- Opowiadanie: Łukasz Kuliński - Kontakt

Kontakt

Witam serdecznie.

 

“Kontakt” jest moim pierwszym opowiadaniem, które publikuję. Jest to więc wyjście z szuflady. Zapraszam do lektury oraz komentowania. 

 

 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Kontakt

Wszystko zaczęło się od przebudzenia.

 

Broszury informują, że procesy zasypiania i przebudzania przebiegają bezboleśnie, ale jest to oczywiste kłamstwo. Najgorsze było zimno, to przeraźliwie bolesne zimno. Pamiętam, że własna krew, z trudem pompowana przez odmrożone serce, była jak ostry sopel, który rozpychał mi żyły i arterie. Chyba krzyczałem, ale tego dokładnie nie pamiętam. Być może tylko myślałem, że krzyczę. Tak, musiało tak być, miałem przecież zatkane usta. Cała ta technologia, metalowe żyły wpuszczone wcześniej do ciała przez moje gardło, uszy, odbyt, przez cienkie igły powbijane w żyły. Pompowały mróz do mojego organizmu, zamrażały mnie, usypiały.

 

Potworne.

 

Kiedy medycy usuwali ze mnie to ustrojstwo nie czułem niczego poza bólem i zimnem. Na końcu wyjęli złączki neuronalne z moich skroni i odłączyli mnie od cyfrowego mózgu Hypnosa. To było chyba najgorsze, wtedy już na pewno wrzeszczałem jak opętany. Ból był nie do zniesienia, czułem, że ktoś przebija mi mózg niezliczoną ilością zimnych igieł.

 

Podobno przeszedłem przebudzenie bardzo źle, ale to zdarza się raz na kilkadziesiąt przypadków i w zasadzie nie jest groźne dla zdrowia.

 

Otworzyłem powieki i przez zamglone bielmem oczy spojrzałem na ciepłą twarz Agaty. Uczucie było dziwne, nietypowe. Twarz żywej osoby, nieprzefiltrowana przez nieskończenie skomplikowane kodowanie Hypnosa, nie przerzucona na nośną formę pikseli, wyglądała inaczej. Zdecydowanie odzwyczaiłem się od tego widoku. Pamiętam, że podobne wrażenie towarzyszyło mi kiedy pierwszy raz spojrzałem na czyjąś twarz we wnętrzu Hypnosa. Podczas pierwszej symulacji program nie asymiluje się całkowicie z mózgiem użytkownika i tworzy błędy. Mimika wydaje się nienaturalna, obraz się ścina i wygląda jak stary film z porysowanej płyty. Potem, z każdą następną godziną, program się udoskonala. Człowiek przyzwyczaja się do wirtualnej rzeczywistości, przestaje odróżniać ją od tej sprzed zaśnięcia. Wszystko jest doskonalsze, płynniejsze. Po jakimś czasie możesz korzystać ze wszystkich dobrodziejstw symulacji bez uczucia sztuczności.  

Po przebudzeniu było jakby odwrotnie – twarz człowieka wydawała się zbyt ciepła, zbyt organiczna. Za bardzo ludzka.

 

– Sierżancie Celiński, witamy z powrotem wśród żywych – głos kobiety przebijał się z trudem przez moją zszarpaną potwornym bólem świadomość.

– Został pan wybudzony z hibernacyjnego snu i odłączony od cyfrowej rzeczywistości sierżancie. To nie symulacja, rozumie pan? Sen się skończył.

 

Hypnos został stworzony po tym jak pierwszy gwiazdolot wyruszył w kosmos. Jego załoga, niezdolna przeżyć długiej wędrówki przez zimną przestrzeń została w przeważającej większości zahibernowana. Okazało się jednak, że kiedy zostali wybudzeni niemal większość z nich popadła w demencję umysłową, wywołaną nienaturalnie długim snem. Obudzeni kosmonauci nie byli zdolni do prowadzenia żadnych sensownych działań. Zasnęli normalnymi ludźmi, obudzili się warzywami.

Dlatego następna ekspedycja, nauczona błędami poprzedników wyposażyła kapsuły w cyfrową rzeczywistość, która miała stymulować śpiących. Podczas snu byliśmy świadomi, a Hypnos stawiał przed nami wyzwania.  

Sam przeszedłem przez trzy.

W pierwszym symulacja rzuciła mnie na Antarktydę. Przez trzy miesiące dowodziłem rozbitą grupą badawczą, a moim zadaniem było dostać się na pokład okrętu, który zabierze nas na bezpieczną przestrzeń Europy. Priorytetem było utrzymanie przy życiu ludzi.

W drugim przeniosło mnie do Bostonu, lat dwudziestych. Badałem sprawę zamordowanego profesora i walczyłem z mafią.

W trzecim, jako agent Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego infiltrowałem amerykańską placówkę II Eszelonu i przechwytywałem kluczowe dane wywiadowcze.

W trakcie kryminalnej symulacji poradziłem sobie doskonale. Śledztwo okazało się długie i trwające ponad dwa lata ale scaliło mnie doskonale z programem. Z technicznymi zagadnieniami ostatniej  poradziłem sobie przeciętnie ale ostatecznie nie najgorzej. A Antarktyda… gdybym tylko wiedział co czekało mnie później. Głupiec.

 

Ja i Agata szybko przypadliśmy sobie do gustu. Nie była to wielka miłość. Myślę, że po tylu latach obcowania jedynie z zaawansowaną grafiką pragnąłem normalnej kobiety. Co czuła ona.. nie wiem. Chyba nigdy nie chciałem się tego dowiedzieć.

Agata opiekowała się moim oddziałem po przebudzeniu. Przez naszą relację zaniedbywała swoje obowiązki. Zamiast pracować spędzała czas w moim łóżku. Powinienem był to zatrzymać wtedy, być może zapobiegłbym nieszczęściu. To moja wina.

Wiem, że Kozłow cierpiał na bóle głowy. Mówił mi o tym na stołówce, podczas obiadu. Jest moim przyjacielem, moim obowiązkiem było mu pomóc. Zamiast tego zignorowałem go wtedy i zbagatelizowałem sprawę. Następnego dnia miałem wyrzuty sumienia  i poprosiłem Agatę żeby mu się przyjrzała. Dała mu leki i kazała więcej spać.

 

Tydzień później zaczęło się.

 

Systemy awaryjne gwiazdolotu włączyły się i pozamykały wszystkich w odseparowanych częściach statku. Władzę przejęli Koordynatorzy.

Jak dowiedziałem się w trakcie odprawy, kiedy wpłynęliśmy do systemu, gwiazdolot wpadł w obszar burzy magnetycznej, która uwięziła nas wewnątrz orbity solarnej. Przez cztery dni walczyliśmy o wydostanie się z pułapki, niestety bezskutecznie. Układ posiadał jedną planetę, otoczoną czterema księżycami, kwalifikującą się w skali Bore’a jako zdatną do życia. Koordynatorzy posłali na jej orbitę eskadrę sputników. Miały pobrać szczegółowe dane na temat zjawiska, które nas uwięziło oraz samej planety, ale ta sama burza, która zakłóciła naszą gwiezdną żeglugę, uniemożliwiła kontakt z satelitami. Jeśli pobrały dane, nie były w stanie nam ich przesłać.

Dlatego postanowili wysłać moją komórkę.

Naszym celem było dostać się do satelity głównego, który obecnie krążył między planetą, a uwięzionym gwiazdolotem i przetransportować go do domu, a gdyby to okazało się niemożliwe – pobrać dane.

Cel był jasny, a sama misja nie wydawała się skomplikowana. Mimo to czułem presję. Było to pierwsze realne, niesymulowane zadanie, z którym przyszło mi się zmierzyć od czasu wyjścia ze śpiączki.

Reszta odczuwała podobnie. Michaił Kozłow, nasz inżynier, był najspokojniejszy. Leki, które przepisała Agata wyraźnie go wyciszyły. Podczas odprawy jako jedyny nie wykazywał zdenerwowania.

Pozostałą ekipę stanowili Piotr Sudoł, nasz medyk oraz pilot Anatolij Klimow. Z każdym z nich znałem się co najmniej od kilku lat i prawie za każdego oddałbym życie.

Z Michaiłem znaliśmy się jeszcze z czasów Akademii, startował w tym samym roku. Mimo różnych materii zainteresowań trzymaliśmy się blisko i utrzymywaliśmy kontakt przez cały okres studiów. Michaił zawsze był ode mnie inteligentniejszy, ale oczywiście nigdy nie mówiłem tego głośno. Po ukończeniu Akademii kształcił się dalej, został robotykiem, ja zaś wstąpiłem do wojska i dorobiłem się stopnia koordynatora-sierżanta.

Z Sudołem poznaliśmy się dwa lata przed startem. Był najstarszy i wyprawa stanowiła dla niego ostatnią szansą aby spełnić się w życiu. Rozwiódł się z żoną pięć lat temu, a nieudane małżeństwo obudziło w nim rozgoryczenie i pustkę niespełnienia, którą chciał rozpaczliwie wypełnić.

Co do Klimowa, znamy się z wojska. Bardzo stanowczy i pewny siebie, od dłuższego czasu starał się o uznanie przełożonych. Stopień kaprala stanowił dla niego swojego rodzaju obrazę, starał się o kolejny szlif już od kilku lat. Wiem, że marzył o funkcji koordynatora ale nie powierzono mu dowództwa nad komórką z powodu zapalczywości.

Zgodnie z procedurą wszyscy ustawiliśmy nasze czasomierze na godzinę zero i wsiedliśmy do transportowca. Wszyscy wyposażeni w czerwone kombinezony próżniowe, przypięliśmy się szczelnie pasami i odłączyliśmy od doku gwiazdolotu. Podróż do satelity głównego zajęła nam około godziny i przebiegła bezproblemowo. Klimow był doświadczonym pilotem i tego rodzaju podróż nie stanowiła nawet testu dla jego umiejętności. Czysta formalność.

Anatolij zawiesił transportowiec na odległość kilkunastu metrów od satelity. Przyjrzeliśmy się mu przez szkło opancerzonej szyby. Wyglądał na nieuszkodzony.

 

– Michaił, możesz się z nim skontaktować?

 

Kozłow odczepił swoje pasy i w kilku płynnych skokach znalazł się przy terminalu. Wklepał polecenia i przez kilka sekund na jego hełmie odbijała się niezdrowa zieleń monitora. W końcu obrócił się do mnie ze zmieszaną miną.

 

– Nie mogę sierżancie – koordynatorze. Satelita odpowiada na moje sygnały ale.. coś zakłóca przekaz. Dostaję fragmentaryczne raporty, ale one też są uszkodzone.

– Błąd oprogramowania?

– Nie, raczej czynnik zewnętrzny. To ta burza. Satelita działa normalnie, to raczej otoczenie “przechwytuje” jego sygnał i niszczy treść. Na moim odbiorniku pojawia się tylko poszarpany bełkot. Będziemy musieli tam wejść i przenieść dane na nośnik.

 

Tego się w zasadzie spodziewałem ale i tak należało zapytać. Szczerze wątpiłem, że załatwimy sprawę tak szybko, ale wtedy myślałem, że może to i dobrze. Nasza komórka potrzebowała odreagować lata bezczynności, uważałem, że nie zaszkodzi nam trochę akcji.

Głupiec, głupiec, głupiec..

Nie minęło wiele czasu, gdy wydałem biednemu Michaiłowi rozkaz do opuszczenia transportowca. Zabezpieczony stalową linką, wyposażony w magnetyczne buty i plecak ze sprężonym gazem podryfował w kierunku sputnika.

 

– Słyszycie mnie, Kozłow?

– Tak jest, sierżancie – koordynatorze, potwierdzam łączność. Zbliżam się do satelity. Widzę śluzę terminali. Manewruję w jej kierunku.

 

Z głowami obróconymi w stronę pancernej szyby oglądaliśmy próżniową ekwilibrystykę naszego inżyniera. Rzeczywiście, chwilę później przyczepił się mocno do powłoki śluzy i zaczął mocować się z jej otwarciem.

W opowieściach większości literatów sprzed wojny przestrzeń kosmiczna opisywana jest jako miejsce pełne spokoju i harmonii, zupełnie jakby była to ogromna tafla oceanu, nie zmącona najmniejszym podmuchem wiatru. Sam za młodu wczytywałem się w tego rodzaju opowieści. W praktyce jednak jest zupełnie odwrotnie, nie znam bowiem bardziej nieprzewidywalnego środowiska. Pozornie spokojny, a w rzeczywistości przypominający rozjuszony sztorm – kosmos nieustannie próbuje nas zabić.

Dlatego nikt z nas nie był spokojny. Nikt nie zachwycał się poetycką ciszą, nie opisywał otaczającego nas piękna. Zamiast tego każdy pocił się ze strachu pod grubymi warstwami naszych skafandrów kosmicznych.  

 

– Sierżancie – Usłyszałem zaniepokojony głos pilota –  Coś się do nas zbliża.

– Ze strony gwiazdolotu?

– Nie, otrzymuję odczyty ze strony słońca. – zająknął się – rodzaj uderzenia magnetycznego? Zbliża się szybko, sierżancie, Kozłow musi się stąd zabierać.

 

Fala gorąca uderzyła mi do głowy. Mimo to zmusiłem rozedrgany głos do posłuszeństwa i odezwałem się przez komunikator.

 

– Kozłow, odbiór. Zostawcie satelitę i natychmiast wracajcie na pokład transportowca. Zrozumieliście mnie ? Natychmiast wracajcie.

– Nie rozumiem… – jeśli Kozłow mówił dalej to jego wiadomość zginęła w nagłym szumie, który głośną kakofonią przetoczył się przez mój komunikator.

– Kozłow, odbiór ! Natychmiast wracajcie na pokład transportowca, odbiór!

 

Wrzeszczałem do mikrofonu zamontowanego w hełmie. Tym razem jednak komunikat spełnił oczekiwania i Michaił obrócił się w naszym kierunku. Odbił się od ściany sputnika i poszybował w naszą stronę.

 

– Nie zdąży sierżancie, fala uderzy w nas za dwadzieścia sekund.

– Zdąży. Otworzyć śluzę!

 

Czułem, że głos mi się nie załamał, i nie zdradził strachu bo Klimow bez sprzeciwu otworzył przejście dla lecącego w naszym kierunku Kozłowa. Na bezdechu obserwowałem jego dryf.

 

– Dziesięć sekund sierżancie! Nie zdąży!

 

Pamiętam, że postać mojego przyjaciela sunęła w naszym kierunku w absurdalnie wolnym tempie, z wysuniętymi do przodu rękami. Spojrzałem za niego i zasłoniłem oczy przedramieniem, oślepiony nagłym i bolesnym uderzeniem słońca. Za plecami kosmonauty rósł czerwony blask wściekłej gwiazdy, groźny i przerażający. Z zaciśniętymi powiekami, bezgłośnie modliłem się żeby zdążył.

Sekundy trwały wieczność, a wnętrze naszego transportera wypełniło się gorącą czerwienią. Tonęliśmy w pożarze światła, poparzeni porażająca jasnością, utopieni w żarze.

Kozłow zdążył.  

W momencie, w którym śluza bezpieczeństwa zatrzasnęła się za jego sylwetką uderzyła w nas fala. Opancerzonym transporterem zatrzęsło i odezwały się w naszych komunikatorach bolesne ryki białego szumu. Pojazdem rzuciło jak szmacianą lalką i odczuliśmy gwałtowny pęd. Starałem się krzyczeć do Anatolija, ale przez wyjące w uszy dźwięki prawdopodobnie nie zrozumiał ani słowa. Widziałem jednak jak mocował się ze sterami za wszelką cenę starając się wymanewrować nas na bezpieczną przestrzeń. Bezskutecznie. Fala magnetyczna rzuciła transporterem z siłą, która wepchnęła nas w grawitację planety. Kilka chwil po uderzeniu widzieliśmy jak przezroczysta szyba pokrywa się językami płomieni wywołanych naszym gwałtownym spadaniem. Wciąż krzyczałem starając się wydawać rozkazy, ale mój wysiłek był daremny. Klimow walczył z siłą, która pchała nas do ziemi samodzielnie.

Lecieliśmy w kierunku planety, przyciągani z potworną mocą. Minuty dzieliły nas od uderzenia. Nie mieliśmy prawa przeżyć takiego upadku.

Z trudem obróciłem głowę. Kozłow, który zdążył przejść przez śluzę bezpieczeństwa, nie przypiął się jeszcze do fotela. Siła spadania rzuciła go na tylną ścianę pojazdu i przygwoździła.  

Anatolij w końcu się poddał. Zacisnął dłoń w pięść i z rozmachem zbił szybkę katapultera. Zrobił to w samą porę gdyż przeciążenie wywołane gwałtownym spadaniem zaczęło boleśnie wbijać się w moje oczy.

Poczułem silny skurcz żołądka i chwilę później, razem z fotelem znalazłem się na zewnątrz pojazdu. Po kilku sekundach dzikich przewrotów otworzył się spadochron i stabilizatory wyrównały lot. Mimo zawrotów głowy obejrzałem się na towarzyszy. Było nas trzech.

Spadochron Kozłowa opadał bez pasażera.

 

***

 

Opadaliśmy na rozłożystych balonach naszych spadochronów. Na nasze szczęście niebo było czyste i byliśmy w stanie kontrolować lot. Widziałem pozostałych, wszyscy trzymali się szyku. Lata szkolenia nie pozostają bez odzewu. Kiedy wydarzenia pędzą szybciej niż myśli, kiedy nie masz czasu nawet zaprotestować, decyduje wyszkolenie. Wszyscy robiliśmy to co wbijano nam do głowy godzinami ciężkich ćwiczeń.

Transporter, rozpędzona kula płomieni, zniknął mi z oczu już wcześniej. Nie wiem gdzie spadł, mogłem jedynie wskazać ogólny kierunek.

Wylądowaliśmy. Wbiłem się po uda w zaspę czystego śniegu i nakryłem płachtą spadochronu. Bufiasty kombinezon utrudniał ruchy, dusiłem się w jego uścisku. Z mozołem, szarpiąc się niezgrabnymi ruchami, usiłowałem wydostać się spod materiału.

Kiedy wreszcie mi się to udało wdusiłem przycisk komunikatora.

 

– Meldować!

Komunikator szczeknął w odpowiedzi:

– Kapral Klimow, melduję gotowość.

– Szeregowy Sudoł, melduję gotowość.

 

Tyle. Cisza.

Rozejrzałem się wokół. Moi towarzysze, już oswobodzeni ze swoich spadochronów zmierzali w moim kierunku.  Charakterystyczne czerwone punkty na tle czystej bieli. Znajdowaliśmy się na mroźnym pustkowiu, zewsząd otoczeni, jak okiem sięgnąć bielą. Słońce odbijało się od śniegu kolorowymi snopami, gdzieś po prawej majaczyły góry. Skaner na ramieniu wskazywał na temperaturę poniżej minus pięćdziesięciu stopni Celcjusza.

Zgromadziliśmy się wokół siebie i spoglądaliśmy ponuro, jeden na drugiego, przez szyby naszych hełmów próżniowych. Nasza sytuacja była tragiczna i wszyscy o tym wiedzieli. Każdy natomiast bał się powiedzieć o tym głośno. Byłem dowódcą, na mnie spoczywał obowiązek.

 

– Klimow, czy masz kontakt z transportowcem?

– Tak jest, sierżancie-koordynatorze. Widzę go na moim radarze. Spadł niecałe dwadzieścia kilometrów od nas, można powiedzieć, że mamy szczęście.

– Dobrze. Kozłow nie odpowiada na moje wezwania, musimy go znaleźć. Nie zdążył opuścić transportowca, a w takim wypadku na pewno jest ranny.

– Wątpliwe aby przeżył katastrofę – wtrącił się Sudoł – samo przeciążenie…

 

Widziałem jak pokręcił głową. Miał rację, śmierć Michaiła była niemalże pewna. Widziałem, że przed uderzeniem fali, czymkolwiek była, inżynier pozostawał nieprzypięty do fotela. W trakcie spadania siła cisnęła nim na ścianę i w tej sytuacji nie mógł się katapultować. Samo przeciążenie wywołane upadkiem na powierzchnię planety było zabójcze, a nawet jeśli kombinezon go ochronił to nie miał prawa przeżyć samego uderzenia. Tylko cud mógł go uratować.

 

– Póki nie zobaczę ciała nie spiszę go na straty. Każdy z nas chciałby abyśmy zrobili wobec niego to samo. Dlatego głowa do góry i powtarzam – naszym priorytetem jest zidentyfikować stan naszego inżyniera. Po drugie, i nie mniej ważne, musimy znaleźć transportowiec. Jeśli nie skontaktujemy się z gwiazdolotem w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, dowództwo uzna nas za martwych. Oni nawet nie wiedzą, że spadliśmy na powierzchnię te przeklętej planety.

– Burza zakłóca komunikację sierżancie, jak się do nich odezwiemy ? Nie mogliśmy nawet przechwycić danych od satelity, który stał kilkanaście metrów od nas.

– Wiem, ale w tej chwili to nasza jedyna szansa. Musimy próbować.

 

Wszyscy spojrzeli na mnie ponuro i w milczeniu przyznali mi rację. W gruncie rzeczy zgadzałem się jednak z nimi. Szansa na kontakt była niewielka, cokolwiek bowiem ograniczało naszą łączność, robiło to odkąd przybyliśmy do tego systemu. Czemu cokolwiek miałoby zmienić się teraz ? Ale jednak..

 

Rozpoczęliśmy żmudną wędrówkę. Jeszcze teraz, na samo wspomnienie tych trudów, przeklinam nasze skafandry. Stanowiły nieocenioną pomoc w próżni, gdzie chroniły nas przed śmiercią, ale tu, pośród śniegu zalęgającego po uda, zgotowały nam prawdziwą mordęgę. Nie sposób było w tym chodzić, każdy krok był katorgą. Nie mieliśmy żadnych narzędzi żeby usunąć śnieg, a próżniowych kombinezonów nie mogliśmy zdjąć – temperatura zabiłaby nas w przeciągu kwadransa. Musieliśmy iść.

 

Maszerowaliśmy cały dzień. Minęło osiemnaście godzin od naszego lądowania. Nogi ciążyły mi jak wypełnione ołowiem, a płuca paliły ogniem.

Wspominałem symulację na Antarktydzie. Tam było łatwiej, mieliśmy do dyspozycji sprzęt do wspinaczki. Jednak sama misja, warunki.. tak bardzo podobne.  

W końcu dotarliśmy do pokrywy lodowej, z której było nam łatwiej. Śnieg nie był tu tak wysoki, szliśmy raczej po szkle, czasami nawet zjeżdżaliśmy.

Po kolejnej godzinie stanęliśmy przed klifem.

Rozciągał się za nim ocean, długa, wzburzona falami przestrzeń.

 

– Transporter?

– Przed Nami sierżancie… a właściwie pod nami. Spadł do oceanu.

 

Klimow był zasępiony, wyraźnie odbiły się na nim wydarzenia ostatnich godzin. Czułem, że jest źle. Był do mnie obrócony bokiem i nie widziałem jego twarzy przez szybę hełmu.

Obejrzałem klif.

 

– Jak głęboko musimy zanurkować żeby się do niego dostać?

– Jakiś kilometr.

Zastanowiłem się. W teorii, mieliśmy szansę. Linka w moim skafandrze wysuwała się przynajmniej na odległość wystarczająca aby zjechać po klifie. Skafander z pewnością wytrzyma ciśnienie i przy odrobinie szczęścia mogłem dotrzeć do transportera. Spojrzałem na towarzyszy.

 

– Porwie Cię prąd.

 

Piotr. On również się martwił, jego twarz postarzała się od stresu. Tak jak ja, był zmęczony. Tracił motywację do działania.

 

– Niekoniecznie. Mogę to zrobić, wiesz o tym. – zaczynałem w to wierzyć, złapałem Piotra za ramię i potrząsnąłem nim – Musimy działać, słyszysz? Nie mamy innego wyjścia jak spróbować kontaktu z gwiazdolotem. Zginiemy jeśli tu zostaniemy! Nie ma na tej planecie innego wyjścia z naszej sytuacji jak użyć komunikatora i spróbować przebić się przez tę cholerną burzę, więc otrząśnij się, do diabła!

Krzyk podziałał, obaj obrócili się wreszcie do mnie i pokiwali głowami z ponurymi minami.

 

– Wybacz dowódco. – odpowiedział Klimow – To ten ból. Odkąd wylądowaliśmy znów męczą nas migreny, powinniśmy o tym zaraportować od razu. Z Piotrem jest to samo. Macie rację, damy sobie radę. Musimy dać.

 

Zaczęliśmy działać. Zostałem przymocowany do jednej z ostrzejszych skał klifu, za pomocą linki mojego skafandra. Rozwinęliśmy ją do pełnej odległości i przy użyciu szkieletu z pajęczyny spadochronu stworzyliśmy dźwignię, na której mogłem bezpiecznie osuwać się w dół. Sprawdziliśmy wszystko trzykrotnie. Wyglądało dobrze.

Dałem znak towarzyszom i przy ich asekuracji zacząłem schodzić po klifie. Ściana była śliska ale poorana wiatrem i falami. Zejście nie było trudne, poradziłem sobie.

Wkrótce zanurzyłem się w oceanie. Miałem problemy jedynie na początku, fale rzucały mną o ścianę klifu i niemalże przygwoździły. Udało się jednak pokonać opór i wkrótce znalazłem się pod powierzchnią.

Ogarnęła mnie ciemność.  

Włączyłem reflektor na ramieniu i wdusiłem przycisk komunikatora.

 

– Sierżant-koordynator Celiński do oddziału. Zszedłem pod wodę, potwierdźcie kontakt.

– Słyszymy Was sierżancie. Powodzenia.

 

Odetchnąłem. Po zanurzeniu się w odmęty oceanu zawładnął mną irracjonalny strach przed izolacją. Bałem się, że woda pochłonie mnie i nikt nie będzie w stanie mi pomóc. Miałem jednak komunikator i kontakt z resztą załogi.

Odegnałem od siebie złe myśli. Ta przeklęta planeta zaczynała niszczyć również mnie.

 

Zacząłem płynąć w dół. Prądy były silne, kilkukrotnie porywały mnie z ogromną siłą i wciągały w głąb oceanicznej przestrzeni.

 

Panikowałem.

 

Po raz kolejny, uratował mnie skafander. Zamontowany plecak korygował tor mojej wędrówki, mechanizmy odrzutowe opierały się sile wirów. Przyznam jednak, że umierałem ze strachu. Ledwo widziałem, rzucany na prawo i lewo jak lalka, nie mogłem skupić światła reflektora na jednym punkcie. W rezultacie byłem skołowany i niepewny kierunku. W pewnym momencie zrezygnowałem z tego i przerzuciłem koncentrację na kierunkowskaz nadajnika. Metoda była pewniejsza, komputer zawsze wskazywał właściwe położenie.

W końcu uderzyłem stopami o twardą powierzchnię. Udało się. Stałem na dachu transportera.

 

– Sierżant do załogi, odbiór.

– Słyszymy was, sierżancie.

– Znalazłem transporter. Szukam śluzy bezpieczeństwa.

 

Niezgrabnymi ruchami okrążyłem pojazd. Najpierw obejrzałem przód. Był całkowicie zniszczony, pancerz wbił się z potworną siłą w skałę. Nie rozhermetyzował się, co stanowiło o naszym szczęściu, jednak już teraz wiedziałem, że nie sposób było go wyciągnąć. Potrzebowalibyśmy dźwigu, który zdołałby wyszarpnąć go z twardych objęć planety.

Podpłynąłem na tył. Oświetlając sobie widok, znalazłem kołowrót śluzy. Złapałem za niego i zapierając się mocno nogami przekręciłem.

Drzwi puściły i dostałem się do wnętrza ciasnej przestrzeni śluzy. Szczęściem, pompy działały. Woda zaczęła szybko opadać, a wnętrze wypełniało się powietrzem. Już niedługo mogłem zdjąć hełm.  

Stałem tam przez kilka minut. Bałem się wchodzić dalej, przeczuwałem co spotka mnie w środku. Ręce drżały mi ze strachu, w krtani osiadła lepiąca się kula mdłości. Teraz kiedy nie widziała mnie reszta, pozwoliłem wyładować się nerwom. Usiadłem na podłodze i złapałem się za głowę.

Wtedy, dopiero wtedy, dopadło mnie zmęczenie. Czułem, że nie dam już rady podnieść się i otworzyć tych przeklętych drzwi, na które patrzyłem. Chciałem już tylko zasnąć, odpocząć od tego przeklętego strachu. Oddychało mi się ciężko, powietrze było zatęchłe, mokre. W skroniach pulsował ból, łomotał mi wewnątrz czaszki, nie pozwalał się skupić.  

Cisza usypiała. Próbowałem jeszcze unieść ciężkie powieki ale lepiły się od brudu, opadały mimo starań. Nie chciało mi się. Nogi miałem obolałe, ręce sztywne, zdrętwiałe. Cisza usypiała…

Zasnąłem.

 

***

 

Obudziło mnie irytujące szumienie. To komunikator w moim hełmie. Nie wiedziałem jak długo spałem, z pewnością jednak minęło wystarczająco dużo czasu aby moi ludzie na górze zaczęli się niepokoić.

Zmusiłem się żeby rozprostować zdrętwiałe nogi. Miałem osobliwe wrażenie, że to samo szumienie, które wybrzmiewało mi w głowie, przeszło też na moje członki. Były opuchnięte i mrowiły nieznośnie przy każdym ruchu. Kilkakrotnie poruszyłem palcami u stóp i rozmasowałem skronie aby odegnać otumanienie. Nie pomogło.

Zamiast tego wcisnąłem przycisk komunikatora i przez zalepione cierpką śliną gardło odezwałem się do załogi.

 

– Sierżant Celiński, odbiór. Wszystko w porządku, czekajcie na mnie.

– ….. jest sieżancie. Niepoko…gą ciszą.  Cze…y n…

 

Znów problemy z komunikacją. Przeklęta planeta.

 

Wstałem na drżących nogach i spojrzałem ciężko na pancerne drzwi śluzy. Nie było innej możliwości jak tylko wejść do środka.

Wstrzymałem oddech i mocno wdusiłem przycisk bezpieczeństwa. Nie działał. Ze złości zawyłem dziko, aż poczułem bolesne drapanie w nadwyrężonym gardle. Uderzyłem w drzwi pięścią i kilkakrotnie kopnąłem w pancerną pokrywę mojego schronienia. Miałem dosyć, jeśli za tym pierdolonym kawałem metalu leżał mój przyjaciel to chciałem się już o tym przekonać, zobaczyć, mój Boże dlaczego mi to robisz ?

Nie pamiętam ile czasu wariowałem w ciasnym pomieszczeniu śluzy. Wiem, że koniec końców przypomniałem sobie o przecinaku, umiejscowionym w wewnętrznej szafce, ukrytej pod sufitem. Użyłem go żeby przeciąć powłokę wewnętrzną. Osobliwie, systemy alarmowe transportera nie były uszkodzone i moim działaniom towarzyszyły kakofonie piskliwych dźwięków i czerwona łuna przeskakująca po wnętrzu. Wszedłem do środka.

 

Kozłow złamał kręgosłup. Leżał na podłodze transportera, wygięty jak kukiełka. Mój Boże, mój Boże, tak mi przykro. Nie chciałem, nie chciałem tego, wiedziałem, że umarł ale chciałem mieć nadzieję, chciałem pomóc mu, zatrzymać, nie wiedziałem..

 

Specjalista Michaił Kozłow zginął na służbie, do ostatniej chwili pełniąc swoje obowiązki. Oddaję cześć jego pamięci.

 

Długi czas spędziłem we wnętrzu pojazdu. Chyba nigdy nie płakałem tak jak wtedy. Najgorsze co przeżyłem.

 

***

 

W końcu się otrząsnąłem i zmusiłem do podjęcia jakichś sensownych działań.  

 

Zacząłem wtedy rozglądać się po transporterze. Wiedziałem, że nie dam rady wydostać go spod wody, wbił się w skały zbyt mocno. Co prawda udało mi się uruchomić silnik, ale obroty były zbyt słabe aby wydostać go z pułapki. Udało mi się za to uruchomić podsystemy i zapalić światła.

Zacząłem rozglądać się za sprzętem. To akurat nie było trudne, załoga była przygotowana. Wydobyłem namioty i sprzęt do górskiej wspinaczki, ciepłe stroje, zastrzyki, jedzenie i wodę. Dodatkowe ogniwa energetyczne, serwomotory na nogi, butle z tlenem oraz kapsułki z cyjankiem potasu. Na wszelki wypadek.. Kiedy zapakowałem wszystko do skrzyni z magnetycznymi nośnikami usiadłem przed terminalem komputera.

 

Wtedy zobaczyłem sygnał.

 

Ktoś nadawał do nas komunikat. Nie rozumiałem przekazu, pojawiał się na moim ekranie jako zbitka przypadkowych znaków, z każdym impulsem inna. Był natomiast silny, i mogłem zlokalizować miejsce nadawania. Pochodziło z planety.

 

Kilka minut siedziałem w fotelu wpatrując się w zjawisko. Nie rozumiałem tego wtedy. Jakim cudem? Kto?

Pomyślałem, że mogła wylądować tu przed nami inna ekspedycja. Jeśli zbadał tę planetę inny gwiazdolot, mógł zostawić zaszyfrowaną wiadomość do towarzyszy swojego Frontu. Nie mogłem go odczytać, a nie usłyszeliśmy go wcześniej z powodu burzy, która zakłócała komunikację. Jak inaczej to wyjaśnić?

 

I czym była wiadomość? Ostrzeżeniem? Informacją o schronieniu? Być może. Jeśli natrafili na podobne problemy co my, a musiało tak być, to również wylądowali na powierzchni planety w mniej lub bardziej szczęśliwych okolicznościach. Być może zostawili bezpieczną bazę dla innych, którzy tak jak my, rozbili się na powierzchni. Może ich nadajnik..

 

Nadajnik.

 

Ustawiłem go na wysyłanie i spróbowałem kontaktu z gwiazdolotem. Bezskutecznie. Burza magnetyczna zakłóciła pracę programów, wariowały pod moimi komendami. Nie mogłem nadać komunikatu, system odmówił mi posłuszeństwa. To koniec.

 

Spojrzałem na tarczę chronometru. Pozostało dwadzieścia siedem godzin do momentu, w którym dowództwo spisze nas na straty. Tylko tyle. Jeśli nie damy jakiegokolwiek, najmniejszego znaku istnienia uznają nas za martwych i zostawią. Jeśli gwiazdolot upora się z magnetycznymi interferencjami tego systemu to ta planeta stanie się naszym grobem.  

 

Nie mogliśmy na to pozwolić.

 

Spisałem koordynaty miejsca, z którego nadawany był sygnał i podniosłem się z fotela. Skrzynię ze sprzętem zamontowałem na plecach i wyszedłem przez śluzę. Kozłowa zostawiłem w środku. Spoczywa w podwodnym grobie. Boże przyjmij go do siebie.

 

Nałożyłem hełm próżniowy i wyszedłem z transportera. Wróciłem na powierzchnię.

 

Klimow i Sudoł czekali na mnie tam gdzie ich zostawiłem. Pomogli mi wejść po klifie. Zrzuciłem z siebie skrzynię ze sprzętem. Zacząłem pospiesznie tłumaczyć im co się wydarzyło i objaśniłem dalszy plan. Rozgorączkowanym głosem powiedziałem im o śmierci Klimowa i uszkodzonym transporterze, o sygnale i moich podejrzeniach co do jego pochodzenia.

 

Widziałem jednak, że zaszła jakaś zmiana.

 

Byli spokojniejsi, przyjęli rewelacje, które im przekazałem bez większego zdziwienia. Ich reakcja wydała mi się podejrzana ale nie skomentowałem tego faktu głośno. Powinienem był. Czuję, że gdybym wtedy zapytał o co chodziło, gdybym dociekł sedna sprawy, wpłynąłbym na to co stało się później. Zamiast tego zignorowałem to i uznałem za dobry omen. Opanowana załoga to klucz do sukcesu, dowódca nie może prosić o więcej.

 

Sudoł użył zastrzyków, które przyniosłem z pojazdu. Pobudziły nas, wróciły nam energię i siłę do działania. Zwłaszcza Klimow wydawał się szczególnie zmotywowany. Głośno komentował nasz plan, snuł domysły i nadzieje, radził mi co robić. Zachowywał się nadpobudliwie, całkowicie inaczej niż przed moim zanurzeniem, kiedy ledwo dało się z niego wyciągnąć słowo.

Zrzuciliśmy ciężkie skafandry próżniowe i ubraliśmy się w stroje zimowe. Nasze warunki poprawiły się diametralnie. Szerokie raki pozwalały nam iść po lodzie i śniegu bez utrudnień, kombinezony zimowe utrzymywały ciepłotę ciała, a serwomotory na biodrach i kolanach wspomagały wędrówkę. Nie musieliśmy też obawiać się o energię, zabrałem z transportera wszystkie ogniwa jakie nam przydzielono.

Zapadł zmierzch ale mimo to nie mieliśmy trudności z optyką. Noc na tej przedziwnej planecie była niemalże tak jasna jak dzień. Powodowały ją cztery księżyce orbitujące nad naszymi głowami. Ich dziwne, pastelowe światło biło bardzo mocno. Z ich powodu śnieg nabrał dziwnej, fioletowopurpurowej barwy i nawet nasze czerwone kombinezony nabrały cudacznego koloru, trudnego do określenia w słowach.

 

Było to na swój sposób piękne.

 

W trakcie naszej wędrówki zrobiliśmy cztery przystanki, za każdym razem posilając się i łapiąc kilka minut regeneracyjnego snu.  Odpoczywaliśmy głównie za namową Piotra, który cały czas monitorował stan zdrowia załogi. Obawiał się zbytniego wycieńczenia organizmów, nalegał na przerwy. Za każdym razem przychylałem się do jego sugestii, szczególnie, że wciąż szliśmy pod górę, zagłębialiśmy się w nieprzyjazne, skaliste tereny.  Było coraz zimniej. Im wyżej wchodziliśmy tym większy wiatr nami szarpał, ale nie mieliśmy innego wyjścia jak zmierzać za wskazaniami nadajnika. A sygnał pochodził właśnie z gór. Co jednak martwiło mnie najbardziej to miejsce, z którego nadawano. Na oko czekała nas trudna wspinaczka. Zastanawiało mnie to. Czemu ktoś zadał sobie tyle trudu żeby umieścić nadajnik akurat na szczycie? Zdecydowanie łatwiej było założyć placówkę, jeśli do takowej zmierzaliśmy, na otwartej przestrzeni rozciągającej się pod nami.

 

Powinienem był się domyślić.

 

W końcu stanęliśmy przed największą przeszkodą naszej tułaczki. Otóż rozciągała się przed nami, tytanicznej wielkości, ściana lodowca. Sięgała daleko wzwyż, a szczyt krył się w gęstych chmurach mgły, która oblekała przestrzeń nad naszymi głowami. Był to widok zaiste zatrważający. Czułem się jak pierwotny człowiek spoglądający na groźne masywy ziemskich gór, wyobrażający sobie zagadki, które kryją się na szczycie.

 

U podnóża ściany zrobiliśmy ostatni przystanek. Czas naglił nas nieubłaganie, dlatego nie mogliśmy pozwolić sobie na długa zwłokę, jednak jeśli rzeczywiście mieliśmy pokonać tę ścianę to potrzebowaliśmy chwili wytchnienia. Spaliśmy godzinę.

 

Śniła mi się Antarktyda. W onirycznych fantasmagoriach brnąłem przez zalegający u moich stóp śnieg i goniłem czyjąś sylwetkę. To był Kozłow. Ścieżka jego ucieczki zbroczona była krwią, śnieg zrobił się niemal czarny od wylewającej się z jego ran posoki. Mimo to pędziłem za nim, goniłem go ile sił w płucach. Oświetlały nas księżyce, nie jeden ale cztery, i wszystkie wykrzywiały się do nas, śmiały się ze mnie, szydziły. Miały twarze, ludzkie twarze, uwypuklone na fioletowych powierzchniach. Potknąłem się i uderzyłem o ziemię. Złamałem nos i przegryzłem boleśnie język. Szyba mojego hełmu zbroczyła się. Chciałem się podnieść i dogonić przyjaciela, ale szyderstwa tysięcy twarzy na księżycu przygwoździły mnie do ziemi i nie pozwoliły się ruszyć. Uniosłem głowę i spojrzałem przed siebie.

 

– Obudź się! – krzyczał do mnie z oddali Michaił. Zatrzymał się i obserwował moje bolesne wysiłki.

– Obudź się!

***

 

W tych potwornych górach dotykało mnie już szaleństwo. Musieliśmy wydostać się stamtąd jak najprędzej.

Zaczęliśmy wspinaczkę jeszcze przy świetle księżyców. Nie było czasu na dalsze czekanie. Czas naglił, ostatni moment na skontaktowanie się z gwiazdolotem uciekał nam nieubłaganie. Jakież potworne fatum prześladowało nas w tym miejscu ? Dlaczego na każdy nasz drobny sukces, nakładały się kolejne problemy, i dlaczego ten cholerny świat zdawał mi się okrutnym sędzią, który stawia przed nami wyzwania, i z zainteresowaniem patrzy jak sobie poradzimy ?

 

Mieliśmy sprzęt do wspinaczki, dzięki Bogu zadbałem o to. Odmontowaliśmy natomiast serwomotory od nóg, w czasie wchodzenia po ścianie stanowiły zbyt duże obciążenie. Góra była wystarczająco trudna do pokonania i bez tego.

Zaczęliśmy walkę.

 

Pochód otwierał kapral Klimow, którego zapał i fizyczne atrybuty predestynowały do pierwszeństwa. Jego praca była najtrudniejsza. To on wbijał kliny, na bazie których opieraliśmy naszą wspinaczkę ja i Piotr. To on mierzył się z nierównościami zdradliwej ściany, on wybierał najdogodniejszą drogę. Jego błąd mógł również wyrządzić największą szkodę. Za nim poruszałem się ja. Przypadło mi w udziale dźwiganie większości sprzętu. Ostatni wspinał się Piotr, który był z nas trzech najstarszy i najmniej sprawny fizycznie.

 

Wchodziliśmy zatem. Góra okazała się groźnym przeciwnikiem, bodaj najtrudniejszym, z jakim przyszło nam się mierzyć od początku. Anatolij radził sobie doskonale. Wykazywał ogromny profesjonalizm, gdyby nie on możliwe, że nie poradzilibyśmy sobie. Linki łączące nas z wbijanymi przez jego serwomłot klinami stanowiły nieocenioną pomoc. Szczególnie dla Piotra, którego nogi kilkakrotnie osunęły się na śliskiej skale i zawisł ciężarem ciała na stalowych przęsłach.

Im wyżej wchodziliśmy tym bardziej upiorna wydawała mi się góra. Na początku niemalże gładka jak powierzchnia lustra, stawała się coraz bardziej stroma i powykrzywiana na górze. Szczególnie groźne wydawały mi się ostre sople, które mierzyły w naszą stronę, a które stawały się tym liczniejsze, im wyżej byliśmy. W myślach kojarzyłem je z kłami groźnej bestii, w której gardło pchaliśmy się, kuszeni niezrozumiałą siłą. Upiorny był też wiatr, który nabierał siły. Uderzał w nas, starając się strącić nas ze skały, mroźny i nieobliczalny.

 

To on okazał się przyczyną naszej zguby.

Po czterech godzinach katorżniczo trudnej wspinaczki uderzyła w nas wichura. Mroźne powietrze zaczęło sypać w naszym kierunku ciężkimi i grubymi jak pięści kulami gradu. Wiatr rozpędził się do tego stopnia, że jedynym dla nas ratunkiem były magnesy zamontowane w naszych kamizelkach. Przyczepiliśmy się mocno do klinów powbijanych w ścianę i oczekiwaliśmy najgorszego.

Komunikatory nie działały. Przez kilka pierwszych minut próbowałem jeszcze krzyczeć do towarzyszy aby wydać rozkaz do zejścia niżej, ale szybko zaniechałem tych bezsensownych prób. W głośnikach odzywał się tylko szum. Przeklinałem ten dźwięk, wydawał mi się bowiem drwiną, szeptaną przez nieznane demony owej planety, które za wszelką cenę pragnęły naszej śmierci.

Nie wiem ile czasu minęło nam w takim oczekiwaniu. Modliłem się i jestem przekonany, że pozostali czynili to samo. Byliśmy jak robaki, wystawieni na gniew i złośliwość nieznanego oprawcy.  

W pewnej chwili poczułem silne szarpnięcie, które omalże nie oderwało mnie od ściany. To Klimow. Jego magnesy musiały uszkodzić się w tej przeklętej wichurze, która niszczyła naszą technologię.

Spadł.

 

***

 

Zeszliśmy po niego. Zatrzymał się na półce skalnej, jakieś sto pięćdziesiąt metrów pod nami. Uderzenie zgruchotało mu nogi, a odłamek skały wbił się w jego brzuch powodując obrażenia wewnętrzne.

Mimo, że nie mieliśmy warunków, ani nawet odpowiednich narzędzi do podobnej operacji, próbowaliśmy mu pomóc. Na pochyłym fragmencie skały, na który spadł Klimow rozbiłem namiot. Udało mi się na tyle sprytnie zamontować magnesy, że konstrukcja stanowiła względnie bezpieczną ochronę przed silnym wiatrem. Użyłem wszystkich ogniw energetycznych, które mieliśmy na podorędziu i zamontowałem wokół nas pole tarczy, które broniło nas przed gradem. Żałuję, że nie zrobiłem tego wcześniej, to był mój błąd. Osłona wytrzymała całą noc. Noc, w czasie której Piotr operował Anatolija. Robił co mógł, wiem, że dał z siebie tyle, na ile pozwalały mu trudne warunki. Utrzymał biedaka w stanie śpiączki i opatrzył jego rany. Nic jednak nie mógł poradzić na obrażenia wewnętrzne, ani na obrażenia nóg. Powiedział mi wtedy, że Klimow już nigdy nie będzie mógł chodzić, jeśli przeżyje tę noc.

 

Czuwałem razem z nimi przez kilka godzin, zanim zmorzył mnie sen.

 

***

 

Obudziły mnie promienie słoneczne.

 

Pamiętam, że w pierwszej chwili nie skojarzyłem okoliczności, w których zasnąłem i nawet uśmiechnąłem się do słońca, które grzało mi twarz. Było chłodno, ale nie lodowato. Wiatr, który łopotał namiotem dmuchał mi w twarz. To mnie wtedy zastanowiło. Dlaczego namiot jest otwarty?

 

Podniosłem się gwałtownie i rozejrzałem. W brzuchu zebrała mi się gorąca kula, ta sama, która zawsze wypełnia żołądek kiedy przeczuwa się coś niedobrego. Najpierw spojrzałem na rannego Klimowa, który spał obok mnie. Był martwy. Jego oczy były zamknięte, skóra zimna i stężała w pośmiertnym skurczu. Na wszelki wypadek sprawdziłem puls, ale pobieżne badanie jedynie potwierdziło pierwsze spostrzeżenie. Żołądek skurczył mi się wtedy gwałtownie i prawie zwymiotowałem, ale w ostatniej chwili powstrzymałem odruch. Spróbowałem za to jak najszybciej wydostać się z namiotu, zaczerpnąć świeżego powietrza.

 

Stanąłem na zewnątrz. Krajobraz był piękny, majestatyczny. Byłem sam, na niemalże szczycie potężnej góry, a pod moimi stopami rozciągała się mleczna mgła, przebijana wiązkami słońca i ostrymi skałami. Wiatr szarpał moją kurtką i uderzał mnie w twarz. Byłem wędrowcem nad morzem mgły.

 

Szukałem wzrokiem Piotra, ale nigdzie go nie było. Zniknął, rozpłynął się jak sen. Zobaczyłem jego sprzęt do wspinaczki, leżał u wejścia do namiotu, tak jak go wczoraj zostawił. Narzędzia chirurgiczne, ubrudzone zakrzepłą krwią walały się po ziemi. Pod moimi stopami zachrzęściła pusta strzykawka. Podniosłem ją. Adrenalina. Uniosłem ramię i chciałem wdusić przycisk komunikatora. Wtedy zobaczyłem wiadomość. Przytaczam ją wiernie:

 

Drogi Tomaszu,

 

wybacz, że nie towarzyszyłem Ci do końca. Mam nadzieję, że kiedy znów się spotkamy, a sądzę, że nastąpi to niedługo, zrozumiesz moją decyzję.

Rzuciłem się ze skały. Nie mam już siły kontynuować tej wędrówki, czymkolwiek ona jest i jakiekolwiek konsekwencje mnie teraz czekają. Wiem, że uznasz moją decyzję za tchórzliwą lub głupią dlatego postanowiłem nie informować cię o moim zamiarze. Nie chciałem abyś mnie od niego odwodził.

Kiedy nurkowałeś na dno żeby znaleźć Kozłowa i transporter, doszliśmy z Anatolijem do wniosku, że jesteśmy w symulacji. Koordynatorzy nie odłączyli nas od Hypnosa, a ta misja musi być chyba czymś w rodzaju testu. Twoje “zaskakujące” odkrycie sygnału, tylko to potwierdziło.

Zastanów się, Tomaszu. Każdy z nas uczestniczył wcześniej w podobnej symulacji, każdego z nas przygotowywano do tego, ostatecznego jak sądzę, testu. Każdy z nas stanął przed wyzwaniami, które miały sprawdzić jego umiejętności. Ja zawiodłem w swoich, Anatolij umarł. A ja nie chcę patrzeć na martwe twarze moich przyjaciół, w imię jakiejś chorej gry.

Radzę ci pójść w moje ślady, ale uczynisz jak chcesz. Sądzę, że oni cię teraz obserwują. Daję ci przewagę tym listem. Dokończ próbę lub wycofaj się z niej, tak jak ja.

 

 

Twój przyjaciel, Piotr.

 

 

***

 

Kiedy nadaję ten raport, znajduję się już na szczycie góry, obok komunikatora, który nadawał sygnał. Okazał się nim nasz sputnik, który spadł na powierzchnię planety, po tym jak uderzyła w nas fala. Jestem skończonym głupcem, skoro nie pokojarzyłem faktów i nie domyśliłem się tego od razu. Procedury satelity nakazują mu nadawać sygnał o swojej lokalizacji, kiedy ulegnie uszkodzeniu, tak jak teraz. Fala magnetyczna, czy też przeklęte właściwości tej upiornej planety, zamieniły czytelny komunikat w poszarpany bełkot. Od samego początku mieliśmy problemy z technologią.

Minęło już sto dwadzieścia siedem godzin od ostatecznej granicy komunikacji z gwiazdolotem. Nie byłem w stanie przebić się przez burzę i usłyszeć kogokolwiek. Jeśli gwiazdolot zdołał wydostać się z magnetycznej interferencji, która go zatrzymała, Koordynatorzy z całą pewnością  odlecieli, aby nie ryzykować poważniejszych strat.

 

Zginę tu.

 

Zamierzam połknąć kapsułkę z trucizną. Nie chcę rozstawać się z życiem szarpany głodem i pragnieniem. Nie wierzę w teorię moich przyjaciół o symulacji. Gdyby rzeczywiście tak było to już dawno zostałbym odłączony. Wszak dostałem się na górę, dopiąłem celu. Nie ma innej wskazówki, za którą mógłbym podążyć.

 

Sierżant – koordynator Tomasz Celiński. Bez odbioru.

Koniec

Komentarze

Interesujący pomysł na zachowanie uczestników wyprawy. Ale wiele rzeczy wydało mi się bardzo niewiarygodnych.

Technikalia: nie stawiamy spacji przed pytajnikami ani wykrzyknikami, interpunkcja szwankuje.

Jeśli transporter nie był przystosowany do lądowania, to po co trzymali na nim sprzęt turystyczny? A jeśli był, to dlaczego nie wylądował?

Jakoś zabrakło mi troski o tlen.

Skoro mogli rozbić w miarę bezpiecznie namiot, to dlaczego nie zrobili tego od razu na początku wichury? Dlaczego nie zmontowali zwyczajnych stanowisk asekuracyjnych?

Procedury w przypadku utraty łączności z posłanymi ludźmi wydają mi się okrutne.

Naszym celem było dostać się do satelity głównej, która obecnie krążyła

Satelita jest rodzaju męskiego.

Mimo różnych materii zainteresowań byliśmy sobie bliscy i utrzymywaliśmy kontakt przez cały okres studiów. Michaił zawsze był ode mnie inteligentniejszy,

Powtórzenie. Szczególnie byłozę staraj się zwalczać.

Każdy z Nas chciałby abyśmy zrobili wobec niego to samo.

Ty, twój itp. w dialogach piszemy małą literą. Tylko na piśmie dużą. A już “my” to nawet w listach małą.

Sudoł użył zastrzyków, które przyniosłem z pojazdu.

Przez kombinezony kosmiczne?

Wiatr rozpędził się do tego stopnia, że jedynym dla Nas ratunkiem były magnesy zamontowane w naszych kamizelkach. Przyczepiliśmy się mocno do pooranej klinami ściany i oczekiwaliśmy najgorszego.

Magnesy zazwyczaj słabo przyciągają lód.

Babska logika rządzi!

Sudoł użył zastrzyków, które przyniosłem z pojazdu.

Przez kombinezony kosmiczne?

Kombinezony mogły mieć wbudowane aplikatory czy gniazda do podawania zastrzyków, skoro takowe mieli.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nie wspominałeś, że kombinezony były z wenflonami. ;-)

Babska logika rządzi!

Z zarzutów, na które moge odpowiedzieć: 

– transporter był przystosowany do lądowania. Nie wylądował gdyż strąciło go uderzenie fali, które uszkodziło technologię. 

– tak, mieli wenflony ;). Pewne rzeczy, który wydają mi się oczywiste, zostawiam w domyśle. 

– Magnesy miały przyciągać ich do klinów, które powbijali w ściany, ale faktycznie, przeczytałem to jeszcze raz i teraz wydaje mi się niedookreślone. 

– tak, procedury były okrutne. 

 

Reszta jest jak najbardziej trafna. Zresztą – wszystkie są trafne, bo jeśli takie odniosłaś wrażenia po przeczytaniu tekstu, to takie udało mi się stworzyć.  

Dziękuję za komentarze i oceny.  

Otworzyłem powieki i przez zamglone bielmem

Główny bohater musiał co najmniej niedowidzieć – bielmo powoduje spore wady wzroku. 

 

Trochę ciężko mi się czytało – ostatnio nie mój target, w dodatku w pierwszej osobie. Przerwy między akapitami wybijały z rytmu.

Ogólnie pomysł jest, trochę gorzej z wykonaniem.

 

F.S

Pomysł, owszem, niczego sobie, ale wykonanie sprawiło, że Kontakt czytało mi się nie najlepiej. Ponadto opowiadanie zdaje się trochę przegadane, a przez to nieco przydługie. W lekturze najbardziej przeszkadzały mi wielkie litery zaimków, liczne powtórzenia, różne błędy i usterki, że o nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę.

Zastanawiam się, w jaki sposób Celiński załadował sobie na plecy skrzynię wypakowaną namiotami, sprzętem do górskiej wspinaczki, ciepłymi strojami, jedzeniem, wodą, ogniwami energetycznymi, serwomotorami i butlą z tlenem, i jak z tym majdanem wydostał się z kilometrowej głębi oceanu…

 

– Zo­stał Pan wy­bu­dzo­ny z hi­ber­na­cyj­ne­go snu… – – Zo­stał pan wy­bu­dzo­ny z hi­ber­na­cyj­ne­go snu

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

zo­sta­ła w więk­szo­ści za­hi­ber­no­wa­na. Oka­za­ło się jed­nak, że kiedy zo­sta­li wy­bu­dze­ni nie­mal więk­szość z nich… – Powtórzenie.

Może w pierwszym zdaniu: …zo­sta­ła w przeważającej części za­hi­ber­no­wa­na.

 

in­fil­tro­wa­łem Ame­ry­kań­ską pla­ców­kę… – …in­fil­tro­wa­łem ame­ry­kań­ską pla­ców­kę

 

A An­tark­ty­da.. gdy­bym tylko wie­dział co cze­ka­ło mnie póź­niej.A An­tark­ty­da gdy­bym

Wielokropek ma zawsze trzy kropki, brak spacji po wielokropku – ten błąd popełniłeś wielokrotnie.

 

Przez Naszą re­la­cję za­nie­dby­wa­ła swoje obo­wiąz­ki.Przez naszą re­la­cję za­nie­dby­wa­ła swoje obo­wiąz­ki.

Ten błąd popełniłeś wielokrotnie, powiedziałabym nawet, że na skalę masową.

 

Ko­or­dy­na­to­rzy po­sła­li na jej or­bi­tę eska­drę sput­ni­ków. Miała po­brać szcze­gó­ło­we dane… – Dane zapewne pobierały sputniki, nie eskadra, więc: Miały po­brać szcze­gó­ło­we dane

 

Mi­cha­ił Ko­złow, nasz in­ży­nier, był naj­spo­koj­niej­szy. Leki, które prze­pi­sa­ła mu Agata wy­raź­nie go uspo­ko­iły. – Powtórzenie. Pierwszy zaimek jest zbędny.

Może w drugim zdaniu: Leki, które prze­pi­sa­ła Agata, wy­raź­nie go wyciszyły.

 

i do­ro­bi­łem się stop­nia ko­or­dy­na­to­ra – sier­żan­ta. –…i do­ro­bi­łem się stop­nia ko­or­dy­na­to­ra-sier­żan­ta.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy i nie robimy spacji.

 

Był naj­star­szy i wy­pra­wa była dla niego ostat­nią szan­są aby speł­nić się w życiu. – Unikaj byłozy.

Proponuję: Był naj­star­szy i wy­pra­wa stanowiła dla niego ostat­nią szan­są, aby speł­nić się w życiu.

 

Nie mi­nę­ło wiele czasu nim wy­da­łem bied­ne­mu Mi­cha­iło­wi roz­kaz… – Nie mi­nę­ło wiele czasu, gdy wy­da­łem bied­ne­mu Mi­cha­iło­wi roz­kaz

 

– Sier­żan­cie – usły­sza­łem za­nie­po­ko­jo­ny głos pi­lo­ta –  Coś się do nas zbli­ża.– Sier­żan­cie.Usły­sza­łem za­nie­po­ko­jo­ny głos pi­lo­ta. – Coś się do nas zbli­ża.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Wrzesz­cza­łem do mi­kro­fo­nu za­mon­to­wa­ne­go w moim heł­mie. – Zbędny zaimek. Czy istniała możliwość, by wrzeszczał do mikrofonu zamontowanego w cudzym hełmie?

 

Tym razem jed­nak ko­mu­ni­kat od­niósł ocze­ki­wa­ny sku­tek i Mi­cha­ił ob­ró­cił się w na­szym kie­run­ku. – Nie wydaje mi się, by komunikator mógł odnieść jakikolwiek skutek.

Proponuję: Tym razem jed­nak ko­mu­ni­kat spełnił oczekiwania i Mi­cha­ił ob­ró­cił się w na­szym kie­run­ku.

 

– Nie zdąży sier­żan­cie, fala ude­rzy w Nas za 20 se­kund.– Nie zdąży, sier­żan­cie, fala ude­rzy w nas za dwadzieścia se­kund.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

To­nę­li­śmy w po­ża­rze świa­tła, po­pa­rze­ni po­ra­ża­ją­ca ja­sno­ścią, uto­pie­ni w żarze. – Domyślam się, jaki efekt chciałeś osiągnąć tym zdaniem, ale wydaje mi się, że nie brzmi ono najlepiej.

 

ode­zwa­ły się w na­szych ko­mu­ni­ka­to­rach bo­le­sne ryki bia­łe­go szumu. Na­szym po­jaz­dem rzu­ci­ło jak szma­cia­ną lalką i od­czu­li­śmy gwał­tow­ny pęd. Sta­ra­łem się krzy­czeć do Ana­to­li­ja, ale przez wy­ją­ce w nasze uszy… – Przykład zbędnych zaimków.

 

ale przez wy­ją­ce w nasze uszy dźwię­ki praw­do­po­dob­nie nie zro­zu­miał ani słowa. – Dźwięki wyły w uszy? Na pewno?

 

Ko­złow, który zdą­żył przejść przez śluzę bez­pie­czeń­stwa, nie zdą­żył przy­piąć się do fo­te­la. – Powtórzenie.

 

Ska­ner na ra­mie­niu wska­zy­wał na tem­pe­ra­tu­rę po­ni­żej minus 50 stop­ni Cel­cju­sza.Ska­ner na ra­mie­niu wska­zy­wał tem­pe­ra­tu­rę po­ni­żej minus pięćdziesięciu stop­ni Cel­sju­sza.

 

-Wąt­pli­we aby prze­żył ka­ta­stro­fę… – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Roz­cią­gał się za nim ocean, długa, wzbu­rzo­na fa­la­mi tafla. – Taflą można nazwać np. lodowisko, gładką powierzchnię spokojnego jeziora, wielkie lustro, a skoro na oceanie, szalały wzburzone fale, nie mogło tam być tafli.

Za SJP: tafla 1. «duża płyta czegoś gładkiego» 2. «równa, gładka, lśniąca powierzchnia»

 

wkrót­ce zna­la­złem się pod po­wierzch­nią tafli. – Masło maślane. Tafla to powierzchnia. Ponadto tam nie było tafli.

Proponuję: …wkrót­ce zna­la­złem się pod po­wierzch­nią.

 

Rze­czy­wi­ście, było tak, jak zło­rze­czył Sudoł. – Kiedy Sudoł złorzeczył i komu?

 

prze­rzu­ci­łem swoją kon­cen­tra­cję na kie­run­kow­skaz mo­je­go na­daj­ni­ka. – Zbędne zaimki.

 

Po­trze­bo­wa­li­by­śmy dźwi­ga, który zdo­łał­by… – Po­trze­bo­wa­li­by­śmy dźwi­gu, który zdo­łał­by

 

Nie było in­ne­go wyj­ścia jak tylko wejść do środ­ka. – Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

Po­zo­sta­ło 27 go­dzin do mo­men­tu… – Po­zo­sta­ło dwadzieścia siedem go­dzin do mo­men­tu

 

Z ich po­wo­du śnieg na­brał dziw­nej, fio­le­to­wo – pur­pu­ro­wej barwy… – Z ich po­wo­du śnieg na­brał dziw­nej, fio­le­to­wopur­pu­ro­wej barwy

 

Co jed­nak mar­twi­ło mnie naj­bar­dziej to miej­sce, z któ­re­go nada­wa­no Na oko… – Brak kropki na końcu zdania.

 

spo­glą­da­ją­cy na groź­ne ma­sy­wy Ziem­skich gór… – …spo­glą­da­ją­cy na groź­ne ma­sy­wy ziem­skich gór

 

Szyba mo­je­go hełmu zbro­czy­ła się od we­wnątrz na czer­wo­no. – Czy w opisanej sytuacji szyba mogła zbroczyć się na zewnątrz i na inny kolor?

 

fi­zycz­ne atry­bu­ty pre­de­sty­no­wa­ły do pier­szeń­stwa. – …fi­zycz­ne atry­bu­ty pre­de­sty­no­wa­ły do pier­wszeń­stwa.

 

Ana­to­lij dawał jed­nak radę, trze­ba oddać mu ten honor. – Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

Szcze­gól­nie dla Pio­tra, któ­re­go nogi kil­ka­krot­nie osu­nę­ły się spod śli­skiej skały… – Jeśli skała mogłaby to zrobić, to raczej ona osunęłaby się spod stóp Piotra. Stopy Piotra nie były pod skałą.

Proponuję: …osu­nę­ły się na śliskiej skale

 

de­mo­ny owej pla­ne­ty, które za wszel­ka cenę pra­gnę­ły… – Literówka.

 

Spadł w dół. – Masło maślane. Czy można spaść w górę?

 

ja­kieś 150 me­trów pod Nami.ja­kieś sto pięćdziesiąt me­trów pod nami.

 

Uży­łem wszyst­kich ogniw ener­ge­tycz­nych jakie tylko mie­li­śmy na po­do­rę­dziu… – Uży­łem wszyst­kich ogniw ener­ge­tycz­nych, które mie­li­śmy na po­do­rę­dziu

 

prze­bi­ja­na wiąz­ka­mi słoń­ca i po­szar­pa­ny­mi ska­ła­mi. Wiatr szar­pał… – Powtórzenie.

 

za­mie­ni­ły czy­tel­ny ko­mu­ni­kat w po­szar­pa­ny beł­kot. Od sa­me­go po­cząt­ku mie­li­śmy pro­ble­my z ko­mu­ni­ka­cją. Mi­nę­ło już sto dwa­dzie­ścia sie­dem go­dzin od osta­tecz­nej gra­ni­cy ko­mu­ni­ka­cji… – Powtórzenia.

 

spi­sa­li Nas na stra­ty i od­le­cie­li, aby nie ry­zy­ko­wać po­waż­niej­szych strat. – Czy to celowe powtórzenie?

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Imponująco szczegółowy komentarz. Miło mi, że poświęciłaś tyle pracy żeby poprowić mój tekst. Z częścią usterek już się uporałem (zaimki pisane dużą literą, kilka niedociągnięć), resztę poprawię w wolnym dniu.

Dziękuję i do zobaczenia w kolejnym tekście ;) 

Bardzo się cieszę, Łukaszu, że mogłam pomóc, a łapanka okazała się przydatna. Jestem przekonana, że jeśli tylko poprawisz warsztat, Twoje opowiadania będą coraz lepsze. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg. już tak ma czy tego chcesz czy nie ;) (przeażnie wszyscy chcą). Skąd ma tyle czasu wie tylko ona.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Ano, Mytriksie, kiedy dojdziesz do moich lat, sprawa wolnego czasu przestanie być dla Ciebie tajemnicą. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka