- Opowiadanie: Natan - Wiedźmińskie łzy

Wiedźmińskie łzy

Po setkach godzin oczekiwania w końcu nadeszło nieuniknione i moje opowiadanie wiedźmińskie odpadło z konkursu. Opinia na jego temat jest następująca: “Fabuła ogólnie rozwijana zbyt pospiesznie, choć niektóre sceny OK. Dialogi bywają przefajnowane, bohaterowie tez nie zawsze przekonują. „Mocny średniak”.”.

Byłbym wdzięczny za szczere opinie pod tekstem. Ciekaw jestem czy zgadzacie się z opinią jury.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Wiedźmińskie łzy

Po tych wydarzeniach wszyscy zadawali sobie pytanie jak do tego doszło. Niektórzy mówili, że nie można było tego przewidzieć.

 I zastanawiali się, czy okłamują tylko lud czy też samych siebie.

Historia świata t.3, Vunfert von Hluft

 

 

Nieznajomy szybkim ruchem otworzył drzwi do karczmy i stanął koło szynkwasu bez słowa. Po kilku uderzeniach serca odezwał się w końcu karczmarz:

– Czego? – Nie trudził się na uprzejmości, gdyż z ubioru nieznajomego można był wnioskować, że sakiewka mu nie ciąży. Miał na sobie lichy płaszcz, pod którym widać było brązowy kubrak wiązany pod szyją. Kaptur na głowie skutecznie ukrywał jego twarz w cieniu.

– Piwa – odpowiedział krótko.

Podczas gdy karczmarz nalewał do kufla złocisty trunek, mężczyźni siedzący przy dębowym stole najbliżej drzwi uważnie przyglądali się nieznajomemu. W końcu najwyższy z nich odważył się podejść do tajemniczego gościa.

Gdy przybysz zapłacił za zamówienie najwyraźniej uznał, że może już pokazać swoje oblicze. Twarz miał raczej pospolitą, jednak tym co przykuło wzrok obecnych była biel włosów, która nie była efektem starości. Nad jego głową zabłyszczały w świetle świec rękojeści dwóch mieczy, znaków było aż nazbyt, aby pomylić go z kimś innym.

– Tyś jest wiedźmin. – Bardziej stwierdził niż zapytał dryblas.

Nieznajomy wolno zwrócił ku niemu swe oblicze, które niespodziewanie nie posiadało blizn.

– Tak – odpowiedział w końcu nieznajomy.

– Ha! – Dryblas uderzył w blat otwartą dłonią. – Toż mamy dzisiaj szczęście! Nazywam się Obred i z chęcią szanownemu wiedźminowi postawię piwo.

– Dzięki – odparł białowłosy, po czym wrócił do sączenia trunku.

– Tylko mam taki nawyk, że nie stawiam ludziom, których imienia nie znam.

Wiedźmin znów wykonał powolny ruch głową w kierunku Obreda. Milczał chwilę jakby zastanawiając się czy rozmówca jest godzien poznać jego imię.

– Vulgran z Cintry – powiedział w końcu. Na te słowa Obred wysupłał ze swej kiesy monety i przekazał je karczmarzowi.

Obred miał nadzieję, że dzięki swojej hojności nawiąże jakąś rozmowę z Vulgranem, gdyż zawsze podziwiał wiedźminów narażających się na niebezpieczeństwa, by chronić innych. Co prawda jego koledzy mieli mieszane uczucia co do tych wojowników, jednak on zawsze był pewny, że świat bez pogromców potworów byłby gorszym miejscem.

– Co szanownego wiedźmina do nas sprawdza? – Spróbował w końcu przerwać przedłużającą się ciszę.

– Potwory ubiłem – odparł Vulgran kończąc pić piwo. – Jeśli chcesz dowiedzieć się jakie to prowadź do rajcy.

– Pewno, że chcę. – Ucieszył się Obred. – Już wskazuję drogę…

Miejscowy ruszył pędem, często jednak oglądając się za siebie, aby przypadkiem nie stracić wiedźmina z oczu. Vulgran ruszył za chłopakiem szybkim krokiem.

Wszyscy obecni w karczmie patrzyli na nieznajomego, lecz nikt nie zauważył, że Vulgran nie ma pionowych źrenic.

***

"Czy można sobie wyobrazić gorszy kamuflaż niż chatka z piernika?", zastanawiał się Vulgran zmierzając w stronę tego dziwnego miejsca. Od dłuższego czasu musiały tu ginąć dzieci, a jednak nikt nie zauważył budynku z tego nietypowego budulca. Z roku na rok ludzie coraz mniej dostrzegają.

Vulgran nie lubił strzępić języka, dlatego zamiast pukać, wyważył drzwi nogą. Spodziewał się, że sukkub rzuci się na niego, gdy tylko spostrzeże zagrożenie. Jednak z półmroku panującego w izbie nic nie wyskakiwało.

Wiedźmin wiedział, że magiczny stwór jest w pobliżu, gdyż medalion wilka drgał na jego piersi. Sukkuby nie są zmyślnymi taktykami, dlatego łowca potworów nie spodziewał się ataku z flanki. Mimo to ostrożnie przeszedł przez izbę. Intensywność drgań medalionu zwiększała się w pobliżu pieca. Otworzył drzwiczki, a języki ognia wyszły jakby w poszukiwaniu paliwa. Po uspokojeniu się płomieni zobaczył w nim czarnego, prawie zwęglonego sukkuba. Chwycił wiadro wypełnione wodą stojące nieopodal i zgasił ogień. Co było oczywiste, stwór jeszcze dychał, gdy wiedźmin wyciągnął go z pieca.

"Amatorszczyzna", pomyślał Vulgran wyciągając srebrny miecz z pochwy na plecach. Spostrzegł w pobliżu pieniek, rzucił tam stwora. Do takiej egzekucji topór byłby znacznie wygodniejszy, ale niestety srebrnych jeszcze nie robią. Niemniej umiejętności walki mieczem wystarczyły, aby jednym potężnym zamachem strącić potworowi głowę z szyi. Vulgran nie lubił niepotrzebnego okrucieństwa pod żadną postacią, jak choćby kilku niecelnych cięć.

Ogień niedawno się palił, co znaczyło, że ktoś kto urządził tak sukkuba, dalej znajdował się w chacie. Vulgran przyczepił zwęgloną głowę potwora do siodła i poszedł odszukać amatorskiego pogromcy potworów. Półmrok nigdy mu nie przeszkadzał dzięki kociemu wzrokowi.

***

"Idź sobie", myślał Hansel siedząc w kredensie. Po spaleniu wiedźmy był przekonany, że najgorszą część ma za sobą. Jednak pojawił się jakiś nieznajomy. Chłopak nawet nie pamiętał kiedy znalazł się w kryjówce, zadziałał instynkt. Słyszał różne odgłosy dobiegające z izby, ale nie odważył się spojrzeć w stronę dźwięków.

Gdy Hansel już był przekonany, że zagrożenie minęło, drzwiczki nagle się otworzyły i patrzył na niego mężczyzna. Z perspektywy chłopaka wydawał się ogromny. Źródło światła było za nieznajomym, dlatego mógł dostrzec tylko jego sylwetkę.

– Myślę, że siedzenie na meblach jest wygodniejsze, niż siedzenie w nich – powiedział beztroskim tonem.

Hansel chwilę się wahał, lecz zdecydował się wyjść z kryjówki. Chłopak mógł się teraz przyjrzeć przybyszowi. Wszystko wskazywało na to, że ma do czynienia z wiedźminem – białe włosy, blizna na twarzy i dwie rękojeści mieczy wystające zza pleców. Dodatkowo ubiór miał praktyczny, choć na pierwszy rzut oka było widać, że nie tani.

"Na jego tle muszę wyglądać marnie", pomyślał Hansel. Chłopak miał włosy podobnej długości, jednak ich złoty kolor już dawno ukrył się pod brudem. Był ubrany w łachmany przypominające zdarty worek – którym zresztą były. Był o wiele szczuplejszy niż przed pobytem w chatce, choć na to co przeżył i tak uważał się za całkiem dobrze odżywionego.

– Jestem Vulgran – oznajmił wiedźmin wychodząc z chaty. – Jak się nazywasz?

– Hansel, panie – odpowiedział chłopak idąc za łowcą potworów.

– Nie jestem żadnym panem. – Wiedźmin uśmiechnął się podchodząc do siodła. Wyciągnął suchara i kawałek suszonego mięsa, a następnie podał chłopakowi. Hansel zaczął łapczywie jeść. Chłopak nie wiedział co teraz będzie, ale wiedział, że z czymkolwiek przyjdzie mu się zmierzyć lepiej to zrobić z pełnym żołądkiem, zwłaszcza gdy nie był pewny pory następnego posiłku.

W końcu wiedźmin siedząc na pieńku zadał pytanie, którego Hansel najbardziej się obawiał:

– Powiesz mi może co tu się stało?

– Wiedźma zwabiła nas jedzeniem… Słodyczami… – Zaczął Hansel ze łzami w oczach.

– Was?

– Mnie i Gretel…

***

W rodzinie drwala nigdy się nie przelewało. Praca  była ciężka, a pieniądz marny. Jorgen sumiennie wykonywał obowiązki nałożone na każdego mężczyznę. Wybudował dom, zasadził drzewo i w końcu spłodził syna. Na tym jednak dobra passa się skończyła.

Jego piękna żona zmarła rodząc mu pierworodnego. Czas smutku po stracie przerywały tylko momenty zmęczenia, gdy zajmował się chłopcem. Nazwał go zgodnie z życzeniem nieboszczki – Hansel. Drwal zajmował się dzieckiem najlepiej jak umiał. Od czasu do czas prosił o pomoc którąś z kobiet z wioski, aby jego syn nie przywykł tylko do męskiego towarzystwa. Dodatkowo miejscowa znachorka, która nie dość, że znała tajemną sztukę czytania i pisania to jeszcze dzieliła się tą wiedzą z pojętnymi uczniami – a Hansel był pojętny.

Na ósme urodziny Jorgen wręczył synowi pierwszą siekierę. Była dostosowana do jego wzrostu i siły, więc nie mogła powalić drzewa, ale chłopak od tej pory zaczął towarzyszyć ojcu w pracy. Dzięki wytrwałemu uderzaniu w drzewa Hansel wyrobił sobie od małego twarde mięśnie, które młodzieńcowi dodawały urody.

Hansel bardzo dobrze wspominał dzieciństwo z ojcem. Nigdy niczego mu nie brakowało – z drugiej strony nigdy nie chciał niczego nadzwyczajnego. Dziewczyny też zwracały na niego uwagę, dzięki umięśnionej sylwetce wyrobionej przez lata ciężkiej pracy.

Spośród kandydatek na żonę Hensel wybrał sobie Gretel, piękną szatynkę o niebieskich oczach. On też jej się spodobał i wszystko wskazywało, że niedługo będą mogli stworzyć rodzinę.

Przewrotny los sprawił, że stali się rodziną, ale nie tak jak tego planowali. Jorgen był wdowcem, a matka Gretel wdową. Wkrótce kobieta została też jego macochą co sprawiało, że Gretel stała się dla niego przyrodnią siostrą. Przez to nie mogli ujawnić swojej miłości – ślub nie mógł dojść do skutku.

Postanowili ukrywać przed rodzicami łączące ich uczucie, tylko w samotności odkrywając swoje ciała i oddając się miłości swojego życia. Długi czas im się udawało, jednak w końcu macocha ich nakryła. Wtedy też pierwszy raz ojciec uderzył syna.

Jeszcze tego samego dnia Hansel i Gretel uciekli z domu. Wzięli jedzenie na kilka dni, licząc że uda im się dotrzeć do jakiegoś miasta, jednak podczas burzy zgubili drogę i zabłądzili w lesie. Gdy zobaczyli chatkę z piernika nie mogli uwierzyć własnym oczom. Ponieważ byli głodni, zjedli kawałek okiennicy.

Wtedy drzwi magicznej chaty otworzyły się, a za nimi stała kobieta, na oko trzydziestoletnia, i zaprosiła ich do środka. Nie miała im za złe, że się poczęstowali, z kolei zakochani nie pytali o przyczynę mieszkania w jadalnej chatce w środku lasu. Gospodyni poczęstowała nieproszonych gości pieczonym mięsem i obiecała, że nazajutrz nie tylko pokaże im drogę, ale też zaprowadzi ich do miasta. Noc pozwoliła im spędzić w swojej chacie.

Gdy Hansel się obudził był zamknięty w klatce, nagi. Wnętrze chaty do tej pory wydające się przytulne, stało się brudne i zagracone. Do tego krew była prawie wszędzie. Nieznajoma robiła coś przy stole nieopodal pieca. Teraz nie przypominała już atrakcyjnej kobiety, a raczej potwora o żółtej skórze bez włosów.

Chłopak był tak przerażony, że nie mógł się odezwać. Począł szukać wzrokiem ukochanej, ale nie mógł jej dostrzec. W końcu najgorszy koszmar stał się prawdą. Piękne dłonie Gretel poznałby wszędzie. Jedna z nich była właśnie przyrządzana na blacie stołu przez potwora. Najpierw w ustach chłopaka pojawił się krzyk, następnie do oczu napłynęły łzy, który wartkimi strumieniami spływały po policzkach.

Większość pobytu u wiedźmy pamięta jak przez mgłę. Był przekonany, że czarownica rzuciła na niego jakiś czar, gdyż nigdy nie mógł się jej sprzeciwić, mimo tego co zrobiła jego ukochanej. Nie został zjedzony, bo był silny i miał jej pomagać. Przy kolejnej ofierze to on oddzielał ciało od kości. Były też następne. Nie chciał jeść ludzkiego mięsa jednak ona go do tego zmuszała.

W końcu, pewnego dnia po ciężkiej wewnętrznej walce, udało mu się złamać czar. Gdy wiedźma rozpaliła wielki ogień w piecu, aby podgrzać kolejne martwe dziecko. Drzwiczki były otwarte, ona nachylała się w stronę płomieni. Lepszej okazji nie można było sobie wymarzyć. Pchnął ją z całej siły. Krzyk rozległ się w całej izbie, jednak drzwiczki nie chciały się zamknąć. Hansel niewiele myśląc wziął w ręce pobliską siekierę i zaczął uderzać w nogi potwora. Po tym jak odrąbane kończyny uderzyły o podłogę Hansel zamknął drzwiczki.

Zastanawiał się co począć dalej, gdy nieznajomy wyważył drzwi do chaty. Wtedy szybko schował się do kredensu.

***

Hansel zakończył opowieść i wpatrywał się w wiedźmina swoimi dużymi, niebieskimi oczami. Wydawało się, że ten nie wie co odpowiedzieć, jednak w końcu przerwał ciszę.

– Przykro mi – powiedział wiedźmin współczując strasznych przeżyć. - Teraz już nikogo nie skrzywdzi.

– Wiem – odparł butnie chłopak. – Spaliłem wiedźmę.

Wiedźmin skrzywił się lekko na te słowa.

– Można powiedzieć, że go osłabiłeś. Sukkuba nie tak łatwo zabić. Gdybyś go tak zostawił przez jakiś czas byłby spokój, jednak wkrótce dzieci znów zaczęłyby ginąć. Musiałem dokończyć twoje dzieło srebrnym mieczem – to mówiąc Vulgran wyciągnął jeden z mieczy z pochwy na plecach i zademonstrował go chłopakowi – Poza Kear Morhen nie można takich dostać w okolicy. Ale muszę przyznać, że twoja pomoc znacznie ułatwiła mi pracę.

Hansel przytaknął, choć nie był przekonany czy aby cała wypowiedź wiedźmina nie była wymówką, dzięki której zabrał głowę potwora i wkrótce odbierze za nią nagrodę.

– Dostaniesz trochę grosza za tę pomoc, żebyś miał coś na początek w najbliższym mieście. Bez pieniędzy bardzo trudno zacząć nowe życie.

– To prawda – przyznał chłopak, choć nie wybiegał myślami tak daleko w przyszłość, aby dojść do przystanku "nowe życie". Nie miał żadnego pomysłu, co może robić dalej ze sobą, gdy zemsta za śmierć miłości jego życia się dopełniła, a mimo to dziura w sercu pozostała.

– Masz jakieś lepsze ubranie? – zapytał Vulgran. – Przydałoby się na podróż.

– Mam – odpowiedział zadowolony Hansel – Już idę się przebrać.

Chłopak szybko pobiegł do chaty, gdzie pod deską trzymał swoje dawne ubranie. Okazało się, że wiedźma – czy też sukkub – nie zniszczyła jego odzieży, a jedynie odłożyła w kąt izby. Gdy Hansel miał już większą swobodę w poruszaniu się, schował je pod ruchomą deską w podłodze. Podczas przebierania uświadomił sobie, że zawsze podświadomie liczył na to, że ucieknie od przetrzymującego go potwora.

Ubranie było na nim trochę luźniejsze niż to zapamiętał, jednak gdy wyszedł z chaty po spojrzeniu wiedźmina zorientował się, że wygląda o wiele lepiej, niż chwilę temu.

– Masz siłę iść czy potrzebujesz konia?

– Mogę iść – odpowiedział Hansel.

– To świetnie – ucieszył się wiedźmin wprawnym ruchem dosiadając konia. – Trzeba ruszać.

***

Hansel przez wiele mil powstrzymywał się przed zadawaniem pytań, zakładając, że mogą rozdrażnić łowcę potworów. Jednak w końcu, gdy nogi zaczęły odczuwać pierwsze zmęczenie, postanowił się odezwać.

– Dokąd zmierzamy? – spytał.

– Póki co na polowanie – odpowiedział Vulgran – Najprawdopodobniej mantikora zaczęła grasować w okolicy. Taki był cel mojej podróży. Na twoją chatkę natknąłem się przypadkiem.

– To nie moja chatka. – W chłopaku wezbrała złość.

– Rozumiem. – Przepraszającym tonem ostudził gniew jego towarzysza. – W każdym razie jedziemy na spotkanie z potworem, a potem tym szlakiem w drugą stronę.

– A daleko ten potwór? – Dociekał chłopak.

– Już nie. Widzisz to drzewo? – Wskazał na dąb, którego gałęzie u korony były połamane, jakby próbował na nich usiąść za ciężki ptak. – Najpewniej mantikora była tu niedawno. Właściwie można tutaj przenocować. Ma duże terytorium do patrolowania i nieprędko tu wróci.

Gdy osiodłali konie, Hansel został wysłany po chrust, z którego następnie powstało ognisko, przy którym mogli się ogrzać. Jesienne wieczory nie należały do ciepłych.

Od dłuższej chwili ogień w trzaskach rodził setki iskier, kiedy chłopak ponownie odważył się odezwać. Mimo, że wiedźmin nic złego mu nie zrobił to jednak Vulgran miał w sobie coś, co nie pozwalało zbyt lekko traktować jego obecności. Możliwe, że taka była siła dwóch rękojeści wystających zza pleców.

– Zawsze podziwiałem wiedźminów. – Vulgran przeniósł spojrzenie z ognia na twarz chłopaka. – Uważam, że to dzięki nim możemy żyć bez strachu. Sam kiedyś chciałem nim zostać.

– Nawet nie wiesz, o czym marzyłeś – upomniał chłopaka grzebiąc patykiem w ogniu. – Jestem mutantem, a żeby się nim stać, musiałem wiele przecierpieć.

– Wiem, że dla mnie już za późno. – Chłopak odczekał chwilę, licząc na to, że wiedźmin zaprzeczy jego przypuszczeniom, jednak nic takiego nie zrobił. – Mógłbyś mnie nauczyć kilku ruchów z mieczem?

Vulgran nie przywykł spełniać zachcianek innych, jednak polubił chłopaka, co nie zdarzało mu się często. Dlatego się zgodził. Radości chłopaka nie było końca. Wiedźmin pokazał kilka podstawowych ruchów i ze zdziwieniem odkrył, że część siły, z której chłopak słynął w młodości, została w nim. Oczywiście nie stanowił wyzwania dla Vulgrana, jednak dla innych ludzi mógłby.

Zupełny mrok i dogasające ognisko zakończyły lekcję. Dla wiedźmina noc nigdy nie stanowiła problemu, jednak chłopak nic już nie widział.

– Pamiętaj, że to podstawy – powiedział Vulgran, gdy wraz z chłopakiem zasypiali w pobliżu wygasłego już ogniska – Tym nigdy nie pokonasz nawet tylko przyzwoitego szermierza. Dlatego lepiej unikaj konfliktów.

– Chciałbym być taki jak ty – sennym głosem powiedział Hansel. – Zabijać potwory, chronić ludzi. To honorowe zajęcie.

– Ja zabijam te oczywiste potwory. Dla innych, w tym i dla ciebie zostawiam te, które urodziły się w skórach ludzi.

Chłopak nie zrozumiał, o co wiedźminowi chodziło, jednak nie zapytał. Zasnął.

***

Hansel czuł w kościach, że coś jest nie tak. Od trzech dni tropili mantikorę i w końcu Vulgran odkrył jej leże. Tej nocy wyszedł na polowanie. Użył swoich eliksirów i długi okres spędził na medytacji.

Miał wrócić przed świtem, tymczasem słońce już dzieliło się swoimi promieniami z mieszkańcami lasu. Mimo zakazu chłopak po cichu zaczął skradać się w stronę siedliska potwora. Nie  był jednak w tym tak wprawny jak białowłosy i co jakiś czas można było usłyszeć pękającą gałązkę. Hałas oznaczał niebezpieczeństwo, jednak Hansel nie zważał na nie.

W końcu kucając na wzgórzu zobaczył Vulgrana. Nie takiego widoku jednak oczekiwał. Szok był tak wielki, że chłopak przestał w najmniejszym stopniu zważać na bezpieczeństwo i puścił się pędem w stronę wiedźmina. Vulgran leżał na ziemi nie dając żadnych oznak życia.

To niemożliwe – powtarzał chłopak przykładając palce do szyi przyjaciela. Nie wyczuł pulsu. Hansel przemógł się, żeby spojrzeć na korpus, gdzie było mnóstwo krwi. W dłoni Vulgran trzymał srebrny miecz. Oględziny zwłok przerwał szelest nieopodal chłopaka.

Hansel ostrożnie ruszył ku źródłu dźwięku. Powoli, tak nauczył go Vulgran. Postąpił słusznie, gdyż tylko koncentracja uchroniła go od jadowitego kolca, który poszybował na jego spotkanie. Uskoczył do przodu i się przeturlał, tak aby jak najszybciej zobaczyć napastnika.

Hansel zobaczył mantikorę nie mniej poranioną niż wiedźmin. Na niewprawne oko chłopaka był to stan agonalny. Mimo to miał w pamięci niedawny atak bestii. Omijając potwora z daleka ponownie podszedł do ciała wiedźmina. Z jego dłoni wyciągnął miecz.

W normalnej sytuacji, gdyby chłopak spotkał mantikorę, mógł zostać jedynie jej przekąską. Teraz jednak, gdy potwór był mocno okaleczony, Hansel miał szansę zakończyć terror jaki zaprowadziła w tej okolicy. Miał przynajmniej taką nadzieję.

Chwycił pewnie miecz zgodnie z naukami wiedźmina. Powoli okrążał mantikorę, która śledziła go wzrokiem. Stwór zatrzepotał skrzydłami nietoperza, jednak nie wzbił się, a jedynie zawył, najpewniej z bólu. Kolec skorpiona cały czas podrygiwał w różne strony, jakby przymierzając się do ataku.

Choć impas trwał kilka uderzeń serca, dla chłopaka moment ten ciągnął się w nieskończoność. Obaj przeciwnicy wyczekiwali na moment nieuwagi drugiego. W końcu chłopak przypuścił szarżę, jednak w jej trakcie potknął się i upadł. To go uratowało od nadciągającego kolca. Mantikora nie zdążyła zamachnąć się ogonem drugi raz, gdyż chłopak pobiegł w stronę pyska wielkiego stwora i z całym impetem wbił miecz w szyję bestii. Następnie niewiele się namyślając zawrócił i uciekał w przeciwną stronę, byle dalej od zabójczego kolca.

Z bezpiecznej odległości oglądał jak mantikora drga w agonii, próbuje ruszyć połamanymi i poprzecinanymi kończynami, znów poruszyła skrzydłami. Tym razem jednak nie zaryczała z bólu. Zamiast tego padła martwa.

Gdy adrenalina opadła, Hansel upadł na kolana przed Vulgranem. I głośno zapłakał. Jedyna osoba, która okazała mu troskę w ostatnim czasie, nie żyła.

***

W bagażach wiedźmina, tak jak się spodziewał, nie znalazł łopaty. Do wykopania grobu użył noża i szerokiego patyka. Poświęcił na to cały dzień, dzięki temu dół był odpowiednie głęboki, żeby żadne dzikie zwierzęta nie mogły posilić się ciałem Vulgrana.

Mimo wielkiego szacunku jakim darzył wybawcę pochował go bez jego ubrania i ekwipunku. Wiedział, że nie jest tani, a w zaświatach łowcy potworów na pewno się nie przyda. Gdy Vulgrana przykryła ziemia, na drzewie pod którym spoczął wiedźmin Hansel wydrapał słowa "Tu leży Vulgran". Po zastanowieniu pod spodem dopisał "Wiedźmin".

Zrobił wszystko co mógł, aby godnie upamiętnić tego wielkiego człowieka. Swoimi czynami uratował wiele ludzkich istnień. Oddał życie w obronie innych.

Hansel powtarzał sobie, że zabił mantikorę właśnie przez wzgląd na Vulgrana. Żeby jego śmierć nie poszła na marne.

Teraz wracał do miasta podążając szlakiem, którym wędrował z wiedźminem, tym razem jednak zmierzał w przeciwnym kierunku. W bagażu miał głowy sukkuba i mantikory. Czas odebrać zapłatę.

***

Rajca jak zawsze w takich sytuacjach miał mieszane uczucia. Z jednej strony cieszył się, że bestia siejąca mord została ubita, jednak niechętnie pozbawiał kasę miejską z ciężkich monet.

– Za mantikorę była wyznaczona nagroda – powiedział białowłosy wyjmując z worka głowę potwora – Sukkuba dostaniecie za połowę tej ceny.

– Nie umawialiśmy się na sukkuba… – zaczął rajca.

– Ale dzieci z okolicznych wsi ginęły – przerwał mu wiedźmin. – Ich życie się dla rajcy nie liczy?

– Oczywiście, że liczy się dla rajcy – odezwał się stojący z boku miejscowy, który najwyraźniej nie martwił się o budżet miast. – Ja w karczmie wszystko powiem, jak dzięki działaniom rajcy nasze dzieci są bezpieczniejsze.

Rajca zdawał sobie sprawę, że jego myśli są zdradzane przez coraz bardziej czerwoną twarz, dlatego wziął głęboki wdech i znów zabrał głos.

– Jakie, kurwa, dzieci, Obred? Toż ty nawet żadnej stałej baby nie masz.

– Nie mam – zgodził się dryblas. – Ale dzieci mogę mieć. Chłop przecież nigdy nie ma pewności.

Skutkiem tej argumentacji rajca poprzysiągł sobie, że następnym razem jak ktoś przyprowadzi do niego wiedźmina to w żadnym wypadku nie będzie mógł uczestniczyć w negocjacjach dotyczących zapłaty.

– Pokażcie tego sukkuba – na stole pojawiła się czarna pomarszczona głowa. – Trudno stwierdzić co to jest.

– Sukkub – odparł beznamiętnie wiedźmin – Trochę się przypiekł. Wątpicie w moje słowo?

– Skąd – zapewnił pospiesznie rajca. Otworzył szafkę i dokładnie wyliczył obiecaną kwotę, którą następnie zapakował do mieszka – Proszę, oto zapłata.

– Miło było z wami robić interesy – powiedział łowca potworów wychodząc. – Do następnego razu.

Rajca milczał. Miał nadzieję, że nigdy więcej nie będą potrzebowali usług wiedźmina.

***

Tyle mógł dla niego zrobić. Jego imię będzie zapamiętane, być może na krótko, jednak zawsze to jakieś uhonorowanie jego wysiłków. Jego oddanego życia.

Tak tłumaczył sobie Hansel w drodze w góry, gdzie pchało go przeznaczenie. I wszystko wskazywało na to, że jego tłumaczenia są niedopowiedzeniem. Oczywiście hołd dla Vulgrana miał znaczenie, jednak nie było to dla niego najważniejsze. Ważniejsze, że poczuł się jak wiedźmin. Skąpanie się w tej chwale, której oni doświadczają po wykonaniu swojej pracy. Wiedział, że nadaje się do tej roli.

Połowicznie zabił sukkuba i dobił mantikorę. Według jego rachunków przynajmniej jeden upolowany potwór powinien liczyć się na jego rachunek.

Rozmyślania te – ponawiane  każdego dnia – przerwał rosnący w oczach cel podróży. Olbrzymie zamczysko. Z jednej strony chroniło je zbocze góry, natomiast z pozostałych tak ogromne mury, że chłopakowi wydawało się, że sięgają chmur. Naokoło znajdowała się fosa, a z oddali można było  dostrzec zwodzony most. Kaer Morhen – wiedźmińska szkoła cechu Wilka.

Dokładnie taka, o jakiej opowiedział mu Vulgran. Nie chciał powiedzieć gdzie się znajduje, ale Hansel wywnioskował, że musi znajdować się niedaleko, skoro wiedźmin planował tam przezimować. Mówił też o górach. To wszystko naprowadziło go na trop Gór Sinych. Potem wystarczyło tylko cierpliwe szukać.

***

Pięcioro czarodziejów siedziało przy okrągłym stole w specjalnie przegotowanej sali blokującej wszelkie podsłuchy, tak magiczne, jak i fizyczne. Rufus uważał, że to zbytek ostrożności, gdyż tylko szaleniec zaryzykowałby gniew Kapituły, jednak Gerhart był nie tylko stary, ale i staroświecki.

Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca i przywitali się, przewodniczący rozpoczął omawiać pierwszy punkt spotkania.

– Sprawa jak na razie nie jest nagląca, ale w dłuższej perspektywie bardzo poważna, dlatego należy już teraz pomyśleć o środkach zapobiegawczych. Otóż wiedźmini zaczynają być prawdziwym zagrożeniem. Póki co wykonują świetną robotę, jednak ich jest coraz więcej, a potworów coraz mniej.

– I uważasz, że to jest najważniejszy punkt naszego spotkania? – Zezłościła się Victoria von Mein. – Co z tego, że potwory się kończą? O to w końcu chodziło twórcom wiedźminów.

– Twoja krótkowzroczność, Victorio, mnie zadziwia. – Zbeształ ją przewodniczący. – A co twoim zdaniem zrobi rasa pozbawiona zajęcia, mająca poważanie wśród plebsu? Dodatkowe stronnictwo – nowe, a przez to nieprzewidywalne. Mogące zachwiać równowagę, którą z taki mozołem budowaliśmy przez wieki.

– Nie przesadzasz z patosem? – odezwał się Rufus Hiffy. – Nie żyjemy w czasach wiecznej szczęśliwości. Choć muszę przyznać, że wiedźmini faktycznie mogą w przyszłości stanowić problem.

– To wiem bez waszej pomocy. Zwracam się do was z pytaniem, czy macie jakiś rozsądny pomysł jak rozwiązać nasz problem.

– Otwarte starcie oczywiście nie wchodzi w grę – odezwała się Tiessaia de Vries. – Ludzie ich kochają. Mają ich za bohaterów i obrońców.

– Może o to właśnie chodzi – głos znów zabrał Rufus Hiffy. – Trzeba zmienić bohaterów w potworów. Z propagandą chyba nie będzie problemów.

– Trzeba pamiętać, żeby skupić się tylko na wiedźminach, a nie na innych odmieńcach. W końcu taka tłuszcza może rzucić się i na nas. – Ostrzegła Francesca Findabair, czego można się było spodziewać po elfce. Wszak elfy wiedziały najlepiej, jakie ofiary przynosi strach przed innością.

– Żeby propaganda odniosła lepszy efekt, musi wywodzić się od nich – odezwał się w końcu Gerhart. – No i gdyby coś poszło nie tak, będziemy też bezpieczniejsi.

– Zgadzam się całkowicie – odezwał się Rufus Hiffy. – Mogę się tym zająć. Znajdę kogoś odpowiedniego, kto przekaże światu prawdę. Czy ktoś ma inne propozycje albo samemu zgłosi się do tego zadania?

Wszyscy członkowie zamilkli. Rufus spojrzał po kolei na oblicze zgromadzonych. Poza podciąganiem rękawów Tiessaii nie zobaczył żadnego szybszego ruchu. Uznał, że wszyscy się zgadzają.

