- Opowiadanie: Phea - Prawo Daru

Prawo Daru

Klasyczne opowiadanie o wiedźminie. Klasyczny Geralt, klasyczny Jaskier, nawiązanie do klasycznej literatury. Próba naśladowania stylu Sapkowskiego. Niewiara, potrzeba sacrum i granice ludzkiej wdzięczności.

I motylki.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Prawo Daru

Ostrze przecięło skórę i zagłębiło się w tkance aż po kość.

Wiedźmin oderwał nadkrojone udko i przeniósł je na swój talerz. Parujące mięso pachniało czosnkiem i rozmarynem. Było kruche, ale nie przesuszone. Gęsty sos spływał strumykiem, plamił porcelanę, rozpływał się na języku. Geralt westchnął.

Książę Erwest oderwał wzrok od bębniącego w szyby okienne deszczu i posłał mu uważne spojrzenie. Stojący pod ścianą pryszczaty wyrostek, prawdopodobnie pachołek na stażu, poruszył się niespokojnie.

– Coś nie w porządku? – zapytał Erwest. – Niedopieczone? Może za mało soli?

– Nic podobnego. – Wiedźmin nabił na widelec kolejny kęs. – Po prostu dawno już nie zaproszono mnie na taki obiad. 

– Klienci nie zwykli w ciebie inwestować?

– Większość ludzi zleca zadanie, czasem poczęstuje chlebem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłem pieczeń z dziczyzny.

Erwest zakręcił leniwie pustym kielichem. Pryszczaty pachołek podskoczył, podbiegł do stołu, ujął w dłonie dzban z winem i ostrożnie napełnił puchar, bezwiednie wysuwając z zaciśniętych ust koniuszek języka. Na jego twarzy malował się wyraz tak nabożnego skupienia, że wiedźmin był gotów uwierzyć, że od poziomu trunku w książęcym naczyniu zależą losy świata.

– Bo ludzie, Geralt, są krótkowzroczni – powiedział Erwest. – Zapominają, że człowiek obdarowany to człowiek wdzięczny. Zawsze gdy otrzymujemy dar, czujemy się zobowiązani go odwzajemnić. Bez względu na to, czy nam się to uśmiecha, czy nie. Prosty, ale jakże niezawodny atawizm. Jeśli wiesz co mam na myśli.

Zapach czosnku i rozmarynu wciąż był tak samo intensywny, ale wiedźmin wolał uznać, że dziwnym sposobem stał się nagle nieciekawy i mdły. Powoli odłożył widelec na miejsce i gestem zatrzymał pachołka, który z wyraźnym niepokojem zrobił krok w jego kierunku.

– Na szczęście możemy oszukać atawizm – rzekł sucho. – Nie przyjmując daru. Prosty, ale jakże niezawodny sposób na uniknięcie narzuconych przysług. Jeśli wiesz co mam na myśli.

Przez twarz Erwesta przebiegł zauważalny cień, ale zaraz potem książę uśmiechnął się pojednawczo.

– Sądzisz, że próbuję cię kupić pieczonym bażantem? – zapytał z nieco zbyt teatralnym rozbawieniem. – Nie wiem, co powinno mnie obrazić bardziej: insynuacja, że jestem tak skąpy, czy że tak głupi. Widzisz, moje niewinne spostrzeżenie, które odczytałeś w tak prostacki sposób, było tylko ciekawostką, jaką oczytani ludzie wplatają bezwiednie w najprostsze nawet rozmowy. Ponieważ jednak moje słowa rzeczywiście mogły zostać odczytane jako aluzja, wybaczymy sobie to drobne nieporozumienie i będziemy gawędzić dalej. Jedz, Geralt, wiem że jesteś głodny.

Wiedźmin był głodny, ale nawet się nie poruszył. 

– Gawędźmy więc, książę. Czego ode mnie oczekujesz? Bo chyba nie dyskusji o Prawie Daru mistrza Naussa. Obawiam się, że nie jestem wystarczająco oczytany.

Erwest pokiwał głową z uznaniem.

– Znasz Naussa.

– Słyszałem o nim.

– Przyznam, że jestem zaskoczony, choć bynajmniej nie rozczarowany. Jego tezy nie są szczególnie popularne.

– Trudno o popularność, kiedy publicznie neguje się istnienie bogów i głosi konieczność powszechnej oświaty.

Książę patrzył na wiedźmina z rosnącym zainteresowaniem.

– Dlaczego? – zapytał. – Uważasz, że nie ma racji?

– Moje zdanie nie ma znaczenia – Geralt wzruszył ramionami. – Nauss jest idealistą. Ludzie potrzebują bogów. Nie mogą znieść myśli, że ich śmierć, narodziny i ta szarpanina pomiędzy są wynikiem przypadku. Wolą wierzyć, że za ich cierpieniami stoi wyższy umysł i konieczność. Prosty, niezawodny atawizm.

Młody pachołek westchnął cicho. Żaden z rozmówców nie zwrócił na niego uwagi.

– A powszechna oświata?

– Piękny pomysł, ale niewykonalny. Żaden władyka na to nie pozwoli. Idiotami łatwiej się rządzi.

– A co, gdybym ci powiedział – rzekł wolno Erwest – Że ten tu oto władyka buduje szkoły dla swoich chłopów? 

Gdyby nie deszcz, który wciąż wściekle siekł o szyby, w sali jadalnej zapadłaby krótka cisza.

– Powiedziałbym, że to wielce szlachetne – Geralt uśmiechnął się krzywo. – I zapytał, dlaczego władyka wkłada siły i środki w tak oryginalną zachciankę.

Książę niespiesznie upił łyk wina. Delektuje się moim zaskoczeniem, pomyślał wiedźmin.

– Bo ja nie wierzę w bogów, Geralt. Religia jest przestarzałym konceptem, niewolą umysłową stworzoną po to, by kontrolować prostaczków. Ja wierzę w rozum, jak Nauss. I w Prawo Daru. Wierzę, że da się oswobodzić ludzi z tej niewoli, uzmysłowić im, że warto być przyzwoitym dla siebie i swoich bliźnich, nie dla jakiegoś boga. Zburzyłem większość kapliczek Melitele, zbudowałem parę szkółek i rozesłałem opłaconych nauczycieli po moich skromnych włościach. Wystaw sobie, że wystarczyło kilka lat, żeby wieśniacy pojęli, jakie korzyści płyną z wiedzy i zaczęli się odwdzięczać wydajniejszą pracą. Nieprawda, Grzymek?

Pryszczaty pachołek, który zdążył już wrócić do swojego kąta pod ścianą i zapatrzyć się z półotwartymi ustami w gobelin przedstawiający nadzwyczaj skąpo odzianą niewiastę, wyprostował się nagle. Wiedźmin był pewien, że nie jest świadom przedmiotu rozmowy, ale ku jego zaskoczeniu chłopak odpowiedział:

– Jako żywo, wielmożny panie! Dawniej tośmy myśleli, że myszy z brudu się lęgną, nektar do kwiatów z nieba spada, a jak w głowie po wódce boli, to diaboł przez ucho wchodzi i na dudach gra. Albo że trza dla takich boginek rzecznych mieć poważanie i siedziby ich ostawić w pokoju. Ale tera nam wiadome, żeby je przekopywać, coby wodę na pola odprowadzać. Na te, no… Systema ira… Iregacyjne. Ile to roboty odejmuje! A i boginki wcale niegroźne, jeno popłakują trochę i wynoszą się precz.

– Niegroźne – potwierdził chłodno Geralt. – A przecież poważanie należy się tylko tym, którzy mogą nam zaszkodzić, którzy są silniejsi od nas. Nieprawda, Grzymek?

Chłopak podrapał się w głowę, zastanowił i pokręcił głową.

– Nieprawda, panie wiedźmin. Poborcy podatkowi bez ochyby na szkodę człowiekowi po świecie chodzą, a gówno tam u mnie mają, nie poważanie!

Erwest wybuchnął śmiechem, wyraźnie nie przejmując się stosunkiem podwładnego do płaconej na jego rzecz pańszczyzny.

– Rozumny chłopak, co Geralt? Ma talent do nauki. Wziąłem go do zamku, żeby się trochę ogłady nauczył, ludzi poznał. Robi postępy. Kto wie, może pewnego dnia wyślę go na uniwersytet do Oxenfurtu?

Wiedźmin zmierzył pachołka wzrokiem. Utalentowany przyszły student Oxenfurtu pokraśniał z dumy, wrócił do swojego kąta pod ścianą i przystąpił do dłubania w nosie.

– Nie będę łgał, na początku nie było lekko – ciągnął Erwest. – Zapał do nauki i niechęć do religii trzeba było niekiedy rozbudzać za pomocą kija, w jednej z wiosek wybuchła nawet mała rewolta, ale opłaciło się. Irygacja, higiena… Ale najlepsze jest to, jak wiele przesądów udało się wyplenić. Jeszcze za rządów mojego ojca powszechnie praktykowano wkładanie chorych dzieci do rozpalonego pieca, wyobrażasz sobie? Dziś nie ma po tym śladu.

Wiedźmin słuchał. Drażnił go chełpliwy ton głosu oczytanego księcia, drażnił go zapach czosnku i rozmarynu. Mimochodem spojrzał na odłożony widelec z nabitym kęsem. Po widelcu spływała kropla stygnącego sosu.

– Winszuję sukcesu – mruknął. – Zastanawia mnie tylko, gdzie w tym wszystkim potrzebny jest wiedźmin.

Erwest wstał, podszedł do okna. Ulewa przybierała na sile.

– Leje tak prawie codziennie – powiedział. – Mokre lato to norma w tych stronach. Na szczęście chłopstwo nie próżnuje, szczególnie od kiedy wie, że „meteorologia” nie jest zaklęciem przyzywającym kamienie z nieba. Żniwa przebiegają bez zakłóceń, deszcz nie powinien zaszkodzić plonom. Nie przy zastosowaniu nowych metod. 

– Całe księstwo zostało podbite przez postęp – podsumował Geralt.

– Całe? – Erwest westchnął. – Nie. Jedna, jedyna wioska wciąż jeszcze stawia opór rozsądkowi i uprzykrza życie moim wysłannikom. Miry. Mieszkańcy grzecznie dali nauczycielom do zrozumienia, że mają się wynosić. Kiedy nie posłuchali, stłukli ich i wywieźli z wioski na taczkach z gnojówką. 

– Nadal nie widzę tu roboty dla wiedźmina. Rozbudzanie zamiłowania do nauki za pomocą kija, burzenie kapliczek i tłumienie małych rewolt to nie moja specjalność. Poślij swoich żołnierzy, z pewnością profesjonalnie spacyfikują tę groźną rebelię.

Książę posłał gościowi chłodne spojrzenie.

– Geralt, ja jestem cierpliwy. Cenię ironiczny dowcip, ale w małych dawkach i nie wobec siebie. Miej to na uwadze – powiedział. – Żołnierzy wysłałem. Zgubili się na prostej leśnej drodze. Ci, którzy wrócili, przysięgają, że znikąd pojawiła się gęsta mgła. Godzinami błąkali się między drzewami, jeden z nich twierdzi, że słyszał śpiew, a potem pojedyncze krzyki. W końcu wyleźli na pole, a mgła zniknęła. W drodze powrotnej znaleźli kilku swoich. Wszyscy byli sztywni, sini, z wywalonymi na wierzch oczami. Pięciu rosłych chłopów, Geralt, każdy dobrze wyszkolony i uzbrojony.

Wiedźmin milczał przez chwilę.

– Może zabił ich ktoś z wioski?

Erwest prychnął.

– Z wioski? Oni nie potrafią się zebrać, żeby chociaż zacząć żniwa, a co dopiero ubić doświadczonych żołdaków.

Geralt uniósł brwi.

– Nie zaczęli żniw? – powtórzył za księciem. – Przy tych deszczach? Nie boją się, że zboże zgnije, że nie będą mieli co jeść?

