- Opowiadanie: Architekt Chaosu - Wielkie kominy sięgają nieba

Wielkie kominy sięgają nieba

Opowiadanie zajęło I miejsce w konkursie Pigmalion Fantastyki 2016 w kategorii do lat 18.

Jest to zarówno moje pierwsze opowiadanie napisane na ponad 10k znaków i pierwsze, które wysłałem.

Trochę obawiam się odbioru – dlatego nie wstawiałem. Wiem, że będzie ogrom błędów składniowych i interpunkcyjnych... ale czas dorosnąć (To... takie ostrzeżenie).

Dzisiaj mam urodziny :)

Dodatkowo nie znalazłem tagów, które mogą pomóc: “Bóg”, “Twórca”, “Przypowieść”.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Wielkie kominy sięgają nieba

Pneumatyczne łoże powoli postawiło mężczyznę na ziemi. Przybysz wsłuchiwał się we własne tętno, które zdawało się zwalniać. Seledynowe światło wskaźników rozpraszało ciemność kapsuły. Jedynie co jakiś czas ciszę przerywało irytujące brzęczenie i migający na głównym ekranie napis: „AWARIA”. To wyjaśniało, dlaczego nie czuł powiewu wentylatorów, czyżby jedynym co trzymało go przy życiu, był zamknięty obieg powietrza w skafandrze? Chciał zobaczyć jego stan, lecz cyferblat był pęknięty.

Położył dłoń na włazie, a ten z cichym sykiem zaczął się otwierać; świat stanął przed nim otworem.

* * *

Błysk.

Podniósł głowę, gdy zawyły syreny.

Błysk.

Poderwał się, gdy zapaliły się czerwone lampy.

Błysk.

Zaczął biec w stronę kapsuł, kiedy dopadł go dźwięk rozrywanego metalu.

Błysk.

Odpalił silniki, nim statek został rozdarty na strzępy.

Błysk.

* * *

Obudził się, leżąc twarzą do ziemi. Musiał upaść, gdy wychodził z kabiny. Ze strachem dostrzegł, że na wizjerze pojawiły się rysy. Na szczęście wszystkie skafandry produkowane były na Ziemi, materiał nie do zdarcia, bo przecież Matka dba o swoje dzieci.

Rozejrzał się; dolina, w której wylądował była przeraźliwie pusta, ale mogła przypominać pod pewnym względem park – ogród angielski. Tylko ogrodnik musiał mieć wizję obłąkańczego spalenia wszystkiego, aż zostaną jedynie goła ziemia i kamienie. Żadnych roślin, z ziemi wyrastały tylko dwie identyczne kapsuły ratunkowe i kilkanaście kontenerów obleczonych w spadochrony. Charakterystycznym punktem wydawało się być oddalone wzgórze. Przynajmniej niebo było idealnie błękitne.

Podszedł do drugiej kapsuły i powoli otworzył właz. Zbryzgana krwią ściana jako pierwsza przykuła jego uwagę. Następnie zauważył pistolet w dłoni pilota. Biedny starzec, Mechanik znał go, to był już któryś kurs robiony razem. Teraz podszedł do pionowego łóżka i zamknął pilotowi oczy, potem wyjął z jego ręki broń, a następnie spojrzał na wentylatory. Tutaj także nie działały, pewnie nie uzupełnił powietrza w butli, a pasy trzymały go dopóki nie wylądował. Przybysz przed wyjściem podszedł jeszcze do ekranu. Nie chciał zostawać w skażonej śmiercią komorze ani chwili dłużej, ale ten komputer wydawał się być sprawny. Włączył przycisk i odczekał chwilę. Monitor zaczął jarzyć się przyjemnym, zielonym światłem, lecz aby go odblokować potrzebny był kod dostępu. Kod, który posiadał jedynie właściciel kabiny. Z żalem spojrzał ostatni raz na starca i wyszedł.

Zrezygnowany skierował swoje kroki w stronę trzeciej kabiny. Krótką chwilę zastanawiał się nad pewnym problemem. Na takich transportowcach załoga liczyła jedynie dwie osoby – pilota i mechanika. Pamiętał też listę ładunkową – jedynie sprzęt dla jakiejś górniczej kolonii. Nie było przewidzianego żadnego dodatkowego pasażera. Cóż, sprawa za chwilę sama się wyjaśni.

Położył dłoń, lecz właz nie reagował. Dopiero teraz dostrzegł zabezpieczenie. Dotknął zewnętrznych blach zbiornika, próbując znaleźć numer seryjny, ale cały osmalił się na brudnobrązowy kolor. Ze złością uderzył w ściankę. Tej kapsuły nie powinno tutaj być!

Wrócił do swojej kabiny. Jedyne co tam było to racje żywnościowe na miesiąc i małe pudełko. Popatrzył na swoją lewą rękę; była o tyle niezwykła, że kończyła się tuż za łokciem. Ot, wypadek jakich wiele, zwłaszcza czyhających na mechanika pracującego na podrzędnym transportowcu. Pudełko zawierało odpowiednie końcówki. Szybko wziął je i stanął przed zamkniętym włazem.

* * *

Właz kapsuły nosił znamiona nieudolnej i jakże nierównej walki. Ślady po płomieniu spawarki wyglądały niczym blizny po ranach zadanych cięciem miecza. Jednak „skóra” obrońcy była zbyt twarda. Czerwona lampka przy czytniku nadal odbijała się blaskiem, który przypominał wzgardliwy uśmiech przeciwnika stojącego nad pokonanym przeciwnikiem. Przeciwnika, na tyle pogardzającego swoją ofiarą, że nie wyprowadza śmiertelnego sztychu, jedynie czeka rozbawiony na kolejne ciosy, które z łatwością będzie mógł sparować.

Oszukanie czytnika także nie załatwiło sprawy. 

Zrezygnowany oparł się o ściankę kapsuły. Czy tutaj miał nadejść jego koniec? Zginąć na zapomnianej przez Boga planecie bez nazwy? Pamiętał, że droga nie była często uczęszczana, w dodatku nie mógł wezwać pomocy, nie bez nadajnika, który mógłby porozumiewać się z promami międzygwiezdnymi. Ale to będzie wymagało materiałów.

Nadzieja wróciła. Spojrzał na kontenery. To był jedynie ułamek całego transportu, aby odnaleźć resztę, będzie musiał zbudować radar, lecz do jego stworzenia powinno wystarczyć.

Ale czarne myśli powróciły. Osunął się na ziemię. Co z tego, że znajdzie sporo metalu, ba, uda mu się nawet stworzyć źródło energii. I tak nie będzie umiał tego złożyć w całość. Zaspawanie małej dziury lub połączenie kilku przewodów – tak, to był kres jego możliwości.

Akurat wstawał, gdy doszedł go dźwięk otwieranego włazu; włazu, z którego zaczął wydobywać się dym. Zapewne nastąpiło zwarcie w obwodach i dopiero teraz sygnał otwarcia został odebrany i wykonany przez oprogramowanie. Tak, to było jedyne logiczne wytłumaczenie. Podkręcił filtr i wszedł do kapsuły.

Mimo że z zewnątrz wyglądała identycznie jak dwie poprzednie, to w środku została zupełnie inaczej urządzona. Większość miejsca zajmowała kapsuła hibernacyjna starego typu, widział jedynie, że miała „zawartość”, nie mógł dostrzec jej stanu. Konsoleta posiadała jedynie przyciski zamknięcia i otwarcia. Resztę wyposażenia stanowiły dwie podobne szafy. Dawniej wszystko musiało sprawiać wrażenie sterylnego, zwłaszcza białe ściany, teraz osmalone od dymu.

Podszedł do konsolety i przełączył włącznik. Pokrywa otworzyła się i ukazała mu człowieka. Ciało martwego mężczyzny. Gdyby teraz się odwrócił, nie mógłby przypomnieć sobie jego twarzy. Leżący wyglądał nad wyraz zwyczajnie, ubrany był w szpitalną koszulę. Przybysz ponownie przełączył włącznik. Nie mógł otrzymać żadnej pomocy, był skazany jedynie na siebie.

Nadszedł czas na szafy, działały na podobnej zasadzie co właz. Wystarczyło położyć dłoń a one otwierała się z charakterystycznym sykiem. Mimo prawdopodobnej awarii komputera ten system działał bez zarzutu. Całą zawartość pierwszej stanowił stojak i wiszący na nim egzoszkielet. Mechanik nie widział jeszcze tak zaawansowanej generacji. Znając ceny najnowszych modeli, łatwo było ocenić, że jego wartość zdecydowanie przekraczała cenę samego transportowca. Całego wypełnionego towarem.

Podszedł do drugiej szafy, lecz ta nie reagowała. Zapewne to ona była źródłem problemu. Wrócił do pierwszej i zastanowił się przez chwilę, co takiego robił tajemniczy pasażer na peryferiach Kosmosu w jednym z najgorszych modeli statków. Przecież mógł spokojnie wykupić miejsce na jakimś luksusowym promie. Ale Mechanik szybko zagłuszył te myśli. Jednym ruchem zdjął sprzęt ze stojaka i wybiegł z kapsuły.

Samo wyposażenie było imponujące: od serwomotorów, przez działka o kilkumilimetrowej średnicy po lasery. Jedynym problemem było uruchomienie tego cudeńka. Bez problemu założył go na siebie. Wydawał się być stworzony dla osoby jego wzrostu i spokojnie mógł go założyć będąc w skafandrze. Lecz nie był w mocy się ruszyć. Dopiero teraz zauważył, że na pancerzu prawej ręki jest miejsce na cienką płytkę, musiała mieć kilkanaście centymetrów długości i kilka szerokości. Ot, skarb drugiej szafy.

Wydostał się z pancerza i odczepił mały toporek, który był zawieszony przy pasie egzoszkieletu, a następnie spokojnym krokiem ruszył w stronę kabiny. Bez problemu mógł dostrzec swój cel, ponieważ cały dym już zdążył się ulotnić. Pierwszy cios, ostrze wbiło się głęboko w blachę. Drugi cios. I trzeci. A potem zaczęły się błyski.

* * *

Wyszedł przed kapsułę, aby lepiej przyjrzeć się trofeum. Przebicie się przez drzwiczki zajęło mu więcej czasu niż przypuszczał. Lecz teraz ją miał. Tak jak przypuszczał, płytka miała idealne wymiary. Nie posiadała natomiast żadnej szczeliny, była jednolitym kawałkiem. Podszedł do pancerza z zamiarem zamontowania znaleziska, lecz w tym momencie wysunęły się z niej dwie igły. Zapewne była to jakaś aparatura pomiarowa, badająca jego funkcje życiowe. Wbił pierwszą w skórę i momentalnie spłynął na niego spokój. Narkotyk?! Jedynie siłą woli powstrzymał się przed jej wyrwaniem. Musiał to zrobić, teraz. Musiał.

* * *

Dzięki egzoszkieletowi rozładowanie wszystkich pakunków było banalne i szybkie. Nie musiał już nawet martwić się o wagę przedmiotów. Oczywiście niezawodny okazał się także ekran, który ożył zaraz po podłączeniu. Nie dość, że pokazywał wszystkie informacje o jego ciele, to posiadał potrzebne informacje na temat planety i jej złóż. Ba, nawet problem protukcji urządzeń został rozwiązany. Ekran posiadał potrzebne wykresy i przesyłał je wprost do wizjera umieszczonego przy oczach. Do tego korygował ruchy jego lewej ręki, dzięki czemu praca stawała się o wiele precyzyjniejsza.

* * *

Idealnie! Wszystko działało idealnie! Począwszy od wiertnic napędzanych węglem, po takie same podajniki aż po piece. Mechanik, który stał na wzgórzu i spoglądał na oddaloną dolinę z zachwytem obserwował ten piękny taniec, grację maszyny, która nie miała prawa zrobić żadnego błędu. Chwyt. Obrót. Puść. Obrót. I tak ciągle! Mógłby patrzeć godzinami, ale ten pokaz nie kończył się tylko na podajniku. Ruda jechała po taśmociągu do drugiej łapy a ta wsadzała ją do rozgrzanego pieca. A kominy, ach, te kominy, wyżej, wyżej! Ile w tym było namiętności, ile uczucia! Za piecem, taśmociąg rozdwajał się. Jedna droga prowadziła do obrabiarek, które kształtowały żelazo w równe płytki, a druga do kolejnego pieca. Na stal. Dzięki temu dzieło tworzenia zostanie rozwinięte.

Przybysz ruszył ku dolinie. Ekran miał wbudowany radar – ta wycieczka dostarczyła wielu niezbędnych informacji o pokaźnych złożach na północy. Będzie musiał tam pójść. Będzie musiał. Ale teraz patrzył, jak ku niebu sięgały czarne obłoki, niby bielmo, chroniące przed wścibskim okiem Boga.

* * *

Ekran zdobył informacje na temat obecnego zaopatrzenia i porównał je z listą ładunkową. Przybysz znał podstawy prawdopodobieństwa, ale gdy na kilkanaście skrzynek z ładunku liczącego kilkaset skrzyń ląduje akurat ta zawierająca kolektory słoneczne i akumulatory, to… musi być szczęście. Tak, dużo szczęścia.

Postawienie radaru było łatwiejsze niż uprzednio zakładał. Ustawienie kilku kolejnych stołów montażowych i złączenie ich liną taśmociągów, nie wymagało zbytniego wysiłku. Stoły same obrabiały części, pozostawiając mu jedynie ich połączenie, w czym również wyręczał go niezawodny komputer. Po chwili radar był w pełni sprawny.

Podsumował osiągnięcia dzisiejszego dnia. Miał zapewnione wszystko – od nadziei, przez jedzenie, po źródło prądu. Teraz mógł tylko czekać.

* * *

Obudził się, gdy noc otuliła wszystko ciemnym całunem. Odczuwał niepokój, nigdy w jego sercu nie pojawiło się tak silne uczucie. Było ono porównywalne jedynie z przeświadczeniem o nieuchronnej i nagłej śmierci. Wybiegł z kapsuły a latarka zawieszona przy jego piersi zapaliła się automatycznie.

Z jednolitych dźwięków w końcu udało mu się wyłapać poszczególne, takie jak warkot maszyn, jednostajne pikanie radaru, aż po szum wiatru. Lecz pomiędzy nimi było coś znacznie gorszego. Dźwięk drapania pazurem o metal. Mechanik rzucił się ku źródłu hałasu – na północ.

Już z daleka dostrzegł sabotażystę. Był to stawonóg wielkości psa. Miał trzy pary odnóży i segmentową budowę. Czułki na głowie stwora ruszały się, jakby czegoś szukały. Zęby miał ostre, świadczyły o tym porozrywane przewody leżące dookoła. Chitynowy pancerz był nazbyt cienki. Świadczyła o tym łatwość, z jaką przebiły go kule z wyszarpniętego momentalnie pistoletu.

Dopiero po chwili ze zdziwieniem stwierdził, że zadziałał niczym automat, a rozkaz o wyciągnięciu pistoletu nie został wydany w jego głowie. Popatrzył na ścierwo ostatni raz i wrócił do kapsuły.

* * *

Siedział na wzgórzu i patrzył na dolinę. Z każdą kolejną chwilą fabryka wydawała się rosnąć. Praca była tak przyjemnie prosta, wystarczyło pomyśleć o czymś i oddać się w ręce ekranu. Jedną, lewą rękę.

Pomyślał, że to zabawne. Tak jakby oddalał się w tył swojej głowy. Niewiele pamiętał z tych momentów, lecz teraz miał poważniejszy problem. Kąsacze – jak je roboczo nazwał, mogły okazać się wymagającym przeciwnikiem. Zwłaszcza gdy zaatakują dużą liczbą. Do tego chciał opuścić dolinę, w poszukiwaniu ropy i wody. Musiał zostawić straże.

Popatrzył na niezagospodarowane tereny doliny. Potrzebował dużo miejsca, ale już teraz miał wizję. Widział jak taśmociągi – niczym węże – wiją się między budynkami. Widział jak anorektyczne ramiona podajników dostarczają potrzebne materiały, a obrabiarki mistrzowskimi ruchami sprawiały,  że wszystko nabierało sensu. Jeszcze kilka niewinnych kroków i zwykły kawałek metalu zakopany w ziemi, odurzać się będzie pędem wiatru i utonięciem w miękkiej masie.

Na końcu tej drogi stanie godny i dumny obrońca doliny. Działko. Da mu nogi czy może gąsienice? A może zamknie na szczycie kamiennej wieży. Pomyślał jak godnie i dumnie on – przybysz z kosmosu wygląda – w brudnym egzoszkielecie, nieogolony od czasów katastrofy, ba, niemogący się nawet umyć. Zaśmiał się na tę myśl. Ale ogarnęło go przygnębienie – kiedy ostatnio był szczęśliwy? Czyżby jednak udało mu się to o czym zawsze marzył? On, niegdyś nic nie znaczący mechanik, stał się panem życia i śmierci, stał się twórcą i niszczycielem, stał się… Bogiem?

* * *

Trzeci, jakże przyjemny dzień – dzień podróży. Zbudowanie pojazdu było banalnie proste. Przynajmniej tak to pamiętał. Teraz, myśląc o tym, przypomniał sobie pewne fakty. Najpierw szedł w stronę swojej kapsuły, mając przed oczami przekrój pojazdu. Jakby mrugnięcie oka później z kabiny zostały marne resztki, a przed nim stał gotowy samochód.  Nawet nie wiedział, czego użył jako paliwa. Jedynie słońce w tym czasie zdążyło wykonać połowę swojej zwykłej podróży po nieboskłonie.

* * *

Siedział na krawędzi urwiska. Obok niego leżały dwie paczki pasty odżywczej. Zjedzenie dwudniowej racji za jednym razem było czystym marnotrawstwem. Zwłaszcza gdy była to połowa jego zapasów. Ale teraz mógł świętować – znalazł złoża ropy. I rzekę.

 Nie mógł się powstrzymać i rozerwał laminat. Z obrzydzeniem wypluł pierwszy kęs. Popatrzył na opakowanie, z tyłu, niby żart producenta widniał napis: „Syntetyczna mieszanina białek, węglowodanów, witamin, aminokwasów i minerałów. Wszystko czego potrzebuje ciało. Absolutnie ohydna.” Uśmiechnął się i zabrał do dalszego jedzenia.

* * *

Rzeka pozwala na użycie energii parowej. Wystarczy pompa wody, kilka bojlerów i silniki. Dużo silników. I bardzo dużo paliwa do podgrzewania wody. Z przetwórstwem ropy mógł jeszcze poczekać. Ale znikał też problem zanieczyszczeń i ścieków. Przecież to wszystko rozwiązywała rzeka.

Ekran pokazywał mu, jak zaplanować przestrzeń pod poszczególne budowle. Po skończeniu, powiększył mapę świata. Miejsce, w którym znajdowała się reszta transportu, kilkaset skrzyń tylko czekających na niego, było oddalone o kilka dni drogi. Tam założy trzecią fabrykę. Później wszystko połączy linią kolejową, dowóz materiałów dostarczy mu surowce pod budowę następnych baz.

* * *

Miał wszystko. Szczelina była gotowa. Energia zapewniona. Żołądek pełny. Czasu też miał aż nadto. W ogóle nie pamiętał procesu budowy. Teraz wyciągnął stworzoną naprędce małą lornetkę i z obrzydzeniem patrzył na wznoszące się aż po horyzont kopce Kąsaczy. Pomiędzy nimi wiły się fioletowe korzenie jakiejś ogromnej rośliny. A wszystko to było obleczone ohydną mazią.

Te małe problemy były jak nitki, które plątały się i plątały w nieskończoność, aż nie powstanie węzeł. Lecz teraz Przybysz stał przed swym mieczem, którym niczym Aleksander przecinający węzeł gordyjski, zniszczy swoje problemy. Odwrócił się i z uśmiechem spojrzał na kilka równych rzędów robotów. Ot, zwykłe machiny kroczące z parą działek. Ich ciekawszą funkcją był system autodestrukcji. Nie był już tak precyzyjny przy ich budowie jak na początku, ale miały po prostu trafić do celu, nie musiały wracać.

* * *

Zajadając pastę odżywczą, obserwował jak jego oddział idzie na spotkanie śmierci. Mają jeszcze trochę czasu. Odwrócił się i spojrzał z zachwytem. Na sięgające nieba kominy. Na wijące się między nimi czarne taśmociągi. Na chmurę pyłu z wierteł. Na pełny gracji ruchy kiwonów. Na ogień buchający z kominów rafinerii. Na ścieki z niej wypływające.

– Widział, że wszystko co uczynił było bardzo dobre! – wykrzyknął.

I odwrócił się patrząc jak ogromne kopce eksplodują. Tak, był szczęśliwy. A potem lunął deszcz.

* * *

A On patrzył. Patrzył mimo bielma na oczach. Patrzył mimo trucizny w swoich żyłach. Patrzył na cierpienie swoich dzieci. I zapłakał ostatni raz.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Tekst do mnie nie przemówił. Początek wydał mi się bardzo chaotyczny, nie mogłam zrozumieć, o co w tym chodzi. Potem kosmiczny Robinson, który nie musi się specjalnie wysilać. A końcówka w ogóle odjeżdża w innym kierunku, być może metaforycznym.

Czy radar wyłapuje dźwięki?

Skoro ma kolektory słoneczne, to po co mu ropa? Inna sprawa, że ta planeta musiała nieprawdopodobnie przypominać Ziemię.

Po co te wszystkie fabryki? Co zamierza produkować?

Technicznie: interpunkcja szwankuje, lekka byłoza. Całość to dość monotonny opis. Rozumiem, że nie ma z kim dialogować, ale…

Czułka umieszczone na jego głowie wyglądały jakby czegoś szukał.

No, ładnie się tu gramatyka posypała. Jaki jest rodzaj i liczba podmiotu? Bo oferujesz kilka opcji. ;-)

Ale jak na tekst młodego człowieka, to przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Cześć.

Architekcie, tym razem bez uwag i wyliczanki błędów, a skrajnie konstruktywnie.

  1. Gdyby na półkach księgarń miały się znaleźć tylko takie opowiadania, które podobają się wszystkim, to wyraz i słowo “księgarnia” przestałoby istnieć z powodu braku jakichkolwiek pozycji do sprzedania.
  2. Nie bój się czytać opinii. Wiem, co prawdopodobnie czujesz, gdy oddajesz swoją pracę. Ale dowolna ocena Twojego dzieła nie będzie oceną Ciebie. Tylko tego, co wyprodukowałeś.
  3. Ty to stworzyłeś! Ty! 99% osób w Twoim otoczeniu tego nie potrafi!
  4. Bardzo dobre opinie, porady i recenzje, jeżeli masz ich dużo, umiejętnie odrzuciłeś te śmieciowate i odsunąłeś te mniej wartościowe, a także przemyślałeś na chłodno, z poczuciem “chcą mi pomóc”, każdą z nich, mogą zrobić dla Ciebie tyle, ile lata czytania for i poradników dla pisarzy. Dlatego wrzucaj. Wrzucaj cokolwiek, choćby fragmenty. Gdziekolwiek, gdzie ktoś to zopiniuje. Małostkowi będą Cię wytykać palcem, ale olej ich: oni TYLKO TO potrafią. Bardzo zyskasz na czytaniu i przyswajaniu opinii innych. Nauczysz się oddzielać dobre od złych, brać z dobrych to co najlepsze, a także nauczysz się bezcennej pokory. Zrozumienia, że nie ma doskonałych tekstów i że Ty i każdy na świecie może popełnić słabszy tekst, jak też tego, że każdy, fajny czy niefajny, może popełnić wspaniały tekst i warto się nad nim nachylić, aby dostrzec, dlaczego taki jest.

Odwagi! Za jakiś czas wrzucanie tekstów będzie dla Ciebie przyjemnością, a Twoje umiejętności pozwolą Ci nie tylko pisać dla uciechy, ale i dla sławy i pieniędzy, jeśli tego chcesz.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Po pierwsze wszystkiego najlepszego! Po drugie, gratuluję wygranej :))

Ładny temat wybrałeś – Bóg i akt tworzenia. Podoba mi się pomysł na jego przedstawienie. Całość odczytałam właśnie jako przypowieść, stąd ostatecznie nie czepiam się pewnych luk fabularnych, choć w trakcie lektury nieco mnie one uwierały. To znaczy – również nie wiem, co Mechanik tak właściwie chce produkować (początkowo zrozumiałam, że przyrządy umożliwiające mu ratunek, ale potem rozmach przedsięwzięcia sugerował, że znacznie więcej), zastanawia mnie skąd ta tajemnicza kapsuła z egzoszkieletem, podejrzliwość budzi nadmiar szczęśliwych zbiegów okoliczności. Jednak pomijając to, podoba mi się przesłanie i metaforyka.

Opisy miejscami bywały nużące, myślę że można by wykorzystać bardziej potencjał Kąsaczy aby zdynamizować akcję, a gdzieś po drodze wprowadzić jakąś przeszkodę lub konflikt, bo robota posuwa się nazbyt gładko. Rozumiem, że taki był zamysł, więc może jakiś wewnętrzny konflikt, zwątpienie, przerażenie niespodziewanie osiągniętą boskością? Chodzi o coś takiego, co każe czytelnikowi zastanawiać się “i co on teraz zrobi???” i przykuje go do lektury na dobre.

Warsztatowo jest całkiem nieźle, poniżej kilka usterek:

 

Obudził się, leżąc twarzą na ziemi. – lepiej: “twarzą do ziemi”

 

Rozejrzał się; dolina, w której wylądował była przeraźliwie pusta, ale mogła przypominać pewnym względem park – raczej: “pod pewnym względem”

 

Tylko ogrodnik musiał mieć wizję obłąkańczego spalenia wszystkiego, aż zostanie tylko goła ziemia i kamienie. – powtórzenie

 

Ze złością uderzył w ściankę, tej kapsuły nie powinno tutaj być!

Wrócił do swojej kabiny, jedyne co tam było to racje żywnościowe na miesiąc i małe pudełko. 

 

W obydwu powyższych zdaniach zastąpiłabym przecinki kropkami.

 

Ale Mechanik szybko zagłuszył te myśli. Szybkim ruchem zdjął sprzęt ze stojaka i wybiegł z kapsuły.

 

Bez problemu założył go na siebie. Wydawał się być stworzony dla osoby o takim wzroście jak on i spokojnie mógł go założyć będąc w skafandrze. Lecz nie mógł się ruszyć.

 

Wydawał się być stworzony dla osoby o takim wzroście jak on – lepiej: “Wydawał się być stworzonym dla osoby jego wzrostu”

 

Tak jak przypuszczał, płytka miała idealne wymiary. Nie miała natomiast żadnej szczeliny

 

Nie dość, że pokazywał wszystkie informacje o jego ciele, to posiadał potrzebne informacje na temat planety i jej złóż. Ba, nawet problem protukcji urządzeń został rozwiązany. Ekran posiadał potrzebne wykresy i przesyłał je wprost do wizjera umieszczonego przy oczach. – powtórzenia i literówka

 

Jeszcze kilka niewinnych kroków i zwykły kawałek metalu zakopany w ziemi, odurzać się będzie pędem wiatru i utonięciem w miękkiej masie. – nie zrozumiałam…

A, prawda, zapomniałam o życzeniach – niech wena zawsze będzie z Tobą. Nie tylko ta literacka. :-)

Babska logika rządzi!

Za życzenia dziękuję :)

Tekst poprawiłem, za to także dziękuję.

 

@Finkla

Na postawione pytania nasuwają mi się jedynie dwa słowa – zachłanność i pazerność

Co do tego zdania… niestety nie wiem jak je naprawić :c

Dziękuję za przeczytanie i opinię :)

 

@Piotr Tomilicz

Mam nadzieję, że masz jeszcze w pamięci naszą ostatnią “rozmowę” kiedy to powiedziałem, co chcę osiągnąć. Mam nadzieję, że zauważasz, iż staram się tam powoli piąć. Za te słowa… nie pozostaje mi nic jak jeszcze raz podziękować, lecz niezmiernie ciekawi mnie jednak Twoja opinia i krytyka c:

 

@Werwena

Niestety konkurs obowiązywał limit słów, 6 stron A4. Ja zapisałem 5.5, więc niestety nie mogłem rozwinąć tego tak jak chciałem. Dziękuję za przeczytanie, opinię i poprawki :)

 

Jeszcze kilka niewinnych kroków i zwykły kawałek metalu zakopany w ziemi, odurzać się będzie pędem wiatru i utonięciem w miękkiej masie. – chodziło mi o pocisk, który po wystrzale zatopi się w ciele. Chyba za bardzo poniosła mnie… wena ;)

I'M SIGNIFICANT! SCREAMED THE DUST SPECK.

Oj, przecież to nic trudnego:

Czułka umieszczone na jego głowie wyglądały jakby czegoś szukał.

=> Czułki umieszczone na głowie stworzenia/ zwierzęcia/ stwora podrygiwały/ poruszały się, jakby czegoś szukał(o).

Albo:

=> Czułki na głowie stwora ruszały się, jakby czegoś szukały.

Zależy, co dokładnie chcesz przekazać: czułki szukały czy zwierzątko szukało. Jedno i drugie dopuszczalne. Na pewno poprawić literówkę i dodać przecinek. “Wyglądały” też średnio mi tu pasuje, bo jak niby wyglądają poszukujące czułki? Bardzo podobnie do śpiących. ;-)

Kombinuj.

Babska logika rządzi!

I ja życzę wszystkiego najlepszego.

 

Do mnie niestety tekst nie trafił. Rozumiem zamysł, ale jakoś a) bohater nie przypadł mi do gustu, b) podobnie jak sceneria SF-fabryczno-pionierska, c) nie chwyciło mnie tempo opowieści – za dużo szczegółów co bohater robi krok po kroku (zwłaszcza na początku, z tymi kapsułami), d) w sumie nie ogarniam, czy była ta płytka i czemu robiła rzeczy za bohatera, wyłączając jego świadomość/wolę…

 

“Zaczął biec w stronę kapsuł, kiedy dopadł go dźwięk rozrywanego metalu.

Błysk.

Odpalił silniki, nim statek został rozerwany na strzępy.“

Powtórzenie.

 

“dolina, w której wylądował była przeraźliwie pusta, ale mogła przypominać pod pewnym względem park – ogród angielski. Tylko ogrodnik musiał mieć wizję obłąkańczego spalenia wszystkiego, aż zostanie jedynie goła ziemia i kamienie. Żadnych roślin, z ziemi wyrastały jedynie dwie identyczne kapsuły ratunkowe i kilkanaście kontenerów obleczonych w spadochrony.“

Hm, zupełnie tego nie rozumiem. Jakim cudem ogród angielski, czyli pełen bujnej, swobodnie rozwijającej się roślinności mógł Ci się skojarzyć z pustą, spaloną doliną roślin w ogóle pozbawioną, w której są tylko wytwory człowieka…?

 

“…aż zostanie jedynie goła ziemia i kamienie.“ – Aż zostaną – w liczbie mnogiej.

 

“zostanie jedynie goła ziemia i kamienie. Żadnych roślin, z ziemi wyrastały jedynie dwie identyczne kapsuły ratunkowe i kilkanaście kontenerów obleczonych w spadochrony. Jedynym charakterystycznym…:

Powtórzenia.

 

“z ziemi wyrastały jedynie dwie identyczne kapsuły ratunkowe“ (…) Zrezygnowany skierował swoje kroki w stronę trzeciej kabiny.” – to ile było tych kabin, dwie czy trzy?

 

“Krótką chwilę zastanowił się nad pewnym problemem.“ – Chwilę się zastanawiał, forma ciągła.

 

“zaledwie sporo sprzętu“ – “zaledwie” i “sporo” obok siebie brzmią bardzo dziwnie, wykluczają się wzajemnie…

 

“Ot, wypadek jakich wiele, zwłaszcza czyhający na mechanika pracującego na podrzędnym transportowcu.“ – Raczej: czyhających.

 

“Czy taki był jego koniec? Zginąć na zapomnianej przez Boga planecie bez nazwy? Pamiętał, że droga nie była często uczęszczana, w dodatku nie był w stanie wezwać pomocy, nie bez nadajnika, który pomógłby porozumiewać się z promami międzygwiezdnymi. Ale to będzie wymagało materiałów.”

Generalnie w bardzo wielu miejscach stosujesz takie same konstrukcje zdań. Sprawdź, ile razy w tekście masz wariacje słowa “być”.

 

“Mimo że z zewnątrz wyglądała identycznie, to w środku została zupełnie inaczej urządzona.” – Identycznie jak co? Inaczej niż co?

 

“Mimo że z zewnątrz wyglądała identycznie, to w środku została zupełnie inaczej urządzona. Większość miejsca zajmowała kapsuła hibernacyjna starego typu, widział jedynie, że miała „zawartość”, nie widział jej stanu. Konsoleta zawierała jedynie przyciski zamknięcia i otwarcia. Resztę wyposażenia stanowiły dwie identyczne szafy.”

 

“Nadszedł czas na szafy, działały na podobnej zasadzie co właz. Wystarczyło położyć dłoń a ona otwierała się z charakterystycznym sykiem.“ – One – liczba mnoga.

 

“Całą zawartość pierwszej stanowił stojak i wiszący na nim egzoszkielet. Mechanik nie widział jeszcze tak zaawansowanej generacji. Znając ceny najnowszych modeli, łatwo było ocenić, że ich wartość zdecydowanie przekraczała wartość samego transportowca.“ – Nie ich, tylko jego, egzoszkieletu.

 

“Wydostał się z pancerza i odczepił mały toporek, który był zawieszony przy pasie egzoszkieletu i spokojnym krokiem ruszył w stronę kabiny.” – Dwa “i” w jednym zdaniu są bardzo niezgrabne.

 

“Cały dym zdążył się ulotnić, teraz bez problemu widział swój cel.” – Cóż, to brzmi, jakby dym widział swój cel : )

 

“…rozpakowanie wszystkich pakunków było banalne i szybkie.”

 

“anorektyczne ramiona podajników dostarczają potrzebne materiały, a obrabiarki mistrzowskim ruchem dają temu wszystkiemu sens.“ – Poza tym sens się raczej nadaje niż daje.

 

“…niemogący się nawet umyć.“ – Nie rozumiem. Bohater jest w stanie zbudować skomplikowane machiny, ma wodę i tlen, ale… nie jest w stanie się umyć? Co on, cały czas biega w jednym skafandrze? Nie mógł sobie zrobić choćby pomieszczenia, “habitatu“, w którym dałby radę się swobodnie rozebrać i odpocząć? A jak, za przeproszeniem, je, pije, a potem to wszystko wydala?

 

“kilka podgrzewanych bojlerów“ – myślałam, że to bojlery podgrzewają, a nie wymagają ogrzewania?

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nie wiem, Architekcie, jakie były wymagania konkursu, więc trudno mi ocenić opowiadanie. Mam tylko wrażenie, że wszystko o czym piszesz jest dość skondensowane, wątki niedostatecznie rozwinięte, a tym samym mało czytelne. Przynajmniej dla mnie. Szkoda, że nie pokusiłeś się – skoro już nie obowiązywał Cię limit znaków – na jaśniejsze przedstawienie poczynań bohatera.

No i dużo dobrego w dorosłym życiu, Architekcie. Niech Pani Wena Cię nie opuszcza. ;-)

 

Se­le­dy­no­we świa­tło wskaź­ni­ków oświe­tla­ło ciem­ną kap­su­łę. – Nie brzmi to najlepiej.

Może: Se­le­dy­no­we świa­tło wskaź­ni­ków rozjaśniało ciem­ną kap­su­łę. Lub: Se­le­dy­no­we świa­tło wskaź­ni­ków rozpraszało ciemność kap­su­ły.

 

Pa­mię­tał, że droga nie była czę­sto uczęsz­cza­na, w do­dat­ku nie był w sta­nie we­zwać po­mo­cy, nie bez na­daj­ni­ka, który po­mógł­by po­ro­zu­mie­wać się z pro­ma­mi mię­dzy­gwiezd­ny­mi. – Powtórzenia.

 

bę­dzie mu­siał zbu­do­wać radar, lecz do jego bu­do­wy po­win­no wy­star­czyć. – Powtórzenie.

 

łatwo było oce­nić, że ich war­tość zde­cy­do­wa­nie prze­kra­cza­ła war­tość sa­me­go trans­por­tow­ca. – Powtórzenie.

 

ta­jem­ni­czy pa­sa­żer na pe­ry­fe­riach ko­smo­su… – …ta­jem­ni­czy pa­sa­żer na pe­ry­fe­riach Ko­smo­su

 

Pierw­szy cios, ostrze we­szło głę­bo­ko w bla­chę. Drugi cios. I trze­ci. A potem na­de­szły bły­ski.

Wy­szedł przed kap­su­łę… – Powtórzenia.

 

Tak jakby od­da­lał się w tył swo­jej głowy. – Nie bardzo rozumiem, co to znaczy.

 

Wi­dział jak ta­śmo­cią­gi – ni­czym węże – owi­ja­ją się mię­dzy bu­dyn­ka­mi. – Czy taśmociągi miały owijać się wzajemnie?

Proponuję: Wi­dział jak ta­śmo­cią­gi – ni­czym węże – wi­­ją się mię­dzy bu­dyn­ka­mi.

 

a ob­ra­biar­ki mi­strzow­skim ru­chem dają temu wszyst­kie­mu sens. – Skoro obrabiarki, to chyba wykonywały wiele ruchów.

Proponuję: …a ob­ra­biar­ki mi­strzow­skimi ru­chami sprawiały,  że wszyst­ko nabierało sensu.

 

Jesz­cze kilka nie­win­nych kro­ków i zwy­kły ka­wa­łek me­ta­lu za­ko­pa­ny w ziemi, odu­rzać się bę­dzie pędem wia­tru i uto­nię­ciem w mięk­kiej masie. – Kto wykonuje niewinne kroki? Czy jesteś pewien, że kawałek metalu może odurzać się czymkolwiek?

 

Za­śmiał się z tej myśli. – Raczej: Za­śmiał się na tę myśl.

 

W ogóle nie pa­mię­tał pro­ce­su bu­do­wy. Teraz wy­cią­gnął zbu­do­wa­ną na­pręd­ce małą lor­net­kę… – Powtórzenie.

 

Na pełny gra­cji ruch ki­wo­nów. – Na pełne gra­cji ruchy ki­wo­nów.

Kiwony wykonywały wiele ruchów.

 

Na ogień bu­cha­ją­cy z ra­fi­ne­rii. – Rafineria płonęła, czy może płomienie buchały z kominów?

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję!

Wszystkie wskazane błędy zostały poprawione :)

 

@joseheim

 

Co do ogrodu właśnie o to mi chodziło… Może ponownie za mocno poniosła mnie wena. Tak samo jak przy węźle.

 

Konstrukcja zdań – tak… muszę nad tym popracować.

“…niemogący się nawet umyć.“

Tak, nie przemyślałem wydalania. Kabina jest takim małym habitatem. Bohater biega w jednym skafandrze i nie ma wody do umycia – jedyna jest w racjach. Je w kabinie i raz na krawędzi urwiska ;)

 

@regulatorzy

Tak jakby oddalał się w tył swojej głowy.

Że Ekran przejmował nad nim kontrolę.

 

Jeszcze kilka niewinnych kroków i zwykły kawałek metalu zakopany w ziemi, odurzać się będzie pędem wiatru i utonięciem w miękkiej masie.

Jeszcze kilka niewinnych kroków – etapy produkcji.

 

Co do dorosłego życia – pozostał jeszcze jeden krok. Dlatego warto się przygotować c:

 

Pokuszę się o rozwinięcie, gdy znajdę dostatecznie dużo czasu :)

I'M SIGNIFICANT! SCREAMED THE DUST SPECK.

Cieszę się, Architekcie, że uwagi okazały się pomocne. Dziękuję też za wyjaśnienia. :-)

Mam nadzieję, że ostatni krok ku dorosłemu życiu będziesz wykonywać z rozmysłem, zawsze w pełni świadomie. :-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wbił pierwszą w skórę i momentalnie spłynął na niego spokój. – skoro bohater chodzi w skafandrze, to jakim sposobem wbił sobie cokolwiek w skórę?  

 

Gratuluję wyobraźni i zwycięstwa. Jednak do mnie tekst nie trafił. Na początku skupiasz się na zbyt wielu drobiazgach, a później lecisz po łebkach. Do tego nie przekonuje mnie tak naprawdę bierność bohatera. To, że jakiś tajemniczy ekran czy inne ustrojstwo go kontroluje i podsuwa gotowe rozwiązania, to pójście na łatwiznę. 

Mam nadzieję, że kolejne teksty będą coraz lepsze :) 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję za przeczytanie i opinię.

Co do błędów… mam nadzieję, że uda mi się ich uniknąć w przyszłych, lepszych tekstach c:

I'M SIGNIFICANT! SCREAMED THE DUST SPECK.

Nowa Fantastyka