W takim razie czekam Nevazie.

 

Edit: Gostomysł buduję własny model, nie chce tworzyć kalki średniowiecznych systemów. Podałem takie przykłady aby łatwiej skojarzyć jak mniej więcej struktura świata wygląda.

Fantastyka trochę jakby przyklejona do przedstawionej historii. Brutalne opisy nie uatrakcyjniają opowiadania, ale to na mój gust. Podobają mi się imiona osób i nazwy miejscowości – “produkujesz” je jakby z lekkością. Historia z cyrkonią w centrum – spójna. Jest fabuła, choć czekałem na twista. Styl nie porwał, ale lekko się czytało, niezłe. 

Najbardziej spodobało mi się, jak za pomocą niepozornych detali obdarzyłeś szczyptą indywidualności każdego z bohaterów. Przypadł mi do gustu szpieg ze zmieniającą się twarzą. Warsztatowo w zasadzie nie mam zastrzeżeń.

Nie mogę niestety powiedzieć, żeby porwała mnie fabuła. Naz napisała “Kobiety są tylko tłem, służącym interesom starych mężczyzn o obleśnych umysłach“. Mogę przeboleć, że część postaci jest jedynie tłem, mogę nawet zdzierżyć, jeśli będą to kobiety (choć od czasu do czasu mężczyźni też powinni się potlić, a co). Natomiast faktycznie, żadna z postaci nie wzbudziła mojej sympatii*, w związku z czym liczyłem tylko na twist, który zrekompensowałby mi czas spędzony z arystokratami spod ciemnej gwiazdy. Nie zrekompensował. 

 

Przypomniałem sobie też twojego Leprechauna. Mam wrażenie, ze styl robi się u Ciebie coraz lepszy, ale jako odbiorca ciągle nie jestem pewien jaką rolę odgrywa w twoich tekstach brutalność. Tutaj momentami miałem wrażenie, że jest, bo ma być. Nie widzę się w roli cenzora, ale poddaję to pod rozwagę, bo śledząc wytwory dzisiejszej kultury, momentami można odnieść wrażenie, że krew przesłania fabułę, a gołe tyłki wypychają z pierwszego planu twarze bohaterów. Lepiej, żeby twój talent nie zboczył w tym kierunku : ).

No, obowiązek spełniony. Jak już kiedyś wspominałem, nie mogę się doczekać aż w końcu zostanę pełnoprawnym dziadem i będę mógł z czystym sumieniem dzielić się takimi prawdami z gronem wnucząt. Oczywiście chętnie usiądę do lektury następnego belhajowego dzieła.

 

* oprócz, rzecz jasna, krasnoluda rozjebcy

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

a gołe tyłki wypychają z pierwszego planu twarze bohaterów.

Genialne zdanie. No cóż, jest popyt, to i podaż się pojawia… :-/

Babska logika rządzi!

Blackburn dzięki za przeczytanie :) Co do “produkcji” imion i nazw to staram się przykładać do tego sporą wagę, żeby nie brzmiały jakoś dziwnie i sztucznie. Dla mnie niedoścignionym mistrzem pod tym względem jest Sapkowski. 

Nevazie dzięki za rozbudowaną opinię. Kolejna osoba oczekująca twista, aż zaczynam żałować, że hrabiego Bacheta-Barbier uśmierciłem nie w tym, a w innym opowiadaniu. Jeśli chodzi o wspomnianą przez Ciebie brutalność to eksponując ją chciałem pokazać do czego może doprowadzić wściekłość możnowładcy spowodowana tak błahą rzeczą jak tytułowa cyrkonia. Czy też naprawdę jest jej tak dużo – scena tortur, plus końcowe spalenie grafa. 

 

Lepiej, żeby twój talent nie zboczył w tym kierunku : ).

 

Miło słyszeć słowa o talencie, w stronę bizzaro też mnie nie ciągnie :)

No widzisz, gdybyś na końcu zasugerował, że cała akcja była skutkiem intrygi małej Albertiny, której Montcasson się podobało, a graf nie, miałbyś i twist i nikt by Ci nie zarzucił seksizmu…

Ale ja i tak nie wybaczyłbym marginalnego potraktowania wątku powstania koboldów na Łupkowym Pogórzu!

