- Opowiadanie: BenFixit - Umarlak

Umarlak

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Umarlak

Start systemu…

Coś takiego wyskoczyło mi przed oczami. Nie…raczej w mojej świadomości. Oczu, z niewyjaśnionych powodów, nie mogłem otworzyć. To samo tyczyło się reszty ciała – nie byłem w stanie nawet drgnąć.

Sam nie wiem…Przez chwilę miałem dziwne wrażenie, że śnię i to tylko wyobraźnia płata mi figle. Umysł sprawiał wrażenie nieobecnego, wędrującego własnymi ścieżkami, nieosiągalnymi dla fizycznego ciała, porzuconego gdzieś po drodze.

Nie…NIE!NIE!NIE! To z pewnościa nie był sen. To nie mógł być sen! Może ktoś mnie odurzył? Jakiś szok? A może to sprawka telepaty czy innego psionika, pogrywającego ze mną dla chwili zabawy? Po raz kolejny spróbowałem się poruszyć. Bezskutecznie. Następne komunikaty przewinęły się przez moje myśli, z wprost zawrotną prędkością.

Uszkodzenia. Ogranicznik. Krwotok. Układ nerwowy. Układ szkieletowo-mięśniowy. Z trudem wychwyciłem pojedyńcze słowa z tego niezrozumiałego ciągu. Nie to okazało się jednak najgorsze.

Nie pamiętałem. 

Nie pamiętałem nic odnośnie mojej przeszłości!

Kompletna pustka. Nie byłem w stanie przypomnieć sobie niczego na temat imienia, rasy, pochodzenia. Ogromna czarna plama wypełniała mój umysł. I nie była ona tylko zasłoną, za którą kryły się wszystkie pożądane  informacje. Ja…ja zwyczajnie ich nie posiadałem. Może i nawet nigdy ich nie miałem?

Chciałem krzyczeć! Ryczeć! Wrzeszczeć…lecz nie mogłem. Ja…ja nie mogłem. Gdy tylko się za to zabierałem, natychmiast zapominałem. Emocje, całe to napięcie, które chciałem wyrazić…wszystko traciło swą formę tak szybko, jak tylko o tym pomyślałem. Dziwne uczucie spokoju rozchodziło się wewnątrz mnie, niczym tajemniczy mechanizm obronny.

Strach, radość, gorycz, gniew. Znałem wszystkie te słowa bardzo dobrze, tylko nie potrafiłem ich wyrazić – zlały się w jedną, nieokreśloną breję. Utraciły dla mnie znaczenie, chociaż z pewnością jakieś miały. Przygniatająca pustka. Najbardziej przerażająca otchłań, w jaką miałem czelność spojrzeć.

– Panie Nari! Panie Nari! To chyba działa!

Niski, piskliwy głosik dobiegał do mnie ze wszystkich stron, odrobinę zagłuszany przez dziwaczne szmery, o niewyjaśnionej genezie. Poczułem drgnięcie! Stopa…nie, to chyba ręka! Koniuszek jakiegoś palca mojej prawej dłoni drgnął!

– To? – tym razem głos był znacznie wyższy, z wyraźną chrypką. Usłyszałem zbliżające się kroki.  – Ktoś…przeżył? Niesamowite. Z innych prawie nic nie pozostało. On…wygląda jeszcze inaczej od nich. Czym…czym oni są?

– Skoro żyje, musimy mu pomóc! – butny rozkaz pobrzmiewał echem gdzieś w oddali, z każdą chwilą stając się coraz bardziej wyrazistym. – Nie możemy go tak zostawić!

Kolejne części ciała odzyskiwały sprawność. Otworzyłem też powieki, po raz kolejny spotykając się z serią nieznanych lub niemożliwych do odczytania poleceń. Tym razem nie wypełniały już tylko podświadomości.

– Nie wiem, z czym mamy styczność, chłopcze. On nie wygląda jak my.

– Spadł z nieba! To pewnie anioł!

– To frachtowiec spadł na powierzchnię, brzdącu. A frachtowcami sterują żywe istoty. Albo droidy.  Jedni i drudzy nie mają wiele wspólnego z twoimi "aniołami".

– No ale on przeżył, a reszta nie! Czyli i tak musi być kimś wyjątkowym!

W pewnym momencie zniknęły wszelakie dane, a ja w końcu ujrzałem świat w pełnej okazałości. Dwie osoby stały niecały metr ode mnie. Przeniosłem spojrzenie na starszego, siwiejącego i muskularnego pana oraz towarzyszącego mu dzieciaka, z chaotyczną, czarną czupryną i niebieskimi tęczówkami. Ja, z kolei, znajdowałem się w…

Prawa pięść gwałtownie wystrzeliła do przodu, bez polecenia! Z łatwością rozbiła szklaną taflę, znajdującą się centymetry od mojej twarzy.  O dziwo, dokonałem tego bez jakiegokolwiek wysiłku czy dyskomfortu, chociaż osłona miała słuszną grubość. Po raz kolejny chciałem wrzeszczeć!

Ramię…ramię nie przypominało ludzkiego. Miało zbliżoną formę i kształt, lecz skórę i mięśnie zastępował czarny, metaliczny materiał. Ostre odłamki spadały na moją twarz i ciało, ale ja słyszałem tylko głuchy stuk. Żadnego bólu, żadnego strachu. Nic. Wątpie, by większość istot zareagowała w podobny sposób, trafiając do tej szklanej pułapki.

Pozostałe akcje również potoczyły się bez mojego świadomego udziału – drugim ciosem rozbiłem pozostałość tajemniczej kapsuły, po czym ślamazarnie wygramoliłem się na zewnątrz. Po wykonaniu raptem kilka kroków padłem niczym kłoda na podłogę frachtowca. Ciało znów odmówiło posłuszeństwa (chociaż to niezbyt trafne określnie – od momentu mojego przebudzenia i tak nie wykazywało większej chęci do współpracy). Pozostały mi tylko delikatne ruchy głową. Czułem też intensywny zapach i ciepło ognia, który zdołał zająć sporą część pomieszczenia.

Starzec i dziecko odstąpili na kilka kroków do tyłu, kryjąc się w kącie ładowni. Patrząc na ich twarze, nie mogłem ocenić, co bardziej nimi wstrząsnęło – moja niekontrolowana reakcja…czy może moja “aparycja”.

– Panie Nari – niepewnie odezwał się chłopiec. – Co…co mu dolega?

– Nie mam pojęcia – starzec dobył broni z kabury znajdującej się na jego udzie. – Kim jesteś? 

– Nie…nie wiem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, nieudolnie próbując się podnieść. – Nic…nic nie pamiętam.

Dziadek nie wyglądał na przekonanego, o czym dobitnie świadczyła lufa skierowana w moją stronę. Z kolei chłopiec borykał się z naporem sprzecznych uczuć. Ciekawość toczyła bój z nerwowością. Dziwne. Zdołałem odgadnąć kierujące nim uczucia, aczkolwiek sam nie byłem w stanie ich odegrać. Nie było ze mną aż tak tragicznie…

– Kim jesteś? – powtórzył z naciskiem starzec, powoli zaciskając palec na spuście.

Tuż przy sylwetkach obu istot wyświetliły się małe tabelki, opisujące poszczególne parametry – wzrost, tętno, ryzyko zagrożenie…metody neutralizacji. Broń staruszka została zaklasyfikowana jak "przestarzała, nie stanowiąca zagrożenia".

– Proszę, opuść broń!

– Dlaczego miałbym to zrobić?

– Ja…ja nad sobą nie panuję – wyjąkałem, powoli stając na równe nogi. – Jeżeli zaatakujesz…nie ręczę za to, co się z wami stanie.

*

Za namową chłopca, lecz wciąż z wyraźną niechęcią, dwójka ciekawskich pomogła mi opuścić statek, który chwilę pózniej eksplodował. Oceniając po stanie wraku, frachtowiec musiał doznać poważnych uszkodzeń jeszcze przed swoim awaryjnym lądowaniem. Możliwe, że doszło do uszkodzenia reaktora, spowodowanego czymś w rodzaju bitwy. Wątpliwe, by całe zajście było tylko skutkiem awarii. Prędzej bitwy lub czegoś w tym stylu.

