- Opowiadanie: bemik - Babunia

Babunia

Znowu próbuję trochę straszyć :-)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Babunia

 Coroczne wyjazdy na wieś były tradycją w rodzinie. Spotykaliśmy się tu wszyscy w połowie sierpnia. Tylko śmierć lub choroba udokumentowana przez kartę szpitalną zwalniały z tego obowiązku. A że o majętności babci oraz jej bezwzględności krążyły mity, nikt nie ważył się złamać niepisanego prawa. Wielu wyglądało końca nestorki rodu, ale nie my, dzieci. Cieszyliśmy się na wizytę u niej, dlatego że pozwalała nam na znacznie więcej niż rodzice. Nocne eskapady do lasu w poszukiwaniu Wielkiej Stopy lub eksploracja grot położonych na obrzeżach lasu napawały wszystkie matki przerażeniem, ale żadna nie zaprotestowała. Wystarczyło, że starsza pani spojrzała wymownie, by mijały wszelkie wątpliwości.

– Wyście też tak ganiali i nikomu nic się nie stało. – Drżący głos seniorki wcale nie oznaczał słabości.

– A Arturek? – zapytała kiedyś moja kuzynka, która coś tam usłyszała, a była zbyt mała, aby rozumieć, że o pewnych rzeczach nie mówi się w tym wiejskim domu.

Staruszka zacisnęła drobne dłonie na poręczach fotela aż zbielały jej palce. Potem przycisnęła jakiś guzik i odjechała majestatycznie, nie udzielając odpowiedzi. A Blanka dostała potężnego klapsa za bezmyślność.

– Ty durna gówniaro! – zbeształ ją starszy brat, kiedy później zadekowaliśmy się w altanie w odległym końcu ogrodu. – Musiałaś kłapać dziobem?

– No co? – Blanka wykrzywiła usta w podkówkę. – Przecież mama mówiła…

– Mówiła, mówiła – przedrzeźniał Patryk. – Ona mówiła, a ty powinnaś zamknąć dziób.

Zapadła cisza. Patryk był najstarszy z naszej piątki, miał wtedy jakieś siedemnaście lat i wydawał się prawie dorosły. Ja miałam piętnaście i patrzyłam w niego jak w obraz. Za to bliźniaczki, Anna i Joanna, prawie trzynastoletnie, uważały, że nie dorasta do pięt ich starszym kolegom i wykorzystywały każdą okazję, by utrzeć mu nosa.

– Nie drzyj się na nią – oburzyła się Joaśka. – Dzieciak ma dopiero osiem lat, nie wszystko musi rozumieć.

– Nie musi – zgodził się Patryk. – Ale proste polecenia chyba powinna. A mama powiedziała jasno: gęby na kłódkę i nic nie gadać. Szczególnie przy babci. Proste? Proste – odpowiedział sobie, a mała Blanka pociągnęła nosem.

– Nie becz! – Anna przyciągnęła małą i pogłaskała ją po głowie. Oczywiście na złość Patrykowi.

– O co chodzi z tym Arturkiem? – spytałam, bo u mnie w domu nic na ten temat nie mówiono. Może, żeby uniknąć wpadek, jak w przypadku Blanki, a może nikt nic nie wiedział.

Wszyscy wyczekująco wpatrzyli się w Patryka, a on, wykorzystując swoje pięć minut, milczał przez chwilę. Siostra zamierzała popsuć mu efekt: nabrała powietrza, by wyrzucić z siebie całą tajemnicę. Chłopak spiorunował ją wzrokiem, więc tylko wypuściła parę jak czajnik, w którym woda osiągnęła wrzenie.

– Artur był podobno kuzynem babci i zaginął w tych jaskiniach pod lasem – powiedział, rozglądając się na boki, czy nie widać kogoś z dorosłych w pobliżu. – Ale tego nikt nie wie. Tata powiedział, że on pewnie po prostu uciekł z domu.

– W porządku, tylko dlaczego nie można o tym wspominać?

– Bo… – Patryk ściszył głos i sprawił, że wszystkie pochyliłyśmy się do niego. – Bo on się podobno czasem pojawia. Żywy. I wygląda tak, jakby mu wcale nie przybywało lat.

– Po co? – spytałam.

– Co „Po co”? – Patryk nie zrozumiał pytania.

– No – zająknęłam się trochę – bo zawsze, jak się pojawia jakaś zjawa, to czegoś chce. A ten Artur to coś powiedział?

– Nie mam pojęcia. Nic takiego nie słyszałem, a ty, Blanka?

Mała zaczerwieniła się z dumy, że starszy brat zwraca się do niej z takim ważnym pytaniem, a reszta wpatruje się w nią z napięciem. Potarła dłonie, a potem zaczęła wyłamywać palce.

– Chyba mama kiedyś mówiła, że chciał, żeby sprowadzili mu jakąś Ele… Ela… Elonrę. Jakoś tak.

– Eleonorę – domyśliła się Joanna.

– Kto to taki? – To imię nikomu z nas nic nie mówiło, oprócz Joaśki, więc patrzyliśmy na nią zaciekawieni.

– To babcia – powiedziała po chwili.

Byliśmy zaskoczeni. Babcia to babcia. Tak mówili o niej wszyscy, nawet dorośli. Ja chyba nigdy nie słyszałam, by ktokolwiek wymieniał to imię.

– Skąd wiesz? – Patryk sprecyzował nasze niezadane pytanie.

– Robiłam kiedyś na dodatkową ocenę drzewo genealogiczne. I zapytałam ojca. A dziadek miał na imię Hektor.

To wiedzieliśmy, bo każdego osiemnastego sierpnia wędrowaliśmy na cmentarz, by w rocznicę zapalić znicze i położyć kwiaty na grobie dziadka, którego nie poznaliśmy.

– Czego on może chcieć? – spytała Blanka, a my wzruszyliśmy tylko ramionami.

***

Niepisaną tradycją było, że po mszy za duszę dziadka szliśmy wszyscy na cmentarz, a potem do cukierni na najpyszniejsze lody na świecie.

Dostaliśmy swoje pucharki i wykorzystywaliśmy okazję, że tego dnia dorośli przymykali oczy na wchłaniane przez nas ilości słodyczy. Obżarstwo trwało zwykle jakąś godzinę, potem fundatorka dawała sygnał i robiliśmy spacer po skwerku wokół małego ryneczku. My szliśmy przodem, babcia jechała swoim elektrycznym wózkiem, a rodzice szli nieco z tyłu, niczym orszak za królową. Nikt z nią nie rozmawiał, nikt nie zakłócał spokoju. Myślę, że wszyscy bali się seniorki, a ona nie próbowała tego zmienić. Zawsze była jakaś taka posępna, zamyślona, oschła. Nie pamiętam, by którekolwiek z dzieci przytuliła, wzięła na kolana, pogłaskała. Dostawaliśmy od niej prezenty, całkiem kosztowne, ale nigdy nie doświadczaliśmy serdeczności.

Wieczorem była jeszcze wystawna kolacja i to był jedyny dzień, kiedy zmuszano nas do czegokolwiek. Zwykle potem rodzice wyjeżdżali, a my zostawaliśmy pod okiem starszej pani. I korzystaliśmy ze swobody.

To Patryk wymyślił zabawę w speleologów, ale nas też ciągnęło do grot. Kto by nie chciał spotkać ducha? Zaopatrzyliśmy się w latarki, sznurek, kawałki liny i kredę. W kuchni Honorata przygotowała nam kanapki i wodę. Kiedy odwróciłam się, żeby pomachać gosposi, miałam wrażenie, że na piętrze ktoś na nas patrzy zza firanki. Zatrzymałam się nawet i wskazałam okno, gdzie ktoś nas obserwował, ale Patryk popukał się w głowę.

– To pokój babci. Po co miałaby nas podglądać? Przecież dokładnie wie, dokąd się wybieramy.

Może i wiedziała, ale wczoraj, kiedy poinformowaliśmy ją przy kolacji o wycieczce, wydawało mi się, że na chwilę zagościł na jej twarzy dziwny uśmiech. Jakby nasze plany sprawiły jej niespodziewaną przyjemność. Ale to był tylko moment. Zaraz potem ugryzła maleńki kawałeczek bułki, wymigując się tym samym od jakiejkolwiek uwagi – dama nie mówi z pełnymi ustami. A ja pomyślałam, że może ona cieszy się, że kontynuujemy tradycję.

Mimo wczesnej pory panował już nieznośny upał. Koszule lepiły się nam do pleców, a stopy w grubych skarpetach gotowały się niczym kurze łapki w rosole. W plecakach upchnięte mieliśmy swetry, ale nie wydawało się nam prawdopodobne, abyśmy mieli z nich skorzystać.

Wlot jaskini wyglądał jak wejście do katakumb. Oglądałam kiedyś takie na wycieczce. Pamiętałam wykute w skałach nisze, w których leżały pokryte warstwami kurzu drewniane trumny. Niektóre rozwaliły się, a między deskami wystawały poszarzałe kości.

Weszliśmy do groty. Patryk polecił nam wyjąć latarki. Mimowolnie ściszyliśmy głosy. Za plecami mieliśmy jasną plamę słońca. Przed nami czarną czeluść korytarza, który prowadził nie wiadomo dokąd. Poczułam dreszcze. Zapewne temperatura w jaskini miała paręnaście stopni mniej niż na zewnątrz. Dotknęłam dłonią ściany. Była wilgotna jak nasze spocone plecy.

Patryk pociągnął nosem, ale nie powiedział ani słowa. Zapach rzeczywiście wydawał się dziwny; piwniczny albo jak w starej studni, gdzie tylko na dnie zostało trochę wody. Zaglądaliśmy do takiej na podwórku u sąsiada i wołaliśmy echo. Ktoś przykrył ją ciężką klapą, obitą blachą, zapewne po to, by tacy jak my nie wściubiali tam nosa. Ale była nas piątka. Razem daliśmy radę unieść wieko i oprzeć je na specjalnie przygotowanej do tego celu podpórce. Przechylaliśmy się przez cembrowinę, próbując jak najdalej sięgnąć rękoma. Patryk trzymał za pasek w spodenkach Blankę, bo mała niebezpiecznie balansowała. Zabawa skończyła się szybko, ponieważ do krawędzi zaczęły pełznąć pająki i inne paskudztwo. Ale smrodek był podobny jak tu – wilgoć zmieszana z pleśnią i z rozkładającymi się grzybami.

Na wspomnienie pająków Blanka wzdrygnęła się.

– Może nie chodźmy daleko – poprosiła trochę płaczliwie. – Nie wiadomo, co tam siedzi.

– Przestań się mazać! – Patryk podniósł nieco głos, ale równocześnie wyciągnął z plecaka jakiś spray. – Daj, wypryskam cię tym, to żadne paskudztwo się nie zbliży.

Uśmiechnęłyśmy się z bliźniaczkami. Mógł ją szturchać i kpić z niej, ale to przecież jego siostrzyczka. Był od niej dziewięć lat starszy i naprawdę czuł się opiekunem.

– To mnie też – poprosiłam, choć przeczytałam, że to zwykły środek przeciw komarom, ale przecież pająki nie muszą o tym wiedzieć.

Zanurzyliśmy się w ciemność. Patryk rysował co jakiś czas kredą strzałkę, jej ostrze wskazywało wyjście. Światło latarek tworzyło w mroku dagerotypowe wycinanki, nasze cienie czasem sięgały sklepienia, a czasem skarłowaciałe pełzały po kamienistym podłożu. Na pierwszym rozwidleniu ułożyliśmy stosik kamieni i poszliśmy w prawo. Dalej robiliśmy tak samo. Wreszcie Blanka zaczęła marudzić. Byłam jej wdzięczna: mnie też bolały nogi i chciało mi się jeść i pić, ale w życiu bym się do tego nie przyznała pierwsza.

Pochłonęliśmy kanapki, a potem poczułam senność. Nie wiem jak inni, ale musiałam się zdrzemnąć. Podciągnęłam kolana pod brodę, objęłam je ramionami i położyłam na nich głowę. Sen nadszedł błyskawicznie, choć czułam przenikające mnie zimno. Swetry się przydały.

Po ścianie ściekała woda, zabierając ze sobą starte drobinki skały, mchów i porostów. Na dole utworzyła się sporych rozmiarów kałuża. Ktoś poświecił latarką. Spadające krople sprawiały, że powierzchnia falowała, a pływające śmieci tworzyły fantazyjne wzory. Raz były to kwiaty, raz rozwarte gęby potworów. Bawiliśmy się w zgadywanie i nagle Blanka zanurzyła dłoń. Przez chwilę bełtała w brei, a potem zaczęła krzyczeć. Coś wsysało ją w głąb. Zanim ktokolwiek zareagował, zniknął już łokieć. Patryk schwycił siostrę za drugą rękę i zaczął ciągnąć. Widziałam, jak małej nabrzmiewają żyły na szyi, jak wargi rozwierają się coraz szerzej i szerzej, a krzyk przeradza się w grzmot. W czeluści jej ust czaiła się ciemność, z której wypełzały tłuste larwy. Wysypywały się strumieniem, tworząc blade, rozdygotane jezioro u stóp dziewczynki. Bliźniaczki też zaczęły krzyczeć i odskoczyły pod ściany. Przykleiły się do powierzchni i widziałam jak skała zaczyna je pochłaniać żywcem. Ja stałam w miejscu jak przymurowana – niezdolna wykonać żadnego gestu ani wydać dźwięku.

Patryk rozpaczliwie starał się wyciągnąć siostrę z ruchomego bagna larw. Nagle usłyszeliśmy trzask, jakby ktoś rozdzierał materiał. Skierowałam snop światła na Blankę. Dziewczynka pękła, a z jej wnętrza trysnęła krew. Stałam na tyle blisko, że strumień uderzył mnie prosto w twarz, tamował oddech, wlewał się w usta, sprawiając, że treść żołądka podeszła mi do gardła. Po chwili zwymiotowałam do brzucha Blanki. Połączenie rzygowin i krwi stworzyło mieszankę, która jak gejzer wybuchła i uderzyła w sklepienie jaskini. Ze stropu zaczęły odrywać się kamienie, najpierw niewielkie, potem całkiem duże, wreszcie powstała ogromna rysa, przez którą wdarło się ostre światło. A potem uderzył mnie kamień…

– Koniec drzemki! – Patryk szturchnął mnie w żebra. Zdaje się, że wcześniej dostałam od niego w ramię. – Podnoś się, koniec odpoczynku, idziemy dalej.

Pospiesznie zebrałam swoje rzeczy i wrzuciłam do plecaka. Jeszcze nie mogłam złapać oddechu, czułam, że dygoczę, ale starałam się zapanować nad ciałem i wyobraźnią.

– Ma ktoś zegarek? – zapytała Ania.

– Jest pierwsza – odpowiedział Patryk.

– No to nie wiem, czy powinniśmy iść dalej, czy wracać – zastanawiała się głośno Anna. – Zanim stąd wyjdziemy, zrobi się późno. Nie mam ochoty tłuc się po nocy.

– A co za różnica? – zaśmiał się chłopak. – Tu i tak cały czas jest ciemno jak u…

– Wiemy, jak jest ciemno – wtrąciła się Joasia. – Ale ja czuję się zmęczona i wydaje mi się, że dalsza wędrówka nie ma sensu. Kto chce do domu?

Joanna, Anna, Blanka i ja natychmiast uniosłyśmy ręce. Przy czym Blanka spuściła wzrok, unikając spojrzenia na brata, a ja nawet nie próbowałam grać chojraka, nie po takim koszmarze. Jedna z latarek zaczęła mrugać.

– A na dodatek siada światło – powiedziała wystraszona Joasia.

– Następnym razem weźmiemy zapasowe baterie – stwierdził Patryk. – Aśka i Blanka – wyłączcie latarki, wystarczą nam trzy. Złapcie się za ręce.

Trzymałam dłoń Blanki, małą i spoconą. Ściskałam ją mocno, dodając jej i sobie otuchy. Otaczająca nas ciemność zrobiła się jakaś gęstsza. Dobrze że szłyśmy w środku – z przodu Patryk, za nami bliźniaczki. Nie chciałam nic mówić, ale bałam się coraz bardziej. Po jakimś czasie zgasła latarka Ani. Przy dwóch słabych światełkach czułam się niepewnie, ale Patryk nie pozwolił zapalić pozostałych. Tak na wszelki wypadek, gdyby droga powrotna zajęła nam więcej czasu. Mała potknęła się i wylądowała ręką w kałuży. Szarpnęłam ją ostro do góry. Musiało zaboleć, bo dziewczynka jęknęła.

– Zrobiłaś sobie coś? – spytałam cicho, omiatając światłem taflę wody z falującymi drobinkami sinych porostów.

– Nie – zapewniła mnie również szeptem.

Nie mogłam oderwać wzroku od drżącej powierzchni. Na szczęście bliźniaczki przywróciły mi przytomność.

– Rusz się – syknęła chyba Anka. – Nie zamierzam tu tkwić do nocy.

Wylot z jaskini powitał nas świeżym powietrzem i szarą poświatą gasnącego dnia. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Miałam nadzieję, że na tym skończy się nasza przygoda, ale Patryk był niezadowolony.

– Jutro lepiej się przygotujemy. Weźmiemy nowe baterie i trochę zapasowych. Pójdziemy znacznie głębiej.

Zadrżałam. Bałam się. Ten sen… Przecież moja drzemka mogła trwać najwyżej kilka minut, a jednak wyśniłam cały koszmar. Nie chciałam wracać do jaskiń. Ale nikt nie zaprotestował. Więc ja też się nie odważyłam.

***

Przez kolejne dwa dni padał deszcz. Siedzieliśmy w domu, a ja miałam nadzieję, że idea eksploracji jaskiń upadła. Niestety, kolejnego dnia przy śniadaniu zaświeciło słońce, a Patryk przymilał się do Honoraty, żeby przygotowała wiktuały na wycieczkę. I nie zapomniał o zapasowych bateriach.

Powitał nas ten sam zatęchły smród. Miałam wrażenie, że jeszcze zyskał na intensywności. Poruszaliśmy się szybciej niż pierwszym razem. Po własnych śladach dotarliśmy do miejsca ostatniego postoju. Również chwilę odpoczęliśmy, a potem, ponaglani przez Patryka, poszliśmy dalej.

Miałam wrażenie, że idziemy w dół. Nachylenie dróżki nie było jakieś duże, ale jednak wyczuwalne. Robiło się coraz cieplej i duszniej. I przybywało pleśni na ścianach, i takich dziwnych, drobniutkich grzybków na łączeniu skał i ścieżki. Na wszelki wypadek staraliśmy się nie dotykać ani ścian, ani tych roślin. Wkrótce ściągaliśmy swetry, które były konieczne na początku wędrówki.

– A może zbliżamy się do środka Ziemi? – zażartowała Joasia, ocierając czoło z potu. Nikt się nie roześmiał.

Po kolejnej godzinie miałam serdecznie dość. Zaczęłam protestować, a razem ze mną Blanka. Potem dołączyły bliźniaczki. Ale Patryk nie chciał nas słuchać – parł do przodu, jakby mu ktoś obiecał jakąś niesamowitą nagrodę. Jeszcze kawałek, jeszcze kawałek – powtarzał niczym w gorączce.

Za kolejnym zakrętem znaleźliśmy się w ogromnej grocie. Co dziwniejsze do jej oświetlenia wystarczyła tylko jedna latarka. Powierzchnię jaskini oblepiały maleńkie porosty, które odbijały światło, zwielokrotniając blask. Staliśmy oczarowani i nagle od ścian zaczęły odrywać się postacie. Otaczały nas błyszczącym kręgiem. Wiedziałam, co trzeba zrobić. Nie wiem skąd, ale wiedziałam.

– Zgaś latarkę, Patryk! Zgaś! – wrzeszczałam histerycznie, ale wiedziałam też, że jeśli chłopak to zrobi, umrę w ciągu sekundy. Ze strachu.

– Przestań! Przesssstań! Przesssstań!

Słyszałam syk setek ust, patrzyłam w roziskrzone gniewem oczy, czułam zaciskające się na ramionach palce.

– Karolina, co tobie? Co się stało? Ocknij się! Dajcie jej wody!

Słyszałam głosy kuzynów, czułam zimną wilgoć spływającą mi do gardła, ale nie mogłam nikogo dostrzec. Widok zasłaniali mi oni – świecący niczym brokat na urodzinowej kartce.

– Wiesz, co robić? Wieszszsz? Wieszszsz? – pytali natarczywie, a ja mogłam tylko kiwać głową.

– Budzi się! Już dobrze, Karola! Otwórz oczy! Spójrz na mnie!

Chciałam krzyczeć: przecież mam otwarte, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk.

– Jeśli nawalisz, wiesz, co się stanie? Wieszszsz? Wieszszsz?

Znowu tylko kiwałam głową. Widziałam, jak ten jeden podchodzi do Blanki. Krzyczałam do Patryka, żeby go odepchnął, żeby jej bronił. Ale on mnie nie słyszał. I nic nie widział. Dopiero jak jego siostrzyczka upadła, zostawił mnie i rzucił się w jej kierunku. A ten świecący wniknął do wnętrza Blanki przez rozwarte w oddechu usta.

A oni się jeszcze upewnili: Wieszszsz, co musiszszsz zrobić?

A ja znowu kiwałam głową.

***

Ocknęłam się na podłodze jaskini. Stali nade mną wszyscy oprócz Blanki. Tym razem ich widziałam. Przerażenie na twarzach, zagryzione wargi, zaciśnięte pięści.

– Karola, już w porządku? – Patryk nachylał się nade mną. – Przepraszam, nie wiedziałem, że to dla ciebie zbyt duży wysiłek. Odpoczniemy, zjesz coś i powolutku wrócimy. Przepraszam.

– Co z Blanką? – spytałam, siadając na kamieniach.

– W porządku. Zasnęła. Też jest zmęczona.

– Obudź ją – poleciłam.

Patryk popatrzył na mnie zaskoczony, ale posłusznie podszedł do siostry. Stuknął ją lekko w ramię.

– Blanka, budź się, zaraz ruszamy!

Ale dziewczynka nie reagowała. Chłopak szarpnął mocniej, a potem targał, jakby chciał ją rozerwać na strzępy.

– Przestań – powiedziałam – to nic nie da.

– O co chodzi? – Patryk usiadł koło siostry. Trzymał ją za rękę, a do oczu napłynęły mu łzy. – Co się stało?

– Nie wiem, co się stało – odpowiedziałam – ale wiem, co musimy zrobić.

***

– Mówiłam ci, że nie wyniesiesz jej stąd!

Patrzyłam na Patryka, jak wbiega z ciałem siostry do jaskini. Za każdym razem, gdy tylko opuszczał grotę, Blanka zaczynała wić się i charczeć, aż wreszcie milkła. Wtedy Patryk wracał do środka i mała zaczynała znowu oddychać. W końcu zrezygnował z prób, położył dziewczynkę na ziemi, a potem walił pięściami w ścianę. Krew ściekała mu z poranionych kostek, a on wył i uderzał. Anna i Joanna opierały się o ścianę i patrzyły przerażone na chłopaka. Zapomniałam im powiedzieć, że nie powinny dotykać porostów. Ale teraz i tak nie miało to znaczenia.

Odczekałam aż Patryk opadnie z sił. Usiadł koło mnie.

– Musimy iść do domu – tłumaczyłam mu spokojnie, owijając poranione dłonie porwaną bandaną. – Załatwimy to my dwoje.

– A one? – Patryk spojrzał w kierunku bliźniaczek.

– One też tu zostaną – powiedziałam i odwróciłam głowę. Wiedziałam, co teraz nastąpi. Dziewczyny usiłowały podnieść się, ale już wrosły w ścianę. Krzyczały przeraźliwie, jednak stanowiły jedność z grotą.

– Można im pomóc? – Chłopak patrzył w przerażeniu to na mnie, to na Joannę i Annę. Tylko Blankę omijał wzrokiem, jakby chciał zaprzeczyć temu, co się stało.

Pokiwałam głową.

– To ruszajmy! Na co jeszcze czekasz?

Szarpnął mnie za ramię, a na bluzce zostały ślady krwi. Zostawiliśmy bliźniaczki i Blankę w jaskini. Jeszcze długo towarzyszyły nam rozdzierający płacz i krzyki dziewczyn.

***

Honorata na szczęście już spała. Weszliśmy do domu i pognaliśmy do pokoju na piętrze. Zastukałam w drzwi i natychmiast usłyszeliśmy „proszę”. Babcia siedziała na swoim wózku, ubrana i owinięta ciepłym szalem. Była blada, ale spokojna.

– Chcecie mi coś powiedzieć? – spytała, błądząc spojrzeniem od twarzy Patryka do mojej. Na chwilę zawiesiła wzrok na pokrwawionych dłoniach chłopaka. – Coś się stało?

– Tak, coś się stało – potwierdziłam.

– Spotkaliście ich – stwierdziła cicho i spokojnie. Tylko jej dłonie zacisnęły się mocniej na poręczach.

Zrobiło mi się zimno. Więc ona cały czas wiedziała! Nie ostrzegła nas, nie zakazała wycieczki do jaskiń. To było równoznaczne z wydaniem wyroku na bliźniaczki i Blankę. Wściekłość i gniew targały mną niczym głodne psy szarpiące ochłap krwistego mięsa. Wysyczałam:

– Ja spotkałam, oni tylko odczuli skutki tego spotkania.

Staruszka nacisnęła guziczek i wózek cicho zaszumiał, przemieszczając się w kierunku stołu. Sięgnęła po szklankę wypełnioną do połowy ciemnym płynem. Przełknęła drobny łyk i skrzywiła się nieco.

– Co się stało? – Znowu odwróciła się do nas i spojrzała mi w oczy, jakby wypity alkohol dodał jej odwagi.

– Chcą ciebie.

– Nie! – krzyknęła.

– Tak. Wymienią Blankę i bliźniaczki na ciebie. Nie wiem, o co chodzi. Nie wiem, dlaczego, ale musisz tam pójść.

– Oni zawsze chcieli mnie zatrzymać. – Zaśmiała się. – Do tej pory im się nie udawało. Zawsze dostawali kogoś w zamian. Najpierw Artura, a teraz dziewczyny. Dobrze. Znowu będzie trochę spokoju, znowu…

– Dlaczego chcą ciebie? – spytałam.

– Nie wiem – odpowiedziała i wypiła resztkę zawartości szklanki. – Nie wiem.

Jakoś jej nie wierzyłam, ale nie mieliśmy czasu. Zostało tylko kilka godzin. Potem nie odzyskamy dziewczyn.

Schwyciłam za rączki wózka i popchnęłam go w stronę windy. Ale babcia użyła napędu i wózek jak żywy uciekł ode mnie.

– Patryk, pomóż mi – krzyknęłam do chłopaka, ale on stał jak sparaliżowany. Gapił się na nas z jakimś gamoniowatym wyrazem twarzy. – Patryk!

– Nie możemy tego zrobić – wykrztusił. – Nie możemy oddać im babuni. Zabijemy ją…

Miałam ochotę wrzeszczeć. Powiedział dokładnie to, o czym sama myślałam. Zawożąc ją do jaskini, skazujemy na śmierć. Chyba. Ale tam zostały przecież dziewczynki. A ona była stara i tak pewnie niedługo umrze.

Nawet do mnie takie tłumaczenia nie trafiały. Należało przestać myśleć, a zacząć działać.

Patryk nadal stał bez ruchu, podeszłam i uderzyłam go w twarz. Oprzytomniał.

– Rusz się, do cholery! Chcesz odzyskać siostrę?

To podziałało. Przytrzymałam wózek, a on odłączył napęd. Teraz poszło nam szybko. Patryk był krzepki, a obawa o Blankę podwoiła jego siły. Na drodze odwróciliśmy wózek, każde schwyciło za jedną rączkę i tak ciągnęliśmy go, gnani niepokojem o los pozostawionych w jaskini.

A babcia wrzeszczała jak opętana. Najpierw groziła nam, potem błagała, klęła i płakała. I obiecywała. Biła nas po rękach.

– Nic nie rozumiecie – krzyczała. – Jeszcze dekada i będę całkowicie wolna. Dam wam majątek. Zostawcie mnie tu. Oni przyjmą dziewczynki. Będą z nimi. Nic im nie grozi. Nic im się nie stanie. Proszę! Jeszcze tylko dziesięć lat! Potem one też do was wrócą! Błagaaam…

Nie wiem, jakim cudem udało nam się nie obudzić całej okolicy. Wprawdzie babcia nie miała zbyt blisko sąsiadów, ale darła się tak, że słychać ją było na pewno parę mil wokoło. Może Oni pomogli. Zdyszani dopadliśmy wejścia do jaskini.

– Nie dam rady – stęknęłam, opierając dłonie na kolanach. Starałam się uspokoić oddech, ale każdy wdech przyprawiał mnie o rzężenie. Z Patrykiem było podobnie. Widziałam przerażenie na jego twarzy, że nie zdąży pomóc siostrze. I determinację.

– Podłączę znowu napęd – wycharczał i zaczął kasłać. – Tylko musimy wejść głębiej, żeby nam nie uciekła.

Czułam się jak w bajce o Jasiu i Małgosi, tylko że role się odwróciły. To czarownica nie potrafiła wyrwać się z naszej mocy.

– Karolciu, Patrysiu, nie możecie tego zrobić waszej babuni.

Spojrzałam w oczy tej starej kobiety i zrozumiałam, że nic o niej nie wiem oprócz tego, że każdy jej się boi, ale nade wszystko pragnie urwać dla siebie kawałek z majątku. Nawet nie jestem pewna, czy wiąże nas jakieś pokrewieństwo.

– Ależ tak, kochanie. Twoja mamusia jest moją córeczką – potwierdziła seniorka.

Tylko że ja nie zadałam żadnego pytania.

– Ciągnij! – ryknęłam na Patryka.

Potykaliśmy się na nierównej ścieżce, przewracaliśmy się, by natychmiast ponownie szarpać za wózek, nie zważając na poranione dłonie i kolana. A babcia czepiała się ścian. Gdzie mogła wbijała paluchy jak kotwice, by tylko opóźnić nasz bieg. Nie dalibyśmy rady. Na szczęście pojawili się sprzymierzeńcy. Świecący wyszli nam naprzeciw z jaskini. Nie zbliżyli się do kobiety siedzącej na wózku, ale nas obdarzyli nowymi siłami. Dzięki muśnięciu ich dłoni poczułam się wypoczęta jak po masażu relaksacyjnym. Znowu przyspieszyliśmy kroku.

Wpadliśmy do jaskini, a wózek siłą rozpędu przesunął się niemal na środek groty. Blanka leżała blada na kamieniach, ale jej pierś unosiła się w miarowo. Z bliźniaczkami było trochę gorzej. One zaczynały mieć problem z oddychaniem, bo wytopiły się w skałę niemal całkowicie. Z płaskiej powierzchni wystawały już tylko końce palców i twarze z szeroko otwartymi ustami. Płytkimi haustami łapały powietrze. Widać, że skały nie pozwalały na normalną pracę klatek piersiowych.

– Wypuśćcie je! – krzyknęłam. – Wypuśćcie, jak obiecaliście! Macie Eleonorę!

Powietrze w jaskini zatrzeszczało, a blask stał się tak jasny, że musiałam osłonić oczy. Miałam wrażenie, że skałami zaczynają wstrząsać torsje. Jak przy wymiotach po kilku spazmach bliźniaczki zostały wyplute. Upadły na ziemię i ze świstem wciągały powietrze. Blanka za to obudziła się spokojnie jak we własnym łóżku.

Odetchnęłam z ulgą. Schwyciłam Joannę i Annę za ręce i pomogłam im wstać. Patryk już zajął się siostrą.

– Czy możemy odejść? – spytałam.

Długo nie słyszałam odpowiedzi. Serce tłukło o żebra jak przerażony wróbel w klatce. Wreszcie poczułam ulgę. Ucisk w piersiach zelżał – mogliśmy odejść.

– A babcia? – spytałam jeszcze, choć właściwie sama nie wiem po co. – Pójdzie z nami do domu?

- Eleonora jest w domu.

Nie niepokojeni wyszliśmy z jaskini. Potem usłyszeliśmy straszliwy łomot i zatrzęsła się ziemia. Korytarze i grota zniknęły, a wraz z nimi to, co się tam znajdowało.

– Kim oni byli? – spytał Patryk, patrząc na kurz unoszący się nad zawaliskiem. – Kim była babunia?

Nie potrafiłam mu odpowiedzieć, ale do jego pytań dorzuciłam swoje:

– A kim my jesteśmy?

Koniec

Komentarze

Moim zdaniem za łatwo wszystko poszło. Rozwiązanie deus ex machina – myk – i bohaterka po prostu WIE co robić. Coś ‘zeżarło’ trzy dziewczynki i chce jeszcze babcię – a dwójka kochanych wnucząt wierzy bardziej ‘temu’ i babcię tam siłą zaciąga. A skąd pewność, że to ‘coś’ zachowa się honorowo i odda dziewczyny a nie zeżre ich wszystkich? Zero refleksji na ten temat, bo bohaterka WIE i już. Nie kupuję tego.

Dzięki. Chodziło mi o to, że bohaterka jest tak przerażona i rozemocjonowana, że niczego nie analizuje, a po prostu robi to, co chcą obcy. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Rozumiem zamysł, aczkolwiek dla mnie jako czytelnika jest to mało atrakcyjne – wszystko idzie jak po sznurku i nie dostałam szansy, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o naturze ‘zjawiska’ z jaskiń ani samej pogłówkować nad zagadką.

Podzielam pogląd Belli, a ponadto brakło mi wyjaśnienia, dlaczego babcia? Kim ona była i dlaczego jaskinia życzyła sobie dostać ja w swoje łapy ściany? Co miało wydarzyć się za dziesięć lat?

Jeśli to miał być horror, to opis krwisto-rzygliwyego snu narratorki i potem dzieci w skałach, moim zdaniem, nie załatwił sprawy. Brakło mi nastroju grozy i niepewności, narastającego odczucia, że coś naprawdę źle się dzieje. Czegoś, co przyprawia o prawdziwe dreszcze.

 

Nocne eska­pa­dy do lasu w po­szu­ki­wa­ni kwia­tu pa­pro­ci… – Napisałaś, że zjazd u babci odbywał się w połowie sierpnia. Kto w tym czasie szuka kwiatu paproci, skoro wszyscy wiedzą, że kwitnie ona tylko raz w roku, w noc świętojańską?

 

– Nie drzyj się nią – obu­rzy­ła się Jo­aś­ka.– Nie drzyj się na nią – obu­rzy­ła się Jo­aś­ka.

 

więc tylko wy­pu­ści­ła parę jak czaj­nik, który osią­gnął wrze­nie. – Raczej: …więc tylko wy­pu­ści­ła parę, jak czaj­nik, w którym woda zaczęła wrzeć.

 

Wie­czo­rem była jesz­cze wy­staw­na ko­la­cja i to był je­dy­ny dzień, kiedy zmu­sza­no nas do cze­go­kol­wiek. – Pewnie miało być: …kiedy nie zmu­sza­no nas do cze­go­kol­wiek.

Powtórzenie.

 

Za­pew­ne tem­pe­ra­tu­ra w ja­ski­ni miała pa­rę­na­ście stop­ni mniej niż na ze­wnątrz. – Raczej: Za­pew­ne tem­pe­ra­tu­ra w ja­ski­ni była o paręnaście stopni niższa niż na zewnątrz.

Temperaturę mierzymy w stopniach, ale temperatura chyba nie ma stopni.

 

Za­glą­da­li­śmy do ta­kiej i wo­ła­li­śmy echo na po­dwór­ku u są­sia­da. – Nie jestem pewna, czy studnia i podwórko były w tym samym miejscu, czy może zajrzawszy gdzieś do studni, dzieci biegły na podwórko sąsiada i tam wołały echo.

Proponuję: Za­glą­da­li­śmy do ta­kiej na po­dwór­ku u są­sia­da i wo­ła­li­śmy echo.

 

Świa­tło la­ta­rek two­rzy­ło w mroku da­ge­ro­ty­po­we wy­ci­nan­ki… – Co to są dagerotypowe wycinanki?

 

Po ścia­nie ście­ka­ła woda, za­bie­ra­jąc ze sobą star­te dro­bin­ki skały, mchów i po­ro­stów. – Skoro w korytarzach jaskini było ciemno, to skąd tam mech i porosty?

Pytanie dotyczy też roślin i grzybów pokrywających ściany jaskini, o czym jest mowa w dalszej części opowiadania.

 

We­szli­śmy do domu i po­gna­li­śmy do po­ko­ju na pie­trze. – Literówka.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj,

tekst trochę mi się dłużył od połowy. Jest przyzwoicie napisany i nie wyłapałem za bardzo błędów. Zgodzę się z Bellatrix, że fabuła jest liniowa. Odczuwam niedosyt, brakiem wyjaśnień o co mogło chodzić z tym zjawiskiem i dlaczego babcia słyszała myśli. Wnioskuję, że w jakiś sposób była jedną z tych istot, być może zbiegłą, ale czym były owe istoty pojęcia nie mam. To co najciekawsze w moim mniemaniu pozostało w umyśle autora.

Jako horror, tekst mnie nie przeraził i nie napawał klimatem zgrozy, choć szczególnie pierwszy sen bohaterki jest mocno obrazowy, to spodziewałem się, że to tylko sen.

Ocena? Dla mnie mocny średniak. Choć obiektywny pewnie nie jestem :)

 

Oni zawsze chcieli mnie zatrzymać. – Zaśmiała się. – Do tej pory im się nie udawało. Zawsze dostawali kogoś w zamian. Najpierw Artura, a teraz dziewczyny. Dobrze. Znowu będzie trochę spokoju, znowu…

Tu mi zgrzyta to zawsze. Skoro Oni dostali w zamian tylko Artura. Tylko raz. to dlaczego zawsze?

 

Drobne usterki:

 

Nocne eskapady do lasu w poszukiwani kwiatu paproci lub(…) – poszukiwaniu

Chłopak spiorunował ją wzrokiem, więc tylko wypuściła parę jak czajnik, który osiągnął wrzenie. – wrzący czajnik? Woda wrze w czajniku.

W plecakach utknięte mieliśmy swetry,(…) – nie wiem czy tak się stosuje utknięte (utknąć – ugrząźć; ugrzęznąć; uwięznąć), zamieniłbym na upchnięte.

 

Pozdrawiam,

z Bogiem!

 

Edit: Z błędami ubiegła mnie Reg. w trakcie pisania komentarza dodała swój, obszerniejszy :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

@ Reg.

 

 Dagerotypia – proces fotograficzny, w wyniku którego na metalowej płytce otrzymywany jest unikatowy (bez możliwości jego powielenia) obraz, zwany dagerotypem.

To z cioci Wikipedii, ale niczego nie wyjaśnia. Po pobieżnym przeszukaniu Internetu też nie znalazłem odpowiedzi co to są dagerotypowe wycinanki. Już myślałem, że tylko ja jeden nie wiem. Może to były metalowe wycinanki?

Może chodzi o wycinankę ludową, często przypominającą kalejdoskop.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mytriksie, ja wiem co to jest dagerotyp i dlatego zainteresowały mnie dagerotypowe wycinanki. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja też chętnie poznałabym odpowiedzi na pytania z końcówki.

Babska logika rządzi!

Dzięki wszystkim za wizytę i za komentarze. 

Widać nie udało mi się postraszyć.  Ale nie martwcie się, będę dalej próbować i Was męczyć. wink

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wiesz, wystraszenia to ja się nawet nie spodziewałam (nie ze mną te numery, Bemik ;-) ). Ale rozczarowuje mnie, kiedy autor nie podaje żadnych odpowiedzi. Nie sztuka napisać, że ofiara morderstwa została znaleziona w pustym pokoju bez okien, zamkniętym od wewnątrz. Z kulą w czaszce, ale bez żadnej broni. Sztuka wyjaśnić, jak do tego doszło, kto miał motyw, okazję i fałszywe alibi…

Babska logika rządzi!

Zapewne masz rację, Finklo. TYlko że ja postawiłam się na miejscu bohaterki – ona też nic nie wiedziała, działała pod presją, a na koniec jeszcze zorientowała się, że z nią może być też coś nie w porządku.

Cóż, próba była, próba się nie powiodła.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Inspiracja Jasiem i Małgosią, ich wątpliwości i finalne pytanie, które można różnie rozumieć – fajne. Gorzej z nastrojem horroru. Najbardziej bałem się na etapie widma Artura (bo dzieci w horrorach są najgorsze), sen bohaterki jak dla mnie bardziej groteskowy niż straszny, spotkanie z obcymi mdłe, ledwie naszkicowane, w dodatku nie wiedziałem, czy to nie kolejny sen. Dziewczynki wtopione w skałę jak załoga w “Piratach z Karaibów” zbędne, wystarczyłaby sama Blanka. I brakuje wyjaśnienia, czemu babcia musiała być złożona w ofierze, o co chodzi z tymi 10 laty, czemu dziewczynki mają wrócić po tym czasie. Gdyby rozwinąć tę rodzinną tragedię z Arturem, mocniej zasugerować odpowiedzialność babci, opowieść byłaby bardziej spójna, a tak w finale pojawiają się nowe wątki, natychmiast porzucone.

Nie przekonują mnie rozmiary tych jaskiń, najpierw wędrują godzinę (to chyba największa, dostępna bez specjalistycznego sprzętu, dzika jaskinia w Polsce), potem z wózkiem inwalidzkim przebiegają raz, dwa.

 

Coboldzie, dzięki serdeczne za tak szczegółowe uwagi, z pewnością przydadzą się na przyszłość!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Droga bemik! Z tobą to ja mam problem. Według mnie masz bardzo interesujący styl i ciekawe pomysły, których opisanie nie wychodzi ci najlepiej. Grozy tu brakowało bo ty chyba z natury mało groźna jesteś. Czekam na kolejny horror, ale mam nadzieję, że w najbliższym czasie pojawią się też jakieś inne gatunki. Poza tym to opowiadanie ma potencjał, ale wymaga dużych poprawek. Pozdrawiam serdecznie i czekam na coś dobrego w najbliższym czasie.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Samotny Wilku, nie chciałbyś mnie spotkać, gdy się na coś naprawdę zezłoszczę wink Wprawdzie zdarza mi się to rzadko, ale wtedy tynk ze ścian odpada.

Generalnie masz jednak rację, nie jestem groźna, dlatego tak trudno mi napisać coś strasznego. Ale staram się i wierzę, że kiedyś się uda.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bardzo dobre podejście! Bo jak coś nie wychodzi to trzeba próbować aż wyjdzie. Trzymam kciuki i czekam na to przerażające dzieło wink. Powodzenia w tworzeniu i niech cię aura horroru otacza.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Przeczytałam i, niestety, nie przestraszyłam się. Być może dlatego, że niewiele z tekstu zrozumiałam. Pojęłam, oczywiście, fabułę, ale poza tym – zupełnie nic. Nie wiem kim jest babcia, czemu wszyscy się jej boją, czemu dzieciaki poszły do jaskiń (dwa razy!), co to były za świetlne postacie, dlaczego chciały babci. Końcowego pytania główniej bohaterki też nie zrozumiałam. Nie wiem, gułpia jakaś jestem, czy co?

Hmm... Dlaczego?

Nie wiem, gułpia jakaś jestem, czy co? – to pytanie raczej do mnie niż do Ciebie. 

Następnym razem postaram się bardziej. Dzięki za wizytę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Opowiadanie czytałem już jakiś czas temu. Nie mogę jednak znaleźć opinii jaką wtedy wyraziłem. Z tego co pamiętam to solidny tekst, a zastrzeżenia miałem do zbyt łatwego poddania się tytułowej babuni.

Czytałeś, a zastrzeżeń było chyba więcej.  Dzięki za wizytę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Drewian, pytanie bohaterki bierze się stąd, że skoro jest córką córki istoty o jakichś dziwnych właściwościach i nie sprawiającej wrażenia normalnego człowieka, to w genach mogła też coś dziwnego odziedziczyć. Przynajmniej ja to tak interpretuję :)

Można także bardziej przyziemnie (albo filozoficznie): kim my jesteśmy? Czy mordercami babuni? ;-)

Babska logika rządzi!

Trudny w ocenie tekst… Jak dla mnie, za wiele pytań, a za mało odpowiedzi. Napisałaś historię jak trzeba, Bemik, wzbudziłaś ciekawość, jednak wyjaśnień czytelnikowi poskąpiłaś… Nieładnie :P

Z tego co widzę, większość z tego pojawiła się już w komentarzach, więc nie będę powtarzał.

 

Ja zatem o czym innym. W kilku momentach poważnie zaburzyłaś mi immersję. Mimo, że piszesz świetnie, plastycznie, to momentami traciłem klimat. Chociażby…

Światło latarek tworzyło w mroku dagerotypowe wycinanki, nasze cienie czasem sięgały sklepienia

Fajne słowo :D W przeciwieństwie do tej piętnastolatki nie znałem go i być może dlatego, trochę wypadła ze swej roli. Zresztą, cały opis w tym miejscu sprawia wrażenie zbyt “wyszukanego” ;)

Połączenie rzygowin i krwi stworzyło mieszankę, która jak gejzer wybuchła i uderzyła w sklepienie jaskini.

Sen, więc oczywiście może nie być do końca sensownie, jednak tu za bardzo poszłaś w kierunku bizarro… Czyżby szykowała na przyszłość tekścik à la Fasoletti? ;D

Wątpliwości miałem również na końcu, gdy babcinym wózkiem wjechali do groty… Wyobrażałem ją sobie jako bardziej “wyboistą”…

 

Grozy niewiele, choć pojawiała się, szczególnie na początku snu Karoliny oraz, gdy po raz pierwszy wkroczyli do jaskini.

Plus za imię Blanka – dawno go nie słyszałem/czytałem :D

 

Tyle ode mnie. Lektura bardzo przyjemna, choć powyższe bolączki podkradały radość z czytania ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dziękuję CountPrimagenie. 

Fakt, przy dagerotypowych wycinankach poniosło mnie. 

Konkurencja dla Fasa? To jest myśl, chociaż zdaje się, że już raz zbliżyłam się do mistrza. To był tekst “Może jeszcze truskaweczkę?” Swoją drogą zapraszam Cię do przeczytania – bardzo jestem ciekawa wrażeń.

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ależ znam, Bemino! I szybko raczej nie zapomnę tego osobliwego duetu ;P

 

Tylko wiesz… Wtedy nie czytywałem jeszcze Twojej prozy, myślałem, że to nic specjalnego w Twoim repertuarze :D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

No właśnie zajrzałam pod truskaweczki i zobaczyłam Twój komentarz. laugh

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Beeeemik! Czyżbyś chciała być moją sojuszniczką? Jaaaakże mi miiiiło!! :D <3 <3

 

Z przyjemnością ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

blush

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przeczytane (dwa razy) i uwagi są.

 

Stylizacja

 

Narracja pierwszoosobowa wymaga stylizacji. Kardynalnym błędem autorskim w przypadku narracji pierwszoosobowej jest mówienie własnym głosem zamiast głosem bohatera. Narrację tego typu powinno się prowadzić z pozycji osoby spisującej wypowiedzi bohatera-narratora. Najłatwiej wyobrazić sobie, że siedzimy z opowiadającym przy stole i zapisujemy jego słowa.

Tutaj tego zabrakło. Mam wrażenie, że to wszystko opowiada dorosła kobieta (którą niewątpliwie, autorko, jesteś). Oczywiście można zastosować zabieg opowieści dorosłego, który wspomina swoje dzieciństwo. Niestety nie ma wyraźnych tropów, by ten zabieg wychwycić w powyższym tekście (sformułowania typu: Kiedy miałam piętnaście lat, jeździliśmy do babci…).

Ergo: historię opowiada nastolatka, która używa języka kobiety dorosłej (wskazuje na to konstrukcja zdań, użycie słów takich jak nestorka, fundatorka, dagerotypy). Na takie rzeczy sugerowałbym zwracać uwagę w przyszłości.

 

Bohaterowie

 

Właściwie nie widzę sensu wprowadzania bliźniaczek. Całą opowieść można poprowadzić bez nich. Zyskałaby na tym relacja tandemu Patryk-narratorka, a młodsza siostrzyczka byłaby ładnym katalizatorem wydarzeń, który w dodatku plącze się pod nogami i może wypełniać kilka innych funkcji (generowanie grozy, funkcja komiczna). Szczególnie, że niesamowicie mało tutaj opisu tych bohaterów drugiego planu. Mamy podany wiek, dwa trzy słowa, dziewczęta zlewają się w jedno. Najlepiej wypada Patryk, najgorzej niestety narratorka, która nie jest opisana w ogóle, przez co trudno się czytelnikowi z nią identyfikować (brak charakterystycznego opisu narratora pierwszoosobowego to kolejny typowy błąd wynikający z tego, że autor widzi siebie w roli narratora).

 

Konstrukcja antagonisty – babci – jest nieudana. Antagonista musi mieć zapewnioną możliwość walki, uprzykrzania życia protagoniście. Tutaj może tylko krzyczeć, co nie generuje właściwie żadnego konfliktu i trudności dla bohaterów. Stąd czytelnicza opinia „za łatwo to poszło”. Stąd spory zgrzyt logiczny – babcia krzyczy tak, że słychać ją na kilometry (czemu użyłaś mil?), a jednak gospodyni się nie obudziła.

Jeżeli już musi istnieć taka antagonistka, która jedynie może wdusić guziczek, pojeździć wózeczkiem i podrzeć się jak stare kalesony, to wypadałoby dać jej jakiegoś pomagiera. Choćby i tę gospodynię, która jest tak bardzo oddana swojej pani, że zrobi dla niej wszystko – nawet jeśli miałoby to oznaczać zrobienie kuku niepokornym wnuczętom. Byłby dreszczyk, byłaby walka…

 

Groza

 

Grozę można generować na różnych poziomach. Próbujesz obrzydzać, podczas gdy o wiele lepszą metodę – strach bohaterów – traktujesz po macoszemu. Same flaki nie przestraszą, jeżeli nie będą za nimi szły silniejsze emocje. A nie idą. Właściwie jedynie Patryk jest nośnikiem jakiś mocniejszych wrażeń, bo martwi się o siostrzyczkę, ale po chwili wszystko się samo rozwiązuje jak sznurowadła za jednym pociągnięciem. Tutaj wypadałoby popracować solidniej nad strukturą. Poświęcić jakiegoś bohatera, solidnie nastraszyć protagonistów, utrudnić im walkę, zafundować tor przeszkód, makabryczną tajemnicę do rozwiązania – z tego wyszłaby solidna groza.

Ze sceny flaczków i szybkiego rozwiązania problemu trudno grozę wycisnąć.

 

Trochę mi szkoda tego tekstu. Gatunek lubię, język masz fajny (kiedy nie szarżujesz z dagerotypami), ale wydaje mi się, że piszesz bardziej na żywioł, niż świadomie. Polecam jednak pochylać się nad takimi aspektami jak konstrukcja bohatera, struktura, zadawać sobie pytania: co chcę powiedzieć? jak chcę powiedzieć? jakie emocje u czytelnika chcę wywołać? i w jaki sposób?

To naprawdę pomaga.

O kurcze, jaki fajny, wnikliwy komentarz :) Aż żałuję, że nie czytałeś moich tekstów :D

Szlagier, zwaliłeś mnie z nóg, a na dodatek masz rację w dwustu procentach, a tu to nawet więcej:

ale wydaje mi się, że piszesz bardziej na żywioł, niż świadomie. Szkoda tylko, że przeanalizowałeś tekst, który większego znaczenia dla mnie nie posiada. Szkoda, bo wolałabym, żebyś wypowiedział się pod tekstami, które na portalu nie zawitają :-(

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Eee, nie mów tak Bemik, bo mi przykro!

Wszyscy piszą, że potencjał w opowiadaniu jest. Po takich radach to tylko usiąść, poprawić i na pewno dołączy do Twoich ulubionych!

Bellatrix – dzięki.

Zawsze mogę przeczytać, jeśli oczywiście znajdę czas. :)

Wystarczy mnie do konkretnego dzieła odesłać (no chyba, że wolisz o jakimś tekście pogadać prywatnie).

Cobold, okropnie nie lubię poprawiać swoich opowiadań, szczególnie tych pisanych “na zadany temat”. Nie wyszło i już. Rady i porady przyjęte i zachowane w pamięci, przydadzą się przy pisaniu czegoś nowego. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Sympatyczne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nowa Fantastyka