Hahah coboldzie czyżbyś miał coś do koboldów pisanych przez *k? Powstanie jak to powstania mają w zwyczaju pewnie zostało krwawo stłumione, potem jakieś konsekwencje w ramach kary i dalej to już żyli długo i szczęśliwie. Przynajmniej ta połowa co przeżyła ^^

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Coboldzie i Mytrixie czytając wasze ostatnie komentarze miałem wrażenie, że włamaliście się do mojego kompa i przeczytaliście ostatnio tworzone opowiadanie :)

Tekst o powstaniu na Łupkowym Pogórzu właśnie powstaje, choć los koboldów nie będzie zbyt ciekawy (coboldzie wybacz), a w planach są jeszcze inne opowiadania z tego uniwersum.

Spędziłam całkiem miłe kilka minut przy czytaniu. Jadnak muszę przyznać, że nie do końca czuję satysfakcję z lektury. Mam wrażenie, że od momentu w którym intryga zostaje odkryta, wszystko toczy się gładziutko po sznureczku ku zakończeniu. W rozwinięciu brakuje jakichś przeszkód do pokonania a w zakończeniu jakiegoś twistu albo choćby przytupu.

Zgadzam się, że bohaterów trudno polubić i to też, niestety, liczę na minus :( 

 

Z technikaliów, tu i ówdzie zgrzytała mi kompozycja akapitu. Zdarza się, że następującym po sobie zdaniom brakuje ciągu logicznego, tak jakby stały obok siebie przez przypadek.  Przykłady:

 

– Gdzie on jest? – Giacomazzi przystanął i spojrzał na seneszala. – Wiadomość przyszła trzy dni temu. Już dawno powinien wrócić.

Nim Adalbert zdążył odpowiedzieć, w komnacie rozległo się pukanie. Chcąc rozeznać się w planach Cambaulta, hrabia posłał na jego dwór swojego najlepszego szpiega. 

 

W powyższym, pukanie pojawia się według mnie od czapy, przerywając naturalną kolej opowieści – wypowiedź i wytłumaczenie kogo ona dotyczy. Bardziej odpowiadałoby mi, gdyby dwa ostatnie dzania zamienić kolejnością. EDIT: W sumie przeczytałam odwrotnie i jednak nie. Trzeba by trochę przebudować, albo w ogóle to o szpiegu przenieść dalej, wpleść gdzieś w opis przy jego pojawieniu się.

 

I jeszcze jeden:

 

Muszę przenieść pracownie mistrza małodobrego do piwnic, pomyślał Bachet-Barbier, wspinając się po stromych schodach Katowskiej Wieży. Rewelacje przyniesione przez Riqueta, napełniły hrabiego trwogą (…)

 

… i cała dalsza część akapitu, w którym nie wracasz do wątku przeniesienia pracowni. Po pierwszym zdaniu spodziewałam się czegoś o strzykających kolanach (co pojawia się później) i potem ewentualnie płynnego przejścia do jakichś rozważań, tu natomiast mamy przeskok i to pierwsze zdanie zdaje się niczemu nie służyć.

 

Być może to czepialstwo, ale zgrzytało mi.

 

 

 

Dzięki za przeczytanie Werweno :) 

Fajnie, że chwile spędzone przy opowiadaniu były miłe, ale szkoda, że nie satysfakcjonujące.

Szpieg zrobił na mnie wrażenie :)

Cyrkonia zaiste jest osią opka, a wrażenie pozostało takie → czytając, czułem się, jakbym oglądał odcinek serialu. I nie jest to wrażenie negatywne.

Faktycznie → stos ułożony został nazbyt błyskawicznie.

 

Mam nadzieję, że jak odcinek dobrego serialu? Dzięki za przeczytanie Banshee :)

Zgadza się belhaju :-) jak dobry pilot :-) Kiedy kolejny? :-)

Jedno już powstało, drugie jest w końcowej fazie pisania :)

W tym samym świecie dzieją się również wiszące na portalu Kuchenne rewolucje. Jak znajdziesz chwilę, zajrzyj :)

Przeczytałam dość gładko i – poza interpunkcją, która miejscami szwankuje – w zasadzie nic nie rzuciło mi się w oczy. Fabuła jednak nie porwała mnie, odebrałam to opowiadanie raczej jako “pisanie dla pisania” niż chęć opowiedzenia jakiejś historii. Nie zostanie mi w pamięci, niestety. Spodziewałam się czegoś więcej po zakończeniu, wydało mi się jakieś takie mdłe.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Fabuła została podporządkowana konkursowemu hasłu.

