- Opowiadanie: bzugaj - KLASZTOR

KLASZTOR

Jeśli ktoś lubi tego ro­dza­ju opo­wie­ści to za­pra­szam do opo­wia­dań MARY CE­LE­STE I POGOŃ, to ostat­nie przy­sta­nę­ło gdzieś w po­ło­wie drogi do bi­blio­te­ki ;)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

regulatorzy, Finkla

Oceny

KLASZTOR

 

 

„W kra­jach chrze­ści­jań­skich nadal można było od­na­leźć takie za­kąt­ki, nad któ­ry­mi pań­stwo nie spra­wo­wa­ło kon­tro­li – wsie, o któ­rych za­po­mnia­ła in­kwi­zy­cja, czy też go­spo­dar­stwa, o któ­rych ist­nie­niu nie wie­dział nawet lo­kal­ny wójt.”

– Peter En­glund „Lata Wojen”

 

Frag­ment dzien­ni­ka Wil­hel­ma Gal­le­na

21 paź­dzier­ni­ka 1889 roku, Al­za­cja, Niem­cy

 

 Dzi­siaj w oko­li­cach po­łu­dnia wy­ru­szam z Bre­isach na za­chód, od­da­la­jąc się od ko­ry­ta Renu i zmie­rza­jąc w dzi­kie re­jo­ny Wo­ge­zów. Po­go­da zdaje się za­ła­my­wać i w pa­nu­ją­cym wil­got­nym chło­dzie da się wy­czuć nad­cho­dzą­cą burzę, jed­nak pod­eks­cy­to­wa­nie, to­wa­rzy­szą­ce mojej po­dró­ży, wy­klu­cza ja­ką­kol­wiek zwło­kę. Klo­ster­berg jest na wy­cią­gnię­cie ręki, a wraz z nim roz­wią­za­nie za­gad­ki. Koń czeka, gdy za­pad­nie zmierzch z pew­no­ścią będę już w wio­sce.

 

+++

 

Młody bi­blio­te­karz po­now­nie spoj­rzał na prze­mo­czo­ną mapę i klnąc pod nosem, scho­wał ją ostroż­nie do kie­sze­ni re­din­go­ta. Sza­ra­wy dzień po­wo­li miał się ku koń­co­wi. Za­ci­na­ją­cy ostro deszcz do­dat­ko­wo ogra­ni­czał wi­docz­ność. Koń­skie ko­py­ta za­pa­da­ły się w błot­ni­stej le­śnej dro­dze, roz­świe­tla­nej co rusz na­gły­mi bły­ska­mi pio­ru­nów.

Wil­helm po­kle­pał zwie­rzę po szyi.

– Je­ste­śmy nie­da­le­ko. To musi być gdzieś tutaj. Jesz­cze chwi­lę i bę­dzie­my grzać się pod da­chem, przy­ja­cie­lu.

Ko­lej­ny grzmot prze­to­czył się po cięż­kim wie­czor­nym nie­bie. Koń par­sk­nął nie­spo­koj­nie.

Po raz pierw­szy od wyjazdu z Ba­zy­lei, Wil­hel­ma Gal­le­na opu­ści­ło pod­nie­ce­nie zwią­za­ne z wy­pra­wą. Kiedy kilka ty­go­dni temu do jego an­ty­kwa­ria­tu tra­fił dzien­nik pew­ne­go ka­pi­ta­na wojny trzy­dzie­sto­let­niej, mło­dzie­niec nie po­sia­dał się ze szczę­ścia. Hi­sto­ria w nim za­war­ta nada­wa­ła by się na wspa­nia­łą ro­man­tycz­ną po­wieść, z któ­rej za­mia­rem na­pi­sa­nia Wil­helm nosił się od dawna. Nie­ste­ty dzien­nik ury­wał się dość nie­spo­dzie­wa­nie. Ostat­nie jego wpisy do­ko­na­ne były we wsi Klo­ster­berg, kiedy więc tylko Gal­le­no­wi udało się zlo­ka­li­zo­wać tę miej­sco­wość na sta­rych ma­pach, nie tra­cił czasu.

 

Koń bro­dził w coraz więk­szym bło­cie. Z pięk­ne­go gra­na­to­we­go ka­pe­lu­sza z sze­ro­kim ron­dem spły­wa­ły ka­ska­dy wody. Gruby re­din­got nie chro­nił już ani przed desz­czem, ani przed coraz bar­dziej przej­mu­ją­cym zim­nem.

W oddali błysnęło światło.

Wil­helm uniósł się w strze­mio­nach i wstrzy­mał od­dech.

– To tam, przy­ja­cie­lu! Byłem już pewny, że zgu­bi­li­śmy drogę. – Spiął konia i ru­szył w stro­nę po­ma­rań­czo­wych punk­ci­ków ma­ja­czą­cych mię­dzy drze­wa­mi. Las gęst­niał wokół niego, a droga sta­wa­ła się coraz węż­sza. Nie­wi­docz­ne w za­pa­da­ją­cym mroku ga­łę­zie sma­ga­ły go po twa­rzy, ale nie zwal­niał tempa do­pó­ki nie wy­je­chał na otwar­tą prze­strzeń. Kilka me­trów przed sobą usły­szał plusk pły­ną­cej, małej rzecz­ki i do­strzegł drew­nia­ny most, pro­wa­dzą­cy do roz­iskrzo­nej świa­tła­mi wio­ski. Na po­bli­skim wzgó­rzu stał  klasz­tor. Jego zu­peł­nie czar­na syl­wet­ka od­ci­na­ła się wy­raź­nie od za­chmu­rzo­ne­go, wie­czor­ne­go nieba.

 

 

Frag­ment dzien­ni­ka ka­pi­ta­na Kurta Ja­no­sha

Wieś Klo­ster­berg, wedle ob­li­czeń ja­kieś 11 mil na za­chód od Fre­ibur­ga,

dnia 13 sierp­nia roku Pań­skie­go 1638

 

Wczo­raj, w końcu, w gę­stych la­sach po­ra­sta­ją­cych tu­tej­sze oko­li­ce udało nam się zgu­bić po­ścig od­dzia­łów We­imar­czy­ka. Po na­szej po­raż­ce Sa­vel­lo znik­nie i upa­dek Bre­isach jest tylko kwe­stią czasu. Ko­lej­na rzeź, ko­lej­ny potop krwi. Tak bar­dzo wszy­scy do tego przy­wy­kli, że nie­mal nie pomnę już świa­ta bez wojny. He­re­ty­cy za­da­li nam do­tkli­wą klę­skę. A może to nasz dobry Pan ze­słał nam ją, by od­ku­pić winy?

Dziś od rana po­su­wa­li­śmy się w gę­stej mgle, która cho­wa­ła nas przed nie­przy­ja­ciół­mi i tłu­mi­ła od­gło­sy uciecz­ki. Przed po­łu­dniem do­tar­li­śmy do spo­koj­nej wsi, nie­tknię­tej bi­tew­ną po­żo­gą. Osie­dle to, ciche i spo­koj­ne, zwie się Klo­ster­berg, od sta­re­go śre­dnio­wiecz­ne­go klasz­to­ru, gó­ru­ją­ce­go na jed­nym ze wzgórz ota­cza­ją­cych wio­skę. Miesz­kań­cy przy­ję­li nas do­brze, choć po­dejrz­li­wie, roz­ka­za­łem mej kom­pa­nii nie wsz­czy­nać awan­tur, byśmy w spo­ko­ju mogli wy­li­zać się z ran. Mu­si­my od­po­cząć. Głu­po­ta ce­sar­skich do­wód­ców wpę­dzi­ła nas w tę godną po­ża­ło­wa­nia sy­tu­ację. Więk­szość mej kom­pa­ni zo­sta­ła roz­bi­ta, a za ma­sa­krę jaką zgo­to­wa­li nam od­szcze­pień­cy, nie­chaj po wiecz­ny czas płoną w pie­kle!

 

+++

 

Ranek 9 sierp­nia 1638 roku, Wit­ten­we­ier, Ba­de­nia

 

Ka­pi­tan Ja­nosh spoj­rzał na po­łu­dnie. Kil­ka­na­ście mil dalej, w dole, wzno­si­ła się twier­dza Bre­isach, oto­czo­na nie­licz­nym kor­do­nem wojsk księ­cia Ber­nar­da We­imar­skie­go. Po­mię­dzy twier­dzą, a wzgó­rzem zaj­mo­wa­nym przez woj­ska ce­sar­skie księ­cia Sa­vel­li, około dzie­się­ciu ty­się­cy żoł­nie­rzy zbli­ża­ło się do jego po­zy­cji.

Ka­pi­tan spoj­rzał na linie wojsk za ple­ca­mi. Armia ka­to­lic­ka przy­by­ła pod Wit­ten­we­ier dwa dni wcze­śniej i zdą­ży­ła zająć do­god­ne po­zy­cje do od­par­cia ataku We­imar­czy­ka. Kurt prze­biegł wzro­kiem po szykach swo­jej kom­pa­nii.

Przy jego boku po­ja­wił się do­brze umię­śnio­ny męż­czy­zna. Bujny wąs i pod­go­lo­na czu­pry­na do­bit­nie świad­czy­ły o kraju, z którego pochodził. Splu­nął w trawę, a jego po­zna­czo­na licz­ny­mi bli­zna­mi twarz roz­ja­śni­ła się w sze­ro­kim uśmie­chu.

– Może jed­nak za­ata­ku­ją, Bre­slau, co są­dzisz?

Ka­pi­tan od dawna nie re­ago­wał już na to okre­śle­nie. Uwa­żał zresz­tą, że to le­piej, iż jego praw­dzi­we na­zwi­sko nie po­ja­wia się zbyt czę­sto na ustach pod­wład­nych. Mogli na­zy­wać go Bre­slau. Nie wsty­dził się swo­je­go po­cho­dze­nia.

– Daj Boże, Tar­na­va… – od­po­wie­dział, nie od­wza­jem­nia­jąc jed­nak uśmie­chu.

Woj­sko było wy­po­czę­te i w do­brych na­stro­jach, dzia­ła usta­wio­ne w do­god­nych do obro­ny miej­scach. Li­czeb­nie armia ka­to­lic­ka nie­mal dwu­krot­nie prze­wyż­sza­ła od­dzia­ły zmie­rza­ją­ce ku niej od po­łu­dnia. Zwy­cię­stwo było pewne.

 

+++

 

Późne po­po­łu­dnie 9 sierp­nia 1638 roku, lasy Ka­iser­wal­du, oko­li­ce Wit­ten­we­ier, Ba­de­nia

 

Kurt nie mógł uwie­rzyć w to, co wy­da­rzy­ło się kilka go­dzin wcze­śniej.

Około po­łu­dnia armia Ber­nar­da We­imar­skie­go za­czę­ła się cofać pod li­chym ostrza­łem wojsk ka­to­lic­kich. Sa­vel­lo był pewny zwy­cię­stwa i bez za­sta­no­wie­nia dał roz­kaz do opusz­cze­nia do­god­nych po­zy­cji na wzgó­rzu. Część niż­szych rangą do­wód­ców pró­bo­wa­ło prze­ko­nać go, że to zbyt po­chop­na de­cy­zja, ale nie słu­chał ni­ko­go. Od­dzia­ły ce­sar­skie ru­szy­ły w dół zbo­cza i wbiły się kli­nem w arier­gar­dę We­imar­czy­ka. Na­jem­na kom­pa­nia Kurta Ja­no­sha ru­szy­ła wraz z nimi. Ksią­że Ber­nard suk­ce­syw­nie wy­co­fy­wał się na po­łu­dnie.

To sza­leń­stwo, po­my­ślał Ja­nosh. Opusz­cze­nie do­god­nych po­zy­cji i utra­ta ko­rzy­ści z prze­wa­gi li­czeb­nej, któ­rej nie można wy­ko­rzy­stać w gę­stym lesie. W cha­osie walki ka­pi­tan spoj­rzał na uprzed­nio zaj­mo­wa­ne wzgó­rze i do­strzegł nie­ru­cho­mą po­stać na koniu. Sa­vel­lo.

Czy on, kurwa, myśli, że wszyst­kie pra­wi­dła sztu­ki wo­jen­nej można wy­rzu­cić na śmiet­nik?!

Krew blu­znę­ła na ka­ftan Kurta, jego koń za­chwiał się i omal nie upadł. Wokół sły­chać było tylko szczęk oręża i wy­strza­ły musz­kie­tów. Od­dzia­ły księ­cia Ber­nar­da wy­co­fa­ły się już głę­bo­ko w lasy Ka­iser­wal­du. Po­mi­mo ewi­dent­ne­go błędu tak­tycz­ne­go woj­ska ka­to­lic­kie miały zwy­cię­stwo na wy­cią­gnię­cie ręki.

I wtedy wła­śnie We­imar­czyk od­sło­nił karty.

Na po­stę­pu­ją­ce kom­pa­nie Sa­vel­li ru­szy­ły ukry­te w lesie, świe­że re­gi­men­ty Gu­ebrian­ta i Tau­pa­de­la, z któ­rych obec­no­ści ka­to­li­cy nie zda­wa­li sobie spra­wy, aż do obec­nej chwi­li. Kom­pa­nia Kurta Ja­no­sha i resz­ta wojsk ce­sar­skich do­sta­ła się w klesz­cze. Za­czę­ła się rzeź.

Gęsty zie­lo­ny las spły­nął krwią. Bujne po­szy­cie po­kry­ło się cia­ła­mi, a upior­ne wycie ran­nych wo­ła­ło o po­mstę. Ci któ­rzy nie zgi­nę­li od kul i kling byli du­sze­ni i za­dep­ty­wa­ni. W ogól­nym szale wy­dłu­by­wa­no oczy i wy­szar­py­wa­no nosy. Gdy za­bra­kło kul, głowy roz­łu­py­wa­no kol­ba­mi musz­kie­tów i ga­łę­zia­mi. Z na­jem­nej kom­pa­nii Bre­slaua oca­la­ła je­dy­nie szóst­ka i choć obie stro­ny ru­sza­ły do bitwy z imie­niem Boga na ustach, tego dnia oka­zał się On głu­chy…

 

 +++

 

Frag­ment dzien­ni­ka ka­pi­ta­na Kurta Ja­no­sha

Klo­ster­berg, dnia 15 sierp­nia roku Pań­skie­go 1638

 

Wieś wy­da­je się cał­kiem spo­koj­na, miesz­kań­cy zaś nie robią nam żad­nej szko­dy. Tak jak i my są rzym­skie­go wy­zna­nia, a żadne he­re­zje nie do­tar­ły do tej ustro­ni. Jest tu soł­tys, Lucas Muir, jed­nak jeśli wie­rzyć plot­kom, to oj­ciec Ne­bi­ros, opat tu­tej­sze­go klasz­to­ru, jest w osa­dzie szarą emi­nen­cją i nic nie dzie­je się bez jego wie­dzy i zgody. Do tej pory nie po­pro­sił nas jed­nak na roz­mo­wę, a i my szcze­gól­nie się do tego nie kwa­pi­my. Kwa­te­rą roz­ło­ży­li­śmy się w go­spo­dzie. Pła­ci­my za wszyst­ko uczci­wie, nie czy­niąc tu­tej­szym żad­ne­go gwał­tu. Po ty­go­dniu, dwóch ru­szy­my w kie­run­ku Alp i spró­bu­je­my prze­do­stać się nie­zau­wa­że­ni przez zie­mie Szwaj­ca­rów do wojsk Hatz­feld­ta sta­cjo­nu­ją­cych w Ba­wa­rii. Choć koń­ców­ka lata jest bar­dzo go­rą­ca, mu­si­my zdą­żyć, nim je­sień za­go­ści w gó­rach na dobre.

 

Frag­ment dzien­ni­ka ka­pi­ta­na Kurta Ja­no­sha

Klo­ster­berg, dnia 18 sierp­nia roku Pań­skie­go 1638

 

Wspa­nia­ła let­nia po­go­da utrzy­mu­je się i chyba już nikt z na­szej szóst­ki nie wie­rzy, że po­ścig mógł­by jesz­cze nas od­na­leźć. Nic nie wiemy na temat roz­wo­ju wy­da­rzeń, bo też osada jest zu­peł­nie od­izo­lo­wa­na od świa­ta. Nie przej­mu­je­my się tym jed­nak zbyt­nio, wie­dząc, że to kwe­stia dni, zanim bę­dzie­my zmu­sze­ni opu­ścić tę ma­low­ni­czą do­li­nę.

Wczo­raj po raz pierw­szy uj­rza­łem Hanne, córkę soł­ty­sa Muira. W życiu swoim nie wi­dzia­łem tak cud­ne­go stwo­rze­nia. Na swoją zgubę. Teraz trud­niej bę­dzie mi stąd wy­je­chać, choć wo­jacz­ka wzywa nas już wszyst­kich. Moje psy wojny nie­cier­pli­wią się i po­mi­mo re­spek­tu, jaki przede mną czują, nie­dłu­go chuć sta­nie się waż­niej­sza od wszel­kich zasad.

 

Frag­ment dzien­ni­ka ka­pi­ta­na Kurta Ja­no­sha

Klo­ster­berg, 19 sierp­nia roku Pań­skie­go 1638

 

Kiedy dzi­siej­sze­go dnia spa­ce­ro­wa­łem po wsi, ude­rzy­ła mnie jedna myśl. Jak mało mło­dych ludzi widać było wokół. Za­rów­no ko­biet jak i męż­czyzn. Za­zwy­czaj to ich widzi się przy obo­wiąz­kach, tutaj zaś wszel­kie prace wy­ko­ny­wa­ne były przez osoby star­sze. W pierw­szej chwi­li po­my­śla­łem, że może mło­dzi po­szli na wojnę, jed­nak Al­bert, około dwu­dzie­sto­let­ni syn karcz­ma­rza, je­dy­na osoba, która gdy oj­ciec nie widzi, za­ba­wia mnie roz­mo­wą, twier­dzi że wio­ska jest cał­ko­wi­cie od­izo­lo­wa­na. Opat za­bro­nił uczest­nic­twa w ja­kich­kol­wiek kon­flik­tach ze­wnętrz­ne­go świa­ta.

 

Frag­ment dzien­ni­ka ka­pi­ta­na Kurta Ja­no­sha

Klo­ster­berg, 20 sierp­nia roku Pań­skie­go 1638

 

Dziś po raz pierw­szy ośmie­li­łem się ode­zwać do Hanne. Jest spe­szo­na, nie­śmia­ła, ale wiem też, że moje za­in­te­re­so­wa­nie nie jest jej nie­mi­łe. Czuję jed­nak, że cała wieś, śle­dzi w jakiś spo­sób, moje nią za­in­te­re­so­wa­nie i pil­nie baczy bym nie prze­kro­czył gra­ni­cy przy­zwo­ito­ści. Boże, jak słod­ka jest to isto­ta. I ten nie­zro­zu­mia­ły dla mnie smu­tek z któ­rym pa­trzy cza­sem w dal. Smu­tek, który je­dy­nie wzma­ga jej pięk­no. Hanne… jakże cięż­ko bę­dzie mi opusz­czać to miej­sce.

 

Frag­ment dzien­ni­ka ka­pi­ta­na Kurta Ja­no­sha

Klo­ster­berg, 21 sierp­nia roku Pań­skie­go 1638

 

Chyba zbyt długo zwle­ka­my już z wy­jaz­dem. At­mos­fe­ra we wsi staje się coraz bar­dziej dusz­na. Nie wiem dla­cze­go. Czuję zmia­ny. Nad­cho­dzi coś, czego nie mo­że­my po­wstrzy­mać. Widać to po miesz­kań­cach wsi. Wszy­scy są po­de­ner­wo­wa­ni i jesz­cze bar­dziej mil­czą­cy. Nawet Al­bert, tak za­wsze skory do roz­mo­wy, kiedy za­gad­ną­łem go dziś, dla­cze­go tak mało jest tu jego ró­wie­śni­ków, bąk­nął tylko coś o za­ra­zie, która za­bra­ła wielu mło­dych i zaraz uciekł z izby.

 

Po po­łu­dniu nie­mal do­szło do bójki po­mię­dzy Tar­na­vą a Tho­ma­sem Bloc­kiem, synem mły­na­rza. Dzię­ki Bogu, mój Polak opa­mię­tał się w porę, zanim roz­bił mu głowę. Po­szło ponoć o córkę szew­ca, która tam­te­mu jest przy­obie­ca­na. Pan nasz jest świad­kiem, jak cier­pli­wi je­ste­śmy wzglę­dem tych ludzi. Był czas, kiedy po takim zaj­ściu cała osada po­szła­by z dymem.

 

Frag­ment dzien­ni­ka ka­pi­ta­na Kurta Ja­no­sha

Klo­ster­berg, 24 sierp­nia roku Pań­skie­go 1638

 

Ostat­nie dni mi­ja­ją nam w wiel­kim ma­ra­zmie i wszy­scy czu­je­my już, że lada dzień trze­ba bę­dzie opu­ścić osadę. Boże, żeby choć raz móc spo­tkać się z Hanne, kto wie, czy dane mi bę­dzie wró­cić tu po za­koń­cze­niu wojny. Jeśli ta wojna w ogóle bę­dzie miała jakiś ko­niec…

 

Wczo­raj  jed­nak, po zmro­ku, zda­rzy­ła się rzecz dziw­na. Wła­śnie odło­ży­łem pióro, jak co noc, gdy su­mien­nie wy­peł­nia­łem obo­wią­zek wzglę­dem tego dzien­ni­ka, kiedy ude­rzy­ła mnie nie­na­tu­ral­na cisza w go­spo­dzie. Za­wsze sły­chać tu było pracę karcz­ma­rza i jego ro­dzi­ny, teraz jed­nak do­mo­stwo zda­wa­ło się puste. Za­cie­ka­wio­ny zsze­dłem na dół. Nie na­po­ty­ka­jąc ni­ko­go, wy­sze­dłem na ze­wnątrz i oczom moim uka­zał się dziw­ny widok. Wio­ska była wy­lud­nio­na. W gę­stym mroku uj­rzeć można było, jak wszy­scy, chyba, miesz­kań­cy kro­czą z po­chod­nia­mi w wiel­kiej ko­lum­nie zbo­czem wzgó­rza, wprost do wrót klasz­to­ru. Obraz ten był tak hip­no­tycz­ny, że oprzy­tom­nia­łem i ode­rwa­łem od niego oczy do­pie­ro, gdy cały po­chód zna­lazł się za bramą. Ran­kiem opo­wie­dzia­łem całą rzecz swym to­wa­rzy­szom, ci jed­nak spali w nocy twar­do i nie sły­sze­li, ani nie wi­dzie­li nic dziw­ne­go. Kiedy zaś wy­py­tać chcia­łem o wszyst­ko Al­ber­ta, oka­za­ło się, że wcze­snym ran­kiem wy­je­chał do mia­sta po towar. Jego oj­ciec, nic wię­cej po­wie­dzieć nie chciał i szyb­ko wró­cił do swych zajęć.

 

Frag­ment dzien­ni­ka ka­pi­ta­na Kurta Ja­no­sha

Klo­ster­berg, 26 sierp­nia roku Pań­skie­go 1638

 

Karcz­marz, choć su­mien­nie speł­nia swe obo­wiąz­ki wzglę­dem mnie i moich kom­pa­nów, dalej mil­czy jak za­klę­ty i nijak nie je­stem w sta­nie na­mó­wić go na ja­kie­kol­wiek zwie­rze­nia. Kiedy zaś spoj­rzeć mu w oczy, zda się, że ukry­wa w nich wiel­ki smu­tek, któ­re­go przy­czyn nie je­stem w sta­nie do­ciec. Al­bert nie wró­cił jesz­cze z mia­sta. Nic w tym dziw­ne­go. Młody chło­pak i po­trze­ba mu uciech, a tych we wsi oj­czy­stej ma jak na le­kar­stwo.

 

Stała się dziś jed­nak rzecz waż­niej­sza. Gdy słoń­ce cho­wa­ło się już na za­cho­dzie, bar­wiąc niebo czer­wie­nią, znów mo­głem uj­rzeć Hanne. Mą pięk­ną panią, kró­lew­nę naj­cud­niej­szą. Zła­pa­łem ją za rękę i po­cią­gną­łem za młyn, gdy wra­ca­ła znad rzeki. W dwóch sło­wach jeno mu­sia­łem jej wy­znać, jaką strza­łą mnie Kupid na­zna­czył, bo zaraz ktoś mógł nas zo­ba­czyć razem. Dziew­czy­na wska­za­ła mi tylko, szyb­kim ru­chem ręki, chatę pod lasem, hen za go­spo­dą i szep­nę­ła: „jutro, o zmro­ku”. Zaraz potem wy­rwa­ła swe drob­ne ramię z mo­je­go uści­sku i po­bie­gła do domu. Hanne – naj­słod­sza pta­szy­no, Ty jedna da­jesz mi wiarę, że na tym świe­cie, choć upa­dłym, można jesz­cze za­znać pięk­na. Z drże­niem ręki od­kła­dam dziś pióro cze­ka­jąc na ju­trzej­szy dzień.

