- Opowiadanie: Mytrix - Wściekli

Wściekli

“Wściekli” to opowiadanie Sci-fi osadzone na górniczym Marsie, okraszone pewną dozą specyficznego humoru. 

Jako, że to moja pierwsza publikacja, chętnie wysłucham waszych opinii w komentarzach. Ciekaw jestem odbioru opowiadania przez czytelników.

Zapraszam do lektury – Mytrix.

Beta czytała moja żona.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Wściekli

R1

1.0

Pod terminal pierwszy w hangarze przeładunkowym podjechał transporter. Ociężały ośmiokołowiec o brylastym kształcie. Szaro-czerwono-rdzawy pojazd, nadgryziony zębem czasu i nijaki. Jak wszystko wokół. Jak cała Czerwona Planeta, jak wszystkie bazy, sprzęty i nastawienie do życia ludzi tu pracujących.

Ivan Ibrahimowicz pozbył się do połowy wypalonego papierosa z ust. Zgasił go, a raczej zmiażdżył, ciężkim buciorem skafandra. Ręce Rosjanina zajmował bowiem hełm, który mozolnie pakował teraz na głowę.

Na terminalu, jak i w całym kompleksie mieszkalnym, panował całkowity zakaz palenia. Obowiązywał zresztą we wszystkich trzech kompleksach Kompanii Wiertniczej na Marsie. Oraz na Kosmodromie. Nie mogło to oczywiście powstrzymać rosyjskiego operatora wiertniczego oraz dziesiątek jemu podobnych przedstawicieli klasy robotniczej. Brak upraw tytoniu na Czerwonej Planecie ich nie powstrzymywał. Zakaz dostaw wyrobów tytoniowych z Ziemi na Marsa też nie. Ostatecznie ziemscy celnicy i marsjańscy porządkowi byli bezsilni. Handel i przemyt kwitły w najlepsze.

Po co jednak zakazywać czegoś tak trywialnego? Niemal jednego z podstawowych praw człowieka robotnika, prawa do dymku. Otóż krótko po uruchomieniu kopalni na Marsie filtry powietrza okazały się niewydajne. Dodając do tego problemy finansowe Kompanii Wiertniczej oraz niską rentowność kopalni – wszystko sypało się niczym domek z kart. O regularnej wymianie felernych filtrów nie mogło być mowy. Dla korporacji jakość powietrza, którym oddychali robotnicy była delikatnie mówiąc nieistotna. Zresztą skoro sami dalej zanieczyszczali powietrze to nie mogło im to aż tak przeszkadzać…

Mechanizmy automatycznego otwierania włazu w transporterze wyrażały swój protest skrzypiąc i jęcząc. Niekonserwowane od “10 lutego 2…” naklejka przeglądu dawno się zatarła w tym miejscu i była nieczytelna. Zbyt mały otwór wejściowy i całe wnętrze transportera T17 Żuk były dla Ivana codziennym koszmarem. Oprócz niego do pojazdu wgramoliło się ośmiu innych robotników w skafandrach. Robotników a nie górników czy specjalistów od odwiertów. Wszyscy tutaj i w korporacji mieli ich za zwykłych roboli. Wszelakie tytuły i inne wykwintne nazwy obecne przy procesie rekrutacji zniknęły bezpowrotnie zaraz po lądowaniu w Kosmodromie na Czerwonej planecie.

Ivan z głośnym sapnięciem rozsiadł się w “wygodnym” siedzeniu. Przez otwartą przyłbicę hełmu czuł na twarzy całkowitą odwrotność rześkiej morskiej bryzy. Suche, gorące powietrze, pełne kurzu, o metalicznym posmaku. Zapach smaru mieszał się ze spoconymi męskimi ciałami. Ciepły, mdlący mikroklimat.

Ruszyli. Szarpnęło niemiłosiernie. Ktoś przydzwonił hełmem o metalowy wspornik. Ktoś inny zaklął wypuszczając z rąk czytnik z najnowszym wydaniem Kuriera Marsjańskiego wydawanego przez korporację. Wszystko w normie.

– Ivan druhu! – Enrike, przysadzisty i szeroki w barach, brygadzista drugiej zmiany wyłowił Ivana wzrokiem. – Co ty robisz u mnie na zmianie!? – przekrzykiwał hałas w jadącym już po Czerwonej Planecie transporterze.

– Spóźniłem się na… – Ivanowi przerwało telepanie Żuka – na swój transport. Badania okresowe. Doktorek strasznie się gramolił.

– Tak, tak! Pierniczysz. Spodobało ci się! – ryknął brygadzista

– Cooo?! – jęknął Ibrahimowicz

– Badanie ci się spodobało, ot co! – Meksykanin miał ubaw, dołączyło kilka innym śmiechów. – Wszyscy wiedzą, że doktorek kocha inaczej! – Teraz to już większość górników ryknęła śmiechem. – No ale dobrze, twoi o tej porze pewnie już na dole. Zjedziesz z moimi i odrobisz spóźnienie. Przy okazji poznasz co to prawdziwa praca!

– Ano! – Ivan nie podzielał humoru przyjaciela. – Wpadnijcie kiedyś do nas to wam pokażemy jak się pracuje! – odparł i zamilkł drapiąc się w szczecinę na brodzie.

 

*1.1

T12 Żuk oficjalnie zdechł. Padła chłodnica, a możliwe, że przegrzał się też silnik. Przed robotnikami rozpostarła się wizja około półgodzinnego spaceru po czerwonym lądzie. Ku rozpaczy i pogłębiającej się depresji Ivana. W pełnym słońcu. Kolejne pół godziny opóźnienia oznaczało przegapienie transmisji meczu z Ziemi. Mecz o finał mistrzostw Ziemi w Mechballu.

Mechball – dyscyplina sportu zMECHanizowanego, podobna do piłki nożnej. Tu naprzeciw siebie stają dwie drużyny po sześć mechów. Mechów czyli zdalnie sterowanych robotów o humanoidalnym kształcie. Piłka oczywiście jest metalowa i nie do końca okrągła. Głośne, agresywne i kontrowersyjne zawody. Bardziej niż mecz piłki, przypominające zgiełk bitwy. Szczęk metalu, łamane układy hydrauliczne i tym podobne. Początkowo mechy pilotowali ludzie. Oczywiście wypadki śmiertelne wpłynęły na zastąpienie pilotów – pilotami zdalnymi.

 

*1.2

Kompania Wiertnicza posiadała na Marsie trzy kompleksy. Mieszkalny DIONIZOS, górniczy ZEUS i trzeci naukowo – militarny ARES. Połączone prostymi liniami utworzyłyby trójkąt równoboczny. W centrum znajdował się majestatyczny kosmodrom ZAK – Ziemskiej Agencji Kosmicznej. Usytuowanie na środku miało optymalizować dostawy jednak przybywał tu tylko jeden statek. Fregata Kompanii Wiertniczej ochrzczona przez robotników Sęp. Pewnie ze względu na cięcia kosztów witała na Marsie zamiast co trzy, co sześć miesięcy. Co pół roku właśnie następowała zmiana obsady górniczej i odbiór kruszcu. Transportery ziemia-orbita krążyły wtedy niczym mali padlinożercy próbujący uszczknąć coś ze zdobyczy którą pożywiał się Sęp.

Kierowca pojazdu transportowego T12 Żuk pozostał przy pojeździe. Uparł się, że poczeka na wezwaną przez radio pomoc bo szef i tak “urwie mu łeb i nasika do szyi”.

Ivan, Enrike i siedmiu wspaniałych, czyli pozostałych zapoconych robotników spragnionych wody i ochłody, docierało właśnie do kompleksu górniczego. Miła odmiana dla oka – pomyślał Ivan snując się na końcu drużyny. Po żmudnym spacerze w słońcu, które próbowało ich ugotować żywcem w skafandrach każda odmiana była dobra…

– O żeż w mordę! – Enrike w interkomie wyrwał Rosjanina z zadumy.

– Co się stało? – Pytanie padło w pustkę a zamiast odpowiedzi usłyszał całą masę innych przekleństw typu “niech mnie licho”, “na Fetha” czy zwyczajne “o kurwa!”

Ivan doszedł po chwili, pod górkę, do Meksykanina i pozostałych. Bieg nie wchodził w grę. Mając pełny obraz skierował wzrok w stronę, w którą zwrócone były złote szybki w przyłbicach pozostałych.

– Job twoju mać! – wyrwało mu się przez interkom – ale co tu robią pojazdy ARES? Wojskowi u nas? Myślałem że oni tylko wysadzają te ładunki mikronuklearne w ramach “badań naukowych”.

– Może to są tylko jakieś ćwiczenia i… – Najmłodszy ze zgromadzonych miał jakąś myśl ale nie dane było mu dokończyć. Koledzy zrugali młokosa, nieopierzonego żółtodzioba doszczętnie. Nie lubili nowych.

– Cisza psia-jego-mać! – Enrike ukrócił kłótnię. – Słuchaj młody. Wszyscy słuchajcie. – Tu zrobił pauzę i zaczerpnął metalicznego w smaku powietrza. – Taka sytuacja nie ma precedensu. Wojskowi nigdy do nas nie zajeżdżają a my do nich. No chyba, że na handel do kompleksu mieszkalnego. Dlatego dupa w troki i chodźmy się dowiedzieć, co jest grane.

Ivan Abrahamowicz znał przysadzistego brygadzistę na tyle by wyczuć napięcie w jego głosie. W końcu trzy, (trzy!) pojazdy z wymalowanymi żółtą farbą literami ARES nie zapowiadały niczego dobrego. Wbrew słowom kolegi Rosjanin nie chciał dowiadywać się „co jest pięć”. Absolutnie nie. Każda jego cząstka wołała “wracaj do kompleksu mieszkalnego”. I byłby tak uczynił, gdyby nie brak zapasu tlenu i wody.

Wartownicy pod bronią zrewidowali ich dokładnie. Aż nazbyt. Wpuścili dopiero po długiej kontroli dokumentów, które jakimś cudem w większości górnicy mieli przy sobie.

– Wyjątkowo kretyński pomysł z tą kontrolą dokumentów. – Ivana telepało. Chciało mu się palić i pić. – Sztoby ich wydymali w sraku! – klął swoim zwyczajem. – Po pierwsze na Marsie NIE MA nikogo innego! Tylko robotnicy Kompanii Wiertniczej. Po drugie, czterdzieści pięć minut w słońcu, prawie nas ugotowali!

Chłopaki w pełni się z Ivanem zgodzili. Górnicy na odchodnym dorzucili jeszcze kilka górnolotnych określeń w stronę żołdaków i klęli na czym to Mars stoi.

 

*1.3

Dziewięcioosobową kompanią udali się wpierw do kantyny. Co dziwne po wejściu do kompleksu nikt ich nie zaczepiał. Nikogo zresztą z obsady kompleksu na korytarzach nie było. Tylko kilku wojaków ARESu udających wartowników, których nie powinno tu być. Wojskowi zignorowali ich pochłonięci grą w karty i rozmowami. Widocznie długo już oczekiwali rozkazów.

– Pusto – rzucił Enrike gdy wtargnęli do kantyny.

– Nie całkiem – skomentował Ivan.

Za barem niczym posąg trwał barman. Zyga, prawie sześćdziesięcioletni, małomówny, o szklistych oczach. Najstarszy wiekiem na Marsie i jedyny, który przyleciał tu z pierwszą zmianą.

– Może być trudno coś z niego wycisnąć. – Meksykanin nie uznawał Zygi jako żywego człeka. – To jest ludzka skamielina. Mówią, że podczas pierwszej zmiany, na Ziemi zmarła jego żona w ciąży i…

– …i postanowił nie wracać – dokończył Rosjanin i wzruszył ramionami. – Zagadać nie zaszkodzi.