Gerhart najwyraźniej był takiego samego zdania, gdy po długiej ciszy zabrał głos.

– A więc przechodząc do następnej sprawy…

***

Do tej pory Hansel sądził, że jedzie do jedynego miejsca, w którym powinien się znaleźć. Że Kaer Morhen jest jedynym miejscem, w którym może wypełnić się jego przeznaczenie. Jednak stojąc teraz na dziedzińcu, gdy wpatrywało się w niego tak wiele gniewnych oczu, rozum kazał mu zweryfikować swoje aksjomaty.

Aby się uspokoić, wziął głęboki wdech i zaczął porządkować myśli. Jechał w stroju wiedźmina do warowni, lecz zanim zdążył dojechać do bram, spotkał dwóch łowców potworów. Nie spodobało im się to, że ubiera się tak jak oni. Nazwali go oszustem. A gdy powiedział, że przybył na naukę, wyśmiali go.

Zawsze trzeba patrzeć na jasne strony sytuacji. Nie zabili go, a to dobry znak. Zaprowadzili go ponoć do szefa. Nie wiedział jaki ten miał tytuł. "Wielki mistrz"? Czy u wiedźminów były jakieś stopnie wtajemniczenia? Teraz wydało mu się, że wie o wiele za mało.

– Kim jesteś? – zapytał stary wiedźmin z trzema bliznami na twarzy.

– Hansel, panie. – Mimo powtarzania tych zdań przez całą drogę w górach, głos chłopaka zadrżał. Nagle cały jego plan wydawał się dziecinny i nierealny. Jednak postanowił udawać pewność siebie, aby zachować twarz.

– Wędrowałem z jednym z waszych wiedźminów. Nazywał się Vulgran. Wspólnie zabiliśmy sukuba i mantikorę.

– A gdzie on teraz jest? – przerwał mu dowódca warowni.

– Poległ w walce z mantikorą. Pochowałem go w pobliżu jej leża.

– I pomyślałeś, że zwrócisz nam jego ekwipunek?

– Tak właściwie… Przyjechałem tu, aby zostać wiedźminem.

Śmiech rozległ się na dziedzińcu.

– Myślisz, że brakuje nam wiedźminów? Rozejrzyj się dookoła. – Dowódca ręką wskazał dziedziniec. – Jest nas dość, aby zgładzić wszystkie potwory w okolicy.

– Nie ma tu Vulgrana! – krzyknął chłopak. – Poległ w walce.

– Tak, to strata. – Hansel jednak nie usłyszał w głosie żalu.

– Macie to gdzieś? – Głos chłopaka lekko się załamał. – Był jednym z was! Płakałem nad jego grobem, a wy macie to gdzieś?

– Wiedźmini nie płaczą – odezwał się jeden z wiedźminów po lewej stronie Hansela. – To nasza misja i gdy ją przyjmujemy, wiemy że z każdego polowania możemy nie wrócić.

– Vesemirze… – inny wiedźmin starał się przywołać towarzysza do porządku, jednak dowódca podniósł rękę wstrzymując komentarze.

– Jeśli uważasz się za godnego stroju wiedźmina, to może spróbujesz się zmierzyć z nauczycielem szermierki? – powiedział ten nazwany Vesemirem, sięgając za plecy i wyciągając miecz.

– Ja nie odbyłem szkolenia – bronił się Hansel.

– Ale strój nosisz. Wyciągaj miecz!

Hansel zrozumiał, że dyskusją niczego nie wskóra. Chwycił rękojeść.

– Nie ten. Srebrny jest na potwory. Weź brązowy.

Ręka chłopaka chwyciła drugą rękojeść. W międzyczasie na dziedzińcu inni wiedźmini odsunęli się na tyle, aby zrobić miejsce do pojedynku.

Chłopak przeszedł na koniec wolnej przestrzeni nie spuszczając wzroku z przeciwnika. Przyjął podstawową postawę, jaką pokazał mu Vulgran. "Miałem nie stawać do pojedynku z prawdziwym szermierzem", przypomniał sobie słowa nauczyciela. "Kolejna rzecz, za jaką przepraszam"

Vesemir niespiesznie ruszył w stronę chłopaka. Gdy był wystarczająco, blisko Hansel zamachnął się na niego, celując w szyje. Wiedźmin sparował cios bez wysiłku, jednak nie odpowiedział kontratakiem, czekał. Hansel uderzył drugi raz z podobnym skutkiem. Chłopak przygotował się do kolejnego ciosu, jednak, nim zdążył go zadać, Vesemir schylił się i naciął jego łydkę.

Hansel nie był przygotowany na tę falę bólu, dlatego zachwiał się lekko. Czuł jak lepkie krople krwi spływają mu po nodze. Spróbował zamachnąć się raz jeszcze, jednak Vesemir był szybki jak błyskawica. Uderzył tak mocno, że broń wypadła chłopakowi z ręki.

– Patrzcie, jaki dzielny – zakpił wiedźmin. – Chce się ze mną mierzyć bez broni. W takim razie ja też swoją odstawię.

Chłopak był zdezorientowany. Mieli się bić na pięści. Nie rozumiał tego, jednak postanowił szybko podbiec do przeciwnika, zanim zmieni zdanie. Tego oczekiwał Vesemir, który wykonał jakiś tajemniczy gest i Hansel został odepchnięty z taką siłą, że wyleciał w powietrze, by następnie z łoskotem spaść na twardy kamienny dziedziniec.

Wiedźmin tym razem nie dał chłopakowi czasu na pozbieranie się. Podszedł do niego znów z mieczem w dłoni.

– O znakach nie słyszałeś? Ten nazywał się Aard.

Hansel modlił się do wszystkich bogów, którzy mogli go usłyszeć, aby jego upokorzenie się skończyło. Wiedział, że przyjazd do Kaer Morhen był błędem. Czemu jeszcze się nad nim pastwią?

Vesemir przeciągnął mieczem po policzku chłopaka. Z niego też popłynęła krew. Wtem wiedźmin zamachnął się. Chłopak zamknął oczy, a po policzkach ciekły mu łzy.

– Dość. – Usłyszał głos dowódcy.

Hansel powoli otworzył oczy. Jego przeciwnik dalej stał nad nim, ale już z opuszczonym mieczem. Splunął koło chłopaka i uśmiechnął się cynicznie, widząc spływające mu po policzku łzy.

– Wiedźmini nie płaczą – powiedział tylko i odszedł.

***

Śmieszny człowiek odjeżdżał  tak samo, jak przyjechał. Ekwipunek miał mniejszy, ale bagaż doświadczeń z pewnością o wiele cięższy.

– Nie byłeś dla niego za ostry? – zapytał Gater Vesemira, gdy patrzyli na zwodzony most, na którym kopyta brązowego konia wystukiwały monotonny rytm. Jeździec ze zwieszoną głową nie miał odwagi, aby się odwrócić.

 – Nie – odpowiedział Vesemir. – Widziałem zapał w jego oczach, nie poddałby się łatwo. Biedak nie wiedział, na co się pisze. Nie przeżyłby Próby Traw. Nie… Na takie ryzyko można poddawać tylko dzieci-niespodzianki.

– Ale naprawdę chciałeś go zostawić z niczym? Zabrać mu wszystko, co zostało z Vulgrana, łącznie z ubraniem?

– Oczywiście, że nie. Ale teraz chłopak jest wdzięczny za to. W innym wypadku rozpamiętywałby tylko utratę mieczy. Mogę odgrywać tego złego, jeśli tak trzeba. Teraz bez mieczy nie będzie próbował polować na potwory na własną rękę. Kolejny plus, gdyby spróbował to nie zrobiłby w życiu nic innego.

– Tak… Czasami ludzi trzeba bronić przed nimi samymi – westchnął Gater i razem z Vesemirem ruszyli do jadalni. Wiedzieli, co będzie tematem numer jeden przy stole.

***

Zarobione pieniądze, koń i trochę prowiantu. Tyle posiadał Hansel po wizycie w Kaer Morhen. Srebrna farba zdążyła już zniknąć z jego włosów i znów był blondynem. Wiedział, że nie  mógł wrócić do miasta w którym odebrał nagrodę. Mimo lekkiej zmiany wyglądu, ludzie mogliby go poznać.

Takie myśli krążyły po głowie chłopakowi, gdy kolejnymi uderzeniami młota formował rozgrzany metal w miecz. Nie o takim życiu marzył, jednak zdołał się zaaklimatyzować w Erwen – małym miasteczku niedaleko tego, które odwiedził jako wiedźmin. Miał jeszcze trochę oszczędności, jednak nie potrzebował ich teraz.

Siła, którą miał za młodu, wróciła do niego podczas pracy czeladnika kowala. Mistrz był z niego zadowolony, gdyż pracował ciężko i w przeciwieństwie do innych pracowników, nie myślał o zalotach do dziewczyn. Nie bajdurzył o dalekich podróżach, które kiedyś odbędzie. Po prawdzie w ogóle mało mówił, gdyż wiedział, że wśród tylu niestworzonych historii, które opowiadają inni czeladnicy w jego też nikt nie uwierzy. A nawet gdyby uwierzył, to co z tego.

Pracował, bo to pomagało mu odrywać się od przeszłości. Jednak w nocy, gdy czekał na sen, powracały do niego wspomnienia – czasem dobre, jednak najczęściej te złe – to co przeżył w niewoli u sukkuba i o upokorzeniach, które doznał od wiedźminów. Wiedział też, że nie posiada żadnego celu w życiu. Nic nie sprawiało mu radości i do niczego nie prowadziło. Miał nadzieje z czasem znaleźć jeszcze kiedyś coś, co sprawi, że będzie czuł się spełniony.

Na razie próbował odnaleźć sens w religii. Zaczął przypominać sobie dzieciństwo, gdy chodził z ojcem do kaplicy w wiosce drwali. Teraz odnalazł świątynię w miasteczku i często tam przesiadywał.

***

– Co sądzicie o tym pomyśle? – zapytał Rufus Hiffy, gdy Kapituła znów zebrała się na naradzie.

– Książka ma być pomysłem? -Zdziwiła się Tissaia de Vries. – Przecież ta tłuszcza w większości nie umie czytać.

– Racja. – Zgodził się Rufus Hiffy. – Ale od czego mają kapłanów? Ktoś przecież musi umieć ich straszyć, aby trzymać w ryzach.

– To mogę zrozumieć – odezwała się Francesca Findabair. – Nie rozumiem tylko czemu tak zależy ci, żeby napisał ją ktoś z plebsu. O wiele prościej byłoby coś takiego samemu napisać.

– Prościej nie znaczy lepiej – tłumaczył Rufus Hiffy. – Czuję potencjał w tym chłopaku. Jeśli tylko odpowiednio pokieruje się jego emocjami, będzie bardzo przydatny, a do tego, co najważniejsze, autentyczny. Wiemy jak autentyczność jest ważna w propagandzie.

– Jesteś w stanie to zrobić? – zapytała Victoria von Mein. – Wiem, że doskonale władasz iluzją, ale chyba nie masz zbytniego doświadczenia w kierowaniu myślami innych.

– Zapewniam cię, że nie znasz wszystkich moich talentów.

– A co jeśli to zadziała za dobrze? – Zastanowił się Gerhart. – Czy w mutacjach wiedźminów nie uczestniczą jacyś czarodzieje? Nie zostaną narażeni?

– Kiedyś może i urzędowali w warowni cały czas – odpowiedział Rufus Hiffy. – Obecnie jednak przybywają tam tylko wtedy, gdy są niezbędni, czyli gdy powstają nowi wiedźmini.

– Nikłe szanse, żeby mogli być narażeni – zgodziła się Victoria.

Zapadła cisza. Wszyscy poza Rufusem analizowali wszystkie "za i przeciw" tego planu. On sam zrobił to już wcześniej i teraz czekał tylko na aprobatę.

– Jest ktoś przeciwny? – spytał w końcu Rufus Hiffy. Nikt się nie odezwał. – Doskonale. Teraz jest jeszcze jedno palące pytanie. Czy tłuszcza dostanie od nas pomoc w razie rozruchów czy mamy zostawić wypadki same sobie?

***

Ostatnio Hansel słyszał, jak kilku przechodniów chwaliło bohaterstwo wiedźminów. Ich oddanie sprawie. Wszystko to przez jakąś bestie grasującą w okolicy, którą ponoć ubił białowłosy. Kiedyś też był tak naiwny, jednak poznał ich prawdziwe oblicza.

Swój gniew na omamionych ludzi wyładowywał na metalu. Każde uderzenie ciężkiego młota lekko go uspokajało. Gniew prawie ustąpił, jednak po pracy chłopak zdecydował się pójść do karczmy i wypić trochę piwa, aby uspokoić skołatane nerwy.

Wybrał najciemniejszy kąt w sali, aby nikt go nie zaczepiał i mógł w spokoju odprężyć się i postarać się zapomnieć o powodzie zdenerwowania. Jednak nieznajomy mężczyzna przysiadł się do jego stołu tak szybko, że Hansel nawet nie zauważył kiedy ten przybył. Zwrócił na niego uwagę dopiero, gdy się odezwał.

– Ci wiedźmini… – Przez półmrok chłopak nie widział swojego rozmówcy dokładnie. – Co świat by bez nich zrobił. Nieprawdaż?

Hansel mógł zaobserwować, że mężczyzna był elegancko ubrany, najprawdopodobniej zajmował się handlem, gdyż na rolnika ani wojownika nie wyglądał.

– Skoro tak twierdzisz – odpowiedział chłopak obojętnym tonem.

– Ach! Gdzie moje maniery. Nazywam się Piston z Cidaris. – Przedstawił się nieznajomy wyciągając dłoń do rozmówcy.

– Hansel. – Przedstawił się chłopak, wymieniając z nim uścisk dłoni. Nie miał w zwyczaju zawierania znajomości, ale postanowił zrobić wyjątek. Rozmowa mogła poprawić mu nastrój.

– Z twojego tonu wnioskuję, że masz inne zdanie na temat łowców potworów.

Hansel upił łyk piwa zyskując chwilę na zastanowienie się, czy aby na pewno chce się uzewnętrzniać przed Pistonem.

– Ano, nie mam. Jak dla mnie niewiele różnią się od tych bestii, na które polują. Żadni z nich bohaterowie.

– Czyżbyś znał któregoś z nich? – Naprawdę zainteresował się rozmówca.

– Owszem, choć ja trafiłem na chlubny wyjątek. Jednak poznałem też innych, którzy jak najbardziej sprawiali okropne wrażenie.

– To jest bardzo ciekawe co mówisz. Czy nie chciałbyś podzielić się tym z innymi żądnymi wiedzy ludźmi. Według mnie to bardzo interesujące.

– Miałbym jeździć jak jakiś gawędziarz i opowiadać o tym ludziom? – Na ustach chłopaka pojawił się lekki uśmiech. – Lubię swoją pracę.

– Nie mówię o wyjazdach. Uważam, że spisana opowieść trafi dalej… Dodatkowo będzie można na niej trochę zarobić. A wierz mi, znam się na tym. W końcu z tego żyję.

– Jasne, spisać…

– Jeśli nie umiesz pisać, mogę kogoś załatwić. To może być niezły interes. – Piston pstryknął w swój krzywy nos. – Nie mylę się w takich sprawach.

Rozmówca Hansela nie dawał za wygraną. Postawił chłopakowi jeszcze jeden kufel, przy którym mogli porozmawiać i co jakiś czas zahaczać o temat wiedźminów i książki. Handlarz przekonywał, że nie musi być długa. Mogła zawierać same najważniejsze informacje, aby wyprowadzić ludzi z błędu. Tłumaczył, że jeśli obawia się gniewu łowców potworów może nie podpisywać swojego dzieła. Przecież nieważne jest kto mówi prawdę. Liczy się tylko prawda.

Z każdym łykiem piwa Hansel był mniej pewny swojej decyzji.

– Sam nie wiem…

– Ha! – Ucieszył się Piston. – "Nie wiem" jest bardzo daleko od "nie" i o krok od "tak". Podeślę ci trochę materiałów do pisania i liczę, że jak będę tu wracał na początku jesieni skończysz swoją książkę.

Hansel nie wyraził jednoznacznie zgody, ale też nie zaprotestował. Gdy nazajutrz obudził się, materiały już na niego czekały.

***

Praca nad książką była dla Hansela nowym celem życia. Po codziennej harówce w kuźni chodził do świątyni, gdzie zaczął rozmawiać z kapłanami. Co prawda starał się nie mówić wprost o wiedźminach, lecz wydawało się, że jeden z kapłanów ma takie same poglądy jak on. Na przykład to, że tak naprawdę z potworami może walczyć każdy, a jedyny powód, dla którego się tego zabrania, może wynikać z zamiłowania do zabijania przez samych wiedźminów.

Z początku pisanie sprawiało mu trudności, bo od lat nie trzymał w ręce pióra. Jednak gdy już przypomniał sobie wszystkie litery, słowa z łatwością spływały przez niego. Zdecydował się na podniosły styl, jakiego często używali kapłani oraz kapłanki podczas liturgii. Uważał, że odkłamywanie rzeczywistości wymaga kwiecistych zwrotów.

Przypominał sobie niektóre fakty i po przemyśleniach dochodził do zaskakujących wniosków. Przypomniał sobie walkę z Vesemirem. Ten powiedział mu wówczas, żeby nie wyjmował srebrnego miecza, bo jest przeznaczony do walki z potworami. Skoro srebrny jest na potwory, to stalowy jest z pewnością przeznaczony na ludzi.

Hansel musiał przyznać, że praca nad książką przynosiła też leczniczy skutek. Im więcej napisał o swoich obawach dotyczących wiedźminów tym rzadziej nawiedzały go koszmary z nimi związane. Jednocześnie rozumiał, że dzięki swoim słowom może zmienić świat. W ograniczonym zakresie, ale jednak.

Dziękował bogom, że spotkał tego nieznajomego w karczmie. Nie wiedział tylko, że bogowie nie mieli z tym nic wspólnego.

***

Rufus Hiffy był zadowolony. Jego iluzje kupca i kapłana były tak perfekcyjne, że nikt nie zorientował się, że są tylko tworem jego umysłu. Była to ciężka praca, ale bardzo satysfakcjonująca. Zapewne sukces w deprecjonowaniu pozycji wiedźminów znacznie zwiększy jego autorytet w Kapitule.

Aby ułatwić sobie manipulacje chłopakiem czasami zsyłał na niego przed zaśnięciem, albo tuż po przebudzeniu fałszywe wizje okrucieństwa łowców potworów. Wszystkie nieścisłości zaś tłumaczył słowami kapłana.

Teraz siedział w pustym pokoju i przeglądał dzieło chłopaka. Litery były koślawe i czasami nieczytelne, jednak treść wynagradzała formę. Tylko nie podobał mu się tytuł Wiedźmina opisanie. Zdecydowanie nie niosło ze sobą żadnych emocji. Zastanowił się przez chwilę. W końcu nad tytułem dopisał dwa słowa. Teraz wystarczyło wykonać odpowiednią liczbę kopii, a następnie rozesłać do kapłanów.

Zastanawiał się czy nie opłacić jakichś przywódców religijnych do cytowania dzieła jednak doszedł do wniosku, że skorzystają z książki bez żadnej namowy. W końcu strach jest dla nich korzystny, gdyż oznacza więcej wyznawców w świątyniach, a to przekłada się na większe ofiary pieniężne.

A trzeba było przyznać, że Monstrum, czyli wiedźmina opisanie zdecydowanie budziło strach.

***

Trzydzieści sztuk złota wydało się uczciwą sumą za książkę z obietnicą na więcej, gdyby się spodobała. Na to Hansel nie liczył, gdyż wiedział, że uczone głowy mają ciekawsze rzeczy do roboty niż czytanie objaśnień niedoszłego drwala i kowala.

W trakcie przechodzenia przez główną drogę miasta usłyszał swoje słowa. Były wykrzykiwane przez mężczyznę stojącego na podwyższeniu koło świątyni. Najdziwniejszy jednak był tłum otaczający wygłaszającego, który słuchał go z zaciekawieniem.

Słowa Hansela brzmiały zbyt złowieszczo niż zamierzał. Podczas pisania, mając je w głowie wydawały się bardziej stonowane. Jednak teraz słysząc je z ust człowieka charyzmatycznego i pełnego pasji nabrały nowej mocy.

Lekko zaniepokojony, ale też odczuwający dumę autora, którego dzieło jest cytowane wrócił do swojej pracy u kowala. Nie sądził, aby te słowa były groźniejsze od mnóstwa innych wypowiadanych przez krzykaczy, których co chwilę można spotkać na ulicach miast.

Jednak od dnia, w którym usłyszał swoje zdania wygłaszane nieopodal świątyni świat wokół niego zaczynał się zmieniać. A jeśli nie świat to przynajmniej ludzie.

Coraz częściej można było usłyszeć o potworach w ludzkiej skórze, odmiennych jednak na tyle, aby każdy mógł je rozpoznać. Chwalono za to bogów.

Siwe włosy zaczęły budzić strach i to niezależnie od płci czy wieku. Doszło do ogólnej histerii, starcy musieli chować się w domach, aby nie zostać posądzonymi o bycie potworami.

Następnie podniosły się głosy, że każdy może zgładzić potwory, którymi są wiedźmini. Że jest to ludzki obowiązek wobec bogów. Że zostaną zesłane klątwy, jeśli pozwolą na istnienie plugastwa pośród siebie.

Wszyscy zapomnieli o stworach pożerających nieostrożnych wędrowców czy dzieci. O tym, że niektórzy żyją tylko dzięki wiedźminom i ich poświęceniu. Teraz całą wyobraźnię ludzi pochłaniała wizja wiedźminów siejących spustoszenie i pragnących mordu.

Nie poprzestano na słowach. Rozpoczęto przygotowania – chwycono za widły i pochodnie. Dostatecznie bogaci zaopatrzyli się w miecze. Na czele szedł krzykacz, którego Hansel zobaczył pierwszego dnia niepokoju. Gdy krzyczał słowa… Jego słowa.

W czasie tego zamętu Hansel po powrocie do izby, w której mieszkał, z trudem łapał powietrze. Strach ogarniał całe jego ciało. Nie o to mu chodziło. Nie chciał tego. Lecz teraz nikt go już nie słuchał. Mieli jego słowa i to im wystarczało.

Gdy chłopak zbudził się pewnego ranka, cały zgiełk umilkł. Miasto było częściowo wyludnione.

– Dokąd oni poszli? – zapytał, stojąc w drzwiach karczmy i patrząc na pusty plac.

Do ściany budynku ktoś przybił nożem jakąś notatkę. Chłopak zbliżył się do niej i zrozumiał, że ma przed sobą mapę. Nie była profesjonalnie zrobiona, jednak bez trudu można było z niej wyczytać, do jakiego punktu prowadzi. Podpis pod nią brzmiał „wyruszyliśmy do siedliska potworów, módlcie się za nas albo do nas dołączcie”.

Nie namyślając się długo, Hansel pobiegł po swojego konia, zabrał najlepszy miecz jaki wykuł i popędził do Kaer Morhen.

***

Wiedźmini byli pewni swojej warowni. Miała solidne mury i most zwodzony nad fosą, dzięki czemu oblężenie wymagało miesięcy. Jednak kto chciałby oblegać Kaer Morhen – poza srebrnymi mieczami nie posiadają nic cennego, żadnego skarbca wypełnionego złotem. Dzięki wysokim murom mieli widok na wiele mil, tak aby nikt nie mógł podejść do warowni niepostrzeżenie.

Tego jednak dnia cały horyzont wypełniała gęsta mgła. Była tak niespotykana, że ktoś do jej opisania mógłby użyć określenia "magiczna". Potem stało się coś jeszcze bardziej niewyjaśnionego. Łańcuchy trzymające most pękły i most opadł. Co jeszcze dziwniejsze krata strzegąca wejścia do warowni podniosła się, co przy pękniętym łańcuchu powinno być niemożliwe.

Wiedźmini może mogliby to zacząć wyjaśniać, gdyby rozwścieczona tłuszczy nie wdarła się przez niebronioną bramę wrzeszcząc "Śmierć potworom!". Wtedy też mgła otaczająca okolice rozpłynęła się w powietrzu.

***

Hansel jechał na koniu najszybciej jak potrafił, jednak czuł, jakby cała przyroda sprzysięgła się przeciw niemu. Najpierw natrafił na burzę, a gdy się uspokoiła, porywisty wiatr cały czas wiał mu w oczy. Gdy chciał przejść przez potok, aby skrócić drogę, ten nagle zmieniał się w wartką rzekę. Pod koniec swej wędrówki natrafił na nieprzeniknioną mgłę.

 W pewnym momencie jednak rozpłynęła się ona w powietrzu tak nagle, jakby jej nigdy tam nie było. Dzięki temu mógł zobaczyć znów Kaer Morhen w całej okazałości, jednak nie miał czasu na podziwianie widoków. W warowni trwała walka – przybył za późno, nie zdążył ostrzec wiedźminów.

Popędził konia przez most zwodzony. Zsiadając z ogiera zobaczył jak nieliczni wiedźmini walczą z wielką masą ludzi. Teraz ilość łowców potworów nie wydawała się przytłaczająca.

Mimo że byli wspaniałymi szermierzami wiedźmini ginęli, zaatakowani przez potwory w ludzkich skórach, którzy łaknęli krwi i lubowali się w zabijaniu.

– Nie! – krzyczał Hansel. – Przestańcie!

Szczęk metalu zagłuszył jego wołanie. Sięgając po miecz wiedział, że nie powstrzyma chaosu, którego był sprawcą.

Widział właśnie, jak przebito prawe ramię nieznanego wiedźmina. Tłuszcza pchała się w jego stronę, aby go dobić. Nieszczęśnik wymachiwał mieczem, jednak mimo zabicia trzech napastników jeszcze więcej rzucało się na niego.

Hansel natarł na nich z furią. Odciął rękę temu, który mierzył w serce wiedźmina mieczem. Zanim atakujący warownię zorientowali się, co się dzieję Hansel przebił mieczem czterech z nich, a dwóm odrąbał kończyny.

Uratowany wiedźmin nic nie powiedział. Spojrzał tylko na niego jakby w podziękowaniu, a następnie upadł i wyzionął ducha. Z jego ran wylało się zbyt wiele krwi.

„Znów mi się nie udało”, myślał rozpaczliwie Hansel. Z jego miecza ciągle kapała krew, jednak nie zatrzymał się, żeby ją wytrzeć. Biegł do następnych uczestników rzezi, aby powstrzymać ich w każdy możliwy sposób.

Kątem oka dostrzegł, jak w oddali kolejny wiedźmin został przeszyty płonącymi strzałami. Gdy dogorywał, potwory podpiekały jego ciało pochodniami.

Hansel znów uderzył, jednak tym razem nie miał przewagi w elemencie zaskoczenia. Udało mu się zabić mocnym ciosem w głowę jednego z właścicieli wideł. Jednak kolejny przeciwnik wyposażony w miecz sparował jego cięcie. Szybko wymienili ciosy.

"Tym nigdy nie pokonasz nawet tylko przyzwoitego szermierza", Hansel przypomniał sobie słowa Vulgrana w momencie, gdy miecz przebijał mu brzuch. Chłopak upadł, a posadzka pod nim szybko zniknęła w kałuży krwi. Przeciwnik przyglądnął się chłopakowi, a gdy spostrzegł, że nie ma białych włosów zostawił go bez dobijania.

Zabawne – myślał Hansel. – Zginąłem od zwykłego miecza. A myślałem, że na potwory potrzebny jest srebrny.

Z tą myślą umarł.

***

Vesemir przybył do warowni tak szybko, jak tylko mógł. O ataku dowiedział się na szlaku, gdy tropił bazyliszka.

Wiedźmin widział wiele okrucieństwa w swoim życiu, jednak nic nie przygotowało go na to co spotkał. Tylu braci porozcinanych na kawałki, tylu braci spalonych żywcem, tylu braci martwych.

Nikt z obecnych w warowni nie przeżył. Wszędzie podłożono ogień, aby płomienie dokończyły zniszczenia rozpoczętego przez ludzi, którym wiedźmini służyli.

Vesemir klękną na dziedzińcu skąpanym we krwi, na którym przeżył tyle chwil, dobrych chwil.

Jego oczy zaszkliły się łzami, gdy spojrzał na swój dom.

Po policzkach wiedźmina pociekły słone krople.

Płakał.

 

Lipiec 2016

Koniec

Komentarze

Opowiadanie mocno nierówne. Sam pomysł na wątek z potworami w ludzkiej skórze i zakończenie z płaczącym wiedźminem – naprawdę dobre. Ale wykonanie słabiutkie. Miejscami dialogi są sztuczne i infantylne, pełno literówek, pozjadanych ogonków i trafiają się nawet błędy ortograficzne (”wywarzyć drzwi” – zabolały mnie oczy) . Za dużo tłumaczenia oczywistości. Wątek z Gretel tak naprawdę niepotrzebny – co wnosi do tekstu informacja, że ojciec ożenił się z matką ukochanej i że Gretel potem zginęła? Bohater o niej zapomniał jak tylko wyszedł z chatki. Intryga z czarodziejami zupełnie zbędna (i nudna). Postacie płaskie – można było choćby pięknie ukazać jak główny bohater wpada na ‘ciemną stronę mocy’ napędzany chęcią zemsty za to, że go nie przyjęto, a Ty zrobiłeś z niego nudną marionetkę.

 

OK, poprawiłem błąd ortograficzny – na swoją obronę mogę dodać, że według języka polskiego “wywarzyć” jest poprawnym słowem (choć nie w tym kontekście). Nad literówkami jak widać muszę popracować – mimo trzech beta-readerów nie wyłapano wszystkich. Historia Gretel miała nawiązywać do zmienianych baśni przez AS – w tym przypadku “Jasia i Małgosi” (w oryginale nazywali się Hansel i Gretel). Fakt, że Hansel mógł kilka razy o nie wspomnieć w rozmyślaniach. Na upartego można to bronić tym, że po okropnościach jakie przeżył w chatce chciał zacząć nowe życie jako wiedźmin i zapomnieć o bólu przeszłości. Co do głównego bohatera to chciałem pokazać, że przez dobrych ludzi też może przyjść na świat zło o którym nawet sobie nie wyobrażają. Natomiast jeśli o czarodziejów – chciałem pokazać, jak rzeczy niesłychanie ważne np. życie większości wiedźminów jest jedną z wielu spraw do załatwienia, niczym szczególnym w wielkiej polityce.

Mnie przerobienie bajki o Jasiu i Małgosi bardzo się spodobało. Ogólnie pomysły ciekawe (sterowana zmiana nastawienia do wiedźminów też miodna), gorzej z wykonaniem. Interpunkcja kuleje, sporo literówek, niekiedy koślawe konstrukcje zdań.

Zaskakuje mnie, że syn średniowiecznego drwala umiał czytać i pisać. Skąd?

Jednak stojąc teraz na dziedzińcu, gdy wpatrywało się w niego tak wiele gniewnych oczu, rozum kazał mu zweryfikować swoje aksjomaty.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to rozum stał na dziedzińcu. Mózg dęba staje? ;-)

Babska logika rządzi!

Faktycznie jego edukacja mogła być dość zagadkowa, dlatego dodałem zdanie “Dodatkowo miejscowa znachorka, która nie dość, że znała tajemną sztukę czytania i pisania to jeszcze dzieliła się tą wiedzą z pojętnymi uczniami – a Hansel był pojętny.”

Przytłoczyła mnie ilość wątków, z których niewiele wynikało dla dalszych losów Hansela. Mam wrażenie, że powierzyłeś mu zbyt wiele zadań, by mógł należycie sprawdzić się w każdej roli. Skutkiem tego, choć opowiadanie dość obszerne, zdało mi się dość powierzchowne.

Nie najlepszego wrażenia dopełniło wykonanie, które, delikatnie mówiąc pozostawia wiele do życzenia.

 

– Czego? – nie tru­dził się na uprzej­mo­ści… – – Czego? – Nie tru­dził się na uprzej­mo­ści

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

pod któ­rym widać było brą­zo­wy ku­brak wią­za­ny pod szyją. Nie widać było… – Powtórzenie.

 

Nie widać było jego twa­rzy, gdyż wciąż miał na sobie kap­tur. – Kaptur miał na całym sobie, czy tylko na głowie?

 

Pod­czas gdy karcz­marz na­le­wał do kufla zło­ci­sty tru­nek, męż­czyź­ni sie­dzą­cy przy sto­li­ku naj­bli­żej drzwi… – Nie wydaje mi się, by w karczmie ustawiono stoliki, no, może w kąciku kawiarnianym. ;-)

Jestem przekonana, że w karczmie stały raczej masywne stoły i takież ławy.

 

Nad jego głową za­błysz­cza­ły w świe­tle świec klin­gi dwóch mie­czy… – Czy jego miecze na pewno sterczały ostrzami ku górze? 

 

Nie­zna­jo­my wolno zwró­cił ku niemu swe ob­li­cze, które nie­spo­dzie­wa­nie nie po­sia­da­ło blizn. – Czy ktoś spodziewał się zobaczyć blizny na twarzy kogoś, kogo nie znał?

 

i z chę­cią sza­now­ne­mu wiedź­mi­no­wi po­sta­wie piwo. – Literówka.

 

Wiedź­min znów wy­ko­nał po­wol­ny ruch głowy w kie­run­ku Ob­re­da.Wiedź­min znów wy­ko­nał po­wol­ny ruch głową w kie­run­ku Ob­re­da.

 

Po­two­ry ubi­łem – od­parł Vul­gran koń­cząc pić piwo – Jeśli chcesz do­wie­dzieć się ja­kie­go, to pro­wadź do rajcy. – Nie rozumiem – wiedźmin mówi, że ubił potwory, a z dalszej treści wypowiedzi okazuje się, że jednego…?

 

I po­pę­dził przed sie­bie. Vul­gran ru­szył za nim szyb­kim kro­kiem. – Z pewnością zbyt długo pleców mu ni oglądał.

 

Vul­gran nie prze­pa­dał za dy­plo­ma­cją, dla­te­go za­miast pukać, wy­wa­żył drzwi nogą. – Naprawdę uważasz, że na tym polega dyplomacja?

 

Chwy­cił wia­dro sto­ją­ce nie­opo­dal i zga­sił pło­mie­nie. – Zgasił płomienie wiadrem???

 

drzwicz­ki nagle się otwo­rzy­ły i pa­trzył na niego męż­czy­zna. Z jego per­spek­ty­wy wy­da­wał się ogrom­ny. – Z czyjej perspektywy?

 

bli­zna na twa­rzy i dwie klin­gi mie­czy wy­sta­ją­ce zza ple­ców. – Wygląda na to, że wiedźmin lubił ostre chwyty.

 

Był ubra­ny w łach­ma­ny przy­po­mi­na­ją­cy zdar­ty worek… – Literówka.

 

Han­sel wy­ro­bił sobie od ma­łe­go twar­de mię­śnie, które na­sto­lat­ko­wi do­da­wa­ły urody.Nastolatek, to termin powstały w połowie lat sześćdziesiątych XX wieku, dlatego nie ma  prawa znaleźć się w tym opowiadaniu!

 

Matka Gre­tel była wdową, jak oj­ciec Han­se­la . – Matko jedyna! Ojciec Hansela był wdową???!!!

Zbędna spacja przed kropką.

 

Po­sta­no­wi­li ukry­wać przed ro­dzi­ca­mi swoje uczu­cie, tylko w sa­mot­no­ści od­kry­wa­jąc swoje ciała… – Powtórzenie.

 

Wzię­li je­dze­nie na kilka dni drogi, li­cząc że uda im się do­trzeć do ja­kie­goś mia­sta, jed­nak pod­czas burzy zgu­bi­li drogę… – Powtórzenie.

Pierwsza droga zupełnie zbędna.

 

Nie miała im za złe po­czę­stun­ku… – Raczej: Nie miała im za złe, że się poczęstowali

 

Pięk­ne dło­nie Gre­tel po­znał­by wszę­dzie. Jedna z nich była wła­śnie przy­rzą­dza­na na bla­cie stołu przez po­two­ra. Naj­pierw w jego ustach po­ja­wił się krzyk… – Z tego wynika, że krzyczał potwór.

 

Więk­szość po­by­tu u wiedź­my pa­mię­ta jak przez mgłę. Był prze­ko­na­ny, że wiedź­ma rzu­ci­ła… – Powtórzenie.

 

Nie chciał jeść ludz­kie­go mięsa jed­nak on go do tego zmu­sza­ła. – Wiedźma była rodzaju męsko-żeńskiego?

 

– Przy­kro mi. Teraz już ni­ko­go nie skrzyw­dzi. – Czy wiedźminowi było przykro, bo wiedźma już nikogo nie mogła skrzywdzić?

 

dzię­ki któ­rej za­brał głowę po­two­ra i wkrót­ce od­bie­rze za niego na­gro­dę. – …wkrót­ce od­bie­rze za nią na­gro­dę.

 

gdy nogi za­czę­ły od­czu­wać pierw­sze zmę­cze­nie, po­sta­no­wił się ode­zwać. – Dokąd je­dzie­my? – spy­tał. – To on szedł, czy jechał?

 

– Póki co na po­lo­wa­nie – od­po­wie­dział Vul­gran – Naj­praw­do­po­dob­niej man­ti­ko­ra za­czę­ła po­lo­wać w oko­li­cy. – Powtórzenie.

 

W każ­dym razie je­dzie­my na spo­tka­nie po­two­ro­wi… – Raczej: W każ­dym razie je­dzie­my na spo­tka­nie z potworem

Można jechać na spotkanie z kimś, ale nie komuś.

 

Od dłuż­szej chwi­li ogień skwier­czał w naj­lep­sze… – Ogień nie skwierczy. Skwierczeć może tłuszcz, palący/ topiący się w ogniu.

 

Zu­peł­ny mrok i do­ga­sa­ją­ce ogni­sko za­koń­czy­ło lek­cję. – Mrok i dogasające ognisko, to dwa czynniki, więc: Zu­peł­ny mrok i do­ga­sa­ją­ce ogni­sko za­koń­czy­ły lek­cję.

 

Użył swo­ich elik­si­rów i przez długi okres spę­dził na me­dy­ta­cji.Użył swo­ich elik­si­rów i długi okres/ czas spę­dził na me­dy­ta­cji. Lub: Użył swo­ich elik­si­rów i przez długi okres/ czas medytował.

 

Han­sel ostroż­nie skie­ro­wał się w kie­run­ku źró­dła dźwię­ku. – Brzmi to fatalnie.

Może: Han­sel ostroż­nie ruszył ku źró­dłu dźwię­ku.

 

Han­sel zo­ba­czył man­ti­ko­rę nie go­rzej po­ra­nio­ną niż wiedź­min. – Raczej: Han­sel zo­ba­czył man­ti­ko­rę, poranioną nie bardziej niż wiedźmin.

 

Do wy­ko­pa­nia grobu użył noża i po­dłuż­ne­go pa­ty­ka.Czy bywają patyki poprzeczne?

 

Swo­imi czy­na­mi ura­to­wał wiele ludz­kich ist­nień. Oddał swoje życie w obro­nie in­nych. – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

jed­nak nie­chęt­nie uszczu­plał kasę miej­ską z cięż­kich monet. – Nie wydaje mi się, by coś – tu kasę – można uszczuplać z czegoś.

Proponuję: …jed­nak nie­chęt­nie uszczu­plał kasę miej­ską. Lub: …jed­nak nie­chęt­nie pozbawiał kasę miej­ską cięż­kich monet.

 

Ich życie się dla rajcy nie liczy? – Dla jednego rajcy?

 

Rajca zda­wał sobie spra­wę, że jego coraz bar­dziej czer­wo­na twarz zdra­dza jego myśli… – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

– Jakie kurwa dzie­ci, Obred?– Jakie, kurwa, dzie­ci, Obred?

 

Ską­pa­nie się w tej chwa­le ja­kiej oni do­świad­cza­ją…– Ską­pa­nie się w tej chwa­le, której oni do­świad­cza­ją

 

Na około znaj­do­wa­ła się fosa… – Naokoło znaj­do­wa­ła się fosa

 

Piąt­ka cza­ro­dziei sie­dzia­ła przy okrą­głym stole w spe­cjal­nie prze­go­to­wa­nej sali blo­ku­ją­ce wszel­kie pod­słu­chy, tak ma­gicz­ne, jak i fi­zycz­ne. – Raczej: Pięcioro cza­ro­dziejów sie­dzia­ło przy okrą­głym stole w spe­cjal­nie prze­go­to­wa­nej sali, blo­ku­ją­cej wszel­kie pod­słu­chy, tak ma­gicz­ne, jak i fi­zycz­ne.

Z dalszej treści wynika, że w grupie byli czarodzieje płci obojga.

 

prze­wod­ni­czą­cy roz­po­czął opi­sy­wać pierw­szy punkt spo­tka­nia. – Raczej: …prze­wod­ni­czą­cy roz­po­czął omawiać pierw­szy punkt spo­tka­nia.

 

ode­zwał się w końcu Ger­hart – No i gdyby coś… – Aby zacząć zdanie wielką literą, poprzednie należy zakończyć kropką.

 

Po­cho­wa­łem go w po­bli­żu jej leży.Po­cho­wa­łem go w po­bli­żu jej leża.

 

W mię­dzy cza­sie na dzie­dziń­cu inni wiedź­mi­ni od­su­nę­li się na tyle, aby zro­bić miej­sce dla po­je­dyn­ku.W mię­dzycza­sie, na dzie­dziń­cu, inni wiedź­mi­ni od­su­nę­li się na tyle, aby zro­bić miej­sce do po­je­dyn­ku.

 

Han­sel nie był przy­go­to­wa­ny na falę bólu… – Han­sel nie był przy­go­to­wa­ny na / taką falę bólu

 

Spró­bo­wał za­mach­nąć się na­stęp­ny raz… – Raczej: Spró­bo­wał za­mach­nąć się raz jeszcze

 

Ude­rzył tak mocno, że broń chło­pa­ka wy­pa­dła z ręki. – Raczej: Ude­rzył tak mocno, że broń wy­pa­dła chłopakowi z ręki.

 

Chce się ze mną wie­rzyć bez broni. – Pewnie miało być: Chce się ze mną mie­rzyć bez broni.

 

Splu­nął koło chło­pa­ka i uśmiech­nął się cy­nicz­nie, wi­dząc łzy chło­pa­ka. – Moim zdaniem, o jednego chłopaka za dużo.

 

wie­dział, że wśród tylu nie­stwo­rzo­nych hi­sto­rii jakie opo­wia­da­ją inni cze­lad­ni­cy… – …wie­dział, że wśród tylu nie­stwo­rzo­nych hi­sto­rii, które opo­wia­da­ją inni cze­lad­ni­cy

 

Pra­co­wał, bo to po­ma­ga­ło mu od­ry­wać się od przy­szło­ści. – Przyszłości nie znał, więc raczej: Pra­co­wał, bo to po­ma­ga­ło mu od­ry­wać się od przeszło­ści.

 

i o upo­ko­rze­niach, jakie otrzy­mał od wiedź­mi­nów. – Upokorzeń się nie otrzymuje.

Proponuje: …i o upo­ko­rze­niach, których doznał od wiedź­mi­nów.

 

Miał na­dzie­je z cza­sem zna­leźć jesz­cze kie­dyś coś, w czym bę­dzie czuł się speł­nio­ny. – Raczej: Miał na­dzie­je z cza­sem zna­leźć jesz­cze kie­dyś coś, co sprawi, że bę­dzie czuł się speł­nio­ny.

 

– Książ­ka ma być po­my­słem? -zdzi­wi­ła się Tis­sa­ia de Vries. – Brak spacji po dywizie, zamiast któregom powinna być półpauza. 

Powinno być: – Książ­ka ma być po­my­słem? – Zdzi­wi­ła się Tis­sa­ia de Vries.

 

Jed­nak nie­zna­jo­my męż­czy­zna przy­siadł się do jego sto­li­ka tak szyb­ko… – Już zostało ustalone, że w karczmie nie było stolików.

 

Han­sel mógł za­ob­ser­wo­wać, że męż­czy­zna był ele­ganc­ko ubra­ny, naj­praw­do­po­dob­niej był to ku­piec, gdyż nie był to strój rol­ni­ka ani wo­jow­ni­ka. – Objaw byłozy.

 

A no nie mam.Ano, nie mam.

 

Czy nie chciał­byś po­dzie­lić się tym z in­ny­mi żad­ny­mi wie­dzy ludź­mi. – Literówka.

 

Han­sel, nie wy­ra­ził jed­no­znacz­nie zgody… – Co tu robią przecinek i dywiz zusammen do kupy, że o zbędnej spacji nie wspomnę?

 

Praca nad książ­ką były dla Han­se­la nowym celem życia. – Jedna praca, czy prac wiele?

 

Co praw­da sta­rał się nie mówić wprost o wiedź­mi­nach, lecz wy­da­wa­ło się, że jeden z ka­pła­nów tak, jak on. – Co ten kapłan tak jak on?

 

może wy­ni­kać z za­mi­ło­wa­nia za­bi­ja­nia przez sa­mych wiedź­mi­nów. – Czy można coś zamiłować?

 

słowa z ła­two­ścią spły­wa­ły przez niego. – W jaki sposób słowa spływają przez kogoś?

 

Zde­cy­do­wał się na  pod­nio­sły styl ,ja­kie­go… – Zbędna spacja przed przecinkiem, brak spacji po przecinku.

 

zdzi­wił się sły­sząc swoje słowa wy­krzy­ki­wa­ne z pod­wyż­sze­nia koło świą­ty­ni. Co wię­cej – krzy­kacz oto­czo­ny był tłu­mem ga­piów, któ­rzy naj­wy­raź­niej słu­cha­li go z za­cie­ka­wie­niem.

Gdy chło­pak słu­chał swo­ich słów od­niósł wra­że­nie, że brzmią one zbyt zło­wiesz­czo. Pod­czas pi­sa­nia, mając słowa w swej gło­wie wy­da­wa­ły mu się bar­dziej sto­no­wa­ne. Jed­nak teraz sły­sząc je z ust czło­wie­ka… – Powtórzenia.

 

wy­po­wia­da­nych przez krzy­ka­czy, ja­kich co chwi­lę można było spotkać… – …wy­po­wia­da­nych przez krzy­ka­czy, których co chwi­lę można było spotkać

 

Coraz czę­ściej można było usły­szeć o po­two­rach w ludz­kiej skó­rze, od­mien­nych jed­nak na tyle, aby każdy mógł ich roz­po­znać. – …aby każdy mógł je roz­po­znać.

 

Że na ludzi zo­sta­ną ze­sła­ne klą­twy, jeśli po­zwo­lą na ist­nie­nie plu­ga­stwa po­śród nich. – …jeśli po­zwo­lą na ist­nie­nie plu­ga­stwa po­śród siebie.

 

Strach ogar­niał całe jego dzia­ło. – Jakie działo?

Czy może miało być: Strach ogar­niał całe jego cia­ło.

 

Mia­sto wy­lud­ni­ło się o po­kaź­ną część. – Raczej: Mia­sto było częściowo wyludnione.

 

– Gdzie oni po­szli? – za­py­tał sto­jąc w drzwiach karcz­my… – Dokąd oni po­szli? – za­py­tał, sto­jąc w drzwiach karcz­my

 

nie po­sia­da­ją nic cen­ne­go, żad­ne­go skarb­ca prze­peł­nio­ne­go zło­tem. – Raczej: …żad­ne­go skarb­ca wypełnionego zło­tem.

 

gdyby tłum roz­wście­czo­nej tłusz­czy… – Masło maślane. Tłuszcza to tłum.

Wystarczy: …gdyby roz­wście­czo­ny tłum… Lub: …gdyby roz­wście­czo­na tłusz­cza

 

Naj­pierw na­tra­fił na burze, a gdy się uspo­ko­iła… – Literówka.

 

Po­pę­dził konia przez most zwo­dzo­ny. Zsia­da­jąc z konia… – Powtórzenie.

 

Po­wie­trze wy­peł­nio­ne szczę­kiem me­ta­lu za­głu­szy­ło jego wo­ła­nie. – To nie powietrze, a szczęk metalu zagłuszał wołanie.

 

mimo za­bi­cia trzech na­past­ni­ków jesz­cze wię­cej na­sa­dza­ło się na niego. – Co to znaczy nasadzać się na kogoś?

 

Szyb­ko wy­mie­ni­li się cio­sa­mi. – Raczej: Szyb­ko wy­mie­ni­li cio­sy.

 

Han­sel upadł, a po­sadz­ka pod nim szyb­ko znik­nę­ła w ka­łu­ży jego krwi. – Jeden zaimek zbędny.

 

Prze­szklo­ny­mi ocza­mi spoj­rzał na swój dom. – Przeszklona może być np. weranda, lub pokój z dużą ilością okien. Oczy nie mogą być przeszklone.

Pewnie miało być: Oczy zaszkliły się łzami, spoj­rzał na swój dom.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ocena podobna do tej, którą napisała Bellatrix. Z jednej strony jest kilka ciekawych pomysłów, z drugiej nic nie chwyta za gardło i nie ma wow!. Przydałoby się może kilka żartów, choć to trudne.

regulatorzy – jestem pod wrażeniem skrupulatności, kilka błędów poprawiłem już po pierwszych komentarzach. Z klingą to totalna wtopa. Faktycznie rady odnośnie zapisywania dialogów w osobnym wątku bardzo pomocne. Mam pytanie – jesteś profesjonalnym redaktorem? Opowiadanie przed wysłaniem dałem do korekty koleżance po polonistyce i jej ta masa błędów umknęła. 

Tutaj mam kilka sprostowań:

Nieznajomy wolno zwrócił ku niemu swe oblicze, które niespodziewanie nie posiadało blizn. – Czy ktoś spodziewał się zobaczyć blizny na twarzy kogoś, kogo nie znał? (Wiedział, że jest to wiedźmin i dlatego spodziewał się, że zobaczy na jego twarzy blizny.)

gdy nogi zaczęły odczuwać pierwsze zmęczenie, postanowił się odezwać. – Dokąd jedziemy? – spytał. – To on szedł, czy jechał? (Jak było napisane wyżej wiedźmin jechał, a Hansel szedł.)

Ich życie się dla rajcy nie liczy? – Dla jednego rajcy? (Tak, tego który odpowiedzialny był za wypłatę nagrody. Gdyby mieli więcej czasu mogli by zebrać radę miejską i wtedy byłoby ich wielu.)

słowa z łatwością spływały przez niego. – W jaki sposób słowa spływają przez kogoś? (Tak jak przez autora natchnionego piszącego Biblie. Zdania same układają mu się w głowie i dlatego nie musi myśleć nad konstrukcją zdań itp. Dlatego miał wrażenie, że słowa spływały przez niego, jakby to już było gdzieś napisane, a on tylko to spisywał.)

I popędził przed siebie. Vulgran ruszył za nim szybkim krokiem. – Z pewnością zbyt długo pleców mu ni oglądał. (Tutaj nie rozumiem przytyku).

 

Jestem bardzo wdzięczny za krytyczne uwagi, niemniej będę bronił fabuły. Uważam, że Hansel był tylko chłopakiem, który uwolniony z rąk potwora chciał zostać wiedźminem – myślę, że każdy wątek łączył się tutaj z Hanselem. A co do nadmiaru dramatycznych wydarzeń, które przeżywa główny bohater to można przywołać za przykład choćby “Foresta Gumpa” – ten miał dopiero przygody i jakoś nikt nie robił mu przytyków. (Nie mówię, że jestem na tym samym poziomie. Wiem, że wykonanie kuleje, jednak wiedzę pewną analogię.)

Natanie, cieszę się ogromnie, że mogłam pomóc, a uwagi okazały się przydatnie.

Dziękuję za wyjaśnienia, zagadkowe zdania stały się jasne. ;-)

Odniosę się jeszcze do dwóch:

 

gdy nogi za­czę­ły od­czu­wać pierw­sze zmę­cze­nie, po­sta­no­wił się ode­zwać. – Dokąd je­dzie­my? – spy­tał. – To on szedł, czy je­chał? (Jak było na­pi­sa­ne wyżej wiedź­min je­chał, a Han­sel szedł.)

Skoro jeden z podróżujących jechał konno a drugi szedł, proponuję: …gdy nogi za­czę­ły od­czu­wać pierw­sze zmę­cze­nie, po­sta­no­wił się ode­zwać. – Dokąd zmierzamy? – spy­tał.

 

I po­pę­dził przed sie­bie. Vul­gran ru­szył za nim szyb­kim kro­kiem. – Z pew­no­ścią zbyt długo ple­ców mu ni oglą­dał. (Tutaj nie ro­zu­miem przy­ty­ku).

Miałam na myśli, że skoro pierwszy popędził, to ten idący szybkim krokiem z pewnością niebawem stracił go z oczu.

 

Mam py­ta­nie – je­steś pro­fe­sjo­nal­nym re­dak­to­rem?

Nie, Natanie, nie jestem i nigdy nie byłam redaktorem. :-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Już zmieniłem na zmierzamy. Co do drugiego fragmentu to zastąpiłem go na:

Miejscowy ruszył pędem, często jednak oglądając się za siebie, aby przypadkiem nie stracić wiedźmina z oczu. Vulgran ruszył za chłopakiem szybkim krokiem.

Mam nadzieję, że wyciągnę wnioski i następnym razem jak umieszczę tu opowiadanie lista błędów będzie krótsza. 

Wiesz, to może zależeć od długości opowiadania. ;-)

Babska logika rządzi!

Nowe zdanie wygląda o wiele lepiej.

Jestem przekonana, Natanie, że Twoje opowiadania będą napisane coraz lepiej. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, nie porwało :(

Znam tylko pięć liter ;)

Przykro mi, ale rozumiem. Przyznam, że jestem w szoku, że ktoś przeczytał moje opowiadanie 3 lata od opublikowania, mimo że zostało w poczekalni bez żadnego punkcika do biblioteki :D

Zamierzam przeczytać wszystkie opowiadania :)

 

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka