- Opowiadanie: Mytrix - Wiktor i zjazd muzykantów

Wiktor i zjazd muzykantów

Popełniłem pracę konkursową (Obcy Język Polski) z dużą pomocą betujących.

Efektami dzielę się poniżej.

 

Serdeczne podziękowania składam beta-czytaczom:

coboldowi za głowę pełną pomysłów

Piotrowi za nie kończącą się walkę z moją interpunkcyjną ignorancją

Samotnemu Wilkowi za podzielenie się wrażeniami z czytania

Natanowi za solidny komentarz z uwagami

 

Reaulc niestety wstrzymał się od głosu w trakcie bety ;)

 

Wszelka zbieżność wydarzeń, imion czy postaci literackich może być nieprzypadkowa.

Zapraszam do (mam nadzieję!) przyjemnej lektury!

Koniecznie podzielcie się opiniami przychylnymi lub nie :) Zależy mi na komentarzach i krytyce więc słów nie szczędźcie.

 

Pozdrawiam!

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

funthesystem

Oceny

Wiktor i zjazd muzykantów

Przygrywka (prolog)

 

Boczna sala koncertowa Wyższej Szkoły Muzycznej imienia Janka Muzykanta świeciła pustkami. Biorąc pod uwagę jej niewielkie rozmiary, było to zjawiskiem niezwykłym. Na przesłuchania oprócz debiutantów przybyło tylko trzyosobowe jury i jeden olbrzym w roli pachołka. Stłoczyłem się wraz z dziesięcioosobową grupą aspirujących muzyków za kulisami. Dzięki małemu lusterku, które ze sobą przyniosłem, obserwowałem sytuację na estradzie i poza nią.

Porządkowy stał zaraz przy scenie dzierżąc długą zakrzywioną na końcu laskę. O jej przeznaczeniu przekonałem się, gdy występujący przede mną grajek jednym susem wskoczył na estradę i rozpoczął rzępolenie na ukulele. Zniknął z podwyższenia równie gwałtownie, jak się na nim pojawił. Olbrzym zahaczył go laską za szyję i krótkim szarpnięciem zrzucił na podłogę, po czym bezceremonialnie zasadził mu kopa w dupę siedmiomilowym butem. Ukulelista jak wystrzelony z katapulty poszybował prosto przez otwarte na zewnątrz drzwi.

– Następny… – znudzonym tonem zaprosił mnie na scenę krasnolud zasiadający w świętej trójcy.

Odebrawszy szybką lekcję na błędzie poprzednika, spokojnym krokiem wyszedłem na środek małej estrady.

– Imię?

– Wiktor A… – zacząłem, jednak od razu mi przerwano.

– Samo imię wystarczy. Proszę zaczynać.

Ukradkowo zerknąłem w stronę olbrzyma na trzymaną przez niego laskę. Niestety, pochwycił moje spojrzenie i uśmiechnął się. Przełknąłem głośno ślinę, ująłem w dłonie flet i zagrałem swoją interpretację Ody do Ra…

– Won! – zagrzmiał krasnolud. Na twarzach pozostałej dwójki jurorów malował się niesmak. Ich ograniczone umysły nie pojmowały, że można odbiegać od tradycyjnego wykonania.

Zagrałem kilka kolejnych dźwięków i laska poszła w ruch. Uchyliłem się, lecz to tylko rozzłościło wielkoluda. Machnął nią raz jeszcze, tym razem na odlew, i padłem niczym ścięte drzewo.

Wielkie łapska podniosły mnie półprzytomnego. Otrzymałem kopniaka w cztery litery posyłającego moje jestestwo na zewnątrz przez te same drzwi, co poprzednika.

Wylądowałem po drugiej stronie ulicy w specjalnie przygotowanych do tego celu snopkach siana. Przezorni gospodarze domu naprzeciwko szkoły obawiali się zniszczenia elewacji i ewentualnego powybijania szyb w oknach.

W tym miejscu (na myśli mam szkołę, a nie snopki) zaczęła się moja historia. Historia próby zmiany postrzegania muzyki. I w tym samym miejscu się zakończy, ale o tym później. Wysłuchajcie teraz, jak to wyrzucony z przesłuchania wybrałem się na coroczny zjazd muzykantów. Wciąż z ogniem w sercu, by wprowadzić w muzyce swobodę interpretacji utworu.

Uwaga! Kolejność wydarzeń przedstawionych w rondzie pomieszała mi się w głowie. Przyczyn dociekajcie sami. Zastosowałem więc zapis zgodny z moim nowym spojrzeniem na muzykę! Fragmenty Do, Re, Mi, Fa czytajcie więc wedle woli, w dowolnej kolejności. Zapewni to większą oryginalność odczytu.

 

Rondo

 

Do

Obudziłem się z wielkim bólem mojego zakutego, acz genialnego łba, porzucony w stogu siana. Na pierwszy rzut przekrwionego oka schronienie w stanie obecnym zapewniała mi stajnia.

Do mych uszu zewsząd napływały dźwięki muzyki, śpiewu i pijackich pokrzykiwań. Wciąż znajdowałem się więc na zjeździe muzykantów. Czułem się  jak na kacu gigancie po spożyciu nadmiernych ilości krasnoludzkiego piwa. A może to był słowiański bimber? Nawet nie jestem pewien, czy upiłem się do nieprzytomności, czy też może coś huknęło mnie potężnie w głowę.

Nie był to czas na tak trywialne rozważania. Moje wzniosłe idee nie mogły czekać. Przezwyciężając słabość ciała, wygrzebałem się z siana. Wstawszy, otrzepałem odzienie z pojedynczych źdźbeł, które doń przywarły. Chwiejnym krokiem wydostałem się na światło dzienne. Oślepiające promienie słońca boleśnie ukłuły w oczy. Zatoczyłem się w tył.

Nie poddam się. Jestem Wiktor, a to znaczy “zwycięzca”. Muszę jakoś dotrzeć z moim odkryciem do tych ignorantów. Muszę im pokazać. Nie rozumieją, a to jest prawdziwa rewolucja w kompozycji.

Wypadłem ze stajni jak wystrzelony z procy Dawidowej. Wprost w mały tłumek rasy wszelakiej otaczający grajka – drowa, mrocznego elfa o mahoniowej karnacji. Wygrywał na lutni tradycyjne pieśni. Robił to wyjątkowo sprawnie, jakbym słyszał oryginały. Słuchacze wyglądali na znudzonych. Wyskoczyłem przed niego i zdesperowany tłumaczyłem im:

– Głupcy! Czyż nie widzicie, jakie to nudne? Ten tutaj drow idealnie odgrywa te jakże trudne pieśni. Bez pomyłki gra każdą nutę. To właśnie dlatego muzykuje dla was, zbierając do kapelusza drobne monety, zamiast grać wielkie koncerty!

– Nie potrzebuję rozgłosu. – Wtrącił się elf zza moich pleców.

– Idź precz!

– Won, nędzarzu! – Podpita gawiedź nie była mi zbyt przychylna. Za mało się starałem.

– Jak cię zwą, drowie? – spytałem.

– D…Do’…en – nie dosłyszałem odpowiedzi.

– Zrozumcie! Ten D-Do’en się myli! Sztywne trzymanie się ram niczemu dobremu nie służy. Mam sposób na tę nudę! Trzeba porzucić konwencję i dopuścić swobodniejszą interpretację utworu. Tak by każde jego wykonanie wnosiło coś nowego…

– Dobrze gada… – Mały człowieczek na przedzie, w zielonym kapeluszu, pochwycił moje słowa.  Mój ty uczniu! Mój ty wierny słuchaczu! – pomyślałem. Jednak inni prędko zepchnęli go w tył.

W moją stronę poleciały różne warzywa, w przeważającej części pomidory. Grajek pociągnął mnie za koszulę i skryliśmy się za murkiem, na którym siedział. Trzymał mnie wierzgającego. Nie mogłem zrozumieć, czemu ludzie i inni nie-ludzie nie chcą pojąć.

– Zepsułeś mój występ. Za karę wyskakuj z kasy – elf wycedził do mnie, przykładając ostrze noża do szyi. On też nie pojął.

Namacałem sakiewkę i podniosłem tak, by ją ujrzał. Ujął ją w ciemną dłoń i zabrał nóż z mego gardła. Zajrzał do sakiewki. Tylko na to czekałem. W środku znajdowały się nuty z mojego najnowszego dzieła. Zapisane specjalnie dla mnie zaczarowanym ołówkiem przez chłopca imieniem Piotrek. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak jego pies na nie szczekał i uganiał się za nimi, gdy się zmaterializowały.

Nuty, posłuszne tylko mi jako ich kompozytorowi-stwórcy, skoczyły i wbiły się elfowi w oczy. Kilka wspięło się po jego białych lokach i wpełzło do uszu. Zawył, gdy pękały mu bębenki. Nie minęły dwie chwile i było po wszystkim. Nie zadziera się z Wiktorem. Ze Zwycięzcą.

Pobieżnie przeszukawszy ciało, zwędziłem onyksową figurkę w kształcie pantery. Na pewno była coś warta. Wyjrzałem przez murek, by zobaczyć, czy ludzie już się rozeszli i można spokojnie dać nogę z miejsca zdarzenia. Okazały, dorodny, twardy burak trafił mnie prosto w czoło. Ciemność spowiła moją świadomość.

 

Re

Ocucił mnie fetor końskiego łajna. Leżałem sponiewierany w boksie dla konia. Szczęściem żadnego tu akurat nie było. Choć musiał być niedawno, bo wstając, podparłem się ręką i namacałem ciepłe jeszcze odchody tego szlachetnego zwierzęcia.

Podniosłem się szybko i to był błąd. Z całą mocą uderzył we mnie druzgocący ból i zakręciło mi się w głowie. Pochyliłem się i zwymiotowałem wprost na parujące łajno.

Ze stajni wydostałem się po kwadransie wciąż targany konwulsjami. Postanowiłem na wszelki wypadek wbić klina. Nie byłem pewien przyczyn mojego stanu, ale klin działał zawsze. Zresztą przy okazji picia łatwo było o kompanów, a więc i słuchaczy.

Daleko szukać nie musiałem. Z racji zjazdu muzykantów alkohol wszędzie lał się strumieniami. Szczególnie w krasnoludzkiej karczmie. Tak, krasnoludy nie mają konserwatywnego podejścia do muzyki, więc powinienem szybciej przekonać je do swoich racji.

Zamówiwszy kufel doskonałego piwa, efektu wielowiekowych doświadczeń tej przysadzistej rasy górników, przysiadłem się do najliczniejszej brygady.

– Witajcie, mości krasnoludy. Jam Wiktor, bard – rzekłem z dumą, nie zwrócono jednak na mnie uwagi.

– Kolejka dla całej brygady! – wykrzyczałem i poskutkowało.

– Witaj! – Rozległy się głosy chóru kilkunastu krasnoludów. Ich brzmienie było głębokie niczym studnia. A donośne jak wiatr szalejący na dzikich stepach.

Gdy kufle pojawiły się na stole, wszystkie krasnoludy zapragnęły wznosić ze mną toasty.

– Z Tharinem się nie napijesz? – Padło pytanie. Obyczaj kazał się napić.

Rozsypałem po stole ożywione magią nuty z mojej sakiewki. Czyniłem tak zawsze, gdy chciałem odegrać swój utwór. Dzięki temu ustawiały się w dowolnej kolejności, a każde wykonanie było inne, każde unikalne i piękne. Przyłożyłem harmonijkę do ust i zagrałem. Co chwilę musiałem wykonanie przerywać kilkoma haustami piwa.

I tak kolejno piłem z Brimirem i Blainem, Motsognirem noszącym miano najpotężniejszego ze wszystkich krasnoludów, z Durinem, drugim w mocy, z Nyiem i Nithiem, z Northrim i Suthrim, z Austrim i Vestrim, a na Nyrirze i Nyracie kończąc, o ile mnie pamięć nie zwodzi.

Piwo o grubej na dwa krasnoludzkie palce pianie rozlewało się po ich śniadych mordach. Miałem nieodparte wrażenie, że połowa złotego płynu nie trafiała do gardzieli, lecz podlewała owłosienie na gębach. Tłumaczyłoby to tak bujne u tej rasy brody.

Krasnoludów było zbyt wielu. Stoczyłem jednak ten nierówny bój, na koniec zwróciwszy zawartość żołądka na dębową tarczę opartą o ścianę. Tharin nieźle się wściekł. Dalej to już urwała mi się jasność umysłu. Podejrzewam, że wywalono mnie z karczmy na zbity pysk, bo moje skromne fundusze nie pokryłyby nawet połowy ceny trunków, które postawiłem. Poza tym banda zaprawionych w bojach wojowników nie miała wiele wspólnego z muzykami. I cały plan, by wyłożyć im moje nowatorskie pomysły, wziął w łeb.

 

Mi

Świadomość wracała do mnie powoli. Wszystkie gnaty bolały, a w głowie huczały trąby piekielne. Z trudem otworzyłem zaropiałe powieki. Siedziałem oparty o tylną ścianę stajni, sądząc po końskim rżeniu dochodzącym z budynku. Gołą dupą w błocie. Przynajmniej miałem nadzieję, że było to błoto, a nie…

Nieopodal, na krzaku nieznanej mi rośliny, leżały moje spodnie. Wykorzystałem liście tejże do podtarcia czterech liter. I to był błąd. Matka natura zrobiła mi z dupy jesień średniowiecza.

Przywdziawszy pantalony na swędzące niemiłosiernie zakończenie pleców, dopadłem wody w korycie dla koni celem zaspokojenia pragnienia. Nie mogłem zwlekać. Od ulicy dobiegały dźwięki znanych pieśni. Wszystkie grane według schematów, od setek lat tak samo! Zasrany zjazd muzykantów. Czas na zmiany. I to ja musiałem je wprowadzić.

Stanąwszy na środku biegnącej w dół ulicy, skierowałem się tam, gdzie zmierzało najwięcej pijanej gawiedzi. Trop podjąłem właściwy. Szybko odnalazłem przedstawicieli muzycznej elity. Nie od dziś wiadomo, że intelekt idzie w parze z pociągiem do alkoholu i wszelakich używek.

Poniżej, na środku rynku, spierali się dwaj starsi wiekiem panowie w spiczastych czapkach, z długimi siwymi brodami. Krzyczeli coś do siebie podniesionymi głosami. Obaj ubrani na szaro. Odróżnić ich można było właściwie tylko po tym, że jeden trzymał długą laskę, a drugi coś na kształt pałeczki do dyrygowania. Wszystko stało się dla mnie jasne! Członkowie orkiestry! Dyrygent spierał się zapewne z jednym ze swoich muzyków. Nieznany mi instrument dęty tego drugiego omyłkowo wziąłem za laskę.

Wokoło zebrał się spory tłumek podjudzający starców do walki. Musiałem położyć kres temu sporowi. Przepuszczenie okazji na zapoznanie takich osobistości byłoby grzechem. Gdybym tak jeszcze przekonał ich do swoich racji…

Przepchnąłem się między kilkoma bosymi hobbitami, co było stosunkowo nietrudne, zważywszy na to, jakimi pokurczami się urodzili. Gorzej poszło z podpitymi półelfami, ale jakoś się przełokciowałem i wybiłem z kręgu gapiów.

Podchodząc do zwaśnionych, poczułem niespokojny ruch nut w sakwie. Reagowały tak zawsze na magię w pobliżu. Nie przejąłem się ostrzeżeniem, zaślepiony żądzą krzewienia swoich idei. Ci dwaj tutaj musieli być bardzo inteligentni, nadawali się więc do moich celów. Nie znałem wielu wypowiadanych przez nich słów. Co nieco jednak zrozumiałem.

– Albusie, stój! Tyle lat byłeś czysty. Nie mogę ci na to pozwolić! – krzyczał ten z laską.

– Mithrandirze! Szary Pielgrzymie! To nie musi się tak skończyć. Pozwól mi wejść do tego lokalu po drugiej stronie ulicy. Jestem już stary, co ci zależy?

– Toż to palarnia opium! Tracisz po tym świństwie kontrolę nad mocą…

– Przepuść mnie, pókim miły! – krzyknął Albus i zdeterminowany ruszył na Szarego Pielgrzyma.

Szary uderzył laską o ziemię, grzmiąc:

– Nie przejdziesz!!!

Mglista fala uderzeniowa przewróciła tak dyrygenta, jak i mnie.

– Nie możesz każdego traktować tym samym tekstem! – Wnerwiony Albus podniósł się z ziemi.

– Panowie! Przestańcie! Porozmawiajmy o muzyce! O… – krzyczałem zrozpaczony. Gotowi się pozabijać,  nie posłuchali.

– Avada Kedavra!

Strumień zielonego światła wypadł z pałeczki dyrygenta. Odbiwszy się od instrumentu dętego, trafił mnie prosto w czoło, pozostawiając zygzakowatą bliznę. (Jej pozostałości mam do dziś.) Dostałem drgawek, wiłem się z bólu, a z ust ciekła piana.

– Opium pomieszało ci w głowie! Przeszedłeś na ciemną stronę mocy! – dobiegło do mnie jeszcze gdzieś z oddali.

Straciłem przytomność.

 

Fa

Wyrwany ze snu dzikim końskim rżeniem, doznałem palpitacji serca. Zdaje się w boksie obok mojego, jeśli zajmowany chwilowo zwierzęcy boks mogłem nazwać “swoim”, ogier ochoczo pokrywał klacz. To tłumaczyło dwie rzeczy. To, że się zbudziłem i istotę rżenia. Nie tłumaczyło natomiast, jak znalazłem się w obecnym położeniu. Głowa pulsowała tępym bólem. Kac to, czy ktoś mi wpieprzył? Co za różnica?

Tytanicznym wysiłkiem oporządziłem się, by móc wyjść do ludzi. Świat czekał przecież na Wiktora – geniusza. Muzycy oczekiwali oświecenia. Musiałem im tylko wytłumaczyć pewne kwestie.

Jestem Wiktor, jestem zwycięzcą. Powtarzałem sobie przeczytane gdzieś słowa niczym mantrę, spacerując już ulicą otoczony zgrają pijanych muzyków.

Pośród gwaru i zgiełku rozbawionej gawiedzi w oczy rzuciła mi się zielona plama na tym kolorowym krajobrazie. Facet za nic miał całą tę fetę i stał spokojnie z kijem zarzuconym na ramię. Na końcu badyla leniwie kołysał się zawieszony tobołek. Człek ten spokojnie przeżuwał źdźbło trawy, a zieloną spiczastą czapkę wieńczyło zatknięte na boku ptasie pióro. Półprzytomnym wzrokiem błądził gdzieś pośród ludzi, dostrzegając to, czego oni, podchmieleni i krótkowzroczni, uświadczyć nie mogli.

Oczywiście patrzył na mnie! Bo to przecież mnie nie dostrzegali inni. Od razu wiedziałem, że muszę się z tym osobnikiem zbratać. Podszedłem czym prędzej się przywitać.

– Witaj! Witaj, nieznajomy! Włóczący kij z tobołkiem. – Palnąłem naprędce jak głupiec. Tamten się jednak nie zraził.

– Witaj, przyjacielu! Człowieku z magicznymi nutami.

Poczułem się nieswojo. Skąd wiedział o zawartości mojej sakiewki? Zanim zdążyłem o cokolwiek spytać, zielona plama znikała już w tłumie. O mało go nie zgubiłem, przeciskając się przez zgraję małych białych trolli.

W ten sposób zawiódł mnie do palarni opium…

Usadowiliśmy się wygodnie, a dziewki służebne szybko uwijały się wokół nas. Grzecznie podziękowałem, bo opium nie popalam. Mój nowy towarzysz wyglądał za to na zawodowego palacza. Od razu wiedział, co robić. Miałem tylko nadzieję, że ma czym zapłacić.

Przy sąsiednim stoliku zasiadał przystojny jegomość odziany w kolorowy kubrak o bufiastych rękawach i koronkowych mankietach. Za nic mając sobie innych, głośno kokietował służki. Prawił im fantazyjne, perwersyjne komplementy.

W pewnym momencie ten nasz sąsiad złapał jedną z dziewek za pupę, a ta krzyknęła i uciekła. Powtarzał to za każdym razem, gdy któraś z dziewczyn znalazła się w jego zasięgu. Postanowiłem to zignorować, jednak mój kompan był najwidoczniej dżentelmenem i takiego zachowania nie tolerował. Odwiązał tobołek od kija i przywalił badylem rozwiązłemu facetowi po rękach.

Tamten odwrócił się, krzycząc z bólu, a mnie zamurowało. Toż to był…

– To wicehrabia Julian de Lettenhove, znamienity bard i trubadur – wyszeptałem. Rozejrzałem się i dostrzegłem także jego białowłosego przyjaciela zmierzającego teraz w moim kierunku.

– Uciekajmy! – zakrzyknąłem, zerwałem się z miejsca i ręką chciałem pociągnąć włóczącego kij ze sobą.

Namacałem tylko powietrze. Nawet nie zauważyłem, jak się ulotnił. Oparty o krzesło spoczywał tylko jego patyk. No to wpadłem.

– Zadarłeś z niewłaściwym bardem, chłoptasiu. – Białowłosy złapał mnie jedną dłonią za szyję, a drugą zaciśniętą w pięść zamierzył się na moją szczękę.

– To nie tak! – krzyczałem. – Ja tylko chcę porozmawiać o muzyce. Był tu ze mną taki jeden, o! To jego kij! – Złapałem za badyl, co mój oprawca wziął za próbę kontrataku i przyładował mi w gębę… Po czym odepchnął półprzytomnego na podłogę.

– Przyjacielu – rzekł do trubadura. – Zawsze pakujesz mnie w kłopoty…

Dalej nie usłyszałem, bo zbiegły się dziewki, a z nimi dwóch pachołków. Nie ucieszyli się na wieść, że nie mam czym zapłacić za opium mojego kompana. Stłukli mnie do nieprzytomności.

 

Coda (epilog)

 

Sprawa została przegrana.

Tak mogłoby się wydawać. W rzeczywistości ja – geniusz – Wiktor – skazany na sukces – ten sukces odniosłem! Nie inaczej! Zaraz po zjeździe muzykantów udałem się do miejsca, w którym miałem zakończyć moją historię. Tak jak obiecywałem w przygrywce, była to Wyższa Szkoła Muzyczna imienia Janka Muzykanta.

Poprzednia wizyta w tym miejscu do najprzyjemniejszych nie należała. Ani do udanych. Tym razem miałem plan.

Zaznajomiony uprzednio olbrzym (me pośladki wciąż świeciły fioletowymi siniakami) pełnił straż przy wejściu. Przyjrzał mi się badawczo i nachylił do czoła. Już myślałem: ponowne spotkanie z siedmiomilowym obuwiem jest nieuchronne.

Nic bardziej mylnego. Zobaczywszy bliznę nad brwią, wielkolud ucieszył się! Pomylił mnie z jakimś swoim kumplem-niby-czarodziejem i wpuścił bez ogródek do środka. Wolałem nie testować jego spostrzegawczości i szybko się oddaliłem.

Udałem się do recepcji. Audiencję u radnych szkoły umówiła mi sekretarka o wdzięcznym imieniu Catti-brie. Kilka komplementów i prezent w postaci onyksowej pantery potrafiły zdziałać cuda. Wypytywany skłamałem, że nabyłem figurkę u podróżnego handlarza. Odwołała spotkanie z niejakim Wolfgangiem i święta trójca przyjęła mnie tego samego dnia.

Plan na spotkanie był prosty. Musiałem przekonać trzy osoby. Maga, krasnoluda i wampira (wampiryzm ostatniego odkryłem przypadkiem, na przesłuchaniach. Zauważyłem, że nie posiadał odbicia w moim lusterku).

Z magiem poszło jak z płatka. Powołałem się na znajomości z dyrygentem Albusem. Choć upierał się, że właściwy jest tytuł nie dyrygenta, a dyrektora jakiejś tam szkoły – tym lepiej dla mnie.

Następnie postraszyłem radę, iż mój serdeczny przyjaciel Tharin wpadnie z całą swoją bandą, dzierżąc dębową tarczę, i zrobi im rozpierduchę. Jeżeli mnie odrzucą.

Zasiadający w trójcy krasnolud, w którego ten argument celował, zakwestionował tę przyjaźń słowami:

– Ty, człowieku, miałbyś być, jak to określiłeś, serdecznym przyjacielem Tharina? Ha! Nie masz na to dowodów!

– Tak się składa, że ostatnio piłem w doborowym towarzystwie całej kompanii! – zagrzmiałem. – Kolejno z Brimirem i Blainem, Motsognirem noszącym miano najpotężniejszego ze wszystkich krasnoludów, z Durinem, drugim w mocy, z Nyiem i Nithiem, z Northrim i Suthrim, z Austrim i Vestrim, a na Nyrirze i Nyracie kończąc – wyrecytowałem.

Krasnoluda zamurowało. Drugi punkt dla mnie.

Wampir, najstarszy z całej trójki, spoglądał na mnie badawczo. Moją taktykę dawno już odgadł i spokojnie oczekiwał, jakiego haka, czy raczej: jaki zaostrzony osinowy kołek przygotowałem na niego. Przekonałem krwiopijcę kilkoma zdaniami:

– Nie przybyłem dzisiaj sam. Przed szkołą oczekuje mnie znamienity trubadur większości znany pod pseudonimem, jednak wam zapewne nazwisko de Lettenhove zapali odpowiednie lampki. Tak się składa, że towarzyszy mu białowłosy przyjaciel. Całą drogę narzekał na brak pracy…

Szach i mat. Finito.

Szybko obwołano mnie geniuszem i zaakceptowano muzyczne koncepcje. Wywalczyłem niniejszym swobodę, w dopuszczalnych przez kompozytora granicach, w interpretacji utworów muzycznych! Nowy kierunek w muzyce nazwano na cześć mojego nazwiska.

 

Podpisano,

Wiktor Aleator.

Zwycięzca.

 

P.S.

Jeszcze o mnie usłyszycie!

Koniec

Komentarze

– Witaj! Witaj, nieznajomy! Włóczący kij z tobołkiem. – Palnąłem naprędce jak głupiec. Tamten się jednak nie zraził.

Zastanawiam się nad tym “palnąłem”. Wydaje mi się, że to czynność gębowa, więc powinna być z małej litery, ale to tylko takie moje spostrzeżenie.

Fajne i lekkie opowiadanie. Podobało mi się po dniu pełnym psychicznych i umysłowych problemów. Dodatkowo uwielbiam teksty, które pisane są w trochę innej formie, niż zazwyczaj. Chociaż trzeba przeczytać całość, by epilog nabrał sensu, to jednak środek można czytać w dowolnej kolejności! Po krasnoludach, Gandalfie i Albusie wiedziałam, że będzie Jaskier i w sumie “Fa” było najlepsze :>

Co do znaków – przyznaj się, że specjalnie ciąłeś tak tekst, by wyszło te 19999. No chociaż kropkę byś wstawił czy coś… : )

 

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

Polecam autora, wspaniały człowiek i twórca. Ma przyjemny styl i lekki. Poza tym jest niezwykle pomocny i pozytywnie nastawiony. Co zaś się tekstu tyczy, to niezwykle radosny i ładnie napisany. Boże! Ja się zaraz rozryczę, ponieważ tak wiele tu na portalu wspaniałych ludzi!

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

No cóż, opowiadanie zmęczyło mnie nieco. Jak na mój gust jest zbyt chaotyczne, a jednocześnie monotonne – nie dzieje się tu zbyt wiele poza piciem, usiłowaniem zabłyśnięcia, przyjmowaniem razów i budzeniem się w stajni. Dość złudna jest wartkość akcji. Galeria postaci znanych skądinąd czyni sztuczny tłok, niewiele wnosząc do opowiadania.