Przyczajony tygrys ukryty smok. Tak opisałby to komik widząc Ivana robiącego podchody do barmana. Podchody w pustej, nie licząc brygady Enrike, kantynie. Ośmiu chłopa zbitych jeden przy drugim, patrzących jak Rosjanin z krwi i kości niepewnie zbliża się do Zygi. A Zyga? Nie zwracając na nich uwagi wycierał szmatką kufel lustrując go już od kilku minut.

– Zyga, nalej piwo. – Ivan stwierdził, że przełamie lody.

Zyga nalał. I tyle. Wrócił do czyszczenia kufli.

– Zyga, gdzie się wszyscy podziali?

Na pytanie Rosjanina barman uniósł krzaczastą brew. Rozejrzał się po kantynie i wyznał szczerze:

– Tam stoją. Pod drzwiami.

Krople potu wyskoczyły na czole operatora wiertniczego. Taka oznaka rozważania ciężkiego problemu. Zyga tymczasem skończył z kuflami. By zająć się szklankami. Rosjanin wypił piwo na raz, na odwagę. Stanął naprzeciw Zygi i oparł się dłońmi o ladę.

– Oho – Zyga dostrzegł, że nie opędzi się od natrętnego amatora pogawędek.

– Zyga, ja tiebia błagałem ale… – Ivan nie wytrzymał. Wychylił się przez ladę, złapał barmana za koszulę i przyciągnął do siebie. – W o j s k o w i – wycedził. – Co tu robi ta hałastra żołnierzyków!? – wykrzyczał mu w twarz, aż sam się opluł. – I gdzie się podziała moja zmiana? Wszyscy na dół zjechali?

Barman utrzymał nerwy na wodzy. Rękoma mocnymi jak ze stali chwycił za przeguby rąk Rosjanina. Ścisnął tak mocno aż tamten w dłoniach czucie stracił.

Ivan pobladł. Zyga puścił go, odepchnął lekko od siebie i poprawił swoją sfatygowaną koszulę.

– Tylko bez takich mi tutaj! – ryknął Zyga. – Trzeba było od razu jasno powiedzieć o co Ci się rozchodzi. Powiem – kontynuował – a potem WON mi z mojej kantyny.

Ivan tylko pokiwał głową próbując rozmasować zbolałe nadgarstki i przywrócić czucie w palcach.

– Przyszli żołdacy z ARESU i zagnali wszystkich do kopalni. Niby jakiś artefakt Xenos znaleźli. Ja to się tam nie znam i nosa w nie swoje sprawy nie wtykam. Jeszcze krzyczeli, że wszystkich muszą zaszczepić po kontakcie z artefaktem. Że skażony może być wirusem co to ta obca rasa na niego pomarła.

– Czekaj, czekaj, pomału. – Ivan dumał, analizował informacje. Szło mu to powoli a wskaźnikiem postępu tego procesu był stopień zmierzwienia bujnej brody Rosjanina.

Pierwej owłosienie na twarzy w zadumie przeczesywał ręką. Potem palcami jął skręcać kłaki, niby warkocz. Uniósł brew, zakręcił wąs na palec, cmoknął i gotowe.

– Pomijając fakt, że w naszym Układzie Słonecznym – Ivan rozpoczął chyba wywód pseudonaukowy, bo wszedł na krzesło i kierował swe słowa do wszystkich zgromadzonych, – fakt niezaprzeczalny! W naszym Układzie Słonecznym obcy nigdy nie postawili swojej kończyny, ni macki. Z mojego doświadczenia archeologicznego wynika co następuje. Teza o wirusie, który jakoby wybił obcą rasę co do macki także została obalona. Po co więc szczepić? Zresztą, szczepić na co? Mniejsza o to – zasapany Ivan zrobił pauzę na trzy oddechy i wymierzył oskarżycielsko palec w Zygę. – Skoro twierdzą, że znalezisko skażone to po ki diabeł gnać wszystkich na dół, i …właściwie to czemu Ciebie tu zostawili?

– To ostatnie to proste, na zapleczu się krzątałem a tam wojacy nie wleźli. Dowódca ich nie puścił co by się nie pochlali po kątach. A z tym wirusem to mówili, że szczepionkę mają i na dole wszystkim podadzą.

Ivanowi rozszerzyły się źrenice. Bynajmniej nie z powodu kiepskiego oświetlenia. Strach przysiadł mu na ramionach. Zszedł z krzesła i na nim przyklapnął.

– Na Fetha, taka bajka, żeby ludziom wstrzyknąć… właściwie co i po co? – spytał bardziej sam siebie niż pozostałych.

 

R2

2.0

Dziewięcioosobową brygadą postanowili zejść na dół i wybadać sytuację. Zyga typowo dla siebie nie dał się namówić do opuszczenia kantyny. Niczym stary kapitan okrętu, w najgorszym przypadku pójdzie na dno razem ze swoim statkiem.

Żołnierze z korytarzy zniknęli bez śladu. Gdy brygada zbliżyła się do windy, ta właśnie jechała w górę.

– Kryć się – zakrzyknął Enrike. – Do korytarza technicznego.

Robotnicy pozostali w ciemności. Sylwetki, z logo militarnej bazy ARES naszytymi na ramionach, mijały ich w wyraźnym pośpiechu. Wojacy nawet nie rozglądali się na boki.

– Naliczyłem dwudziestu – któryś górnik się odezwał.

– Ja też – dodał inny.

– Pełna winda – Oznajmił Ivan. – Kilku może jeszcze czekać na dole…

– Do windy! – zakomenderował Enrike – zanim się zamknie. Zobaczmy co tam na nas czeka.

Powietrze w windzie było tak gęste, z powodu napiętej atmosfery, że można było je ciosać siekierą. Wyświetlacz w ścianie kabiny żarzył się na pomarańczowo “-100m”, “-200m”…

 

*2.1

Zyga trzymając w rękach karton z kuflami wyszedł z kantorka. Wprost na głupkowato uśmiechniętego żołnierza stojącego po drugiej stronie lady i celującego w niego z karabinu energetycznego.

„Karabin energetyczny” pomyślał Zyga „standardowa taniocha, słaby zasięg i celność, niski współczynnik przebijalności…”. Musiał być szybszy. Jeden głupkowaty przed nim, dwóch towarzyszy za tym pierwszym. Kątem oka uchwycił trzech przy stoliku. Sześciu.

– Zamurowało cię stary pierniku? – rzucił kolega głupkowatego i się roześmiał a pozostali razem z nim. – Krwawą Merry raz proszę! – Kolejna salwa śmiechu.

Karton z kuflami wypadł barmanowi z rąk. Przy zderzeniu z posadzką kufle potłukły się, rozpraszając uwagę Głupkowatego. Ten mimowolnie lekko przechylił karabin. Teraz celował jakieś 3 centymetry od ramienia barmana. Zyga zanurkował pod ladę. Głupkowaty wystrzelił i oczywiście chybił a pierwsza z brzegu butelka Jacka D rozprysnęła się w drobny mak. Zyga tymczasem dopadł swojego obrzyna pod ladą. Koledzy głupkowatego dali się zaskoczyć szybkością starego barmana. Nawet nie sięgnęli po broń. Zyga wyłonił się zza lady. Bam! Przeładował i przygrzmocił z obrzyna raz jeszcze. Zygę odrzut prawie wystrzelił z butów. Co miało dwa skutki. Po pierwsze lufa uniosła mu się do góry, po drugie głupkowata głowa eksplodowała bryzgając mózgiem i krwią po obu żołnierzach z tyłu. Barman nie dał im czasu na odpowiedź, byli zresztą w szoku. Przeładował pompkę i przygrzmocił w tego po lewo, obalając go na glebę. Przeładował jeszcze raz i ten po prawo rozrzucił ręce na boki i padł na plecy.

Zyga w ostatnim momencie skulił się za ladą. Koledzy poległych przewrócili stolik i używając go jako osłony rozpoczęli swoją śmiercionośną kanonadę. Jak się okazało, nie aż tak śmiercionośną jak na to liczyli. Słaba przebijalność broni energetycznej sprawdzała się może w samolotach aby nie uszkodzić poszycia. Gruba lada nie poddała się ostrzałowi.

Podstarzały już Zygfryd pierwszy raz od wielu lat poczuł takie emocje. Wyrwany jakby z letargu po stracie rodziny. Adrenalina krążyła w żyłach. Wiedział, że żyje. Warto było jednak zawalczyć ten ostatni raz. Żółtodzioby wystrzelały się wszystkie naraz i teraz przeładowywały. Barman odpowiedział ogniem. Jego obrzyn podziurawił stolik niczym sito. Sądząc po krzykach z walki wyłączył co najmniej dwóch. Skrył się za ladą i teraz on ładował broń. Dał się podejść. Z flanki zaszedł go żołnierz, którego wcześniej nie zauważył z tamtej strony kantyny. Spotkali się wzrokiem. Wojak władował Zydze pół magazynka, raz za razem pociągając za spust. Zygfrydowi przed oczami przeleciały obrazy jego żony w ciąży. Uśmiechnął się, a potem była już tylko ciemność.

 

*2.2

Dziewięciu „wspaniałych” zjechało na dół windą. Gotowi rzucić się do walki z żołnierzami nawet na gołe pięści. Drzwi rozsunęły się ze zgrzytem. Ujrzeli pomieszczenie zaścielone ciałami. Wszystko gęsto oblane czerwoną posoką, trochę tkanki mózgowej tu i ówdzie. Któryś, już nie taki wspaniały, głośno zwymiotował zakłócając nastałą ciszszę. Powoli opuścili windę.

Ivan pośród poległych robotników rozpoznał przynajmniej połowę swojej zmiany. Twarze ich wykrzywiał grymas wściekłości i bólu. Niejedne oczy wytrzeszczone i nabiegłe krwią dawały obraz szaleństwa. Z kolei z twarzy wojaków niewiele dało się wyczytać bo większość czaszek roztrzaskana była na miazgę ciężkimi przedmiotami. Prawdopodobnie narzędziami i buciorami bo tradycyjnej broni w rękach górnicy nie mieli. Tak więc z mielonki turystycznej u żołnierzy wyczytać zbyt wiele się nie dało.

– Nasi zaatakowali żołnierzy oczekujących na windę – zawyrokował Enrike. – Tylko po co? I gdzie się podziała reszta twojej zmiany Ivan, skoro tych tu Żołdaków ubili, a na windę nie poczekali.

– Po co w ogóle walczyli? Mogli zaczekać, aż tamci pojadą do góry, nawet broni od poległych nie zabrali – zrobił pauzę na poskładanie myśli. – Spójrz – wskazał najbliższe ciało robotnika – czyste szaleństwo na twarzy. Ja nie wiem czy to jeszcze są NASI, czy nie. Mogą nam tak samo przysmarować młotem po ryju jak tym tutaj.

Matko Bosko – wyrwało się Enrike – co oni im wstrzykiwali w takim razie? – wskazł ramię półnagiego górnika z odstrzeloną głową. Ramię znaczył ogniście zaczerwieniony ślad po szczepionce. – Lepiej pozbierajcie broń.

Nikt się nie sprzeciwił.

 

*2.3

Izded, kierwoca T12 „Żuk”, zniecierpliwiony do granic możliwości przywdział kombinezon i chodził wokół pojazdu. Ucieszył się nawet widząc transportery. Dlaczego jednak jechały od strony kopalni? Próbował wywołać ich przez interkom ale odpowiadała mu cisza. Dwa wojskoe pojazdy minęy go zmierzając w stronę kompleksu mieszkalnego. Trzeci zatrzymał się przed nim. Dwóch wojaków wyskoczyło z pojazdu na czerwone skały i skierowało się w jego stronę.

– Nareszcie! – Izded wywołał przybyszów. – Części do naprawy pewnie nie macie ale odholować możecie. Już myślałem, że tu szczeznę.

– Hy hy hy – odpowiedział mu śmiech w interkomie. – Pomożemy, pomożemy. O szczeźnięciu nie ma mowy, załatwimy to szybko.

Teraz gdy dzieliło ich kilka kroków Izded zwątpił w ich dobre intencje. Jeden z żołnierzy pchnął kierowcę Żuka na ziemię a drugi poprawił kopniakiem.

-Auuuu… – zawył – co jest do Fetha!

Izdeda zdjęło przerażenie. Za późno połapał się, co się dzieje. Nie było już szans na ucieczkę. Ostatnim wysiłkiem przełączył interkom na kontakt z kompleksem mieszkalnym. Może usłyszą – pomyślał.

– May day! Wojskowi atakują! – krzyczał.

Żołnierz ciężkim buciorem skafandra rozbijał złotą szybkę w przyłbicy kierowcy.

– Ares zabija! – darł się – Ares… – urwał. Wojak przebił się przez szybkę. Twarz Izdeda zastygła w grymasie bólu a oczy dosłownie wyszły mu z orbit.

 

*2.4

Ośmiu ludzi stłoczyło się w pomieszczeniu ochrony kompleksu mieszkalnego. Ośmiu porządkowych – bo tylu przydzielono do utrzymywania ładu i składu na terenie mieszkalnym. Po co więcej skoro niedaleko ośrodek militarny. Tylko co zrobić gdy to wojskowi staną się zagrożeniem i zamiast z odsieczą przyjdą z szarżą. Jeśli oczywiście wierzyć ostatniemu komunikatowi.

Thor, komendant porządkowych, chodził nerwowo w tę i z powrotem po ciasnym pomieszczeniu. Splunął na podłogę i zapytał.

– Udało się wywołać wóz techniczny?

– Nic, cisza, wsiąkli jak krew w ten przeklęty czerwony piach.

– Więc – Thor zadecydował – zrobimy tak…

*2.5

Dwa pojazdy z logo ARES podjechały przed bramę kompleksu mieszkalnego. Brama jednak nie reagowała na polecenie otwarcia.

– Co na Fetha! – zaklął dowódca Anger. – Czego się to żelastwo nie otwiera? Meyer i Frey sprawdźcie co jest gra… – urwał gdy brama lekko się uchyliła. Trzech porządkowych w skafandrach wyszło im naprzeciw. – Co do diaska? – na odpowiedź długo nie czekał.

– Starszy podkomendny Ulrik do dowódcy pojazdów, odbiór – porządkowi wywołali wojskowych przez interkom.

– Tu Anger, odbiór.

– Otwórzcie pojazdy – Ulrik komenderował pewnym siebie tonem głosu. – Kontrola przeciw-przemytnicza!

Angera jakby ktoś w twarz uderzył. W pierwszej chwili go zatkało. Co za absurd! Czyżby wiedzieli coś o ich zamiarach? Co robić?

– Jakie rozkazy? – spytał Meyer.

Rozległo się walenie do włazu pojazdu. Porządkowi byli nachalni.

– Tu Anger, odsuńcie się od pojazdu! Wojsko nie podlega waszym kompetencjom! Za brak kontrabandy poświadczam osobiście. Mam rozkazy, otwierać bramę! – wykrzyczał w interkom.

– No to mamy problem – Ulrik dał znak ludziom by się cofnęli i ustawili między pojazdami a bramą. Wycelowali swoją broń w pojazdy. Po czym kontynuował. – Poczekamy na rozkazy z dowództwa. Skontaktujemy się z Ziemią.

– Nie mam na to czasu! – wrzasnął Anger i wyłączył interkom. Zresztą kontakt z Ziemią i tak był niemożliwy, osobiście zarządził blokadę łączności.

Z obu pojazdów wyskoczyli żołnierze i ruszyli w szyku w stronę porządkowych.

– Złóżcie broń! – padło żądanie do porządkowych.

– Ani mi się śni… – Ulrike wystrzelił dwukrotnie ze swojego pistoletu do najbliższego żołdaka. – Za bramę! – On i dwaj jego towarzysze dopadli do bramy. Przepuścił kolegów i było to ostatnie co w życiu uczynnił. Salwa z karabinów energetycznych przerobiła go na ser szwajcarski.

Brama niespodziewanie otworzyła się. Za bramą po raz pierwszy i za pewnie ostatni światło dzienne ujrzała barykada obsadzona przez porządkowych.

Zbudowany na prędko prowizoryczny twór z beczek, skrzynek, śmietnika i transportera T9 „Bąk”. Z jedną osobliwością w postaci dmuchanej lalki z rozdziawioną na oścież gumową buzią, i nie tylko buzią. Ktoś ustawił jej palce w międzyplanetarnym geście “wal się” w kierunku atakujących. Trzeba tu zauważyć, że tylko dobrej jakości lalki mają palce. Oraz są dmuchane strefowo. By zbyt gorliwi po przebiciu na przykład ręki dalej mogli cieszyć się innymi częściami ciała.

Do aresowców dołączył trzeci pojazd. Z kinetyczną pięćdziesiątką na dachu. Pięćdziesiątka rozpoczęła ogień jednak po kilku strzałach umilkła. Thor przeczuwał, że najwyraźniej zacięła się. Jeśli znów zacznie strzelać, będzie musiał zdjąć strzelca, albo ta barykada będzie ich grobowcem.

Kanonada pocisków spadła z barykady na atakujących. Nie czyniąc im zbytnio szkody. Wojacy szybko podnieśli tarcze energetyczne. Thora na ów widok zdjęła groza. Energetyczna broń osobista porządkowych nie przebije takich tarcz. Nie wiedział nawet, że ARES tak zaawansowany i drogi sprzęt posiada na wyposażeniu. Przydał się za to jego kałach, którego naboje przeszły przez tarcze jak przez masło. Z modyfikowanego AK-47 niczym snajper położył dwóch żołnierzy. Takiej broni atakujący się nie spodziewali. Thor nie triumfował jednak długo i nie zdążył świętować swoich zwycięstw.

Prowizoryczne barykady mają to do siebie, że nie są tak wytrzymałe jak na amerykańskich filmach. Odezwała się pięćdziesiątka zostawiając czerwone smugi po amunicji przeciwpancernej. Byli wystawieni jak tarcze na strzelnicy wobec takiego kalibru. Thor zamierzył się na strzelca pięćdziesiątki. I na tym skończyły się jego życiowe zamiary. Ktoś przydzwonił z granatnika w jego pozycję za beczkami. Obie ręce niedoszłego snajpera poszybowały wysoko nad barykadą. Z prawą dłonią wciąż zaciśniętą na modyfikowanym AK-47.

Gumowa lalka też nie miała się najlepiej. Z przestrzelonej piersi uleciało powietrze i wyglądała teraz co najmniej niesymetrycznie. pięćdziesiątka z charakterystycznym sobie terkotaniem położyła całą obsadę barykady pokotem. Tra-ta-ta-ta-ta-ta… nie miało końca. Najmocniej porozrywało tych, którzy nie zdążyli przypaść do ziemi. Ich kończyny i części ciała walały się tu i ówdzie. Pozostali leżeli nieruchomo we względnej całości aczkolwiek podziurawieni.

Porządkowi dali dzielny odpór nacierającym. Przez kilka minut. Ich krew długo jeszcze i gęsto spływała do kratek ściekowych.

Oficjalny komunikat dla kompleksu mieszkalnego nadano kwadrans później. „Wśród górników wykryto groźną chorobę zakaźną. Cały personel jest proszony o niezwłoczne zgromadzenie się w punkcie medycznym bloku B. Wojskowi medycy z kompleksu ARES przeprowadzą szczepienia ochronne. Przy bramie do kompleksu mieszkalnego doszło do incydentu terrorystycznego, prosimy zachować spokój, sytuacja jest już pod kontrolą wojska…”

 

*2.6

Enrike, Ivan i spółka siedmiu pozostałych górników, po natknięciu się na kilku kolegów ze zmiany Rosjanina wrócili na górę. Piana na ustach zaszczepionych górników i ataki kluczami francuskim i łomami nie należały do najbardziej przyjacielskich gestów w dziejach. Skutecznie zniechęciło to brygadę do dalszej penetracji kopalni. W kantynie odkryli niezłe pobojowisko i zwłoki Zygi.

– Teraz co? – Brygadzista drugiej zmiany przysiadł zrezygnowany na jednym z ocalałych krzeseł.

Odpowiedziało mu wymowne milczenie. Każdy bił się z własnymi demonami w myślach. Ivan bawił się papierosem w palcach. Po dłuższym namyśle i powąchaniu go, zapalił szluga benzynową zapalniczką. Za pierwszym pociągnięciem nie zaciągnął się dymem do płuc, bo słyszał, że benzyna nie jest zdrowa! Dym wypełnił jego trzewia dopiero za drugim pociągnięciem.

– Skoro barman tak im dopierniczył – zaczął, wypuszczając dym z ust – widocznie ich zaskoczył. – Spojrzał po zgromadzonych. – Was też się nie spodziewają. Możemy im dopierniczyć tak jak Zyga!

– I zdechnąć jak on! – odpowiedział mu któryś ze zgromadzonych.

– No może i tak. – Zafrasował się Ivan. – Skoro i tak mamy tu zdechnąć to zróbmy sobie chociaż dobrą strzelaninę a tym żołnierzom… z dupy jesień średniowiecza! – zabłysnął tekstem usłyszanym gdzieś podczas meczu Mechballu. Jednak ludzi tym nie porwał, kilku tylko machnęło ręką, jeden splunął. Nawet Enrike go nie wsparł. Rosjanin zrobił kwaśną minę:

– No dobra, to chociaż znajdźmy jakiś pojazd. Banda ponuraków! – zakończył.

 

*2.7

Linda usłyszawszy o szczepieniu wykonywanym przez wojskowych zaszczepiła się przebrana za swoją byłą współlokatorkę z poprzedniej półrocznej zmiany. Użyła nawet jej identyfikatora i peruki. Po czym zaszyła się w swoim lokum. Nie paliła się zbytnio do spotkania z wojakami. Ostatnio kilku pijanych okradła i mogliby ją teraz rozpoznać. Linda na Ziemi była prostytutką. Na Marsie sprzątała i, co ważniejsze, dbała o podnoszenie „morale” górników. Powszechnie znana ze swoich lekkich, (oddawała się przynajmniej połowie stacji za pieniądze) nie narobiła się zbytnio przy żółtodziobach. Zadbawszy o to by schlali się uprzednio bimbrem, trzeciego nie musiała nawet obsługiwać.

Ktoś walił do drzwi. Przerwało to prostytutce udawanie, że nie ma jej u siebie.

– Jesteś pewien, że to właściwe lokum? – Żołnierz w średnim wieku z logo ARES spytał młodszego kolegi o rysach twarzy niczym prosiak. Znać było jego wiejskie pochodzenie. Eh, kogo oni teraz rekrutują i posyłają w kosmos…

– He! Jak nie tu to niech mnie licho wywlecze na pole z kartoflami i nabije na pal.

Skoro po dobroci drzwi nie otworzyła to nie było innej rady. I tu przydała się wiejska tężyzna. Parę solidnych kopniaków przysporzyło solidnego bólu stopy. Poskutkowało też gruchnięciem starego przerdzewiałego zamka i drzwi otwarły się z hukiem. Gruchnął także łamany nos Lindy. Schowanie się za drzwiami nie było najlepszym z dotychczasowych jej pomysłów.

– I co żeś durniu narobił? Trzeba było tak mocno w te drzwi naiwaniać? Teraz nasza lalka pokrwawiona i nieprzytomna – starszak złajał kolegę. – I nos ma szpetny. Ale coś na to zaradzimy.

Lindę ze snu wyrwało wiadro wody. Próbowała zerwać się z łóżka ale tępy ból głowy ją powalił. Strasznie bolał ją też pogruchotany nos. Pozbawiona dolnej części garderoby i przywiązana za ręce do łóżka wiedziała co się święci. Z doświadczenia nie krzyczała bo na nic by się to nie zdało.

– Sporo czasu to my nie mamy. – Żołnierz drwił z prostytutki – więc szybki numerek to i drogo nie policzysz!

– Hahaha – zaśmiał się ten świński aż chrumknął – tacyśmy chłopy jak dąby, że nas panienka za darmo przyjmie.

– Ostatnie pytanie – kontynuował starszy – zdążyłaś się zaszczepić? – Wolał się upewnić. Sprawdził co prawda wcześniej na liście w czytniku danych i prostytutka figurowała jako niezaszczepiona.

W głowie Lindy zapaliła się lampka. Skoro jakaś tam choroba się panoszy to nieszczepionej nie ruszą!

– Nie! – skłamała prędko i gorliwie – schowałam się tutaj i… – urwała. Myliła się. Wojacy zabrali się do dzieła.

– Widzisz i bardzo dobrze! Bo jakbyś się zaszczepiła to byś długo nie pożyła. A my tutaj chcemy żyć!

– Zaraziła by nas tym gównem a tak to hulaj dusza! – dorzucił wieśniak.

Linda wiedziała teraz, że umrze. Walczyć też nie było zbytnio jak. Ugryzła się w język do krwi. I capnęła wieśniakowatego w podstawiony pod twarz instrument. Wgryzła się głęboko w jego członek. Szarpnął się pozostawiając kawał „mięsa” w ustach prostytutki. Wyjąc i kwicząc jak prosie w ubojni, skakał po pokoju trzymając się za niekompletne teraz przyrodzenie. Obficie przy tym zrosił wszystko krwią.

– O żesz ty… – starszy kolega odbezpieczył broń i władował prostytutce kilka strzałów w głowę. Do krwistych czerwonych rozbryzgów dołączyły szare niekształtne plamy tkanki mózgowej Lindy.

 

R3

3.0

 

Mały pojazd techniczny nie był wymarzonym środkiem transportu. Górnicy w skafandrach poprzyczepiali się do burt i usiedli na pace. W kabinie zasiadł Enrike i Omar, jeden z jego ludzi jako kierowca. Ivan dla lepszej obserwacji usadowił się na dachu.

– Nic nie widzę przez ten przeklęty piach – zakrzyknął w interkom Enrike. Dookoła szalała niezbyt silna burza piaskowa. – Ivan a ty?

– U mnie też… O cholewa! – zaklął – kierowca hamuj!

Szarpnęło, zagrzechotało i pojazd stanął w miejscu. Z czerwonej zamieci wyłoniły się najpierw dwie, następnie wszystkie trzy sylwetki pojazdów i zarys bramy kompleksu mieszkalnego za nimi. Dwa były puste lecz na trzecim strzelec właśnie wycelował pięćdziesiątkę w ich stronę.

– O ku…! – wyrwało się Ivanowi – Chodu z wozu!

Górnicy próbowali odskoczyć na boki, ktoś przywarł za pojazdem. Przypakowanym górnikom nie było łatwo szybko poruszać się w kombinezonach. Omar widząc wycelowaną w siebie broń zastygł za kierownicą pojazdu. W ostatnim momencie Enrike kopniakiem wywalił go z szoferki na glebę. Właściwie to czerwone skały.

Strzelec przeładował pięćdziesiątkę i zaczął pruć w szoferkę. Enrike nie zdążył z niej wyskoczyć. Pociski porozrywały mu klatkę piersiową. Zresztą każde przebicie kombinezonu zwiastowało nagłą śmierć. Pięćdziesiątka przeniosła ogień na prawo od pojazdu dziesiątkując nieszczęśników, którzy zeskoczyli po tej stronie. I zacięła się.

Ivan poderwał się z czerwonej skały i zawołał do kompanów w interkomie:

– Do ataku! Teraz to nasza jedyna szansa! – oddał kilka strzałów i ruszył w stronę wojskowych.

Ku niemożebnej uldze Ivana ktoś trafił operatora pięćdziesiątki i ten osunął się do wnętrza pojazdu. Na posterunku trwało trzech żołnierzy. Choć tak właściwie to tylko strzelec pięćdziesiątki bo pozostali dwaj spali. Gdy ze snu wyrwało ich terkotanie głównej broni pojazdu zerwali się i wpadli na siebie nawzajem. Szamotanina w ciemnym wnętrzu transportera zajęła im nieco zbyt dużo czasu na skuteczną reakcję. Wyszli na zewnątrz wprost w ręce górników. Ivan nie zdążył nawet zaprotestować gdy ich ciała legły u jego stóp.

 

*3.1

Górnicy zbadawszy pobojowisko na improwizowanej barykadzie ruszyli dalej. Przeszli przez bramę i śluzę do opustoszałego hangaru. Kombinezony zostawili ukryte w jednym z bocznych pomieszczeń. I już mieli iść dalej gdy usłyszeli zbliżających się, głośno maszerujących żołnierzy. Jako, że Ivan palił się do walki obezwładnili go szybko i wełnianą czapką zakneblowali usta, lepiej było się schować. Stłoczyli się w pomieszczeniu razem ze skafandrami, miotłami, wiadrami i wszelakimi sprzętami do sprzątania.

Rosjanin uspokoił się więc zaryzykowali usunięcie knebla z jego ust:

– Zdrajcy, świnie, tchórze przebrzydłe, no ale może macie racje tamtych zdaje się sporo nadchodzi. A teraz cicho jak myszy pod miotłą – zakomenderował pozostałym przy życiu czterem towarzyszom. Rzeczywiście, lepiej przeczekać, w pięciu to byłoby samobójstwo – pomyślał. Tymczasem kij od szczotki wpijał mu się w zadek a rura od odkurzacza przemysłowego zgniatała krocze.

 

*3.2

Komunikat o szczepieniu wciąż odbijał się echem od ścian pustych korytarzy kompleksu mieszkalnego, spragniony słuchaczy. Natrafiwszy na grupkę dowodzoną przez Ivana wypełnił swe przeznaczenie. Jakże pokrzepieni jego treścią ruszyli do punktu medycznego Bloku B. Rozjaśnił im też co nieco, co stało się przy bramie przed ich przybyciem.

– Porządkowi jednak nie takie szuje. – Zbyszek tym, że się odezwał wprawił pozostałych w osłupienie. Prawie nigdy się nie odzywał. Niektórzy myśleli nawet, że wcale nie mówi. Najczęściej swe zdanie wyrażał mową ciała. Skinięcie głową, machnięcie ręką czy typowe dla niego uniesienie brwi, ale teraz przemówił. Tego dnia ciągle coś ich zaskakiwało. – Wykrwawili się za naszych. Ciekawe tylko skąd wiedzieli co się święci. I skoro wiedzieli to mogli alarm włączyć, innych do walki ściągnąć.

– I czym Ci inni mieli by walczyć? Więcej broni pewnie i tak nie mieli – Ivan skwitował.

– A mnie tam ich nie żal – skomentował Adam, studiując mapę korytarzy technicznych bloku B. – Małpy zaiwanili mi sztangę fajek i litr spirytusu. Fajki amerykańskie były, a spirytus rosyjski!

– Pewnie im samym zabrakło – skwitował Ivan. – O jest, Rudy wraca.

Rudy był wyśledzić zamiary miniętych wcześniej, (zdaje się, że już dwukrotnie tego dnia), żołnierzy. Zasapany i zapocony „zwiadowca” potknął się o własną nogę i padł prosto w ramiona Ivana.

– Nie czas na tańce! – Zaśmiewali się pozostali. – Czułości się im zachciewa! Ivan na rude leci! Ach, ta ruda broda!

Rosjanin bezskutecznie próbował wyplątać się z objęć kolegi. W końcu straciwszy równowagę razem legli na glebę ku wybuchowi radości pozostałych górników.

– Aresowcy odjechali w kierunku Kosmodromu – Rudy zeznał jak jest – zabrali wszystkie sprawne pojazdy sprzed bramy.

– Obsługę Kosmodromu też wytrują – Zbyszek ni to spytał ni to stwierdził.

– Nie – ciągnął Rudy – nie wydaje mi się. Na orbitę wszedł Sęp, i to pusty bo zdaje się, że tylko go ładują bez rozładunku. Widać po transportowcach.

– Psiamać – Ivan zaklął – toż to zwijają interes i nas chcą się pozbyć. Ubezpieczalnia, założę się o litr dobrej wódki, pokryje nasze wypłaty i odszkodowania dla rodzin a Kompania wiertnicza zarobi na czysto. Job twoja mać tyle ludu uśmiercić… – monolog przerwał Adam stukając palcem na mapie:

– znalazłem tunel techniczny B17. Prosto prościutko do punktu medycznego. Możemy wejść do niego tuż za rogiem, przez warsztat. To co robimy?

– Rozdzielimy się – Postanowił Rosjanin. Wszyscy już zaakceptowali jego przywództwo jako najstarszego wśród nich stażem na Marsie. – Ja i Adam zbadamy punkt szczepień. Rudy i Zbyszek, wy zabierzecie Omara i poszukacie jakiegoś pojazdu. Musimy dostać się jakoś na Sępa, albo utkniemy w tej dziurze na zawsze. To znaczy do końca zapasów. Ewentualnie dopadną nas „zaszczepieni” koledzy z pianą na ustach… A ten gdzie lezie? – Ivan wskazał na cichego do tej pory Omara – Oj! Omar!

Omar od momentu uniknięcia śmierci w szoferce pojazdu był w lekkim szoku i odebrało mu mowę. Przynajmniej taką mieli nadzieję, że szok był lekki.

 

*3.3

Stała załoga Kosmodromu liczyła pięć osób. Cztery osoby obsługi naziemnej plus Kowalski – polskiego pochodzenia pilot transportowca. Pozostali piloci przylatywali wraz z Sępem tylko na czas przeładunku. Kowalski oddawał się właśnie przerwie w swojej kabinie osobistej. Zaraz po pierwszym kursie na Sępa jego transportowiec uległ awarii i technik wymieniał już dobrą godzinę jakieś bezpieczniki.

Pilot usłyszał jakiś łomot za drzwiami. Następnie ktoś w nie kopnął.

-Ki diabeł! – Oburzył się. – Już idę, po co nerwy! – zakrzyknął. Być może przegapiłem wezwanie do pracy – umyślił sobie i otworzył drzwi pilotem zza biurka przy którym siedział rozparty na krześle.

Do pokoju wpadł żołnierz ARES’u o wyjątkowo świńskim wyrazie twarzy. W dodatku z pianą na ustach. Wziął zamach trzymaną w ręce siekierą strażacką i biurko Kowalskiego poszło w drzazgi. Pilot w ostatnim momencie przewrócił się na krześle w tył. Siekiera utknęła w blacie biurka i wieśniak mocował się z jej wyjęciem coś bulgocząc pod nosem. To kupiło Kowalskiemu trochę czasu na reakcję.

Przeturlał się w bok i wstał odczuwając ból na dole kręgosłupa. Urodziwy niczym warchlak żołnierz zaprzestał wysiłków przy uwalnianiu siekiery. Podniósł cały blat i cisnął nim w pilota. Kowalski w porę odskoczywszy na bok dopadł do swojego łóżka i wyciągnął spodeń bejsbol.

– Teraz pogadajmy! – rzucił do prosiaka i zamalował go bejsbolem w łeb, aż mu się oczy na drugą stronę wywinęły a głowa nienaturalnie odskoczyła do tyłu.

– Strike! – zakrzyknął Kowalski.

 

*3.4

Wylot tunelu technicznego B17 znaczyła rozległa plama krwi.

– Ciekawe co tu się stało – zagadał do Ivana Adam, nieco za głośno i spojrzał na kolegę.

– Cichaj – szepnął Ivan. – Sprawdź co za tunelem.

– Noo… poczekalnia punktu medycznego – Adam wsadził łeb w wylot tunelu. – Możemy iść, nikogo nie ma.

Rzeczywiście nikogo nie było. Był za to straszny bałagan. Porozrzucane igły i strzykawki od „szczepionek” i poprzewracane krzesła. W zabiegowym i w lekarskim podobnie. Żadnych jednak ciał czy krwi.

– Gdzie są wszyscy – Adam myślał na głos. Coś huknęło.

Nagle pojawił się nie wiadomo skąd smok. Trzy głowy miał. Zajęczał, zasyczał i zjadł. Wszystkich. Bez wyjątku. R.I.P.

Trask, prask, to Ivan cucił Adama sprzedając mu uderzenia otwartą dłonią.

– Cccc-cooo? – wyjąkał Adam odzyskawszy przytomność. Tył głowy przeszywał mu silny pulsujący ból.

– Nagle pojawił się – zaczął Ivan – nie wiadomo skąd twój brat. Trzy dziury w ramieniu miał i lewa ręka zwisała mu bezwładnie, ale prawą zamalował cię w łeb. Jakąś rurą. Mniejsza zresztą o to – Ivan rozglądał się na boki. Z głębi jednego z korytarzy dały się słyszeć niepokojące warknięcia i gardłowe okrzyki. – Posłałem go na tamten świat, sam rozumiesz, wybacz. – Rosjanin ujął w dłoń zdobyczny karabin energetyczny. Licznik energii błyskał na pomarańczowo niebezpiecznie blisko zera. – Dajemy stąd dyla. Możesz wstać?

– Chyb… chyba tak – wydukał Adam.

Ivan ujął kompana pod ramię i chwiejnym rokiem, czym prędzej ruszyli z powrotem skąd przyszli.

 

*3.5

Korytarz w od dawna nie używanej części Kosmodromu był słabo oświetlony. Migotliwa jarzeniówka walczyła o lepsze z ciemnością. Przed niewielkimi drzwiami stawił się J. Johns. Nie miał pojęcia gdzie podział się jego wiejski kolega. Wezwali nas przecież razem. A może ta świńska pokraka już wszystko wyśpiewała o tej lafiryndzie Lindzie. – rozważał w myślach. – I zrzucił winę na mnie. Ale chyba nie. Na to, to jest za głupi, poza tym i tak mieliśmy ich wszystkich wymordować. W „humanitarny” sposób. Pomijając fakt, że szczepionka na bazie wścieklizny okazała się wadliwa… – Johnsowi rozmyślanie przerwał Meyer, pierwszy pupil dowódcy.

– Szef cię wzywa Johns. – Meyer wskazał otwarte drzwi. Moment ich otwarcia pogrążonemu w myślach Johnsowi całkowicie umknął.

Meyer wepchnął go do pokoju. Drzwi trzasnęły na głucho. Johnsa oślepiło światło kilkudziesięciowatowej żarówki skierowane prosto na niego. Czyjeś mocne, wielkie łapy schwyciły go za ramiona i osadziły na krześle.

– Siadaj ptaszku, i bez żadnych sztuczek. – Rozpoznał głos Freya, drugiego pupila dowódcy. – Jestem tuż za tobą…

Cóż za gejowskie wyznanie – pomyślał Johns – jak w tanim, gejowskim porno. Obaj pitbulle Angera i do tego przesłuchanie jak na starych filmach o komunizmie.

Światło kłuło boleśnie nawet w zamknięte oczy, nerwy Johnsa szybowały w górę razem z ciśnieniem. Krople potu wyskoczyły mu na czole.

– Plutonowy Johns – Anger rozpoczął przesłuchanie. – Wy i wasz podkomendny, jak on tam miał, aa… – zająknął się – A! Aaron! – I przez to zająknięcie cały profesjonalizmy szlak trafił – pomyślał Anger.

– Jesteście oskarżeni o gwałt i morderstwo. Nie możemy ustalić miejsca pobytu Aarona – ciągnął dowódca – więc zakładam, że zechcesz nam Johns powiedzieć, gdzie jest wasz podkomendny?

Ale Johns nie słuchał. Sapał, dyszał i świszczał wciągając powietrze jakby miał atak duszności.

– Frey, daj temu ścierwu szklankę wody. – Anger w myślach już świętował, wiedział, że winnego ma przed sobą na krześle. Tylko czy nie przesadził z techniką przesłuchania? Wyglądało, że Johns na stan przed zawałowy.

Frey także nieco oślepiony mocnym światłem, potknął się o krzesło, wyrżnął jak długi na posadzkę i rozlał wodę na Johnsa. Ten zawył wściekle nie mogąc ścierpieć tego, że jest mokry. Wodowstręt obudził w Johnsie najgłębsze pokłady złości i szaleństwo wdarło się w jego umysł. Rzucił się przez biurko na Angera. Przewrócił lampę i potłukł żarówkę. Dowódca wystrzelił w ciemności z pistoletu osobistego i chybił. Chybił Johnsa, trafił za to Freya, który dopiero co był pozbierał się z podłogi. Padł więc w to samo miejsce po raz drugi. Frey krwawiąc z rany postrzałowej w klatce piersiowej, tytanicznym wysiłkiem podniósł się ponownie. John zajęty był rozbijaniem głowy Angera o posadzkę puszczając przy tym pianę z ust.

Meyer spacerował po korytarzu w tę i z powrotem rozważając ostatnie wyniki Mechballa. Krzyki dobiegające zza drzwi nie zdziwiły go. Obrócił się na pięcie i usłyszał strzał. Popędził do drzwi i wpadł do pomieszczenia. Wprost na Freya przewracając kolegę na dobrze znaną mu podłogę. Do trzech razy sztuka – pomyślał Frey i stracił przytomność.

Meyer wraz z otwarciem drzwi wpuścił do pomieszczenia odrobinę migotliwego światła z korytarza. Dojrzał za biurkiem dowódcę z głową w kształcie roztrzaskanego arbuza. Nie widząc Johnsa cofną się do drzwi i ręką namacał włącznik świata. Pstryk i nastała jasność. Przesłuchiwanego nie było jednak w pomieszczeniu.

– Gówno! Gówno, gówno, gówno! – Rozejrzał się nerwowo raz jeszcze. – Musisz gdzieś tu być. – Kątem oka dostrzegł ruch za mapą gwiezdną zwisającą po lewej stronie pomieszczenia od sufitu do podłogi.

– Mam cię! Żryj to!!! – Kilkanaście razy wystrzelił przebijając mapę. Kilka pocisków dosięgnęło celu. Dało się słyszeć uderzenie bezwładnego ciała o podłogę. Meyer otarł pot z czoła. Przyjrzał się mapie. Dziury po wystrzałach utworzyły nową konstelację gwiezdną.

 

*3.6

Wyludniony hangar w kompleksie mieszkalnym przyprawiał Rudego o gęsią skórkę i nadmierne pocenie się. Znajdowali się jakieś sześćset metrów od głównej bramy. Zbyszek pobladły, wyglądał jakby miał zaraz zemdleć i ratował się właśnie zimną wodą z butelki. Omarowi natomiast było chyba wszystko jedno. Siedział oparty o łazik badawczy i kołysał się w przód i w tył.

– A ten co, choroba sieroca? – zagadnął Rudy cały zasapany.

– Trudno stwierdzić, Feth jeden wie co z nim. – Zbyszek wcierał pot z czoła.

Dopiero co skończyli nosić skafandry do łazika. Ukryte wcześniej w jednym z pomieszczeń koło bramy, pozostały na szczęście nietknięte.

– Ivan kontaktował się przez interkom… – Rudy zerknął na zegarek – jakieś piętnaście minut temu. Lada moment tu będą z Adamem.

– Jak zamierzasz przejechać przez barykadę na bramie? – Zbyszek się zasępił.

– Nie zamierzam, tam jest śluza techniczna. – Rudy wskazał ręką w głąb zaciemnionego, dość szerokiego korytarza. Stąd nie było widać jego końca.

– Swoją drogą, skąd wiedziałeś gdzie szukać pojazdu? – Zbyszka wzięło na pytania.

– Dorabiałem po godzinach. To łazik badawczy dwóch geologów z korporacji. Pomagałem im targać sprzęt, pobierać próbki i takie tam. Są mi jeszcze winni kasę – westchnął Rudy. – Ciekawe co się z nimi stało.

Na odpowiedź nie musieli długo czekać. Z korytarza, który Rudy wskazał jako drogę ucieczki usłyszeli wrzaski kobiety. Obaj poderwali się złapali za broń. Nagle wszystko ucichło. Omar poderwał się i wbiegł do korytarza.

– Stój! – Rudy krzyknął ale Omar nie posłuchał.

– On nawet broni nie wziął. – Zbyszek patrzył jeszcze bardziej pobladły niż wcześniej.

Zapalili latarki zamontowane przy karabinach i ruszyli za Omarem. Pięćdziesiąt, sto metrów w mrok. Latarkami omiatali cały korytarz wszerz ale zdawał się pusty. Dwieście metrów w głąb i dalej nic. Nareszcie na trzechsetnym metrze światło latarki Zbyszka zatrzymało się na postaci. To Omar stał bez ruchu.

– Poświeć dalej – Zbyszek rzekł cicho do Rudego.

Rudy przesuwał swoje światło coraz dalej, zbliżając się do Omara. Kilkanaście metrów od Omara światło padło na „zaginionych” geologów. W białych kitlach. Utaplanych we krwi. Pochylonych nad ciałem kobiety. Jeden grzebał w jej wnętrznościach a drugi z zapałem rozbijał głowę młoteczkiem geologicznym. Rudy mimowolnie puścił pawia i światło uciekło mu w bok.

– Rozwalmy ich! – krzyknął Zbyszek.

Rudy poświecił z powrotem na ciało lecz natrafił na pustkę. Ślady krwi biegły w głąb korytarza.

– Zaciągnęli ją w głąb!

– Pierdzielę to gówno! – Rudy miał dość. – Bierz Omara i wynośmy się stąd.

Zbyszek nie protestował. Omar się nie bronił.

 

*3.7

Wyglądacie jakbyście ducha zobaczyli – Ivan powitał Rudego i Zbyszka prowadzących Omara. Uwaga tyczyła się tylko pierwszych dwóch. Omar poza tym, że stroił właśnie małpie miny, zdawał się nieobecny.

Zbyszek klnąc szarpał się ze skafandrem Omara.

– Ten debil nie współpracuje – poskarżył się kolegom.

Rudy podszedł pomóc i złapał Omara za rękę:

– O kurde! On jest ranny… ktoś go ugryzł!

– Odsuńcie się od niego! – Ivan wycelował broń w Omara. Omar uśmiechał się właśnie patrząc po kolegach, którzy umknęli na boki. Nareszcie dali mu spokój ze skafandrem!

– Ivan! Co ty chcesz… – Zbyszek nie dokończył. Trzy strzały w klatkę piersiową położyły Omara spać. Padł na posadzkę ciągle uśmiechnięty, niewinny jak dziecko.

Rudy znów zwymiotował choć nie miał już zbytnio czym.

– Ivan… co ty… – Zbyszek próbował zapanować nad oddechem

– Do zarażonych będziemy najpierw strzelać, potem pytać. Bez wyjątków. – Rosjanin odparł ze stoickim spokojem.

– Jedźmy stąd – poprosił Zbyszek.

– Kierunek Kosmodrom – Zarządził Ivan.

 

*3.8

Alarm ogłoszony w Kosmodromie tylko utwierdził Kowalskiego o konieczności ewakuacji. Plan był prosty. Dostać się do transportowca, nim z kolei polecieć na Sępa. Tyle jeśli chodzi o teorię. W praktyce bejsbol szedł często w ruch i zmęczenie dawało się Kowalskiemu we znaki. Pilot miał także nadzieję, że statek jest już naprawiony.

Gdy kolejny zarażony żołnierz wyszedł zza zakrętu Polak był już przygotowany. Bejsbol i tym razem się sprawdził. Zamach, solidne uderzenie w krocze i żołnierz zgiął się w pół. Przyłożenie i spadający z góry kij pogruchotał tył czaszki zarażonego.

– Dobranoc. Panie świeć nad jego duszą. – Kowalski wyjął nóż taktyczny i wyrył piątą kreskę na bejsbolu. Piąty wściekły – pomyślał. Tak bowiem zaczął ich nazywać. Wściekli. Nazwa pasowała jak ulał a kij definitywnie zajmie honorowe miejsce na ścianie jego kawalerki.

Obszukał trupa. Jakieś klucze, pistolet osobisty (wow!), magnetyczna karta dostępu z uprawnieniami G3 (znał tylko takie od A1 do C3), dodatkowy magazynek, latarka. No no, nieźle się obłowiłem, dzięki Ci Boże za te dary – pomyślał. Szczególnie dokładnie obejrzał broń, sprawdził magazynek. Wszystko OK.

– A nasz dobroczyńca nazywał się… – Kowalski mówił sam do siebie. Odnalazł identyfikator „J. Johns”.

– Dobra jay-jay, pomodlę się za ciebie jak będę już w domu. I sorki za ten cios poniżej pasa, to nic osobistego. No, miło się gawędziło, ale na mnie, sam rozumiesz, już pora.

 

*3.9

– Transportowce przestały krążyć. – Zauważył Rudy.

– Ale Sęp ciągle wisi na orbicie. To jedyny dobry znak na niebie – dodał Ivan. – Ciekawe czy uda się złapać stopa na niego skoro ruchu nie ma…

Przed nimi jawiła się biała brama Kosmodromu. Dwa kliknięcia na komputerze łazika i otworzyła się automatycznie. Niezłe uprawnienia mieli ci geolodzy z korporacji.

– Teraz panie i panowie, jedziemy prosto do terminala załadunkowego. Tą drogą. – Rudy wskazał trasę zaznaczoną niebieską farbą na ścianach.

– O ile nikt lub nic nas nie zatrzyma – dodał Zbyszek zajęty podtrzymywaniem Adama. Adamowi silny ból pulsował w głowie coraz mocniej. Gdyby nie Zbyszek byłby już kilkakrotnie wypadł z łazika.

 

*3.10

– Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę – mamrotał Kowalski, przekradając się korytarzem, na którego końcu kilku zarażonych szamotało się ze sobą. Pilot nie wnikał o co im poszło, skoro nawet się nie odzywali. Musiał dotrzeć tylko do połowy tegoż korytarza, gdzie znajdowało się przejście do niebieskiej drogi. Drogą prosto do terminala i już będzie miał swój statek. Albo i nie będzie miał bo potknął się właśnie o jakąś metalową puszkę. Ta z hukiem potoczyła się dalej po korytarzu.

Zarażeni jak na komendę odwrócili się w stronę Polaka. Kowalski przeżegnał się naprędce, wyjął pistolet i zakrzyknął celując w tych najbliżej:

– Choć żołnierz strzela, to Pan Bóg kule nosi! – Wystrzelał cały magazynek. Dwóch położył. Wsadził broń za pasek i z bejsbolem w rękach rzucił się do przejścia. Dopadł go sekundy przed wściekłymi. Na szczęście zarażeni zablokowali się w wąskim przejściu. Kowalski wypadł na niebieską drogę i ku swemu zdziwieniu omal nie przejechał go łazik badawczy wypchany górnikami w skafandrach.

– Ej! Czekajcie! – Krzyczał Polak. Najwidoczniej usłyszeli bo pojazd zatrzymał się.

Z przejścia wypadł pierwszy wściekły i pilot poczęstował go bejsbolem w gębę i chyba podziałało bo osunął się na ziemię. Kowalski poczynił w myślach uwagę by dodać później kreskę do swojego kija bejsbolowego.

Ludzie w skafandrach wyciągnęli ku niemu ręce, coś gestykulowali i krzyczeli pomału ruszając. Nie zwlekał, w kilku susach dopadł łazika i korzystając z pomocy wystawionych rąk, wdrapał się na pojazd.

 

3.11a

Meyer objął wśród żołnierzy dowodzenie. Za pomocą interkomu skierował pozostałych przy życiu do terminala załadunkowego. Mieli statek, zabezpieczyli i utrzymywali pozycję. Tylko pilota nie mieli. Nikt z jego ludzi nie potrafił pilotować transportowca.

– Melduję ruch od strony niebieskiej drogi – zaraportował Wans.

– Przygotować się! – krzyczał Meyer. – Celuj na drogę. Czekać na rozkaz.

Z tunelu wyłoniło się kilku zarażonych. Meyer miał właśnie dać rozkaz do strzału.

– Na moją komendę…

Zaraz za zarażonymi z tunelu wyskoczył łazik badawczy. Potrącił kilku a resztę załoga pojazdu wystrzelała.

– Nie strzelać! – zawołał świeży dowódca do swoich żołnierzy.

Jednak jeden z jego wojaków wystrzelił. Meyer warknął i zdzielił go kolbą swojego karabinu w głowę.

– Imbecyl – skwitował. – Podacie się później do raportu. – Meyer wczuł się w rolę dowódcy. Aby ratować sytuację odrzucił swój karabin i uniósł ręce do góry. Wyszedł załodze łazika naprzeciw. Ci zatrzymali się jakieś dwadzieścia pięć metrów dalej. Bał się jak jasny gwint. Trzeba zaryzykować by zyskać szacunek w oczach podkomendnych – powtarzał sobie w myślach. Oczami wyobraźni widział awans.

 

*3.11b

– Więc jesteś pilotem? – spytał Ivan.

– Tak, w dodatku na terminalu stoi mój transportowiec – odparł Kowalski. Prawdopodobnie stoi i prawdopodobnie jest sprawny – przemknęło mu przez głowę. Zachował kamienną twarz.

– Panowie, ostatnia prosta i terminal – krzyczał Rudy prowadząc pojazd.

Wypadli z tunelu wprost na grupę wściekłych. Rudy taranował ilu się dało a chłopaki strzelali dookoła.

– Jak na ruskim weselu! – darł się Ivan.

– Jak na polskim weselu! – przekrzykiwał go pilot.

Przebiwszy się przez zarażonych pojedynczy strzał oddany w ich stronę zakończył zabawę. Zabawę jak na dzikim zachodzie, czy bliskim wschodzie, w każdym razie zabawę o słowiańskich korzeniach. Dziki ryk Rosjanina uderzył ich w uszy. Zatrzymali łazik.

– Trafili go! – Rudy Obmacywał kolegę, jednak nie mógł znaleźć śladów po pocisku. W nozdrza uderzyła ich silna woń alkoholu.

– Nie mnie trafili – Ivan grzmiał. – Rozpierniczyli kanister ze spirytusem. Na powrót miał być!

Pierwszy raz zobaczyli u Rosjanina łzy w oczach.

– Dzięki Bogu – Kowalski odetchnął z ulgą.

– Jeden rzucił broń i idzie do nas. – Rudy jako jedyny obserwował sytuację na terminalu.

– Mają mój statek, trzeba będzie się z nimi dogadać – dorzucił Kowalski.

– Ja im nie ufam – wybąkał Adam, który poczuł się na tyle lepiej, by wyrazić swoją opinię.

– Raz się żyje, chodźmy – zarządził Ivan. – Chociaż, za spirytus będą musieli zapłacić.

Kowalski wziął swój pistolet z pustym magazynkiem i zatknął do buta. Zakrył spodniami. A nóż się przyda? – pomyślał.

Zbyszek z Rudym podtrzymywali Adama a Rosjanin z Polakiem stanęli przed nimi.

Zapraszamy na pokład. – Ucieszył się Meyer. – Tym bardziej, że macie pilota. Niech uścisnę mu rękę.

Kowalski wyszedł przed szereg a pozostali odetchnęli z ulgą.

– Przepraszam za ten wystrzał, na szczęście nikogo nie trafiliśmy!

Ivan ugryzł się w język. Adam nagle zemdlał.

– A temu co? – Meyer spojrzał krzywo.

– Dostał w głowę, ale spokojnie, nie jest zarażony. – Ivan spojrzał twardo na przywódcę wojskowych.

Meyer mocniej ścisnął dłoń pilota i pociągnął go do siebie. Obaj padli na posadzkę. Bejsbol Kowalskiego potoczył się kawałek dalej.

– Ognia! – padł rozkaz.

Ivan rzucił się na Meyera. Pozostali górnicy nie zdążyli zareagować. Kombinezony skutecznie utrudniały im ruchy. Adam poniósł śmierć sekundy zanim zostali rozstrzelani. Dostał wylewu krwi do mózgu, wskutek odniesionych wcześniej ran. Jedna przyczyna zgonu wyprzedziła drugą o zaledwie kilka sekund.

Rudy ze Zbyszkiem wypuścili Adam spod ramion gdy żołnierze zaczęli strzelać. Rudy bohatersko uniósł broń by odpowiedzieć ogniem. Zbyszek rzucił się do ucieczki. Prawie. Obaj nie zdążyli ze swoimi reakcjami. Skafandry na ich ciałach znaczyły teraz małe dziurki, z których ciekła krew. Co ciekawe obaj zwalili się na ziemię w tym samym momencie.

Rosjanin, który wykazał się lepszym refleksem niż jego tragicznie zmarli koledzy, chciał zadusić Meyera gołymi rękoma. Tamten pchnął go jednak nożem w klatkę piersiową. Pech chciał, że trafił w serce i pozbawiony oddechu Ivan słabł szybko a jego ręce rozluźniały uścisk.

– Dopadnę… Cię… po śmierci… – wyszeptał i światło zgasło w jego oczach.

Ciężar Rosjanina w skafandrze sprawił Meyerowi problem w uwolnieniu się spod niego. Kowalski byłby to wykorzystał gdyby nie dwóch żołnierzy, którzy schwycili go mocno i za nic nie chcieli puścić. Chociaż gryzł i kopał.

Polak przestał stawiać opór. Nie miało to dalej sensu. Przynajmniej chwilowo. Obrzucił ostatnim spojrzeniem swoich nowo poznanych, teraz martwych, towarzyszy. Spoczywajcie w pokoju. Panie świeć nad ich duszami. – pomyślał. Celem nadrzędnym było teraz dostać się na Fregatę Kompanii Wiertniczej „Sęp”. Przy okazji, kto powiedział, że muszą się tam dostać wszyscy?

 

R4

4.0

Kabina transportowca ziemia – orbita mieściła dwie osoby. Miejsce pilota zajął Kowalski, obok niego zasiadł Meyer. Żeby mieć go na oku w ramach „delikatnie” nadszarpniętego obopólnego zaufania. Pozostali żołnierze założyli skafandry i zaokrętowali się w luku ładunkowym.

– Co to za kontrolka? – spytał Meyer wskazując mrugającą na czerwono lampkę.

– Awaria, awaryjnego układu sterowania – skłamał pilot. – Jak nic się nie zepsuje to w niczym nam nie przeszkodzi.

Prawda była nieco inna. Uszkodzony był bezpiecznik od klapy luku załadunkowego. Prościej mówiąc, jeżeli przeciążony zostanie układ hydrauliczny klapy, to się ona otworzy. Statek nie został jednak naprawiony na czas a Polak pierwszy raz się z tego ucieszył.

Statkiem szarpnęło.

– Wychodzimy z atmosfery, będzie rzucać. – zaraportował Kowalski.

Kilka chwil później weszli na orbitę. Polak coś zawzięcie majstrował przy konsoli sterowania.

– Bez sztuczek bo… – Meyer nie dokończył.

– Bo co? Nie zabijesz mnie. Sam nie zadokujesz na Sępie. – pilot zaczął mamrotać:

– Panie Boże spraw by w magazynku była jeszcze jedna kula…

– Co ty tam szepczesz? – spytał wkurzony Meyer.

Kowalski szarpnął za jedną z dźwigni. Transportowcem zatrzęsło. Meyer usłyszał w interkomie rozpaczliwe krzyki swoich ludzi uwolnionych w przestrzeń kosmiczną. Po otwarciu klapy wyssało ich na zewnątrz w czarną otchłań. Sięgnął po broń i zawahał się.

Polak sięgnął swojego pistoletu z buta i się nie wahał.

– Z Panem Bogiem – rzekł i nacisnął spust.

Meyer osunął się na fotelu. Zwyczajnie zemdlał mając śmierć w oczach.

Kowalski zdziwił się nieco.

– Rozumiem Panie Boże, że zabijanie Ci nie w smak. Ale taką szumowinę oszczędzić. No cóż, dzięki i za to. Skoro taka Twoja wola to trzeba mi jakiegoś sznura i zobaczymy co dalej.

 

*4.1

– Kowalski do Sępa, odbiór… – Po raz kolejny cichy szum radia odpowiedział pilotowi. Nagle poczuł się niepewnie. By dodać sobie otuchy zerknął na związanego i zakneblowanego Meyera. Jedynie rozszerzone ze strachu źrenice zdradzały jego emocje. Polak namacał ręką swój kij bejsbolowy zatknięty teraz obok fotela pilota. Świerzbiło go, żeby poczęstować nim Meyera. Przeczuwał też, że na kiju jeszcze przybędzie wyrytych kresek. Całkiem niedługo.

– Tu Kowalski do Sępa, po raz ostatni… Odbiór… Rozpoczynam procedurę dokowania awaryjnego bez zezwolenia. Schodzę do doku czwartego. Przewidywany czas przybycia T – 15 minut. Melduję dwie niezarażone osoby. Bez odbioru.

Koniec

Komentarze

Epikę odbieram podobnie jak utwór muzyczny. Z pewnością nie jestem w tym względzie ani odkrywcza ani odosobniona. Jeśli frazy zdania pięknie mi w uchu współgrają, tworząc przemyślane połączenie treści i formy – czytam takie teksty z przyjemnością, a niektórymi oczarowana jestem tak, że po wielokroć do nich wracam. Dlatego dziesiątki razy czytałam „Mistrza i Małgorzatę”, „Lalkę”, „Imię róży” albo, z lżejszego kalibru – „Legendę Pendragonów”, a z całkiem lekkiego „Dzieci z Bullerbyn”. W tutejszej Bibliotece także od czasu do czasu grzebię i odświeżam w pamięci ten i ów tytuł, bo są wśród ich autorów, użytkowników portalu, posiadacze naprawdę wartościowych „piór”. Ale, choć wszystko, co posiada narratora i świat przedstawiony, można do epiki zaliczyć, to przecież czasem brzmi ona TAK, choć ma nadzieję, że słychać ją TAK.

Na forum wróciłam po rocznej nieobecności i jeszcze się na nowo nie zaaklimatyzowałam. Ty jesteś zupełnie nowy, a ponieważ to fajne miejsce w sieci, absolutnie nie jest moim zamiarem zniechęcić Cię do bywania w nim. Pozwoliłam więc sobie w taki niedosłowny sposób wyrazić swoje czytelnicze odczucia po lekturze „Wściekłych”. Regulatorzy obiecała, że rzuci okiem na Twój tekst i, o ile ją znam, zrobi to rzetelnie i obiektywnie. Już na wyrost radzę, abyś jej uwagi potraktował poważnie i bez uprzedzeń.

Na początku czytałam, potem już tylko przeskanowałam. Jak dla mnie niezbyt pociągający temat, a na dodatek wykonanie kiepskie. Przypomina mi to trochę sesję RPG.

Wszystkie Cię, Ci, Tobie powinny być napisane małą literą. Liczby słownie. Przecinki szwankują i gdzieniegdzie zapis dialogów również.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki za opinię, będę walczył dalej, od czegoś trzeba zacząć ;) Tekst miał być na swój sposób humorystyczny. Wiem np, że wstęp kuleje, zaś dalej jest mam nadzieję trochę lepiej. Nie spodziewałem się po pierwszym tekście oklasków, takoż krytykę przyjmę chętnie. Może porwałem się na coś zbyt długiego jak na pierwszy raz. Ciekaw jestem jeszcze opinii z męskiej strony użytkowników (choć nie twierdzę, że będzie lepsza^^).

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Przeczytałem dwie trzecie tekstu, a potem też skanowałem. Warztat w złym stanie: interpunkcja leży, często występują nieporadne zdania, fabuła chaotyczna, męskie gadki czy humor wyszly sztywno – ale w jednej czy dwóch scenach nawet się uśmiechnąłem. Ogólnie nie jest dobrze. Polecam proces betowania przed upublicznianiem tekstów. 

 

Edit: Ćwiczyć, ćwiczyć :)

W pierwszym zamyśle tekst miał być betowany, ale chciałem sprawdzić swój warsztat na sucho. Następne teksty pójdą do bety. Zresztą ciężko chyba znaleźć bety nowemu użytkownikowi (może się mylę  – jak tak to strzelajcie z pepeszy).

A srogą nawet krytyką się nie zrażę, tak już mam, że jak się na mnie czasem nie pokrzyczy to do mnie nie dotrze.

Dobra, nie marudzę, biorę się do ćwiczeń ;)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Bardzo dobre podejście, żeby się nie zrażać, bo ze srogiej krytyki można cenne wnioski wyciągnąć. Twardym trzeba być a nie miętkim. ;)

Dodam, że początek opowiadania wciąga, ale potem tekst się sypie i zniechęca do lektury. Krótsze formy są dobre do ćwiczenia, choć napisanie dobrego szorta też nie jest łatwe.

Hmmm. Zaczęło się w miarę ciekawie, ale potem zrobiło się chaotycznie. Gubiłam się, kto jest kim – czy Omar należy do “dobrych” czy “złych” itp. Dużo postaci, dużo grup, mało wyjaśnień. Co najważniejsze – nie rozumiem, co chcieli osiągnąć żołnierze, więc wyszła taka wybijanka bez wyższego celu.

Czy wścieklizna rozwija się tak błyskawicznie?

Z wykonaniem też nie jest dobrze. Interpunkcja leży. Na przykład wołacze, Mytriksie, oddzielamy przecinkami od reszty zdania. Pisząc zdanie złożone z imiesłowem współczesnym, też powinieneś postawić przecinek. Dlaczego używasz apostrofów zamiast cudzysłowów? Do tego literówki, sporadycznie ortografy. Jest różnica między “nóż” a “nuż”.

– Tak, tak! Pierniczysz. Spodobało Ci się! – ryknął brygadzista

Ty, twój, pan itp. w dialogach piszemy małą literą. Tylko w listach dużą. I przydałaby się kropka na końcu. Ktoś już o tym wspominał. Edytuj i poprawiaj błędy.

Dlatego dupa w troki i chodźmy się dowiedzieć co jest pięć.

Pięć to liczba. Nie rozumiem, o co w tym zdaniu chodzi. Przecinek po “dowiedzieć”.

Z kinetyczną 50-tką na dachu.

Liczby raczej słownie.

Powszechnie znana ze swoich lekkich obyczajów za pieniądze,

Dziwaczna konstrukcja. Obyczaje za pieniądze?

Fajki Amerykańskie były, a spirytus Rosyjski!

Przymiotniki małą literą.

Babska logika rządzi!

Odniosłam wrażenie jednego wielkiego bałaganu, nie tylko w opowiadanej historii, ale i w sposobie jej napisania.

Prowadzisz jednocześnie kilka grup różnych bohaterów, ale robisz to na tyle bezładnie, że trudno zorientować się kto z kim, przeciw komu i dlaczego. Wiele wysiłku trzeba włożyć, aby nadążyć za wszystkim i za wszystkimi. I gdybyż to jeszcze Wściekli byli porządnie napisani, być może dałoby się jakoś śledzić całą akcję, złożyć całość do kupy, ale niestety, obok bałaganu fabularnego bardziej zabolało mnie fatalne wykonanie – nie zawsze poprawnie zapisane dialogi, kompletnie zlekceważona interpunkcja, mnóstwo literówek, powtórzenia, często bezzasadnie używane wielkie litery, zdania konstruowane w sposób uniemożliwiający ich właściwe zrozumienie, błędy i liczne usterki – to wszystko sprawiło, że przez opowiadanie brnęłam z prawdziwym trudem.

Przypuszczam, Mytriksie, że przydadzą Ci się wątki: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550http://www.fantastyka.pl/loza/17 

 

Ivan Ibra­hi­mo­wicz z pewną dozą ru­ty­ny wy­pluł do po­ło­wy spa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa z ust. – Czy można wypluć coś, czego nie ma się w ustach?

Na czy polega rutyna plucia?

Podejrzewam, że wypluwany papieros był do połowy wypalony, nie spalony.

 

Na ter­mi­na­lu, jak i w całym Kom­plek­sie Miesz­kal­nym, pa­no­wał cał­ko­wi­ty zakaz pa­le­nia.  – Powtórzenie.

Dlaczego kompleks mieszkalny jest napisany wielkimi literami?

 

Osta­tecz­nie ziem­scy cel­ni­cy i mar­sjań­scy Po­rząd­ko­wi byli bez­sil­ni. – Dlaczego porządkowi napisano wielką literą?

 

Pra­wie, że jed­ne­go z pod­sta­wo­wych praw czło­wie­ka – ro­bot­ni­ka, prawa do dymka. – Czy to celowe powtórzenia?

Może: Niemal jed­ne­go z pod­sta­wo­wych praw czło­wie­ka ro­bot­ni­ka, prawa do dymku.

 

ośmiu in­nych ro­bot­ni­ków w ska­fan­drach. Ro­bot­ni­ków a nie gór­ni­ków czy spe­cja­li­stów od od­wier­tów. Wszy­scy tutaj i w kor­po­ra­cji mieli ich za zwy­kłych ro­bot­ni­ków. – Czy to celowe powtórzenia?

 

Ivan z gło­śnym sap­nię­ciem roz­siadł się w ‘wy­god­nym’ sie­dze­niu. – Brzmi to fatalnie.

Jeśli wy­god­nym, miało być w cudzysłowie, to nie jest. Cudzysłów wygląda tak: „wygodny”. Ten błąd popełniasz w opowiadaniu wielokrotnie.

 

wy­pusz­cza­jąc z rąk czyt­nik z naj­now­szym wy­da­niem ku­rie­ra Mar­sjań­skie­go… – Jeśli to nazwa miejscowej gazety, winno być: Kuriera Marsjańskiego.

 

– Tak, tak! Pier­ni­czysz. Spodo­ba­ło Ci się!– Tak, tak! Pier­ni­czysz. Spodo­ba­ło ci się!

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Po­łą­czo­ne pro­sty­mi li­nia­mi utwo­rzy­ły by trój­kąt rów­no­bocz­ny.Po­łą­czo­ne pro­sty­mi li­nia­mi, utwo­rzy­łyby trój­kąt rów­no­bocz­ny.

 

W cen­trum znaj­do­wał się ma­je­sta­tycz­ny ko­smo­drom ZAK – Ziem­skiej Agen­cji Ko­smicz­nej. Po­ło­że­nie w cen­trum miało… – Powtórzenie.

 

Po­ło­że­nie w cen­trum miało opty­ma­li­zo­wać do­sta­wy jed­nak witał tu tylko jeden sta­tek. – Kogo/ co witał statek?

 

mali pa­dli­no­żer­cy pró­bu­ją­cy uszczk­nąć coś z pa­dli­ny… – Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

– O żesz w mordę!– O żeż w mordę!

 

usły­szał całą masę in­nych prze­kleństw typu ‘niech mnie licho’, ‘na Fetha’ czy zwy­czaj­ne ‘o kur…!’ – …usły­szał całą masę in­nych prze­kleństw typu „niech mnie licho”, „na Fetha” czy zwy­czaj­ne „o, kurwa”!

Nie stosujemy autocenzury.

 

Ivan do­szedł po chwi­li pod górkę do mek­sy­ka­ni­na i po­zo­sta­łych.Ivan do­szedł po chwi­li, pod górkę, do Mek­sy­ka­ni­na i po­zo­sta­łych.

 

Ko­le­dzy zru­ga­li mło­ko­sa, nie­opie­rzo­ne­go żół­to­dzio­ba do­szczęt­nie. – Dlaczego rugali młokosa, skoro był nieopierzonym żółtodziobem doszczętnie?

 

za­wróć i wra­caj do Kom­plek­su Miesz­kal­ne­go” I byłby tak uczy­nił… – Brzmi to nie najlepiej. Brak kropki na końcu zdania.

 

Wpu­ści­li do­pie­ro po dłu­giej kon­tro­li do­ku­men­tów, które ja­kimś cudem w więk­szo­ści gór­ni­cy mieli przy sobie. – Górnicy mieli przy sobie większość dokumentów, czy większość górników miała dokumenty przy sobie?

 

Po dru­gie 45 minut w słoń­cu… – Po dru­gie, czterdzieści pięć minut w słoń­cu

Liczebniki zapisujemy słownie. Ten błąd popełniasz także w dalszej części opowiadania.

 

– Może być cięż­ko coś z niego wy­ci­snąć.– Może być trudno coś z niego wy­ci­snąć.

 

Mek­sy­kań­czyk nie uzna­wał Zygi… – Mek­sy­kanin nie uzna­wał Zygi

 

na Ziemi zmar­ła jego Żona w ciąży i… – Dlaczego wielka litera?

 

– … i po­sta­no­wił nie wra­cać… – Zbędna spacja po wielokropku.

 

Przy­cza­jo­ny Ty­grys ukry­ty smok. – Dlaczego wielka litera?

 

Zła­pał bar­ma­na za poły ko­szu­li… – W jaki sposób chwycił barmana za poły koszuli, skoro ten stał za ladą?

Sprawdź, czym są poły.

 

Bar­man za­cho­wał sta­lo­we nerwy. Rę­ko­ma moc­ny­mi jak ze stali… – Powtórzenie.

 

Po­wiem – kon­ty­tu­ował… – Literówka.

 

Po tym jął skrę­cać kłaki w pal­cach niby war­kocz. – Czy to znaczy, że miał palce niby warkocz?

Proponuje: Potem palcami jął skrę­cać kłaki, niby war­kocz.

 

kie­ro­wał swe słowa do wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych, – fakt… – Przed półpauzą nie stawiamy przecinka

 

Krwa­wą Merry raz pro­szę!Krwa­wą mary raz pro­szę!

Nazwy trunków piszemy małą literą. Jeśli nazwa nie rozpoczyna zdania, należy pisać krwawa mary.

 

a pierw­sza z brze­gu bu­tel­ka Jacka D… – Raczej: …a pierw­sza z brze­gu bu­tel­ka jacka danielsa

 

Dzie­wię­ciu „wspa­nia­łych” zje­cha­ło na dół windą. – Masło maślane. Czy mogli zjechać na górę?

 

Wszyst­ko gęsto ob­la­ne czer­wo­ną po­so­ką… – Masło maślane. Czy istnieje możliwość, by posoka miała inny kolor?

 

za­kłó­ca­jąc na­sta­łą cisz­szę. – Literówka.

 

skoro tych tu Żoł­da­ków ubili… – Dlaczego wielka litera?

 

wskazł ramię pół­na­gie­go gór­ni­ka… – Literówka.

 

Izded, kier­wo­ca T12 „Żuk”… – Literówka.

 

Dwa woj­skoe po­jaz­dy minęy go… – Literówki.

 

-Na­resz­cie!  i -Hy hy hy… – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Już my­śla­łem, że tu szczeł­znę.Już my­śla­łem, że tu sczeznę.

 

O szczeł­za­niu nie ma mowy… – O sczeźnięciu nie ma mowy

 

Teraz gdy dzie­li­ło ich kilka kró­ków… – Literówka.

 

cho­dził ner­wo­wo w tę i spo­wro­tem… – …cho­dził ner­wo­wo w tę i z po­wro­tem

 

Woj­sko nie pod­la­ga wa­szym kom­pe­ten­cjom! – Literówka.

 

Mam roz­ka­zy, otwie­rać barmę! – Literówka.

 

Zresz­tą kon­takt z Zie­mią i tak był nie­moż­li­wy, oso­bi­ście roz­ka­zał blo­ka­dę łącz­no­ści. – Co to znaczy, że rozkazał blokadę łączności?

 

padło rzą­da­nie do po­rząd­ko­wych. – …padło żą­da­nie do po­rząd­ko­wych.

 

po raz pierw­szy i za­pew­nie ostat­ni… – Literówka.

 

Do ARES’owców do­łą­czył trze­ci po­jazd.Do aresowców do­łą­czył trze­ci po­jazd.

 

Z ki­ne­tycz­ną 50-tką na dachu.Z ki­ne­tycz­ną pięćdziesiątką na dachu.

Ten błąd pojawia się kilkakrotnie.

 

jak na Ame­ry­kań­skich fil­mach. – …jak na ame­ry­kań­skich fil­mach.

 

od­pa­lił szlu­ga od ben­zy­no­wej za­pal­nicz­ki. – Zapalniczka paliła szlugi?

Odpalić szluga można od innego, już palącego się. Zapalniczką można szluga zapalić.

Zdanie winno brzmieć: …zapa­lił szlu­ga ben­zy­no­wą za­pal­nicz­ką.

 

Uda­wa­nie, że nie ma jej u sie­bie, prze­rwa­ło pro­sty­tut­ce wa­le­nie do drzwi. – Dlaczego prostytutka waliła w drzwi a potem udawała, że jej nie ma?

 

Żoł­nierz z logo ARES w śred­nim wieku… – Po czym się poznaje, że logo jest w średnim wieku?

 

Teraz nasza lalka po­krwa­wio­na i nie­tom­na… – Jaka?

 

A teraz cicho jak myszy pod mio­tłą – za­ko­men­de­ro­wał do po­zo­sta­łych przy życiu czte­rech to­wa­rzy­szy. – Można komenderować kimś, ale nie można zakomenderować do kogoś.

 

Rze­czy­wi­ście le­piej prze­cze­kać w pię­ciu to było by sa­mo­bój­stwo… – Rze­czy­wi­ście, le­piej prze­cze­kać, w pię­ciu to byłoby sa­mo­bój­stwo…

 

Fajki Ame­ry­kań­skie były, a spi­ry­tus Ro­syj­ski!Fajki ame­ry­kań­skie były, a spi­ry­tus ro­syj­ski!

 

Ah, ta ruda broda!Ach, ta ruda broda!

 

Jop Twoja Mać tyle ludu uśmier­cić… – Job twoja mać, tyle ludu uśmier­cić

 

Oi! Omar!Oj! Omar!

 

głowa nie­na­tu­ral­nie od­kso­czy­ła do tyłu. – Literówka.

 

Ivan roz­lą­dał się na boki. – Literówka.

 

Nie mo­że­my usta­lić miej­sca po­bu­ty Aaro­na… – Literówka.

 

Johns wy­glą­dał na stan przed za­wa­ło­wy. – Raczej: Wyglądało, że Johns ma stan przedzawałowy.

 

po­tknął się o krze­sło, wy­rżnął się jak długi na po­sadz­kę… – …po­tknął się o krze­sło, wy­rżnął jak długi na po­sadz­kę

 

Na­resz­cie na trzyset­nym me­trze… – Na­resz­cie na trzechset­nym me­trze

 

Rudy po­świe­cił spo­wro­tem na ciało… – Rudy po­świe­cił z po­wro­tem na ciało

 

Za­cią­gne­li ją w głąb! – Literówka.

 

Pier­dzie­le to gówno! – Literówka.

 

Ivan po­wi­tał Ru­de­go i Zby­sza… – Literówka.

 

Tak bo­wiem za­czął ich na­zy­ać. – Literówka.

 

byłby już kil­ka­krot­nie wypał z ła­zi­ka. – Literówka.

 

łazik ba­daw­czy wy­pcha­ny gór­ni­ka­mi w Ska­fan­drach. – Dlaczego wielka litera?

 

Pech ci­ciał, że tra­fił w serce… – Literówka.

 

za­ła­do­wa­li się do luku ła­dun­ko­we­go. – Nie brzmi to najlepiej.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Melduję, że zakończyłem (w kilku podejściach z braku czasu) poprawiać błędy wytknięte przez Reg. i Finklę (wasz czas na poprawianie nie poszedł na marne). W każdym razie jeśli komuś jeszcze zamarzy się trochę masochizmu by przeczytać Wściekłych, będzie mu łatwiej.

 

@ Finkla  – Za chaos i bałagan w fabule przepraszam, fakt dużo grup bohaterów za mało wyjaśnień.

 

Omar jest z tych “dobrych” tylko doznał szoku gdy zajrzał śmierci w oczy,

Omar widząc wycelowaną w siebie broń zastygł za kierownicą pojazdu. W ostatnim momencie Enrike kopniakiem wywalił go z szoferki na glebę.

Omar od momentu uniknięcia śmierci w szoferce pojazdu był w lekkim szoku i odebrało mu mowę. Przynajmniej taką mieli nadzieję, że szok był lekki.

Co chcieli osiągnąć żołnierze – rzeczywiście zostało niedopowiedziane – jedyne wyjaśnienie snuje Ivan

– Psiamać – Ivan zaklął – toż to zwijają interes i nas chcą się pozbyć. Ubezpieczalnia, założę się o litr dobrej wódki, pokryje nasze wypłaty i odszkodowania dla rodzin a Kompania wiertnicza zarobi na czysto. Job twoja mać tyle ludu uśmiercić…

Co do rozwijania się “wścieklizny” – też niedopowiedziane, jedyna wzmianka tutaj:

(…)poza tym i tak mieliśmy ich wszystkich wymordować. W „humanitarny” sposób. Pomijając fakt, że szczepionka na bazie wścieklizny okazała się wadliwa… – Johnsowi rozmyślanie przerwał(…)

@ Reg. – Dzięki za komentarz i za solidne poprawienie błędów :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Omar to był tylko przykład. Rzuciłam okiem na tekst i podałam jeden z momentów, w których się zgubiłam.

Cel żołnierzy. To tylko hipotezy. Zresztą, na miejscu żołdaków bym się zastanowiła, czy wygodnie być świadkiem takich rzeczy…

Babska logika rządzi!

Toż to wiem, jak jest ^^ Mógłby ten tekst poprawiac ale chyba lepiej wziąć się za coś nowego, mając na uwadze błędy popełnione tutaj :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Pewnie tak. Literówki czy inne drobiazgi – jest sens poprawiać. Ale pół tekstu przepisać… To już lepiej zapamiętać, na czym polega problem.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka