- Opowiadanie: GaPa - Podwójne salto niemrawej błystki

Podwójne salto niemrawej błystki

Utwór napisany na słynny konkurs SF 2015, dzięki sprytnej przewrotce losu premierę miał jednakże w pierwszym numerze Silmarisa.

Dziękując osobom, które pomogły wygładzić tekst podkreślam, iż wszelkie potknięcia są tylko i wyłącznie moją zasługą.

Hm, zdałem sobie sprawę, że opowiadanie w luźny sposób łączy się z dwoma innymi: “Opanowanie Teda Simmonsa“ oraz “2man”. Wszystkie to owoc jesieni, jak sądzę.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Finkla, Drewian

Oceny

Podwójne salto niemrawej błystki

Cóż, był tego pewien. Ociężałe, nieregularne chmury niosły miastu ładunki rozpaczy i bezradności. To właśnie widział za przeciwpancernym tworzywem z wysokości swego gabinetu. Ciągnące się po horyzont zbiorowisko przesiąkniętych mrokiem budowli. Nie ma tam ogniska, przy którym można się ogrzać. Jeśli nie wierzył synoptykom, jak mógłby wierzyć w cokolwiek innego?

Tak rozmyślając, odszedł od okna i spoczął w wygodnym, noszącym ślady wieloletniego użytkowania fotelu. Wiekowy mebel towarzyszył mu przez całą drogę, od szeregowego pracownika Instytutu „Dobry Dom” aż na sam szczyt hierarchii znienawidzonej powszechnie organizacji. Odruchowo uniósł zdobiącą biurko tabliczkę. Na chłodnym w dotyku metalu umieszczono siedem znaków. W A Major. Nie wiedział, kto wygrawerował litery, ale anonimowe dłonie ochrzciły przedmiot zgodnie ze stanem faktycznym. W A Major. Tak właśnie się nazywał. Gdyby zetrzeć litery, przestałby istnieć? Ktokolwiek zauważyłby puste miejsce? Czy byłby to szeroko komentowany fakt naukowy? I czy proces byłby odwracalny, na przykład w czasie posiłku osobnik X zwróciłby się do Y: „Hej, a pamiętasz tego, no, W A Majora? Cóż to on takiego zabawnego mi kiedyś opowiedział… Sprzedał chyba historię o tym” i ciągnąłby dalej w tym stylu, przywracając go do istnienia.

Mężczyzna wiedział, co go tak przygnębiło.

Zdjęcie Giny Va, celebrytki i – niegdyś – młodzieżowej piosenkarki. Bez żadnej wątpliwości efekt kontrolowanego wycieku, przedstawiający ze zdumiewająco wieloma szczegółami jej palce zanurzone w lśniącej waginie, wysoko uniesione piersi – z tej perspektywy wydawały się odległymi obiektami, zdominowanymi przez olbrzymie uda – i zwróconą prosto w obiektyw twarz, lubieżnie wykrzywioną maskę ozdobioną ostrym makijażem.

Gdy zaczynała karierę, jeszcze pod pseudonimem Gina Vanta, prowadził kurs „Droga Szczęścia: poprawa jakości przestrzeni publicznej poprzez odpowiedzialne zarządzanie krótkimi komunikatami tekstowymi, ze szczególnym uwzględnieniem statusów komunikatorów – wytyczne IDD dla początkujących”, na który, jako stawiająca pierwsze kroki w branży celebryckiej, musiała uczęszczać. Młoda, radosna osoba. Wkrótce jej plakat zawisł w pokoju jego córki, łącząc je we wspomnieniach warkoczem pamięci.

Z obiema stracił kontakt. Sprawy wyglądały tak, że Gina Va była mu równie obca, co córka. O obu miał naiwne, nieskalane wyobrażenie, które teraz zostało splugawione. Zatruto go zwykłym elementem gry marketingowej. Nawet nie musiał sprawdzać, historia wygląda tak: następuje obniżenie zainteresowania obiektem, należy więc podjąć działania mające na celu podniesienie wartości jego walorów. W końcu ktoś w nią inwestował, ciągnął za sznurki i pilnował złota. Pokrętnymi ścieżkami synaps jedno zdjęcie uświadomiło mu, że nie wie nic.

Sprawdził sumy kontrolne oprogramowania służbowego analizatora, po czym uruchomił urządzenie. Wynik był negatywny. Więc nie wprowadzono do jego organizmu substancji wpływających na nastrój, sygnał płynął od środka. Trójwymiarowe pornograficzne zdjęcie przydusiło go niczym dobrze ustawiony kamień domina, rozpoczynający reakcję łańcuchową upadku.

Tak wygląda teraz ma kraina, ciągnął ponure rozważania. Pustynny, niegościnny obszar wypełniony niedającym wytchnienia szalonym chichotem. To dlatego co noc budził się, samotny i zziębnięty, a na zegarze była zawsze 2:22. Zielone liczby płonęły zawieszone szyderczo w mroku. Czekał, przecież ziarna klepsydry powinny się przesypywać, ale cyfry się nie zmieniały. Wiedział dlaczego. Piach, zamiast przemieszczać się z jednej komory do drugiej, wsypywał się do oczu. Dlatego rano go piekły.

Przebiegł sprawnie palcami po klawiaturze, niemal zapomnianym relikcie początków epoki informatycznej. Skrzywił się i zastygł, wpatrzony w wyświetlany wprost na siatkówce migający znak zachęty. Miał naturalny talent do wyszukiwania i łączenia informacji, dostęp do nieprzebranych baz danych, bezustannie karmionych mniej lub bardziej świadomie przez obywateli, nieskończonej liczby syntez, analiz ich poczynań. Kołowrót bajeranckich, dopieszczonych graficznie prezentacji. Oczywiście korzystał z zaawansowanych nowoczesnych rozwiązań, ale przewagę dawały mu stare narzędzia, rozwijane od zarania ery UNIX: grep, uniq, sort.

– A królem wszystkich awk – powiedział, bo zapragnął usłyszeć ludzki głos. Słowa niechętnie przecisnęły się przez suche gardło.

Na kanale PRIV-PRAC jeden z podwładnych, obsługujący dziś gabinet QT13, zgłaszał potrzebę zastępstwa. Poszperał niemrawo w systemie i już po chwili wiedział, że młody pracownik chce osobiście odebrać dawno zamówiony prezent dla towarzyszki życia, z którą planują zawrzeć umowę partnerską. Dziewczyna oczywiście o wszystkim wiedziała (sprawdził), w końcu śledziła zamieszczane przez swojego chłopaka wiadomości, ale zgodnie z przyjętym zwyczajem traktowała to jak publiczną tajemnicę. Jak się kiedyś mawiało „tajemnicę poliszynela”. Cóż, zmieniło się medium, reszta pozostała taka sama.

Przypomniał sobie wierszyk:

Zamiast męczyć się oralnie

właź na PRIV-PRAC, gdzie jest fajnie.

No i kanał PRIV-PRAC wyparł luźne rozmowy w pracy, tak że zamknięci w boksach / gabinetach pracownicy nie musieli się spotykać na zakazanej fajce, żeby wymienić się plotkami. Chociaż osobiście myślał, że przesądziła wygoda, nie – zaplanowane jako wirusowe – wierszyki gości od warunkowania. Skoro mikrofon ma rozmiar głowy mrówki… z tych mniejszych, rzecz jasna.

Poinformował młodzieńca, że go zastąpi, w końcu firma oficjalnie wspierała politykę prorodzinną. Zrobił coś jeszcze. Uznał za stosowne dokonać na telefonie kochanki chłopaka – nota bene, dobrej znajomej przyszłej oficjalnej towarzyszki życia – drobnej zamiany. Kompromitujące pracownika zdjęcie zastąpił uszkodzonym plikiem, co było znacznie praktyczniejszym rozwiązaniem, niż usunięcie go. Oczywiście z metadanymi oryginału, ustawił też czas dostępu na pierwotny. Kobieta nie udostępniła zdjęcia, więc pozostało tylko powtórzenie operacji na automatycznie tworzonych kopiach, przechowywanych na serwerach, o których nawet nie miała pojęcia. Zainteresowanych nie informował, oryginał zachował. Rutyna.

– Rutyna jest rodzaju żeńskiego, więc choćby dlatego należałoby się nią zainteresować – wymamrotał zgryźliwie i na wpół automatycznie oddał się pracy, podczas gdy myśli błądziły w sposób nieuporządkowany, a gdy nadszedł czas, wyprostował nogi, rozejrzał się powoli po gabinecie i w sposób stanowczy przełamał ciszę.

– Ratuj mnie – wyrzekł żarliwie do biurka, roześmiał się bez przekonania i łyknął kupioną w supermarkecie powszechnie dostępną tabletkę na rozpacz. Po chwili poczuł, jak pod wpływem

¸.·´¯`·.´¯`·.¸¸.·´¯`·.¸><(((º> procesów

chemicznych \̅_̅/̷̚ʾ

 ☁ ▅▒░☼‿☼░▒▅ ☁ zmienia

się

╦̵̵̿╤─ ҉ ~ • jego

postrzeganie

rzeczywistości. Może w ten sposób pozbawiał się prawdziwego, namacalnego i pełnego życia, lecz tego wymagały obowiązki. Ruszył więc, a miękki dywan pochłaniał odgłos kroków, jakby coś – wiecznie głodnego – wymazywało go z rozwarstwiającej się rzeczywistości.

Przemierzając precyzyjnie zaprojektowane korytarze, przywodzące na myśl modułową budowę skąposzczeta (grupa około 5000 gatunków pierścienic o wyraźnie segmentowanym, wydłużonym ciele pozbawionym parapodiów i bez przydatków na głowowym odcinku ciała, z nielicznymi i prostymi, chitynowymi szczecinami, tradycyjnie klasyfikowana jako podgromada siodełkowców, Clitellata), ze zdumieniem odkrył w dłoni kolejne puste opakowanie po tabletce. Nie pamiętał, kiedy ją rozpakował, ale gorzki posmak osiadł na języku niczym pleśń na zapomnianym chlebie. Z rozbawieniem skonstatował, że w takim stanie można wiedzieć, że zażyło się zbyt wiele, ale fakt ten nie niósł odpowiedniej motywacji, by c h c i e ć zareagować. Mózg pracował niczym silnik na jałowym biegu. Czuł się dobrze.

Przecież jestem w stanie panować nad sytuacją – pomyślał. Chyba właśnie tak tłumaczą się sprawcy wypadku pod wpływem środków odurzających. „Sądziłem, że mam kontrolę”. Oczywiście był przeszkolony na taką ewentualność, zawrócił więc do gabinetu, by przeczekać czas działania tęczowych, dotowanych tabletek, ale nagle zastygł. Stał, obserwując dłonie, falujące niczym płetwy martwego grindwala (Globicephala melas), jak chociażby tego wyrzuconego na brzeg Parku Narodowego Everglades. Potrząsnął głową i po raz kolejny zmienił decyzję.

Zza otwierających się drzwi windy dostrzegł równego mu rangą G A Zterna, wpatrzonego w niego i pokazującego charakterystyczny gest – wyprostowany kciuk i palec wskazujący przyłożony do skroni. Odpowiedział mu równie popularnym gestem, wykorzystując tylko jeden, najdłuższy palec. Uśmiechnął się szeroko i ruszył na schody.

Pejzaże nabrzmiałe od słów napływały wartkim strumieniem, a schody były piękne. Piękne i funkcjonalne. Jedyny element budynku spełniający oba warunki. Znał ich genezę. Zamek w Chambord stanowi jedno z największych dzieł architektury okresu renesansu, a jego sylwetka jest jedną z najlepiej rozpoznawalnych. Długość fasady głównej wynosi 128 m, zamek posiada 6 wielkich wież, 440 komnat, 84 klatki schodowe (14 głównych i 70 pomniejszych), 365 kominków i 800 rzeźbionych kapiteli. Klatka schodowa w centrum budynku stanowi szczególny przykład stylu Leonarda da Vinci. Zbudowane w jej wnętrzu dwie spirale schodów skręcają w tę samą stronę, nie krzyżując się ze sobą. Ktoś uznał, że tak sprytnie zaprojektowane schody są niezbędne, by pracownicy nie spotkali się z osobami z zewnątrz, z tej czy innej potrzeby lub przymusu odwiedzającymi wieżowiec IDD. Istniały więc dwa nieprzecinające się trakty komunikacyjne, drążące budynek na podobieństwo układu krwionośnego.

Wiedział o jeszcze jednej tajemnicy, skrytej w klatce schodowej.

Kiedy zaczynał pracę, poznając budynek, zawędrował na dach. Pośród elementów konstrukcyjnych – gmach, nim poszedł w dół, miał być o piętro wyższy – stał, zapatrzony w panoramę miasta, ówczesny szef IDD. Nie zmieniając pozycji ciała, zaczął on cichym, ale dobitnym, obciążonym delikatną chrypą głosem opowiadać historię o tym, że w odległej krainie władczynię opętała myśl o wybudowaniu godnej jej siedziby. Gdy ukończono pierwszy poziom, dookoła królestwa powstał pas zniszczeń. Były to odległe tereny i królowa nie spostrzegła tego. Gdy dobudowywano kolejne piętra, krąg zniszczeń zacieśniał się, ale nie zważając na to, kontynuowano prace. Kiedy do zbudowania pozostało tylko ostatnie piętro, za murami budowli rozciągała się pustka.

Zapadła cisza. Zauważył stary, zardzewiały gwóźdź, ledwo widoczny w mocno zaciśniętej dłoni przełożonego. Drgnął, gdy ten gwałtownie odwrócił głowę i z błyszczącymi oczami, nie zmieniając tonu wypowiedzi, rzucił: „Może ty dokończysz budowę”, po czym opuścił dach.

Wkrótce po spotkaniu z szefem, wiążąc sznurowadła na klatce schodowej, ujrzał ledwie widoczną, wydrapaną w załomie muru literę. Z czasem udało mu się skompletować ciągnący się z góry na dół ukryty slogan: SZALEŃSTWO ZABIJA DWA RAZY.

Taka to historia. Słowo historia pochodzi z języka greckiego i oznacza „opowieść o dawnych wydarzeniach”. Historia jako nauka bada i opisuje przebieg wydarzeń, które miały miejsce w przeszłości. Jak ocenić własną historię? Księgowym rachunkiem winien-ma, obecnym stanem spraw? Innymi słowy, ważna jest droga czy patrzeć trzeba tylko na cel? Czy tęsknota za przechowywanymi w pamięci zdarzeniami – a przecież dawno dowiedziono, że większość osób ma fałszywe wspomnienia – jest niczym jedzenie bezwonnej, pozbawionej odżywczych składników potrawy?

Wszedł na jasny i szeroki korytarz. Równolegle biegnący, przeznaczony dla interesantów, nie był tak wygodny. Pchnął drzwi bez trudu odnalezionego gabinetu QT13. A gdyby ktoś zapytał: „Jak znalazłeś to pomieszczenie, dzielnie wymężniały szpaku” odparłbym: „Niczym niezaskakujące”.

Niedbale odsunął tabliczkę z napisem „QT13 – max. mł. analityk 2 st., min. insp. 1 st. w dziale obs. klient.”, zastępując ją swoją, i dał sygnał wolnego gabinetu, w stylu miękkim i zrelaksowanym zaznaczając odpowiednią ikonkę na panelu.

– Kluczowa jest kwestia zaufania – oznajmił na wstępie niewyraźnej plamie, wkraczającej do pomieszczenia. Jak mawiał klasyk, panta rhei. Odczucie związane z obserwowaniem rozmytej sylwetki było takie samo, jakby patrzył na uszkodzony monitor z falującym obrazem. Pochodził przecież z pokolenia, które pamiętało jeszcze monitory. Więc obaj widzimy siebie w sposób zniekształcony, ale czyż nie takie jest przekleństwo subiektywnej oceny? Sprawdził, interesant był płci męskiej.

– Jak skomentowałby obywatel informację, że „Pole Nieciągłości”, dzięki któremu zamiast siebie obserwujemy zamazane kształty, zainstalowano na skutek lobbystycznych zagrywek? Czy prawdopodobne jest, że aparatura wytwarzająca ten efekt jest energochłonna i kosztowna w utrzymaniu, jednak wysoko postawieni oficjele nieoficjalnymi kanałami podjudzili opinię publiczną, ze szczególnym wskazaniem na organizacje broniące praw obywatelskich, by te, korzystając z własnych funduszy, przeprowadziły kampanię mającą na celu zobligowanie wybranych instytucji państwowych do korzystania z wyżej wymienionej? Proszę usiąść.

Nie oczekując odpowiedzi, niespiesznie wertował informacje dotyczące obiektu, jak w wewnętrznym żargonie określali mężczyzn i kobiety będących przedmiotem działań IDD, ale myślał o córce.

Przestała odzywać się do niego i wyprowadziła z domu po tym, gdy dowiedziała się, co zrobił jej matce, obecnie pozbawionej pamięci dość przystojnej kobiecie, rozpoczynającej nowe życie na własny rachunek. A przecież oboje, co zostało potwierdzone nowoczesną aparaturą, nie przepadali za nią. Przykład pierwszy z brzegu, córka cały pokój wypełniła fantastycznymi konstrukcjami z holoklocków, żona wchodzi, rozzłoszczona krzywi usta i egzaltowanym gestem oczyszcza pokój. To wspomnienie przywołało kolejne, gorzkie epizody, jakby ktoś pociągał za sznureczki z kliszami pamięci.

Jednak związał się z nią, gdyż pochodziła z wpływowej rodziny i ceremonialne małżeństwo pchnęło jego karierę wysoką świecą w górę. Pozostało tylko pozbyć się teścia, który nie stanowił już zagrożenia, i dokonało się.

Został sam. Cyfry w kalendarzu wiodły swój cykliczny żywot i on też poddał się rytuałowi poranków w pracy, tępym ciągiem przechodzących w wieczory w pracy, filmowych weekendów – zawsze dwa nowe filmy i jeden z klasyki kina, już wcześniej oglądany. Czasem sprawdzał, co dzieje się z ciałem, które kiedyś było jego żoną. Córkę traktował inaczej. Nie wnikał w jej intymny świat. Aż lepki i gęsty strach przydusił go pomiędzy poręczami schodów pomysłu genialnego da Vinciego. Zdążę wszystko naprawić, powtarzał sobie. Chwalone niech będą postępy na polu medycyny, nigdy jeszcze czas nie stał tak nisko. Niezaspokojone uczucie braku kazało mu oprzeć policzek o chłodną ścianę i zamknąć oczy. Pod mocno zaciśniętymi powiekami usłużnie defilowały filmiki, zdjęcia, kolaże tworzone i odtwarzane w czasie rzeczywistym przez wbudowany w ciało komputer osobisty, któremu był anteną i źródłem zasilania. Terabajty wspomnień runęły w emocjonalny wyłom, więc… uspokoił oddech, wyprostował się.

Sprawdził terminarz. Zanotował, by porzucić schody na rzecz windy. Nie myślał o tym od dawna. Praktyczna demonstracja, jak wielka pokusa tkwi w zażytych środkach. Pozwalają analizować najtrudniejsze, najbardziej bolesne wydarzenia bez chociażby uczucia dyskomfortu, jakby przyglądało się życiu innej, nieważnej osoby. Pociągająca oferta. Dar dla zdesperowanych, nieoświeconych i nierozgarniętych.

Jak, będąc przeciętnie rozsądną osobą, można wierzyć, że wchodzisz do naszpikowanego zaawansowaną techniką budynku, pokonujesz niezliczone bramki, punkty kontrolne, wkraczasz do pomieszczenia i pozostajesz anonimowy? Tylko dlatego, że w danym momencie zakłócana jest optyka na wybranym obszarze? I sądzić, że urzędnik nie wie, z kim rozmawia? Że zamiast nazwisk, preferencji politycznych, profilu DNA i tym podobnych dupereli widzi tylko skrócony raport, pozbawiony szczegółów mogących pomóc w identyfikacji rozmówcy? A jednak, według ostatnio przeprowadzanych badań, ponad połowa respondentów podziela taki pogląd. Jednocześnie dla ponad dziewięćdziesięciu procent (dokładnie 91,2843%) osób IDD jest groźną instytucją z nadmiarem uprawnień. I tu rodzi się pytanie: będący w przewadze ankietowani są ewolucyjnie lepiej czy gorzej przystosowani?

Nie patrzył w kierunku obiektu, przy pomocy mikrogestów przemierzając elektroniczne odbicie owej osoby w cyfrowym sezamie, do którego miał dostęp.

– Jeśli zgadza się pan-pani na ukazanie swojego wizerunku, proszę o werbalne potwierdzenie. Oczywiście wszelkie dostarczone mi dane na pana-pani temat pozostaną, zgodnie z przepisami prawa, mającymi zastosowanie w tej sprawie, zanonimizowane, chyba że w trakcie wizyty zmieni się klasyfikacja tejże. Po prostu lepiej będzie się nam rozmawiało. Tak uważam.

Nie ponaglał rozmówcy, więc pauza rozrosła się do rozmiarów przywołującego uśmiech na dziecięce usta cukierka-ciągutki, nim dostał cichą odpowiedź. Wyłączył aparaturę zakłócającą i, jak to mówią, nawet się przy tym nie spocił.

Tak jak na zdjęciach w dossier włosy szczupłego mężczyzny miały nieprawdopodobnie srebrny kolor, była to ich naturalna barwa. Wyobraził sobie wiszący nad głową mężczyzny komiksowy dymek: „Modna grzywka odebrała autorytet przedstawicielowi firmy zajmującej się sprzedażą środków dezynfekujących”. Reszta osoby była perfekcyjnie nijaka, z twarzą nieruchomą i pustą niczym pozbawiony soku owoc. Pewnie tajniakom organizują specjalne szkolenia, by byli w stanie zapamiętać takie fizjonomie. Wszystko po to, by gwałcąc ich samice… – Nie dokończył myśli.

– Proszę oddychać spokojnie – powiedział. Bo siła m o j e g o autorytetu niechybnie wypchnęła powietrze z pomieszczenia, zachichotał w myślach. – Nie lękajcie się – wyrzekł z powagą, z trudem powstrzymując śmiech.

Zerknął na wskaźnik nastroju obserwowanego. Mógł zawierzyć odczytowi, bo srebrnowłosy mężczyzna siedział niemal nieruchomo, ułatwiając pracę zamontowanym w fotelu przyrządom. Właśnie przeskoczył ze stanu „dezorientacja” na „gniew”, czemu towarzyszyła irytująco bezbarwna animacja. Czy programujący interfejs studenci nie mogli dać chociażby obrazka rozpalonego do czerwoności, buchającego parą czajnika? A może właśnie takie żarty przychodziły im do głowy i dlatego teraz projektują ascetyczne interfejsy dla IDD, z wpisaniem do akt włącznie? Czuł narastającą wesołość, toteż nie zaskoczyły go słowa mężczyzny, iż ton jego wypowiedzi nie współgra z treścią.

– Dysonans… Niespełna miesiąc temu byłem świadkiem pożaru. Zatrzymałem się, by zapytać, czy mogę pomóc, bacząc, by nie być przeszkodą w sprawnie prowadzonej akcji ratunkowej, i w tej właśnie chwili zaobserwowałem małą dziewczynkę, która, korzystając z zamieszania, wbiegła w płomienie. Stała tuż obok, a nagle ujrzałem tylko znikające w kłębach dymu warkocze. Jak się okazało, chciała ratować bliskie jej stworzenie, niewielkich rozmiarów ssaka, coś o gramaturze myszoskoczka. Rzuciłem się jej na pomoc. W następstwie poparzeń otrzymałem wadliwie skalibrowany przeszczep twarzy. Jutro jadę zgłosić reklamację. Najsmutniejsze jest to, że pytano mnie, jak wielki był pożar, o techniczne aspekty ratowania dobytku, ale nikt, literalnie, nie zadał pytania o dziecko lub stworzenie. Bolesne podsumowanie stanu społeczeństwa. – Zgasiłem leszcza naprędce wymyśloną historią, pomyślał zadowolony. Był to akt twórczy niosący satysfakcję.

– Mój Boże – wyszeptał obiekt w tak intymny sposób, że można by pomyśleć, iż jest sam w pomieszczeniu, po czym ukrył twarz za zasłoną dłoni.

– „Mój Boże”? Nie jest pan przecież oficjalnie oznaczony jako podlegający aberracjom religijnym w procesach poznawczych. Życzliwie, bo sympatyzuję z panem, doradzam inny wykrzyknik.

– Po prostu chciałbym znaleźć się… gdzie indziej.

– Taak, mnie osobiście brakuje tu roślin. Żywych przedstawicieli innych gatunków, tak odmiennych, poza zasięgiem naszego pojmowania. Coś, co pokaże, że jest inna droga, nie tak, hm, absurdalnie…

– Jak delfiny.

– Właśnie, jak delfiny. Odkąd ta Berkowsky nawiązała z nimi kontakt… A tak się ekscytowaliśmy. Sądziliśmy, że są szlachetnymi, nieskażonymi złem istotami. Te historie, gdzie ratowały rozbitków. Jedna wielka ściema. Kiedy uzyskaliśmy możliwość zrozumienia komunikatów, jakimi się wymieniały między sobą, okazało się, jak są odpychającymi istotami. Wręcz nie do zaakceptowania. To poraziło nas wszystkich, jakby znikło coś istotnego. Wyparliśmy więc je. Empatia… – W tym właśnie momencie, pomiędzy jedną a drugą głoską „a”, rozgryzł gościa. Daty, wydarzenia powiązały się w schemat, który rozświetlił mu się niby obciążona rosą pajęczyna o poranku.

– Znalazł się pan tutaj, ponieważ przestał udostępniać w sieci informacje o sobie. Te drobne rzeczy, którymi pstrzymy oś czasu; jestem w pralni, zdjęcie własnoręcznie przyrządzonego posiłku, poranny strumień moczu, przedarte bilety na mecz. – I nie wiesz, mrukliwy srebrzaku, że nadspodziewanie wiele osób fakt tej ciszy odnotowało i rzecz zaczęła robić małą karierę. Jeden z tych nieprzewidywalnych trendów. Zapewne traktowali to jako miłą odskocznię od cycków Giny Va, dodał szyderczo w myślach, a głośno dorzucił: – Pana zdaniem, po co istnieje IDD?

– Reżimowy aparat nadzoru… – Jak za każdym razem podczas tej rozmowy, gdyby nie elektronicznie wzmacniany głos, nie zrozumiałby rozmówcy. Wszedł w słowo mężczyźnie.

– Cytuje pan słowo w słowo kłamliwy artykuł, nierozważnie tam i ówdzie powielany. „Student z Holandii poślubił emotikonę”. To „dzieło” tego samego autora. Zwykła pogoń za sensacją, czytaj – reklamodawcami. Jesteśmy tu… – Nachylił się w stronę srebrnowłosego, intensywnie w niego wpatrzony. – Jesteśmy tu… – Nastrój gościa przeskoczył na „panika”, więc znowu zawiesił głos, rozmyślnie przeciągając dalszą część wypowiedzi, jakby był sytym wężem zamkniętym w klatce z żabą. – Jesteśmy tu… żeby dbać o siebie nawzajem. Musimy troszczyć się o siebie, oto nasza religia. – Wyrzekłszy to, rozsiadł się zadowolony. Co prawda stan srebrnego nie był oznaczony jako „zdębiały”, ale takie określenie trafnie definiowało sytuację. Masz szczęście, że trafiłeś na mnie. Młody człowiek, którego zastępuję, ma presję na wyniki i lubi przydusić takie niesforne baranki. Brakuje mu jednak doświadczenia życiowego, by dostrzec prawdziwą istotę rzeczy.

W A Major rozsiadł się wygodnie i kontynuował, utrzymując równe tempo wypowiedzi.

– Wiem, co pana gnębi. Jest pan w rozpaczy. Pańskie milczenie jest wołaniem o ratunek. Chodzi o proporcje – gdy jesteśmy w stanie euforii, umniejszamy przeszkody lub nawet całkiem je lekceważymy. Pan jest teraz po przeciwnej stronie. Proces zapoczątkowała śmierć dziewczyny. To była młodzieńcza miłość, ale nie zostaliście razem. Była niczym słońce, krąg światła, w których chce się przebywać. Nie myślałem o jej piersiach, igraszkach cielesnych, po prostu chciał pan być przy niej, to wystarczało do szczęścia. To BYŁO szczęściem. Pewnie ciągle jest pan zdumiony, dlaczego nie zostaliście razem. Cóż, najlepsze prezenty dostajemy, gdy nie jesteśmy na nie gotowi. Ale przynajmniej była, oddychała i gdzieś tam pulsowała myśl, że jeszcze da się to wszystko posklejać. I im dłużej byliście rozdzieleni, tym bardziej wydawała się idealna. Aż zginęła. Nikt nawet nie był świadomy rozpaczy, która okryła pana, odgradzając od świata. Ten kielich miłości pozostanie strzaskany. Przenikliwie bolesna myśl, że są rzeczy nieodwracalne. Oto co pana dobiło – brak nadziei. Pustka, za którą nic nie czeka. Pomogę. Pomożemy. Po to jest IDD. Rozumiemy pana ból.

– Nic nie chcę. Dajcie mi spokój.

Uśmiechnął się jeszcze szerzej, wpatrzony w zgarbionego rozmówcę. Uruchomił system „Sugestia” czwartej generacji, o nazwie kodowej „Podszept”. Gdy otrzymał sygnał gotowości powoli, w niemal hipnotycznie rytmie, wypowiadał kolejne słowa z powagą, jakby były prawdą, w którą warto uwierzyć:

– Ten stan jest zrozumiały. Obejmiemy pana opieką. Musi pan przepracować tę śmierć, zaakceptować zmianę. Na początek zaproszę profilerów, sprawnych, choć nieco szorstkich behawiotechników. Zawierzyłbym im ostatni grosz. Sam korzystam z ich usług, zajęli się niezwykle profesjonalnie moją żoną i muszę stwierdzić, że rezultaty przerosły moje wyobrażenia. Powiedzą co i jak. W mgnieniu oka postawią pana na nogi, wedle potrzeb korygując harmonogram terapii. Zazdroszczę im, bo spotkania z tak odpowiedzialnymi, nie zawaham się użyć słowa – zresztą nieoddającego w pełni zalet cudownej osobowości, jaka drzemie w pana osobie – wspaniałymi mieszkańcami, są nadzwyczaj wzbogacające. Skonfigurują też program, który w pana imieniu będzie komunikował się ze światem. Są świetni, nawet najbliższe osoby nie będą podejrzewać, że nie pan jest autorem zamieszczanych wiadomości. To są oczywiście truizmy, że czas leczy rany, że nie wolno zostawać samemu, ale one nie wzięły się znikąd. Żadnych prochów, zatracenia, szaleństw. Musi pan odnaleźć swoje miejsce w zmienionej konfiguracji świata. Proszę mi wierzyć, ono istnieje. Troszczymy się.

– Naprawdę jesteście w stanie mi pomóc?

– Bez żadnych wątpliwości. Nie będę zresztą ukrywał, cała zasługa przypada panu. Jest pan wzorowym obywatelem. Wzorowym. Sam pan sobie pomoże, my jesteśmy wyłącznie transparentnym dla sprawy katalizatorem, przyśpieszającym proces gojenia ran. Proszę przystawić kciuk w tym miejscu.

W ciszy przyzwał techników i po chwili w pomieszczeniu o nazwie kodowej QT13 słychać było tylko jeden oddech. A może tkwił tu samotnie przez cały czas? Srebrnego smutasa wymyślił? Więc technicy tu nie weszli, bo nie mieli po kogo. Logika. Logika (gr. λόγος, logos – rozum, słowo, myśl) – wedle klasycznej definicji – nauka o sposobach jasnego i ścisłego formułowania myśli, o regułach poprawnego rozumowania i uzasadniania twierdzeń.

Prawda jest taka, że już wkrótce srebrny zapomni o martwej kobiecie, dla niego wiecznie młodej dzierlatce, w której się podkochiwał. Co zdejmie z niego zły urok, jak to się określało w bajkach. Ile słów ten cichy człowiek powiedział, pięć na krzyż? Trzydzieści osiem. W kolejności alfabetycznej, małymi znakami… aparat boże chcę chciałbym co dajcie delfiny gdzie indziej jak jak mi mi mój mówi mówi nadzoru naprawdę nic nie nie pan pan po pomożecie prostu reżimowy się się się spokój to to tym z zgadza zgadzam znaleźć. Przywołał wirtualną klawiaturę i umieścił listę uzyskanych słów w pliku LISTA, następnie wydał polecenie #> grep -c ^…$ LISTA. Wynikiem była liczba: 12. Srebrny wypowiedział dwanaście trzyliterowych słów. Tylu było apostołów. Powstrzymał komputer osobisty przed podaniem informacji o świątobliwych mężach, nagle dopadło go znużenie. Oto, jak postrzegamy świat i co o nim wiemy. Można się tak bawić bez końca. Bez chwili wytchnienia, ot co. Czy istnieje odpowiednio mocny materiał, z którego można uformować narzędzia, żeby się wydostać spod alfanumerycznej lawiny?

– Zeszklił się pan – wyrzekł lub nie i poszedł schronić się w swoim gabinecie. Zażył proszki mające znieść działanie poprzednich i zaległ, pozwoliwszy myślom prowadzić nieskładne wędrówki, a gdy niebo odzyskało brudnoniebieską barwę, ruszył do wyjścia.

 

Dwadzieścia osiem. Strażnik B I Jordan obracał tę liczbę w myślach na wszystkie strony, znajdując jej wystąpienia w swoim życiu niczym odblaski światła ze stłuczonej butelki. W takim wieku zaczął pracę w IDD, taki też miał staż w firmie. Tyle czasu zostało mu do przejścia na półemeryturę. Jakby wędrował wąskim mostem nad przepaścią. Po jednej stronie to, co było, po drugiej to, co ma nadejść. Dwa równe odcinki. Chociaż właściwie nie most, a tama. Miał wrażenie, że niegdyś nurt życia był bardziej wartki i… nie przeszkadzało mu to. Przeszłość to dziki, górski strumień, a przyszłość chciałby widzieć jako spokojną toń, ujarzmiony żywioł. Potrafił teraz dłużej czekać. Niewiele brakowało, by jego związek z rudą, temperamentną dziewczyną, młodszą o dwadzieścia osiem lat, mógł wznieść się na kolejny poziom. Obecnie wśród osób chcących uchodzić za modne, cenione jednostki – a któż by nie chciał? – w stosunkach damsko-męskich i we wszystkich pozostałych konfiguracjach dominowała Droga Dwudziestu Ośmiu Szczytów, naukowo udokumentowany i zaaprobowany przez IDD schemat rozwoju związku. Jeszcze tylko dwie, zgodnie z kanonem wypełnione wyłącznie seksem schadzki, by oznajmić w sieciach społecznościowych osiągnięcie kolejnego etapu znajomości, drogę osobistego powolnego poznawania drugiej osoby. Przejście od spraw cielesnych do relacji intymnych. Nie jest łatwo, pomyślał, tak po prostu pogadać z dziewczyną, najpierw gimnastyka. Brakowało mu obecności kobiety, wnoszącej swój punkt widzenia do męskiego, uproszczonego życia, które wiódł. Mieszaniny ciepła, odrobiny złośliwości, codziennych, drobnych nieporozumień, troski, życzliwości. Skrawka miłości, którego można by się uchwycić i pielęgnować. Dojrzał do tego, a i dziewczyna wydawała się dojrzała, we wszystkich aspektach. Wiedział przecież o niej sporo, chociażby ten wpis jednego z byłych chłopaków – „zbyt poważna”. Był na nią gotów.

Tyle też było stopni do zlokalizowanego poziom niżej parkingu. Lubił obchody. Przemierzając ciągnące się bez końca korytarze gmachu IDD, wpadał w rodzaj wyzwalającego transu. Niestety, tym razem spokój został zakłócony. Kilkadziesiąt minut temu był świadkiem, jak G A Ztern, jeden z najbardziej porywczych spośród wieczne skłóconych ze sobą szefów IDD, w części dla petentów osobiście odprowadza szczupłego, srebrnowłosego mężczyznę do samochodu. Co gorsza, zdradliwa akustyka pomieszczenia dostarczyła pożegnalne słowa, jakie pogardliwym tonem Ztern rzucił do tamtego: „Widziałeś obiekt. Dziś, koziołku”. Zastanawiający szczegół, z grupy tych, których lepiej nie zauważać. Ten sam G A Ztern, zarazem ponury i nieskrywający uśmiechu zadowolenia – karykaturalnego grymasu, który nieczęsto wykwitał na jego twarzy – sterczał obecnie w głównym hallu obok wyjścia na parking, w części dostępnej jedynie dla pracowników. I – strażnik mógłby postawić kapsle przeciwko orzechom – każdy, na kogo padł wzrok zwyrodniałego ważniaka, czuł się jak zwierzyna na strzelnicy.

Albowiem prosty był świat G A Zterna. Przecinała go bariera typu antifaschistischer Schutzwall – który od 13 sierpnia 1961 do 9 listopada 1989 oddzielał Berlin Zachodni od Berlina Wschodniego. Po jednej stronie ci, których się bał i m u s i a ł zniszczyć, po przeciwnej masa pogardzanych. B I Jordana trawiła myśl, że mógłby zostać wrzucony do pierwszej grupy, a dobrze wiedział, jak kończą wrogowie G A Zterna. Czasami musiał brać jego zlecenia. Nie nęciła go przemoc, na szczęście zawsze można wziąć tabletkę czy zagadać z behawiotechnikiem, żeby wykasował upiorne wspomnienia. Chociaż była to ostateczność, bo zabieg niósł ze sobą pewne ryzyko.

Miękki dźwięk obwieścił przybycie windy i wysiadł z niego kolejny z dowodzących organizacją, W A Major. Tego nie znosił i obawiał się równie mocno, co porywczego G A Zterna, tym razem przyczyną były nieszablonowe zagrywki, które Major stosował. Zapewniały mu sukcesy i rosnące grono wrogów.

Strażnika kręciło w kościach, oznaka zdenerwowania. Dwóch niecierpiących się nawzajem zwierzchników wydawało się wypełniać cały olbrzymi hall. Nierozładowane napięcie zawisło w powietrzu. Nadciąga burza, jedna z tych wyłaniających nowy porządek. Szlag – snuł rozważania Jordan – czemu na mojej służbie? Czemu moje oczy to widzą i mózg rejestruje? Ze złością zamknął najnowszy filmik wyeksploatowanej już nieco Giny Va, gwiazdeczki desperacko dostarczającej niewybrednej rozrywki, przy okazji mikrogestem trafiając w policzek dziewczyny. Wyświetliła się reklama chirurga plastycznego.

– Już jadę – wymamrotał niewyraźnie. – Zamień mnie w tę małą dziwkę, ją w strażnika B I Jordana. Jak z nim skończą, niech zakażą pornografii wszystkim celebrytkom o pseudonimach na V, a następnie… Stop wyobraźnia. Dogmat – nienaruszalna, podstawowa teza, pewnik – głosi, że nie uciekniesz, choćbyś miał rakiety w stopach.

W A Major szedł wyprostowany, z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, jakby nie rejestrował wbitego w siebie spojrzenia G A Zterna, niemal namacalnego strumienia nienawiści. Rozświetlone złowrogą poświatą powieki powoli złączyły się i w tym samym momencie holopromień objął W A Majora, kierując go ku Ambonie. Obecni w hallu pracownicy zastygli w pełnych szacunku pozach, obserwując postać znikającą w pozbawionej jakichkolwiek zdobień kabinie, umieszczonej w centralnym punkcie pomieszczenia.

Znowu nagroda, pomyślał B I Jordan. Nic dziwnego, że G A Zterna tak nosiło. W A Major szedł na rekord. Ostatnio został nagrodzony za rozbicie szajki wariatów, którzy napisali wirusa, mającego masowo atakować drukarki. Każde zlecenie miały zamieniać w wytwarzanie pisma zatytułowanego „Święta Księga – wersja ostateczna stabilna”, siedemset stron zadrukowanych wyłącznie zdaniem „Baw się, pracuj”, na dole każdej z nich widniało logo Instytutu i hasło „Zaaprobowane przez IDD”. Ci biedni, naiwni młodzieńcy pewnie nawet nie wiedzieli, że p r a w d z i w e logo Instytutu podlega ciągłej ewolucji. Na przykład teraz dopracowana animacja prezentuje skanowanie tęczówki W A Majora, olbrzymi najazd na wszechwidzący symbol IDD – wysokiej rozdzielczości obraz trójwymiarowego oka o przenikliwym spojrzeniu – i rozbłysk światła w miejscu, gdzie mała cząstka tęczówki zostaje zastąpiona rysunkiem tęczówki W A Majora. Rozlega się niski jęk dzwonu i następuje jeszcze jeden akt – przez chwilę w oku IDD jarzą się miejsca, którym kształt nadany został ku chwale W A Majora.

W takich chwilach B I Jordan zawsze się zastanawiał, co by się stało, gdyby ktoś zgarnął tyle wyróżnień, iż stałby się wzorcem całego logo. Czy ta osoba nagle zaczęłaby rosnąć, aż do osiągnięcia dominującej pozycji na mapie miasta? Zastąpiłaby Instytut „Dobry Dom”, siedząc okrakiem na dawnej siedzibie? On zaś, zamiast po niemających końca korytarzach, maszerowałby na przykład po gigantycznej małżowinie W A Majora, sprawdzając, co słychać.

Nieświadomy jego rozmyślań W A Major opuścił Ambonę, oszczędnym gestem powstrzymał oklaski i skierował się ku garażom, jednak na widok G A Zterna płynnie zmienił kierunek, nie dając po sobie poznać, iż go zauważył. W tym samym momencie na Ziemi i rozsianych po okolicy koloniach miało miejsce wiele wydarzeń, jednak dla B I Jordana liczyło się tylko jedno – zauważył triumfujący błysk w oku G A Zterna. Pech chciał, że został przyłapany na tym spojrzeniu. Zrezygnowany błyskawicznie ustawił żądanie wizyty u behawiotechników, jak najszybciej, dodał przy zgłoszeniu, błagam. Awaryjne czyszczenie pamięci. G A Ztern skinął głową, pogardliwie wydął wargi i przerzucił spojrzenie na logo, a on, spocony i drżący, przegapił przechodzącego w charakterystycznej pozie W A Majora. Ten pokręcony dziwak chciał „przybić piątkę”!

Jednemu ważniakowi podpadł, drugiego zignorował. A to nawet nie połowa zmiany. Brawo. Ile jeszcze uda mu się dziś osiągnąć?

Czuł chłód, jakby zimne kryształki oblepiły szyję. Tak kończysz, gdy dostaniesz się w wir intryg szefostwa. Wyżęty z życia nie wiesz, czy, kiedy i gdzie zjesz kolację. Nie ma znaczenia, że tylko wypełniasz obowiązki. Nie ma przecież takiego przepisu, który każe ostrzec, gdy człowiek pakuje się w gówno. Nie pojawi się plansza z tłumaczeniem. Bogowie nie spowiadają się wyznawcom. Jesteś marionetką w grze, której zasad nie znasz. Jeden z wszechwładnych magów przechodząc obok wysysa z ciebie życie, drugiemu wystarczy do tego spojrzenie. Twoja rola skończona. Sytuacja przegrywasz-przegrywasz, bo jeden ma pretensje, że coś zauważyłeś, a drugi, że przegapiłeś.

Mógł myśleć tylko o Walterze J. Freemanie, którego zdjęcie pokazał mu któryś z behawiotechników. Walter J. Freeman od 1936 r. propagował sposób prowadzenia lobotomii przedczołowej poprzez wbijanie szpikulca do lodu przez oczodół pacjenta (wprowadzając go pod gałkę oczną) i cyt. "obracanie go jak mieszadełka do koktajli wewnątrz mózgu“. Scena może wyglądać tak: G A Ztern oraz W A Major wyrywający sobie szpikulec, pomiędzy behawiotechnikami, podczas pokazowej lekcji historii. Bo nie będzie rzutu monetą, kto gra rolę Freemana. Będzie za to unieruchomiony B I Jordan, świadomy i z szeroko otwartymi oczami. No i obowiązkowy spasiony, żarłoczny kot, przecież nikomu nie będzie się chciało sprzątać. Po wszystkim mistrzowie ceremonii zadbają, by świadkowie nawzajem wymazali sobie z pamięci wydarzenie. Plus krążący po sieci tytuł „Wadliwie wykonany szpikulec do lodu przyczyną tragedii! Kliknij i oglądaj zdjęcia!”.

Cóż, z rudą też mu się nie uda. Nie ma co się oszukiwać. Spotykała się z nim tylko dlatego, że pracował w IDD. Znajomy analityk podesłał mu raport, a on nie umiał się powstrzymać i zapoznał się z nim. Nie chodziło jej o strażnika B I Jordana, tylko o to, co reprezentował. Władzę. Nie jego penis penetrował ją dwadzieścia sześć razy – rozkładała nogi przed instytucją. Nici z poważnego związku, nie byłby w stanie jej szanować. Nici z wszystkiego, będą mu grzebać w mózgu, wyciągać i wkładać tam różne rzeczy, aż trafi do słynnej galerii dziwaków behawiotechników, „bo mózg jest skomplikowanym organem”, tak jak ten gość, który zatrzymywał się na każdym wyrazie kończącym się na „a”, rozglądając zdezorientowany wkoło, delikatnie tłumiąc beknięcia.

Siła, nad którą nie mógł zapanować, kazała mu jeszcze raz spojrzeć na G A Zterna. Tamten stał wciąż nieruchomo, z pogardą wymalowaną na twarzy i patrzył dokładnie w jego kierunku, a potem coś we wzroku złowrogiego mężczyzny zmieniło się i nagle poczuł, że B I Jordan dla niego już nie istnieje. Po chwili G A Ztern tym samym spojrzeniem objął malejącą w oddali sylwetkę W A Majora. Jakby obaj stali się już tylko pomijalnym aspektem egzystencji. Czymś, co miało miejsce i koniec.

 

Miasto nasiąkało deszczem. W A Major był zapewne jedyną osobą w całej metropolii, którą fakt opadów zaskoczył. Nie odebrał chłodnych, kojących kropli jako prezentu. Czuł zniechęcenie. Maszerował, próbując nie dać po sobie poznać znużenia, niezdecydowany, z jaką prędkością powinien iść, by sprawiać wrażenie pewnej siebie osoby, świadomej swej wartości i celu.

Tylko nieliczni wiedzieli, że nagroda, lub NAGRODA, jak było to przedstawiane w wewnętrznych materiałach, nie polegała wyłącznie na utrwaleniu cząstki siebie w logo. W momencie wejścia do Ambony wyłączano komputer osobisty. Komu przyszłoby do głowy, że jest to w ogóle możliwe? To dlatego nie został ostrzeżony o zwykłym przecież zjawisku atmosferycznym. Nie był to jego pierwszy raz, a jednak czuł się bezbronny, pozbawiony podstawowych informacji, cofnięty w rozwoju o całe wieki. Nie wiedział, czy serce nie bije za szybko, czy stężenie kwasu mlekowego związane z tempem marszu nie wzrasta ponad normę. Nie było żadnych podpowiedzi, odczuwał brak słów i danych. Czy wystarczająco często mrugał?

Weźmy autobus, umieszczony na nim numer nie przedstawiał w jego sytuacji żadnej wartości. Oczy W A Majora przekształciły się w pasywną, martwą tkankę, jedynie przesyłającą obraz do mózgu. Nie wyświetliła się trasa pojazdu, siatka połączeń. Był zły na siebie, że na widok G A Zterna zrezygnował z zejścia do garażu, ale po prostu miał dość tej obleśnej gęby.

Teraz oczywiście żałował, bo miast brudzić buty w mętnych kałużach – nie wiedział nawet, jak są głębokie, starał się więc omijać wszystkie, wprowadzając niekiedy chaos w sprawnie przemieszczającym się tłumie mieszkańców – rozciągnąłby się na siedzeniu, werbalnie dyktując trasę przejazdu

Jak to Ztern krzyczał na tych zboczonych imprezach, które urządzał w domach ofiar? „Ja chcę mocniej!”. A w jednej spośród urządzonych z wulgarnym przepychem rezydencji, otoczona wyszkolonymi przez okrutnego właściciela zwierzętami czekała na powrót bestii ta kobieta z językami zastępującymi palce, tajny eksperyment Zterna. Informacja owa spłynęła do W A Majora niczym błyszcząca złota rybka, czekająca na wypowiedzenie życzenia. Musiał przemyśleć sprawę. Chodziło o jak najmocniejsze uderzenie w jawnie mu wrogiego współkierującego IDD. Za słaba rzecz, by wyeliminować go całkiem z gry, ale swoją wagę miała.

Zastanawiał się też nad drugim aspektem NAGRODY. Pozostali pracownicy IDD zostali oficjalnie powiadomieni, ze szczegółami, czym zasłużył sobie na wyróżnienie. Lecz nie on. Taka była zasada. Chociaż był u samego szczytu władzy, nie było wyjątków. Musiał następnego dnia dostarczyć własnoręcznie spisaną notatkę rozpoczynającą się słowami „Nagrodę otrzymałem słusznie, ponieważ…”.

No właśnie, ponieważ co? Czyżby chodziło o tego mimo… mimozowatego? Modzelowatego? Bez podpowiedzi nie był pewny, które słowo jest odpowiednie na opisanie srebrnowłosego mężczyzny. Bo odkrył, że gość jest po prostu smutny, a nie wciska pręta, ręki czy jak to się mawia w szprychy systemu? Wspaniała historia i – co niebywałe – prawdziwa. Żer dla działu PR. Troskliwy pracownik IDD i zagubiony obywatel. Profilerzy wykasują smutasowi wspomnienie tej cizi z młodości, której nawet nie dotknął, ba, której pewnie nawet nie był łaskaw poinformować o swym zadurzeniu. Hokus-pokus i niespodziewane zarzewie problemów zostało ugaszone. Czy można tak po prostu przestać brać udział w społeczeństwie? Wyłączyć się z gry, nie pisywać o sobie, nie sprawdzać, co u innych. Stanąć z boku niczym nadąsana księżniczka. Nie jest łatwo utrzymywać system w stanie chwiejnej równowagi. W końcu z małej chmury lawina? Korozja drąży skałę?

Był wkurzony na srebrnowłosego gogusia. Zły. Nie zagniewany, lecz pełen furii. Gniew wzbierał w nim gwałtowną falą. Załatwi ponuraka! Skasuje. I to wszystko z powodu jednej dupy! Przy tym przeludnieniu! Bezrefleksyjny, zapatrzony w siebie samolub.

Przyrzekł sobie, że gdy błogosławione autostrady bitów przyjmą go na powrót, skontaktuje się z ludźmi od ankiet. Raz na kwartał każdy obywatel dostaje do wypełnienia oficjalny rządowy dokument. Rodzina zbiera się, dyskutując nad pytaniami, stawiają krzyżyki w wybranych polach i na koniec każdy przykłada kciuk w odpowiednim miejscu, sądząc, że ich odpowiedzi są istotne. Tymczasem, gdy smutny pan przystawi swój palec, inteligentny papier rozpozna DNA i wykonana zostanie zaprogramowana akcja, ukierunkowana wyłącznie na niego. Co zastosują? Aerozol ze spreparowaną sekwencją DNA? W następstwie rak? Najlepiej z tych kurewsko bolesnych.

Nie otrzymywał informacji z zewnątrz, jak i wewnątrz. Nie wyświetlały mu się punkty pokazujące, gdzie w mijanych budynkach są istoty żywe. Nie znał temperatury otoczenia, swojego ciała, nie był pewny, czy dziwne uczucie w żołądku to głód, reakcja na stres czy licho wie, co jeszcze. Mocno zacisnął szczęki, bo czuł, że zacznie krzyczeć z tak wielką energią, iż budynki złożą się niczym makieta wykonana z cienkiej bibuły, aż fala uderzeniowa powróci, powalając i jego. Wszystko przez gościa, który postanowił nie zdradzić innym swojego sekretu, nie podzielić się problemem, tylko schował się niczym ten, jak mu tam, ślimak? Chomik? Które ze zwierząt targało na grzbiecie skorupę, w którą wciskało się w razie niebezpieczeństwa? Do cholery, ponuraku. Przecież są tęczowe tabletki, na każdym rogu stoi psychomat. Jest nas tyle, że nie ma miejsca na anomalie. Odrobina zrozumienia, czym jest nowoczesne społeczeństwo. Sieć połączonych węzłów, jak zerwiesz jeden, całość się sypie. Tak, załatwi go, zgniecie. Bo czuł to, tamten jest tchórzem.

Nie to, co strażnik, który chłodnym spojrzeniem pożegnał go w siedzibie IDD. Przeskanował go, nieruchomy jak grecka kolumna. Znał swoje miejsce i wartość, nawet szefowi potrafił pokazać, że trwa niezłomny na posterunku, gdzie nie ma miejsca na dziecięce zabawy. To był impuls, chciał wprowadzić tego bezimiennego obecnie strażnika w zakłopotanie, „przybijając piątkę”, ale tamten zachował się tak, jak powinien. Będzie musiał zwrócić na niego uwagę, tacy ludzie są potrzebni. Twardzi, zdyscyplinowani.

Bez maski Rozszerzonej Rzeczywistości ulica nawet w strugach deszczu wydawała się ponura i brudna. Dostrzegał zniszczone elewacje, zmatowiałe szyby. Pęknięcia idealnego świata pozbawionego zwyczajowego retuszu. Proste konstrukcje, nieprzystające do otoczenia, które jeszcze wczoraj postrzegał jako drzewa, krzewy. Karykaturalny obraz świata, do którego wtrącony został w nagrodę, która była jednocześnie ostrzeżeniem, jak może wyglądać życie, jeśli odpuści się w najbardziej nawet błahej sprawie.

Bezwiednie uniósł głowę i wzdrygnął się. Nie było widać gwiazd i nie mógł w intuicyjny sposób przebić się przez pokrywę chmur, śledząc uspokajający taniec satelitów. Nadspodziewanie mocno go to zabolało. Kiedyś, gdy zaczynał pracę w terenie jako początkujący agent, ścigał pewną dziewczynę. Nie pamiętał powodu. Erupcja wulkanu w odległej Islandii na kilka dni uwięziła ich na frankfurckim lotnisku. Usiadł naprzeciwko i po wyrazie jej twarzy zorientował się, iż rozszyfrowała go. Nie uciekała, nie panikowała. Dokończyła kawę i powoli podeszła. Nie była skończoną pięknością, lecz jej oczy cechowała niesamowita intensywność, blask, który niepokoił i pociągał. Ujęła dłoń W A Majora i zaprowadziła go do znajdującego się na terenie lotniska hotelu, w którym zakwaterowano pasażerów w oczekiwaniu na wznowienie lotów. Spali ze sobą i mieszkali, nie poruszając tematów zawodowych. Na pożegnanie uścisnęła mu dłoń, a on wyrzekł jedynie: „W końcu któreś z nas zginie”. Z goryczą posłała pozbawiony ciepła uśmiech.

Szedł śladem tych oczu – nieskończonej przestrzeni pełnej wesołych iskierek. Dopadł ją w jakimś azjatyckim mieście. Po prostu był szybszy, żadne z nich nie cofnęło ręki. Oczy, w których schowane było całe niebo, rozgwieżdżone i pulsujące energią, traciły blask. Ku jego zdumieniu zamiast bólu wypełniła je ulga. Naprawdę nie mógł sobie przypomnieć, czemu ją ścigali, ale wtedy nogi ciążyły mu równie mocno, jak teraz. Siłą woli zmuszał stopy do walki z grawitacją, eony mijały w takt powolnego marszu pośród zamierającego deszczu.

Dawno już opuścił tętniące życiem centrum i ledwo żarzące się lampy nie rozświetlały ciemności, wydzielając tylko małe wysepki lichego światła. Sceneria idealnie pasowała do przeczytanego gdzieś zdania, iż pomimo pozorów rozwoju żyjemy w epoce schyłkowej. A gdy zgaśnie ostatnie światło…

Zauważył ruch. Na skrawku trawnika dojrzał małe, pracowite stworzenie, niesamowicie szybkie. Zafascynowany przystanął, próbując przywołać z pamięci jego nazwę. Wiewiórka! Zdał sobie sprawę, że ponieważ komputer nie działa, zwierzę musiało być p r a w d z i w e. Inni piesi z rzadka mijali go, pochłonięci swoimi sprawami. Co najmniej w równym stopniu nie zwracali na siebie uwagi. Zwierzątko czyściło futerko. Naraz przechyliło łepek, zastygło i bezgłośnie znikło. Była to dosłownie zero-jedynkowa sekwencja, nieruchomy ssak i jego brak. Sam był zaskoczony własnym śmiechem, ale obecność stworzenia, które znalazło swoją niszę w niesprzyjających warunkach, natchnęła go otuchą. Rozejrzał się rozluźniony i zdał sobie sprawę, że otacza go pustka. Nieliczni przechodnie zbici w grupki obserwowali go z pewnej odległości. Ktoś krzyknął.

Odwrócił się i zrozumiał. Zostali ostrzeżeni, a on nie miał szans. Auto wbiło się w niego, przyciskając do ściany. Czas rozciągnął się w niemą sekwencję zatrzymanych obrazów. Szyba eksplodowała milionami odłamków błękitu. Bez trudu rozpoznał kierowcę o smutnej, pozbawionej emocji twarzy. Mój spokój również jest bezgranicznie nieskończony, pomyślał. Uśmiechnął się do srebrnego. Ciało zaczęło nadawać ból i już nie mógł skupić się na niczym innym.

 

Cytaty:

pl.wikipedia.org/wiki/Skąposzczety

pl.wikipedia.org/wiki/Zamek_w_Chambord

sciaga.pl/tekst/80382-81-co_to_jest_historia

pl.wikipedia.org/wiki/Logika

sjp.pl/dogmat

pl.wikipedia.org/wiki/Lobotomia

IDD://

Koniec

Komentarze

Mam nadzieję, że nie obrazisz się, jeśli zrobię kopiuj-wklej z mojej opinii w wątku silmarisowym: 

Przeczytałam. I tyle. I od wczoraj już zdążyłam zapomnieć, o czym to było – musiałam ponownie zerknąć w trakcie pisania tych kilku słów. Temat ciekawy, nie powiem, że nie. Ale opowiadanie napisane – jak dla mnie – zbyt męcząco. Poczułam się zalana słowotokiem, w którym się gubiłam, bo styl pozwalał, żebym traciła koncentrację.

I pozostanę przy tym zdaniu. Ciekawy temat, ale jak dla mnie podany mało strawnie. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Niesfochowawszy, dzięki, śnią­ca

Twoja opinia moim zdaniem nieobrażająca (podejrzewam, że jesteś mistrzem świata w wyrażaniu opinii śniącej)

 

Wydaje mi się, że ostatnia część opowiadania (kulminacyjna) była dla Ciebie najbardziej zjadliwa.

Nuta:

{ o }===(:::)

 

Skądś to znam… ;-)

Jak zwykle u Ciebie, tekst niełatwy, ale ciekawy. Świat aż gęsty od szczegółów, różnych odniesień. Fajna koncepcja Nagrody, która okazuje się mieć skutki uboczne.

Szkoda, że nasz edytor nie pozwala zaszaleć z czcionkami.

Chętnie przeczytałabym nieco więcej wyjaśnień. Albo zrozumiała, dlaczego akurat taki tytuł. Ale pewnie nie można mieć wszystkiego.

Babska logika rządzi!

Och @Finklo @Finklo  co do edytora, na szczęście w Silmarisie jest przecież lepiej!

Co do wyjaśnień i reszty – chyba jestem w stanie dość wiernie odtworzyć co i skąd się zawzięło, jeśli masz pytania i uważasz, że to choć ciut, odrobinkę, niczym radośnie pląsający w smudze wiosennego promyka kurzyk uprzyjemni Twoją egzystencję – śmiało tu lub na priv.

Definicja Nagrody niestety nie wzięła się znikąd – chyba w każdym systemie totalitarnym taka instytucja istniała|istnieje. Niefajna pułapka. Ponadto pamiętam, że jeśli zamiast przesłuchań kazano jeńcom napisać o sobie, to często przesłuchujący dowiadywali się więcej, niż od kolegów na torturach. Też niefajnie.

A gdyby brała Cię grypa, oto pomoc: ┣▇▇▇═─

 

pzdr

Hmmm. Czytałam dość dawno (teraz tylko przejrzałam) i mogłam zapomnieć o wyjaśnieniach, które jednak w tekście się znalazły.

Za co główny bohater dostał nagrodę?

W jaki sposób petent tak to wszystko doskonale zaplanował? Dlaczego?

Co łączy tytuł z treścią? ;-)

Babska logika rządzi!

Mam wrażenie, że czasu przeznaczonego na lekturę Podwójnego salta niemrawej błystki chyba nie spożytkowałam zbyt dobrze, bo za nic w świecie nie potrafię sobie uświadomić, co przeczytałam. :-(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cna @re­gu­la­to­rzy, ten tłu­mek pa­trzy z po­tę­pie­niem za to, cóżem Ci uczy­nił: ʕ•̫͡•ʕ*̫͡*ʕ•͓͡•ʔ-̫͡-ʕ•̫͡•ʔ*̫͡*ʔ-̫͡-ʔ

I ro­śnie (ʕ•̫͡•ʕ*̫͡*ʕ•͓͡•ʔ-̫͡-ʕ•̫͡•ʔ*̫͡*ʔ-̫͡-ʔʕ•̫͡•ʕ*̫͡*ʕ•͓͡•ʔ-̫͡-ʕ•̫͡•ʔ*̫͡*ʔ-̫͡-ʔ).

 

@Fin­klo (cna?) Winny je­stem sam sobie, bo 29 paź­dzier­ni­ka za­wsze speł­niam ludz­kie proś­by (ina­czej ato­po­wa wy­syp­ka nie­sym­pa­tycz­na i trud­na do za­le­cze­nia). Toteż nie wy­cho­dzi­łem z domu, żeby się nie na­dziać, ale jak się oka­za­ło, przez In­ter­net też ten przy­mus dzia­ła, toteż przy­stę­pu­ję.

Tytuł sta­nie się oczy­wi­sty, gdy opo­wiem, jak się za­po­zna­łem z tą hi­sto­rią. Po­cząt­ko­wo mi­gnę­ła mi gdzieś in­for­ma­cja, że jeden srebr­no­wło­sy gość zo­stał za­pro­szo­ny do IDD, ale upie­kło mu się (pierw­sze salto), a po­nad­to za­ła­twił biu­ro­kra­tę z IDD, który go in­da­go­wał (salto numer dwa).

Czemu spra­wa mnie za­cie­ka­wi­ła? Przez nik­czem­ny cha­rak­ter mia­łem przez jakiś czas do­stęp do sys­te­mu IDD i od­kry­łem (dla rymu – kiedy jesz­cze żyłem), że w IDD srebr­ne­go przy­jął gość, który był na krót­kim za­stęp­stwie. Ot, po­my­śla­łem, pe­cho­wiec, ale przy­cią­gnę­ła moją uwagę notka, że był z samej wie­rusz­ki IDD, która to in­for­ma­cja zo­sta­ła wy­czysz­czo­na z pu­blicz­nie do­stęp­nych źró­deł. Ot, tak, z nudów po­szu­ka­łem co tam w IDD mają o W A Ma­jo­rze, i oczy­wi­ście było w s z y s t k o.

Co mnie w go­ściu ujęło? Że wy­da­wał się nawet w po­rząd­ku, na ten przy­kład jak kupił droż­dżów­kę, i oka­za­ła się z serem, to nie wy­rzu­cał, tylko zja­dał (cho­ciaż mu nie sma­ko­wa­ła). Moim zda­niem do­wo­dzi to wiel­kie­go sza­cun­ku dla cu­dzej pracy a może i nawet sze­rzej się to roz­cią­ga (bo nie był skąpy). A jed­nak po­tra­fił robić rze­czy plu­ga­we – tak jak in­stru­men­tal­nie po­trak­to­wa­nie po­ło­wi­cy (nie wni­kaj­my, spra­wa genów czy śro­do­wi­ska). Tak że przez W A M wcią­gną­łem się w temat.

Ma­te­ria­łu mia­łem mul­tum, więc po­sta­no­wi­łem sku­pić się tylko na dniu ostat­nim (w ar­chi­wum IDD był nawet zapis myśli W A M z ostat­niej go­dzi­ny, jak się oka­za­ło mają taką tech­no­lo­gię, mózg i kom­pu­ter oso­bi­sty muszą być w miarę nie­usz­ko­dzo­ne). Tak że część trze­cia (jak wy­szedł z pracy) to w za­sa­dzie zapis świa­do­mych myśli, które Ma­jo­ro­wi prze­mknę­ły w tych chwi­lach.

Co do Na­gro­dy i skąd i jak ten srebr­no­wło­sy? Tutaj nie­ste­ty nie mam peł­nej wie­dzy (tylko 74.721%).

Moja hi­po­te­za jest taka, że G A Z wy­ko­rzy­stał oka­zję (ten im­puls W A M, by za­stą­pić swo­je­go pra­cow­ni­ka). Srebr­ny jak nic był czło­wie­kiem G A Z, który miał ode­grać rolę w ja­kiejś in­try­dze, któ­rych – jak w każ­dej or­ga­ni­za­cji – jest wię­cej niźli liter w tym po­ście, a, jak widać na dłoni, nie prze­pa­da­li za sobą. G A Z mu­siał w jakiś spo­sób uzy­skać wpływ na przy­zna­wa­nie Na­gród (a W A M ostat­nio miał ich sporo, co uła­twia­ło spra­wę), dzię­ki czemu do­stał tego ostat­nie­go nie­ja­ko na ta­le­rzu.

Za­sta­na­wia mnie nawet ta wie­wiór­ka (do­pie­ro teraz wpa­dło mi to w oko). Była praw­dzi­wa, a G A Z tre­so­wał zwie­rzę­ta. Ale to już mu­siał być po pro­stu przy­pa­dek, nie je­stem w sta­nie uwie­rzyć w aż tak ko­ron­ko­we akcje. Jed­nak­że to, że W A M przy­sta­nął po­ga­pić się na to spryt­ne stwo­rze­nie, nie­ja­ko tech­nicz­nie uła­twi­ło spra­wę.

Tak widzę aspek­ty, o które py­ta­łaś.

Gdy­byś jesz­cze, pa­mię­taj, za parę minut będę uwol­nio­ny i za­miast praw­dy mogę tro­chę ubar­wiać.

pzdr

٩(– ̮̮̃-̃)۶

No widzisz! Ta informacja o tresowaniu zwierząt mi umknęła! A to przecież wszystko wyjaśnia. ;-)

<skrobie w notesie: zadawać GaPie ważne pytania tylko 29.10>

Babska logika rządzi!

Och, GaPo, tłumek jest śliczny, ale nie powinien patrzeć na Ciebie, a już na pewno nie z przyganą, bo przecież pisać umiesz. Już lepiej niech na mnie spoziera, z politowaniem, że urody tekstu i przesłania nie dostrzegam.  

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Finkla – to, jak powiada wyrośnięta młodzież, morowo! (Co do 29.10 to na szczęście wiemy tylko my. Żebyś miała pełny obraz to wiedz, że mogłem wybrać 29.2 ale za 29.10 była jedna czekolada więcej. Wybór był prosty)

 

@regulatorzy – Ty mówisz jedno, a Ci łypią na mnie. ʕ•̫͡•ʕ*̫͡*ʕ•͓͡•ʔ-̫͡-ʕ•̫͡•ʔ*̫͡*ʔ-̫͡-ʔʕ•̫͡•ʕ*̫͡*ʕ•͓͡•ʔ-̫͡-ʕ•̫͡•ʔ*̫͡*ʔ-̫͡-ʔʕ•̫͡•ʕ*̫͡*ʕ•͓͡•ʔ-̫͡-ʕ•̫͡•ʔ*̫͡*ʔ-̫͡-ʔʕ•̫͡•ʕ*̫͡*ʕ•͓͡•ʔ-̫͡-ʕ•̫͡•ʔ*̫͡*ʔ-̫͡-ʔʕ•̫͡•ʕ*̫͡*ʕ•͓͡•ʔ-̫͡-ʕ•̫͡•ʔ*̫͡*ʔ-̫͡-ʔʕ•̫͡•ʕ*̫͡*ʕ•͓͡•ʔ-̫͡-ʕ•̫͡•ʔ*̫͡*ʔ-̫͡-ʔ

Wiem co będzie, zaraz zaczną spadać z monitora, potem zapchają mi odkurzacz, życie zacznie się walić. Uruchamiam radio i wieję w sen.

 

pzdr

♫♪.ılılıll|̲̅̅●̲̅̅|̲̅̅=̲̅̅|̲̅̅●̲̅̅|llılılı.♫♪

 

;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie no, jasne – z dodatkową czekoladą nie ma dyskusji. ;-)

Mleczna czy gorzka? Dobra, wiem, że 29 już się skończył, więc możesz nałgać albo wcale nie odpowiedzieć.

Babska logika rządzi!

Mleczna, ale teraz wziąłbym gorzką (jeślibym wybrał słodycze ;(

3mka

くコ:彡

Pokrętnymi ścieżkami synaps

Synapsa to szpara, ciężko zatem, żeby przypominała ścieżkę.

 

Sytuacja przegrywasz-przegrywasz, bo jeden ma pretensję, że coś zauważyłeś, a drugi, że przegapiłeś.

Wydaje mi się, że miewa się pretensje – więcej niż jedną.

 

Czytanie tego opowiadania wywołało we mnie ambiwalentne emocje. Zaczyna się przydługimi, trochę przefilozofowanymi akapitami, jednak z jakiegoś powodu tekst zaczyna później wciągać. Nagle orientuję się, że czytam właściwie o niczym, ale z drugiej strony to futurystyczne nic jest całkiem zajmujące. Z jednej strony woda się leje, a z drugiej niektóre zdania są takie śliczne i celne, że aż się zatrzymywałem, żeby się pozachwycać.

Jak dla mnie – więcej plusów, niż minusów.

Pozdrawiam!

Mógłby rozwinąć.. Rozszerzyć o bazę międzyplanetarną z rotacyjnym ciązęniem gzie ją jajogłowi, ai ch żony puszczają się w kantynie z pilotami w habitacie?

Klik :D

Hmm... Dlaczego?

@MrBri­ght­si­de – dzięki za komentarz. Z synapsami jednak zostanę (hm, fajnie to zabrzmiało). W końcu biorą one udział w ścieżce komunikacyjnej (neuron, synapsa, neuron itd), uznajmy to za zgrubne ujęcie tematu.

Z laniem wody – noż tak miało być. Właśnie tak to widziałem – ten W A M z głową nabitą myślami, jeszcze komputer mu podrzucał co chwilę nie kwanty ale całe bloki informacji (to tak jakbyś szedł, zerknął na brzozę i zobaczyłbyś nazwę łacińską, miejsca występowania, kto sadził i tym podobne, w tej sytuacji zupełnie niepotrzebne informacje). A potem na dragach to słowa wypływają z niego, taki słowotok nie do opanowania, gada i gada. Tak się czasem człowiekowi paszcza otworzy i napawa się tym mieleniem ozora. Dysproporcja pomiędzy tym ile słów poszło od niego a ile od petenta oszałamiająca.

Tak że całe szczęście że w tej powodzi coś tam jeszcze Ci wpadło w źrenice ;)

 

@burk – w habitacie czy habicie? Rozważam obie opcje!

 

@Drewian – Kłaniam się więc.

 

pzdr

c[○┬●]כ

Nowa Fantastyka