Szkoda, jose, że się nie spodobało, jednak zakończenie bez twista to nie był dobry pomysł…

Czemu mdłe? Bo hrabia jednak dopiął swego?

Przeczytawszy. Niezły tekst, choć z początku coś mnie nie chwycił. I triumf hrabiego był mi mocno nie w smak. Sukinsyn do kwadratu ;) Ale chwali się, że zdołałeś wykreować tak odstręczającą postać. Choć najciekawszym bohaterem opowiadania jest oczywiście cyrkonia.

Tylko nie "Tęcza"!

Konkursowe hasło musiało grać główną rolę :)

Dzięki Tenszo, że zajrzałaś :) To dobrze, że chociaż później chwyciło, skoro początek nie zaciekawił.

Belhaju, może właśnie o to chodzi, że główny bohater nie wzbudza sympatii. Co za tym idzie – było mi wszystko jedno, czy mu się uda coś osiągnąć, czy nie… A zakończenie po prostu nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia, ani pozytywnego, ani negatywnego. Dlatego wydało mi się mdłe ; (

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Rozumiem, jose. Nie wzbudza sympatii więc trudno mu kibicować. Wychodzi na to, że łatwiej mi przychodzi tworzyć czarne charaktery niż pozytywnych bohaterów. Ale jak wiesz z innego opowiadania, hrabiego spotkała zasłużona kara :)

Taka karma ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Za to bohaterem kolejnego opowiadania uczyniłem Beko Popielnika. On się aż tak czytelnikom nie naraził, to może będzie łatwiej go polubić :)

pod prawym okiem wykwitł, pokaźnych rozmiarów krwiak.

Ja bym tego przecinka nie stawiał.

 

Podobało mi się, że ten tekst jest bardzo przemyślany, a każdy element jest po coś i ma swój cel. Stanowi element większej całości. No i właśnie – mam problem, czy odbierać to jako wadę, czy jako zaletę. Tak czy siak, stworzyłeś interesujący świat.

Mimo, że opowiadanie jest napisane bardzo porządnie, to nie zaskakuje, prowadząc do przewidywalnego zakończenia. Trochę szkoda.

Pozdrawiam!

 

Edytka: przejrzałem komentarze i część czytelników twierdzi, że bohaterów, a zwłaszcza hrabiego nie da się lubić. C’mon, hrabia był najlepszy! :D

Cieszę się, że uważasz, że tekst jest przemyślany. Starałem się każdej postaci przypisać jakąś rolę więc mam nadzieję, że to się udało.

Braku zaskoczenia w końcówce żałuję, no ale cóż niech będzie jak jest.

Ja też lubię postać hrabiego mimo że straszny z niego furiat :)

Dzięki za odwiedziny :)

No i czekam na opinię o tekście od Ciebie i pozostałych członków jury.

Oj, rozmijamy się gustami – wydaje mi się, że lubisz dworskie intrygi i sceny bitewne, które ja omijam szerokim łukiem ;) hrabia paskudny typ, jego też bym omijała. A cała historia wydaje mi się bardziej scenką niż pełnoprawną opowieścią. Trochę nie kupuję motywacji hrabiego, który z jednej strony chce się żenić, ale z drugiej strony ma całe stado kurtyzan, a najbardziej szczęśliwy jest, jak może najechać sąsiada (i od tej chwili już nie ma ani słowa o zaręczynach). Paskudna rozmowa z katem (w sensie, że dobrze ilustruje obu rozmawiających, aż mi się źle zrobiło). Stylistycznie można by jeszcze wygładzić ten tekst – ale nie na tyle, żeby zaraz robić łapankę ;-)

Czyli nie trafiłem w gusta. Miało być paskudnie i mrocznie i chyba wyszło. Jest to raczej zamknięta całość choć bohaterowie występują również w innych tekstach. Dzięki za komentarz :) 

Pierwszą rzeczą, jaką poczułem po zakończonej lekturze, jest rozczarowanie. Zakończenie nie podobało mi się praktycznie wcale. Fajny żarcik z wieżą to za mało, by ugasić głód twista. A Ty ów głód we mnie rozbudziłeś, dając wyraźne znaki w tekście, że na koniec będzie jakaś przewrotka. Narobiłeś mi apetytu, bo tekst fajny, wciągający i czekałem, aż tego kutasiarza hrabiego spotka jakiś porządny kop w dupę z półprzewrotu, a tu lipa na całej linii drzewostanu. Może gdyby ta cyrkonia faktycznie gościa zabiła… Chociaż nie, dla mnie ten motyw to o wiele za mało, by nasycić głód dobrego finału. A po zadymie, jaką rozpętał hrabiunio, należałoby się czytelnikowi o wiele więcej na koniec. Coś z – jak rzekłby to Bombardier – rozjebnięciem. A tu trucizna, w dodatku z marszu wyleczona i wszyscy żyją długo i szczęśliwie (oczywiście pomijając zgwałconych, zamordowanych i spalonych. Ale ofiary głosu nie mają).

Tak więc finał jest najsłabszym, jak dla mnie, elementem całego opowiadania. Ale nie jedynym.

Z kwestii technicznych – interpunkcja. Kojarzę (że kojarzę) co najmniej kilka przecinków, które nie tylko są zbędne, ale wręcz wybijają z rytmu, bo w miarę sensownym zdaniom nadają takiego szyku, że człowiek musi się zatrzymać, cofnąć i przeczytać jeszcze raz, by się upewnić, że autor miał na myśli to, co miał na myśli i tylko ręka mu się omsknęła, a nie, że mamy, na przykład, do czynienia z jakimiś wtrąceniami. Nie jest to jednak wielki grzech. W każdym razie nie na tyle wielki, by brać go pod uwagę przy ocenie końcowej.

Mam za to mieszane uczucia co do postaci. Bardzo podobał mi się pomysł na szpiega i jego niestabilną facjatę. Ogólnie fajna i ciekawie nakreślona postać. Choć mogłaby mieć trochę więcej charakteru. W sensie – wyróżniać się czymś poza fizjonomią. Z drugiej jednak strony szpieg w ogóle nie powinien się wyróżniać i rzucać w oczy. Więc za bezpłciowość (którą spokojnie można zwalić na limity) równie dobrze mogę dać plus jak dałem i minus. Gorzej, że to idzie w drugą stronę więc za facjatę też “plus, minus, spięcie i kopnięcie”.

Za kata plus.

Za krasnoludy minus; do bólu sztampowe i znają tylko jedno przekleństwo. W dodatku za mało ich.^^

Hrabia… Tego typa nie lubię. Miał prawo się wku… zirytować. Sam byłbym raczej zły, gdyby ktoś oszwabił mnie na grube hajsy a potem jeszcze chciał zabić dziwką. Ale koleś zdecydowanie przesadził. A w tej swojej furii był wręcz karykaturalny i absurdalny. Mam wszelako wrażenie, że miał być grubą krechą rysowany i miał mnie do siebie zrazić, więc jest i jakiś plus w tym wszystkim.

Za to graf słabiutki. Niby intrygant, kombinator, morderca i zło niewiele mniej złe od zła większego (prawdopodobnie wszystko z wielkich liter), a tak naprawdę to totalna dupa i niedojda. Nie miał Ci on własnych szpiegów, własnych środków zwalczania upierdliwych sąsiadów, żadnego rozeznania, co się dzieje, żadnych patentów na przywitanie gości, żadnego charakteru ani rozumu? Kazałeś chłopcu kopnąć niedźwiedzia w kuperek, a potem zabroniłeś mu robić cokolwiek. Mógł tylko stać i czekać, aż zostanie zjedzony. Nie fair.

Realia (logika, nie odniesienie do czegokolwiek “prawdziwego”) też trochę kuleją. Stosy instant, nieszczęsny graf, trzymanie kata wraz z wyposażeniem we własnej hacjendzie (w średniowieczu Małodobry, choć miał pewne przywileje i cieszył się swoistym szacunkiem, był jednak persona non grata, nie miał wstępu do wielu miejsc i był pogardzany. Takich ludzi trzymało się na uboczu. Tutaj niby nie średniowiecze, ale i tak mnie to zgrzytło), obrona miasta jakaś taka miałka; wszystko to poszło zdecydowanie za łatwo, zbyt prosto, bez budowania napięcia i porządnego punktu kulminacyjnego, przeszkód do pokonania, niespodziewanych problemów i tak dalej. Wiesz, o co kaman.

Dobra, dosyć dupienia smutów, szczególnie, że opowiadanie mimo wszystko na plus dodatni.

Wartka, ciekawa akcja, lekkie piórko, jakiś pomysł na opowiadanie też jest (tylko to zakończenie… ech!), wykorzystanie hasła przewodniego stosowne. No co tu dużo gadać – fajnie się czytało.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ach ten twist, pisałem już wcześniej, że żałuje, że uśmierciłem hrabiego w innym opowiadaniu.

Co do jego karykaturalnej furii, był to celowy zabieg. Właśnie owa łatwość wpadanie w złość, której skutkiem jest opisana wojna, była punktem wyjścia przy tworzeniu tej postaci. Co do grafa i wspomnianych skrótów, to niestety musiałem liczyć się z limitem znaków, dlatego i oblężenie było krótkie, a i sam graf nie miał możliwości (przez brak miejsca na  rozwinięcie) na obronę. 

Cieszę się z pochwały, że fajnie się czytało i plus dodatni, więc nie było tak źle.

A co Cieniu sądzisz o Beko Popielniku? 

Ładny tytuł.

Przyjemne, bezpretensjonalne, rozrywkowe opowiadanie, które od początku wciąga – ale nic ponad to. Na dodatek, pewnie z winy limitu, wydaje mi się straszliwe uproszczone. Intryga jest mało intrygująca, bohaterowie pozbawieni iskry, a zakończenie aż błaga o twist. Tymczasem wszystko rozwiązuje się szybciutko i prawie bez kłopotów; zupełnie nie czułam, by gra toczyła się o wysoką stawkę. Przydałoby się trochę więcej napięcia, by wzbudzić w czytelniku emocje. 

Napisane lekko, ale też bez fajerwerków. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Właśnie, zapomniałem Ci odpisać i odpowiedzieć na Twoje pytanie, przepraszam (i dziętki, że jest Gravelek). Inna rzecz, że odpowiedź raczej nie będzie z gatunku tych, które mogły by Autora ucieszyć. Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy – i którą wypowiedziałem zresztą na głos (uspokajam jednak: nie sam do siebie), brzmiała bowiem tak: Beko Popielnik? A co to za jeden?

Przepraszam i za to i – po raz enty – za ten chulerny limit.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Gravel dzięki za długo wyczekiwany komentarz. Fajnie, że wciąga o to chodziło, a i że cieszę się, że tytuł się podobał :)

Cieniu no cóż, postać ta przewinęła się kilka razy w opowiadaniu, ciekaw byłem czy zostanie zapamiętana. Najwyraźniej nie została, ale cóż trudno. Teraz w innym tekście będzie odgrywać pierwszoplanową rolę :)

 

Edit: I pierwszy raz moje opowiadanie ma ponad sto komentarzy :)

Witaj w klubie. :-)

Babska logika rządzi!

Że brakuje mi fantastyki – już pisałam. Coś tam jest, ale nie ostałoby się po goleniu Lemową brzytwą. Intryga w porządku, raczej jednowątkowa, ale to nie wada. Na pewno nie przy takim limicie konkursowym. :-) Główny bohater dobrze zbudowany, nie jest płaski. Świat bardzo podobny do naszego, tylko zamieszkały przez więcej ras.

Wszystko w porządku, ale niestety, nie na piórkowym poziomie, jak dla mnie. Zabrakło jakiejś iskry, czegoś wyróżniającego tekst w morzu innych. Cyrkonia tego nie zrobi, bo wynika z konkursu.

Babska logika rządzi!

Finklo chyba Twój komentarz traktuje to lozowe rozważania nad nominacja mojego opowiadania. Coś przeczuwam że znowu nie uda się zdobyć piórka.

Chyba tak należy komentarz potraktować. Ja tam życzę, żeby Twoje przeczucia się nie sprawdziły. Tam jeszcze paru innych ludzi siedzi, oprócz mnie.

Babska logika rządzi!

Odkąd w tragicznym wypadku zginęła trzecia żona hrabiego, [która+?] towarzysząc mężowi podczas polowania nieopatrznie weszła w zastawione na niedźwiedzia wnyki, poszukiwał on pocieszycielki i kolejnej wybranki.

Lotna była, nie ma co, niedźwiedzie wnyki spore są… ;-D

 

A przy okazji zdobędę miasto i powiększę terytorium i majątek.

Sporo “i”.

 

Na razie nie mogli go znaleźć, istniało podejrzenie, że zdołał zbiec.

Szanowna komisja, nie posiadam wiedzy na temat bezosobowego istnienia podejrzenia… Czyli niezręcznie mi brzmi. ;-)

 

No ten, no tego…

Siedzi w tym wszystkim potencjał na klasyczne, militarno-obyczajowe fantasy, takie, co to się dla rozrywki czyta bez wstydu. Niestety, sztampa w użyciu chyba była ostra. Postaci są mało odróżnialne od siebie (dialogi! odruchy! opisy!), fabuła sprawia wrażenie bardziej pierwszego aktu czegoś dłuższego niż kompletnego opowiadania. Jej przewidywalność jest też jej słabością – odruchowo czekam na jakieś ciekawe zwroty akcji, a tu paru szczurowatych mówi, że główny antagonista krył się w kanałach jak szczur… ;-) Nie ma napięcia, brakuje ikry w poszczególnych scenach. Nie znalazłem tu bohatera, który mnie ‘wciągnął’ lub zainteresował.

Tekst wydał mi się bardziej zaawansowanym szkicem niż pełnoprawnym opowiadaniem, brakuje mi tu jakiegoś takiego dopieszczenia, dopracowania, dotknięcia mistrza – a przeciez potrafisz, belhaju! 

 

@Naz, ty trochę przeczulona nie jesteś? ;-D Rozumiesz, że wskazując, ba, odnajdując szowinizm zawsze i wszędzie możesz spowodować, że twój głos będzie słuchany nie z uwagą, a z rozbawieniem? Dlaczego nie skupiłaś się na braku postaci kobiecych lub ich wiarygodności, na niepotrzebnej scenie tortur na kurtyzanie (nie pełni żadnej funkcji w tekście poza budową odrażającej postaci kata, która poza tą jedną sceną… nie pojawia się wcale, więc po cholerę tak pieczołowicie ją budować?), na mało interesujących postaciach pierwszoplanowych?

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki za przeczytanie i komentarz Fishu. Owszem świat przedstawiony w opowiadaniu doczeka się rozwinięcia w innych tekstach, być może i powyższe opowiadanie rozwinę zgodnie z sugestiami. Szkoda, że bohaterowie nie chwycili, mimo że były to paskudne typy starałem się nadać im indywidualny sznyt. A co do żony hrabiego która wpadła we wnyki, cóż zdanie to było delikatna sugestia w jaki sposób hrabia się jej pozbył.

Tekst przeczytałem z przyjemnością. Jest odrobinę odmóżdżający (w pozytywnym sensie), a dawno nie miałem do czynienia z podobnym opowiadaniem.

Warsztat trochę kuleje. Np. na początku używasz co najmniej pięciu synonimów “gniewu”. Nie lubię tego, bo nie jestem tak głupi, żeby nie zrozumieć za pierwszym razem, że hrabia był rozjuszony.

 

Hrabia Giacomazzi Bachet-Barbier był rozjuszony.

Wściekły chodził po komnacie, rzucając przekleństwa, złorzecząc, wymachując gniewnie rękami i od czasu do czasu osuszając napełniany przez służebną dziewkę kielich z winem.

– Wepchnę mu go do gardła! – pieklił się podniesionym głosem. – Potem wybebeszę i wepchnę jeszcze raz!

Rozjuszony, a słowo później – wściekły. Nie wiem, jak słabą pamięć trzeba mieć, żeby nie zapamiętać :D Potem znowu: “wymachując gniewnie”. Wymachiwanie rękami jest tu oznaką gniewu. Jak dodajesz przysłówek, wychodzi masło maślane. Dalej: “pieklił się podniesionym głosem”. Samo “pieklił się” wydaje mi się wystarczające, żebym wyobraził sobie odpowiedni, podniesiony ton.  

 

Odkąd w tragicznym wypadku zginęła trzecia żona hrabiego, towarzysząc mężowi podczas polowania nieopatrznie weszła w zastawione na niedźwiedzia wnyki, poszukiwał on pocieszycielki i kolejnej wybranki.

Jesteś pewien, że to zdanie jest dobre? 

Potem też było parę rzeczy, których mogłem się uczepić, ale postanowiłem skupić się na samej historii. Ciekawa, przygodowa, trochę brutalna. Fajnie, że w krótkim tekście potrafisz wprowadzić sporo postaci, które się od siebie różnią. 

