- Opowiadanie: PożeraczBułek - Trochę techniki i...

Trochę techniki i...

Biorąc pod uwagę ożywioną dyskusję na temat dzieci, jaka toczy się w hydeparku w wątku założonym przez Beryla, to opowiadanie jest na czasie :)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Trochę techniki i...

Po raz trzeci tej nocy przeklinał w myślach żonę i jej spaczony gust, za sprawą którego podłoga w sypialni została wyłożona chińską terakotą. Płytki ceramiczne jeszcze nigdy nie były tak lodowate, jak przez ostatnie cztery miesiące. Kawa nigdy wcześniej nie była tak mdła i lurowata. Jego ręce tak ogromne i niezręczne. Ale najgorsze stały się noce: bezkreśnie długie, ciemne jak smoła, napełnione niepokojem i wrzaskiem rodem z najgorszych koszmarów…

– Idziesz czy ja mam iść? – Nadia w końcu łaskawie przewróciła się na plecy i przestała udawać, że śpi.

– Idę. Szukam kapci – odburknął.

– Zostawiłeś w łazience – wyjaśniła, nie otwierając oczu.

Wzniósł się na wyżyny samokontroli i zaklął tylko w duchu. Trzema susami pokonał sypialnię i znalazł się na nieco przyjemniejszym korytarzowym dywaniku, gdzie docierał delikatny, stłumiony blask lampki. O tej porze nocy każde światło było porażające. Skręcił do pokoju dziecinnego i mrużąc oczy stanął nad łóżeczkiem Igora. Ustawił pokrętło na pięćdziesiąt decybeli, tym samym zmniejszył odczuwalne natężenie dziecięcego wrzasku o połowę. Uczucie porównywalne do zamiany Trabanta na Mercedesa. W końcu mógł usłyszeć własne myśli… i komunikator.

– Mam mokro. Mam mokro. Mam mokro – oznajmiało urządzenie głosem Krystyny Czubówny.

Ten egzemplarz był w wersji de luxe – prezent od teściowej mieszkającej w Japonii. Kosztował tyle, ile wynoszą cztery przeciętne pensje, a tym samym był cztery razy droższy niż nadajniki, które przemawiały głosem starej dobrej Ivony. Teściowa, robiąc zakupy dla wnuka, zawsze wybierała najdroższy dostępny wariant czegokolwiek. I tym sposobem stali się szczęśliwymi posiadaczami elektrycznej kołyski (nierozdziewiczona stała w piwnicy), smoczka z kryształkami Swarovskiego oraz wizualizatora niemowlęcych snów, na którym z niebywałą częstotliwością wyświetlał się biust Nadii – marzenia senne ich syna były dość monotematyczne. Jednak największym cackiem dziecięcego asortymentu była unosząca się w powietrzu przezroczysta zabawka w kształcie kuli z miniaturowymi samolocikami w środku, nie większymi niż chrabąszcze, w barwach kilku konkurencyjnych linii lotniczych. Maszyny startowały i lądowały w tych samych godzinach, w których odbywały się loty z Narita na Okęcie i z powrotem. „Kiedy podrośnie, to będzie widział, jak niewiele dzieli go od babci” – wyjaśniała teściowa ustami złożonymi w dzióbek, umieszczając lewitującą zabawkę nad łóżeczkiem Igora. Te wszystkie gadżety w ich czterdziestometrowym mieszkaniu wyglądały prawie tak, jak anteny satelitarne zainstalowane na lepiankach Papuasów.

