- Opowiadanie: aarrttvvrr - Wielkie potwory małego człowieka

Wielkie potwory małego człowieka

4000 słów z hakiem. Nic się nie kończy, coś się natomiast zaczyna. Jeśli nie zdołacie przebić mojego optymizmu komentarzami z wątpliwą dozą respektu – przynajmniej do tej pracy – to napiszę coś jeszcze. Postacie są trzy, trzy perspektywy, które wiodą opowieść. Do całej trójki pasują wszystkie tagi, które wstawiłem. No i jest jeszcze magia, abstrakcyjna nauka, którą zmodyfikowałem kosmos. Zapraszam, sama prawda.

Oceny

Wielkie potwory małego człowieka

Wielkie potwory małego człowieka

 

Mędrzec wylądował wśród jasnozielonego mchu, złotych krzewów i purpurowych mgieł, okalających małą planetkę jak piórka pstrokatego ptaka. Przybysz wiedział, że skała tylko wygląda przyjaźnie. Na razie powierzchnia grzała przyjemnie, ale wszystko na niej i pod nią było nieprzewidywalne. Żadna, nawet najpłytsza rzeczka nie wiła się wśród intensywnych barw, bo ziemia głębiej niż kilkanaście centymetrów parzyła. Kałuże już dawno wyparowały od niespodziewanych wzrostów temperatur, nagle pojawiające się gejzery wrzącego powietrza wytępiły faunę. I choć kolorowa kula pomieściłaby mały las, żadne korzenie nie ścigały się w jej gorących podziemiach.

Zabójcza skała zieleni, żółci i różu unosiła się w kosmosie, obok tęczowych oparów, kilku innych miniaturowych planet i śnieżnobiałych kryształów wielkich jak domy. Abstrakcyjne obrazki oazy potworów przyciągały wielu ascetów, pustelników, myślicieli i samobójców. Ale nowy gość wśród mchów, krzewów i mgieł nie zamierzał umierać. Wszelkie chmury, głazy i kryjówki w gnieździe kosmicznych zwierząt, nenidusae, miały stać się jego domem.

Przybysz wyciągnął ze statku czterolitrowy, całkowicie pomarańczowy kanister, przezroczystą paczkę batonów z witaminami i mały plecak odrzutowy, który przyczepił metalowymi klamrami do swej luźnej, mlecznobiałej szaty. Odchodząc spod okrętu skinął ramieniem i jednostka momentalnie odleciała, barwiąc powietrze błękitnymi smugami.

– Jestem sam – pomyślał mędrzec, z ulgą kładąc się obok zbiornika z płynem i worka czekoladowych bloków energii. Purpurowa mgła otoczyła mu nogi, wysuwając gęste ramię w kierunku pępka. Po kilku sekundach leżał już w bordowym sarkofagu, oddychając tlenem anomalii i czując tą sprzeczną z nauką grawitację zbyt małej, spokojnej skały. – Jestem sam. Sam. Przestaje być.

Przybysz zakrztusił się i wstał, a różowa chmura rozpłynęła się przy pierwszym ruchu. Jedną ręką złapał za kanister, drugą chwycił paczkę z przynajmniej dwoma tuzinami batonów. Zaczął iść. Jego bose stopy miękko lądowały na puszystym mchu. Nie bał się stawać na złotych krzewach, które rozpadały się przy najsłabszym dotyku, wtapiając się w ziemię drobnymi listkami. Wiedział, że te rośliny badały go teraz, wysyłając informację do zbiorowej świadomości planety. Rozumiał, że gdy stanie się wrogiem, krzewy zalśnią metalem i trucizną, mech zacznie się lepić, utrudniając marsz i ucieczkę. Aż w końcu, w ostateczności, gorące jądro zagrzeje się trupami poprzednich ofiar, gotując ziemię i spalając żywcem niechcianego gościa. Na razie żył dzięki wierze umysłu kolorowej kuli. Wierze, że może ten mędrzec okaże się wartym życia w symbiozie z morderczą skałą.

Przysiadł obok większego zbiorowiska krzewów. Napił się trochę wody z ciężkiego kanistra. Zjadł gorzkiego batona. Przez chwilę zaczął myśleć nad czymś, zastanawiać się. Potem jednak wyciszył umysł, przetłumaczył język głosów w swojej głowie na inną mowę, na dialekt intuicji. Otworzył oczy i ujrzał przed sobą potwora, bestię. Istota zawieszona była w kosmosie, poza zasięgiem atmosfery kolorowej planety. Ogromny wąż, długi jak pociąg i pozwijany jak wstążka. Z mlecznobiałymi łuskami, muskającymi się nawzajem z niesłyszalnych brzdękiem. Zielone oczy gada wpatrzone były w mędrca, zadając niewypowiedziane pytanie.

– Nie wiem – odpowiedział człowiek. – To się okaże. Na razie mam przed sobą cel, drogę. I, śmiesznie to powiedzieć, pokłady rosnącego współczucia. Najchętniej bym z tobą posiedział, wiesz, wężu? Mam wizję, że zostalibyśmy przyjaciółmi. Ciekawe, prawda?

Bestia przekrzywiła głowę.

– Ale szczerze powiedziawszy, to nie wiem. Nie wiem, kim jestem.

– Dobrze – rzekł stwór w wyobraźni mędrca i odleciał, znikając za błękitną chmurą sekundę później i kilkaset metrów dalej.  