 

Po­rząd­ko­wy stał zaraz przy sce­nie dzier­żąc długą za­krzy­wio­ną na końcu laskę. O jej prze­zna­cze­niu prze­ko­na­łem się, gdy wy­stę­pu­ją­cy przede mną gra­jek jed­nym susem wsko­czył na scenę i roz­po­czął rzę­po­le­nie na uku­le­le. Znik­nął ze sceny rów­nie gwał­tow­nie… – Powtórzenia. Dwa zdania później znowu dwukrotnie jest scena.

 

za­śle­pio­ny rzą­dzą krze­wie­nia swo­ich idei. – …za­śle­pio­ny żą­dzą krze­wie­nia swo­ich idei.

Sprawdź znaczenie słów rządzący/ rządzą.

 

mój kom­pan był naj­wi­docz­niej dżen­tel­me­nem i takie za­cho­wa­nie mu uwła­cza­ło. – Zachowanie jegomościa nie uwłaczało kompanowi, mogło uwłaczać dziewkom.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie będę się rozpisywał, bo że nie przypadło do gustu, to raczej nie wina autora. Z tekstami nastawionymi na humor trzeba się wpisać w poczucie czytelnika. Chyba.

Parodia jak dla mnie nieco zbyt nachalna i próbująca korzystać ze zbyt wielu motywów jednocześnie. Doprowadziło to do końcowego wrażenia, że całość to takie zbieranie itemkow do final questa (wybacz porównanie :P). Które to itemki wykorzystane na sam koniec, przypominają swoistą deus ex machinę bez głębi (ten olbrzym i blizna… mamma mia, o ile pojedynek magów można by jeszcze jako tako uznać za zabawny, to tutaj dłoń ma przywaliła w czoło me). Bo skoro już się budowało poprzednie sceny, to wypadałoby z jakimś sensem je wykorzystać. A tak z absurdu wynikł absurd, a w czytelniku zanikło przywiązanie do linii fabularnej (i tak bardzo wątłej).

I to nie jest tak, że ja parodii nie lubię. Było przecież tutaj na forum (chociażby w ramach konkursu między innymi – zwycięskie, jeśli dobrze pamiętam, dotyczące Zmierzchu to było mistrzostwo) kilka tekstów naprawdę znakomitych, gdzie parskałem śmiechem jak głupi. Tutaj zabrakło mi chyba inteligentniejszego dowcipu.

Mówiłem, że nie będę się rozpisywał? Zakłamany, marudny Słowik D: .

 

Powodzenia przy następnych tekstach.

Dzięki za komentarze :) Odpiszę porządniej z komputera, bo telefon odmawia wstawiania akapitów.

Lano cieszę się, że tekst umilił Ci wieczór.

Wilku nie przesadzaj, ale dzięki za reklamę.

Reg. wybacz, że tekst Cię zmęczył, tego nie zamiarowałem. Cieszę się jednak, że łapanka nie za długa.

Słowiku i dobrze, że się rozpisujesz, autorzy lubią długie komentarze :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mytriksie, ależ nie ma co wybaczać! A, jak napisałam, zmęczyło tylko nieco, nie całkiem. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uważam, że paskudne hasło Ci się trafiło. Jedno z tych, których sama strasznie nie chciałam. Już bym wolała to nieszczęsne “a”. Ale może to wynika z mojej awersji do muzyki.

Początkowo natłok postaci zapożyczonych z innych uniwersów mnie irytował, ale w finale okazało się, że jednak czemuś służyły. Nietypowe tytuły na plus. Możliwość zmienienia kolejności też fajna.

Nie przejąłem się ostrzeżeniem, zaślepiony rządzą krzewienia swoich idei.

Ojjjj.

Babska logika rządzi!

Oj tam, te zapożyczone postaci mogłyby być moim kreacjami ale zdecydowałem się na ten zabieg, ku radości czytelnika, aby mógł pobawić się w rozpoznawanie znajomych bohaterów.

Taka forma zabawy, zresztą podobnie z tą dowolną kolejnością (przy okazji dodatkowe nawiązanie do hasła z wykorzystaniem struktury opka).

*Żądzę poprawiłem :) Cieszę się Finklo, że znalazłaś plusy. A co do hasła to ja sam podałem takie numerki i mnie dopadły :D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

@ Reg. – Na wartkość akcji nie stawiałem, starałem się by opowieść Wiktora płynęła naturalnie, tak jak chciał ją opowiedzieć. W procesie betowania usłyszałem, że “nie ma wybuchów i fajerwerków”.

Monotonia była częściowo zamierzona – ciągłe budzenie się w stajni, to motyw mający budzić skojarzenia z “Dniem świstaka”. Usiłowanie zabłyśnięcia, no cóż, nie moja wina, że bohater ma bzika na tym punkcie. ;-)

Picie i zbieranie łomotu natomiast łączyło logicznie Do, Re, Mi, Fa niezależnie od obranej kolejności czytania (Mam nadzieję, że wykorzystałaś możliowść przeczytania w dowolnej kolejności ;)).

Chaotyczność wzbudziły pewnie te cztery samodzielne fragmenty, co jest poniekąd zamierzone – jak najbardziej zgodne z hasłem. Które to hasło próbowałem wykorzystać w dwóch płaszczyznach: 1) Obierając taką strukturę opowiadania (z rondem), 2) w samym tekście jako główny punkt fabuły. Być może nastąpił przerost formy nad treścią. Chciałem By mimo wszystko czytało się lekko i niezobowiązująco.

Znane skądinąd postaci, co napisałem w komentarzu wcześniej ale się powtórzę (ze względu na  wksazane mi przez Ciebie powtórzenia w tekście :D ), tak więc ci znani bohaterowie są dodani jako forma zabawy dla czytelnika czy też mrugnięcie do niego okiem. Celowo są to postaci raczej płytkie i mógłbym je zastąpić swoimi kreacjami, no ale taką miałem koncepcję. Moim betom przypadła ona do gustu, szczególnie SamotnemuWilkowi (może to ze względu na wiek?), choć i cobold dobrze się bawił. No ale bety jeśli zechcą wypowiedzą się same :P

Się rozpisałem. Niemniej tekst powinien bronić się sam i jeżeli się nie broni to znaczy, że coś nie gra :)

 

@SamotnyWilk – Za reklamę już Ci podziękowałem :D, fajnie, że są ludzie jak ty, młodzi, ambitni i nie wstydzący się wyrażania emocji :)

 

@Mały Słowik – Sam się czasem zastanawiam, czy humorystyczne opowiadania, nie śmieszą bo są źle napisane czy to kwestia gustu. Albo jedno i drugie po trochę. Czemuż by nie zbierać itemków do final questa? Skoro tekst odbierasz jako parodię to ta koncepcja się w to wpisuje. Sprowadzenie fantastyki do liniowego w fabule RPG, jest trochę prześmiewcze :) Niemniej doceniam Twój komentarz i uwagi :) Chyba przyszła dla mnie pora napisać tekst niehumorystyczny.

 

Pozdrawiam, dzięki za opinie i czekam na kolejne :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Sam sobie zgotowałeś taki los? Masochista… ;-)

Babska logika rządzi!

Nie wypada mi chwalić opowiadania, w którego betowaniu brałem udział. Z drugiej strony nie wypada też odwracać się plecami do dziecka przy którego narodzinach (choć nie poczęciu) było się obecnym. Chciałbym zatem podzielić się swoją pierwszą refleksją, którą przekazałem Mytriksowi po zapoznaniu się z roboczą jeszcze wersją opowiadania.

 

Hasło, które trafiło się autorowi, należało moim zdaniem do tych ciekawszych. Niezależnie od tego, Mytriksowi udało się bardzo zręcznie je wykorzystać, angażując nie tylko treść ale i strukturę opowiadania. Gra formalna wiążąca utwór literacki i muzyczny wypadła bardzo zgrabnie. Z muzyczną tematyką dodatkowo współbrzmi niefrasobliwość i lekkość przedstawionej historii. No dobra, ginie jeden mroczny elf, ale ponieważ i tak go wcześniej nie znałem, specjalnie mnie to nie zasmuciło ;-)

To ten mroczny elf jest sławny? Psiakość, tak podejrzewałam, że nie rozpoznaję wszystkich… ;-)

Babska logika rządzi!

Cześć.

Na życzenie Mytriksa.

Tekst nie trafia w rodzaj mojego humoru. Cenię sobie absurd (nie mylić z głupotą i naiwnością), cenię udane śmieszne dialogi (czyli raczej inteligentne) i pasujące do dialogów wyrazy twarzy.

Według mnie najśmieszniejsza komedia na świecie to “Shaolin Soccer” (i samo zakończenie, czyli napisy, bajki “W głowie się nie mieści”).

Najśmieszniejsze anime na świecie to Gigi (albo Gigi la Trottola) z polskim lektorem. Lawina absurdu.

Tu było tak popularnie zabawnie, czyli dla mnie niezabawnie. Nie wiem, ile było nawiązań do postaci literackich/filmowych, imiona nie zdradziły mi nic, więc i tu nie mogłem się zachwycić.

Było dobrze. Lubię absurdalnie.

 

Za to klasa, z jaką odbywało się to “betowanie”, zachwyciła mnie. Żywię szczery szacunek do Mytrixa i pozostałych współtwórców tego dzieła za ich postawę i sposób przekazywania swoich myśli. To było takie, jakie powinno być zawsze. Dzięki.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Coboldzie dzięki za miłe słowa. // O mrocznym elfie powiem tylko, że książki z jego udziałem (kilkanaście) bodajże wszystkie trafiły na listę bestsellerów Timesa. Sam posiadam kilka a nabywałem je nastolatkiem będąc w Empiku. Cobold też musiał go googlować, SamotnyWilk wiedział od razu.// Piotrze, dziękuję za komentarz. Cieszę się, że tak pozytywnie odebrałeś betę. Co do "Shaolin Soccer" – też uwielbiam ten film! Wymienionego anime nie znam. Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

@ Lana – Przyznaje się, że specjalnie ciąłem tak tekst, by wyszło te 19999 :D // Jak byście mieli ochotę to wymieńcie postaci, które rozpoznaliście czytając, jestem ciekaw, czy któryś bohater sparwił problemy ;)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Przeczytałem. Już przy pierwszym rzucie oka spodobała mi się struktura (przygrywka, do re mi fa, coda). A ten środek z dowolną kolejnością czytania – świetne! Całość przypominała mi różne “chwyty” z filmów. Pierwsza scena jest oderwana od reszty. To taki epizodzik pokazujący bohatera, a także – jak się okazuje później – mający związek z resztą opowiadania. Taki schemat występuje choćby w filmach o Bondzie, gdzie zawsze zaczyna się od takiej krótkiej akcji. Czyli to na plus. Potem to budzenie się w różnych miejscach i powtarzająca się historia… Nie zmęczyło mnie to ani trochę, bo nie było rozwlekłe. Intrygowało mnie, jaką rolę będzie odgrywała fantastyka. Zdziwiłem się rozpoznając Drizzta! Z występów pozostałych postaci najbardziej podoba mi się wprowadzenie Gandalfa i Dumbledore’a, gdzie na początku wzmianki o nich piszesz, że jeden miał coś wyglądającego jak laska, a drugi coś wyglądającego jak różdżka. Taki zabieg zaangażował moją wyobraźnię, co także jest na plus. Zakończenie też dało radę. W sumie nawet mógłbym się doszukiwać drugiego dna historii o znajomościach. Tak jakbyś puszczał oko do czytelnika, bo przecież też bazujesz na znajomościach – na znajomościach innych postaci. Więc to wszystko na plus. 

 A co na minus? Po prostu mogłoby być lepiej. “Wiktor” to lekka historia i niewiele więcej. Wywołała uśmiech (a to i tak spore osiągnięcie, bo nie był to uśmiech politowania; a przy słynnym cytacie Gandalfa się zaśmiałem), ale nie wywołała wielkich emocji. Napięcia jakiegoś szczególnego też nie ma. Język nie porywa. Pomysłów na smaczki mogłoby być więcej; mam na myśli coś w stylu Austriego i Vestriego. 

Ogółem: jest dobrze. Ćwicz dalej, żeby było coraz lepiej. 

funthesystem – Dzięki za opinię! Zacznę od końca, ćwiczyć dalej jak najbardziej zamierzam, a że mogłoby być lepiej nie wątpię, choć na chwilę obecną, przy ograniczeniu znaków i czasowym, a także na mój obecny warsztat jestem zadowolony. Oczywiście postaram się by przy następnych tekstach było lepiej.

Cieszę się, że odnalazłeś plusy, w zastosowanych przeze mnie rozwiązaniach.

Z tymi znajomościami to (niestety) Wiktor musiał łgać na końcu jak najęty, ale trzeba sobie umieć w życiu poradzić :)

Northri, Suthri, Austri i Vestri – jak być może wiesz to nazwy kierunków świata, Północ, Południe, Wschód i Zachód. Cały fragment z imionami zapożyczony jest z “The Poetic Edda: Voluspo” – czyli sięgnąłem do tego samego tekstu, z którego korzystał Tolkien kreując świat Władcy Pierścieni. Prawdziwa perełka nordyckiej mitologii.

 

Dzięki za poświęcony czas!

Póki co to Twoja i LanyVallen są najbardziej pozytywnymi opiniami (nie wliczając betujących).

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dobrze się bawiłem, więc co miałem się czepiać ;) Czasem lepiej jest wskazać dobre elementy, żeby potem autor o nich nie zapomniał przy kolejnych próbach. A jak niekiedy ktoś walnie komentarz w stylu  lakonicznego “nie podobało się”, to przy następnym podejściu nieszczęsny grafoman będzie starał się za wszelką cenę napisać inaczej i okaże się, że wyszło mu jeszcze gorzej, bo nie dość, że nie poprawił złych elementów, to na dodatek zgubił te dobre. Warto wiedzieć, co sprawia, że tekst się podoba. Oczywiście żadna teoria nie zastąpi wyczucia; ono przychodzi z czasem wypełnionym ciężką pracą. Także pozdrawiam :)

Bardzo przyjemne opowiadanie. Parę razy się uśmiechnąłem (zwłaszcza przy Albusie i Szarym Pielgrzymie). Czytało się płynnie i bardzo ciekawy układ. Ogólnie duży plus ;)

...bo wiosło było za długie.

Dzięki za opinię Sarmato :) (Dobrze, że laska Szarego Pielgrzyma nie była za długa ;) ) Fragment z tymi dwoma panami najczęściej wzbudza uśmiechy : )

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Mam kropka! To jest mój pierwszy kropek!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

A o co chodzi z tym kropkiem?

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Cień Burzy, kiedy juroruje, po przeczytaniu tekstu wstawia kropkę. Nikt nie wie dlaczego. :-) Dopiero po ogłoszeniu wyników pokazują się komentarze rozbudowane jak uczciwy cumulonimbus.

Babska logika rządzi!

A Gravel pisze Przeczytane. – tak bez uczuć. ; ( A kropek to ma uczucia!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Zgadzam się – w końcu milczenie jest złotem :) Ta kropka wyraża więcej niż tysiąc słów…

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

Lubię absurd i fantastyczne parodie, jednak ta mnie lekko zmęczyła, choć było kilka mocnych, zabawnych momentów (nieoryginalnie wymienę pojedynek Dumbledore’a z Gandalfem ;). Generalnie irytował mnie główny bohater, więc postacie przewijające się w tle nie dawały rady go zagłuszyć i rozgrzeszyć w moich oczach… Niemniej, spędziłam miłe kilka-kilkanaście minut na lekturze ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

w takim malym kropku nie ma miejsca na uczucia. za to "przeczytane" jest dlugim slowem – miesci w sobie cala game emocji.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

"Przeczytane" to brzmi tak intrygująco. Widząc to słowo czuję oddech grabarza na plecach.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Bemik kiedyś dawała serduszka. To dopiero rozbuchanie emocji! ;-)

Babska logika rządzi!

Informuję autora, że zapoznałam się z jego opowiadaniem, a to czyni je przeczytanym

<3 

, (żeby nie było, że nic od siebie nie dodaję)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Ho, ho! Ależ kumulacja! Wiktor podbił serce Jurorki! ;-)

Babska logika rządzi!

Dupcium, Gravcium. Przecinki, tj. Kropki z ogonkami, też zdarzyło mi się już rozdawać (choć sporadycznie), więc dodaj od siebie co innego (dwukropki, wielokropki, średniki, i inne takie też były ;).

I nieprawdą jest, że Kropeczka nie ma w sobie miejsca na uczucia. Jest mała, bo jest mała, ale to taka mała nieskończoność, mogąca wyrażać absolutnie wszystko. Natomiast “przeczytane” to przeczytane. Tyle w tym sensu, ile widać na pierwszy, drugi i setny rzut oka (ewentualnie innego organu): Informuję autora, że zapoznałam się z jego opowiadaniem, a to czyni je przeczytanym. Nic dodać, ciut ująć.^^

Wiktor natomiast dostał w tubę chyba o raz za mało…

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dobra, to pójdę śladem Gandalfa i zacznę autorom wycinać “G” na drzwiach frontowych. Ale to może trochę potrwać. 

I właśnie kropek jest zbyt enigmatyczny. Wyraża wszystko, a zarazem nic. Ot, wpadasz, rzucasz kropkiem, a skąd autor ma wiedzieć, że palec Ci się nie potknął na klawiaturze?

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

A stąd choćby:

 

Cień Burzy, kiedy juroruje, po przeczytaniu tekstu wstawia kropkę. Nikt nie wie dlaczego. :-) Dopiero po ogłoszeniu wyników pokazują się komentarze rozbudowane jak uczciwy cumulonimbus.

/Fifi/

 

Jak widzisz, Kropeczka ma już status * (kropeczki z ramionkami), a jej legenda żyje własnym życiem. I właśnie na naszych oczach dociera do nowego pokolenia portalowych twórców. Co piękne jest, wzruszające i dobre.

Ale takie G też brzmi świetnie. Sam bym w nie zainwestował.^^

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ale geneza The Kropki nadal pozostaje tajemnicą.  Przy czym to chyba jedna z tych tajemnic, których nie powinno się odtajemniczać. Postawmy kropkę pod tym offtopem ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

(Nie żeby autor miał coś przeciwko offtopującemu jury pod jego tekstem ^^), Muszę sprawdzić czy mi G na drzwiach nie zastąpiło C+M+B ^^.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

O to mam już komplet jurkowego grafitti ;D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Przykro mi, Mytriksie, ale jakoś nie poczułam humoru z tego tekstu. Fajnie, że podszedłeś do tematu lekko, bo to jest trudniejsze niż śmiertelna powaga, ale nadal miałam wrażenie, że czytam zbiór żarcików o niczym. Może i dobrze ilustruje hasło, ale… ;)

Dzięki za komentarz :) z humorem tak już jest, że nie zawsze trafia w gusta. W każdym razie, dzięki za opinię, bo te są dla mnie cennymi wskazówkami. Pozdrawiam :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mnie tam rozbawiło. Nie, żebym ze śmiechu ulewał płyny ustrojowe którymkolwiek z przeznaczonych (ani tym bardziej nieprzeznaczonych) do tego otworów, niemniej – rozbawiło.

Tekst jest prosty, niemal – ale tylko „niemal” – prostacki, lecz mam wrażenie, że taki właśnie miał być, więc to nie zarzut. Postawiłeś na parodię, absurd i pastisz, fabułę traktując trochę po macoszemu, głównie jako nośnik poszczególnych scenek-gagów. I to nawet, nawet zadziałało. Choć ciągłe pobudki Wiktora z początku były trochę irytujące, a potem ciut już nużące – generalnie nie jestem zwolennikiem idiotów; a takim mi się mienił bohater… aż do finału – każda poszczególna jego przygoda miała jakiś swój przaśny urok. Wplątanie różnych znanych i fajnych bohaterów też na plus – zawsze się zastanawiałem, jak wyglądałoby spotkanie Gandalfa z Albusem, i teraz już wiem^^ – choć „wykorzystanie” ich w finale, mi nie podeszło. Pomysłowe i sprytne na tyle, że zweryfikowało moją ocenę samego Wiktora, ale zdecydowanie bardziej wolałbym, żeby zapożyczone postaci miały jakiś faktyczny, a nie tylko pretekstowy, wpływ na jego sprawę. Prawda jest taka, że bohater równie dobrze mógł wcale albo niemal wcale nie zetknąć się z żadnym z nich, a i tak sprzedać gremium swoją bajeczkę. I to słabe jest trochę.

Generalnie jednak jestem kontent z lektury.

Warsztatowo eleganio – się nie czepiaju niczego (choć może po trochu z lenistwa) – a swoje hasło wykorzystałeś świetnie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Toż to ja na Cieniowy komentarz oczekiwałem i mi się ręce spociły jak ujrzałem żółtą gwiazdkę z ostatnim komentarzem od Cienia :D Niemniej ja z komentarza jestem kontent bo przejrzyście wyraża co gra a co nie gra :) Miło, że tekst się w miarę obronił. Dobrze zauważyłeś, że prostackość jest zamierzona (bo wynikała z 1osobowej narracji bohatera, zamiast narratora). Z ciągłym budzeniem się, to było ryzyko albo się uda, albo czytelnika szlag trafi ^^ Trochę mnie limit znaków ograniczył z zakończeniem ale chyba nie czułem się na siłach mieszać tam znanych bohaterów bojąc się o kiepskie ich odwzorowanie. O ile w krótkich scenkach nie musisialem kłaść na ich autentyczność dużego nacisku, o tyle złożone relacje bohatera z postaciami legendarnymi budziły moją trwogę i brak wiary w warsztat. "Warsztatowo eleganio" – to zasługa betaczytających. Cieszę się, że trochę rozbawiłem a i że wykorzystać hasło się udało. Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

A ja się cieszę, że nie taka Burza straszna, jak Cienie szepczą. I sorry za ten limit. Mi, jako Jurnemu się co prawda przysłużył, ale, generalnie, nasze relacje nie są zbyt przyjacielskie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Teksty humorystyczne mają to do siebie, że albo trafią, albo nie. Mnie nie trafiłeś. Takie przaśne dowcipasy trzeba lubić, a absurd absurdowi nierówny. W przypadku Twojego tekstu szybko stał się nużący i chociaż zwykle lubię nawiązania do literatury i mrugnięcia do czytelnika, to pojedynek Albusa z Gandalfem zupełnie do mnie nie przemówił. Wygląda, jakbyś panów wrzucił do opka ot, tak, żeby fajniej było, +1000 do zajebistości. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Witaj Grav, dzięki za komentarz. Z ryzykiem nie trafienia się liczyłem :)

 

Ale żeby tylko + 1000 do zajebistości?

It’s OVER 9000!

A tak na poważnie  z tym, że może stać się nużący też się liczyłem, ale jak to mówią każdemu nie dogodzisz. Tobie się pojedynek tych panów (Albusa i Gandalfa) nie spodobał, a ja pozwolę sobie zacytować komentarz Cienia:

Wplątanie różnych znanych i fajnych bohaterów też na plus – zawsze się zastanawiałem, jak wyglądałoby spotkanie Gandalfa z Albusem, i teraz już wiem^^ – choć „wykorzystanie” ich w finale, mi nie podeszło.

(Nie odbierz tego jako atak na Ciebie bo Twoją opinię także szanuję)

 

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Luz. I się nie przejmuj moim grymaszeniem, jestem bardzo wybredna, jeśli chodzi o fantastykę humorystyczną ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Korzystasz z piórka pełną gębą :D?

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

A takie tam. Moje przychrzany. :P

 

– Nie potrzebuję rozgłosu. – (w)Wtrącił się elf zza moich pleców.

 

– D…Do’…en – (N)nie dosłyszałem odpowiedzi.

 

– Zepsułeś mój występ. Za karę wyskakuj z kasy – (E)elf wycedził do mnie, przykładając

 

Namacałem sakiewkę i podniosłem tak, by ją ujrzał. Ujął ją w ciemną dłoń i zabrał nóż z mego gardła. Zajrzał do sakiewki. – synonimy! (mieszka?)

 

Ocucił mnie fetor końskiego łajna. Leżałem sponiewierany w boksie dla konia

 

Rozsypałem po stole ożywione magią nuty z mojej sakiewki.

 

Stoczyłem jednak ten nierówny bój, na koniec zwróciwszy zawartość żołądka na dębową tarczę opartą o ścianę. Tharin nieźle się wściekł. – THORIN! Thorin miał dębową tarczę. A raczej kawałek gałęzi którym się osłaniał podczas bitwy o Morię.

 

Świadomość wracała do mnie powoli.

 

– Witaj! Witaj, nieznajomy! Włóczący kij z tobołkiem. – (p)Palnąłem naprędce jak głupiec

 

Skąd wiedział o zawartości mojej sakiewki? – A niby czyjej?

 

Usadowiliśmy się wygodnie, a dziewki służebne szybko uwijały się wokół nas. Grzecznie podziękowałem, bo opium nie popalam. Za to (m)Mój nowy towarzysz wyglądał za to na zawodowego palacza. Od razu wiedział, co robić.

 

Początek – super! Wybuch śmiechu. Potem coraz mniej.

Może nie załapałem konwencji, ale zdziwiło mnie pomieszanie fantasy z mitami judeo-chrześcijańskimi (proca dawidowa np.) czy odniesienie do słowiańskiego alkoholu. Ni jak mi nie pasowały. Absurd w tolerowanych dla mnie granicach, co się chwali.

Ogólnie przeczytałem bez bulu, ale spodziewałem się więcej po znakomitym początku. No cóż, nie można mieć wszystkiego. :)

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Witaj Zalth!

Budowa utworu wynika z wylosowanego przeze mnie hasła. Cieszę się, że początek przypadł do gustu :)

Co do uwag, przeanalizuję je w niedalekiej przyszłości (chwilowo cały wolny czas pochłania nowy tekst). Odniosę się jednak do konfrontacji THARIN – THORIN (oba są błędne :D)

Wiem, że Tolkien wybrał imię Thorin. Cytując za (tekst z którego czerpał Tolkien – staronordyckie wierzenia)

“THE POETIC EDDA

VOLUME I

LAYS OF THE GODS

p. xxx p. 1

VOLUSPO

The Wise-Woman's Prophecy”:

 

12. Vigg and Gandalf) | Vindalf, Thrain,

Thekk and Thorin, | Thror, Vit and Lit,

Nyr and Nyrath,– | now have I told--

Regin and Rathsvith– | the list aright.

13. Fili, Kili, | Fundin, Nali,

Heptifili, | Hannar, Sviur,

Frar, Hornbori, | Fræg and Loni,

Aurvang, Jari, | Eikinskjaldi.

Nie jest dla mnie jasne czemu Tolkien wybrał Thorina skoro powinien wybrać Eikinskjaldi’ego. Ja obrałem sobie Thrain’a, który w tekście stoi obok. Prawidłowo krasnolud ten to Eikinskjaldi – Ten z dębową tarczą.

From Old Norse eikinn (“oaken”) +‎ skjǫldr (“shield”), thus meaning "One with Oaken Shield"

Zresztą większość imion krasnoludów ma jakieś znaczenie:

Northri, Suthri, Austri, and Vestri ("North," "South", "East," and "West"), [fp. 7] Althjof ("Mighty Thief'), Mjothvitnir ("Mead-Wolf"), Gandalf ("Magic Elf'), Vindalf ("Wind Elf'), Rathwith ("Swift in Counsel"), Eikinskjaldi ("Oak Shield"), etc

Mnie rozwala Gandalf – krasnolud o imieniu Magiczny Elf, z którego Tolkien zrobił czarodzieja nie krasnoluda WTF :D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

O.K… Jag talar inte svenska…

 

A Gandalf, to jedno z wielu imion. Taka ksywka od ludzi. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ja też szwedzkim nie władam :P

Tylko polskim i angielskim… no i trochę (podobno nie najgorzej) po niemiecku (nada się, mieszkając w Niemczech :D)

 

:)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mnie się podobało :)

Przynoszę radość

Mnie jest miło :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nowa Fantastyka