Zakończenie mnie rozczarowało. Spodziewałem się jakiegoś twistu. Hrabiemu wszystko poszło bardzo łatwo. Zbyt łatwo. Zwrot akcji z trucizną nie podniósł ciśnienia, bo po kilku sekundach czytania okazało się, że z Giacomazzim wszystko w porządku. 

Zastanawia mnie też, dlaczego aż dwukrotnie wskazujesz na strzelbę Czechowa, którą jest umiejscowienie sali tortur w wieży. (Nie zrozumiałem, dlaczego mag miałby do niej trafić). To zamknięcie i otwarcie fragmentu w podobny sposób zdaje się takim prowadzeniem czytelnika za rękę: patrzcie, to będzie miało później znaczenie. Odnoszę przez to wrażenie, Belhaju, że brakuje Ci w pisaniu odwagi, pewności siebie, zaufania czytelnikowi. Przykład wieży doskonale uzupełnia się z nadmiarem synonimów rozjuszenia. W całym tekście jest za dużo niepotrzebnych słów. To takie literackie jąkanie. A pisarz powinien powiedzieć raz, a dobrze. 

Wyszedł mi dość długi i czepialski komentarz, ale mam nadzieję, że wyszło mi w miarę konstruktywnie i że będziesz miał z tego jakiś pożytek. Wbrew temu, co sam przed chwilą odradzałem, powtórzę się: lektura “Diamentu i cyrkonii” sprawiła mi przyjemność. Po prostu dość oczywiste niedociągnięcia rzuciły się w oczy i głupio byłoby Cię o tym nie poinformować :)

Podobało mi się :)

Ktoś tu podąża moim śladem? ;)

Bo mi się pokazuje w ostatnio komentowanych :P

Nie mam nic przeciwko, a autorzy opowiadań chyba tym bardziej :D

 

Wybacz offtop, Belhaju :)

Dzięki za przeczytanie fun i za merytoryczną krytykę. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że początkowy opis rozgniewania hrabiego to celowy zabieg. Miał pokazać jakim jest furiatem, stąd tyle synonimów i podobnych opisów.

Co do dwukrotnego zdania dotyczącego wieży, to ktoś w becie mi to wytknął dlatego ponowiłem to zdanie.

Co do zakończenie i braku twistu wypowiadałem się już we wcześniejszych komentarzach tu jedynie powtórzę, że żałuję, że uśmierciłem hrabiego w innym opowiadaniu :)

Anet dzięki za przeczytanie i odwiedziny :) Nie sądziłem, że ktoś tu się jeszcze pojawi po tak długim czasie. Cieszę się, że się podobało :) Zechcesz odrobinę rozwinąć opinię?

Przeczytałem z zainteresowaniem. 

 

Bardzo fajny, lekki klimat. Widać, że rzeczywiście dobrze czujesz się w fantasy. Przypadł mi do gustu dobrze wpleciony humor (odzywki krasnoluda – bombardiera). 

 

W zakończeniu mógłby się pojawić większy twist, ale to chyba jedyny zarzut. 

 

Językowo bardzo sprawnie. 

 

Dodam jeszcze, że mimo przyjemności z lektury “Lepszą przyszłość” uważam za lepszy tekst – gdybyś miał jeszcze kiedyś chęć pochylić się nad grozą. 

Dzięki za przeczytanie :)

Lepsza przyszłość nie jest moim jedynym romansem z grozą – w najnowszym Wydaniu Specjalnym Szortala jest mój tekst pod tytułem Długa droga do domu. Kilka pomysłów na inne opowiadanie również kołacze się po głowie. 

Choć przyznam, że grunt fantasy jest mi o wiele bliższy. 

I to jest dobry tekst. Podobały mi się imiona i nazwiska, zbudowały dodatkowy klimat. Tylko trochę raziło mnie pastwienie się nad kurtyzaną i zbyt łatwy najazd na sąsiada, ale całościowo opowiadaniu nic nie można zarzuć. Podobało mi się.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Właśnie zastanawiałem się, który tekst ci polecić, ale widzę, że już nie muszę.

Fajnie, że się podobało – pastwienie się służyło pokazaniu okrucieństwa hrabiego, natomiast szybki najazd to wina kurczącego się konkursowego limitu znaków. W przyszłości postaram się rozbudować to opowiadanie, ponieważ inne teksty z tego uniwersum powstały i ciągle powstają.

Nowa Fantastyka