 

Charavasan  

Lata świetle bezmiaru kosmosu zmieniały statek w meteor, a niedługo później w małe, słabo migoczące światełko. Niebo kolonii na Aureliuszu Pegaza zdobiło coś, co jej populacja uznała za kometę. Niektóre oczy widziały gorejącą płomieniami skałę. Inne odciętą głowę, wypluwając ze zmasakrowanej szyi szkarłatną krew i mleczne kanonady kości. Natomiast źrenice za szkłem teleskopu ujrzały czarny okręt, coraz głębiej pogrążony w sieci błyskawic goniącego go tytana. Humanoidalny stwór lśnił kolorem mleka i śniegu, pędząc rozmiarem większym od najpotężniejszego pancernika jakiejkolwiek znanej floty. On i uciekający statek wyglądali razem jak słoń i mysz, nosorożec i nowonarodzony kot. Tysiące wystrzeliwanych, szkarłatnych laserów zdobiło drobny okręt jak igły jeżozwierza, jednak żaden szpikulec nie zdawał się ranić polującą bestię. Łowca na każdy intensywniejszy atak przekrzywiał tylko łeb lub falował szponami, tnącymi przestrzeń u końca luźno zwisających ramion.

Potwór zdawał się lecieć na brzuchu, sunąc przez atramentową przestrzeń jak po nieruchomej tafli wody. Ciało za głową frunęło bezwładnie, tylko paszcza wyciągała się na szyi, jakby tylko ją interesowało dzisiejsze pożywienie. Całkowicie czarne oczy bestii raziły pustkę kosmosu jak błyskawice, próbując sięgnąć uciekającą ofiarę samą mocą cienistych tęczówek.  

W galaktyce rzadko który człowiek mógł choćby przez chwilę popatrzeć na potęgę i czystą siłę ogromnego tytana, legendarnego drapieżnika kosmosu, króla nenidusae. Nieliczni zbadali wzrokiem jego kryształową skórę, mieniącą się odbijanym światłem gwiazd, wciąż podkreślając ulubioną barwę, czy to żółć, czy szarość czy heban. Płaszcz z błyskawic potwora nigdy nie został sfotografowany z bliska, wszelkie komputery i narzędzia psuły się przy wrzącej atmosferze bestii. Na palcach dłoni ślepego drwala można było policzyć kapitanów, którzy spojrzeli w odmęty oczu tej wspaniałej istoty i zwyciężyli z nią batalię. Na pewno żaden z nich nie władał tak małą jednostką, jaka teraz przecinała kosmos tuż przed pióropuszem ognia tytana i ukazując się na niebie Aureliusza Pegaza jako kometa.

Gdyby ktoś odważył się podlecieć do starcia na tyle blisko, by rozpoznać transmisje radiowe załogi uciekającego statku, usłyszałby głos samego Charavasana, Wilka Bożków. Obserwator zapewne zastanowiłby się, gdzie Char zostawił swój słynny piracki krążownik „Zaratustra” i dlaczego sprowokował do walki tak groźnego przeciwnika w zwykłej korwecie. W pobliżu batalii nie było jednak czasu na rozmyślanie, bo drapieżca zdawał się zbliżać do końca pościgu.

Tytan zaryczał bezdźwięczną wibracją, wręcz rozrywającą kosmos wokół siebie. Pancerz fregaty pękł w kilku miejscach. Dotąd zwykła zabawa zmieniła się w irytację i gniew, potwór stracił cierpliwość. Błyskawice eksplodowały, otaczając swego pana pulsującymi pierścieniami najróżniejszych barw. Różowe, zielone, czarne, szare, białe czy niebieskie pasy zaciskały się wokół kryształowego ciała bestii, tylko po to, by znów odsunąć się od niego na kilkadziesiąt metrów. Z paszczy tytana wychyliły się błękitne płomienie, coraz śmielej muskając biel bryłowatych policzków i czoła. Łowca do zwierzyny zbliżał się coraz bardziej. Transmisje radiowe zniekształconych głosów robiły się coraz częstsze i coraz krótsze.  

– Lordzie, błagam!

– Módlmy się do bogów, czeka nas zbawienie…

– Lordzie Char, silniki! Proszę!

– Lewa armata główna padła! Powtarzam! Lewa…!

– Ranny! Medyk! Prawa armata główna! Prawa armata!

– Lordzie…!

– Eh, proszę o ciszę. Modlitwy dotarły do mnie.

Eter ucichł. Nikt prócz kapitana nie odważył się wysłać już żadnego komunikatu. Mimo sekund oddzielających załogę od pewnej zguby, wszyscy wojownicy Wilka Bożków zamilkli. Po chwili głos Charavasana znów odwiedził tężejące powietrze na pokładzie:

– No, tak. Tak, tak. Nie jest najlepiej, to prawda. Docierają do mnie skargi najróżniejszego rodzaju. Prawda? Tak, tak, prawda. Tylko nie zrobię tego, zrozumcie. Można się pochlastać, słysząc te ciągłe marudzenie. Bla, bla, bla. „Lordzie Char! Aaaa! Proszę, pomóż!” Bla, bla. Nie ma litości, przykro mi. Nie ograniczę energii laserów by doładować silniki. Nie i kropka. Dlaczego? Już, chwila. Oficerze?

– Lord Char ma, oczywiście, rację! Ludzie, uspokójcie się! Jak potwór nie będzie podkręcony, to nie wskoczy za nami w tunel do „Kirke”. I z planu nici, rozumiecie? Więc jeśli można…

Nie dokończył. Transmisje znów zniknęły, tym razem to tytan był siłą sprawczą. Jego paszcza w przeciągu jednego oddechu wypluła strumień złotego ognia. Płomienie rozsiały się po całym pancerzu fregaty jak setka jesiennych liści, by po kilku sekundach eksplodować i wydrzeć małe kawałki metalowego mięsa ze słabnącej ofiary. Uciekający statek zwolnił, z jednej z większych przerw w pancerzu wypadło kilka sikających krwią fragmentów ludzkiego ciała. 