Wojtek przełożył dziecko na przewijak, wprawnym ruchem rozpiął śpiochy i mechanicznie posmarował udo oseska maścią na blizny. Na nodze Igora widniał wyraźny ślad po wszczepieniu czipa. Zainstalowanie pecza, czyli z angielska “personal chipa”, było obowiązkowe i odbywało się jeszcze przed wypisem noworodka ze szpitala. Kilkumilimetrowy układ scalony zawierał megabajty informacji o nosicielu: począwszy od grupy krwi, przebytych chorób i szczepień, poprzez poziom cukru i analizę składu moczu, a skończywszy na możliwości monitorowania aktualnego samopoczucia i bieżących preferencji kulinarnych. Skarbnica wiedzy o człowieku. Poza tym pecz odbierał sygnały płynące niemal ze wszystkich komórek ciała, również z neuronów, tak więc inne, odpowiednio przystosowane sprzęty mogły we właściwy sposób zrobić z tych danych użytek. Korzystały z niego chociażby komunikator i wizualizator snów. Czip, który wszczepiono Wojtkowi w przedramię trzydzieści lat temu, był starej generacji i miał o wiele mniej funkcji. 

Wojtek ściągnął zużytego pampersa i ze zniechęceniem stwierdził, że mały, oznajmiając, że ma mokro, nieco pomylił się w ocenie sytuacji. Dziecięca kupa o drugiej w nocy cuchnie bardziej.

– Zimno. Zimno. Zimno – zakomunikowała Krystyna przy akompaniamencie płaczu. – Nie lubię – dodała po chwili, tak żeby rozwiać jakiekolwiek wątpliwości.

– Ja też – burknął Wojtek pod nosem, ignorując kilka kolejnych beznamiętnych komunikatów o treści: „zostaw mnie”, „chcę poprzednią pieluchę” i „wolę, jak robi to mama”. Ten ostatni zazwyczaj irytował go najbardziej, ale w środku nocy było mu wszystko jedno. Oporządził potomka, zaopatrzył go w nowego pampersa i na chwilę odłożył do łóżeczka, żeby pójść do łazienki umyć ręce. Puścił wodę, ale zaraz zamknął ją z powrotem, bo miał wrażenie, że wybrzmiał jakiś nowy, długi komunikat. Przekazy Igora przeważnie były jedno– dwu– lub trójwyrazowe, więc każdy dłuższy zasługiwał na uwagę. Kiedy Wojtek już sam siebie przekonał, że to było tylko złudzenie, wybrzmiało zdanie, którego jak dotąd nie słyszał i nie przypuszczał, że usłyszy od niemowlaka:

– Cholerne hałasy nie dają w nocy spać.

Wojtek zamarł. Ciszę zakłócał odgłos karetki, który wdzierał się do mieszkania przez rozszczelnione kuchenne okno. Wrócił do syna i popatrzył na niego badawczo. Igor leżał na wznak w łóżeczku, posłusznie wyczekując, aż ktoś się nim zajmie. Krystyna miarowo recytowała: „Czekam. Czekam. Czekam.”

– Powtórz… powtórz to, co przed chwilą powiedziałeś – wydukał Wojtek, biorąc chłopca na ręce.

– Nie będę spał – oznajmił komunikator.

– Nie to… To drugie! – Wojtek nie dawał za wygraną. Czyżby jego dziecko było inteligentne ponad swój wiek? Sześć wyrazów w jednym zdaniu! W dodatku słowo „cholera”! Gdzie on się tego nauczył? Śmiał twierdzić, że od niego. Nadia strasznie się pilnowała, by przy małym mówić co najwyżej „ojejku”.

– Nie będę spał – powtórzył Igor.

Wojtek pomyślał, że on też nie będzie. Duma rozpierała go do tego stopnia, że był w stanie poświęcić resztę nocy swojemu genialnemu dziecku. Przynajmniej tak myślał jeszcze przez kolejny kwadrans. Koło trzeciej komunikat w dalszym ciągu brzmiał: „nie będę spał”. Brak dalszego ciągu tego zadnia należało interpretować jako: „nie, bo nie”. Pisali o tym w instrukcji. Dumę zastąpiło znużenie. Miał dość. W takich momentach Wojtek, czysto teoretycznie, mając na uwadze swoje zdrowie psychiczne, rozważał dwa warianty działania. Wariant pierwszy: rzucenie wszystkiego i wyjechanie w Bieszczady. Wariant drugi: podłożenie Igora do łóżka Nadii i szybka ucieczka do łazienki wyposażonej w wannę z bardzo głośnym hydromasażem. Żadnej z tych opcji jak dotąd nie przetestował, chociaż ostatnio coraz częściej uważał, że to tylko kwestia czasu. Niespodzianie komunikat uległ zmianie na: „chcę się bawić.” To było jedno z tych zdań, które usłyszane późną nocą przez niewyspanego rodzica sprawia, że zimny pot wstępuje na skronie, serce przyspiesza, oddech się skraca, wzdłuż kręgosłupa przebiegają dreszcze, a włoski na rękach stają dęba. Wizja uśpienia Igora ostatecznie przestała majaczyć na horyzoncie. W szponach paniki Wojtek włożył dziecko do łóżeczka, pozwalając, by Krystyna cedziła chłodne: „chcę do mamy”, bilansowane ekspresyjnym dziecięcym wrzaskiem. Wpadł do małżeńskiej sypialni, po raz kolejny przeklinając żonę za terakotę. Chwycił kulisty projektor i pognał z powrotem do pokoju dziecinnego. Zanim wybiegł, kątem oka zarejestrował, że Nadia zaanektowała jego połowę łóżka i zapewne zaaplikowała sobie zatyczki, bo leżała niewzruszona. Ulokował projektor na środku pokoju Igora, ustawiając jego pokrętło na pozycji „deszcz”. Na ścianach, podłodze i suficie wyświetliły się strugi wody, a pomieszczenie wypełniły zapach ozonu i dźwięk kropel obijających się o szyby. Kołysząc dziecko, westchnął rzewnie. Kiedyś imitacja deszczu stanowiła tło do gry wstępnej. Teraz nastała epoka, w której seks przypominał spisywanie zadania domowego w podstawówce podczas pięciominutowej przerwy: szybko, niechlujnie, odtwórczo, byleby się zmieścić pomiędzy jednym obowiązkiem a drugim.

Komunikat zaczął brzmieć bardziej obiecująco, przechodząc od „co to?” do „nic mnie już nie obchodzi”. W końcu wydawało się, że Krystyna na dobre zamilkła, a Igor w pożądanym tempie zmierza do fazy REM. Wojtek z zegarmistrzowską precyzją odłożył śpiące dziecko do łóżeczka – jeden fałszywy ruch, a strumień monotonnych komunikatów popłynąłby na nowo. Wrócił do sypialni i bezdusznie przepchnął Nadię na jej połowę łóżka. Miał wrażenie, że dopiero co zamknął oczy, kiedy usłyszał:

– Jest po szóstej, weź się w garść.

Szturchnął Nadię.

– Słyszałaś to?

– Co? – wycedziła z zamkniętymi oczami, wyciągając zatyczkę z ucha.

– Igor powiedział „weź się w garść”.

– Przyśniło ci się. Śpij. Budzik jeszcze nie dzwonił – wychrypiała nieprzyjaźnie.

Odwróciła się do niego plecami. Przez chwilę się wahał, ale ostatecznie wstał. Nie zdążył nawet podejść do łóżeczka, kiedy wybrzmiał komunikat, którego jak dotąd nie słyszał i nie życzyłby sobie kiedykolwiek usłyszeć.

– Ona cię zdradza. Zdradza okropnie.

Był pewien, że się nie przesłyszał. Wziął Igora na ręce i spojrzał na jego drobną twarz. Oczy dziecka były przymknięte, ukazując dwa cienkie półksiężyce białek. Mały często tak sypiał, mimo to po raz pierwszy Wojtek miał wrażenie, że syn gapi się na niego szyderczo. Ba! Był przekonany, że Igor niewidzącymi oczami patrzy nie tyle na niego, co na jego włosy. Z niewiadomego powodu Wojtek poczuł swędzenie skóry po obu stronach głowy, tuż nad uszami. I wtedy uderzyła go irracjonalna myśl: „rosną mi rogi”. Potrząsnął dzieckiem niezbyt delikatnie, ale Igor spał już twardo i nie miał zamiaru rozwijać niepokojącego komunikatu.

„Bzdura!” – Wojtek zganił swoją wyobraźnię, która podsyłała mu nad wyraz barwne projekcje: on wychodzi do pracy, mijając w drzwiach hydraulika. Jego żona i hydraulik nago, w niewybrednej pozycji, przepychają odpływ w kuchennym zlewie. Albo: on wychodzi do pracy, drzwi do windy przytrzymuje dla niego serwisant klimatyzacji wysiadający na tym samym piętrze. Jego żona i serwisant klimatyzacji, lepcy od potu, odkręcają zawór rozprężny klimatyzatora chłodząco–ogrzewającego. O sytuacjach, kiedy to ona wychodzi, wolał nawet nie myśleć. Nadia pracowała jako informatyk w korporacji, dwa dni w tygodniu poza domem, resztę zadań wykonywała zdalnie. Wojtek pracował na podobnych zasadach jako architekt.

Odłożył Igora do łóżeczka i poszedł obmyć twarz. Za ścianą sąsiadka urzędowała w łazience, nieudolnie nucąc pod prysznicem. To oznaczało, że jest koło wpół do siódmej, a on spał tylko cztery godziny. Wyciągnął z szafy w przedpokoju śpiwór. Rozłożył go na dywanie w dziecinnym pokoju. Nie miał zamiaru wracać do wspólnego łóżka.

– A ty tutaj? – zdziwiła się Nadia godzinę później, widząc Wojtka leżącego na podłodze, owiniętego szczelnie w śpiwór. Tak jak się obawiał, nie udało mu się ponownie zasnąć. Zamiast tego wyszukał w smartnecie dane firmy detektywistycznej, którą polecało ponad dwa tysiące użytkowników. Wysłał formularz z opisem zlecenia i swoimi oczekiwaniami, wpłacił pierwszą, niemałą ratę za usługę, a przed chwilą otrzymał informację zwrotną o tym, że firma już przystąpiła do realizacji zadania.

– Spałaś na mojej połowie, nie chciałem cię budzić – skłamał gładko. W rzeczywistości pół nocy czekał, aż Igor dorzuci kolejne trzy grosze do nocnych rewelacji. Nie doczekał się.

Nadia wyszła do toalety. Z przyzwyczajenia wypracowanego przez ostatnie kilka miesięcy, zostawiła drzwi otwarte na oścież, tak że z poziomu podłogi, na przestrzał przez przedpokój, mógł podziwiać muszlę klozetową. Gdy myła zęby, z łóżeczka zaczęły dobiegać odgłosy walki z kołdrą – preludium do porannego koncertu wrzasków. W kilka sekund później rozległ się płacz stonowany przez regulator dźwięku. Wojtek podniósł Igora i rozpoczął niekończący się cykl czynności o roboczej nazwie: Nakarm – Baw się – Śpiewaj. Do lamentu Igora dołączył łagodny głos Krystyny.

– Jestem głodny. Mam mokro. Jestem nieprzytulony. Jestem nieszczęśliwy.

Nadia, słysząc komunikaty, wybuchnęła w łazience perlistym śmiechem. Ubóstwiał ten śmiech, ale postanowił go znienawidzić.

– Przed tobą dzień pełen wyzwań – skomentowała, wychodząc do przedpokoju i ocierając usta. Kochał ten sarkazm. Zadecydował, że kochał go do wczoraj. – Muszę się zbierać, Sandra czeka – dodała. Dzisiaj to Wojtek zostawał z Igorem, Nadia pracowała poza domem. Uwielbiał to, że potrafiła być zimna i zdystansowana. Nie rzucała wszystkiego, by z tkliwością rozprawić się z kolejną dziecięcą kupą. Uznał, że po raz ostat…

– Nie słuchasz mnie, prawda? – spojrzała na niego z wyrzutem.

– Hmmm… Co mówiłaś?

– Może wpaść twoja mama. Dzwoniła do mnie, że ma jakiś homeopatyczny środek na jego kolki – skinęła głową w stronę dziecka – Sama nie wiem… Ale jeśli to ma pomóc, to niech będzie. Trzymajcie się, moje łobuzy! – rzuciła, zamykając drzwi.

Jeszcze nie przebrzmiały jej kroki, gdy komunikator Igora przemówił:

– Widziałeś, jak się dla niego ubrała? Smutne to okropnie.

W Wojtku znowu wezbrał gniew. Podniósł Igora na wysokość twarzy i przybrał poważną minę. Dziecko przestało marudzić.

– Co masz na myśli? – wycedził przez zęby. – Co takiego wiesz?

Igor spoglądał na niego błękitnymi oczami, a niezależny obserwator mógłby ocenić, że patrzył obojętnie. Nawet mógłby pokusić się o stwierdzenie, że gapił się nie tyle na tatę, co na fascynującą białą ścianę za jego plecami. Ale Wojtek nie był niezależnym obserwatorem. Dlatego wyraźnie czuł, że z oczu syna bije pogarda. Pogarda okraszona wymownym milczeniem. Wojtek, chodząc z niemowlakiem po pokoju, postanowił zanalizować dzisiejszy strój Nadii, by ocenić, czy rzeczywiście wyglądała lepiej niż zazwyczaj. Szybko zrezygnował, nie mogąc przypomnieć sobie niczego poza kolorem jej skórzanej kurtki. Odkładając dziecko do łóżeczka, dostrzegł, że samolociki w szklanej, zabawkowej kuli leżą na jej dnie wywrócone do góry kołami jak chrabąszcze zagłodzone w szczelnie zamkniętym słoiku. Widok tak żałosny jak dzisiejszy dzień. Pewnie przyczyną tych siedmiu mikrokatastrof lotniczych były jakieś zakłócenia fal elektromagnetycznych. Nic oryginalnego. Kilka miesięcy temu trajektoria lotów samolocików też została zaburzona przez jakiś radiator sąsiadów. Tak to się dzieje, kiedy urządzenia nadają na niewyszukanych częstotliwościach.

– Phi… – prychnął. – Niby japońskie, a jak chińskie.

Postukał w kulę, ale to nic nie pomogło. Miał zamiar zająć się tym później, teraz priorytetem było śniadanie. Ranek strasznie się dłużył. Wojtek wykonał szereg czynności pielęgnacyjnych, oporządzając syna jak młodego osiołka w stajence. Nie włożył w to serca. Koło jedenastej niemowlę ucięło sobie drzemkę. Niewiele brakowało, by zakończyła się po kilku minutach. Na korytarzu powstał raban, który w cichym mieszkaniu brzmiał ze zdwojoną siłą. Dało się słyszeć przeciągły dźwięk podobny do pisku opon oraz krótkie okrzyki po koreańsku. Wojtek znał te odgłosy aż za dobrze. Na tym piętrze były tylko dwa mieszkania. W drugim mieszkał sparaliżowany starzec i w czasie nieobecności syna i synowej metodycznie uprzykrzał życie swojej azjatyckiej opiekunce. Piski były wywoływane przez zablokowane koła wózka inwalidzkiego: podczas gdy kobieta próbowała pchać wózek w kierunku windy, stetryczały sąsiad przez pecza wysyłał wózkowi polecenie zaciągnięcia hamulca. Wojtek nasłuchiwał w oczekiwaniu na kolejny element tego przedstawienia i niebawem się doczekał: starzec przez swój komunikator rzucał rasistowskie uwagi. Odgłosy zniknęły w windzie, a Wojtek odetchnął z ulgą. Dziecko nadal spało. Wyciągnął smartneta, by przejrzeć wiadomości. Aplikacja detektywistyczna raz na kwadrans przesyłała krótkie raporty. Do tej godziny uzbierało się ich ponad dwadzieścia. Niektóre zawierały bieżące obserwacje, dotyczące tego, czym zajmuje się obserwowana. Dzisiaj Nadia jadła na śniadanie sałatkę z tuńczykiem, była w gabinecie szefa i przeglądała portale społecznościowe przez czterdzieści pięć minut, udając, że odpisuje na maile. Część raportów była analizą zgromadzonych przez program danych, jak choćby informacja, z której wynikało, że pecz sąsiada z parteru często loguje się na ich piętrze. Wojtek motywowany raczej ciekawością niż podejrzliwością dotknął przycisk „szczegóły”. Dowiedział się, że takie dane miał dostarczyć przekaźnik ewidencyjny zainstalowany przy windzie – standard na strzeżonych osiedlach. Uznał, że to nic ciekawego i odłożył smartneta.

Powinien iść popracować, ale nie mógł wykrzesać z siebie entuzjazmu. Mógłby chociaż się przespać, ale wyrzuty sumienia, że chce spać zamiast pracować, nie pozwoliłyby mu zmrużyć oka. Próbując wyjść z tego impasu, spędził bezproduktywną godzinę na serfowaniu po Internecie, aż w końcu nastąpiło nieuniknione: Krystyna zakłóciła ciszę komunikatem: „już nie śpię”. Wojtek niechętnie podniósł się z kanapy. Wpakował małemu butelkę z mlekiem do ust, chociaż wiedział, że ten zabieg jest daremny – Igor nie powinien być jeszcze głodny. Niemal natychmiast padło hasło:

– Nudzi mi się.

Wbrew pozorom to była pożądana informacja, bo według Igora formą rozrywki najwyższych lotów był spacer. A przynajmniej na nudę przechadzka działała zawsze. A największą jej zaletą było to, że nie wymagała od Wojtka śpiewu, buczenia, gwizdania, naciągania golfu na głowę i udawania zombie. W szaleńczym tempie zapakował rzeczy Igora do torby, ubrał go w wyjściowe śpiochy i czapkę, przełożył mechanizm komunikatora do podręcznej wersji, zgarnął kocyk, smoczek, grzechotkę i już po niespełna czterdziestu minutach był gotowy do wyjścia. Ledwie wydostał się z mieszkania, balansując z torbą w jednej ręce, kluczami w drugiej, smartnetem w ustach i dzieckiem pod pachą, kiedy usłyszał, że ktoś wysiada z windy. Niepełnosprawny sąsiad z opiekunką wrócili ze spaceru. Przechadzka wzbudzała w nich chyba mniejszy entuzjazm niż w Igorze, bo żadne z nich nie wydawało się zadowolone.

– Zostaw, kobieto – wyrecytował komunikator inwalidy głosem Jana, jednej z męskich wersji Ivony. – Po cholerę pchasz wózek elektryczny?

Ciemnowłosa opiekunka z nadąsaną miną posłała Wojtkowi spojrzenie pod tytułem: „za jakie grzechy?”. Wojtek w geście solidarności skinął głową na Igora, co miało oznaczać: „uwierz mi, wcale nie chcesz się zamienić”. Małemu czapka zsunęła się na oczy, więc Wojtek gwałtownie pociągnął ją w górę. I wtedy stało się coś dziwnego. Igor zapłakał, ale nie przemówiła Krystyna, lecz komunikator paralityka znajdujący się kilka metrów dalej, oznajmiając:

– Wolę, jak robi to mama.

Opiekunka parsknęła śmiechem. A zaraz potem odezwała się Czubówna, z przenośnego nadajnika przymocowanego do rączki dziecka:

– Cisza, kobieto! A ty, szczylu zza ściany, co za pajac z ciebie, że sam ze smarkiem na spacery drałujesz, zamiast babę posłać? Smutne to okropnie.

Wojtek bezwiednie otworzył usta, upuszczając na podłogę smartneta. Jeszcze nie wiedział, że przed chwilą urządzenie odebrało kolejny raport: „Obserwowana i mężczyzna z parteru nie mają ze sobą nic wspólnego. Mężczyzna spotyka się z sąsiadką zleceniodawcy – schadzki w windzie”.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Bardzo ładny opis techniki. Gratuluję fantazji. :-)

Z fabułą już tak pięknie nie było – przewidziałam takie rozwiązanie. Ale i tak czytałam z zainteresowaniem.

Babska logika rządzi!

Technika techniką, niech robi swoje i służy jak najlepiej, ale chyba zawsze wskazane będzie zachowanie choćby odrobiny zdrowego rozsądku. Czy się uda…

Opowiadanie zabawne i porządnie napisane, świetna lektura przed snem. ;-)

 

Prze­ka­zy Igora prze­waż­nie były jed­no-, dwu lub trój­wy­ra­zo­we… – Prze­ka­zy Igora prze­waż­nie były jed­no– dwu- lub trój­wy­ra­zo­we

 

roz­pręż­ny kli­ma­ty­za­to­ra chło­dzą­co–ogrze­wa­ją­ce­go. – …zawór roz­pręż­ny kli­ma­ty­za­to­ra chło­dzą­co-ogrze­wa­ją­ce­go.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

O sy­tu­acjach, kiedy to ona wy­cho­dzi do pracy, wolał nawet nie my­śleć. Nadia pra­co­wa­ła jako in­for­ma­tyk w kor­po­ra­cji, dwa dni w ty­go­dniu poza domem, resz­tę pracy wy­ko­ny­wa­ła zdal­nie. Woj­tek pra­co­wał… – Czy to celowe powtórzenia?

 

W rze­czy­wi­sto­ści pół nocy cze­kał, aż Igor do­rzu­ci ko­lej­ne trzy gro­sze do wczo­raj­szych re­we­la­cji. – Jestem przekonana, że pierwszą noc towarzyszę Wojtkowi w jego obowiązkach taty, więc, aby być na bieżąco, byłaby wdzięczna za wiadomość, jakież to rewelacje Igor ogłosił wczoraj. ;-)

 

Nadia, sły­sząc ko­mu­ni­ka­ty, ro­ze­śmia­ła się z ła­zien­ki per­li­stym śmie­chem. Ubó­stwiał ten śmiech… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Męż­czy­zna spo­ty­ka się z są­siad­ką zle­ce­nio­daw­cy – schadz­ki w win­dzie.” – Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jestem nieobiektywna, bo nocne wstawanie jest moim drugim największym koszmarem w tej chwili, ale czytało mi się bardzo sympatycznie ; )

 

“– Mam mokro. Mam mokro. Mam mokro – oznajmiało urządzenie głosem Krystyny Czubówny.“ XD

 

“elektrycznej kołyski na biegunach“ – A czy są kołyski, które kołyszą się inaczej, niż na biegunach? Masło maślane…

 

“– Ja też – burknął Wojtek pod nosem, ignorując kilka kolejnych beznamiętnych komunikatów o treści: „zostaw mnie”, „chcę poprzednią pieluchę” i „wolę, jak robi to mama”.“ XDDD

 

Anyway, w pierwszej chwili zgłupiałam i dopiero po X sekundach dotarło do mnie – czy w nocy to też sąsiad się odzywał na skutek jakichś zakłóceń, a nie Igor? Z góry przepraszam za potencjalną głupotę pytania, ale wolałabym się upewnić…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Finkla, Regulatorzy dzięki za komentarze! Cieszę się, że się podobało. To, że tekst jest napisany porządnie pod względem technicznym, to nie do końca moja zasługa, o czym świadczą komentarze powyżej :)

 

Tak, Jose, przynajmniej ja tak to zinterpretowałam. On na pewno znał słowo “cholerny”. ;-)

Babska logika rządzi!

PożeraczuBułek – ani Finkla, ani Reg nie widzą “komentarzy powyżej”, albowiem tylko ci, którzy zostali zaproszeni do betowania, mogą je ujrzeć.

Mnie si ę też bardzo podobało, więc sobie kliknę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Może i zakończenie w pewnym momencie zrobiło się przewidywalne, ale tekst jest szalenie sympatyczny. Z jednej strony tak bardzo zwykły, bo traktujący o raptem kilku godzinach z życia niedawno upieczonego ojca, a z drugiej napakowany bajeranckimi gadżetami. I małą przestrogą przed nimi (przynajmniej ja to tak odbieram).

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jose, nie zauważyłam Twojego poprzedniego komentarza. Zgadza się, to sąsiad się odzywał się w nocy, a nie Igor. Cieszę się, że się podobało :) Błędy zaraz popoprawiam.

 

Bemik, nie wiedziałam, że tak to działa. W takim razie wyjaśniam, że kawał dobrej roboty korektorskiej nad moim tekstem wykonał Piotr Tomilicz. Poprawiała go również Bemik. Oj, było co poprawiać :)

 

Finkla, Śniąca: usprawiedliwię się, jeśli chodzi o zakończenie. W pierwszej wersji tekstu rozwiązanie całej zagadki było trochę bardziej zawoalowane. I wtedy mój mąż – pierwszy i najwierniejszy czytelnik, który jest bystry i czytuje fantastykę oznajmił, że przejrzał całą intrygę. A jego zdaniem miało chodzić w niej o to, że teściowa mieszkająca w Japonii zainstalowała w kuli z samolocikami nadajnik wysyłający podejrzane komunikaty po to, żeby skłócić parę (?!). Dodam, że nic, ale to nic nie przemawiało za taką interpretacją. Przestraszona przeredagowałam tekst po to, aby rozwiązanie było bardziej łapotologiczne :)

No, mnie się jakoś od razu to wszystko poskładało: komunikat (już ten o hałasie) odmienny od pozostałych, zbyt skomplikowany dla malucha, brzydkie słowo… Zabawka, z którą interferowały urządzenia sąsiadów tylko utwierdziła mnie w przekonaniach.

Babska logika rządzi!

Sympatyczne i pomysłowe. Przeczytałam z dużą przyjemnością.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Finkla, przyznaję, że mogłam się postarać trochę bardziej, żeby było mniej oczywiście :) Gostomysł też mi radził, żeby zmylić nieco czytelnika sugerując inne rozwiązanie, ale ostatecznie nie chciałam przekombinować i została taka wersja.

Fleur, dzięki!

Pożeraczu, a wstawiłaś reprezentatywny fragment, bo masz już cztery punkty do biblioteki. Jeśli tego nie zrobiłaś, tekst nie ukaże się na głównej. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik, wstawiłam. Dzięki za czujność! :)

Bardzo fajne opowiadanie, zwłaszcza te komentarze malucha rozbrajające :)

Dzięki Bellatrix!

Przeczytałem z wielkim zainteresowaniem. Dowcipne, z pomysłem, lekkie i sympatyczne. Jeśli to chciałeś osiągnąć – osiągnąłeś pełny sukces. 

Dzięki, miło spędziłem czas na lekturze. 

Łukasz Kuliński, dzięki! Cieszę się, że się podobało :)

Fajne. Życiowe. I bardzo zgrabnie napisane. Czytało się leciutko prawie do samego końca, ale na dwóch ostatnich zdaniach się potknąłem. Musiałem przeczytać jeszcze raz i jeszcze, żeby zrozumieć o co w nich chodzi. Może gdyby mężczyzna z dołu i “sąsiadka zleceniodawcy” byliby mniej anonimowi, byli wcześniej lekko naszkicowani, mieli jakieś imiona, znaki szczególne albo profesje  byłoby mi łatwiej się połapać?

cobold, dzięki! Co do ostatnich dwóch zdań, to masz rację. Miałam problem, żeby stworzyć krótki komunikat, operując czymś w stylu detektywistycznego żargonu. Wypadałoby trochę to poprawić, pomyślę nad tym w wolnej chwili.

Ciekawe, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Anet, cieszę się :)

Nowa Fantastyka