 

Frag­ment dzien­ni­ka ka­pi­ta­na Kurta Ja­no­sha

Klo­ster­berg, 27 sierp­nia roku Pań­skie­go 1638

 

Tylko obo­wiąz­kiem wobec tego dzien­ni­ka, zmu­szam się do pi­sa­nia. Może prze­la­nie na pa­pier ostat­nich wy­da­rzeń od­su­nie ode mnie roz­pacz. Ranek wstał dziś wy­raź­nie chłod­niej­szy. Znać było, że je­sień zbli­ża się już szyb­ki­mi kro­ka­mi. Drze­wa tracą zie­leń i liści do wsi za­wie­wa coraz wię­cej. W samym wie­trze po­czuć już można głęb­szy od­dech gór­skich mro­zów. Nic to dla mnie jed­nak nie zna­czy­ło, gdym cały dzień cze­kał tylko na mo­ment, kiedy tar­cza sło­necz­na skry­je się za la­sa­mi. Hanne, moja naj­słod­sza Hanne. Już ją wi­dzia­łem w my­ślach, zanim do­tar­łem do umó­wio­ne­go miej­sca. Chata pod lasem, którą wska­za­ła mi wczo­raj, stała widać pusta od wielu lat. Krzy­wo przy­cię­te drzwi ude­rza­ły o fra­mu­gę stu­ka­jąc i trzesz­cząc na wie­trze. Nie li­cząc tych upior­nych dźwię­ków, wokół było cicho. Cha­łu­pa stała na wzgó­rzu prze­ciw­le­głym do klasz­tor­ne­go i widać stąd było całą wieś. W oknach domów mi­go­ta­ły już świa­tła lamp i świec. W jed­nej krót­kiej chwi­li ogar­nął mnie dziw­ny strach. Pa­ni­ka nie­mal tak ogrom­na, że choć do teraz nie je­stem świa­dom jej źró­dła, tylko silna wola ofi­ce­ra spra­wi­ła, że nie rzu­ci­łem się bie­giem przez mrocz­ny las, zo­sta­wia­jąc za sobą Hanne, swych to­wa­rzy­szy i całą tę dziw­ną do­li­nę…

Cze­ka­łem długo, i słoń­ce skry­ło się już dawno za ho­ry­zon­tem zo­sta­wia­jąc mnie sa­me­go w gę­stej, lep­kiej ciem­no­ści. Moja Hanne. Moja ra­dość i na­dzie­ja na szczę­śli­we życie nie po­ja­wi­ła się. Jakże okrut­nie za­kpi­ła z mej mi­ło­ści! Czy śmia­ła się teraz z głu­pie­go żoł­nie­rza, sie­dząc przy oj­cow­skim stole? A może nie przy­by­ła nie z wła­snej winy? Jeden jest tylko spo­sób, by się tego do­wie­dzieć. Jutro od­szu­kam uko­cha­ną i niech mi Bóg miły, upro­wa­dzę ze wsi, jeśli to je­dy­ny spo­sób na to byśmy byli razem. Wiem, że tego chce! Wi­dzia­łem to w jej oczach!

 

Frag­ment dzien­ni­ka ka­pi­ta­na Kurta Ja­no­sha

Klo­ster­berg, 1 wrze­śnia roku Pań­skie­go 1638

 

Im dłu­żej sie­dzi­my w tej prze­klę­tej wsi, tym bar­dziej chyba po­pa­dam w ot­chłań sza­leń­stwa! Pięć dni szu­ka­łem mojej dro­giej Hanne. Pięć dni! Nie omiesz­ka­łem, nie ba­cząc już na wszyst­ko, spy­tać o córkę sa­me­go soł­ty­sa, Lu­ca­sa Muira. On jed­nak, stwier­dził, że córkę, ow­szem, po­sia­dał, ale zmar­ła dawno i pro­sił, choć była to proś­ba nie zno­szą­ca sprze­ci­wu, żeby nie nad­wy­rę­żać jego go­ści­ny i nie roz­dra­py­wać sta­rych ran. To­wa­rzy­sze moi po­grą­ży­li się z nudów w pi­jań­stwie i na żadną ich pomoc nie mo­głem li­czyć, lu­dzie zaś sta­wa­li się coraz mniej przy­jaź­ni i cier­pli­wi wobec nas. Po­wie­trze we wsi sta­wa­ło się cięż­kie i kon­flikt wi­siał w po­wie­trzu.

 

Miesz­kań­cy mil­czą. Karcz­marz burk­nął tylko raz, że córkę soł­ty­sa pa­mię­ta le­d­wie, bo już wiele żniw mi­nę­ło, odkąd bie­dac­two po­mar­ło, alem ją prze­cież żywą wi­dział kilka za­le­d­wie dni temu! Na py­ta­nie o syna, za­ła­mał ręce i po­wie­dział, że Al­bert za­trzy­mał się u ro­dzi­ny w mie­ście na dłuż­szy czas, bo mu tam spra­wy zle­cił do za­ła­twie­nia z sio­strą swo­jej żony.

 

Zgro­za, zgro­za i sza­leń­stwo wkra­da mi się w umysł, tak jak je­sien­ne desz­cze i zimne dni coraz zu­chwa­lej wkra­da­ją się do tej prze­klę­tej wsi!

 

Frag­ment dzien­ni­ka ka­pi­ta­na Kurta Ja­no­sha

Klo­ster­berg, dnia 2 wrze­śnia 1638 roku

 

Dzień wstał szary i po­nu­ry. Niebo obe­rwa­ło się tuż nad ranem i nie­usta­ją­ca ulewa sma­ga­ła całą do­li­nę nie­mal do sa­me­go wie­czo­ra. Lu­dzie po­cho­wa­li się po cha­tach, nie wy­ściu­bia­jąc nosa za próg. Moi to­wa­rzy­sze, zło­że­ni nie­mo­cą po ko­lej­nej pi­ja­ty­ce nie opusz­cza­li go­spo­dy już od dawna, więc sam po­sta­no­wi­łem ro­zej­rzeć się raz jesz­cze po osa­dzie.

 

Idąc na pół­noc, błot­ni­stą drogą, dojść można było do sze­ro­kich pól, za­la­nych dziś desz­czem i po­sęp­nych. Lasy roz­cho­dzi­ły się tutaj, dając moż­li­wość ob­sie­wu więk­szych nieco te­re­nów. Po wschod­niej stro­nie, gdzie za do­mo­stwa­mi, rów­no­le­gle do drogi, pły­nę­ła mała rze­czuł­ka, w za­głę­bie­niu łąki roz­le­wał się staw. Ba­gni­sty nieco i mętny, o tej porze roku, do­dat­ko­wo po­kry­ty był jesz­cze war­stwą gni­ją­cych liści. Nad sta­wem gó­ro­wał mały drew­nia­ny ko­ściół, z po­je­dyn­czą wie­życz­ką, do niego zaś przy­tu­lo­ny był cmen­tarz, bar­dzo za­nie­dba­ny i za­ro­śnię­ty blusz­czem. Kiedy pa­trzy­łem na stare na­grob­ki i prze­chy­lo­ne krzy­że, dreszcz jakiś prze­szedł mnie po ple­cach.

 

Wsze­dłem po­mię­dzy stare mo­gi­ły. Stru­mie­nie desz­czu wart­kim po­to­kiem spły­wa­ły mi z ka­pe­lu­sza. „Peter Stub­be – ry­marz”, gło­sił jeden z wy­tar­tych na­pi­sów na na­grob­kach. I dalej. „Hans i Berta Hes­swig”, „Mar­tin Neum”. Jesz­cze wiele in­nych. Nie mo­głem jed­nak oprzeć się wra­że­niu, że coś tu jest nie tak, jak być po­win­no. Że cze­goś bra­ku­je, choć niby wszyst­ko ma pozór nor­mal­no­ści. Okry­łem się szczel­niej płasz­czem i wy­sze­dłem na drogę. Sam ko­ściół wy­glą­dał na opusz­czo­ny. Za­pew­ne dla­te­go miesz­kań­cy uczest­ni­czy­li w pro­ce­sjach do opac­twa na wzgó­rzu, aby tam, w ka­pli­cy klasz­tor­nej uczest­ni­czyć w Eu­cha­ry­stiach.

 

Nie mogę wy­zbyć się nie­po­ko­ju. Od­czu­cia dziw­nej nie­uchron­no­ści zda­rzeń. Nawet teraz, gdy sie­dzę w przy­tul­nej kar­czem­nej izbie, a na pa­le­ni­sku strze­la ogień, mam wra­że­nie, że dzie­je się coś, w czym nie uczest­ni­czy­my, o czym nie wiemy, a co wpły­nie na nas wszyst­kich. Moi kom­pa­ni śmie­ją się i do­ka­zu­ją przy sto­łach, wy­na­gra­dza­jąc sobie ostat­nie spo­koj­niej­sze dni. Lada dzień opusz­cza­my wieś.

 

Frag­ment dzien­ni­ka ka­pi­ta­na Kurta Ja­no­sha

Klo­ster­berg, dnia 3 wrze­śnia roku Pań­skie­go 1638

 

Jakże mo­głem tego nie za­uwa­żyć! Jak mo­głem po­mi­nąć ten ważny szcze­gół! Cmen­tarz! Cze­goś było mi brak i teraz wiem już, co to było. Każdy na­gro­bek, każdy mi­ja­ny krzyż opa­trzo­ny był na­zwi­skiem i wie­kiem zmar­łe­go. Na całym cmen­ta­rzu nie leżał nikt kto miał­by mniej niż 25 lat. Al­bert mówił prze­cież o za­ra­zie, która wy­trze­bi­ła mło­dzież we wsi, zo­sta­wia­jąc za­le­d­wie kil­ko­ro dzie­cia­ków. W tym jego, córkę szew­ca, i moją cudną Hanne. Lecz od kilku dni nie wi­dzia­łem już ni­ko­go z nich. Coś dziw­ne­go dzia­ło przed na­szy­mi ocza­mi, a jed­nak dla całej mej kom­pa­nii po­zo­sta­wa­ło ta­jem­ni­cą. Gdy piszę te słowa noc gęst­nie­je już nad wsią, a na drogę znów wy­cho­dzą miesz­kań­cy z po­chod­nia­mi, by w peł­nym ciszy sku­pie­niu ru­szyć na wzgó­rze klasz­tor­ne swym po­nu­rym kon­duk­tem. Zbyt długo zwle­ka­łem z tym co trze­ba zro­bić, a tylko jedno miej­sce dać mi może od­po­wie­dzi, któ­rych szu­kam. Jeśli sam oj­ciec Ne­bi­ros nie wy­ja­śni mi, co się tutaj dzie­je, niech prze­klę­te bę­dzie to miej­sce, a ja wraz z nim!

 

+++

 

Kurt Ja­nosh wstał od­su­wa­jąc od sie­bie wiel­ką ławę. To­wa­rzy­sze spoj­rze­li na niego py­ta­ją­co.

– Co jest, Bre­slau? Wy­ru­sza­my? – Wer­ner Frie­drich wy­tarł pianę z wąsów i wy­szcze­rzył zęby.

Ka­pi­tan po­chy­lił się i oparł knyk­cie na dę­bo­wym bla­cie.

– Wy­ru­sza­my, bra­cia, ow­szem. Ale póki co, nie do Ba­wa­rii. Naj­pierw muszę do­wie­dzieć się, co jest nie tak z tym miej­scem. – Wska­zał pal­cem za okno. – Dla­cze­go lu­dzie mil­czą? Dla­cze­go po no­cach urzą­dza­ją te cho­ler­ne pro­ce­sje? Gdzie są mło­dzi, do dia­bła?! – Kurt rąb­nął pię­ścią w stół, aż pod­sko­czy­ły kufle. – Kto w Boga wie­rzy! Tar­na­va! Za mną!

 

Mie­nią­ca się po­chod­nia­mi pro­ce­sja wspi­na­ła się w ciszy po stro­mym zbo­czu, gdy sze­ściu męż­czyzn wy­szło z go­spo­dy i z ob­na­żo­ną bro­nią ru­szy­ło w kie­run­ku klasz­tor­ne­go wzgó­rza. Kurt pro­wa­dził to­wa­rzy­szy, raźno po­stę­pu­jąc na prze­dzie.

 

Od­dział na­jem­ni­ków szyb­ko do­go­nił kon­dukt i bez­ce­re­mo­nial­nie roz­py­cha­jąc się po­mię­dzy po­szcze­gól­ny­mi oso­ba­mi do­tarł do wrót klasz­to­ru. Dzier­żą­cy po­chod­nie lu­dzie byli jakby otę­pia­li, bez­wol­ni. W ich twa­rzach dało się wy­czy­tać nie­moc i jakąś nie­ludz­ką wręcz re­zy­gna­cję. Gdyby nie bi­ją­ca z nich roz­pacz, można by po­my­śleć, że są mar­twe. Ka­pi­tan ob­ró­cił się do zgro­ma­dzo­ne­go tłumu i wy­ce­lo­wał w jego kie­run­ku ostrze szpa­dy.

– Wszy­scy stać! – krzyk­nął Tar­na­va i lu­dzie za­trzy­ma­li się po­słusz­nie nie­mal w jed­nej chwi­li.

Wer­ner Frie­drich, pod­szedł do oku­tych dę­bo­wych wrót i rąb­nął w nie pię­ścią kilka razy. Nie­ru­cho­me oczy pąt­ni­ków od­bi­ja­ły pło­mie­nie trzy­ma­nych po­chod­ni.

 

Nie mi­nę­ła dłuż­sza chwi­la, gdy po dru­giej stro­nie dało się sły­szeć zdej­mo­wa­ny sko­bel i z prze­ra­ża­ją­cym skrzy­pie­niem drzwi roz­war­ły się na sze­ro­kość do­ro­słe­go męż­czy­zny.

W fur­cie po­ja­wił się sta­rzec. Nie­zbyt tęgi, ale sze­ro­kie ra­mio­na, które ry­so­wa­ły się pod skrom­nym mni­sim ha­bi­tem, do­bit­nie świad­czy­ły o tym, że nie­ob­ca jest mu praca fi­zycz­na. Reszt­ki si­wych wło­sów, oka­la­ją­cych ton­su­rę, ła­go­dzi­ły jego ob­li­cze, a błysz­czą­ce w ciem­no­ści oczy wska­zy­wa­ły na dużą in­te­li­gen­cję.

Mnich spoj­rzał na zgro­ma­dzo­ny za ple­ca­mi żoł­nie­rzy tłum i wy­cią­gnął otwar­tą dłoń w jego stro­nę, jakby chciał na­ka­zać lu­dziom, by za­cho­wa­li spo­kój i cier­pli­wość.

– Dobry wie­czór, señores. Je­stem oj­ciec Ne­bi­ros. – Głos był przy­ja­zny i opa­no­wa­ny. – Za­pra­szam, za­pra­szam! Długo ka­za­li­ście na sie­bie cze­kać.

 

+++

 

Frag­ment dzien­ni­ka Wil­hel­ma Gal­le­na

22 paź­dzier­ni­ka 1889 roku, Klo­ster­berg, Al­za­cja, Niem­cy

 

Jest późny ranek. Po wczo­raj­szym ulew­nym desz­czu nie ma ani śladu. Dzień wstał po­god­ny i sło­necz­ny. Karcz­ma, w któ­rej się za­trzy­ma­łem jest czy­sta i ogrza­na, więc noc mi­nę­ła mi spo­koj­nie. Z okien izby, którą zajmuję widzę głów­ną drogę wsi. Wozy z wolna to­czą­ce się po roz­mię­kłym, gli­nia­stym bło­cie. Za­pa­chy z dołu, z kuch­ni, mie­sza­ją się z wonią pa­lo­ne­go drew­na i wil­got­nych liści, który przy­no­si z lasu cie­pły wiatr. Idyl­la. Tylko ciem­na syl­wet­ka sta­re­go klasz­to­ru na wzgó­rzu, spra­wia nieco po­sęp­ne wra­że­nie. Poza tym, wy­da­je mi się, że moje przy­by­cie jest przy­czy­ną dziw­ne­go po­ru­sze­nia wśród miesz­kań­ców. Po wczo­raj­szej po­dró­ży je­stem dość zmę­czo­ny, dla­te­go po­pro­si­łem go­spo­dy­nię o przy­go­to­wa­nie mi śnia­da­nia do izby. Teraz, wdy­cha­jąc aro­mat moc­nej, czar­nej kawy i sera Bro­uere, spo­czy­wa­ją­ce­go na ta­le­rzu obok jajek i szyn­ki czuję, że wra­ca­ją mi siły.

Plan na dziś: Ro­zej­rzeć się tro­chę po wsi. Po­py­tać. Może ktoś sły­szał hi­sto­rię o ka­pi­ta­nie Ja­no­shu, może wie coś, co mo­gło­by mnie na­pro­wa­dzić na ślad jego kom­pa­nii. Zajmę się tym zaraz po śnia­da­niu.

 

Frag­ment dzien­ni­ka Wil­hel­ma Gal­le­na

23 paź­dzier­ni­ka 1889 roku, Klo­ster­berg, Al­za­cja, Niem­cy

 

Z tego, co zdą­ży­łem się zo­rien­to­wać wczo­raj­sze­go dnia, wieś jest bar­dzo mała, od­izo­lo­wa­na od in­nych. Dla­te­go za­pew­ne tak trud­no było mi tu tra­fić. Jed­nak to do­brze. W tak ma­łych spo­łecz­no­ściach nie dzie­je się zbyt wiele, kiedy więc ma miej­sce ja­kieś nie­spo­dzie­wa­ne zda­rze­nie, czę­sto dłu­żej żyje w lo­kal­nych opo­wie­ściach. Tak mi się przy­naj­mniej wy­da­wa­ło. Za­cze­pia­ni prze­ze mnie miesz­kań­cy są przy­jaź­ni, ale wy­glą­da­ją na dziw­nie pod­eks­cy­to­wa­nych moją obec­no­ścią. Na py­ta­nie o od­le­głą o ponad dwie­ście lat wojnę wzru­sza­ją ra­mio­na­mi, ale w oczach nie­któ­rych do­strze­gam jakiś nie­po­ko­ją­cy błysk. Oba­wiam się, że nikt nie pa­mię­ta opo­wie­ści z tam­tych cza­sów. Więk­szość radzi mi jed­nak udać się pro­sto do ojca Ben­ja­mi­na Sori, opata funk­cjo­nu­ją­ce­go na wzgó­rzu klasz­to­ru, aby do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej. Nawet star­si miesz­kań­cy, mówią o nim, jakby żył tu całe wieki, po­mysł ten wy­da­je mi się więc nad­zwy­czaj tra­fio­ny. Jutro z sa­me­go rana za­pu­kam do wrót opac­twa.

 

+++

 

Klo­ster­berg, 24 paź­dzier­ni­ka 1889 roku

 

Wil­helm Gal­len za­rzu­cił na ramię skó­rza­ną torbę i pod­szedł do drzwi izby. Przy­sta­nął, wró­cił do stołu i po­rwał z ta­le­rza ostat­ni ka­wa­łek wy­bor­nej gło­wi­zny wie­przo­wej, za­pi­ja­jąc winem. Teraz był go­to­wy do wyj­ścia.

Słoń­ce stało już wy­so­ko, kiedy bi­blio­te­karz za­czy­nał wspi­nacz­kę na wzgó­rze. Cie­płe pro­mie­nie i świe­ży, pach­ną­cy wiatr sta­no­wi­ły praw­do­po­dob­nie ostat­ni od­dech lata przed na­dej­ściem mroź­nej zimy. Po kilku chwi­lach Wil­helm sta­nął przed furtą klasz­to­ru. Spoj­rzał w dół na senną mie­ści­nę. Młyn pra­co­wał spo­koj­nie, lu­dzie od­da­wa­li się co­dzien­nym obo­wiąz­kom, nie dzia­ło się nic szcze­gól­ne­go. Tylko in­stynkt pod­po­wia­dał mu, że miesz­kań­cy ob­ser­wu­ją każdy jego ruch.

 

+++

 

Oj­ciec Ben­ja­min Sori był star­szym ener­gicz­nym męż­czy­zną. Z uśmie­chem przy­wi­tał mło­de­go przy­by­sza, ale nie udało mu się ukryć pew­nej eks­cy­ta­cji, którą Gal­len ode­brał jako złą mo­ne­tę. Wło­ski na karku bi­blio­te­ka­rza zje­ży­ły się. Po­mi­mo życz­li­wo­ści, z jaką zo­stał przy­wi­ta­ny, coś wy­da­wa­ło się nie tak.

– Zatem. Jak mogę ci pomóc, mło­dzień­cze? – Opat wska­zał Wil­hel­mo­wi miej­sce, kiedy we­szli do jed­nej z klasz­tor­nych kom­nat. Su­ro­wość i nie naj­lep­szy stan tech­nicz­ny fa­sa­dy nie przy­go­to­wa­ły Gal­le­na na to, co zo­ba­czył w środ­ku. Ol­brzy­mie po­miesz­cze­nie to­nę­ło w pół­mro­ku, ale do­świe­tlo­ne było dwoma wiel­ki­mi kan­de­la­bra­mi sto­ją­cy­mi w na­roż­ni­kach. Na­prze­ciw wy­so­kie­go, go­tyc­kie­go okna stało ma­syw­ne, dę­bo­we biur­ko, zdo­bio­ne sce­na­mi z No­we­go Te­sta­men­tu. Za nim stał fotel z bar­dzo wy­so­kim opar­ciem, zwień­czo­nym prze­pięk­nie wy­ko­na­ny­mi kwia­to­na­mi. Po­środ­ku prze­ciw­le­głej ścia­ny, znaj­do­wał się gi­gan­tycz­ny ko­mi­nek. Teraz roz­pa­lo­ny i bu­cha­ją­cy przy­jem­nym cie­płem w kie­run­ku dwóch głę­bo­kich, drew­nia­nych krze­seł z pod­ło­kiet­ni­ka­mi. To wła­śnie jedno z nich wska­zał Gal­le­no­wi du­chow­ny.

Wil­helm usiadł przed ko­min­kiem i przy­jął od ojca Ben­ja­mi­na kie­li­szek wina.

– Pro­wa­dzę pewne śledz­two, ojcze opa­cie. Po­szu­ki­wa­nia, może bar­dziej… do­ty­czą one okre­su wojny trzy­dzie­sto­let­niej i za­pro­wa­dzi­ły mnie aż do wa­szej osady. – Wil­helm po­cią­gnął łyk wina – Dla­te­go był­bym nie­zmier­nie rad, gdyby oka­za­ło się, że oj­ciec jest w sta­nie udzie­lić od­po­wie­dzi, na kilka nur­tu­ją­cych mnie pytań.

Opat uśmiech­nął się po­błaż­li­we.

– Ro­zu­miem. Pytaj zatem.

– Otóż pra­cu­jąc jako bi­blio­te­karz w Ba­zy­lei, nie tak dawno na­tkną­łem się na ar­cy­cie­ka­wy rę­ko­pis. Był to dwu­stu­pięć­dzie­się­cio­let­ni dzien­nik ka­pi­ta­na na­jem­ni­ków w armii księ­cia Sa­vel­lo, ope­ru­ją­ce­go na tu­tej­szych te­re­nach. Za­cho­wa­ny w dość do­brym sta­nie tomik wska­zu­je, że po klę­sce, któ­rej do­świad­czy­ły woj­ska ka­to­lic­kie w bi­twie pod Wit­ten­we­ier, po dru­giej stro­nie Renu, ka­pi­tan wraz z nie­do­bit­ka­mi swego od­dzia­łu ru­szył na za­chód i pod ko­niec lata ty­siąc sześć­set trzy­dzie­ste­go ósme­go roku, za­szył się w wa­szej wsi, ucie­ka­jąc przed po­ści­giem… – Gal­len dopił resz­tę wina i od­sta­wił kie­li­szek. Opat po­ki­wał w za­my­śle­niu głową na­peł­nia­jąc go po­now­nie.

– …Dzien­nik, o któ­rym wspo­mnia­łem ojcu – kon­ty­nu­ował bi­blio­te­karz – koń­czy się dość nie­spo­dzie­wa­nie, kiedy ka­pi­tan Ja­nosh, tak bo­wiem brzmia­ło jego na­zwi­sko, zde­cy­do­wał udać się do klasz­to­ru, aby uzy­skać wy­ja­śnie­nia pew­nych drę­czą­cych go wąt­pli­wo­ści.

 

Zu­peł­nie jak ja teraz, po­my­ślał Gal­len i po­czuł więk­szy jesz­cze nie­po­kój, niż w chwi­li przy­by­cia do klasz­to­ru.

Oj­ciec Ben­ja­min Sori uśmiech­nął się po raz ko­lej­ny.

– Być może je­stem w sta­nie ci pomóc…

– Wil­hel­mie – do­koń­czył za niego Gal­len.

– Tak. Wil­hel­mie… Po­zwo­lisz jed­nak, że przy­nio­sę z ar­chi­wum pewne do­ku­men­ty.

Bi­blio­te­karz wstał i skło­nił się nisko.

– Będę nie­wy­mow­nie wdzięcz­ny, prze­wie­leb­ny.

 

+++

 

Cięż­kie drzwi uchy­li­ły się nieco i do kom­na­ty po­now­nie wszedł oj­ciec Ben­ja­min, trzy­ma­jąc pod ręką opraw­ne w skórę, nie­zbyt opa­słe to­misz­cze. Po­ło­żył je ostroż­nie na bla­cie i usiadł na­prze­ciw­ko bi­blio­te­ka­rza.

– Mu­sia­łem sobie przy­po­mnieć… – wy­szep­tał. Jego oczy błą­dzi­ły po po­sadz­ce.

– Słu­cham?

– Mu­sia­łem sobie przy­po­mnieć – po­wie­dział opat do­bit­niej i po­ło­żył dłoń na przy­nie­sio­nych do­ku­men­tach. – To stare dzie­je, ale prze­wer­to­wa­łem ar­chi­wum. Opo­wiem ci wszyst­ko, Wil­hel­mie, ale pod jed­nym wa­run­kiem.

Młody bi­blio­te­karz na­chy­lił się w stro­nę du­chow­ne­go.

– Do usług, ojcze opa­cie!

– Opo­wiem ci wszyst­ko, ale mu­sisz wy­słu­chać całej hi­sto­rii, tylko wtedy do­kład­nie zro­zu­miesz kon­tekst i to co się wtedy wy­da­rzy­ło, zgoda?

Gal­len przy­tak­nął gor­li­wie, wy­god­niej usa­do­wił się na krze­śle i ko­lej­ny raz się­gnął po kie­li­szek wina.

 

– Wi­dzisz… Nasze zgro­ma­dze­nie jest bar­dzo stare. Jego po­cząt­ki się­ga­ją czter­na­ste­go wieku. Kiedy Stary Kon­ty­nent zo­stał za­ata­ko­wa­ny przez czar­ną śmierć, sto­wa­rzy­sze­nia Be­gar­dów z Ni­der­lan­dów ru­szy­ły na po­łu­dnie ucie­ka­jąc przed za­ra­zą w bar­dziej nie­do­stęp­ne te­re­ny. Część z nich prze­kształ­ci­ła się w Zgro­ma­dze­nie Braci Alek­sja­nów i po wielu la­tach zy­ska­ła ak­cep­ta­cję ze stro­ny pa­pie­stwa, część zaś, jak my tutaj, za­czę­ła żyć wła­snym ży­ciem. Z dala od pro­ble­mów i trosk tego świa­ta. Z dala od hie­rar­chii na­rzu­ca­nej z Wa­ty­ka­nu, czy ja­kie­go­kol­wiek in­ne­go miej­sca na Ziemi.

– Oj­ciec wy­ba­czy, zda­wa­ło mi się, że klasz­tor jest tra­dy­cyj­nie rzym­sko­ka­to­lic­ki.

– Tra­dy­cyj­nie… – wzrok ojca Sori znów stał się tro­chę nie­obec­ny – tak. Tra­dy­cja jest dla nas bar­dzo ważna. Na pewno jed­nak zda­jesz sobie spra­wę z tego, Wil­hel­mie, że ist­nie­ją tra­dy­cje dużo star­sze niż Ko­ściół Ka­to­lic­ki. Czy wiesz na przy­kład, że góry w któ­rych leży nasza do­li­na, wzię­ły swą nazwę od cel­tyc­kie­go boga le­śnych ostę­pów Vo­se­gu­sa? No wła­śnie… Nie na­le­ży lekce sobie ważyć sta­rych tra­dy­cji i ry­tu­ałów, które po­zwa­la­ją je za­cho­wać.

Gal­len zmarsz­czył brwi, nie ro­zu­mie­jąc do czego zmie­rza opat.

– Cza­sa­mi bar­dzo trud­no za­cho­wać jest izo­la­cję od zła. W Klo­ster­ber­gu ta sztu­ka uda­wa­ła się przez setki lat, a wi­zy­ty osób z ze­wnątrz były dużą rzad­ko­ścią. Jedna z ta­kich wizyt fak­tycz­nie miała miej­sce w roku ty­siąc sześć­set trzy­dzie­stym ósmym. Opo­wiem ci o niej i o tym jakie miała kon­se­kwen­cje, ale mu­sisz wy­słu­chać tej hi­sto­rii do końca. Do sa­me­go końca.

Bi­blio­te­karz zwil­żył usta winem.

– Oczy­wi­ście – po­wie­dział.

 

+++

 

Klo­ster­berg, 3 wrze­śnia 1638 roku

 

Ka­pi­tan Kurt Ja­nosh ski­nął na swój od­dział i po chwi­li wszy­scy zna­leź­li się na klasz­tor­nych kruż­gan­kach.

– Oto resz­ta braci, nie zo­sta­ło nas już zbyt wielu. Za­le­d­wie dzie­wię­ciu łącz­nie ze mną. To brat Pur­san, brat Loray i brat Buer – opat wska­zał trzy za­kap­tu­rzo­ne po­sta­ci w czar­nych ha­bi­tach. Resz­ta przy­go­to­wu­je się do od­pra­wie­nia na­sze­go zwy­cza­jo­we­go ry­tu­ału.

Ja­nosh i po­zo­sta­li skło­ni­li się uprzej­mie za­kon­ni­kom.

Ry­tu­ału? – za­gad­nął ka­pi­tan. Oj­ciec Ne­bi­ros uśmiech­nął się.

– Za chwi­lę znaj­dzie­cie od­po­wie­dzi na wszyst­kie py­ta­nia – po­wie­dział i po­pro­wa­dził na­jem­ni­ków do ka­pi­tu­la­rza.

Sala była ob­szer­na, ale mrocz­na. Wiel­kie kan­de­la­bry i po­je­dyn­czo roz­sta­wio­ne świe­ce nie da­wa­ły wy­star­cza­ją­cej ilo­ści świa­tła i po­miesz­cze­nie, po­dob­nie jak cały klasz­tor, to­nę­ło w pół­mro­ku.

Opat wska­zał przy­by­szom ławę i po­pro­sił aby się roz­go­ści­li.

– Za­pew­ne zda­li­ście sobie już spra­wę, że nie­zbyt czę­sto go­ści­my tu ob­cych – za­czął. – Zu­peł­na izo­la­cja jest bar­dzo ważna dla na­szej spo­łecz­no­ści. Dzię­ki niej czu­je­my się bez­piecz­nie. Dzię­ki niej, zło ze­wnętrz­ne­go świa­ta nie prze­do­sta­je się do na­szej do­li­ny. Wojny, nie­szczę­ścia, epi­de­mie… Wio­ska, w któ­rej się znaj­du­je­cie za­ło­żo­na zo­sta­ła nie­mal trzy­sta lat temu, kiedy na całym kon­ty­nen­cie roz­pa­no­szy­ła się wiel­ka za­ra­za. Wi­dząc do ja­kie­go stanu czło­wiek do­pro­wa­dził dany mu świat, nasi po­przed­ni­cy po­sta­no­wi­li od­ciąć się od niego i żyć w zgo­dzie z tym, co ich ota­cza­ło. Tak po­wstał Klo­ster­berg. Wszyst­ko jed­nak ma swoją cenę…

Oj­ciec Ne­bi­ros pod­szedł do okna i wyj­rzał w noc. Ka­pi­tan spoj­rzał na Tar­na­vę i obaj in­stynk­tow­nie wy­ma­ca­li rę­ko­je­ści swych ra­pie­rów. Przez chwi­lę pa­no­wa­ła zu­peł­na cisza. Potem opat wes­tchnął i kon­ty­nu­ował opo­wieść sto­jąc ple­ca­mi do na­jem­ni­ków.

– Ceną za spo­kój Klo­ster­ber­gu jest pra­sta­ry ry­tu­ał, od­pra­wia­ny od wie­ków przez nasze zgro­ma­dze­nie. Bóg daje nam ochro­nę w za­mian za dowód mi­ło­ści swych owie­czek. Tym do­wo­dem mi­ło­ści jest ofia­ra. 

Opat ob­ró­cił się w kie­run­ku Kurta i jego żoł­nie­rzy.

– Ofia­ra, jaką mu­si­my po­nieść równa jest Abra­ha­mo­wej, który zło­żyć miał swego syna Iza­aka. Tak i my skła­da­my co jakiś czas córy i synów na­szej spo­łecz­no­ści, by do­stą­pić łaski Boga. W prze­ci­wień­stwie jed­nak do dro­gie­go Bogu Abra­ha­ma, na współ­cze­snych lu­dziach ciąży o wiele wię­cej grze­chów. Sama obiet­ni­ca po­słu­szeń­stwa już nie wy­star­cza i żaden Sa­ma­el nie po­ja­wia się by od­wieść nas od tego co ko­niecz­ne!

Kurt wstał. Jego wargi trzę­sły się w nie­wy­po­wie­dzia­nym gnie­wie.

– Mor­der­cy… – wy­szep­tał.

Oj­ciec Ne­bi­ros wbił swoje nie­ru­cho­me spoj­rze­nie w Ja­no­sha.

– Nie jest mor­der­cą ten, który za­dość czyni po­le­ce­niom Boga.

W tym mo­men­cie, w drzwiach ka­pi­tu­la­rza sta­nął jeden z braci.

– Wszyst­ko go­to­we, prze­wie­leb­ny ojcze opa­cie.

– Zatem pójdź­my. – Opat uśmiech­nął się wy­ro­zu­mia­le do oszo­ło­mio­nych hi­sto­rią na­jem­ni­ków. – Was rów­nież za­pra­szam, ko­cha­ni.

Ka­pi­tan i jego żoł­nie­rze, nie mogąc uwie­rzyć w to co wła­śnie usły­sze­li, nie­mal bez­wol­nie ru­szy­li za ojcem Ne­bi­ro­sem, wy­cho­dząc na klasz­tor­ny wi­ry­darz, który wi­dzie­li z kruż­gan­ków. Do­pie­ro teraz uj­rze­li, że w prze­ci­wień­stwie do in­nych klasz­to­rów, na jego środ­ku nie mie­ści się fon­tan­na ani stud­nia, lecz duży ka­mien­ny oł­tarz. Resz­ta braci zgro­ma­dzo­na już była wokół niego. Stali nie­ru­cho­mo z po­chod­nia­mi, z wolna in­to­nu­jąc jakąś ła­ciń­ską mo­dli­twę. Na­jem­ni­cy sta­nę­li, nie wie­dząc, co po­cząć, tylko ka­pi­tan pod­szedł bli­żej, wi­dząc, że na oł­ta­rzu leży jakaś po­stać. Blask pło­mie­ni peł­zał po bia­łej sza­cie, w którą była ubra­na.

Ka­pi­tan pod­szedł jesz­cze bli­żej i za­marł. Na wiel­kim rzeź­bio­nym stole ofiar­nym le­ża­ła Hanne!

– Bra­cie Bael, pora wpu­ścić piel­grzy­mów – roz­ka­zał opat. Wy­wo­ła­ny za­kon­nik skło­nił się lekko i ru­szył w kie­run­ku furty klasz­tor­nej.

– Mor­der­cy! – Tym razem już wy­krzyk­nął Kurt. – Tar­na­va! Po­wstrzy­maj go! – Roz­ka­zał.

Polak pod­biegł do mni­cha i z całym im­pe­tem po­pchnął go w plecy prze­wra­ca­jąc na zie­mię.

– Jeden ruch, kun­dlu, i przy­szpi­lę cię tu na stałe – wy­ce­dził.

Wszy­scy żoł­nie­rze jak jeden mąż wy­cią­gnę­li broń. Bra­cia wstrzy­ma­li in­kan­ta­cję i od­su­nę­li się od oł­ta­rza, kiedy ka­pi­tan pod­biegł do le­żą­cej na nim dziew­czy­ny. Wy­glą­da­ła jakby spała. Jej twarz była spo­koj­na i nie­obec­na, oczy za­mknię­te. Do­tknął jej po­licz­ka.

– Jest znie­czu­lo­na – roz­legł się z tyłu wy­raź­ny głos opata. – Nie je­ste­śmy bar­ba­rzyń­ski­mi po­ga­na­mi.

Oczy ka­pi­ta­na za­pło­nę­ły gnie­wem.

– Ty psie! Ty mor­der­co! – Ja­nosh wrzał ze zło­ści. Po­zo­sta­li cze­ka­li w bez­ru­chu na to, co się wy­da­rzy. Od stro­ny klasz­tor­nej furty roz­le­gło się dud­nie­nie. Miesz­kań­cy cze­ka­ją­cy na ze­wnątrz, za­nie­po­ko­je­ni krzy­ka­mi, po­sta­no­wi­li wejść siłą.

I nagle jeden błysk myśli zadecydował o wszystkim.

Kurt spoj­rzał na po­stać Ne­bi­ro­sa, który zbli­żył się do oł­ta­rza i zna­lazł w kręgu świa­tła rzu­ca­ne­go przez po­chod­nie. W jego opusz­czo­nej pra­wej ręce do­strzegł nóż. Zwy­czaj­ny nóż, jaki służy do uboju bydła. Wy­obra­ził sobie mi­mo­wol­nie, jak jego ostrze prze­ci­na gład­kie, białe gar­dło Hanne i coś w nim pękło. Ki­piąc gnie­wem pod­szedł do opata i jed­nym zwin­nym ru­chem wbił mu ra­pier w brzuch, aż po obłę­ki.

– Niech to bę­dzie twoja ofia­ra, oj­czul­ku – wy­szep­tał do ucha ko­na­ją­ce­go. – Jakoś za­ła­twię to potem z Bo­giem.

Na­jem­ni­cy spoj­rze­li na swo­je­go do­wód­cę. Wy­star­czy­ło lek­kie ski­nie­nie głowy i w wi­ry­da­rzu za­czę­ła się rzeź.

Żaden z za­kon­ni­ków nie uciekł przed gnie­wem psów wojny tam­tej nocy.

Ko­lej­ny huk od stro­ny bramy wy­rwał Kurta z za­my­śle­nia.

– Tar­na­va! Otwórz lu­dziom bramę. Czas ob­wie­ścić dobrą no­wi­nę. Ko­niec z ter­ro­rem!

Ka­pi­tan na­chy­lił się nad Hanne i ujął jej twarz w za­krwa­wio­ne dło­nie.

– Hanne, kwia­tusz­ku. Hanne, obudź się naj­mil­sza. – Drżą­cą ręką od­gar­niał ko­smy­ki wło­sów z jej czoła. Po­wie­ki dziew­czy­ny drgnę­ły.

– Bre­slau! – Jeden z żoł­nie­rzy chwy­cił ka­pi­ta­na za ramię. – Bre­slau do dia­bła! – Po­trzą­snął swym do­wód­cą moc­niej i drugą ręką wska­zał mu scenę po dru­giej stro­nie wi­ry­da­rza.

 

Wzdłuż kruż­gan­ków stał tłum. Miesz­kań­cy wsi, trzy­ma­jąc po­chod­nie, spo­glą­da­li na to, co stało się przed kil­ko­ma mi­nu­ta­mi. Ciała za­kon­ni­ków po­roz­rzu­ca­ne w nie­ła­dzie, za­krwa­wio­ne i zma­sa­kro­wa­ne.

Kurt Ja­nosh wy­pro­sto­wał się i zro­bił w ich kie­run­ku kilka kro­ków.

– Nie mu­si­cie się już lękać, lu­dzie. Wasi cie­mięż­cy nie żyją! Nikt nie zmusi was już do od­da­nia wła­snych synów i córek!

Cisza, która pa­no­wa­ła w klasz­to­rze była zło­wro­ga. Ka­pi­tan ro­zej­rzał się po tłu­mie. Tar­na­vy nie było wśród nich. Twa­rze ludzi były nie­ru­cho­me. Za­cię­te. Nie zna­lazł w nich wy­ra­zu ulgi czy wdzięcz­no­ści. Je­dy­nie żal, prze­ra­że­nie i na­ra­sta­ją­cą z wolna nie­na­wiść..

– Dla­cze­go…? – zdo­łał wy­szep­tać Ja­nosh, zanim tłum ru­szył na za­sko­czo­nych żoł­nie­rzy.

Można po­wie­dzieć, że drugi akt rzezi, która od­by­ła się tej nocy w klasz­to­rze był jesz­cze gor­szy od po­przed­niej. Zszo­ko­wa­ni na­jem­ni­cy nie zdą­ży­li ock­nąć się i sta­wić oporu wiel­kiej ciż­bie, kiedy ta w szale do­pa­dła ich i obez­wład­ni­ła. Miesz­kań­cy wsi nie mieli broni, roz­szar­py­wa­li więc na­jem­ni­ków go­ły­mi rę­ka­mi, ni­czym szma­cia­ne lalki.

Kurt wierz­gał i wrzesz­czał trzy­ma­ny przez sze­ściu wie­śnia­ków. Zdo­łał ob­ró­cić jesz­cze głowę i spoj­rzeć na Hanne, zanim dwóch ko­lej­nych ode­rwa­ło mu ją od ra­mion.

 

+++

 

Wer­ner Frie­drich nie po­czu­wał się do lo­jal­no­ści wzglę­dem swo­je­go od­dzia­łu do tego stop­nia, aby sta­rać się mu pomóc w ta­kiej sy­tu­acji. Z ser­cem w prze­ły­ku cof­nął się do jed­nej z cel i roz­trza­sku­jąc okno wy­padł na ze­wnątrz klasz­to­ru. Zbiegł szyb­ko do opu­sto­sza­łej wsi i wpadł do karcz­my. Po­zbie­rał kilka naj­waż­niej­szych rze­czy, co rusz spo­glą­da­jąc, czy ktoś go nie goni. Osta­tecz­nie było kwe­stią czasu, aż ktoś po­li­czy, że z roz­szar­pa­nych, zma­sa­kro­wa­nych zwłok można zło­żyć tylko pięć tru­pów, a nie sześć.

Wyj­rzał ostroż­nie przez okno, ale na ze­wnątrz nie dzia­ło się nic. Spoj­rzał na stół i w ostat­niej chwi­li zgar­nął do torby le­żą­cy na nim dzien­nik ka­pi­ta­na. Potem ru­szył do staj­ni.

Gdy wy­jeż­dżał w chłod­ną noc, za­głę­bia­jąc się w las, nie sły­szał już krzy­ków mor­do­wa­nych kom­pa­nów.

 

+++

 

Klo­ster­berg, 24 paź­dzier­ni­ka 1889 roku

 

Ben­ja­min Sori skoń­czył swoją opo­wieść i w kom­na­cie za­le­gła cisza. Wil­helm od­sta­wił pusty kie­li­szek po winie. Przez dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wał się w po­sadz­kę.

– Ta hi­sto­ria… jest nie­wia­ry­god­na… – uniósł wzrok i spoj­rzał opa­to­wi w oczy. Tam­ten wpa­try­wał się w niego już od dłuż­szej chwi­li. Po jego ustach błą­dził dziw­ny gry­mas za­do­wo­le­nia.

Wil­helm pró­bo­wał wstać, ale za­krę­ci­ło mu się w gło­wie. Kątem oka do­strzegł, że nie są już w kom­na­cie sami. Przy drzwiach stało trzech braci za­kon­nych. Nie­ru­cho­mo. Spoj­rzał na nich i na opata. Teraz uśmiech So­rie­go wy­da­wał mu się ewi­dent­nie zło­wiesz­czy.

– Nie­moż­li­we… – wy­szep­tał roz­ko­ja­rzo­ny. – Cena izo­la­cji… Wieś na od­lu­dziu… ofia­ra z mło­dych…

Ofia­ra z mło­dych.

Po­de­rwał głowę w na­głym olśnie­niu. Spoj­rzał na pusty kie­li­szek, ale obraz roz­mył mu się przed ocza­mi.

– Chry­ste! – Głowa Wil­hel­ma sta­wa­ła się coraz cięż­sza. Ostat­kiem sił zmu­sił się by wstać. Usły­szał głosy. Jakby od­da­lo­ne. „Trzy­maj­cie go!”

Zo­stał wy­pro­wa­dzo­ny z kom­na­ty i chwi­lę potem ośle­pi­ło go ostre świa­tło. „Ostroż­nie!” Do­szedł go ko­lej­ny głos. Sku­pia­jąc wzrok reszt­ką sił, zo­rien­to­wał się, że jest w wi­ry­da­rzu. Na środ­ku prze­strzen­ne­go placu stał duży ka­mien­ny oł­tarz. „Po­łóż­cie go, teraz!” usły­szał i stra­cił przy­tom­ność.

 

+++

 

Col­mar, Szpi­tal Miej­ski, 2 li­sto­pa­da 1889 roku

 

– Do­brze, że się pan budzi, sza­now­ny panie. Za­czy­na­li­śmy się już nie­po­ko­ić.

Wil­helm otwo­rzył oczy i ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu. Sala była jasna, z du­ży­mi okna­mi. Na ze­wnątrz był dzień. Przy jego łóżku sie­dział pulch­ny je­go­mość w bia­łym far­tu­chu.

– Je­stem dok­tor Jo­hann Kreuz, pry­ma­riusz szpi­ta­la miej­skie­go w Col­ma­rze.– Je­go­mość uśmiech­nął się spod wy­po­ma­do­wa­ne­go wąsa i się­gnął ręką, żeby po­pra­wić mo­nokl.

– Nie było z panem kon­tak­tu przez kilka dni, odkąd pana zna­le­zio­no.

Wil­helm prze­krzy­wił głowę na po­dusz­ce i spoj­rzał na swo­je­go roz­mów­cę. Kark pękał mu z bólu.

– Zna­le­zio­no…?

– No tak! Zna­leź­li pana my­śli­wi. Leżał pan w lesie, kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów stąd. Zzięb­nię­ty, oszo­ło­mio­ny.

„Trzy­maj­cie go!”

– Bre­dził pan w ma­li­gnie jesz­cze po do­tar­ciu do szpi­ta­la.

„Ostroż­nie”, „Po­łóż­cie go, teraz!”

Wil­helm po­czuł w gło­wie pul­su­ją­cy ból i ści­snął skro­nie dłoń­mi.

– Jezu… – wy­szep­tał. – A Klasz­tor w Klo­ster­ber­gu. Opat Sori?

– Prze­pra­szam? – dok­tor był wy­raź­nie za­kło­po­ta­ny.

– Klasz­tor! W Klo­ster­ber­gu! Tam po­je­cha­łem! – Wy­krzyk­nął nie­spo­dzie­wa­nie Gal­len.

Dok­tor Kreuz spoj­rzał z za­in­te­re­so­wa­niem na swo­je­go pa­cjen­ta i uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Aaa! A po cóż pan ła­ska­wy miał­by tam je­chać?

– Jak to? – bi­blio­te­karz był coraz bar­dziej za­gu­bio­ny.

Dok­tor Kreuz po­kle­pał Wil­hel­ma po ra­mie­niu

– Pro­szę wy­po­cząć, cie­szę się, że wraca pan do świa­ta ży­wych, panie…

– Gal­len. Wil­helm Gal­len.

– Bar­dzo mi miło. – Le­karz wstał i ru­szył po­wo­li do drzwi.

– Dok­to­rze…

– Słu­cham, panie Gal­len.

– Dla­cze­go nie miał­bym je­chać do klasz­to­ru w Klo­ster­ber­gu?

Jo­hann Kreuz pod­krę­cił wąsa i zła­pał się dum­nie pod boki.

– Wie pan, panie Gal­len, mamy tutaj w oko­li­cy cie­kaw­sze ruiny od po­zo­sta­ło­ści tam­tej­sze­go klasz­to­ru. Ma pan szczę­ście, w wol­nych chwi­lach pa­sjo­nu­ję się hi­sto­rią tu­tej­szych te­re­nów. Tych wol­nych chwil nie mam oczy­wi­ście zbyt wiele, roz­dzie­la­jąc czas, po­mię­dzy pracę i ro­dzi­nę…

– Ruiny, po­wie­dział pan… – prze­rwał dok­to­ro­wi Wil­helm.

– No tak, ruiny – po­wtó­rzył znie­cier­pli­wio­ny le­karz. Klasz­tor w Klo­ster­ber­gu spło­nął jesz­cze w trak­cie wojen pro­wa­dzo­nych przez Ka­ro­la Zu­chwa­łe­go, w dru­giej po­ło­wie pięt­na­ste­go wieku.

Bi­blio­te­karz ob­ró­cił głowę w drugą stro­nę i za­nie­mó­wił.

– No tak… pro­szę wy­po­cząć, jak mó­wi­łem. Spraw­dzę nie­ba­wem, jak się pan miewa, panie Gal­len.

Za oknem, w które pa­trzył Wil­helm, je­sien­ny wiatr po­ru­szał zło­ci­sty­mi ko­ro­na­mi drzew. Był pięk­ny li­sto­pa­do­wy dzień.

 

***

 

 

 

Koniec

Komentarze

Nie mam pojęcia czym jest redingot, ale wyguglałem, że to jakiś ciuch – rodzaj płaszcza? Tak czy siak – zakładam, że nie jestem aż takim totalnym ignorantem i to nie jest powszechnie znane słowo. Sam jakiś czas temu napisałem opowiadanie przesycone medycznym żargonem, w którym użyłem m.in. frazy “inhibitor neuraminidazy”. I cóż, komuś, kto z biologią pożegnał się w liceum, niewiele ta nazwa powie, dlatego użyłem kontekstu dialogu i paru dodatkowych słów, aby naświetlić czytelnikowi, o co mi chodzi. Uczenie nowych słów i wyrażeń jest bardzo super! Tylko mało komu będzie się chciało guglać – machnie ręką i pójdzie czytać dalej. A przez to, być może, umknie mu istotny detal, na który, autorze, zwróciłeś uwagę.

 

Kolejna rzeź, kolejny potop krwi. Tak bardzo wszystkim weszło to w krew, że niemal nie pomnę już świata bez wojny.

Opuszczenie dogodnych pozycji i utrata korzyści z przewagi liczebnej[, której nie można wykorzystać w gęstym lesie.

Czytać tekst przed opublikowaniem, a nie przepuszczać takie babole!

Bujne poszycie pokryte było trupami, a upiorne wycie rannych wołało o pomstę. Ci którzy nie zginęli od kul i kling byli duszeni i zadeptywani.

Gdy zabrakło kul, głowy rozłupywano kolbami muszkietów i gałęziami.

Ciężko mi sobie wyobrazić jak wygląda rozłupywanie głowy gałęzią.

Wieś wydaje się całkiem spokojna, mieszkańcy zaś nie robią nam żadnej szkody. Tak jak i my są rzymskiego wyznania, a żadne herezje nie dotarły do tej ustroni. Jest tu sołtys, Lucas Muir, jednak jeśli wierzyć plotkom, to ojciec Nebiros, opat tutejszego klasztoru, jest w mieścinie szarą eminencją

Zły synonim. Mamy do czynienia z wsią, co pada w tym akapicie i gdzieś wcześniej. Sołtys to gospodarz wsi. Więc mieścina jest tutaj od czapy. :p

gdy wracała z nad rzeki.

znad

jaką strzałą mnie Kupid naznaczył

Tutaj może się czepiam, bo nie znam się, ale wydaje mi się, że znów zły synonim. W czasach, kiedy toczono wojny o wiarę, a autor dziennika wspomina, że jest wierzący, to chyba niezręcznie jest porównywać zakochanie do działań pogańskiego bóstwa, jakby nie patrzeć. ;) No i polski odpowiednik angielskiego “Cupid” brzmi “Kupidyn”.

Nic to dla mnie jednak nie znaczyło, gdym cały dzień czekał tylko na moment, gdy tarcza słoneczna skryje się za lasami.

 

Ciąg dalszy nastąpi, bo przeszacowałem nieco swoje siły i padam na twarz. ;) Pozdrawiam!

Przybywam raz jeszcze.

Lasy rozchodziły się tutaj[+,] dając możliwość

mam wrażenie, że dzieje się coś[+,] w czym nie uczestniczymy,

 z przerażającym skrzypieniem. drzwi rozwarły się

Zbędna kropka.

Wozy z wolna toczące się bo rozmiękłym, gliniastym błocie.

Po.

Przez chwilę panowała zupełna cisza. Po chwili opat westchnął i kontynuował opowieść

Najemnicy stanęli[+,] nie wiedząc[+,] co począć

Blask płomieni pełgał po białej szacie

Pełgać może płomień. Blask może co najwyżej pełzać.

Jedno spojrzenie.

Jedna myśl.

Kurt spojrzał na postać Nebirosa

Ja bym to traktował jeszcze jako powtórzenie.

 

Podobało mi się. Na pewno dlatego, że zdecydowałeś się, autorze, na germański folklor i nieczęsto spotykane czasy, zamiast wyświechtanej do porzygu słowiańskiej mitologii, na którą już nie mogę patrzeć. Klimat był – nie nazwałbym go może grozą, ale czułem zaciekawienie, które motywowało mnie do brnięcia dalej w tekst. Obawiałem się trochę, że zostanę przytłoczony wątkami stricte historycznymi, ale całkiem zgrabnie zostały wplecione.

Wykonanie mogłoby być lepsze. Wątek z Hanne banalny i mało satysfakcjonujący. Wpisy z dziennika z XVII wieku odrobinę przegadane o niczym. Do tego momentami pojawiały się skupiska pojedynczych zdań, które nijak nie pasowały do tempa narracji i zwyczajnie je psuły.

Pozdrawiam once again! ;)

Klasztor jest horrorem tego rodzaju, który chyba lubię najbardziej. Nie ma tu potworów wszelkiej maści, sił nadprzyrodzonych, ani przerażających opisów, znalazłam za to stosowny klimat i potęgujący się nastrój tajemnicy, niedopowiedzenia. I nic to, że pomysł nie jest wyjątkowo odkrywczy, że dość szybko zorientowałam się, w jakim kierunku zmierza opowieść. Ważne, że czytało mi się całkiem dobrze, także dzięki umiejętnemu spleceniu wątków dwóch memuarów – tego który pisze bibliotekarz i tego sprzed ćwierci milenium.

Nie mogę jednak nie wspomnieć, że satysfakcja z lektury byłaby niepomiernie większa, gdybyś zadbał, Bzugaju, o lepsze i staranniejsze wykonanie – mam na myśli przede wszystkim zapis dialogów, nie najlepszą interpunkcję i pomniejsze usterki. Gdyby nie to, kliknęłabym Bibliotekę.

 

to tam, przy­ja­cie­lu! – – To tam, przy­ja­cie­lu!

Wypowiedź rozpoczynamy wielką literą.

 

– Daj Boże, Tar­na­va…– od­po­wie­dział… – Brak spacji po wielokropku.

 

jed­nak Al­bert, około dwu­dzie­sto­let­ni syn karcz­ma­rza, je­dy­na osoba, która gdy oj­ciec nie widzi, za­ba­wia mnie roz­mo­wą, twier­dzi że wio­ska jest cał­ko­wi­cie od­izo­lo­wa­na. – Skoro wioska jest odizolowana od świata, komu służy karczma?

 

Boże!, żeby choć raz móc spo­tkać się z Hanne… – Po wykrzykniku nie stawia się przecinka.

 

Za­wsze sły­chać tu było pracę karcz­ma­rza i jego ro­dzi­ny, któ­rej od­gło­sy po­tę­go­wa­ła aku­sty­ka drew­nia­ne­go bu­dyn­ku… – Byłam przekonana, że drewno raczej tłumi dźwięki.

 

Nie na­po­ty­ka­jąc na ni­ko­go, wy­sze­dłem na ze­wnątrz… – Raczej: Nie na­po­ty­ka­jąc ni­ko­go… Lub: Nie na­­ty­ka­jąc się na ni­ko­go

 

zmu­szam się dziś do pi­sa­nia. Może prze­la­nie na pa­pier dzi­siej­szych wy­da­rzeń od­su­nie ode mnie roz­pacz. Ranek wstał dziś wy­raź­nie chłod­niej­szy. – Czy to celowe powtórzenia?

 

Głos był przy­ja­zny i opa­no­wa­ny.– Za­pra­szam… – Brak spacji po kropce.

 

Teraz, wdy­cha­jąc aro­mat moc­nej, czar­nej kawy i i sera Bro­uere… – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Może ktoś sły­szał hi­sto­rię o Ka­pi­ta­nie Ja­no­shu… – Dlaczego kapitan jest napisany wielką literą?

 

Dla­te­go za­pew­ne tak cięż­ko było mi tu tra­fić. – Raczej: Za­pew­ne dlatego tak trudno było mi tu tra­fić.

 

Oba­wiam się, że nikt nie pa­mię­ta wy­da­rzeń tam­tych cza­sów. – Ludzie nie żyją tak długo, by mogli pamiętać wydarzenia sprzed dwustu pięćdziesięciu lat. ;-)

 

Teraz był już go­to­wy do wyj­ścia. Słoń­ce stało już wy­so­ko… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Jak mogę Ci pomóc, mło­dzień­cze?Jak mogę ci pomóc, mło­dzień­cze?

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Teraz roz­pa­lo­ny i bu­cha­ją­cy przy­jem­nym cie­płem w kie­run­ku dwóch głę­bo­kich, drew­nia­nych krze­seł z pod­ło­kiet­ni­ka­mi. – Wydaje mi się, że ciepło z paleniska nie bucha w określonym kierunku, choć zgadzam się, że im bliżej kominka, tym cieplej.

 

do­ty­czą one okre­su wojny trzy­dzie­sto­let­niej i za­pro­wa­dzi­ły mnie aż do wa­szej mie­ści­ny. – Raczej: …i za­pro­wa­dzi­ły mnie aż tutaj/ do wa­s/ do tego miejsca.

Niezbyt uprzejmie jest powiedzieć komuś, że mieszka w mieścinie.

 

że po klę­sce, ja­kiej do­świad­czy­ły woj­ska ka­to­lic­kie… – …że po klę­sce, której do­świad­czy­ły woj­ska ka­to­lic­kie

 

– …Dzien­nik, o któ­rym wspo­mnia­łem ojcu, – kon­ty­nu­ował bi­blio­te­karz… – – …dzien­nik, o któ­rym wspo­mnia­łem ojcu – kon­ty­nu­ował bi­blio­te­karz

Ponieważ Gallen kontynuuje wypowiedź, powinna być zapisana małą litera. Zbędny przecinek przed półpauzą.

 

po­my­ślał Gal­len i nie­okre­ślo­ny nie­po­kój ude­rzył go moc­niej niż w chwi­li przy­by­cia do klasz­to­ru. – Nie wydaje mi się, by niepokój uderzał.

Może: …po­my­ślał Gal­len i poczuł nie­okre­ślo­ny nie­po­kój, silniejszy niż w chwi­li przy­by­cia do klasz­to­ru.

 

Cięż­kie drzwi uchy­li­ły się nieco… – Ponieważ w następnym zdaniu opat ciężko siada, proponuję: Masywne drzwi uchy­li­ły się nieco

 

trzy­ma­jąc pod ręką opraw­ne w skórę. nie­zbyt opa­słe to­misz­cze. – W środku zdania, zamiast kropki, powinien być przecinek.

 

Kiedy Stary Kon­ty­nent zo­stał za­ata­ko­wa­ny przez Czar­ną Śmierć… – Kiedy Stary Kon­ty­nent zo­stał za­ata­ko­wa­ny przez czar­ną śmierć

 

sto­wa­rzy­sze­nia Be­gar­dów z te­re­nów Ni­der­lan­dów ru­szy­ły na po­łu­dnie ucie­ka­jąc przed za­ra­zą w bar­dziej nie­do­stęp­ne te­re­ny. – Powtórzenie.

 

Z dala od hie­rar­chii na­rzu­ca­nej z Wa­ty­ka­nu… – W czasie kiedy szalała czarna śmierć, siedzibą papieży był Avinion, nie Rzym.  

Chyba że opat mówi o późniejszych czasach, już po zarazie.

 

Ka­pi­tan spoj­rzał na Tar­na­vę i oby­dwo­je in­stynk­tow­nie wy­ma­ca­li rę­ko­je­ści swych ra­pie­rów. – Kapitan i Tarnava to mężczyźni, więc: Ka­pi­tan spoj­rzał na Tar­na­vę i obaj

Obydwoje, to mężczyzna i kobieta.

 

Wzdłuż kruż­gan­ków stał tłum. Miesz­kań­cy wsi sto­jąc z po­chod­nia­mi… – Powtórzenie.

 

Można po­wie­dzieć, że drugi akt rzezi, jaka od­by­ła się tej nocy… – Można po­wie­dzieć, że drugi akt rzezi, która od­by­ła się tej nocy

 

Wer­ner Frie­drich nie czuł lo­jal­no­ści do swo­je­go od­dzia­łu… – Raczej: Wer­ner Frie­drich nie poczuwał się do lo­jal­ności wobec swo­je­go od­dzia­łu

 

Teraz Uśmiech So­rie­go wy­da­wał mu się ewi­dent­nie zło­wiesz­czy. – Dlaczego uśmiech jest napisany wielką literą?