– Dobry strzał! Zaskoczył mnie, przyznam. Ehh… No, niestety. Tak, tak. Straciliśmy prawe działo główne. Przepraszam, armatę. Z tego co pamiętam, to i tak ktoś był tam ranny. Można powiedzieć, że zaoszczędziliśmy na pogrzebie. Heh. Oficerze?

– Lord Char ma rację, oczywiście. Tak! Nie martwcie się, zaraz uciekamy! Tak, zaraz będziemy włączać tunel! Spokojnie!

– Pomyślcie o nagrodzę, baranki. Ruszamy do niebios, prawda? Eh, mogłem nie brać nowicjuszy kultu, mogłem nie brać. Co to znaczy, że ja was mam do czegoś przekonywać? Nie rozumiem…

Tytan zawył i mimo że żaden dźwięk nie przeciął pustki kosmosu, cały statek znów zadrżał.

– Łapcie broń, baranki. Pierwsza drużyna abordażowa do ataku. Wykonać.

Mostek kapitański wystawał z płonącej korwety jak szklana kopuła świątyni. Tytan widział swymi bystrymi oczami stojącą w nim postać, przykrytą iskrzącym się złotem pola siłowego. Bestia zawarczała niezwykle niską tonią swego głosu. Dźwięk rozbiegł się tylko wewnątrz jej ciała, ale sam mrok tego aktu wzbudził nagłe, niespodziewane dreszcze wśród załogi okrętu. Rażące pustkę błyskawice nagle przygasły, ograniczając się do krótkich, płonących wstążek. Gdy barierę statku przestały nękać ataki, wtopiła się w ciemność otoczenia i odsłoniła kapitana. Oczy łowcy i ofiary spotkały się, badając rzeczywistość pod włosami z białych piorunów lub pod burzą granatowych loków. Tytan uśmiechnął się straszliwym łukiem marmurowych warg.

Charavasan pomachał do zbliżającej się bestii, marszcząc brwi i krzywiąc twarz. Z jakiś dziwnych przyczyn poczuł jej spojrzenie jako ciepło, złowieszczy wyraz twarzy potwora stał się wesołym. Mimo że tylko kapitan oglądał dzikość ścigającej ich istoty, wszyscy na statku znieruchomieli. Wśród ciągłych salw szkarłatnych laserów znalazła się chwila ciszy.

– Spokój – pomyślał Char, otwierając lekko usta i wyciągając ręce do śnieżnej bieli potwora.

Sekunda napawania się majestatem chwili minęła. Płaszcz błyskawic wybuchł ogniem, a umierająca korweta znów podjęła walkę setką wrzących laserów. Kapitan zaryczał śmiechem. Tytan wypuścił z paszczy ogień jak dym, pozwalając mu otoczyć swą szyję niczym szal. Drapieżnikowi brakowało kilkunastu metrów do zwierzyny, przy jego ogromie dystans wydający się być niczym. Szczęka bestii rozwarła się jeszcze bardziej, ukazując setki małych, srebrnych ząbków. Wysunął się wcześniej ukryty język, ciemnozielony i rozdwojony przy końcówce. Tygrysie uszy z białej kości zadrgały nad jaszczurzymi nozdrzami. Czarne oczy zalśniły odległą gwiazdą.  

– Wykonać, teraz – powiedział Char jakby do samego siebie. Ani głos, ani powieka nawet mu nie drgnęły.

 Z korwety wypadło pięć postaci, w białych kostiumach niemalże zlewając się z bestią. Morderczy wzrok tytana osłabł, na sekundę pokonany przez zdziwienie. Gdy drużyna abordażowa ominęła jego paszczę, potwór zwolnił, wykręcił szyję i pożarł ofiarę jednym ruchem szczęk.

– Jedz – pomyślał Wilk Bożków. – Ofiara dla bogów. A nagrodą jest nieśmiertelność.

Tytan znów spojrzał na korwetę, która zdołała uciec już na prawie kilometr. Wielka błyskawica przecięła pustkę, owijając się wokół twarzy potwora jak całun. Ryk bestii rozdarł uszy wyobraźni Charavasana. Wysoki sygnał niespodziewanie przebił tlen na mostku. Kapitan podbiegł do komputera wielkości sofy, wewnątrz jego czarnej skorupy błyskały granatowe ogniki źródła energii. Na panelu świeciło kilka jasnozielonych liter, formułując razem napis „Sukces!”.

– Oficerze – rzekł Char do mikrofonu przy karku, twarz rozpogadzał mu coraz szerszy uśmiech. – Co powiedziałeś drużynie abordażowej?

– Lordzie, tak! Udało się! Lordzie, potwór jest daleko za nami!

– Oficerze, pytanie?

– Lordzie, tak! Sukces! Ee, powiedziałem, że wysyłamy ich na najbliższą planetę. Że omijamy właśnie jakąś planetę. I tam ich wysyłamy. I że przeżyją, by opowiedzieć pańską, lordzie, ostatnią przygodę. Ludziom tej planety. To był chyba, ee, coś jak Aurelion… Taka jakaś nazwa. Ten, no… I mieli opowiedzieć ostatni kurs największego żeglarza!

– Fantastycznie, spisałeś się. Teraz słuchaj uważnie. Dobry oficerze, włącz teraz generatory. Będziemy ruszać przez tunel. Rozumiesz? To bardzo ważne, by wszystkie generatory pomalowane na ciemnoniebieski były włączone, dobrze? Ruszaj.  

Mostkiem zawładnęła cisza równa tej w kosmosie i przez chwilę zupełnie nic się nie działo. W oddali tytan próbował nadgonić stracony dystans, wbijając swoje straszne, czarne oczy w zwierzynę. Korweta dalej ciskała czerwonymi włóczniami, mimo że nie wyrządzały jakiejkolwiek krzywdy przeciwnikowi. Pustka wokół nich była przez moment pozbawiona gejzeru adrenaliny, desperacji i szaleństwa. Spokój znów wypełnił kałamarz atramentowej przestrzeni. Char stanął przy pancernej szybie, dotykając jej płaszczyzny nosem i opuszkami palców. Oglądał z fascynacją wściekłość drapieżnika, któremu uciekła zwierzyna.

– Mamy coś wspólnego, ty i ja – zaśmiał się kapitan. – Dzieci gwiazd, które między nimi znalazły wodopój. Niewyczerpywalną studnię bogactwa, mięsa i władzy. Jestem tytanem, a ty jesteś Charavasanem!

Komputer znów zaalarmował. Pirat z niezadowoloną miną podszedł do ekranu.

– Jest już, tak, oficerze?

– Lordzie, tak! Znów się udało!

– A więc sukces… – powiedział Char naciskając jasnozielony napis i wypowiadając hasło szeptem.

– Aktywacja tunelu czasoprzestrzennego – odezwał się wesoły, kobiecy i przepełniony pozytywną energią głos komputera. – Trzy, dwa i jeden, panie i panowie, witamy w niemożliwej niemożliwości!

Wnętrze korwety zawyło. Tytan zadrżał na całym ciele, jego kryształowe tętnice wypełniła elektryczność, mózg zagotował się substancjami. Czarne gałki oczne zaświeciły się krwawą furią i śmiercią odległych gwiazd. Pajęczyny błyskawic znów zlały się w szkarłatne, złote i pomarańczowe płachty szat i kapturów. Potwór rzucił się do przodu, w niesamowicie szybką chwilę nadganiając stracony dystans. Pustka za nim zdawała się zaginać, chylić czoła przed popisem. Już prawie zaciskał rzędy śnieżnych ząbków na metalu okrętu, już prawie połykał mostek w całości. Sekundy przed pewnym końcem Charavasana, przód korwety wystrzelił niepozorny promień barwy indygo. Niebieska strzała przecięła kosmos, z każdym kilometrem niknąc trochę, kawałek po kawałku. W końcu, gdy został z niej już tylko grot, jakby wpadła w studnię bezmiaru i zniknęła. Kapitan nawet nie obejrzał się na tytana. Wpatrywał się w punkt wśród pustki, który nagle zaiskrzył się białym ogniem. Pirat zaryczał śmiechem, a tlący się gorąc wybuchnął mlecznym pożarem. Po chwili ogień przeistoczył się w perfekcyjnie okrągły portal, nieskazitelny i jasny jak płatek śniegu. Okrąg był na tyle spory, że z łatwością zmieściłaby się w nim średnia stacja kosmiczna, a co dopiero tytan. Gdy potwór dojrzał biel wrót, korweta już przez nie przeleciała. Bestia bez zastanowienia skoczyła za zwierzyną, wiedziona gniewem i żądzą mordu, gotowa na prawie wszystko.

Podróż trwała krócej niż otworzenie paszczy czy zaciśnięcie szponów. Wszystkim, co tytan w trakcie niej dojrzał, był niekończący się, emanujący spokojem i ogarniający całe ciało strumień jaskrawobiałego płynu. Potem znów światem zawładnęła ciemność upstrzona małymi gwiazdami. Jednak tym razem wśród konstelacji tańczyła potężną, srebrną forteca.

Kosmiczna twierdza „Kirke” zalśniła czerwienią alarmu. Tkwiła po środku nicości jak księżyc wyłaniający się z oceanu czy tonący okręt wśród spokojnej tafli wody. „Tytan!”, krzyczał srebrny walec z przytwierdzonymi słupami najróżniejszych wielkości w przynajmniej kilkudziesięciu miejscach. Słupy zdobiące siwą powierzchnię były smoliste, wygięte i wyrzucające odpady przez szerokie otwory, tyczkowate i zwieńczone miedzianymi iglicami czy krótkie i grube z działkami i wyrzutniami rakiet. Tych ostatnich było najmniej, natomiast wszystkie wyposażono w liczne lampki, które teraz eksplodowały szkarłatem, różą czy purpurą sygnałów.

Kilkadziesiąt kilometrów od bryły fortecy zatrzymał się tytan, oceniając niebezpieczeństwo i wypatrując korwety, która zaprowadziła go w takie miejsce. Mały okręt przestał strzelać, zamiast tego ślad za nim urozmaiciła błękitna smuga dopalaczy i silników. Statek Charavasana pędził kilkukrotnie szybciej niż minutę i setkę lat świetlnych wcześniej. Tytan rozważał ponowienie pościgu, nieruchomo lewitując w atramentowej ciemności. Dosięgnęły go czerwone światła z odległej „Kirke”, farbując mleczną skórę krwią. Potwór zadecydował kiwając łbem, przez zaciśnięte zęby wypluł języki ognia. Błyskawice najróżniejszych kolorów okryły go jak tunika z wszelkich materiałów świata. Spojrzenie wybuchło nową siłą i bestia pofrunęła z zawrotną prędkością na fortecę.

Charavasan prawie przewrócił się ze śmiechu, ściskając kurczowo boki i drąc się jak alarmy na „Kirke”. Choć sekundowa podróż przez połowę galaktyki pozostawiła w nim głęboką spuściznę ciszy i spokoju, szaleństwo równie szybko znów przejęło prym w umyśle pirata.

– Oficerze! – zawołał jak wariat. – Oficerze! Aaa! Oficerze!

– Lordzie, tak! Monitory znów działają, widzimy wszystko! Sukces, lordzie Char! Jest najjaśniejszy pan geniuszem! Kochamy pana!

– Wiem, oficerze! Wyślij sygnał do „Zaratustry”. Wysyłaj, pewien bożek musi umrzeć. Ha, to było dobre akurat…

– Tak jest, lordzie, dziękuje! Dziękujemy! Jest pan najwspanialszym z panów, najwybitniejszym z umysłów! Dziękujemy!

Char jeszcze raz wybuchł śmiechem. Wesołość odbijała się od krańców mostka w rytm wyimaginowanych rogów i trąb triumfu. Pirat opanował napady, stanął przed szybą i wystawił oczy na wizję zniszczenia, jakie zaczął przynosić tytan „Kirke”. Nieustępliwa bestia wierzgała ciałem przynajmniej czterokrotnie mniejszym od konstrukcji wroga, mimo tego systemy obronne nawet jej nie zwalniały. Lasery zdołały wyrwać małe fragmenty mlecznej skóry, ale wciąż nie widać było ani krwi napastnika, ani jego strachu. Szanse zdawały się być wyrównane, lecz twierdzę w założeniu miało bronić umieszczenie na krańcu świata, a nie skuteczność systemów obronnych. 

Tytan instynktownie znajdywał najważniejsze miejsca „Kirke”. Dobierał się do ogromnych magazynów, centr energetycznych i największych kabin z załogami, wyrywając paszczą całe kontenery surowców, paliwa i ludzi. Ramionami oderwał ogromny, metalowy fragment pancerza, chroniący prawdziwy skarb. Wrzące błękitem, złotem i czerwienią potężne generatory wielkości uda potwora, gotowe by umrzeć. Wszystkie wyrzucały srebrne pioruny w odkrytą pustkę kosmosu, konkurując z płaszczem tytana i jego koroną. Drapieżca wepchnął dłoń w kipiel, szarpiąc i wierzgając jak rumak. Nagle kosmos zabłysł oślepiającym światłem, by w sekundę wrócić do normy i wybuchnąć zielonym ogniem. Szmaragdowe płomienie ogarnęły tytana i połowę stacji, siekając skórę obu. Żar wygasł nim bestia nawet się skrzywiła. Złota smuga krwi ozdobiła twarz potwora wojennym tatuażem. Obok jej głowy przeleciały wszystkie białe palce zmasakrowanego ramienia. Umysł bestii uwalniał obłoki szczęścia i szału, które całkowicie zatrzymały sztormy bólu i konwulsji. Istota wyciągnęła pozbawioną szponów dłoń z ziejącej już tylko czernią dziury i zaczęła miotać nią jak buzdyganem. Potem wgryzła się w kolejną część ofiary, już nawet nie myśląc o korwecie, która zaprowadziła ją do tego miejsca. W końcu ucztowała nie na szczurze, a na bawole.

Charavasan znów śmiał się, samotnie na mostku, dziękując bogom destrukcji i chaosu za wybranie go swym prorokiem.  

 

 Tastepo Xsegeldui

Słońce Nowej Ziemi kochało swoje nowe dzieci. Nie parzyło przybyszów ani za bardzo, ani za słabo. Pozwoliło oceanom, morzom i rzekom karmić uciekinierów rybami i poić ich przefiltrowaną słoną lub normalną słodką wodą. Niekończące się lasy najróżniejszych drzew zbudowały pierwsze domy i wzniosły pierwsze ogniska. Wielkie gałęzie tysiąca liści okryły kolonizatorów przed burzami. Ziemia była urodzajna, dziesiątki jej dotąd nieznanych roślin urozmaiciły dęby, sosny, baobaby czy wierzby. Posadzono pszenicę i wymieszano ją z lokalną odmianą. Kukurydza rosła obok jej zielonego kuzyna z odległego lądu. Złożono ofiary dla pozostawionych rodzin, samych w zupełnie innym, a jednak tak łudząco podobnym świecie.

Mijały setki lat, goniąc w czasie odległość, jaka oddzielała Nową Ziemią od Starej. Wynaleziono cały wszechświat możliwości, odkryto nowe podziały i hierarchie społeczne, aż w końcu podniesiono sztandary pierwszych wojen ludzi w nowej galaktyce, w Drodze Miodowej.

Setki kolonii w całej Drodze Miodowej nie mogły odnaleźć pokoju, gdy osiągnięto metody błyskawicznej podróży między odległymi sektorami i układami. Najpotężniejsi władykowie polowali na kosmiczne bestie, na tytanów, którym wyrywali małe, kryształowe serca. Jeden taki kryształ dostarczał dość energii, by swobodnie przeciąć całą galaktykę, z jednego krańca na drugi, w mniej niż sekundę. Jeden taki kryształ zasilił legendarne zbroje, które najdziksi, najkrwawsi i najlepsi władcy odziewali by zabijać samotnie całe armie. Wojny w końcu wygrał jeden i wszyscy padli przed nim na kolana. Niektórzy już bez głów, inni bez rodzin. On, Pierwszy Arcykapłan, ukształtował Państwo Kosmosu, w służbie Idealnemu. W wieku siedemdziesięciu siedmiu ludzkich lat Pierwszy Arcykapłan zjadł serce tytana i stał się nieśmiertelnym. Umarł siedemset lat później, z własnej decyzji, gdy Droga Miodowa w całości należy już do nas, do Państwa Kosmosu i do wiernych Idealnemu. Są jakieś pytania?

Tas milczał, wpatrując się lekko zmrużonymi oczami w profesora. Nic nie mówił, mimo że słowa wręcz cisnęły mu się na usta. Kilka razy się uśmiechnął, by zaraz wrócić do zimnej maski. Przynajmniej kilkudziesięciu uczniów w olbrzymiej sali rzucało mu ukradkowe spojrzenia. Reszta zbyt bardzo się bała, by choćby drgnąć w tej elektrycznej chwili starcia między nauczycielem a uczniem. A wszyscy studenci wiedzieli, że to Tastepo Xsegeldui uznaje się za mistrza.

– Fantastycznie – parsknął profesor, w nadziei na rozluźnienie atmosfery. Wygładził dłonią swój aksamitny, biały garnitur. – Fan-tas-tycznie. Fantastycznie. Więc możemy zacząć lekcję.

– Proszę pana – rzekł w końcu przywódca, lider swego rocznika w akademii wojskowej Discibellae. Nie mówił ani za szybko, ani za wolno. Każde zdanie było spokojne, z nutką rozbawienia, ale i z symfonią pewności siebie. – Słyszymy ten wykład każdego dnia, na otworzenie i na zamknięcie każdej lekcji. Profesor Xi, jak i profesor Valuchi, profesor Marti, profesor Juin i profesor Torento stosują tą samą… taktykę co pan, panie Dores. Tą samą taktykę, tylko z inną opowieścią. Pan Xi mówi o czasach pierwszych kolonizacji po naszym trafieni do Drogi Miodowej, pan Marti o genezie Siedmiu Mądrych w Drugim Kręgu. Każdy z naszych profesorów, każdy z naszych profesorów zaczyna i kończy swoją lekcje, swój wykład jakąś opowieścią. Każdy jeden ma jedną wybraną historię, którą używa bezustannie, każdego dnia. W praktycznie tych samych słowach. To szaleństwo. Ale za pewne jest w nim metoda. Rozmyślamy o tym od pierwszego roku. Trzy lata bez odpowiedzi. Do tego dekady tych, którzy zdążyli już przejść tą szkołę, a nie dowiedzieli się o co właściwie chodzi. Zaraz wyjdziemy z Discibellae i nigdy nie poznamy prawdy. Więc? Więc o co chodzi?

Profesor skrzywił głowę na bok, a cała sala odetchnęła jasnym, świeżym powietrzem z ogromnych, perfekcyjnie kwadratowych otworów w czarnych ścianach. Nie doszło do walki, Tas wysłał emisariusza z ofertą pokoju. Przynajmniej na tej lekcji.

– Który to już raz? – odpowiedział pytaniem profesor.

– Błąd – momentalnie pomyślał Tas, mierząc Doresa lodowatym spojrzeniem. – Mogliśmy to mieć za sobą. Ale ty dalej nie dajesz mi wygrać. To trywialne pytanie stało się obsesją każdego roku, wszystkich w akademii Discibellae. Mogłeś dać mi zwyciężyć, inaczej po co jest ten… test?

– Chyba trzeci – zaśmiał się osiemnastolatek. – Chyba trzeci, profesorze. Pierwszy raz na pierwszym roku, na trzeciej naszej lekcji. Odpowiedział pan, że nikt tak wcześnie nie odważył się zadać tego pytania. Ale już wtedy byliśmy delikatnie skonfliktowani, prawda? – klasa zachichotała nerwowo. – Już byłem po pierwszej karze. Tylko podkręciliście tą moją odwagę, mówię wam. Drugi raz też na pierwszym roku, na czwartej lekcji. Nie mogłem się powstrzymać. I znów wymijanie odpowiedzi. Potem miałem to już gdzieś, rozumie pan profesor? Lata minęły, dziś siedzimy tutaj. Wiele się zmieniło, Państwo Kosmosu doznało kilku kryzysów, ale co to dla nas, prawda? Co to dla elit kształconych w naszej szkole, w naszej pięknej akademii? Nic, prawda? Strasznie ważny jest każdy członek tej elity, skoro jeszcze mnie nie usunęliście, co? Heh. Dobra, to co będzie, panie profesorze? Powie mi pan w końcu?

– Jasne – zarośniętą, starą twarz Doresa wykrzywił dziwny uśmiech. – Jasne, że ci powiem. Ale coś innego, dobra?

Tas zacisnął zęby. Coś było nie tak, jak powinno.

– Jasne, że powiem. Z dniem dzisiejszym zostajesz usunięty z akademii wojskowej Discibellae. Wszelkie ordery, medale, czy inne odznaki zostają ci odebrane w trybie natychmiastowym. Już teraz masz straż akademii w swoim pokoju. Mam nadzieję że nie trzymałeś niczego zakazanego, bo do nakazu wyrzucenia dodamy jakieś więzienie, co ty na to? Ha, faktycznie. Dobrze jest się śmiać ostatnim, prawda? Co, Tas?

– Szybko poszło – pomyślał były uczeń najważniejszej szkoły Stolicy, gdy minął krótki szok. – Naprawdę to zrobili.

– Dobra – powiedział młodzieniec wstając z ostatniego, najwyższego rzędu ławek.

– Trzeba odejść z dumą – postanowił w głowie.

– Dobra. Naprawdę władze uczelni zaryły w dno, jeśli usuwają studenta z najlepszymi osiągnięciami, bo tak im kazał jakiś profesor – kilku uczniów jęknęło, reszta trwała w wibrującej ciszy. Nie zabito tylko emisariusza, ale i głowa króla stanęła na szali. – Ah, to zawsze był pan, panie profesorze, może nie? – osiemnastolatek zaczął schodzić w stronę wyjścia z sali, rozglądając się jakby stanął na nowym lądzie. Okna raz rzucały na niego złote promienie, a raz skrywały w cieniu. Mimo, że właśnie został wygnany, szedł jak zdobywca. – To pana tak… tak straszliwie bezczelnie zapytałem o te idiotyczne opowieści za pierwszym razem. To pan był i drugą z moich ofiar. A przynajmniej drugą z ofiar moich pytań. I pan był dzisiejszą zwierzyną tych małych, nieznacznych słów. Ah, to naprawdę pchnęło pana do złapania za topór? Naprawdę chce mnie pan zniszczyć? – młodzieniec stanął przy profesorze. Znów mierzyli się wzrokiem, teraz jednak siłę ich spojrzeń oddziałało kilkanaście centymetrów. Gdyby któryś zechciał użyć pięści, nie musiałby uczynić nawet kroku. – Czy chodzi o inne wybryki? Ciągłą krytykę waszych słów? Twoich słów? Co, Dores? Przypomina ci się jakiś kolega z twojej młodości w Discibellae? Ktoś, kim zawsze chciałeś być, ale nie miałeś jaj, co? Kim jest teraz? Ten chłopak, którego do dziś nienawidzisz? Marszałkiem? A może Arcykapłanem?

Zapadło milczenie. Profesor zakrył oczy dłonią, jego twarz ogarnęło zmęczenie i cienie wieku. Tastepo bez słowa wyszedł z sali, pozostawiając Doresa samego na pastwę spojrzeń klasy.

Skórzane, twarde buty osiemnastolatka wybijały szybki rytm w długim, mlecznobiałym korytarzu jaskrawych lamp i zlewających się z posadzką dywanów. Dotarł do szklanej windy, wydał odpowiednie polecenie głosem i znalazł się w swoim pokoju. Drogie, choć minimalistyczne pomieszczenie świeciło porozrzucanym papierem i wywróconymi meblami. Usiadł na deskach pozbawionego materaca łóżka. Oczami wyobraźni ujrzał chwile, kiedy dostał ten prywatny pokój jako prezent od władz szkoły. Za zasługi i w ramach trzeciego z kolei zwycięstwa w wyborach na lidera swojego roku w akademii Discibellae. Wtedy czuł się jak imperator, jak przyszły pan galaktyki. Teraz odcięto mu ramię bez prawdziwie ważnej przyczyny, jakby był zwykłym złodziejem.

– Nie ukradłem cholernej pomarańczy z targu! – ryknął, a jego umysł ogarnęła zimna furia zalewająca całe ciało dreszczem. – Nie będziecie mnie karać, bo jestem z was najlepszy! Co to jest, do cholery?! Co jest?! Cholera!

Tas wpadł do windy, przez zaciśnięte zęby wypluł komendę. Po kilku sekundach stanął w krótkim, ciemnoczerwonym korytarzu. Zapukał do jedynych, obitych purpurową skórą drzwi. Czekał krócej, niż w windzie.

– Tak, proszę pana? – zapytał uśmiechnięty chłopak przez uchylone wrota. Nie mógł być dużo starszy od Tastepa. – O co chodzi?

Tas popchnął wesołka i wpadł do sporego, ciemnego pomieszczenia. Niemrawe, mleczne promienie z trudem przebijały się przez płachty i kołdry kneblujące okna. Kryształowe żyrandole słabo zalśniły światłem z korytarza. Przysadzony jak żółw kominek w centrum pokoju świecił jedynie pustką.

– Tak?

Niski głos należał do siedzącego w fotelu, na pewno niestarego mężczyzny. Tas dostrzegł jeszcze kilku, opartych o ściany lub rozwalonych na sofach i poduszkach. Drzwi zamknęły się z przeciągłym zgrzytem i w pokoju zapadła ciemność, maskując wiek, wygląd a nawet położenie postaci.

– Tak?

– Przeszkadzam w jakimś spotkaniu? – osiemnastolatek starał się, by jego głos brzmiał pewnie.

– Ty, Tastepo? – w tonie dochodzącym z fotela zabrzmiała nuta wesołości. – A może wolisz Tas? Wiesz, w końcu to ty wymyśliłeś te pseudonimy.

Kilka cieni zaśmiało się. Z pomocą dźwięków oczy przybysza zaczęły dostrzegać kontury.

– Nie, Tastepo może być. I tak nie lubiłem, gdy w klasie skracali to imię. W końcu, jak mówisz, ja je wymyśliłem.

– Oh, tak. To najprawdziwsza prawda. Kilku moich przyjaciół… – mówca zrobił pauzę na kolejne parsknięcia. – Tak, kilku moich przyjaciół próbuje rozwikłać zagadkę takiej nazwy, przyjacielu. Ale gdzie moje maniery, prawda? Znamy twoje imię, ale czy ty znasz nasze? Nie znasz? Prawda?

– Nie jesteście władzami szkoły. Prawda?

– Nie, oj nie. Wiem, że wierzycie w kłamstewko, jakoby tutaj, w tym czarnym pokoju na końcu czerwonego korytarza rezydowały legendarne władze szkoły. Ci, którzy rządzą tu niepodzielnie jak sam Arcykapłan albo sama Rada Trzech! Jak Siedmiu Mądrych w swoich królestwach! Ah, to bajeczki. Tą fantastyczną szkołą zajmuje się pewien urzędnik w stolicy Stolicy, w centrum jaskini lwa. Tylko on ma wgląd w sprawy uczelni, wiesz? To ten sam, co ma wgląd we wszystkie inne sprawy. No, chyba wiesz o kogo chodzi? Heh. Jednakże nasza grupa, ci, co tutaj siedzą i podśmiechują się tak bezustannie, to prawdziwy korpus. Prawdziwy kryształ, pielęgnowany przez tego urzędnika. Jesteśmy prawdziwą szkołą, rozumiesz? Powiedz, że tak, bo już nie chcę mi się tłumaczyć tej opowiastki kolejnemu rekrutowi.

– Rekrut – umysł Tastepo Xsegeldui zatonął w strumieniu myśli. Niewiele z nich było jasnych – Rekrut… W czym? Do czego? Myśl, myśl. Oddech, wydech. Medytacja bitewna. To test. Nie możesz oblać, ty masz oblewać.

W neuronach narodziły się wielkie nadzieje mieszane z podnieceniem. Po chwili zrozumienie i eksplodująca, narkotyczna satysfakcja.

– Nie…

– Tak, Tastepo. No, mów…

– Ten pokój to prawdziwa Discibellae.

– Tak! Kontynuuj, proszę.

– Wybieracie najlepszych i umieszczacie ich tutaj i…

– No, no. Ładnie. Dalej, proszę.

– Tutaj siedzi prawdziwa elita – młodzieniec rzucił szeroko rozwartymi oczami po mrocznych kontach pokoju. Zaczął wskazywać palcem cienie. – Lider roku starszego od mojego. I lider roku starszego od niego. I następny. I następny. I dalej. Za rok przyjdzie tu najlepszy z obecnej drugiej klasy. Tak?

– Mało, panie Tastepo. Pracuj, pracuj!

– Urzędnik to Arcykapłan?

– No, to raczej oczywiste. Główka pracuje?

– Już wcześniej się tego domyślałem – powiedział Tastepo do siebie, ściszając głos i marszcząc brwi. –  Że tu chodzi o coś więcej. Że…

– Pewnie! Bo jesteś cholernym narcyzem. Ha! Uderzające? Twoje ego jest większe od Nowej Ziemi, a zapewne konkuruje z Drogą Miodową. Dlatego tak myślałeś.

Tas zamilkł z lekko otwartymi ustami. Podziękował ciemnościom za ukrycie jego rumieńca.

– Nie strosz się, panie drogi. Jesteś taki jak my wszyscy. Witamy w elicie, prawda? Najwięksi psychole wśród wszystkich psycholi. Przyszłe rządy, mój drogi. Przyszłe posągi i banknoty. I w końcu przyszłe trupy w jakimś ładnym mauzoleum, ale o tym jeszcze pomyślimy. Rozgość się, drogi panie. Często tu siadamy. I to na długo.

 

Koniec

Komentarze

Jakoś nie widzę wyraźnych powiązań między częściami. Może to chronologiczna kolejność, a może nie. Przez to nie zrozumiałam przekazu.

Słusznie ostrzegasz w przedmowie – zakończenia to tu nie ma. Ale jeśli tekst nie stanowi zamkniętej całości, to wypadałoby oznaczyć go jako “fragment”.

Masz trochę literówek, ortografy w krótkich słowach:

ah, oh => ach, och.

nagle pojawiające się gejzery wrzącego powietrza wytępiły faunę.

Nie wiem, czy powietrze może tworzyć gejzery, ale gaz nie może wrzeć.

czując tą sprzeczną z nauką grawitację zbyt małej,

Tę.

Napił się trochę wody z ciężkiego kanistra.

Cztery litry wody i takie ciężkie? Mięczak z tego mędrca.

Tytan rozważał ponowienie pościgu, nieruchomo lewitując w atramentowej ciemności.

Czy w Kosmosie można tkwić nieruchomo? Co jest punktem odniesienia? Czy można lewitować, jeśli grawitacja zaniedbywalnie mała?

dziesiątki jej dotąd nieznanych roślin urozmaiciły dęby, sosny, baobaby czy wierzby.

Ale co urozmaicało, a co było urozmaicane?

Babska logika rządzi!

Nie mam pojęcia, Autorze, co miałeś nadzieję opowiedzieć, prezentując Wielkie potwory małego człowieka, bo nic z tego nie zrozumiałam. Większość zdań jest do tego stopnia przesycona porównaniami i metaforami, że często nie mogłam doszukać się w nich sensu. Mam wrażenie, że gdybyś, zamiast pisać, namalował wszystkie wizje, przekaz byłby bardziej zrozumiały.

I byłoby miło z Twojej strony, gdybyś jednak zmienił oznaczenie na FRAGMENT.

 

Przykłady kilku zdań, które wzbudziły wątpliwości:

 

Mę­drzec wy­lą­do­wał wśród ja­sno­zie­lo­ne­go mchu, zło­tych krze­wów i pur­pu­ro­wych mgieł, oka­la­ją­cych małą pla­net­kę jak piór­ka pstro­ka­te­go ptaka. – Nie rozumiem zdania – w jaki sposób mech, krzewy i mgła mogły okalać planetkę? Czy piórka na pewno okalają ptaka?

 

wy­plu­wa­jąc ze zma­sa­kro­wa­nej szyi szkar­łat­ną krew i mlecz­ne ka­no­na­dy kości. – Czy kanonada może mieć kolor?

 

Hu­ma­no­idal­ny stwór lśnił ko­lo­rem mleka i śnie­gu, pę­dząc roz­mia­rem więk­szym od naj­po­tęż­niej­sze­go pan­cer­ni­ka ja­kiej­kol­wiek zna­nej floty. – Co to znaczy pędzić rozmiarem?

 

prze­krzy­wiał tylko łeb lub fa­lo­wał szpo­na­mi… – Co to znaczy falować szponami?

 

Be­stia za­war­cza­ła nie­zwy­kle niską tonią swego głosu. – Czy na pewno miałeś na myśli toń?

 

rzekł Char do mi­kro­fo­nu przy karku… – Kark jest tylną częścią szyi. Jak mógł mówił do mikrofonu umieszczonego w takim miejscu?

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam w ramach dyżuru, jak jeszcze “Potwory” były opowiadaniem a nie fragmentem.  Podobnie jak Bogini, wiele z tekstu nie zrozumiałam, za to skojarzyło mi się z “Planetą skarbów” i “Sindbadem” w pełnometrażowych wersjach Disneya.

Hmm... Dlaczego?

Nowa Fantastyka