Przyglądałem się ze strachem (strasznie słabo odgrywanym, niewiele różniącym się od obojętności) mojemu ciału. Chwilę wcześniej odrobinę przesadziłem odnośnie diagnozy – gdzieniegdzie dostrzegałem fragment normalnej ludzkiej tkanki. Niestety, stanowiła ona tylko procent całości. Czarny pancerz, powbijane tu i tam rurki oraz mechaniczne złącza stały się moją nową powłoką. 

Gdy ja "starałem się" ubolewać nad tym niezrozumiałym stanem rzeczy, moi ratownicy kolejno się przedstawili – Nari oraz Martik.

– Czy…czy macie coś, w czym mógłbym się przejrzeć?

– Niezbyt – Nari wskazał mi kciukiem błyszczącą strukutrę, przypominającą lustro. – Kryształy Kat'ari. Powinny wystarczyć.

Postąpiłem zgodnie z jego radą i chwiejnie podszedłem do lustrzanego obiektu, o mało co nie uderzając w niego łbem. Samo przemieszczanie się stanowiło prawdziwe wyzwanie.

Czarna maska, z trzema, ułożonymi poziomo wizjerami koloru czerwonego…była teraz moją nową twarzą. Spróbowałem ją zerwać. Ledwo oprałem na niej palce, a dłonie odmówiły posłuszeństwa, wracajac do pozycji wyjściowej. Przed oczami zamigotał ostrzegawczy wykrzyknik.

– Gdzie jesteśmy? Co to za planeta? – zapytałem, przysiadając na uschniętej, czerwonej trawie.

Krajobrazy rozciągające się dookoła prezentowały się całkiem sympatycznie. Równiny pokryte różnokolorową trawą, poprzecinane pagókami i kotlinami.

– Atteria – wypalił z uśmiechem chłopiec, nie spuszczając ze mnie wzroku.

Pocieszny mały brzdąc. Sam z checią odpowiedziałbym uśmiechnął…tylko zapomniałem jak to się robi. No i miałem tę paskudną maskę na ryju.

– Nie kojarzę tej nazwy. W jakiej części uniwersum się znajdujemy? To gdzieś blisko centrum, Aurory?

– Nie – starzec uprzedził chłopca. – Znajdujemy się na obrzeżach znanego nam wszechświata.

– A na których obrzeżach dokładnie? Graniczycie z Imperium Istian, Xeronów czy Karinów?

– Nie. Jesteśmy po całkowicie przeciwnej stronie, jeżeli o to ci chodzi.

– A Korporacje albo organizacje przestępcze? Ktoś się tutaj…"udziela"? 

Nari spojrzał na mnie jak na debila, niezbyt wiedząc, o co tak naprawdę pytam.

– ArchCorp, Federacja i Sojusz, rodzina Cesarion – wymieniałem kolejne nazwy, na co odpowiadały mi tylko zdziwione spojrzenia. – Yhm.

O cholera. Co to za wypizdowie? Zapytałem o raczej podstawowe rzeczy. Informacje, o których każdy…większość normalnych istot powinna wiedzieć.

Federacja i Sojusz – dwa ugrupowania, odpowiadajace za wojnę toczącą wszechświat od tysiącleci.

ArchCorp – najpotężniejsza korporacja wszechświata, której reklamy są dosłownie wszędzie, we wprost niewyobrażalnych ilościach.

Rodzina Cesarion – nawiększa organizacja przestępcza wszechświata (aczkolwiek – powoli upadająca).

Dziwne, że akurat o Istianach i reszcie wiedzieli. Cóż…trzeba będzie się stąd szybko ulotnić. Zaraz jeszcze jakiś pies z dupą na miejscu mordy do mnie podbiegnie i czymś się zarażę. Chociaż…teraz chyba nie musiałem się już martwić o takie błahostki. Z tym ciałem. 

– A ty, nieznajomy? Kim…czym jesteś?

Podniosłem dłonie na wysokość twarzy.

– Wciąż nie przypomniałem sobie żadnych danych na temat mojej przeszłości. Co do formy obecnej…wszystko wskazuje na to, że stałem się proxy.

– Proxy? – zapytali obaj jednocześnie.

– Fuzją maszyny i człowieka. Zazwyczaj – wbrew woli. Wykorzystywaną w celach bojowych lub służalczych. Lepsza alternatywa dla droida, tańsza od zaawansowanego robota.

– Od kiedy taki jesteś?

– Nie pamiętam. Który mamy rok?

– XTI 11234.

Hmmm…przynajmniej z datą są raczej nie bieżąco. Coś mi zaświtało, że owa przemiana musiała nastąpić całkiem niedawno, lecz ta kiełkująca myśli zdołała mi się przemknąć przez palce, jak tylko ku niej sięgnąłem. Cholera!

– Panie Proxy? – chłopiec odważnie do mnie podszedł, wyciągajac przed siebie zaciśniętą piąstkę. – To znaleźliśmy na statku. 

Wręczył mi srebrny łańcuszek, z wisiorkiem w kształcie półksiężyca. Hmmm…Znów się pojawiło. To dziwne uczucie. Jakby kolejny, głęboko skryty trybik mojej świadomości wskoczył na swoje miejsce.

– Znaleźliśmy cię raptem minutę po tym, jak wkroczyliśmy na statek – wypowiedź Martika uzupełnił Nari. - Na samym progu leżał jakiś martwy koleś i właśnie to miał na szyi. Zabrakliśmy też jego NERO. I to wszystko. Było tam kilkanaście komór, ale tylko ciebie dało się uruch…obudzić. No i wyglądasz też na bardziej zaawansowanego od reszty. Poza tym pojazdem, również kilka innych spadło z orbity. Niestety, pozostałe wylądowały w oceanach. Nie mamy sprzętu, by się do nich dostać.

Przyjrzałem się NERO, które przekazał mi Nari. W dzisiejszych czasach jest to podstawowy przyrząd do komunikacji oraz przechowywania danych. W sprawnych rękach – bardzo niebezpieczna broń, o szerokim zakresie możliwości. Niestety, ten egzemplarz już do niczego nie posłuży. Nadawał się najwyżej na złom. Zainteresowałem się za to wisiorkiem. Na jednej z jego stron wygrawerowano słowo "Katum".

– W jakim to jest języku? – chłopiec przygryzł wargę, prawdopodobnie w celu poprawy swojego skupienia.

– Istiańskim. – odpowiedziałem niemal natychmiast. – I ozna…

"Cicho."

Tak jak i wcześniej, tak i tym razem gwałownie straciłem kontrolę nad moim ciałem. Przetłumaczone słowo miałem już na końcu języka, ale tajemniczy rozkaz zatrzymał mnie w ostatniej chwili. To z pewnością nie było polecenie maszyny, z którą miałem przyjemność urzędować w jednym ciele. To coś innego. Głos, dobywający się z czeluści mojego istnienia. Coś o niemal pierwotnej sile.

-W sumie…to nie wiem, co to oznacza. – skłamałem.

– Co planujesz dalej? – kolejne pytanie staruszka było przepełnione strachem i niepewnością, bardzo nieudolnie zamaskowanymi.

– Trudno powiedzieć. Macie tutaj jakieś miasto?

– Na Atteri znajduje się kilka miast. Łącznie, żyje tutaj jakieś sto tysięcy mieszkańców, chociaż planeta jest całkiem spora. Nie posiadamy zbyt rozwiniętej technologii, ale może ktoś będzie w stanie ci pomóc czy załatwić transport poza planetę.

– Zabierzecie mnie ze sobą?

Nari wciąż nie darzył mnie sympatią, co nie było ani trochę dziwne. Sam pewnie też podszedłbym z rezerwą do obcego. I to jeszcze takiego dziwoląga, jakim byłem ja.

Szczęśliwie dla mnie, dzieciak okazał mi wsparcie i zdołał przekonać swojego towarzysza do spełnienia tej prośby. Pojawił się też kolejny problem. Nie panowałem nad moim ciałem tak, jakbym sobie tego życzył. Co kilka kroków traciłem poczucie równowagi, kilkukrotnie lecąc dupą (lub mordą) na glebę. Nawet nie chodziło tutaj o zmęczenie czy rany – najzwyczajnie w świecie miałem problem z obsługą nowego ciała. Przyzwyczajanie się do implantów i protez (w moim przypadku stanowiących znaczną część nowego "mnie") wielokrotnie zajmuje masę czasu. Ja aż zbyt wiele go nie otrzymałem.

Nari postanowił się zlitować i przerzucił mnie przez swoje potężnie rozbudowane plecy, po czym wspólnie ruszyliśmy do ich pojazdu – przestarzałego ścigacza, do którego strach było się zbliżyć, a co dopiero prowadzić. Gdy już trafiłem na siedzenie i zostałem przypięty do niego pasami, jeszcze raz rzuciłem okiem na wisiorek.

"Umarlak".

*

Podróż do najbliższego, a zarazem rodzimego miasta moich wybawców, zajęła nam ponad godzinę. Nie zadawali już kolejnych pytań, chociaż chłopiec co minutę lub dwie obracał się za siebie, posyłając mi szeroki uśmiech. Chciałem odpowiedzieć tym samym, co tylko powodowało dopisanie kolejnych klęsk do mojej, i tak już długiej, listy niepowodzeń.

Większość trasy spędziłem na próbie uporządkowania pozostałych mi myśli, danych oraz świeżych obserwacji. Handel żywym towarem, w dzisiejszych czasach, jest w cenie. Na tyle, że zajmują się nim już małe szczeniaki, sprzedające rodziny za kilka gostów. Proxy należą jednak do wyższej półki "sprzętu oraz usług". Złapanie odpowiedniego "materiału", zdobycie wymaganych części, zabieg, transport. Moje nowe ciało z pewnością nie jest dziełem podrzędnych wielbicieli tego fachu. Tym bardziej, że uczyniono mnie modelem "deluxe".

Korporacje najczęściej unikały bezpośredniego brudzenia sobie rąk i do wielu lewych interesów zatrudniały organizacje przestępcze, aczkolwiek nie wszyscy się w to bawili. Rodzina Cesarion starała się unikać tej gałęzi kryminalnego świata. Podobnie postępowała większość karteli narkotykowych.

Po'kat'ir'takan, Valorum, 20G, Xanti…to organizacje typowo przemytnicze. No i obecni potentaci rynkowi, znani przez większość normalnych mieszkańców już od kołysek. Sęk w tym, że to nie ich tereny. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Może w mieście dowiem się czegoś więcej. Ciekawe tylko, do kogo mam się teraz udać – lekarza czy może mechani…

Mechanika…

O CHOLERA!

MECHANICY!

To oni mnie napadli! I ten koleś, który załatwił mnie z zaskoczenia. Talos…Talos Piętnasty! Nowy przywódca organizacji. Tak…mówił coś o zmianach, o mocarstwowych planach. O buncie wśród Mechaników i obraniu nowego kursu.

Kolejne, najbardziej istotne pytanie – kim byłem ja, w całej tej układance? Członkiem Mechaników czy też jakiejś innej organizacji przestępczej? A może funkcjonariuszem, nie wiem, Ligi Strażników albo nawet zwykłym mieszkańcem jakiejś niewielkiej (ale i tak popularniejszej niż Atteria) planety, który pechowo nasunął się skalpel jakiegoś psychola? Starałem się z całych sił wydobyć fakty. Na próżno. 

Wciąż czegoś brakowało.

Wciąż nie mogłem pokonać tej cholernej pustki, wypełniającej mój umysły. Przebijał się przez nią wyłącznie ten cholerny głos, ale ja nie byłem w stanie mu odpowiedzieć, a co dopiero sięgnąć w jego kierunku.

Półksiężyc nie dawał mi spokoju. "Umarlak". Czy ten przedmiot na pewno należał do mnie? Umarlak…nic mi to nie mówiło. Kojarzę sporą cześć obecnych Korporacji oraz syndykatów zbrodni, jednak trudno ocenić, co jest tego przyczyną. Jasne, może i miałem jakieś nieciekawe powiązania z przeszłości. Równie dobrze mogła to też być wiedza czysto praktyczna – warto wiedzieć, jakie zagrożenia mogą na ciebie czyhać w danej galaktyce.

Dostrzegłem mały zatrzask na wisiorku. Wcześniej go nie zauważyłem. Czucie w palcach wciąż nie powróciło do swego optymalnego stanu, nie miałem jednak zamiaru zostać przez to zniechęconym. 

Zrobiło to coś innego. Tajemniczy głos po raz kolejny mną zawładnął, a ja po raz kolejny usłyszałem jego komendy.

"Jeszcze nie teraz, dla twojego własnego dobra. W odpowiednim czasie…wskażę ci drogę."

*

 

 – Was do reszty pokurwiło! POKURWIŁO!

Przysadzisty mężczyzna w średnim wieku dreptał tam i z powrotem po swoim małym mieszkanku, zlokalizowanym w centrum przestarzałego, górniczego miasteczka. Miał na imię Corr…Rorr…Sror, cholera wie! Trudno było coś wyłapać przez jego gardłowy, sepleniący głos. Nawet tłumacz systemowy miał z tym problemy.

– PROXY! Sprowadziliście do miasta cholernego Proxy. Gdyby to jeszcze był zwykły…ale wy przyprowadziliście tutaj jakiegoś kurewskiego cudaka!

Wrzaski grubasa niezbyt mnie teraz obchodziły. Słyszałem je wyraźnie, ale co innego zajmowało moją uwagę. Czułem się wyśmienicie! Kto by pomyślał? Jeszcze godzinę temu ustanie na nogach było strasznie problematyczne. Nowe elementy stały się częścią mnie w zastraszająco szybkim tempie.

– Jeżeli ten skurwol ma wciąż aktywny ogranicznik, wystarczy tylko jedno polecenie. Jedna komenda i wszyscy jesteśmy rozkurwieni! Nie mam pojęcia, z czego on jest wykonany, ale dam se łeb upierdolić, że nasza najlepsza broń czy wiertła mogą go co najwyżej zarysować.

– Mój ogranicznik jest nieaktywny.

– Skąd ta pewność?

– Tak wskazuje mój interfejs.

– Srejfejs – warknął tłuścioch, nikt inny nie miał czelności się odezwać. – Powinniśmy go wyjebać stąd najszybciej, jak tylko się da. Nawet jeżeli on nie jest zagrożeniem, to z pewnością nikt nie odpuści płazem takiego…cudaka.

Jego słowa ziściły się szybciej niż ktokolwiek z nas mógł przypuszczać. Odczuliśmy pierwszy wstrząs, którego epicentrum musiało znajdować się bardzo blisko. Ha – raptem 200 metrów od naszej obecnej pozycji, według danych pochodzących z czujników. Martik przewrócił się na podłogę.

– WIDZICIE, GŁUPIE CHUJE! WIDZICIE, COŚ CIE ZROBILI?! Jeżeli przyszli po niego, to pewnie moją podobny sprzęt. Wiecie, co możemy im teraz zrobić? Naskoczyć!

Spojrzałem na przerażone twarze pozostałych uczestników tego zebrania. Tylko Nari wykazywał się jakąkolwiek wolą walki, aczkolwiek była ona podszyta grubą warstwą strachu. Co do grubasa – on z pewnością zejdzie na zawał przed końcem ataku…albo sprzeda kogo tylko popadnie, w celu ratowania własnej skóry.

Martik…pewnie niewiele rozumiał z tego, co się teraz działo. W końcu to tylko dzieciak. Dobra istotka, chcąca pomóc innym. Przerażenie w jego oczach również nie było czymś nadzwyczajnym – trudno oczekiwać wojowniczego nastawienia od kilkuletniego szkraba. I to w obliczu wroga, z który nikt z tutejszych nie miał realnych szans. 

Hmmm…wkroczyliśmy do miasta pod osłoną nocy, napotykając po drodze tylko 4 istoty. Nie trzeba być wszechwiedzącym, by zwisualizować sobie rekacje wywołane moim wyglądem. Nari i Martik uratowali mnie z wraku, lecz starszy mężczyzna z pewnością by mnie tam zostawił, gdyby nie interwencja małego. Położyłem dłoń na jego głowie. Nawet jeżeli tylko o niego, warto powalczyć. I zrewanżować się za uratowane życie.

– Ja się nimi zajmę.

– Ty? – syknął z pogardą Sror.

– Ja. Zostańcie tutaj. A najlepiej, to zejdźcie do piwnicy.

Wymknąłem się przez okno z tyłu domu, opatulony ciemnością nocy.

 

*

– To miasto ma zostać zrównane z ziemią,słyszycie? ZRÓWNANE Z ZIEMIĄ! Jedyne, co nas obchodzi, to ten metalowy pierdolec! Ten, kto nam go wyda…temu pozwolimy żyć. 

Obserwowałem uliczki miasta z wysokiego punktu obserwacyjnego. Nowe ciało umożliwiało mi przemieszczanie się z fenomenalną zwinnością i szybkością. Nie miałem też większych problemów ze skoczeniem kilkanaście metrów wzwyż. Oczywiście…przy pierwszym takim susie "odrobinkę" uszkodziłem pewien dach, lecz na każdym kolejnym lądowałem już lekko niczym piórko.

Piątka uzbrojonych oprychów przeczesywała zakamarki mieściny, rozstrzeliwując napotkanych mieszkańców i od czasu do czasu wrzucając do mijanych domostw granaty. Ich sprzęt podchodził pod wyższe kategorie uzbrojenia, co mój system zaklasyfikował już jako "zagrożenie". Dwa zawieszone w powietrzu drony skanowały miasto. Szczęśliwie dla mnie, napastnicy nie mieli żadnego pojazdu lub zostawili go gdzieś poza miastem. Nie było też w ich szeregach żadnych przedstawicieli groźniejszych ras, chociaż na dzień dzisiejszy, jest to pojęcie względne. 

Interesujące…przyglądając się ich metodom działania, trudno było przypisać im łatkę profesjonalistów. Bez wątpienia byli groźni…ale nie aż tak bardzo, jak się spodziewałem. Czyżbym nie był aż tak cenny?

Cichutko zeskoczyłem na dół, zmierzając do pierwszej z moich ofiar – nieświadomy niczego człowiek uważnie przyglądał się czemuś leżącemu przed nim.

– Hej, chyba coś…

Nim dokończył, rozległo się głośne chrupnięcie. Wylądowałem na nim z ogromną siłą, łamiąc mu kręgosłup i wgniatając w ziemię. Pochyliłem się w celu podniesienia jego spluwy, ale zostałem uprzedzony – za rogu wyłoniła się kolejna postać, którą wcześniej musiałem przegapić. Zerwałem się sprintem w jej stronę, nie dając jej czasu na oddanie strzału. Jedną dłonią przekierowałem lufę broni, drugą pchnąłem głowę mężczyzny, uderzając jego potylicą o kamienną ścianę. Czaszka pękła niczym skorupka jajka.

Tym razem zachowałem rozwagę, nie mając ochoty po raz kolejny zostać zaskoczonym. Błyskawicznie chwyciłem upuszczony karabin oraz pas ze sprzętem, po czym wyskoczyłem wysoko, najwyżej jak tylko mogłe,w powietrze. Wziąłem na celownik zmierzające do mojej pozycji drony. Dwiema celnymi seriami zestrzeliłem je z powietrza. Próbowałem jeszcze w locie ustrzelić pozostałą czwórkę oprychów, lecz sromotnie spudłowałem  – w porę zareagowali, kryjąc się za osłonami. Ponownie usunąłem się w cień.

– Wyłaź, skurwielu! – ryknał ten, do którego właśnie pędziłem. Jako jedyny miał na twarzy aktywną maskę, więc jego zdolności obserwacyjne przewyższały resztę brygady.

– SŁYSZYSZ?!

– Słyszę.

Wyłoniłem się z mroku za jego plecami, przebijając je na wylot szponami wysuniętymi z okolic moich nadgarstków. Sporą część akcji realizowałem niemalże automatycznie – na bieżąco korygowała je kooperująca ze mną maszyna. Podobał mi się ten układ.. Ciekawe, co jeszcze miałem w zanadrzu.

– Tam jest!

Pozostała przy życiu trójka rozpoczeła ostrzał ostatniej znanej pozycji. Przerwali ogień, jak tylko osłyszeli głuch stuk, który rozległ się tuż pod ich nogami.

-O KURWAAA!

Kula ognia zagłuszyła przerażone krzyki. 

Czułem…CZUŁEM SIĘ ROZCZAROWANY! Niesamowite! Po raz pierwszy od momentu przebudzenia odczułem prawdziwą emocję! A więc to tak się "czuło". Spróbowałem odwzorować inne uczucia…bezskutecznie. Hmmm…

Smugi dymu odrobinę się przerzedziły, a ja wypatrzyłem w nich ostatniego z poszukiwaczy. Niedobitka. Panicznym biegiem kierował się poza miasto. Był zaskakująco szybki. Faktycznie jest tak, jak to mówią – strach dodaje skrzydeł.

 

*

Upadł dopiero kilometr poza miastem, na pobliskiej skarpie. Wyzuty z sił, nie miał już zbyt dużego pola manewru. Zbliżyłem się do niego powolnym krokiem.

– B-b-błagam, zostaw mnie!

Chwyciłem go za szyję i, wierzgającego w ostatecznej próbie walki o życie, przeniosłem na sam skraj przepaści.

– Kto was przysłał?

– C…Cezar Shien! – wycharczał z trudem. – K…kazał nam cię odnaleźć. Miał…miałeś być zwykłym proxy!

Cezar Shien, powtórzyłem sobie w myślach. Coś mi świtało. To chyba kolejna postać związana z Mechanikami. Odniosłem dziwne wrażenie, że w porównaniu z Talosem, Shiena darzyłem…cieplejszym uczuciem. 

– Gdzie mieliście mnie zabrać?

– Mieliśmy czekać tutaj – poluzowałem uchwyt, ułatwiając mu wyrzucenie z siebie kolejnych informacji. – Kazał nam zabić wszelkich świadków i czekać. Trzy dni! Po upływie tego czasu, ma stawić się tutaj osobiście!

– Dzięki. – rzuciłem mimowolnie, puszczając jego ciało.

CHOLERA!

Nie chciałem tego robić! Ostatnie słowo również nie zostało wypowiedziane przeze mnie! Kolejny raz zrobiłem coś wbrew mojej woli. Spojrzałem w dół, widząc wrzeszczącego mężczyznę. Uderzył głową o wystającą formację skalną i pozostała część wędrówki na dół upłynęła już w ciszy.

"Teraz możesz otworzyć pamiątkę."

To ten tajemniczy głos z głębi! To on odpowiadał za sytuację, która przed chwilą się tutaj rozegrała! Tak czy inaczej…posłusznie sięgnąłem po półksiężyc, otwierając delikatnie zatrzask. Brązowy płatek "czegoś" znajdował się w środku.

"Zdejmij maskę. I spróbuj."

Tym razem nie napotkałem żadnego oporu przy wykonywaniu tej czynności. Moja "nowa twarz" posłusznie ustąpiła, a ja włożyłem płatek do odrobinę ścierpłych ust.

Przez kilka sekund nic nie czułem, chociaż usilnie próbowałem wydobyć cały ekstrakt, jaki tylko mógł się znajdować w tej mikroskopijnej przekąsce. 

I…wszystko stało się jasne! Przypomniałem sobie wszystko! Każde wspomnienie wróciło na swoje miejsce. Mechanicy, Talos, Cezar Shien, Umarlak. Poczułem niesamowitą ulgę. Nie było aż tak źle, ha ha!

– Proszę pana…

Odwróciłem się za siebie. Martik, odrobinkę skulony w sobie, stał za moimi plecami.

– Udało się panu? – posłał mi nieśmiły uśmiech.

– Tak. Już po wszystkim, chłopcze. Gdzie jest Nari? Został w domu?

– Wymknąłem się, gdy nie patrzył. Chciałem się przydać. 

Niesamowite. Taki berbeć, a miał w sobie więcej ikry niż pozostali mieszkańcy tego miasta.

– Dobry z ciebie dzieciak. – zmierzwiłem mu czuprynę, patrząc w jego oczy…i posyłając mu pierwszy, szczery uśmiech.

– Bez tej maski, nie wygląda pan aż tak posępnie. Fajny z pana gość!

– Tak? Dobrze wiedzieć.

Moja dłoń zacisneła się na szyi zaskoczonego chłopaka. Tak jak i moją poprzednią ofiarę, ustawiłem go na samym skraju skarpy.

– Wiesz, trochę się do ciebie przywiązałem, więc…będą łaskawy! Z pozostałymi mieszkańcami trochę się pobawię. Tobie załatwię szybką śmierć. Przyzwoity układ, co nie?

Martik wybałuszył oczy, niezdolny do jakiegokolwiek oporu.

-Jeszcze raz dzięki za wszystko, mały. I do zobaczenia w piekle. W razie czego, pytaj o Umarlaka. Nie wszystkie szczeniaki mają takiego farta jak ty, wiesz? Ja od starych dostałem tylko ten wisorek. Nie trudzili się nawet przy nadaniu mi imienia.

Tak delikatne chrupnięcie…a przywiodło na myśl grom, rozdzierający niebo. Dogorywającego kurdupla, z przetrąconym karkiem, rzuciłem w otchłań.

– Idioci – rzuciłem do samego siebie, zaciągając się świeżym powietrzem. – Jeszcze nie opracowano maszyny zdolnej do poskromienia prawdziwego szaleństwa. Trudno mi uwierzyć, że byłem takim potulnym debilem przez ten krótki okres czasu.

Przysiadłem na trawie, chichocząc pod nosem.

-Ahhh. Jak świetnie jest wrócić do domu. 

Chichot powoli przerodzał się w śmiech…którego tak mi brakowało!

 

*

Kolejne trzy dni upłynęły mi na zabawie. Z liczącego ponad tysiąc mieszkańców miasteczka, ostała się już tylko garstka. Przywykłem do bardziej…wyrafinowanej formy spędzania wolnego czasu, ale chyba nikt nie zaprzeczy, że dobrze jest od czasu do czasu troszeczkę się odprężyć i zająć pierdołami.

Tutejsza ludność wyróżniała się też pewną cechą.

Byli smaczni. Niemal wszyscy, którymi miałem okazję się uraczyć. Jakość ich mięsa była wprost wyborna, na co składało się wiele czynników – dobra dieta (oparta na warzywach i owocach, z niewielkim dodatkiem pokarmu mięsnego), aktywny tryb życia…oraz dobre geny.

To właśnie smak wybudził mnie z tego letargu. W wisorku umieściłem kiedyś odpowiednio zakonserwowany fragment ulubionego mięsa, pochodzącego od zabitej kiedyś Dezmy – przedstawiciela jednej z setek odmian rasy ludzkiej. "Wzrokowcy". Tak się o nich mówi. Powszechnie uznani za posiadaczy najlepiej rozwiniętego zmysłu wzroku, umożliwiającego im widzenie we wszelakich spektrach światła i obserwację obiektu nawet z odległości kilkudziesięciu kilometrów.

Dla mnie…

Dla mnie byli posiadaczami jednego z najsmaczniejszych mięs, jakie miał do zaoferowania wszechświat.

Siedziałem teraz kilka metrów od frachtowca pozostawionego przez tropicieli, delektując się kolejną przekąską. Pan Nari okazał się niesamowitym osobnikiem – nie spodziewałem się, że taki stary pierdziel uderzy z taką mocą w moje kubki smakowe. Idealny okaz – ani za łykowaty, ani za tłusty.

"Śpieszmy się zjadać innych – tak szybko się psują!" Te słowa pewnego niedoszłego poety, którym byłem ja, zdawały się świetnie obrazować mój humor!

Spokój przerwał huk przedzierającego się przez chmury pojazdu. Heh – Shien nigdy nie lubił wpadać na imprezę bez zrobienia odpowiedniego dymu. Jego dusza od zawsze grała na właśnie takich częstotliwościach. W pewnym sensie…byłem jego fanem. Bratnią istotą.

Rampa frachtowca powoli opadła na ziemię, kilka metrów od mojego ogniska. Z czeluści ładowni wyłoniła się dwójka istot – wysoka, szczupła jak tyczka kobieta…oraz żywa góra mięśni. Cezar, przedstawiciel rasy Hortów – jednej z najsilniejszych fizycznie, o świetnych zdolnościach adaptacyjnych i wrodzonej nienawiści do niemal wszystkich innych ras tego uniwersum.

Tak jak i jego towarzyszka, wyglądał na prawdziwego twardziela. Najemnika z krwi i kości. Nie to, co te płotki kilka dni temu. Już same ich kombinezony, na pierwszy rzut oka nieszczególnie atrakcyjne, stanowiły klasę samą w sobie.

– I jak tam zabawa? – głos olbrzyma prawie mnie ogłuszył. – Wyszumiałeś się?

– Jeszcze nie.

Shien ruszył w stronę ogniska. Zatrzymując się tuż przed nim, uświadomił sobie…że rozmawiał z hologramem. Dokładnie w tym miejscu, w którym stał, eksplodowała pułapka. Zastawiona specjalnie na niego.

Wykorzystując wzbity w powietrze pył, opuściłem kryjówkę, rzucając się z wysuniętymi szponami na kobietę. Gdy ostrza dzieliły już tylko centymetry od jej twarzy, poczułem jak jej kolano wbija się w mój brzuch, a łokieć trafia w potylicę. Pierwszy raz od momentu przebudzenia odczułem ból. Jej ciosy i czas rekacji były wprost niesamowite. Zupełnie inna liga. Nieosiągalna dla kogoś takiego, jak ja.

Spróbowałem się podnieść i wymierzyć jej kolejne cięcie, lecz z dymu wyłoniła się ogromna łapa, sprawnym ruchem zaciskając się na moim nadgarstku. Ledwo spojrzałem w jej stronę, a potężne uderzenie głową odrzuciło mnie kilka metrów do tyłu. Upadłem ciężko na ziemię, wcześniej waląc plecami o burtę pojazdu. Maska popękała w kilku miejscach…podobnie, jak czacha. Z trudem zebrałem mysli, przedzierając się przez masę komunikatów o uszkodzeniach. 

– Tylko mi nie mów, że to miał być atak – Hort otrzepał kombinezon z kurzu, całkowicie niewzuszony eksplozją – Te "bombki" pewnie zabrałeś sobie od tych wynajętych śmieci, co? Nie szkoda ci czasu na takie szopki? Tak przy okazji – pomóc ci wstać?

Rzucił mi…ramię! Spojrzałem z przestrachem w miejsce, do którego jeszcze chwilę wcześniej było przymocowane, łudząc się, że to tylko złudzenie. Cezar wykorzystał przerwę i zajął miejsce przy wygaszonym ognisku, racząc się potrawką, która cudem zdołała przetrwać.

– Debil z ciebie. Myślisz, że masz kilka protez, czadowe implanciki i nagle jesteś nie do ruszenia? Większość mechanicznych zabawek to tylko droga na skróty, pajacu. Rikka rozkurwiłaby cię w mgnieniu oka, gdyby tylko jej się chciało. Co do samej potrawki – ona akurat ci się udała! W przeciwieństwie do tej żałosnej pułapki. Tylko niepotrzebnie  tutaj zakurzyłeś.

Shien wychował się na B-619. Planecie wojny. Jednej z najgorszych, jakie istniały. Przeżycie tam miesiąca graniczy z cudem, a co dopiero kilkunastu lat. Co ciekawsze, gnojek zdołał się stamtąd wyrwać! Jak sam kiedyś się chwalił, do dzisiaj udało się to tylko piątce istot. Jego sadystyczne skłonności dorównywały lub nawet przewyższały moje. Uwielbiał pastwić się nad ludzkimi kobietami i dziećmi, chociaż bardziej gustował w torturach niż w "degustacji". Ludzie, we wszelkich odmianach, figurowali na samym szczycie jego listy znienawidzonych ras.

– No co tam, Umarlaku? System jeszcze się ładuje? Rzuciłem ci nawet pomocną dłoń, a ty dalej nie możesz się zebrać do kupy. Nie zmuszaj mnie, bym wstał…

– Zabawne.

Przysiadłem obok niego, na co on wyszczerzył imponujące kły w uśmiechu.

– Mówiłem ci kiedyś – miej się na baczności. Wkurzyłeś Talosa. Gościa, który nikomu nie popuści.

– O co chodzi z tym Talosem? Kim on jest? Myślałem, że trzyma sztamę z wami, Mechanikami.

– Trzymał. Do niedawna. Wszystkie Talosy, z wyjątkiem Dwunastki i Piętnastki, służyły Mechanikom aż po śmierć. On się zbuntował i postanowił stworzyć coś nowego. Prawdziwych Mechaników, jak to mówi.

– To dlaczego doskoczył do mnie?

– Cóż…jesteś naszym honorowym członkiem. Umarlak! Dzieciobójca! Żniwiarz z Oston! Cenne trofeum do każdej gabloty.

– Zabawne – powtórzyłem po raz kolejny, ze znacznie większym ładunkiem ironii. Mój rozmówca nieszczególnie się tym przejął, zajadając się potrawką. – O co w tym wszystkim chodzi, Shien?

– Talos planował cię komuś opchnąć. Jako dar, z nadzieją zawiązania nowego przymierza. Naszemu oddziałowi udało się dogonić twój transport, ale pech chciał, że wszystkie jednostki wzajemnie się zestrzeliły. Cztery wpadły do oceanów tej planety. Ty miałeś trochę więcej szczęścia.

– Też mi akcja ratunkowa. Równie dobrze mogłem zginąć…

– No i chuj z tym. Wierz mi – nikt nawet nie uroniłby najmniejszej łzy nad twoim grobem. Co najwyżej, to mógłby na niego naszczać. Złote łzy, jakby nie patrzeć. Tych najemników przysłałem tutaj tylko "na próbę". Mieli odnaleźć ciebie, ewentualnie twoje szczątki. Co do ciebie samego…żyjesz, bo masz farta. I tyle. Twoja kariera seryjnego mordercy również opierała się w dużej mierze na tym elemencie, no nie?

Miałem ochotę przebić mu łeb szponami za tak lekceważące podsumowanie moich dokonań. W porę się opamiętałem. Nie miałem najmniejszych szans z jego towarzyszką, a co dopiero z nim. Już sam fakt, że jeszcze żyłem, mogłem uznać za cud.

Shien niespodziewanie podniósł się do góry, zasuwając maskę i ruszając w kierunku swojego pojazdu. Kobieta posłusznie podążyła za nim.

– I to wszystko? Nie zabieracie mnie ze sobą?

– A po co? Masz pojazd po tych patałachach, więc chyba nie musimy cię ze sobą tachać. Łap.

Chwyciłem rzuconego mi NERO.

– Wkrótce się z tobą skontaktujemy. Twoja lista długów systematycznie się wydłuża, Umarlaku. A skoro przetrwałeś, to najwyższa pora powoli je spłacać. Teraz jeszcze się nimi nie martw. Pohasaj sobie, porób to, co lubisz najbardziej.

– A Talos? Co z nim?

– Wiesz…trochę mnie brzydzisz – Hort głośno splunął, podczas gdy frachtowiec powoli wzbijał się do lotu. – Jak na takiego śmiecia, strasznie boisz się śmierci. Piętnastka to twój problem. My mamy obecnie inne sprawy na głowie.

– Więc po co się fatygowałeś?

– A tak – Shien posłał mi uśmiech, który nawet u kogoś takiego jak ja wywołał dreszcze. – Jesteś inny od większości ludzi, jakich do tej pory poznałem. Szkoda, by ktoś taki jak ty spędził resztę swojego życia na usługach jakiegoś idioty. Istoty takie jak my…najlepiej czują się na wolności. No i zawsze to jakiś sposób na dogryzienie moim przeciwnikom. Czyż nie…Umarlaku?

Obie postacie zniknęły za podnoszącą się rampą. Po chwili nie było już najmniejszego śladu po jednostce. Z wyjątkiem moich ra…uszkodzeń. Trudno – jakoś się temu zaradzi.

Oparłem się plecami o skałę, zakładając sprawną rękę za głowę i wyciągając nogi przed siebie.

Ahhhh…

Jak to dobrze być znowu sobą!

Koniec

Komentarze

Hmmm. Nie przemówiło do mnie. Nijak nie rozumiem motywacji głównego bohatera, więc wychodzi taka rąbanka bez jakiegoś szczytnego celu. Czy dobrze zrozumiałam, że medalik, w którym bohater zostawił wiadomość dla siebie, miał ktoś inny?

NIE!NIE!NIE!

Dałabym spacje.

przestarzałego ściagacza, do którego strach było się zbliżyć,

Literówka.

pustki, wypełniającej mój umysły.

Tu też. Trochę ich masz.

napotykając po drodze tylko 4 istoty.

Liczby w beletrystyce raczej piszemy słownie.

Babska logika rządzi!

Dziękuję bardzo za poświęcony czas i wskazówki. To sporo dla mnie mnie znaczy :)

 

Główny bohater jest bohaterem tylko z nazwy roboczej :) 

 

Odnośnie samej motywacji – to, że jej nie rozumiesz, bardzo dobrze o Tobie  świadczy :) (Wybacz, jeżeli zbytnio się spoufaliłem). W opowiadaniu od początku jest mowa o seryjnym mordercy, co przez długi czas  maskuje wizerunek biednej, niezdolnej do odczuwania i pozbawionej pamięci istoty. Jej motywacja  jest akurat banalnie prosta, wzbudza pewnie zrozumienie, a może i nawet szczątkową sympatię. Aczkolwiek – jest to tylko i wyłącznie stan przejściowy, niezaplanowany. Fakt – przez chwilę wykazuje się pewnego rodzaju honorem. Można też powiedzieć, że walczy niczym antybohater.

 

Tak naprawdę, Umarlak jest typem “pierwotnej istoty”, kierującej się prostymi, niemal zwierzęcymi instynktami (bez obrazy dla samych zwierząt, rzecz jasna). Nie posiada normalnych ambicji czy też celów, zrozumiałych dla normalnej istoty :) Nie kieruje nim pogoń za sławą, mamoną, luksusami czy innymi pierdołami.

 

O jego pierwotności świadczy m.in  styl walki (szybkie, proste ataki z ukrycia, bez zbędnych ruchów i litości) niezrozumiały, nielogiczny umysł, pragnący przeżyć za wszelką (popychający go nawet do zaatakowania swoich własnych ratowników, jak i sojuszników), oraz prosty gust, zadowolony cierpieniem pierwszej lepszej istoty. Odżywianie się mięsem wynika niestety z tego, czego nie chciałem już opisywać, ze względu na i tak przeciągnięte opowiadanie – dzieciństwa, o którym Umarlak tylko napomknął w swej rozmowie z chłopcem. Chciałem przedstawić typ osobowości, której najbardziej się obawiam – prostej, a zarazem nieobliczalnej, zdolnej do wszystkiego, byle tylko utrzymać się przy życiu, z jednoczesnym zadaniem jak największego bólu innym. Trudno kalkulować kolejne posunięcia takiej istoty, a co dopiero je zrozumieć, chociaż na pozór wydają się one banalne. Obrazuje to też komentarz Cezara, nawiązujący do “szczęścia” – Umarlak widzi siebie jako kogoś lepszego, kto nie musi polegać na szczęściu. Przykładem jest też sposób, w jaki pozbawił Martika życia. Zrobił to zgodnie ze swoją wizją “łaski”. Niestety, nie jestem w stanie wskazać postaci, która mogłaby posłużyć lepszemu zrozumieniu jego osobowości. Może komiksowy Joker? Z tą różnicą, że pozbawiony swojego zafiksowania tylko na punkcie jednej postaci – Batmana.

 

Odnośnie medaliku  – tak, posiadała go inna postać, w formie łupu. Jeden ze strażników, przebywających na pokładzie zniszczonego frachtowca. Odnośnie wiadomości – bohater nie wiedział, że dojdzie do jego złapania i przemiany, więc zawartość nie była żadnym zabezpieczeniem czy też konkretną informacją. Życie pozbawione celu i nieszczególnie respektujące autorytety czy przyjaźni prowadzi do wyrobienia sobie sporej liczby wrogów. Warto zwrócić uwagę, że “pierwotny umysł” nie dał się poskromić nawet maszynie i coraz bardziej sobie folgował, odgrywając rolę głównego czynnika. Mięsko było tylko i wyłącznie formą “cieszynki”, która odrobinę przyśpieszyła proces powrotu do normalności :) Już większą rolę odegrał sam grawerunek, lecz jego rola również ograniczyła się tylko do niezaplanowanego “przyśpieszenia” powrotu. 

 

Oczywiście, proszę nie brać tej odpowiedzi w taki sposób, jakbym bronił arcydzieła. Ta prosta opowiastka z pewnością się do tego nie zalicza. Chciałem tylko lepiej przedstawić pewne aspekty, które faktycznie mogą nie wypłynąć na wierzch przy pierwszym lub drugim przeczytaniu.

 

Jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas oraz wskazanie błędów. Następnym razem postaram się stworzyć coś lepszego i bardziej dosadnego :)

 

Serdecznie pozdrawiam!

 

 

Hmmm. Pierwotna istota chyba powinna odczuwać strach. I chęć pozostawienia potomków. To nie istota, tylko maszynka do mięsa. ;-)

Babska logika rządzi!

Odrobinę za bardzo próbujesz zrozumieć/dorobić szaleńcowi niepotrzebnych mu cech, które nawet nie do końca wynikają z tekstu. Babska logika to naprawdę cudna rzecz, o niespotykanej skuteczności, ale gubisz trochę faktów po drodze.  “Pierwotny umysł”, “pierwotna istota” – te zwroty miały służyć tylko i wyłącznie przybliżeniu. I przyznaję, że sposób w jaki je użyłem, faktycznie nie jest do końca klarowany., zbyt ogólnikowy. Podobnie jak informacja z Jokerem. No ale – skoro już analizujesz je dosłownie, co jest w cenie, to też dorzucę swoje trzy grosze :)

 

Strach – chyba wszyscy dobrze wiemy, że strach to nie tylko siusianie po nogach i czekanie na koniec, chociaż tak to może wyglądać, na pierwszy rzut oka. Strach jest bardzo kreatywny – to on ma za zadanie napędzać ciało i ducha, gdy te trochę podupadają. Umarlak kilkukrotnie okazał strach i zareagował na niego tak, jak powinna to zrobić istota mająca z nim do czynienia na co dzień.

 

Ucieczka z kapsuły – to Umarlak kierował nią z głębi umysłu, nie maszyna. Dlaczego? Przeraził się miejsca, którego nie znał. Budząc się w nieznanej piwnicy czy rowie (nie będąc na bani, ma się rozumieć), prawdopodobnie nie będziemy chcieli tam zbyt długo zostać, a jak najszybciej uciec. Wpadając we wnyki można oczywiście pozostać na miejscu i tak sobie leżeć, aczkolwiek – chyba nie jest to popularna decyzja.

Ukrywanie informacji – kolejny przejaw strachu. Chociaż to mało prawdopodobne, informacje o Umarlaku mogły poruszyć kilkoma trybami jego ratowników. Jak wiadomo – lepiej dmuchać na zimne. “Bohater” nie był pewien, jak szybko zdoła się wydostać ze swoich okowów, więc postanowił grać na czas.

Relacja z Cezarem – ponownie mamy obraz przerażenia, wymieszanego z respektem. Zresztą – czy zasadzki same w sobie nie są uznawane za tchórzowskie ataki? Człowiek musiał sobie kiedyś radzić, bez większego zasobu narzędzi, ze zwierzętami znacznie groźniejszymi od niego. Mógł uciekać, wyzwać mamuta na solówkę lub działać z głową. Pierwsze dwie opcje, prędzej czy później, prowadziły do zgonu. A trzecia narodziła się ze najpewniej ze strachu i poczucia głodu. Kto nie ryzykuje, ten nie je. A kto tylko głupio ryzykuje, bez pomyślunku…no cóż.

 

Potomstwo. To, przyznam bez bicia, zabawny argument. Jakby nie patrzeć, jest ono naszym sposobem na nieśmiertelność. No i Fakt – gdybym zakończył opowiadanko tak, że nasz Umarlak robi sobie harem ( a kobiet mu pewnie nie brakowało, dla rozrywki mógł się nawet pokusić o inne numerki, żeby nie paść z nudów), pewnie byłoby one bardziej zaskakujące. Tylko znów omijasz pewne informacje i próbujesz ustawić szaleńca w jednym szeregu z kimś normalnym.

 

Czysto hipotetycznie – gdy rodzice  porzucają dziecko, zostawiając je w paskudnym miejscu samemu sobie (o czym Umarlak wspomina), a temu dziecku udaje się jednak cudem przeżyć (uciekając się przy tym do wszystkiego, by tylko to zrobić)…trudno sądzić, że ta mała istota będzie kiedyś kandydowała do miana rodzica roku. Raczej nabierze odrazy do wszystkiego, co z tym związane. Wychowywanie kogoś na nienawiści nie prowadzi do dobrych rzeczy – tyczy się to zarówno ludzi, jak i zwierząt. Oczywiście…można gdybać dalej – sytuacja mało realna odnośnie przeżycia, przecież szansę na obranie dobrej drogi wciąż są, i tak dalej. Pewnie. W końcu wszechświat oferuje masę możliwości. W moim opowiadaniu przewija się akurat taka, a nie inna :) Kolejna uwaga odnośnie potomstwa – rozmnażanie się, przy odczuwaniu ogromnej pogardy wobec przedstawicieli własnej rasy, przestrzeganie siebie samego jako kogoś “lepszego”, o lepszym zestawie genów,  który nie jest warty “rozwodnienia”. Oczywiście, od tego punktu również mogą prowadzić różne ścieżki – nadpobudliwość seksualna, aseksualizm. Z tym, że nawet owa nadpobudliwość nie musi oznaczać chęci posiadania potomstwa.  Zamordowanie kobiety/mężczyzny/dziecka samo w sobie może odgrywać rolę niezrozumiałego aktu, poruszającego pewne struny.

 

Maszynka do mielenia mięsa? Ta uwaga jest bardzo słuszna i trafiona w punkt. Umarlak, jak i zresztą Cezar, są ulepieni prawie z tej samej gliny. Dlaczego Shien, chociaż nienawidzi ludzi, darzy “bohatera” pewną sympatią i postanawia go “ratować”? Są bratnimi duszami – nie łączy ich rasa, rodzina czy krew, lecz podobne spojrzenie na świat i doświadczenia, zdobyte na drodze życia. Obaj nie przejmują się normami moralnymi, społecznymi itp.. Odrzucili je już dawno temu, kierując się własnymi wizjami.

 

Serdecznie pozdrawiam!

Tak tylko marudzę, że widzę pewne różnice między patologią a pierwotniakiem. Twój protagonista (jeśli nie bohater ;-) ) bardziej pasuje mi do pierwszej kategorii. Istota pierwotna zabije samce (jeśli głodna, to może je również zjeść) i zgwałci samice. Stwór patologiczny jest właściwie nieprzewidywalny – może na przykład zgwałcić wszystko, co ma więcej niż 190 cm wzrostu, resztę zabić, a z palców u nóg ofiar zrobić mozaikę. Jeśli ma talent, to wyjdzie mu prawdziwe dzieło sztuki.

Próbuję usystematyzować wrażenia i wychodzi mi, że za mało wiem o pobudkach protagonisty. OK, pewnych rzeczy nie zrozumiem, bo do tego potrzeba nutki szaleństwa, ale jakieś takie czysto mechaniczne: bodziec A wywołuje reakcję 1 lub 2. Taka luźna uwaga na przyszłość.

Też pozdrawiam. :-)

Babska logika rządzi!

Koniuszek jakiegoś palca mojej prawej dłoni drgnął!

Ja bym tu dał: któregoś.

Wątpie, by większość istot zareagowała w podobny sposób

Wątpię

poszczególne parametry – wzrost, tętno, ryzyko zagrożenie…metody neutralizacji.

Ryzyko zagrożenie? Co?

Broń staruszka została zaklasyfikowana jak "przestarzała, nie stanowiąca zagrożenia".

Jako

nie ręczę za to, co się z wami stanie.

Zmieniłbym na “nie ręczę za wasze bezpieczeństwo” lub “nie mogę przewidzieć, co się z wami stanie” lub “nie ręczę za siebie”.

Sam z checią odpowiedziałbym uśmiechnął

Dwie literówki w jednym zdaniu, brawo. Przed publikacją tekst należy przeczytać ponownie najlepiej kilka razy i poprawić błędy, bo tak liczne usterki zwyczajnie odstraszają czytelników. Nie będę wypisywać kolejnych literówek, bo musiałbym tu chyba co trzecie zdanie zacytować. Wiedz jedynie, autorze, że jest co poprawiać.

Co kilka kroków traciłem poczucie równowagi, kilkukrotnie lecąc dupą (lub mordą) na glebę.

Narrator wypowiada się przez większość tekstu dość elokwentnie. Takie wstawki burzą jego wiarygodność, gdyż nie przystają do wizerunku, jaki wykreowałeś. Nie dałoby się zapisać tego zdania w sposób mniej ordynarny?

 

Raz piszesz, że Nari jest siwiejący i potężnie zbudowany, a innym razem nazywasz go staruszkiem. To jak w końcu jest? Siwiejący, czyli jak rozumiem, szpakowaty, dopiero tracący pigment z włosów. A staruszkowie nie bywają potężnie zbudowani (chyba że w sensie, że są otyli – z tekstu nie wynika ten kontekst), bo tak wynika po prostu z fizjologii starzenia.

OK

zwisualizować

Zwizualizować

 

Najeźdźcy mają rozkaz odszukania cyborga i w tym celu mają przesłuchiwać mieszkańców, oferując im, że przeżyją, jeśli wydadzą głównego bohatera. Tymczasem żołnierze szlachtują wszystko, co się rusza. To kto ma im wyjawić informacje, których szukają?

łudząc się, że to tylko złudzenie.

Powtórzenie.

 

Przyznam szczerze, że czytałem na raty, bez większej przyjemności, tylko dlatego, że miałem dyżur. Pierwsze ¾ tekstu jest sztampowe, generyczne, wtórne i nieciekawe. Finał jest już nieco lepszy, jednak jak już wspomniała Finkla – to rąbanka bez większego celu. Mimo to, lepiej mi się ją czytało, niż nudnawe opisy i wywody z akapitów w pierwszej połowie. Narracja jest poprawna i mało wyszukana.

Ogólnie – tekst nie zapada w pamięć, przez wzgląd na rozwlekły początek. Odchudziłbym go. Końcówka się jakoś broni, ale obawiam się, że mało kto może do niej dotrwać. Pozdrawiam!

Umarlak zmęczył mnie w dwójnasób – opowiadanie nie wydało mi się szczególnie zajmujące, a sposób, w jaki zostało napisane sprawił, że lektura, niestety, nie należała do przyjemności.

 

Nie…ra­czej w mojej świa­do­mo­ści. – Brak spacji po wielokropku. Ten błąd występuje wielokrotnie w całym opowiadaniu.

 

To z pew­no­ścia nie był sen. – Literówka.

 

wy­chwy­ci­łem po­je­dyń­cze słowa z tego nie­zro­zu­mia­łe­go ciągu. – …wy­chwy­ci­łem po­je­dyn­cze

 

Gdy tylko się za to za­bie­ra­łem, na­tych­miast za­po­mi­na­łem.Gdy tylko się do tego za­bie­ra­łem, na­tych­miast za­po­mi­na­łem.

 

Niski, pi­skli­wy gło­sik do­bie­gał do mnie… – Głos niski, to głos gruby. Wydaje mi się, że niskiego głosu chyba nie można nazwać piskliwym.

 

– To? – tym razem głos był znacz­nie wyż­szy… – – To? – Tym razem głos był znacz­nie wyż­szy

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten watek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

sta­tek, który chwi­lę pó­zniej eks­plo­do­wał. – Literówka.

 

Nari wska­zał mi kciu­kiem błysz­czą­cą stru­ku­trę… – Literówka.

 

Ledwo opra­łem na niej palce… – Literówka.

 

wra­ca­jac do po­zy­cji wyj­ścio­wej. – Literówka.

 

po­prze­ci­na­ne pa­gó­ka­mi i ko­tli­na­mi. – Literówka.

 

Sam z che­cią od­po­wie­dział­bym uśmiech­nął… – O co tu chodzi? Literówka.

 

dwa ugru­po­wa­nia, od­po­wia­da­ja­ce za wojnę… – Literówka.

 

pod­szedł, wy­cią­ga­jac przed sie­bie za­ci­śnię­tą piąst­kę. – Literówka.

 

Za­bra­kli­śmy też jego NERO. – Literówka.

 

„Cicho." – Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

tym razem gwa­łow­nie stra­ci­łem kon­tro­lę… – Literówka.

 

-W sumie… – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Ten błąd pojawia się kilkakrotnie.

 

który pe­cho­wo na­su­nął się skal­pel ja­kie­goś psy­cho­la? – Czegoś to brakuje.

 

Ha – rap­tem 200 me­trów od na­szej obec­nej po­zy­cji… – Ha – rap­tem dwieście me­trów od na­szej obec­nej po­zy­cji

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

– WI­DZI­CIE, GŁU­PIE CHUJE! WI­DZI­CIE, COŚ CIE ZRO­BI­LI?! – …COŚCIE ZRO­BI­LI?!

 

I to w ob­li­czu wroga, z który nikt z tu­tej­szych… – Literówka.

 

Nie trze­ba być wszech­wie­dzą­cym, by zwi­su­ali­zo­wać sobie re­ka­cje wy­wo­ła­ne moim wy­glą­dem. – Literówki.

 

– To mia­sto ma zo­stać zrów­na­ne z zie­mią,sły­szy­cie? – Brak spacji po przecinku.

 

trud­no było przy­pi­sać im łatkę pro­fe­sjo­na­li­stów. – …trud­no było przypiąć im łatkę pro­fe­sjo­na­li­stów.

 

wy­sko­czy­łem wy­so­ko, naj­wy­żej jak tylko mogłe,w po­wie­trze. – Literówka. Brak spacji po przecinku.

 

– Wyłaź, skur­wie­lu! – ryk­nał ten… – Literówka.

 

Po­do­bał mi się ten układ.. – Jeśli na końcu zdania miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki.

 

Po­zo­sta­ła przy życiu trój­ka roz­po­cze­ła ostrzał… – Literówka.

 

Prze­rwa­li ogień, jak tylko osły­sze­li głuch stuk… – Literówki.

 

Kula ognia za­głu­szy­ła prze­ra­żo­ne krzy­ki. – Raczej: Kula ognia za­głu­szy­ła krzy­ki przerażenia.

Nie wydaje mi się, by przerażone były krzyki, przerażeni byli ci, którzy krzyczeli.

 

Czu­łemCZU­ŁEM SIĘ ROZ­CZA­RO­WA­NY! Nie­sa­mo­wi­te! Po raz pierw­szy od mo­men­tu prze­bu­dze­nia od­czu­łem praw­dzi­wą emo­cję! A więc to tak się "czuło". Spró­bo­wa­łem od­wzo­ro­wać inne uczu­cia…bez­sku­tecz­nie. – Czy to celowe powtórzenia?

 

Moja dłoń za­ci­sne­ła się na szyi za­sko­czo­ne­go chło­pa­ka. – Literówka.

 

Ja od sta­rych do­sta­łem tylko ten wi­so­rek. – Literówka.

 

Do­go­ry­wa­ją­ce­go kur­du­pla, z prze­trą­co­nym kar­kiem, rzu­ci­łem w ot­chłań. – Idio­ci – rzu­ci­łem do sa­me­go sie­bie… – Powtórzenie.

 

że byłem takim po­tul­nym de­bi­lem przez ten krót­ki okres czasu. – …że byłem takim po­tul­nym de­bi­lem przez ten krót­ki okres/ czas.

Okres, to czas.

 

Chi­chot po­wo­li prze­ro­dzał się w śmiech… – Literówka.

 

W wi­sor­ku umie­ści­łem kie­dyś… – Literówka.

 

po­cho­dzą­ce­go od za­bi­tej kie­dyś Dezmy – przed­sta­wi­cie­la jed­nej z setek od­mian rasy ludz­kiej. – Skoro zabitej, to chyba przedstawicielki.

 

Jej ciosy i czas re­ka­cji były wprost nie­sa­mo­wi­te. – Literówka.

 

Z tru­dem ze­bra­łem myśli… – Literówka.

 

Shien nie­spo­dzie­wa­nie pod­niósł się do góry… – Masło maślane. Czy istniała możliwość, by podniósł się do dołu?

 

Twoja lista dłu­gów sys­te­ma­tycz­nie się wy­dłu­ża… – Czy to celowe powtórzenie?

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podłączę się pod opinię Finkli, bohater nijak nie pasuje mi do “pierwotnej istoty” jak to określasz Autorze, charakterystyką bardziej przypomina jakiegoś psychopatę z filmów SF słabej klasy. 

Początek przypomina jakiegoś RPGa w starym stylu (rozbity statek, obca planeta, bohater nie wie kim jest itp, itd.). Później akcja gwałtownie przyspiesza, ku nawet ciekawemu zakończeniu. Doceniam pomysł, który jednak uważam za niedopracowany w kwestii zachowań bohatera.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Nowa Fantastyka