 

-Nie było z panem kon­tak­tu przez kilka dni… – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uff, wreszcie mogłem usiąść i poprawić wszystkie błędy. Szczerze mówiąc, tyle razy przeglądałem już ten tekst na przestrzeni kilku miesięcy, bo pisałem go niestety z dużymi odstępami czasowymi, że tego co znaleźliście nie zauważyłbym nawet gdyby podkreślone było korektorem :) Dlatego serdeczne dzięki za korektę.

Bardzo się cieszę, że opowiadanie się podobało i że jest klimatyczne, bo właśnie na tym mi najbardziej zależało :)

Nie ma sensu, żebym odnosił się do wszytskich wytkniętych błędów bo zgadzam się z nimi w 99% procentach :)

Zostawiam jedynie:

– Kupida (ponieważ to odmiana imienia Kupido, czyli starszej wersji imienia Kupidyn – no i wiara nie wiara, ale akcja dzieje się w XVII wieku, AMOR, EROS czy jak go tam zwać ;) to spuścizna antyku, a ta weszła do powszechnej frazeologii, do tego gość jest zakochany ;)

– Redingot, bo to w sumie mało istotne, a z kontekstu można się domyśleć, że chodzi o ubiór wierzchni

– gałąź, bo dużą gałęzią głowę można ruzłupać ;)

– Karczmę, bo w każdej wsi, nawet odizolowanej ( a kiedy wieś zakladano, może jeszcze odizolowana nie była) trzeba gdzieś się zbierać I alkoholizować, tak więc kościół i karczma to rzeczy święte :)

 

Cała (mam nadzieję) reszta poprawiona :) Dziękuję jeszcze raz serdecznie za wnikliwą analizę I serdecznie pozdrawiam! Może teraz nada się do biblioteki ;)

Jasne, że się nada!

I cieszę się, że poprawki okazały się przydatne. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rozumiem, że klimat to w horrorze rzecz ważna, ale mam wrażenie, że tutaj zbyt długo nic się nie dzieje. Pamiętnik Kurta zdążył mnie solidnie znudzić. Wątek z Hanne raczej oklepany. Ale końcówką nadrobiłeś te braki.

Na plus niecodzienna sceneria. Pewnie tekst wymagał niezłego researchu?

Babska logika rządzi!

Klimat rzecz podstawowa! :) Cieszę się, że tym razem zeżarło trochę bardziej ;) A z tematem to raczej było tak, że research prosił się o tekst, bo już dawno chciałem popełnić coś z wojną trzydziestoletnią w tle. To trochę mój “konik”.

Pozdrawiam!

A wiesz, że takie miałam wrażenie? Że znasz temat jeszcze lepiej, niż tego wymagał tekst?

Babska logika rządzi!

to cieszy :) dziękuję

Mam mieszane uczucia… Z jednej strony – fajny pomysł i umiejętnie zbudowany klimat, dzięki któremu czytałem z zainteresowaniem. Z drugiej – oklepany do bólu motyw ofiary składanej bogom no i niechlujne wykonanie, które momentami utrudniało odbiór.

Przeskoki między kapitanem i bibliotekarzem wyszły bardzo dobrze, tempo opowieści jak dla mnie właściwe. Plus również za końcówkę, na minus zaś tytuł – nie zachęca do przeczytania ;P

Pomimo niedoróbek przeczytałem z przyjemnością.

Gorąca laseczka z tej Hanne ;D

 

Tyle ode mnie, na koniec garść (wór?) błędów wszelakich:

Po raz pierwszy od opuszczenia Bazylei, Wilhelma Gallena opuściło podniecenie związane z wyprawą.

Powtórzenie

Kilka metrów przed sobą usłyszał plusk płynącej, małej rzeczki i dostrzegł drewniany most

Za dużo tych określeń, skoro już zdrobniłeś “rzeczkę”, nie musiałeś dodawać, że była “mała” :P

Mieszkańcy przyjęli nas dobrze, choć podejrzliwie, rozkazałem mej kompanii nie wszczynać awantur, byśmy w spokoju mogli wylizać się z ran.

Tyle przecinków w tym zdaniu, że gubi sens… Szczególnie w tej zaznaczonej części. Przydałoby się rozbić to na dwie części…

Armia katolicka przybyła pod Wittenweier dwa dni wcześniej i zdążyła zająć dogodne pozycje do odparcia ataku Weimarczyka. Kurt przebiegł wzrokiem po pozycjach swojej kompanii.

Powtórzenie

Przy jego boku pojawił się dobrze umięśniony mężczyzna. Bujny wąs i podgolona czupryna dobitnie świadczyły o jego pochodzeniu. Splunął w trawę, a jego poznaczona licznymi bliznami twarz rozjaśniła się w szerokim uśmiechu.

Bardzo często używasz określeń typu: “jego”, “mój”. Będzie zgrabniej, jeśli popracujesz nad tym… Teraz, albo przy kolejnych tekstach :)

To szaleństwo! Pomyślał Janosh.

“Pomyślał” z małej litery, przy wyrażaniu myśli taki wykrzyknik zastępuje przecinek ;)

Kiedy patrzyłem na stare nagrobki i przechylone krzyże, dreszcz jakiś przeszedł mnie po plecach.

“Mi” po plecach. I dlaczego ten dreszcz był “jakiś”?

„Peter Stubbe – rymarz”, głosił jeden z wytartych napisów na nagrobkach.

Chyba na JEDNYM nagrobku ;D To “wytartych” też jest dyskusyjne, wtedy zapewne nie dałoby się go odczytać…

Resztki siwych włosów, okalających tonsurę, łagodziły jego obliczę,

Oblicze. “Obliczę” pochodzi od “obliczeń” ;)

Karczma, w której się zatrzymałem jest czysta i ogrzana, więc noc minęła mi spokojnie. Z okien mojej izby widzę główną drogę wsi.

Wcześniej wspominałem już nachalne “jego”, teraz przykład z “mój” ;)

Może ktoś słyszał historię o kapitanie Janoshu, może wiec coś,

Literówka

Z tego, co zdążyłem się zorientować wczorajszego dnia, wieś jest bardzo mała, odizolowana od innych.

Ta konstrukcja ma sięgającą głęboko wadę genetyczną – długo raczej nie pożyje :P

“Z tego, co zdołałem się dowiedzieć…”, “Jak zorientowałem się wczoraj…”

“Zdążyć” to Wilhelm mógł co najwyżej na wieczerzę, tudzież na kompletę ;D

Nie należy lekce sobie ważyć starych tradycji i rytuałów, które pozwalają je zachować.

Coooo to ma być? :O

W Klosterbergu ta sztuka udawała się przez setki lat, a wizyty osób z zewnątrz były dużą rzadkością.

A jaka to jest “mała rzadkość”?

Zdołał obrócić jeszcze głowę i spojrzeć na Hanne, zanim dwóch kolejnych oderwało mu ją od ramion.

Już przyrosło do niego dziewczę niewinne? ;(

Może “wyrwał mu ją z ramion”, czy jakoś podobnie?

Z sercem w przełyku cofnął się do jednej z cel

“Z sercem w gardle” mawia się ;)

 

Adnotacja #1 – zapis dialogów jest czasem błędny. Bywa, że wstawiasz kropki i wielkie litery w niewłaściwe miejsca, raz nie ma nawet myślnika z przodu wypowiedzi… Przejrzyj to, jeśli chciałbyś, by grało ;)

Adnotacja #2 – interpunkcja bardzo słaba niestety. Zwykle wstawiasz za wiele przecinków, choć widziałem też, że brakowało pojedynczych przed “który” oraz przed wołaczami i między wtrąceniami…

 

Jak widzisz pole do poprawy jest, jednak pewien sznyt tego opowiadania, ponury klimat i posmak snującej się w tle grozy sprawia, że warto poprawiać warsztat i pisać jeszcze lepiej. Tego właśnie Ci życzę, Autorze.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nie należy lekce sobie ważyć starych tradycji i rytuałów, które pozwalają je zachować.

Coooo to ma być? :O

To taki zwrot. Chyba już nieco archaiczny, ale IMO poprawny.

Babska logika rządzi!

Serio, Finklo? :O

Nie słyszałem… I stąd moje zaskoczenie. Na literówkę to trochę za długie :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Serio, serio. :-)

Babska logika rządzi!

W istocie, Reg.

Uwierzyłem już Finkli, niemniej dziękuję za dowód rzeczowy ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki za kolejną analizę :) literówki poprawione, przecinki i powtórzenia (tam gdzie je znalazłem) też. Sam już tego po prostu nie potrafię wyłowić. Zostawiam natomiast “serce w przełyku”, “wytarte napisy” “lekce sobie ważyć” I dużą rzadkość” , bo te wyrażenia są poprawne :) Dzięki jeszce raz za ocenęi pozdrawiam!

– Bracie Bael, pora wpuścić pielgrzymów. – rozkazał opat. Wywołany zakonnik skłonił się lekko i ruszył w kierunku furty klasztornej.

– Niech to będzie twoja ofiara, ojczulku – wyszeptał do ucha konającego – jakoś załatwię to potem z Bogiem.

– Chryste! – głowa Wilhelma stawała się coraz cięższa.

Zajrzyj sobie TUTAJ i sprawdź, dlaczego powyższe dialogi są błędnie zapisane ;)

Przyda się do następnych opowiadań, które, mam nadzieję, powstaną.

Opowiadanie jest, mimo potknięć, warte uwagi, więc jak je ogarniesz postawię stempel jakości :)

 

Również pozdrawiam.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

W pierwszym zdaniu niepotrzebna kropka, w drugiej kropka winna być po “konającego” I Jakoś ..z dużej litery a w ostatnim Głowa z dużej… tak to teraz widzę…ale sam już po prostu nie umiem tego wyłowić, syndrom pracy magisterskiej… za dużo razy widzi się własny tekst :) NIe będzie mnie teraz 3 tygodnie, ale jak wrócę to ogarnę :) dzięki!

Błędy w zapisach dialogów zotały, prawdopodobnie, wytrzebione :) Kilka innych małych niedociągnięć takoż. Dzięki za odwiedziny i analizę. Zapraszam do oceny, może oczyszczone nada się teraz do biblioteki. Pozdrawiam!

Dobra historyczna fantastyka. Zdecydowanie lubię. XVII w. nie moja specjalność, ale realia sprawiają wrażenie solidnie zriserczowanych, czyta się nieźle, a że lubię niedopowiedzenia, to i zakończenie raczej satysfakcjonujące, choć wątek ofiary oryginalnością nie grzeszy, jak już zauważono. Ale czyta się dobrze, nastrój grozy ładnie rośnie. Za mało bibliotekarza?

 

Drobiazgi:

 

redingota → redyngoty (taki przyjęty słownikowo zapis po polsku, dopuszczalne też redingote, ale nie wydaje mi się to wskazane, bo odmiana nienaturalna)

Gruby redingot → gruba redyngota

 

“Większość mej kompani“→ kompanii

 

“Książe Bernard sukcesywnie wycofywał się” → Książę

 

“Czy on, kurwa, myśli, że wszystkie prawidła sztuki wojennej można wyrzucić na śmietnik?!” → nie spotkałam się z kurwą jako przekleństwem przed XX wiekiem. Krótki risercz etymologiczno-historyczny raczej to potwierdza. Niepotrzebny anachronizm z nastrojowym tekście.

 

W warstwie, powiedzmy, estetycznej tekstu trochę mnie drażniło to potwarzanie Dziennik…., kiedy po kolei lecą jego kawałki z różnymi datami – to chyba oczywiste, skoro jest nazwa wsi i siedemnastowieczna data…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

PS. Po co właściwie jest to: “Dzisiaj w okolicach południa wyruszam z Breisach na zachód, oddalając się od koryta Renu i zmierzając w dzikie rejony Wogezów.” O tych Wogezach nic dalej nie ma, fikcyjny Klosterberg chyba nie tam, więc to mnie trochę skołowało. Colmar jest na bardzo nie dzikim pogórzu Wogezów.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki za wytknięcie błędów, poprawię w wolnej chwili :)

Przekleństwo takie a nie inne wydawało mi się po prostu bardziej naturalne, niż umieszczenie w tekście takiego, które dziś mogłoby się nam wydawać śmieszne po prostu, ze względu na swoją archaiczność, więc stąd decyzja. Powtarzanie dziennika musi być ! :) Ordnung musi być ! ;)

A co do Wogezów, myslę, że dla wielu XIX-wiecznych młodych bibliotekarzy, każdy rejon oddalony od domu i nieoświetlany lampą naftową mógł się wydawać dzikimi ostępami :)

Dziękuję za wnikliwość i za lekturę, pozdrawiam serdecznie!

b.

Nowa Fantastyka