– Ja też tego nie rozumiem – odparł Erwest – Ale oni są nad wyraz spokojni, pogodni wręcz. Z jakiegoś powodu wierzą, że nic im nie grozi. Okolicę nęka plaga wilków? Złoży się ofiarę i wilki ominą wioskę szerokim łukiem. Epidemia grypy? Spluniesz przez lewe ramię, potańczysz nago w świetle księżyca i nawet kataru nie złapiesz. Niczego nie zrobią, jeśli uprzednio nie odstawią tego cyrku. Marnują czas i energię na kretynizmy, a zboże czeka. Rozkazałem, żeby narąbali drzew z tego ich lasu na budowę szkół, a oni jęczą, że „dobry panie, szkodę robić krasnoludkom, czy tam innym rusałkom nie lza, bo do mleka nasikają, a wychodki nasze popsowają i łyżki na nocniki przetopią”. Takie skupienie ciemnoty i zabobonu, że szlag trafia.

Wiedźmin słuchał.

– Tak mówili?

– No nie, to ostatnie zmyśliłem dla efektu komicznego – przyznał Erwest. – Ale faktycznie zasłaniali się podobnymi bzdurami.

– Zawsze tak było?

Książę wzruszył ramionami.

– Żebym to ja wiedział. Rządy po ojcu, niech mu ziemia lekką będzie, przejąłem ledwie dekadę temu. Jako wyrostek nieszczególnie interesowałem się lokalnym kolorytem każdej jednej okolicznej…

– Dwie dziesiątki roków temu – odezwał się nagle Grzymek. Erwest i Geralt spojrzeli na niego równocześnie.

– Wtedy się zaczęło – wyjaśnił pachołek – Z pozwoleniem wielmożnych panów… Babka moja opowiadała, ona z sąsiedniej wsi pochodziła. Susza ponoć taka była, że strach. Niektórzy to nawet pomarli z gorąca. I nagle z dnia na dzień ruszyła znad Mir burza taka, co trwała trzy dni i trzy noce, a z nią deszcze ulewne. Ktoś tam nagle umarł, nie wiedzieć czemu. Jedni mówili, że bogini Melitele ulitowała się nad Mirami, inni że ludzie tam pakt ze złym zawarli. Ale być to nie może, skoro bogów nie ma.

Zamilkli. Deszcz bębnił w szyby. Książę znów patrzył w okno, wiedźmin na swój talerz, pachołek wrócił do przerwanej kontemplacji płóciennego dzieła sztuki.

– Tam coś jest, Geralt – rzekł cicho Erwest. – Coś, co ogłupia ludzi, a niektórych wręcz zabija. Czy to dziś, czy dwadzieścia lat temu. Coś, co odbiera im możliwość lepszego, mądrzejszego życia bez zabobonów, możliwość dostrzeżenia prawdy. Oto, gdzie w tym wszystkim potrzebny jest wiedźmin. Jeśli się mylę, jeśli mgła była tylko naturalnym fenomenem, a moi żołnierze zginęli przypadkiem, udowodnisz mi, że bez lęku mogę wysłać do Mir kolejną drużynę. Ale jeżeli cokolwiek tam znajdziesz, ofiarujesz Mirom dar i załatwisz sprawę. Po wiedźmińsku. W obu przypadkach będę ci wdzięczny i dar odwzajemnię. W gotówce.

–Aż tak ci zależy na tym, aby ludzie dostrzegli prawdę, książę?

– Aż tak, wiedźminie.

Geralt raz jeszcze spojrzał na stygnące udko. Mięso przestało już parować, zapach czosnku i rozmarynu wyraźnie stracił na sile. Nabity na widelec kęs był zimny.

– Pojadę – mruknął. – Jeśli coś znajdę, załatwię sprawę. Po wiedźmińsku. O żadne prawdy jednak walczyć nie zamierzam. Ja tylko zabijam potwory.

Erwest kiwnął głową z uśmiechem.

– O nic więcej nie proszę.

Wiedźmin uniósł widelec do ust.

 

***

 

Las był pogrążony w półmroku, chłodny, wilgotny. Końskie kopyta zapadały się w mokrym mchu, ciężkie od kropel liście trącały jeźdźca w okryty płaszczem kark. W koleinach na ubłoconej drodze stała woda, powietrze pachniało deszczem i korą. Z gałęzi drzew odzywały się pojedyncze ptaki. 

Tak było na początku. 

Im bardziej wiedźmin zagłębiał się w gęstwinę, tym wyraźniej czuł, że las się zmienia. Półmrok stopniowo się rozjaśniał, chłodne powietrze ocieplało, a ściółka pod kopytami klaczy zaczynała chrupać. Wiedźmin zrzucił namoknięty kaptur, spojrzał do góry. Spomiędzy bujnych koron buków, sosen i dębów prześwitywały delikatnie promienie słońca. Pierwsze, jakie oglądał od tygodnia.

– I co ty na to, Płotka? – zapytał. – Całe księstewko tonie w ulewach, a w mireckim borze sucho.

Gniada klacz szła spokojnego stępa, nie reagując na dobrze znany głos. Mijała kolejne drzewa, coraz wyższe, zieleńsze. Z cichym szelestem ocierała pęcinami o krzewinki jagód. Czegoś brakowało. Nagle zrozumiał, czego.

– Ptaki – mruknął. – Nie słychać już ptaków.

Wokół było cicho. Nic nie świergotało, nie przelatywało z gałęzi na gałąź, nie przemykało w zaroślach. Gęstwina była martwa. Nie, nie martwa, poprawił się w myślach Geralt. Opustoszała. Bujne drzewa z całą pewnością żyły, niepomne na obcą aurę, która musiała wypłoszyć zwierzęta.

Wiedźmin rozejrzał się. Po obu stronach drogi, tuż nad ziemią, wisiały z rzadka niewyraźne smugi bladej mgły. Nie zwalniając tempa sięgnął do juków, sprawdził zawartość ręką.

Z wolna, niemal niezauważalnie, co bardziej odległe pnie zaczęły znikać w mlecznych oparach. Promyki słońca wyblakły, rozproszyły się. 

Naraz Płotka zatrzymała się, uniosła łeb, zastrzygła uszami. Nie spuszczając wzroku z pobocza, Geralt poklepał ją w szyję, a potem szturchnął po bokach piętami. Klacz chrapnęła głośno, ale ruszyła dalej.

Gdzieś poza zasięgiem wzroku zerwał się cichy, delikatny wiatr. Liście drzew szeleściły, szum wichru narastał, przywodząc na myśl dobiegający z oddali szept. Mgła gęstniała z każdą chwilą, wchłaniała kolejne połacie lasu. Widać było już tylko najbliższe drzewa. Liście dookoła szumiały, szeptały. Śpiewały.

Medalion na szyi wiedźmina drgał.

Śpiew dochodził spoza granicy widoczności. Głos był cichy, niewyraźny. Najpierw dobiegał z przodu. Później z lewej. A potem zapadła cisza. Płotka zarżała i niespokojnie zarzuciła łbem. Geralt wolno sięgnął dłonią rękojeści miecza zawieszonego w czarnej pochwie na plecach, drugą dotknął skórzanego pasa na piersi. Jechał, nie spuszczając oczu z drogi, łowiąc każdy najdrobniejszy dźwięk, bezgłośnie oddychając coraz chłodniejszym powietrzem. Powietrzem, które miarowo, prawie niezauważalnie owiało skórę na jego szyi. Raz, drugi, trzeci. Zupełnie jak…

Wdech. I wydech.

Kierowany nagłym impulsem, wiedźmin puścił nieoczekiwanie rękojeść miecza, błyskawicznie wyszarpnął z juków zwinięty srebrny łańcuch i ze świstem zarzucił go sobie na ramiona, zakreślając szybki łuk. Nie napotkał oporu. Dopiero wtedy się odwrócił.

Za nim nie było nikogo. Niknącą w bieli drogę znaczyły zostawiane przez Płotkę ślady końskich kopyt i tylko one. Może mi się wydawało, pomyślał. Nie, nie mogło się wydawać, przecież medalion dygotał jak szalony, choć tylko przez chwilę. Cokolwiek to było, Geralt wiedział, że zniknęło wraz z nienaturalnym chłodem. 

Jeszcze przez pewien czas jechał ze wzmożoną czujnością, ale nic się działo. W borze znów panowała cisza, mgła zaczynała stopniowo znikać. Po chwili odpłynęła niemal całkowicie, odsłaniając pas rosnących w oddali niższych, rzadszych, młodszych drzewek, a za nimi wyjście z lasu i pierwsze skrawki skąpanego w słońcu pola. Płotka lekko przyspieszyła. W tym samym momencie wiedźmin wychwycił kątem oka jakiś ruch. Maleńki, blady, zwinny punkt.

– Spokojnie – mruknął, pociągając za wodze. – Bądź profesjonalistką. Ja też mam ochotę się stąd wynosić, ale jesteśmy w pracy.

Po stronie, na której zauważył poruszenie, odchodziła od głównej drogi wąska, mocno wydeptana ścieżka. Geralt zeskoczył z siodła, ruszył w jej stronę. W zaroślach mignęło mu coś modrego. Odgarnął pęk gałązek, przystanął.

Na skraju maleńkiej polanki, u stóp wielkiego, rozłożystego dębu, leżał niewielki, ociosany głaz. A wokół niego bukiety kwiatów we wszelakich odcieniach niebieskiego; świeżych, więdnących i tych całkiem uschniętych. Na gładkiej powierzchni kamienia wyryto symbol przypominający kształtem kroplę wody.

Coś bladego mignęło w powietrzu. Geralt spojrzał w górę. Na szczycie głazu, składając i rozkładając jasne, sinobłękitne skrzydełka, siedział motyl. Wiedźmin patrzył na niego przez chwilę, a potem zdjął rękawicę i szybko wyciągnął rękę. Spłoszony owad zerwał się do lotu, musnął obnażoną skórę i zniknął między pędami tarniny. Wiedźmin wstał, obejrzał dłoń i bez słowa wrócił na główny trakt.

– Idziemy, Płotka – powiedział. – Może miejscowi nam powiedzą, co wypłoszyło z lasu wszystkie zwierzęta. I dlaczego jedyna żywa istota, jaką tu znalazłem, przeleciała mi przez rękę na wylot.

 

***

 

Dojrzał je jako pierwsze. Stały na uboczu, trzymając się za ręce, z dala od gwarnej zbieraniny na placu. Mogły mieć najwyżej cztery, pięć lat, zarówno chłopiec, jak i dziewczynka. Sprawiały wrażenie bladych, niemal eterycznych. Inne dzieci bawiły się w berka nieco dalej, w pobliżu świętującego tłumu. Darły się, jazgotały, goniły w akompaniamencie świdrujących pisków. Jeden z malców odbiegł od gromadki, co chwila patrząc za siebie, nieświadom, że zmierza prosto w kierunku bladej dwójki. Wiedźmin zeskoczył z kulbaki, dotknął rękojeści miecza. W tej samej chwili chłopiec zauważył parkę, zahamował i natychmiast uskoczył w bok. Geralt powoli opuścił dłoń.

Na słonecznym placu, w samym środku wsi, zebrali się chłopi. Młodzi, starzy, kobiety i mężczyźni, długowłose podlotki i pryszczate wyrostki, wszyscy śmiali się, pili, tańczyli w rytm melodii wygrywanej na gęślach przez domorosłych muzykantów. Kilku najbliższych kmieci zerkało niepewnie w stronę wiedźmina, szepcząc coś między sobą. Piegowate dziewczyny w haftowanych, modro-białych spódnicach śpiewały ludową przyśpiewkę o Niebieskiej Pani. Postawni młodzieńcy w błękitnych kaftanach posyłali im chętne, ukradkowe spojrzenia i ochoczo przepijali do siebie nawzajem. Jeden z nich, rudowłosy chłopak w bordowej sukmanie, trzymał w ręku napełniony kubek, ale nie pił, zagapiony w szczupłe dziewczę o fantastycznie długim warkoczu. W pierwszej chwili wiedźmin zauważył, że strój chłopaka, jako jedyny w polu widzenia, nie miał żadnego niebieskiego elementu. W drugiej zdał sobie sprawę, że żaden z mężczyzn – młodych, czy starych – nie zbliża się do kobiet.

– Geralt!

Z biało-chabrowego tłumu wyłoniła się śliwkowa plama, która szybko okazała się modnym kapelusikiem z czaplim piórkiem. Pod kapelusikiem znajdował się szczupły mężczyzna w fantazyjnym zielonym kubraku, w żadnym stopniu nie przypominającym prostego chłopskiego kaftana.

– Jaskier – bardziej stwierdził, niż zapytał wiedźmin. – Powinienem się zdziwić, ale to już chyba setny raz, kiedy przypadkiem na ciebie wpadam.

– Przypadków, mój drogi, nie ma – poeta wyszczerzył zęby. – Akurat się składa, że usilnie poszukuję tematu na nową balladę, co mimo mego nadzwyczajnego talentu idzie mi, jak krew z nosa. Aż tu nagle pojawiasz się ty, a gdzie ty, tam tematy. No gadaj, na co polujesz? Wilkołaki? Strzygi? Czarnowłose jędze z fioletowymi ślepiami? Czekaj, tylko pióro wyciągnę.

Jedna z kobiet odłączyła się od świętującej gromady. Z uśmiechem opuściła plac i podeszła do pary bladych dzieci. Pochyliła się nad nimi, powiedziała coś, odeszła w kierunku chat. Chłopiec i dziewczynka posłusznie ruszyli jej śladem. Wiedźmin odprowadził ich wzrokiem.

– Po to się zapuściłeś na takie pustkowie? W Novigradzie wyczerpały się inspiracje do romansideł?

– I tu jest wampir pogrzebany – Jaskier westchnął. – Założyłem się, widzisz, z jednym wierszorobem, Licyniuszem z Ellander, strasznym zresztą grafomanem, że napiszę o czymś innym, niż miłość. Ty wiesz jakie to jest trudne, zrobić dobry materiał bez wątku miłosnego? Oczywiście że nie wiesz, prostak jesteś, pytam retorycznie. No to zacząłem się wywiadywać, usłyszałem, że jest taka jedna wioska, co ją zły pan nęka. Myślę sobie, pyszny motyw! Kmieci, jak wieść gminna niesie, szczuje psami, batoży na śmierć za kradzież jabłka, żebraczki z dziećmi do śniegu każe wpychać i ogólnie nie zna litości.

Wiedźmin parsknął.

– Wieść gminna podkoloryzowała to i owo – mruknął. – Tutejszy książę może i nie jest najłaskawszym panem na świecie, ale na tle większości władców, z którymi miałem do czynienia, wypada wcale nieźle.

– To samo mi tu powiedzieli: pan całkiem przyzwoity, tylko krztynę upierdliwy. I co ja mam robić? Ratuj mnie, Geralt! Mnie, mój zakład i mój honor!

Kilka dziewcząt zerkało ukradkiem w kierunku barda. O dziwo, nie chichotały i nie wdzięczyły się do niego, w przeciwieństwie do znacznej większości młódek, z którymi miał styczność. Zamiast tego odwracały się i klękały przed niewielką kamienną kapliczką, na której ustawiono kwadratową, drewnianą deskę. Na desce widniał jakiś malunek.

– Jaskier, wnoszę, że jesteś tu od jakiegoś czasu – rzekł wiedźmin, ruszając w stronę kapliczki. – Co to za święto? Przecież nie z okazji zbiorów? Pola, jak widzę, nieskalane ręką żniwiarzy.

– Słusznie wnosisz – przyznał poeta. – Lubią tu dobre ballady. Posiedzę, pomyślałem, złego pana może i nie ma, ale chociaż grosza trochę wpadnie. No to siedzę, śpiewam, a oni, uważasz, nic tylko słuchają! Nigdzie się nie spieszą, kontemplują moje dzieła… Cud, nie publika!

– Święto, Jaskier.

– Właśnie do tego zmierzam. Może ci się to wydać nieprawdopodobne, ale w końcu pomyślałem, że to ich zainteresowanie może nie być wyłącznie skutkiem zachwytu nad moim kunsztem. No więc zapytałem. A oni mi tłumaczą, że sołtys kazał im moich ballad słuchać, bo prawdę głoszą, wielkie są, a mądre i wspaniałe. I że jakaś Niebieska Pani wielce się raduje, gdy tańcują, śpiewają i obcują ze sztuką.

– Kręcisz, Jaskier.

– Kiedy właśnie nie! Też bym nie uwierzył, że na takim zadupiu znają słowo „obcować”!

Wiedźmin zbliżył się do kapliczki, ignorując wędrujące za nim spojrzenia i niespokojne szepty. Stanął z tyłu, za grupką klęczących chłopów i spojrzał na malowidło. 

Obraz był ładny, choć niedokończony, o czym świadczyła miejscami wyzierająca spod warstwy farby naga deska, na rogu której ktoś zawiesił pętelkę z cienkiego sznurka. Przedstawiał motyla. Jasnobłękitnego.

– Te, białowłosy!

Geralt powoli odszukał wzrokiem barczystego chłopa o małych, wodnistych oczkach. Wokół zrobiło się nagle cicho.

– Poszedł stąd, psia jego mać! – warknął chłop. – Razem z tymi swoimi mieczami. Nam tu najemnych zbirów nie potrzeba!

– Nie jestem najemnym zbirem.

– Co, że niby książę was nie najął? – wodniste oczka zmrużyły się w szparki. – Coby nas do jego bezbożnych łgarstw przekonać? Wynoście się, aby prędko, bo was psami poszczujem! My są spokojni ludzie, pokój miłujący!

– To się świetnie składa – szybko wtrącił Jaskier. – Bo to jest wiedźmin, dobry człowieku! On bestie różne ubija, przez co dar pokoju prostym ludziom niesie! Nie macie tu jakichś monstrów?

– Wy się, mistrzu bardzie, nie mieszajcie! Nam darów od parszywych odmieńców i bandytów nie potrzeba! Takich Pani nie miłuje!

– Zapewne – chłodno przyznał Geralt. – Bez wątpienia miłuje za to takich, co szczują psami i wyzywają od parszywców.

Miłujący pokój chłop zacisnął czerwone pięści, sapnął, podciągnął rękawy. Wiedźmin stanął w gardzie. Na wszelki wypadek.

– Zaniechajcie, Milich.

Z gwarnego tłumu wynurzył się mężczyzna, na oko czterdziestoletni. Jego poznaczona pierwszymi zmarszczkami twarz wyrażała pogodny spokój, jakiego Geralt dawno już nie widział u dorosłego człowieka.

– Zaniechajcie – ciągnął z delikatnym uśmiechem. – Pani przepuściła go przez las, musi więc być mu przychylną. Witaj, mistrzu Jaskrze. Witaj, nieznajomy. Co cię do nas sprowadza?

Barczysty chłop łypnął wściekle na wiedźmina, ale wycofał się.

– Dzięki wam za słowa mądrości, panie sołtysie – Jaskier zamiótł śliwkowym kapelusikiem. – Geralt jest wam niewymownie wdzięczny. Prawda, Geralt?

– Mhm – mruknął wiedźmin. – Chciałbym z wami porozmawiać. Może… Gdzieś na boku.

Sołtys kiwnął głową.

– Zapraszam do mnie. Goście Pani są moimi gośćmi.

Zeszli z placu, zostawiając za sobą muzykę i śpiewy. Wiedźmin czuł na karku odprowadzające go nieprzychylne spojrzenia. 

– Nie lubicie tu obcych, sołtysie – zauważył.

– Mówcie mi Gusliv – mężczyzna uścisnął mu rękę. – Musicie wybaczyć ludziom. Robią się nerwowi na widok uzbrojonego człeka. Nasz książę pan mieczem usiłuje włożyć nam do głów swoje idee.

– Geralt. Jaskra najwyraźniej już znacie. 

– Jakże go nie znać? – przytaknął mężczyzna. – Nikt tak jak on o miłości prawdziwie opowiadać nie umie.

Trubadur napuszył się jak paw.

– A nie myśleliście, Gusliv, żeby rozważyć idee Erwesta? – zapytał wiedźmin. – Zanim jeszcze postanowił wesprzeć je mieczem? Ostatecznie, czy szkoła to taki zły pomysł?

– Szkoła, mości Geralcie, to piękny i dobry pomysł, dopóki nie służy propagandzie.

– To znaczy?

– Książę Erwest – ciągnął z niezmąconym spokojem sołtys – Głosi, że zabieganie o miłość i przychylność bogów to strata czasu. Chce nas przymusić do rozpoczęcia żniw, cobyśmy napełnili jego nienasyconą kiesę.

Jaskier wydał z siebie dźwięk pośredni między kaszlem, a śmiechem. Wiedźmin kopnął go ukradkiem.

– Oczywiście – rzekł z kamienną twarzą. – Jak powszechnie wiadomo, żniwa służą wyłącznie napełnieniu kiesy możnych. Niczemu innemu. A jeść, Gusliv, co będziecie, jeśli w końcu przyjdą deszcze, a namoczone zboże wam zgnije na polu? Miłość i przychylność boską?

Sołtys wciąż się uśmiechał.

– Nie wierzysz w bogów, prawda wiedźminie?

– Nie wierzę. Szczególnie w takich, co dzielą ludzi na tych, których można przepuścić przez las i tych, którzy zasługują na śmierć. Dla kogo to święto, Gusliv? Jaka Pani tak wybiórczo szafuje ludzkim życiem?

Powiedziałem za dużo, pomyślał. O dziwo, Gusliv nie wyglądał na urażonego.

– Taka, która miłuje tych, co nie zasługują na śmierć – odparł spokojnie. – Ani na wpajane przemocą cudzych idei. Taka, która… Która narodziła się z miłości, takiej jak w balladach mistrza Jaskra. Która odpędza znad naszego pola deszczowe chmury i uczy nas zauważać jego piękno, cieszyć się naturą i sztuką bez pośpiechu, bez lęku o jutro. Wiedziemy tu dobre, beztroskie życie, wiedźminie. Znaleźliśmy swoje szczęście. Ale nie każdemu się to podoba. Są tacy, którzy usilnie będą nam próbowali wmówić, że wcale szczęśliwi nie jesteśmy, że tylko nam się wydaje. Tacy, co dziwnym trafem jako jedyni pojęli istotę prawdziwego szczęścia i chcą nas nią obdarować, choćby musieli ją wbijać do czerepów taranem i przyklepywać siekierą. 

– Tu giną ludzie – rzekł cicho Geralt. – Nie tylko żołdacy Erwesta. To jest to wasze szczęście? Zaczęło się dwadzieścia lat temu, prawda? Kilka osób zmarło w dziwnych okolicznościach. W lesie widziałem mogiłę, zgaduję, że z tamtego okresu.

Sołtys wreszcie przestał się uśmiechać.

– Wszystko na tym świecie ma swoją cenę – powiedział po chwili milczenia. – To już rzecz człowieka, wierzyć w to, która będzie słuszna. Bo w coś wierzyć trzeba. Ale co do wydarzeń sprzed dwudziestu lat, toście… Źle utrafili. 

Geralt pokiwał głową ze zrozumieniem, udając że wierzy sołtysowi. Dotarli właśnie do drzwi niewielkiej chaty, Gusliv zaprosił ich gestem do środka. Wiedźmin wszedł pierwszy, za nim wsunął się szybko dziwnie dotąd cichy Jaskier.

– Pani, która narodziła się z miłości? – szepnął poeta. – Zbyt pretensjonalny pomysł, nawet jak na prowincję. A widziałeś, jak teatralnie umilkł i zapatrzył się w dal? Istotnie, lubią tu sztukę!

– Siedź cicho, Jaskier i wypatruj zwierząt.

– Co?

– Myszy, kotów, czegokolwiek. Później ci wyjaśnię.

W izbie stał nieduży stół, a na nim niesprzątnięty talerz. Sołtys odstawił go na bok, wyciągnął butelkę i trzy kubki.

– Siadajcie.

Usiedli. Sołtys rozlał wódkę, pociągnął równocześnie z Jaskrem. Geralt rozglądał się dyskretnie. Na ścianie zauważył mały obraz przedstawiający różę. Na róży siedział pomarańczowy motyl.

– Dobre, cholera – sapnął poeta. – I ja zaczynam dostrzegać piękno waszego pola! Czyżby dzieło pani Guslivowej?

– Nie ma żadnej pani Guslivowej, Jaskier– wtrącił niespodziewanie wiedźmin.

– Po czym wnosicie? – zaciekawił się sołtys.

– Po tym, że jeszcze nie widziałem żonatego chłopa, który by sam po sobie sprzątał brudne naczynia.

Gusliv uśmiechnął się delikatnie, i nie wiedzieć czemu, spojrzał w kierunku obrazu. Było w tym uśmiechu uprzejme rozbawienie, ale i coś jeszcze. Melancholia. Nieco teatralna, jak wcześniej zauważył Jaskier. Ale prawdziwa.

– Pani Guslivowej nie ma, nie było i nie będzie – przyznał. – Choć być powinna.

Na chwilę zamilkł. A potem podjął:

– Chcecie wiedzieć, co wydarzyło się przed dwudziestu laty? Odpowiem więc. Żyła wówczas w Mirach dziewczyna. Z konieczności była pasterką, z zamiłowania malarką. Za dzieciaka nauczyła się od wędrownego rzemieślnika wyrabiania farb. Najsampierw wychodziły jej same bohomazy, insze młodziaki śmiały się z niej, że czas trwoni, zamiast chłopa szukać… Wszystkie poza mną. Ja zawsze byłem przy niej, zachęcałem do trudu, pocieszałem, gdy wątpiła w swoje zdolności. 

– Kiedyś, na jesieni, z gniewu i wstydu cisnęła kolejny nieudany malunek do rzeki – ciągnął Gusliv. – Jak stałem, skoczyłem do zimnej wody, popłynąłem i ledwie żywy wróciłem na brzeg z deseczką. Przypadła do mnie z lękiem. Nic to, mówię. Nic. Spojrzyj lepiej na swoją deseczkę. Patrz każdego dnia i każdego dnia popraw na niej coś nowego. Przyjdzie taki czas, że zrozumiesz: już więcej nie potrzeba. Ona spłakała się, jak to panna, rzuciła mi się na szyję… I zabrała swoją deseczkę.

Sołtys znów skierował wzrok w stronę obrazu na ścianie. 

– I z czasem… Z czasem zaczęła tworzyć cuda. Z deską na kolanach pilnowała swoich owiec i malowała, malowała, malowała… Umiała wyczarować na tych skrawkach od stolarza światy, o jakich nam się nie śniło. Ale najchętniej przedstawiała…

– Motyle? – zapytał Geralt.

Gusliv powoli kiwnął głową.

– Ten na kapliczce to również jej dzieło?

– Tak. Malowała go… – sołtys wyraźnie się zawahał. – Malowała go na cześć Niebieskiej Pani, ale… Nie zdążyła dokończyć. Wciąż ino te motyle… I więcej te swoje motyle kochała, niźli ludzi. A wypiękniała, jak marzenie. Ci, co się z niej dawniej śmiali, zaczęli zabiegać o jej względy. Szczególnie dwaj wojacy, świeżo przyjęci do książęcej straży; Kudlik dał jej parę białych gołąbków, Yagor wstążkę do włosów. Myśleli, że względami któregoś obdarzy. Ale ona, gdy zmiarkowała o co im szło, wyśmiała obu i poleciała ze mną do wsi na piosenki wędrownego barda. 

Gusliv uśmiechnął się do wspomnień, ale gdy podjął opowieść, jego twarz stężała.

– Zdawało mi się, że to mnie wybrała. Kiedym jej jednak wyznał miłość, to i ze mnie poczęła żartować. Teraz wiem, że w głębi serca mnie kochała, że po prostu nie była gotowa, ale wówczas gniew mnie porwał. Powiedziałem jej… Przykre rzeczy. I uciekła do lasu, wypłakać się przy nowym obrazku. Dojrzeli ją Kudlik z Yagorem, obaj pijani w sztok. Pogonili za nią, dopadli. Zgwałcili. Po wszystkim Zalia… Tak jej było na imię… Zalia się zabiła. Tam, gdzie ją dostali, pod starym dębem. Tam też ją pochowano. W kilka dni później znaleziono Kudlika i Yagora. I oni sobie życie odebrali, z winy i żalu. Oto, co wydarzyło się dwadzieścia lat temu, wiedźminie. Żadnej w tym magii, ani tajemnicy, jeno smutna i żałosna, szara prawda. Powiedzcie to Erwestowi. Pani przyszła później. Za późno dla Zalii.

– Miłość – westchnął cicho Jaskier. – Ostatecznie, zawsze chodzi o miłość…

Geralt milczał. Gusliv nie patrzył w ich stronę. Uciekał spojrzeniem.

– Przykro mi – mruknął wiedźmin. – Szczerze.

– Ale to dawne dzieje – dodał szybko sołtys. – Teraz przestrzegamy praw Pani i nie zbliżamy się do kobiet, a one do nas, póki nie jest to niezbędnie koniecznie. Cieszymy się pięknem, które nam pokazuje, wiecznym słońcem, jej cudami, darami…

– Takimi jak widmowe motyle? Albo duchy dwójki dzieci?

Gusliv urwał, kubek w jego dłoni zadrżał niedostrzegalnie.

– Nie wiem, o czym mówicie.

– Widziałem je, gdy wszedłem do wioski. Piękny dar, przywrócić matce dzieci. Szkoda, że nierealny. Jak zmarły, Gusliv? Zaraza? Wypadek? A może zabrała je Pani?

Z twarzy sołtysa zniknął spokojny uśmiech.

– Każde piękno, słońce, cud i dar mają swoją cenę, wiedźminie. Nie można ich nie odwzajemnić. Czasami darczyńca otrzymuje coś w zamian. Czasami sam odbiera zapłatę. A bogom… Bogom wolno więcej.

– Tak, daru nie można nie odwzajemnić – odrzekł chłodno Geralt. – Ten atawizm jest aż nazbyt niezawodny. A na odrzucenie daru nie każdego stać, szczególnie jeśli jego życie staje się nagle takie proste, takie piękne i słoneczne. Ostatecznie, kilka żywotów w tę czy w tamtą to słuszna cena za święty spokój. Nie wiem, z czym zawarliście tę niepisaną umowę, Gusliv. Ale na pewno nie z bogiem.

Sołtys zbladł. Zacisnął pięści, zapewne bezwiednie, ale zaraz się opanował.

– Wyjdź, wiedźminie – powiedział zduszonym głosem. – Po prostu wyjdź. Odpocznij, naciesz się prostotą, pięknem i słońcem darowanym przez tą, w którą nie wierzysz. Bez obaw, nijak nie musisz się odwdzięczać. A jutro, z samego rana, wyjedź z Mir.

Geralt wstał bez słowa. Gdy byli z Jaskrem już na zewnątrz, zatrzymał się nagle.

– Jakim sposobem Zalia mogła malować obraz na cześć bogini – wiedźmin odwrócił się. – Skoro Pani przyszła później?

Sołtys chwycił za drzwi.

– Odejdź, wiedźminie.

– Co jej powiedziałeś? – zapytał wolno Geralt. – Co jej powiedziałeś, nim uciekła do lasu?

Drzwi zamknęły się z trzaskiem.

 

***

 

– Więc mówisz, że lokalny książę zleca ci sprawdzić, co zabija ludzi w Mirach, aby bez przeszkód ponieść tu iskrę oświaty. W wyludnionym, czy raczej wyzwierzęconym lesie widzisz białe myszki… To jest widmowe motylki.

– Nie kpij, Jaskier.

– Jestem śmiertelnie poważny. Duchy motylków to nie przelewki. Ktoś, uważasz, musiał te motylki uprzednio z premedytacją zakatrupić. Ale spokojnie, znajdziemy paragraf na zwyrodnialca.

– Jaskier…

– No dobra, dobra. Kontynuując, w rzeczonych Mirach sołtys wita cię z otwartymi ramionami, trochę zmyśla i kręci, ale uprzejmie kręci, przyjacielsko. I otwiera się przed tobą, opowiada o swojej tragicznej młodzieńczej miłości. Ty natomiast korzystasz ze zwykłego ci uroku osobistego i w podzięce obrażasz jego wiarę, skutkiem czego wykopuje cię z domu. Uprzejmie i przyjacielsko. Nie tak się zdobywa informacje, wiedźminie.

– Łgał o tej swojej młodzieńczej miłości.

– Kręcił, mylił się w zeznaniach, ale nie łgał. Ja się znam na ludziach, Geralt. Umiem rozpoznać zakochanego człowieka, jestem poetą, na bogów! Dziwna ta jego miłość, owszem. Pół życia wzdychać do martwej dziewki, baby sobie nowej nie znaleźć i patrzeć z utęsknieniem na jej obrazki – takie rzeczy to tylko w balladach. Tych słabych, w stylu Licyniusza z Ellander. Ale to, jak o niej mówił… Geralt, to było prawdziwe.

Zamilkli. Jaskier usiadł wygodniej w trawie pod drewnianym płotkiem, zabrzdąkał na lutni, zmrużył oczy przed oślepiająco pomarańczowym blaskiem zachodzącego słońca. Wiedźmin obserwował zza krzewu bzu wieśniaków powracających do swoich domów. Śmiali się, rozmawiali, niektórzy wciąż jeszcze podśpiewywali. W jednej z kobiecych grupek zauważył dziewczynę o fantastycznie długim warkoczu, tę samą, w którą podczas festynu wpatrywał się rudy chłopak z kieliszkiem wódki. Dziewczyna odłączyła się od towarzyszek, pomachała im ręką. 

– Ale co do fauny, to miałeś rację – odezwał się znów trubadur. – Dzikich zwierząt tu nie widziałem, a psy i krowy siedzą zaskakująco cicho. Masz jakieś podejrzenia?

– Boją się.

– Niebieskiej Pani?

– Zapewne.

– I co zamierzasz?

Tłum wracających mocno się już przerzedził. Dziewczyna kręciła się w pobliżu drogi, zbierała różową koniczynę.

– Zaczekam, aż wszyscy pójdą spać. A potem przyjrzę się duchom. Widziałem, jak ich matka wchodzi do domu, wiem gdzie… Mieszkają.

– Dwie niewinne dziecięce duszyczki, zły pan i tajemnicza dziewica – zamyślił się Jaskier. – I żeby było bez miłości. To może… Wokół gwarno, wokół jasno… Nie, bez sensu.

Zza jednej z chat wyszedł rudowłosy chłopak w bordowej sukmanie, tym razem bez wódki. Chwiejnym krokiem zbliżył się do dziewczyny. Pozdrowiła go. Zaczęli rozmawiać.

– Geralt? – odezwał się nagle Jaskier. – A jeśli to naprawdę bogini?

Wiedźmin parsknął.

– To ja jestem cesarzową Nilfgaardu.

– Geralt, jeśli. Tylko jeśli. Wyobraź sobie, że tropisz wilkołaka, dopadasz gadzinę, a tu nagle się okazuje, że gadzina jest opiekunem natury, bóstwem lasu, gwarantem lokalnego ładu i powodem, dla którego miejscowym lżej umierać, bo wiedzą, że nie umierają na darmo, bo wilkołak-pan da im drugie życie. I tylko od czasu do czasu przegryza sobie jakiegoś obywatela. Wysil wyobraźnię, zabaw się w poetę, względnie filozofa, przecież to uwielbiasz. Zabiłbyś?

– Zabiłbym. Ja, w przeciwieństwie do sołtysa, nie wierzę w słuszność boskich cen. Co to za bóg, który żąda od ludzi ofiary z życia, który musi wiązać wiernych Prawem Daru? Nie, Jaskier, ja nie jestem poetą, ani filozofem. Ja jestem prosty wiedźmin. Każde stworzenie, które morduje bez powodu, uważam za potwora.

Rudy zatoczył się, niby przypadkiem. Nagle stracił równowagę, upadł na dziewczynę, oparł się rękami o jej ramiona. Obydwoje z cichym krzykiem przewrócili się na trawę. Rudy klęczał nad dziewką, ona nerwowo próbowała wysunąć się z jego objęć. Na twarzy chłopaka toczyła się bitwa pomiędzy lękiem, a żądzą. Wreszcie naparł, wpił się ustami w jej usta, wsunął dłoń pod sukienkę. Wyraźnie zaskoczona, dziewczyna usiłowała wierzgać. Bez efektu. Jaskier skrzywił się.

– Ja natomiast jestem nieprostym poetą – rzekł ostentacyjnie głośno – I każdego chama, któremu zbiera się na gwałty, uważam za defekt w krajobrazie.

Rudy nie usłyszał barda. Dobierał się do długowłosej coraz zapamiętalej, najwyraźniej nieświadom, że ktoś go widzi. Dziewczyna zaczęła płakać. Geralt wyszedł zza swojego krzewu, złapał chłopaka za ramię i nie siląc się na delikatność, bez słowa zrzucił go na ziemię. Rudy zamrugał, nie rozumiejąc co właśnie się stało.

– To jest szczyt lenistwa! – zagrzmiał Jaskier, nie ruszywszy się spod swojego płotka. – Lenistwa, kretynizmu i wszystkiego! Nie chce się takiemu rzyci ruszyć, kwiatków nazrywać, ócz skomplementować, tylko rzuca się jak wściekły, buhaj jeden! Uwodzenie to jest sztuka, to jest inwestycja!

Geralt uklęknął obok dziewczyny, wyciągnął do niej rękę. Ona jednak odwróciła mokrą od łez twarz, skoczyła i potykając się, uciekła w głąb wsi. Jej fantastycznie długi warkocz szybko zniknął w zapadającym półmroku. W półmroku i delikatnej mgle, która niedostrzegalnie pojawiła się tuż nad ziemią. Rudy też chciał się zerwać, ale wiedźmin przytrzymał go.

– Lepiej zaczekać, aż dobiegnie do domu – mruknął z paskudnym uśmiechem. – Bo jeszcze coś się stanie po drodze. Różni tacy się tu kręcą.

– Puszczaj! – wrzasnął rudy, blednąc ze strachu. – Ja muszę… Co ja zrobiłem!

– Fuszerkę, ot co! – zawyrokował Jaskier, zdecydowawszy się wreszcie podejść. – Nieodwołalnie przekreśliłeś swoje szanse u wcale niezłej dziewuchy. Kobietę trzeba zdobywać stopniowo, sposobem. Najlepiej zacząć od prezencików. Bukiecik róż, chustka, pierścionek… Podróba oczywiście, nie należy z powodu baby nadwyrężać budżetu, musi starczyć i na inne. Drobny prezencik, wsparty poetycznym komplementem i odpowiednio dwuznacznym uśmiechem, może zdziałać cuda. Takiej hrabinie de Souris wystarczył sonet na cześć jej pudla. Miałem ją dla siebie przez cały upojny miesiąc, dopóki jej małżonek nie wrócił przedwcześnie z turnieju…

– Ciszej, panie! – rudy był blady jak śmierć. – O tym… O tym nie wolno mówić!

– Ale gdzie tam nie wolno – żachnął się poeta. – Reputacja profesjonalisty nielicho pomnaża szanse u niewiasty. Hrabinę, na ten przykład, poznałem dzięki referencjom. Metoda nad wyraz nowoczesna i w pewnych kręgach wściekle modna.

Medalion na szyi wiedźmina zadrżał delikatnie. Geralt rozejrzał się czujnie, wpatrzył w wieczorny półmrok. Ciepłe letnie powietrze nieznacznie się ochłodziło. Rzadkie jeszcze przed chwilą smużki mgły urosły, zgęstniały. Gdzieś na granicy wzroku zatrzepotał skrzydełkami maleńki, blady punkt. Później drugi. Trzeci.

– Kwalifikacje, bądź co bądź, to rzecz nadzwyczaj pożądana w każdej dziedzinie – ciągnął trubadur, przybierając mentorski ton. – Każda lepiej urodzona białogłowa wymaga teraz co najmniej kilku lat doświadczenia, co z miejsca wyklucza nowicjuszy. Klasyczne zamknięte koło. Jedna zażądała ode mnie spisanego życiorysu z uwzględnieniem co donioślejszych wyczynów. Dostała zadyszki przy samej lekturze…

– Nie gadaj, Jaskier.

– Mówię, jak było! Klnę się na duszę Licyniusza z Ellander!

– Zawrzyj gębę!

Ktoś śpiewał we mgle. Głos dobiegał z bliska, coraz bliżej… A może z oddali? Dźwięczny, rozproszony. Dźwięki, z początku ciche i niewyraźne, stopniowo zaczynały układać się w słowa. Medalion drgał jak szalony. Wiedźmin dobył miecza.

– Geralt – Jaskier przycichł nagle, powiódł wokół zaniepokojonym spojrzeniem. – Czy to… Czy to motyle?

W kłębach mgły zamajaczył cień. Płynął, zbliżał się. Śpiewał.

Rudy jęknął, z nadspodziewaną siłą wyrwał się z uścisku wiedźmina i wystrzelił przed siebie jak spłoszony zając. Cień zbladł, oddalił się, podążył za nim. Wiedźmin rzucił się w pościg.

– Zostań tu, Jaskier! – krzyknął przez ramię. – Schowaj się gdzieś! I za cholerę nie wychodź!

Mgła gęstniała. Na początku dostrzegał jeszcze niewyraźną sylwetkę rudego, ale widoczność zmniejszała się z każdą chwilą. Zwolnił, przestawił się na słuch. Dobiegał go przyspieszony oddech uciekającego, jego bezładne kroki. I kobiecy śpiew.

 

Raz wyśniła kurka sen

Że jej wolno szybować

Uwierzyła kurka weń

Kur jej skrzydła wydziobał

 

Nagle Geralt usłyszał krzyk. Rozdzierający, nieludzki, pełen przerażenia. A potem wszystko umilkło. W martwej ciszy, w trupiej bieli chłodnych obłoków, odnalazł wreszcie leżącą w trawie, nieruchomą sylwetkę w bordowym kaftanie. Nad nią pochylała się postać.

Rzeczywiście była niebieska. Jej widmowa, podarta sukienka miała kolor wyblakłych chabrów, w długich, modrych włosach tańczył nieistniejący wiatr, a z twarzy… Z sinej, zapadniętej twarzy patrzyły matowe, szklane oczy. Unosiła się tuż nad ziemią. Powolnym, upiornym ruchem zdejmowała z szyi rudego pętlę. Wokół niej latały motyle.

Odejdź, białowłosy. Nie przeszkadzaj.

Wiedźmin skoczył, ciął z lewej. Ramię upiora skłębiło się jak szary dym. Ostrze ze świstem przecięło powietrze, zatoczyło łuk. 

Co robisz? A kara? Ich trzeba ukarać!

Geralt wyhamował pęd miecza, cofnął się i pchnął z wypadu prosto przed siebie ciosem, który nie mógł chybić. Srebrna klinga nie natrafiła na żaden opór, ale niebieskie widmo natychmiast się rozwiało. Motyle odleciały, mgła stopniowo odpłynęła. Wiedźmin ukucnął przy ciele rudego.

– Zaraza – mruknął.

Zaskrzypiały drzwi, odezwały się głosy. Jakaś kobieta wyjrzała przez okno, ktoś wyszedł na podwórze. 

– Co to za krzyki? Spać nie dają!

– Ktoś leży…

– To ten wiedźmin! Ludzie, wiedźmin zabił Mirsa!

– Głupiś, mgła przecie była! A gdzie mgła o tej porze? Pani Mirsa zabrała!

– Toć Pani by go do lasu zaciągnęła, nie ostawiała we wsi…

– Poślijta po sołtysa, trza trupa spalić, na ofiarę!

Geralt zignorował schodzących się chłopów, przyjrzał się rudemu Mirsowi. 

Wykrzywione przerażeniem oblicze pomału zaczynało blednąć. Wytrzeszczone oczy mętniały, wiedźmin zamknął je ruchem dłoni. Na odkrytej szyi odcinała się jasna, pasmowata bruzda, poznaczona licznymi otarciami. Sznura nigdzie nie było.

Wisielec, słońce, mgła. Widmowe motyle, widmowe dzieci, przykre rzeczy powiedziane w złą godzinę. I uwodzenie, o którym nie wolno mówić. Już wiem.

– Sam widzisz, wiedźminie.

Geralt wstał, odwrócił się.

– Nikt nie może powstrzymać jej woli – powiedział sołtys. – Nikt. 

Uśmiechał się spokojnie, ze smutkiem. I satysfakcją.

– Jaskier miał rację – Geralt odpowiedział własnym, krzywym uśmiechem. – Dziwna ta twoja miłość, Gusliv. Rozumiem jeszcze wierność i rozpamiętywanie. Nawet i przez pół życia. Potrafię to sobie wyobrazić. Ale robienie z tego religii? Będziesz miał temat, co Jaskier?

Nikt nie odpowiedział. Wiedźmin rozejrzał się. Był pewien, że poeta swoim zwyczajem pojawił się w pobliżu, gdy tylko minęło zagrożenie. Ale tym razem nie dostrzegł wśród chłopów śliwkowej plamki. Tknięty przeczuciem, ruszył w kierunku krzewu bzu i drewnianego płotka.

– Co… Ja nie… – sołtys otrząsnął się z chwilowego osłupienia i pobiegł za Geraltem. – Mówiłem wam! Przecie mówiłem, że tamto nie ma nic wspólnego z Panią! Mieliście powiedzieć Erwestowi! Wiedźminie!

Dostrzegł go jeszcze z oddali. Na soczyście zielonej trawie, u korzeni kwitnącego krzewu, leżał fantazyjny śliwkowy kapelusik z czaplim piórkiem. Na piórku przysiadł blady, półprzezroczysty motyl.

– Ich trzeba ukarać – rzekł głucho wiedźmin. – Powiedziała „ich”…

– Pani nie można powstrzymać! – krzyczał Gusliv. – Narodziła się z uczucia, wielkiego niby…

Geralt spojrzał na niego. W spojrzeniu tym było coś takiego, że sołtys urwał w pół zdania i cofnął się o krok.

– Teraz powiesz mi, dokąd Zalia zaciąga swoje ofiary – zażądał strasznym głosem. – I co jej powiedziałeś, nim uciekła do lasu.

Gusliv przełknął ślinę. A potem powiedział.

 

***

 

Szli lasem. Geralt sam odgadł, że właśnie tutaj znajdzie upiora, ale nie chciał zdawać się tylko na własną domyślność. Nie teraz, gdy liczyła się każda minuta. Poza tym, potrzebował Gusliva. Nikogo innego.

– Myliłeś się – powiedział chłodno.

Mężczyzna potknął się w ciemności, usiłując dotrzymać kroku wiedźminowi.

– Myliłeś się od samego początku – ciągnął Geralt. – Twoja tak zwana miłość nie zrodziła bogini. Zrodziła potwora.

Prawie usłyszał łomot serca idącego za nim mężczyzny.

– Mówiłem wam: wara od naszej wiary! Żyjcie swoimi przekonaniami i dajcie żyć…

– Innym? – przerwał ostro Geralt. – Tak jak twoja Zalia, która dała żyć Mirsowi? Która da żyć mojemu przyjacielowi?

– Ostawcie Zalię! Ona nie jest…

– Jest, Gusliv. Jest. I nic tego nie zmieni, choćbyś wmawiał coś zgoła przeciwnego sobie i innym przez kolejne dwadzieścia lat. Żaden bóg nie obrał sobie wieśniaków z Mir za lud wybrany. To Zalia, skrzywdzona przez dwóch idiotów, związana twoim słowem, zabija w odwecie za swoją krzywdę. Jak zginęli ci dwaj z książęcej straży, Kudlik i Yagor? Niech zgadnę; powiesili się? A może ktoś ich powiesił?

Mężczyzna milczał.

– Wierzysz, że kochałeś ją tak bardzo, że po śmierci stała się boginią – mówił dalej wiedźmin. – Że siła twojej miłości pokonała śmierć. Ale życie to nie sielankowa ballada Jaskra. Tak naprawdę wiesz, że prawdziwi bogowie nie rozmawiają ze swoim ludem. Nie dają mu żadnych znaków. Że wreszcie nie domagają się zapłaty, mordując ludzi. Dlatego próbowałeś mnie zmylić. Przecież wiedziałeś, że dziewczyna, którą kochałeś, nie potrafiłaby zabijać. Że coś jest bardzo nie tak.

Gusliv słuchał, patrząc gdzieś w bok.

– Nie wierzę – powiedział cichym, drżącym głosem. – Ona… Ona musi być… Kto, jeśli nie bóg, potrafi władać deszczem? Przecie ona…

Przerwał mu śpiew. Kobiecy i melodyjny.

– Porozmawiam z nią – rzekł cicho wiedźmin. – A potem pozwolisz jej odejść. 

I nie czekając na odpowiedź, zboczył w wąską, wydeptaną ścieżkę, z której wylewały się rozrzedzone smużki białej mgły. Obłok opłynął go, zmroził oddech, ale nie zatrzymał. Geralt stanął u stóp szarego, ociosanego głazu, obłożonego bukietami niebieskich kwiatów.

Motyle były wszędzie. Latały we mgle, migotały skrzydełkami, obsiadały wyryty w kamieniu symbol podłużnej kropli… Nie, nie kropli, poprawił się w myślach wiedźmin. Pętli. Chodziły po kwiatach, krzewach, po grubym konarze rozłożystego dębu. Na konarze, jakieś trzy metry nad ziemią, siedział oparty plecami o pień Jaskier. Oczy miał zamknięte, głowa bezwładnie opadała na bok, prawie dotykając ramienia. Prawie, bo powstrzymywał ją gruby szur, luźno opleciony wokół szyi poety. Tuż obok unosiła się w powietrzu widmowa kobieta o modrych włosach i szklanych oczach. W sinych dłoniach trzymała drugi koniec stryczka. Z półotwartych ust barda miarowo wylatywały ledwo dostrzegalne obłoczki pary. Geralt odetchnął.

– Zalio – powiedział. – Oszczędź go.

Nie jestem Zalia. Już nie. Jestem Niebieska Pani.

Głos rozbrzmiewał w głowie wiedźmina, martwy i nienaturalnie beznamiętny.

Jestem Niebieska Pani. Sprawiedliwa Pani. Nie oszczędzam winnych.

– Winnych? – Geralt uśmiechnął się krzywo. – Czym ten tchórzliwy wierszokleta mógł ci zawinić? Słabym rymem?

Kpiną z niewieściej krzywdy. Ty, białowłosy, pospieszyłeś jej na pomoc, tam, przy bzowym krzewie. On jej nieszczęście za brzydki obrazek miał! Za skazę w pejzażu!

Widmowy głos urastał do przenikającego skronie krzyku. Wiedźmin widział, jak pętla na szyi nieprzytomnego Jaskra zaczyna się zacieśniać.

– Zalio, jemu nie o to szło! – zaczął, robiąc prędki krok w stronę dębu. – On tylko…

Dziewka to dla niego nie człowiek! To inwestycja! Myśli ją kupić szmatką, tanim pierścionkiem, sonetem dla pudla! A potem wpisać ją na karteluszek, mieć za trofeum!

Geralt zatrzymał się, upadł i z przekleństwem na ustach złapał za głowę. Krzyk upiora wwiercał mu się w mózg, ogłuszał.

I mnie chcieli tacy kupić! Jeden dał mi parę gołąbków, drugi wstążkę, inny na piosenki barda zabrał, handlarze przeklęci. Dary ofiarowali, gwarant wdzięczności! Miarkowali, że dam się za nie wychędożyć i jeszcze dziękować będę! A gdym dziesiąty raz powiedziała, że nikogo nie chcę, w kochanie nie wierzę i szczęśliwa jestem, kląć mnie zaczęli! Wcale szczęśliwa nie jesteś, zdaje ci się jeno! Ale my ci pokażemy, my cię nauczymy, naprostujemy! Ten trzeci zwłaszcza, myślał, że jestem mu przeznaczona. Ten to mnie wyklinał, obyś spokoju nie zaznała, póki nie pojmiesz, że mnie kochasz, mówił…

Wiedźmin z wysiłkiem podniósł się z kolan i spojrzał na ukrytego w zaroślach Gusliva. Mężczyzna był blady jak papier, unikał jego wzroku.

– Zalio! – zawołał Geralt. – On nie wiedział! Nie rozumiał!

Zalia szalała.

Oczywiście, że nie rozumiał! Nikt nie rozumiał! Ale on przynajmniej w spokoju mnie zostawił. Tamci dwaj pojąć nie mogli, że w dziewiętnastej wiośnie życia żadnego nie chciałam. Wygrzmocimy cię porządnie, mówili, weźmiesz sobie któregoś i żyła będziesz długo i szczęśliwie, wraz ci się odechce tych motylków malować! Chłopem się zajmiesz, jak normalna kobita!

Ze szklanych oczu wytoczyły się dwa jasne punkciki, dwie sinobłękitne łzy. Potoczyły się po zapadłych policzkach, oderwały, wzleciały w powietrze, zatrzepotały skrzydełkami.

A jeśli moje długo i szczęśliwie nie wśród męża i gromady bachorów czekało? Może chciałam w świat jechać, malować cuda, uczyć się? Dlaczego nie wolno mi było mieć własnego długo i szczęśliwie? Dlaczego musiałam umrzeć i stać się boginią, by udowodnić, że miłość to wymysł chutliwych kłamców? Dlaczego, białowłosy?

Jej głos cichł, uspokajał się. Sina postać oddaliła się o cal, drugi. Sznur zaczynał się napinać. Wiedźmin bardzo powoli sięgnął ku rękojeści srebrnego miecza.

Nie będzie już żaden dziewek obłapiał, kupował i za trofea miał. Nie pozwolę. Będą ludzie cieszyć się pięknem sztuki, słuchać piosenek bardów i oglądać moje obrazy, miast się obłapiać. Będzie pokój panował i szczęście. A każdy, kto szczęścia innym odmówi, zawiśnie, jak ja zawisłam!

– Szczęścia? – zapytał cicho Geralt. – A co to takiego, Zalio? Samotność i malowanie motyli, twoje szczęście? A co z tymi, które chcą chłopa i gromadki bachorów? Nauczysz je, naprostujesz?

Martwe usta Zalii drgnęły w dziwnym wyrazie czegoś, co miało być uśmiechem.

Nauczę. Bo one nie wiedzą, nie rozumieją, że miłości nie ma. Mnie wolno. Ja jestem bogini, a bogom wolno więcej, białowłosy. Bogowie wiedzą lepiej.

– Nie jesteś boginią.

W głowie wiedźmina rozległ się śmiech.

Słońce jest mi posłuszne! Ruch mojej dłoni przepędza deszczowe chmury! Tworzę życie, wskrzeszam zmarłych! Rozpoznałam w tobie obrońcę mojej wyznawczyni i oszczędziłam cię w drodze przez las, białowłosy. Kimże jestem, jeśli nie bogiem?

Zalia uniosła ręce, pociągnęła za sznur. Wiedźmin skoczył, wybił się z głazu, jego klinga przeszyła powietrze, rozwiała widmowe dłonie w smużki sinego dymu. Puszczony stryczek zakołysał się miarowo. Jaskier niebezpiecznie przechylił się w bok, ale nie spadł.

– Płanetnikiem – odrzekł Geralt. – Rzadkim, potężnym upiorem, powstałym z wisielca. Nie możesz dotknąć ziemi, jesteś w stanie chwycić jedynie sznur, którym cię zaduszono. Masz władzę nad pogodą, potrafisz utkać z mgły motyle, które tak lubiłaś za życia, wierne kopie ludzi, podobizny zmarłych dzieci, jesteś przecież artystką. Ale to tylko animowane widma, Zalio, tylko dzieła sztuki. Nikt nie może stworzyć życia i wskrzeszać umarłych. Nawet płanetnicy. A wtedy, w lesie, mnie również chciałaś zabić, jak każdego uzbrojonego mężczyznę, który przypomina ci Kudlika i Yagora. Nie zdołałaś, bo dosięgnąłem cię srebrem, unieszkodliwiłem. Jesteś tu tylko dlatego, że Gusliv cię przeklął. Tą samą siłą, o której myślisz, że jej nie ma… I o której on myśli, że jest.

Naraz zapadła cisza, tak głęboka, że gotowy do ponowienia ataku wiedźmin słyszał, jak ukryty w zaroślach mężczyzna wstrzymuje oddech. Obaj czekali na odpowiedź. Zalia cofnęła się, patrząc szklanymi oczami na ręce, które pomału wracały do poprzedniego kształtu. A potem zadała pytanie.

Kto to jest Gusliv?

Geralt nie zdążył zareagować. Sołtys wypadł z krzaków, blady i rozdygotany. Patrzył na niebieskiego upiora wzrokiem, który nie widział, nie chciał widzieć niczego i nikogo innego. Jego usta drżały.

– Nie pamiętasz? – zawył. – Nie możesz nie pamiętać! Ja zawsze przy tobie, żyłem tobą! Dwadzieścia lat przepędziłem dla ciebie samotnie, na żadną patrzeć nawet nie chciałem! Głosiłem twoją boskość, twoje prawo, wierny, zawsze najwierniejszy! Zalia, Zalka! To ja! Ja, Gusliv!

Upiór milczał. Motyle latały. Sołtys wyciągnął drżące dłonie w stronę widma. Wiedźmin zatrzymał go stanowczym ruchem, pokręcił głową.

Nie pamiętam.

Gusliv zamarł, powoli odszukał ręką pień dębu, oparł się. Geralt myślał przez chwilę, że upadnie. Nie upadł. Zamiast tego, wyszeptał błagalnie:

– A rzeczka? Była… Była jesień, my razem… Cisnęłaś malunek do wody, ja skoczyłem, popłynąłem, przez miesiąc w płucach mię piekło… Nie wierzysz? Oddałem ci deseczkę, patrz każdego dnia, poprawiaj, mówiłem… Nie pamiętasz?

Szklane oczy patrzyły na niego długo, nieruchomo.

Wierzę. Ale ja… Ja nie pamiętam.

– Gusliv – rzekł cicho wiedźmin. – Nakazałeś jej tu zostać, póki nie pojmie, że cię kocha. A ona cię nie kocha. Nigdy nie kochała. Odpuść. Wybrałeś dziewczynę, która nie potrzebuje i nie rozumie tego, co ty czujesz. Dlatego klątwa nie może się dopełnić. Pozwól jej odejść. Ja nie mogę nic zrobić, bo nawet wiedźmiński miecz nie przetnie mgły.

Gusliv nie odpowiadał. Siny upiór ponownie sięgnął po sznur, Geralt odpowiedział cięciem miecza.

– Gusliv! – powtórzył ostro. – Mało ci było krwi? Ilu jeszcze musi zapłacić za twoją cholerną, dozgonną miłość?!

Mężczyzna uniósł bladą twarz.

– Odejdź, Zalio – powiedział głucho. – Zaznaj swojego spokoju. Nie odwdzięczaj się za dary… Za które odwdzięczyć się nie możesz. I nie pamiętaj, jeśli nie chcesz. Ale ja… Ja będę pamiętał.

Nie było rozbłysku światła, uśmiechu pełnego ulgi, ani nawet zwykłej odpowiedzi. Upiór po prostu rozwiał się w oparach szybko rzednącej mgły. Wraz z nim zniknęły motyle, jeden po drugim. Pętla na szyi Jaskra sczerniała i rozsypała się w pył. Poeta otworzył oczy.

– Co za sen – jęknął. – Wszędzie ludzie, ja chcę śpiewać o Złym Panu, ale nie mogę dobyć głosu, a oni nie umieją słuchać o niczym innym, niż miłość… Licyniusz z Ellander ma używanie… Mówię ci Geralt, koszmar nie z tej ziemi. Słuchacze, co nie umieją słuchać! A skoro my o ziemi… Geralt, gdzie my jesteśmy? Czy ja… Czy ja siedzę na drzewie? Psiajucha, ale mnie gardło boli… Już noc? Kto tam za tobą stoi? Nic poza twoim białym łbem nie widać w tej ciemnicy… To sołtys? Czy on… Czy on płacze? Geralt?

– Nie, Jaskier. Uczy się słuchać.

 

***

 

– Nie rozumiem – powiedział Erwest, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Uwolnili się od kłamstwa, którym żyli przez dwadzieścia lat. Od morderczego upiora… Mówiłeś, że co to było, Geralt?

– Płanetnik – odparł wiedźmin, wkładając do juku woreczek z pieniędzmi. Gdzieś obok zapiał kogut.

– Od płanetnika, który mówił im jak mają żyć – ciągnął książę. – Dzięki mnie będą żyć lepiej, mądrzej. Podarowałem im wolność i szczęście. Więc dlaczego, do cholery, zachowują się, jakby z pogrzebu wracali?

Geralt i Jaskier powiedli wzrokiem po wiejskim placu. Młodzi, starzy, kobiety i mężczyźni, długowłose podlotki i pryszczate wyrostki, wszyscy wlekli się na pole, na wyrąb, albo plac budowy. Każdy, jak okiem sięgnąć, miał na sobie coś czarnego; kamizelę, czapkę, spódnicę. Po radosnym festynie nie pozostał nawet ślad. Kapliczkę Niebieskiej Pani dawno już rozebrano na kamienie pod fundamenty szkoły.

– Bo ludzie, Erwest, są krótkowzroczni – wiedźmin uśmiechnął się krzywo. – Czasem wolą drogo zapłacić za fałszywą nadzieję, niż odwdzięczać się za szlachetny, bezinteresowny dar oświecenia.

Książę zmruży oczy.

– Sądziłem, że jasno określiłem swój stosunek do ironii. Ten potwór ich mordował, Geralt. Mordował i ogłupiał, a ty pleciesz o jakiejś nadziei. Bądź łaskaw wskazać mi korelację.

Geralt nie zdążył wskazać korelacji. Z jednej z milczących grup wyłoniła się kobieta. Włosy miała rozrzucone w nieładzie, wzrok zdradzał pierwsze oznaki nadchodzącej histerii. Na widok wiedźmina podeszła i złapała go za ramię. Wiedźmin poznał ją.

– Panie miłościwy, pomóżcie… Dzieci moich szukam, nie widzieliście? Chłopaczek i dziewuszka, za rączki zawsze się trzymają, bladzi są nieco. Trzeci dzień ich znaleźć nie mogę! Nie widzieliście aby?…

Erwest prychnął.

– Niewiasto, pomyślże trochę. Ten tu obecny wiedźmin dowiódł, że wasza rzekoma bogini była jeno upiorem, mamiącym was swoimi iluzjami. Wraz z nią zniknęły miraże motylków, zniknęły i widmowe dzieci. Czy tak trudno opanować podstawy logicznego myślenia?

Kobieta uśmiechnęła się błędnie. Widząc ten uśmiech, książę pojął nagle, że pytał daremnie.

– Tak, właśnie tak! – zawołała radośnie. – Dziełem Pani one są! Poszły do lasu moje dziateczki, a że nie rozumiały jak to niedobrze, kiedy dzieweczka z chłopcem za ręce się trzymają, Pani ich pokarała. Ale Pani łaskawa jest, wróciła mi synka z córeczką! Ino znaleźć ich nie mogę…

– Pani już nie ma – nie wytrzymał Jaskier. – I dzieci też już nie ma. Odeszły i nie wrócą. Pojmujecie?

Kobieta zmartwiała, spuściła wzrok. Ale zaraz znów go podniosła, wlepiła w Erwesta.

– Pani odeszła do krainy niebieskiej – rzekła z szeroko otwartymi oczami. – I zabrała moje dzieci z sobą, ażeby wiecznej słodyczy tam doznawały. Prawdę mówię, wasza miłość? Dobrze pojęłam?

Geralt czekał na odpowiedź księcia. Książę milczał długo. Bił się z myślami.

– Tak – rzekł wreszcie. – Dobrze pojęłaś.

Kobieta chwyciła jego ręce, ucałowała je w milczeniu i odeszła. Wiedźmin dał Jaskrowi znak, by ten wsiadł na swojego nowego ciska, prezent od wdzięcznego za pomoc księcia. Sam wskoczył na Płotkę.

– Bywaj, Erwest – powiedział, tym razem bez kpiny w głosie. – Edukuj prosty lud, ucz go, jak żyć bez łatwej nadziei. Ale pamiętaj, że są takie dary… Których nie da się zastąpić logiką i systemem irygacyjnym.

– Bywaj, Geralt – książę kiwnął głową. – Wiedźminie, który nie wierzy ani w bogów, ani w rozum. Ale pamiętaj, że zawsze przychodzi taki czas, kiedy w coś uwierzyć trzeba.

Pojechali. W lesie śpiewały ptaki, pachniało wilgocią. Drogę przebiegł lis. Zbierało się na deszcz.

– A było tak blisko! – westchnął Jaskier, po raz nie wiadomo który rozmasowując sobie gardło. – Dziewczyna, która nigdy w życiu w nikim się nie zakochała. Nieludzki ewenement, ale byłaby ballada bez miłości, jak się patrzy. A przecież za cholerę nie da się wyciąć wątku Gusliva! Będę musiał na czas jakiś omijać szerokim łukiem Licyniusza z Ellander…

– Jaskier – odezwał się niespodziewanie Geralt. – Słyszałeś o mistrzu Naussie?

– Kpisz sobie? – nadął się trubadur. – Mam ci przypominać ile sztuk wyzwolonych studiowałem?

– Co się z nim właściwie stało? 

– Wdarł się do świątyni Coram Agh Ter. Wyłożył kapłanom, że kult Lwiogłowego Pająka nie ma prawa istnieć. Wyłożył ponoć bardzo rozsądnie i sensem.

– Co na to kapłani?

– Połamali go kołem, wytarzali w smole i złożyli w ofierze. Jak to oni. Czemu pytasz? Chwila, Geralt, czy ty się śmiejesz? Nie, daj spokój, znam ten twój gorzki uśmiech, zawsze tak się krzywisz, jak zauważysz w czymś ironię losu. Powiedz! Niech i ja się gorzko pouśmiecham! O co chodzi, Geralt? Geralt?

– O nic, Jaskier. O nic.

Koniec

Komentarze

Wiedźmina nigdy dosyć. :)

Tekst dobrze napisany – na poziomie języka. Czyta się z przyjemnością. Nieliczne wpadki redaktor poprawiłby, dłubiąc palcem w uchu. Tu i tam błędny zapis dialogu, zgubiona spacja, tego typu sprawy. Grzechów czysto warsztatowych raczej nie ma.

Problemem jest raczej wtórność opowieści w stosunku do dokonań Andrzeja Sapkowskiego. Bo mamy tutaj udanego Geralta, którego mieliśmy w sadze, mamy udanego Jaskra, którego mieliśmy w sadze, mamy udaną opowieść nieco w stylu “Krańca świata”, ale nic ponadto; mamy łowy na potwora – z morałem w tle – ale nic ponadto. Na pewno brakuje silniejszych emocji. Nawet przez moment nie martwiłem się o bohaterów. Byłem pewien, że Geraltowi i Jaskrowi nie stanie się krzywda. Bo przecież to Geralt i Jaskier.

I tutaj jest wampir pogrzebany.

Szkoda, autorko, że jednak nie wybrałaś innej drogi, innej opowieści, nie stworzyłaś bohaterów (którym odważyłabyś się bardziej dokopać), tylko wzięłaś to, co sprawdzone, i według receptury zbudowałaś tekst. Andrzej Sapkowski powołał do życia nośny świat, wielu rzeczy w tym świecie nie ruszył, wielu nie opowiedział. Tam naprawdę można tropić i chwytać ciekawe historie. I wcale nie muszą być skrojone według recepty Geralt(protagonista)+zlecenie/afera+Jaskier(element komiczny).

Podwójnie szkoda, bo dobrze piszesz i mogłabyś napisać coś naprawdę znakomitego.

Niemniej czytałem z przyjemnością.

 

PS. Zdanie otwierające prawie tak dobre, jak to z “Kwestii ceny”. :)

Ładnie opowiedziana historia, szkoda tylko, że taka łagodna, wręcz miałka. Toczy się spokojnie i leniwie, i nawet sprawa zabójstw żołnierzy jest wspomniana jakoś tak powściągliwie. Zgadzam się ze Szlagierem, że ani przez moment nie można było mieć wrażenia, że gdzieś czyha prawdziwe niebezpieczeństwo, że bohaterom coś grozi.

Wykonanie całkiem przyzwoite, choć nie pozbawione usterek i błędów. Gdyby nie one, kliknęłabym Bibliotekę. :-)

 

– Nic po­dob­ne­go – wiedź­min nabił na wi­de­lec ko­lej­ny kęs.– Nic po­dob­ne­go.Wiedź­min nabił na wi­de­lec ko­lej­ny kęs.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

–Win­szu­ję suk­ce­su – mruk­nął. – Brak spacji po półpauzie. Ten błąd pojawia się jeszcze dwa czy trzy razy, w dalszej części opowiadania.

 

Wi­de­lec z na­bi­tym kęsem był zimny. – Zimny był widelec, czy raczej nabity nań kęs?

 

Nie zwal­nia­jąc tępa się­gnął do juk… – Nie zwal­nia­jąc tempa się­gnął do juków

Sprawdź znaczenie słów tępytempo.

Juk jest rodzaju męskiego.

 

nie spusz­cza­jąc wzro­ku z po­bo­cza, a potem szturch­nął po bo­kach pię­ta­mi. – Nie brzmi to najlepiej.

 

bły­ska­wicz­nie wy­szarp­nął z juk zwi­nię­ty srebr­ny łań­cuch… – …bły­ska­wicz­nie wy­szarp­nął z juku zwi­nię­ty srebr­ny łań­cuch

Zakładam, że jeden łańcuch wyszarpnął z jednego juku.

 

Jeden z mal­ców od­biegł od gro­mad­ki, co chwi­la oglą­da­jąc się za sie­bie… – Masło maślane. Czy można oglądać się przed siebie?

Proponuję: …co chwi­la oglą­da­jąc się… Lub: …co chwi­la patrząc za sie­bie

 

tań­czy­li w rytm mu­zy­ki wy­gry­wa­nej na gę­ślach przez do­mo­ro­słych szar­pi­dru­tów.– Wydaje mi się, że określenie szarpidrut powstało w czasach, kiedy pojawił się bigbit i młodzieżowe zespoły gitarowe. W tym opowiadaniu, moim zdaniem, szarpidrut nie ma prawa bytu, tym bardziej, że gęśle nie miały strun metalowych.

 

śpie­wa­ły sze­rzej nie­zna­ną lu­do­wą przy­śpiew­kę… – Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

ale na tle więk­szo­ści wład­ców, z ja­ki­mi mia­łem do czy­nie­nia… – …którymi mia­łem do czy­nie­nia

 

w prze­ci­wień­stwie do znacz­nej więk­szo­ści młó­dek, z ja­ki­mi miał stycz­ność. – …którymi miał stycz­ność.

 

Doj­rze­li ją Ku­dlik z Yago­rem, obaj pi­ja­ni w sztos. – Nie można być pijanym w sztos, albowiem sztos to uderzenie kijem kuli bilardowej.

Pewnie miało być: Doj­rze­li ją Ku­dlik z Yago­rem, obaj pi­ja­ni w sztok.

 

Osta­tecz­nie, kilka żyć czy w tamtą to słusz­na cena za świę­ty spo­kój.Osta­tecz­nie, kilka żywotów czy w tamtą, to słusz­na cena za świę­ty spo­kój.

Życie nie ma liczby mnogiej.

 

Nagle stra­cił rów­no­wa­gę, spadł na dziew­czy­nę… – Skąd spadł?

 

i po­ty­ka­jąc się, ucie­kła wgłąb wsi. – …i po­ty­ka­jąc się, ucie­kła w głąb wsi.

 

W spoj­rze­niu tym było coś ta­kie­go, że soł­tys urwał wpół zda­nia… – …że soł­tys urwał w pół zda­nia

 

A potem wpi­sać ją na kar­te­lusz­kę, mieć za tro­feum! – A potem wpi­sać ją na kar­te­lusz­ek, mieć za tro­feum!

Karteluszek jest rodzaju męskiego.

 

od­parł wiedź­min, wkła­da­jąc do juk wo­re­czek z pie­niędz­mi. – …od­parł wiedź­min, wkła­da­jąc do juku wo­re­czek z pie­niędz­mi.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Z pewnością mocno sapkowskie, nawet zdania jak żywcem wycięte z sagi. Tylko, że w pewnym momencie zaczynają się schody. Przypadek z Mirsą nieprzekonywujący, i podany w złym momencie – chłopak mógł być idiotą, ale żeby aż takim? Z opowieści wynika, że dwadzieścia lat oddają hołd Zalii. Po dwudziestu latach podobnych Mirsów powinna być setka, może dwie. Skoro nawet trzymające się za ręce dzieci może spotkać kara…

Niestety za rozwiązaniem problemu stoi bardzo szczęśliwy przypadek – najgorszy twist z możliwych, choć przez autorów ulubiony.Do owego zwrotu w fabule czytało się dobrze, mimo wodolejstwa, potem z irytacją.

pozdrawiam

Za opinie dziękuję.

 

Szlagier: dziękuję za obszerny komentarz i rozumiem główny zarzut, ale w zasadzie… Moim celem było stworzenie opowiadania, które pasowałoby do któregoś z obu tomów opowiadań o wiedźminie ;) Chciałam stworzyć okazję do ponownego spotkania starego Geralta ze starym Jaskrem i za ich pośrednictwem obronić Zosię z Dziadów, odwołując się delikatnie do “Szkicu o Darze” Maussa i trochę z nim polemizując. A przy okazji powiedzieć, że ludzie wolą nawet okrutnego pseudoboga, niż brak Boga w ogóle. Ale rozumiem – albo nie wyszło, albo rzecz okazała się nietrafionym pomysłem.

 

Gwidonie: Odnośnie “podobnych Mirsów”: przez niedostępność wioski brakowało informacji na temat śmierci mieszkańców (które co jakiś czas jednak się zdarzały, gdy taki Mirs stracił nad sobą czasem panowanie) ale może rzeczywiście należało to uwypuklić i poświęcić tej informacji więcej miejsca… Choć na swoje usprawiedliwienie dodam, że ze względu na limit znaków nie zmieściło mi się kilka wyjaśnień.

 Gwidonie, mam  tylko jedno pytanie: dlaczego uważasz, że wyszło mi wodolejstwo?

 

PS. Z czystej ciekawości: czy nawiązanie do drugiej części Dziadów jest widoczne? Chciałabym wiedzieć, czy wyszło wyraźnie, czy  jednak nie.

PPS. Ja tu względnie nowa jestem i się nie za bardzo orientuję… Da się jakoś błędy w już zamieszczonym tekście poprawić?

Co do nawiązania – dopiero teraz, po podaniu informacji, nawiązanie dla mnie jest czytelne. Czyli dla mnie nie było widoczne. Ale ja czytałem o pierwszej w nocy, może to zaważyło. A może fakt, że Dziady pamiętam jak przez mgłę, bo Mickiewicza dla przyjemności nie czytuję, wystarczyło mi te kilka razy w szkole, a to było piętnaście lat temu.

Odnośnie do “zarzutu“.

To w zasadzie jest zarzut i nie jest, bo może ktoś uznać Twoje podejście – opowiadanie o Geralcie skrojone według receptury ze zbiorów Sapkowskiego – za atut. Ja też lubię tych bohaterów i tę metodę. Ale z punktu widzenia “dawania czegoś od siebie” zobacz jak wielu elementów rzemiosła pisarskiego się pozbawiłaś, obierając taką drogę. Kreacja protagonisty – odpada. Kreacja bohatera pobocznego – odpada. Miałaś tutaj gotowce. I to solidnie, ale to solidnie wyeksploatowane. Twoje kreacje bohaterów – książę, Gusliv, Zalia – nawet jeśli inspirowane, są jednak ciekawsze, bo dla czytelnika nowe.

W kategorii fanfik – fajnie, nieźle wyszło.

W kategorii opowiadanie osadzone w realiach świata wiedźmińskiego (wymóg konkursowy) – naprawdę, ale to naprawdę trzeba zdecydowanie więcej, żeby opowiedzieć zrzucającą kapcie historię o tak wyeksploatowanych bohaterach jak Geralt i Jaskier. Tutaj po prostu jest malutkie pole do popisu dla autora.

Także – jako fan wiedźmina – zarzutu nie stawiam. :)

Jako autor oceniający rzemiosło innego autora – jak najbardziej.

Przeczytałem. Pod względem językowym nie mam zarzutów. Jeśli chodzi o fabułę… mam mieszane uczucia. Z jednej strony jest wszystko czego można oczekiwać. Niejednoznaczne postaci skrywające swoje sekrety, ludzkie okrucieństwo, morał jednak mam wrażenie, że wszystko już było. Nawet nie tyle w książkach Sapkowskiego, co w grach. Motyw zgwałconej dziewczyny pojawiał się tam wielokrotnie. I wydaje mi się, że dlatego tekst odpadł. Bo nie było w nim nic nowego, odkrywczego, czego już nie zaznalibyśmy w wiedźmińskim uniwersum.

Cóż, rozmowa z księciem wydała mi się nieco przydługa i niewiele wnosząca, aczkolwiek nie jest to główny zarzut dlaczego mi nie podeszło.

Jeden z malców odbiegł od gromadki, co chwila patrząc się za siebie… – Jeden z malców odbiegł od gromadki, co chwila patrząc/ zerkając za siebie…

W tym zdaniu zaimek zwrotny jest zbędny.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobał mi się temat, którym podszyłaś opowieść o wiedźminie. Walka rozumu z zabobonem to ciekawy motyw. A fałszywi bogowie – wcale nie gorszy. I jeszcze prawo daru – technika manipulacyjna niejednokrotnie wykorzystywana… Jestem pod wrażeniem całej tej podbudowy tekstu.

Widzę, że znalazłaś już przycisk do edycji. Warsztatowo całkiem nieźle, ale zostały Ci jakieś powtórzenia – nauka i nauczyć blisko siebie itp.

Pytałaś o Mickiewicza. Tak, para gołąbków wywołała gdzieś w czaszce echo: “Oleś za gołąbków parę chciał raz pocałować w usta”. Ale może dlatego, że zawsze mnie ten fragment wkurzał. Tym bardziej, że hipokryta Mickiewicz w innym wierszu uznawał pocałunek za normalną, pełnokrwistą zdradę.

Babska logika rządzi!

Jak dla mnie chyba najciekawsze z prezentowanych tutaj opowiadań z konkursu wiedźmińskiego. Wciągnęło, zaciekawiło, podobały mi się wplecione smaczki. Trochę tylko za szybko i za łatwo poszło z rozwiązaniem zagadki, no i nadal nie wiem, czemu w wiosce nie było zwierząt?

 

Może zwierzątka bezczelnie się ze sobą parzyły? Ale faktycznie, ten wątek został niedomknięty.

Babska logika rządzi!

Zwyczajnie dlatego, że bały się Zalii. I znowu jest to wątek, którego pełne wyjaśnienie (bo jakieś strzępy się ostały, ale chyba nie zwracają wystarczającej uwagi) nie zmieściło mi się w limicie znaków, przez co zrobił się lekki bałagan ;) 

O, tyle się z tego wyjaśnienia ostało:

 

– Dzikich zwierząt tu nie widziałem, a psy i krowy siedzą zaskakująco cicho. Masz jakieś podejrzenia?

– Boją się.

– Niebieskiej Pani?

– Zapewne.

 

Bardzo wam dziękuję za te komentarze! Naprawdę niesamowicie się cieszę, że mój zamysł został zrozumiany :D

Czyli zwierzątka mają więcej rozumu niż ludzie? ;-)

Babska logika rządzi!

Jak każe horrorowa tradycja, w której koty, psy i cała reszta zwierzaków wyczuwa nadnaturalne niebezpieczeństwo, a głupie cywilizowane ludzie ignorują oznaki mrocznych mocy ;)

Zapomniałem dodać, że z wszystkich ukrytych nawiązań najbardziej podobało mi się to do komiksu o Asterixie i Obelixie :)

To mówisz Phea, że te zwierzęta tak przez dwadzieścia lat się bały? Większego idiotyzmu chyba nie czytałem.

belhaj, wzruszyłam się jeszcze bardziej, że ktoś to zauważył! :D

gwidon, wydaje mi się, że po długiej i oklepanej tradycji horrorowej jest to oczywiste, ale w takim razie wyjaśnię specjalnie dla ciebie, że w większości opowieści o potworach z zaświatów zwierzęta unikają danego terenu choćby i dłużej. Oczywiście z wyjątkiem – dajmy na to - specjalnie wytresowanych koni, jak było u Tolkiena (nazgule), czy Stokera (Dracula) na przykład. Nie dlatego, że raz się zlękły i przez dwadzieścia lat uciekają. Dlatego, że non stop czują nienaturalne niebezpieczeństwo i po prostu tam nie wracają. Naprawdę, nie ja pierwsza wykorzystałam ten motyw.

Wow, jestem pod wrażeniem. Opowiadanie idealnie wpisuje się w schemat “wiedźmińskiej historii” i dla mnie jest to atut, nie coś godnego krytyki. No i 100% Jaskra w Jaskrze! :) Autorko, uprzyjemniłaś mi pół godziny życia, za co serdecznie dziękuję.

Sprawnie, dobrze napisane. Podoba mi się taki rzemieślniczy trud, który daje dobre owoce.

Infundybuła chronosynklastyczna

Wybacz Phea, ja konsekwentnie odpadam na Wiedźminie i wiedźminopochodnych. I choć komentarze kuszą, to jednak twardo mówię nie :)

Powodzenia!

F.S

To jest opowiadanie dla mnie. Trudno to wyjaśnić, ale poruszasz wszystkie kwestie, które mnie bolą. I robisz to umiejętnie. I po lekturze jestem zadowolona, tak jakby ktoś myślał w niemal identyczny sposób, jak ja, i jeszcze umiał to opisać lepiej ode mnie. Technicznie napisane dobrze, nie mam do czego się przyczepić. Geralt i Jaskier wiernie oddani. Idealne opowiadanie na zrealizowanie mojej nowej władzy i przybicie Biblioteki. Wbrew przedmowie, ze mną zostanie na dłużej ;)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Przeczytałem i uważam, że fajne. Fabuła opowiadania interesująco skonstruowana, czytałem z zaciekawieniem. Relacja Gusliv – Zalia, no cóż, temat trochę ograny, ale akurat tutaj pasuje. Motyw z motylami robi niezły klimat.

Napisane całkiem fajnie, akcja mozolna, ale wciągająca. Niektóre postacie trochę jakby niedopracowane, ale ogólnie i tak jest ciekawie. Za to nie mogłem nijak strawić tej masy komunałów… Nie przepadam za opowiadaniami, które nic nie wnoszą, niczego nowego do myślenia, do zastanowienia się – ot, po prostu płyną sobie z głównym nurtem. W Twoim opowiadaniu nawet bogowie byli opisani w politycznie poprawnym stylu frown. Toteż wg mnie wyszedł taki barok – ładnie, błyszcząco, zgrabnie… ale niewiele z tego człowiek wynosi. Zanosiło się na piątkę-szóstkę… a z ledwością zdecydowałem się na czwórkę.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka