- Opowiadanie: Jualari - Wodni

Wodni

Dodawane w ostatniej chwili, bo nikt nie jest w stanie przewidzieć tygodniowego napadu migreny :p Ciężko mi w to uwierzyć, ale to chyba najdłuższy tekst, jaki napisałam od paru ładnych lat.

 

Baron Cordington jest postacią historyczną i naprawdę dzierżawił Barbudę w celu takim, jak zostało to przedstawione w opowiadaniu. Zresztą cała historia kolonizacji Karaibów to dobry materiał na koszmary senne.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Wodni

Pani Mottley uważała, że Johnny jest beznadziejnym parobkiem. Mały, chudy, chromy, nie nadawał się do pracy na polu, a z tymi paskudnymi, świńskimi oczkami w ciemnej twarzy nawet jako służba w pałacyku kłuł w oczy. Nadawał się wyłącznie do tego, co jej mąż – do grzebania w księgach i przeliczania długich rzędów liczb. James Mottley od lat ciągnął chłopaka za sobą w trakcie podróży pomiędzy majątkami, w których rodzina zajmowała się rachunkami. Żeglował razem z ich rodziną przez całe Karaiby – od Barbadosu, poprzez Dominikanę, aż po majątek pod osadą Codrington na Barbudzie.

Kapitan Codrington miał wielkie plany wobec objętej w dzierżawę od Korony wyspy. Co tam plantacje i plony trzciny – chciał przerabiać ledwo sprowadzony z Czarnego Lądu motłoch na przydatnych, posłusznych robotników, łapiących w lot język kary i komendy. Tę ambicję, choć ździebka brutalną, pani Mottley rozumiała lepiej niż postępowanie swojego męża. Okrucieństwa nie było w nim za grosz, zresztą za to go pokochała, jednak bywał aż za dobry. Karcił wyłącznie słowem, cały czas kręcił nosem na obecność darmowych robotników, a Johnny’ego częściej chwalił niż pracującego z nim rodzonego syna. Pani Mottley miała wrażenie, że po zaledwie czterech latach jej Jimmy zaczął traktować Johnny’ego nie jak sługę, lecz jak przyszywanego członka rodziny, ba!, jak faworyzowane dziecko. Jedynego wolnego czarnego na wyspie-plantacji z hordą niewolników harujących w polu.

Myśląc o tym, zaciskała trzęsącą się dłoń na swojej wiernej Klaryssie. Stara Klaryssa niegdyś służyła jej ojcu, teraz oferowała oparcie i pewność kolejnemu pokoleniu, a w przyszłości też i jej dzieciom… o ile także i pamiątkowa laska nie trafi się Johnny’emu. Rzeźbiona w foki gałka na czubku Klaryssy błyszczała równie złowieszczo co oczy jej właścicielki.

Niepomna obecności chłopaka, po raz kolejny próbowała uświadomić swojej rodzinie ich błąd, lecz każdy argument odbijał się jak od muru.

Mąż mówił, z idealizmem błyszczącym w słowach niczym kurz w słońcu: 

– Betty, daj mu spokój. Chłopak jest bystry i lepszy w gospodarowaniu niż jakikolwiek buc po brytyjskich szkołach. Nie potrzebuje zbytków, lojalny jest i nie wsadzi noża w plecy, jak ostatnio Landgraab-Worthingtonom na Tortoli.

Syn podejmował temat, poważny mimo niepoważnych słów:

– Mamo, na litość boską, my jesteśmy zarządcami od handlu z potworami, ty wiesz jak trudno znaleźć kogoś, kto chce się iść w tym na termin? Nie no, mamo, jakbym mógł to bym był piratem. Fart, że Johnny się napatoczył. Zresztą – jakie powstanie, mamuś, przecież on jest wolnym człowiekiem. No nie rób takiej miny, nie ma na niego żadnych papierów własności.

A córka, gwiazdooka trzpiotka, dodawała cicho:

– On się dogaduje z Wodnymi, mamo. Tacy ludzie są na wagę złota.

Choć kobiecie się to nie podobało, jej rodzina zapewne miała rację. Nie, nie co do tego, że w oddalonej od szlaków wyspie Elizabeth Mottley miała ochotę wszystkich wybatożyć. Mieli rację co do chłopaka i że mimo talentu do obliczeń, jego najważniejszym zadaniem była obecność na łodzi w trakcie handlu z Wodnymi.

 

*

 

Łodzie dryfowały parę mil od południowego wybrzeża Barbudy, ciągnąc za sobą tratwy z nakrytymi pledem towarami. Zaniepokojeni wioślarze badali wodę piórami pagajów w obawie przed rafami i skałami, a zdenerwowany sternik kontrolował, czy spokojne fale nie znoszą ich na jedną z licznych pułapek. Jedynie Johnny i pan Mottley spokojnie wypatrywali boi z koralowca. Gdy w końcu wynurzyła się z topieli, pan Mottley wydał odpowiednie polecenia i zamarł w oczekiwaniu.

Spomiędzy koralowców wynurzał się pokład ze splątanych muszli i meduz, osłaniający bezpieczną skorupą handlarzy Wodnych, w bogatych szatach z alg i z wirującymi w niespokojnym tańcu mackami. Łódź przybijała do tajemniczej konstrukcji tak, by tratwa oddzielała ich od morskich potworów. Wodni sięgali po oferowane im towary. Pod światło oceniali przejrzystość szkła w paciorkach i miękkość bawełny, próbowali owoców i warzyw. Mówili coś w swoim bełkotliwym języku, wybierali odpowiadające im fanty, po czym wyciągali spod pokładu swoje pełne tajemniczych materiałów z oceanicznych odmętów kufry i stawiali je przy tratwie, dając ludziom czas na ich ruch. Po wymianie darów dowódca Wodnych swymi diablimi ślepiami taksował ludzi i wygłaszał coś, co brzmiało jak siermiężny dowcip. Cywilizacje rozchodziły się, z ludźmi gładzącymi odłożoną na podorędziu broń i Wodnymi pozwalającymi swoim lewiatanom wystawić potworne łby ponad wodną taflę.

– Co tym razem powiedział? – pod koniec spotkania spytał Johnny’ego na ucho pan Mottley.

– Że przy każdym spotkaniu coraz bardziej przypominamy mu małpki – odpowiadał szeptem chłopak.

– Odważne słowa jak na przerośniętą kałamarnicę – osądził pan Mottley, po czym wydał komendę powrotu na ląd.

 

*

 

Tamtego parnego marcowego popołudnia pan Blome, namiestnik plantacji kapitana Cordingtona, ogłosił:

– Wygrywamy tę wojnę! Pogoniliśmy żabojadów z kolejnej wyspy!

Namiestnik walnął pięścią w stół. Z rumieńcami kwitnącymi na policzkach zaczął pantomimę walki na rapiery – odskok, odskok, potknięcie o krawędź dywanu, jakby był obecny podczas ostatniej bitwy dowodzonej przez jego cukrowego barona i osobiście siekał Francuzów. Nauczony doświadczeniem pan Mottley ugryzł się w policzek, by powstrzymać chichot. Reszta zgromadzonych pracowników plantacji chyba zrobiła to samo.

Ponoć Blome, tak samo jak kapitan Cordington, był kiedyś dobrym człowiekiem. Ba, razem próbowali wprowadzić zmiany, uporządkować ten brutalny burdel nazywany Zachodnimi Indiami lub Terytoriami Zamorskimi. Jednak chaos, który tak bardzo chcieli zwalczyć, bronił się. Osaczył ich, wciągnął w swoją ciemność i wypluł zbrukanych, balansujących na granicy pozoru praworządności a zgnilizną.

Nawet obecna wojna – kolejna, którą przez ocean przywleczono z Europy uznając, że żadna bitka nie może być jeno lokalna – wsadziła na statek i wykurzyła barona Cordingtona z oddalonej od szlaków morskich Barbudy, i póki co przyniosła tytuł kapitana i zdobyte w raczej nieprzejrzysty sposób bogactwa. Pan Blome zaś cieszył się władzą prawie absolutną nad wyspą.

– A skoro ich zgromiliśmy, można zająć się inwestycjami. James! James Molley!

Pan Mottley spojrzał na niego z rozkojarzeniem.

– No ty, ty! – potwierdził zirytowany pan Blome. – Ty jesteś od handlu z Wodnymi, prawda?

– Zajmuję się tym odkąd przybyłem na Karaiby, sir.

– Długo to?

– Dwadzieścia trzy lata, sir.

– Nadają się oni do pracy na plantacji?

Niepomna manier i zasad dobrego wychowania, szczęka pana Mottleya opadła. Namiestnik skrzywił się i niecierpliwym gestem pogonił pracownika.

– Mamy w tej chwili – zaczął spokojnie tłumaczyć pracownik, – na plantacji ponad sto rąk do pracy, nie rozumiem po co -

– Nadają się czy nie? – przerwał mu Blome.

– Chyba nikt tego jeszcze nie sprawdzał, sir. Jednak z prób pojmania -

Pan Blome uniósł dłoń na znak, by Mottley zamilkł. Pokiwał głową, nadmuchując policzki jak przerośnięta wiewiórka i wypuścił powietrze ze wściekłym cmoknięciem.

– Co tam pojmanie, nie interesuje mnie pojmanie! – wykrzyknął – Nas służba interesuje! No, to my to sprawdzimy. Koszty będą śmieszne w porównaniu z braniem czarnuchów od tych cholernych Holendrów, niech ich monopol w rzyć kopnie. Utrzymanie też będzie tańsze. One żywią się owocami, prawda? Będzie jak przy czerwonych, a może nie będą zdychać jak muchy. Na jedne zbiory starczy, a my prześcigniemy przeklętych Landgraabów, albo nawet tych chamów z Barbados. Beukes, Peckles! – obrócił się do poganiaczy niewolników, siedzących w zupełnie niegentlemeńskich pozach na swoich stołkach. – Pochwyćcie jakiegoś potworka! Zaprawimy go i sprawdzimy, jak przeżyje.

Naganiacze przytaknęli z entuzjazmem, myślami będąc już pewnie przy znaczeniu czerwonym żelazem rozpaczliwie wijących się macek. Pan Mottley poczuł ucisk w piersi.

Od ponad dwudziestu lat zastanawiał się, czemu Wodni wystawili łby na powierzchnię akurat na Wyspach Nawietrznych. Co ich do tego skłoniło? Zależało im na jakimś towarze? Mieli jakieś układy z Indiami, które zostały zrujnowane przez kolonie? Mieszkali wyłącznie na tym archipelagu, czy skrywali się w głębinach wszystkich siedmiu mórz i oceanów? Przez lata nie znalazł żadnego wytłumaczenia.

Rychło po wybiciu tubylców na Hispanioli któraś z hiszpańskich galer wpadła na platformę WodnychOd tego czasu tajemniczy podwodny lud stał się kolejnym z cudów Nowego Świata. Nawet najbardziej bojowi żołnierze europejskich potęg opuszczali swoje szable i zawracali okręty widząc olbrzymie lewiatany, strzegące platform Wodnych. Nieliczni piraci porywali się na łupież, lecz pozostawały po nich tylko opowieści w portowych karczmach o nieśmiertelnych bestiach i rafach znienacka pojawiających się tam, gdzie dno jeszcze przed chwilą było czyste. Czasami na otwartych wodach napotykało się wrak tkwiący na mieliźnie niczym przestroga, bardziej podobny rozerwanemu ścierwu niż kupie popękanych desek.

Utrzymanie jako-takich pokojowych stosunków z Wodnymi było błogosławieństwem, bo wojna z niepoznanymi od lat wrogiem byłaby z góry przegrana. A oni chcieli…

Pan Mottley rozejrzał się ponownie po sali spotkań w posiadłości kapitana Cordingtona, lecz widział wyłącznie mauzoleum.

Zaczął żałować, że kiedykolwiek wsiadł na fregatę płynącą ku nieznanemu.

 

*

 

Następnego dnia do izby rachmistrzów wkroczyli Beukes i Peckles, obaj w rozchełstanych koszulach i ze zmierzwionymi włosami, pachnący tabaką i potem. Peckles narzekając na bóle w korzonkach wyciągnął z kąta taboret, a Beukes oparł się o chyboczącą się pod jego ciężarem szafę z archiwami. Krępi mężczyźni górowali nad drobnymi zarządcami i ich parobkiem.

– Tak? – spytał ostro George Mottley znad bilansu ostatniej wymiany z Wodnymi. Jego ojciec przerwał pracę i zastygł w skupieniu, chowając usta za piramidką z dłoni.

– Jak ich złapać – zaczął Beukes, unosząc pokryte potówkami przedramię – to wiemy, dużo czarnuchów już połapaliśmy…

Peckles popatrzył spode łba na Johnny’ego; chłopak jeszcze staranniej skupił się na porządkowanych papierach.

– … ale mów nam, jak ich zwabić! – podjął Peckles, klaskając dla emfazy w kolano. – Jakoś z nimi handlujecie, parę akrów idzie na ananasy czy inne smakujące im chwasty. Na co najszybciej pójdą?

– Na nic – odpowiedział pan Mottley. Odpowiedziała mu salwa śmiechu.

– Wszystko, co wiemy – próbował wyjaśnić pan Mottley, chowając twarz w dłoniach, – odkryliśmy poprzez podejmowanie prób i popełnianie błędów. Byłeś kiedyś przy handlu? Nie wiesz, jak to wygląda, jak wszyscy modlimy się, by i tym razem coś sobie znaleźli. Próbowano podsuwać wiele rzeczy i naprawdę, Samuelu, nie ma żadnej reguły w tym, co zabiorą. Żadnej! Zresztą, do tej pory nawet nie wiemy, czym są ich dary.

– Właśnie dlatego gubernator skupuje te bzdety na cetnary, a król ponoć płaci czystym złotem – wciął się George. – Pewnie chcą pierwsi wiedzieć, czy to broń, czy jakaś machina. Jak już do tego dojdą i rozgryzą działanie, wykurzą stąd i Hiszpanów, i Francuzów, i Flamandów… bez obrazy, panie Beukes.

Beukes machnął ręką, puszczając uwagę mimo uszu. Pan Mottley zganił syna wzrokiem, po czym kontynuował:

– Poruszają się wyłącznie w grupach i w pobliżu gwardii lewiatanów. Nawet nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy na dole platformy nie czeka na nich wsparcie. Porywanie im się raczej nie spodoba.

– Jakby te przerośnięte ośmiornice cokolwiek miały do gadania – prychnął Buekes. – I tak nie uciekną przed nami. Sieć i wziu! Całe stadko dla nas. – Podrapał się po brodzie. – Przynajmniej jeden powinien wytrzymać przyuczenie. Mają z osiem macek, cztery pójdą na maczety, będą zbierać trzcinę dużo szybciej niż czarnuchy. Chyba że będą od nich jeszcze leniwsi… Nie to co ten twój, normalnie dzieciuch jak muł haruje!

Pan Mottley zerknął na Johnny’ego, porządkującego rachunki za sprzedaż partii artefaktów Wodnych sprzed trzech miesięcy. Sprawdzał je i przekładał odkąd przyszli Beukes i Peckles. Wyglądało na to, że chłopak poświęca wszystkie swoje siły, by nie wdać się z gośćmi w dyskusję.

– To kiedy następny raz się zjawiają? – spytali poganiacze.

– Powinni w tę niedzielę – poinformował ich George.

– Co za bezbożniki, zmuszać do pracy w dzień pański…– Peckles zaśmiał się, z najlepszego dowcipu. – To my popatrzymy, jak te potworki se handlują, ale na następny raz… Wymyślcie, gryzipiórki, jak to zrobić, a my to zrobimy – nawet jak nic nie wymyślicie. Bywajta.

– Ha, w końcu będzie coś nowego na tym zadupiu! – ucieszył się Beukes. Obaj mężczyźni wyszli zatrzaskując drzwi z łomotem. W powoli powracającej ciszy pan Mottley zastygł w fotelu z zamkniętymi oczami, zaś George i Johnny oparli się o stół po jego obu stronach.

– Tato, oni są świadomi, co chcą sobie na łeb ściągnąć? – spytał z powątpiewaniem George.

– Nie – wymruczał pan Mottley. Załamany i otoczony młodzieńcami, zarządca wydawał się jeszcze drobniejszy i słabszy niż zwykle. – Nie wiedzą i nie chcą się dowiedzieć. Wierzcie, próbowałem powiedzieć panu Blome’owi, do czego to może doprowadzić, ale zaczął mi wygrażać stryczkiem za stawianie się geniuszowi barona i łamanie umowy. Zresztą baron chyba już sprawdza, kto by od niego kupił tych niewolników za potrójną stawkę. – Mężczyzna wydał przeciągły dźwięk, który u kogoś innego uszedłby za chlipnięcie. – To będzie tragedia, moje drogie dzieci. Tragedia.

– E tam tatku, raczej komedia – młodszy Mottley uśmiechnął się ponuro. – No, byłaby lepsza gdyby nie to, że siedzimy w samym środeczku tego szajsu.

George puknął w ramię parobka. – A co ty myślisz, chłopie?

Johnny popatrzył na niego pustym wzrokiem. Wcześniejsza nadgorliwość ustąpiła zasępieniu.

– Myślę, jak nas wszystkich uratować.

 

*

W niedzielę na delegację Wodnych oprócz wioślarzy, pana Mottley’a i Johnny’ego oczekiwali Beukes i Peckles. Flamand zasiadł u boku zarządcy, a jego wspólnik oglądał handel, bezpiecznie tkwiąc na pokładzie zdobycznej korwety barona Cordingtona. Poganiacze obserwowali bacznie każde posunięcie Wodnych, Beukes – każdy ruch macek podwodnych handlarzy, Peckles – manewry strażników oraz lewiatanów. Brakowało jeno, by wyciągnęli zza pazuchy dzienniki i zaczęli notować ustawienie poszczególnych Wodnych.

Spotkanie przebiegło według utartego schematu. Obserwując dobrze sobie znaną krzątaninę, pan Mottley uświadomił sobie, że nie wiedział, kto od kogo jest bardziej zależny w tym układzie. Owszem, ludzie uzależnili już swoją gospodarkę od obecności tajemniczych artefaktów Wodnych, lecz to Wodni pierwsi do nich wyszli, pojawiając się znikąd ze swymi darami, oczekując w zamian tylko punktualności, solidnych tkanin i kilkunastu kilogramów owoców.

Ludzie szybko podjęli handel na ich zasadach i bojąc się już legendarnej mocy armii panów głębin, zajęli się starym, sprawdzonym krzywdzeniem swoich braci w kolejnej wojnie. Ale ludzie zawsze stają się coraz bardziej zachłanni.

Dziwne, że dopiero teraz próbują z tymi pokojowymi ośmiornicami zrobić to, co już dawno zrobili z Indianami i Murzynami, pomyślał pan Mottley, ale zachował tę uwagę dla siebie.

Po zakończeniu wymiany pióra wioseł zanurzyły się z pluskiem w wodzie, kierując łódź w stronę korwety. Beukes przez parę chwil wyglądał, jakby ledwo powstrzymywał się od opróżnienia żołądka za burtę.

– Do czarta, oni naprawdę są obrzydliwi – burknął z obrzydzeniem Flamand, rozcierając grzbiet nosa.

Gdyby nie rozproszył się, zauważyłby skrawek bawełny, dryfujący w kierunku zanurzającej się platformy Wodnych. Może nawet zauważyłby Wodnego, przechwytującego szmatkę, rozkładającego ją i wijącego mackami z zaintrygowaniem.

 

*

 

Łagodna poświata bijąca ponad morzem rozpraszała noc. Mary Mottley wspięła się na skały i przytknęła do oka lunetę. Gdzieś daleko za latarnią morską na cyplu dojrzała niewyraźne czułki-latarenki sterczące z łbów lewiatanów, igrających całym stadem w świetle księżyca. Odstawiła okular i zmrużyła oczy. O tak, z oddali światła potworów morskich z bajek były piękniejsze niż gwiazdy na nieboskłonie.

– Boziu, one naprawdę zapierają dach w piersiach! – westchnęła.

– Chyba dech. Mogłabyś już wyrosnąć z tych przejęzyczeń – zirytował się George i zsadził ociągającą się dziewczynę z podwyższenia.

Rodzeństwo ruszyło dalej wzdłuż nabrzeża, rozmawiając półgłosem. Z nasady cyplu, ciągnącego się wzdłuż całego zachodniego brzegu wyspy, obserwowali nieliczne światła wokół uśpionej wyspy. Nie lękali się nocnych spacerów po odludziu – wyspa miała niewielu mieszkańców, podróżnych było tylu, co kot napłakał, a niewolnicy zwykle nie chcieli sobie ściągać na głowę więcej kłopotów, niż już mieli. Jedynymi dźwiękami zakłócającymi spokój był szmer lasu i rzadkie wrzaski, dobiegające od strony baraków przy plantacji. Młodzież starała się nie zwracać na nie uwagi.

Nagle usłyszeli dziwny dźwięk gdzieś bardzo blisko szlaku ich wędrówki. Przystanęli, czujni, rozejrzeli się. W księżycowej poświacie dojrzeli postać zanurzoną po uda w wodzie. Mierzyła i ciskała w powietrze coś odbijającego światło. Przedmiot lądował z pluskiem gdzieś daleko od brzegu, po czym lądował obok niej następny lśniący nabój. Osobnik przeszedł parę kroków, utykając wyraźnie.

– Czy to Johnny? – wyszeptała Mary, lecz nim skończyła zdanie, jej brat złożył ręce do ust.

– Hej, Johnny! – wrzasnął – Chłopie, poczekaj!

Postać zamarła i nic nie odpowiedziała zanim Mottley’owie nie dobiegli do niej. Bez ceregieli George wyciągnął z piasku jedną z rzutek, przyjrzał się.

– Na kiego czorta rzucasz listami w butelkach? Chcesz, by cię od nas uratowali? – zakpił młody Mottley, odkorkowując flaszkę i wyciągając ukryty w niej skrawek materiału. Przekręcił się, próbując złapać dość światła, by odczytać znaki. Gdy mu się się udało, uniósł brwi ze zdumieniem.

– Co to jest? – spytała Mary, próbując spojrzeć nad ramieniem brata, chociaż drobna dziewczyna szybciej zmieściłaby się pod jego pachą. – Po co to robisz?

– By uratować nas wszystkich, tak jak wczoraj mówiłem – skwitował Johnny.

George zbladł, rozumiejąc w końcu.

– Ty to rzucasz Wodnym? To… to jest ich pismo? – trącił palcem przypominające ukwiały hieroglify. – Co ty, do cholery jasnej…

– Ty ich ostrzegasz? Podjudzasz? – zapytała Mary.

Johnny popatrzył na nich czujnie.

– Mogę was wtajemniczyć, ale przyrzeknijcie, że nie wyjawicie tego nikomu. Zwłaszcza pani Betty.

Młodzi Mottley’owie popatrzyli po sobie, po czym uczynili to, co uznali za słuszne.

 

*

 

Podczas następnej wymiany na pokładzie korwety było tłoczno od ludzi barona. Tratwę z towarami obstawiały dwie dodatkowe łodzie, na których Peckles i Baukes wydali ostrym tonem polecenia swoim ludziom od czarnej roboty. Pan Mottley standardowo nakazał niewolnikom, by ustawili towary na wymianę na skraju tratwy, po czym rozpoczęło się niespokojne oczekiwanie.

Wodni przybyli później niż zwykle i w innym składzie niż zwykle.

– Ilu ich tam jest? – spytał Johnny, mrużąc oczy.

Na pokładzie z wodorostów i koralowca prężyli się olbrzymi Wodni. Na ich tułowiach błyszczały kępy czegoś dla ludzi nierozpoznawalnego – równie dobrze mogły to być szmaty, ubranie, zbroja, albo coś w czym utknęli niczym zwierzę w sidłach. Przed nimi tkwiło czterech innych z ich rasy, jednak zupełnie innych od tych, których zwykle widzieli mieszkańcy lądu. Byli bardziej beczkowaci, podobni do mątw niż ośmiornic. Światło przenikało ich ciała jak porcelanę. Macki były naderwane, oczy rozbiegane jak u pomyleńców lub pijaków.

– Nie podoba mi się to – przyznał pan Mottley.

Wodni – strażnicy odebrali oferowane przez ludzi towary tak, jak zwykle. Zliczyli, zważyli, rozdzieli między siebie i wepchnęli pod pokład odebrane pojemniki. Potem wypchnęli swych cherlawych braci na przód i oddalili się parę kroków – równo, jakby ich odnóża były ze sobą złączone. Na szyi najszerszej z “mątw” – ledwo zachowującej równowagę na chybocących się giętkich odnóżach – wisiała duża muszla. Pokryta była maleńkimi nacięciami, układającymi się w nachodzące na siebie promienie. Pan Mottley zerknął na Johnny’ego, już skupionego na rozszyfrowaniu zapisów.

– Czy… czy oni nam ich dają? – spytał nieostrożnie któryś z parobków, jednak nie doczekał się odpowiedzi od oniemiałej załogi. Johnny niepewnie skinął głową – zbyt delikatnie, by ktokolwiek poza rachmistrzem to zauważył.

Dopiero po długiej chwili gapienia się na dary, pan Baukles przerwał ciszę. Wybuchł śmiechem.

– Brachu, oni z własnej woli nam ich dają! Jacy durnie! – gromko zakrzyknął, trącając ramieniem któregoś z wioślarzy z taką siłą, że ich łódź przechyliła się niebezpiecznie. Wciąż rozpromieniony wydał podwładnym rozkazy pochwycenia “darów”. Wracali, jednocześnie tryumfalni i przerażeni, trzymając jeńców przez zawczasu przygotowane strzępy tkaniny.

Pan Mottley poczuł ogromną ochotę, by po raz pierwszy od lat odmówić zdrowaśkę.

 

*

 

Wodni nie krzyczeli, nie szlochali. Oni miauczeli jak maltretowane kocięta.

Już po paru godzinach wszystkich na plantacji – na równi panów i sługi – skręcało od skargi zbyt cichej, zbyt piskliwej, zbyt przenikliwej, by powtórzył ją człowiek. Jedynie poganiacze niewolników naśladowali ten lament obelżywie, jakby to był najlepszy dowcip jaki słyszeli od lat. Dźwięk przenikał do szpiku kości niczym zgrzyt metalu o metal, i nie dał się wygłuszyć niczym. Nawet w piwnicach czuło się jego przejmujące drżenie. Wszyscy przechodzili obok stawu, gdzie ulokowano Mątwy, skupiając wzrok na czymś innym.

Gdy tylko zapadł zmrok, cisza opadła na plantację niczym całun. Możliwe, że to było bardziej przerażające.

Państwo Mottley obserwowali to z progu swojej przydziałowej kwatery. Światło gwiazd odbijało się od sadzawki, gdzie wrzucono Wodnych – związanych i skutych ze sobą. Z ich nieludzkich ciał nie można było niczego odczytać.

– Jim, czy ja to normalne, że bardziej mi ich szkoda niż murzynów? – spytała nagle pani Mottley, mocniej ściskając dłoń męża. Ten bardzo długo milczał,

– Betty, powiedz mi – powiedział w końcu cicho, – czy miłość tak mnie oślepia, czy dopiero na tej przeklętej wyspie ci się tak udzieliło? Nie wiem, może od barona, jego ludzi i ich masowego zmieniania ludzi w ruchome kukły?

Pani Mottley westchnęła zirytowana.

– To czemu ich na pęczki nie uwalniasz, Jimmy Krwawiące Serce? Owszem, płynęliśmy tu w ciemno, ale tylko twój kontrakt nas tu trzyma. Boisz się kapitana, Blome’a, czy Bełta i Pełka? To dupki, ale raczej cię nie zabiją.

– Myślisz, że tylko niewolników tutaj łamią? – spytał szeptem, a pani Mottley – twardej Betty Mottley, wychowanej w karaibskich portach córce irlandzkiego bandyty i metyskiej piratki – ścisnęło się serce.

– Kontrakt kończy się za rok – kontynuował jej mąż, mimowolnie bawiąc się jej palcami. – Jeszcze rok i choćby nie wiem co, wracamy do Kingstone, kochana. O ile będzie do czego. O ile dożyjemy.

– Daj spokój, dożyjemy, i ten pomysł z niewolnymi mięczakami okaże się niewypałem, o którym będziemy opowiadać wnukom.

Pan Mottley delikatnie uniósł dłoń żony i złożył na niej pocałunek. Nadal ją ściskając, zwrócił się ku stawowi i śpiącym na stojąco Mątwom.

– To się źle skończy, Betty. To się bardzo źle skończy.

Przez chwilę stali nieruchomo.

– Gdzie są dzieciaki? – spytał pan Mottley. Chyba dopiero teraz zauważył ich nieobecność w dwuizbowej chacie. Jego żona wzruszyła ramionami.

– Znowu biwakują na plaży razem z twoim parobkiem. Mówili coś o ratowaniu świata – pokręciła głową. – Za duzi już są na takie marzenia, prawda?

 

*

 

Johnny pozwolił sobie na niepewny, drżący uśmiech. W dłoniach trzymał płachtę dziwnego, zielonkawego, śmierdzącego glonami papieru, pokrytego atramentowymi zawijasami. Znaki oświetlały dwie samotne świeczki, przytwierdzone do zabranej z plantacji misy.

– Co napisali? – nad jego ramieniem zawiśli młodsi Mottley’owie. Johnny skrupulatnie zwinął wiadomość, z powrotem umieścił ją w butli po rumie i z namaszczeniem zakorkował.

– Chyba doszliśmy w końcu do jakiejś ugody – oznajmił zadowolony. – Napisali, że przesłani skazańcy i tak byli osłabieni, tak by za moją radą zniechęcić ludzi barona do projektu -

– Zakładając, że chodzi im o coś innego niż zadręczenie tych Mątw na amen – wciął się George, wykrzywiając się w uśmiechu. Rozrabiająca wodoodporny atrament Mary westchnęła z rezygnacją słuchając cynicznych komentarzy brata.

– Raczej nie uda im się ich zadręczyć. Mątwy są słabe psychicznie, ale prawie niezniszczalne. – Parobek sięgnął po wbity obok jego stopy nóż i zaczął nim kreślić esy-floresy na pasku. – Jeśli baron będzie próbował porwać więcej Wodnych, dostaną ostrzeżenie, po którym powinni nabrać rozsądku.

– Johnny, nie chrzań – jęknął George. – Przecież wiesz, że spróbują.

Parobek zasępił się i bez słowa zajął się nacinaniem przyszykowanego wcześniej palmowego liścia. Zastanawiał się dłużej nad niektórymi frazami, trzy razy spytał się, która z rozważanych opcji zdaniem młodszych Mottley’ów byłaby lepsza. W końcu odebrał od Mary atrament, rozlał go ostrożnie na powierzchni liścia i wtarł w wycięte spirale.

– Będziesz czynił honory? – spytał Georga, podając mu butelkę. Młodziak przytaknął i z zamachem posłał prowizoryczną kapsułę w fale.

– Nawet jeśli spróbują – stwierdził Johnny z opóźnieniem, – to nas już tu nie będzie. Stary Bobby cumujący w południowym porcie zgodził się zabrać nas bliżej szlaków handlowych w przypadku zagrożenia.

– To dobry człowiek – przytaknęła Mary.

– Ano dobry. Późno już, zbierajmy się.

Niedługo później brnęli przez las – George odgarniając gałęzie, Mary targająca świece i sprzęt, i Johnny utykający parę kroków za nimi i proszący o zwolnienie. Byli już prawie przy plantacji, gdy usłyszeli coś dziwnego.

Ostry, dziwny lament wzbijał się ku niebiosom, jeszcze bardziej przepełniony krzywdą niż dzienna skarga pojmanych Mątw. Towarzyszył mu bezduszny śmiech. Przekradli się bliżej stawu-klatki. Zza zasłony drzew obserwowali upadającego niczym ścięte drzewo Wodnego, w świetle księżyca zalśniła rozlewająca się po powierzchni wody czarna posoka i czarny dym uciekający z ciała ku gwiazdom. Beukes i Peckles stuknęli się flaszkami, zdrowo golnęli, po czym jeden z nich pochwycił bicz z wplecionymi gwoździami, a drugi zaostrzony na każdym sęku konar. Wydali jakieś polecenie, jedyny pozostały w stawie Wodny patrzył na nich z bezradnością przebijającą się na całym jego niezgrabnym ciele. Poganiacze wrzasnęli coś, co przy mniejszej ilości ognistej wody w ich żyłach byłoby może zrozumiałe. Z oddali brzmiało to jak:

– Gdzie się wasz kompan podział, a?

Obruszeni brakiem oczekiwanej reakcji, poganiacze wprawili narzędzia w ruch. Nad plantacją znów zabrzmiał nieludzki, przerażony wrzask.

Bardzo długo zajęło młodzieży przyjęcie do wiadomości, że właśnie patrzą na bezmyślną kaźń.

– Czy… czy oni właśnie go zabijają? – spytała słabym głosem Mary.

– O Boziu – jęknął Johnny. Parobek pochwycił młodych Mottley’ów za ramiona i pociągnął ich ku ścieżce prowadzącej w stronę ich kwatery. Rodzeństwo spojrzało na niego zaskoczone.

– Musimy stąd uciekać! Natychmiast!

– Czemu?

Niespodziewanie, nad drzewami zapłonęła poświata gdzieś z hen, z daleka, zza morza.

Bo czeka nas apokalipsa.

 

*

 

Wrzawa obudziła starszych Mottley’ów. Nadal nieprzytomni, dojrzeli w ciemności kontury Mary pospiesznie pakującej do toreb skąpy dorobek rodziny, George’a wyciągającego ze skrytek poufne dokumenty i Johnny’ego stojącego nad łóżkiem gospodarzy i pomimo słabych protestów ściągającego z nich koc. Jego brzydka twarz była ściągnięta w przerażeniu.

– Panie Jamesie, pani Elizabeth, proszę się obudzić! – ponaglał dorosłych, jąkając się. – Musimy uciekać do portu! Musimy odpłynąć! Teraz! Proszę, wstańcie, ubierzcie się i uciekamy!

– O czym ty mówisz? – wymruczał sennie pan Mottley, powoli siadając na posłaniu. W otwartych drzwiach widział łunę ponad plantacją, jasną jakby jej źródło skrywało się tuż za lasem. Johnny też na nią spojrzał i nerwowo przełknął ślinę.

– Bo ludzie barona to szuje, przez nich się nie uda, to, to…! – zaciął się z nerwów, a pani Mottley zauważyła łzy frustracji wykwitające w kącikach jego oczu.

– Chłopcze, do stu diabłów, co się niby nie uda? – wydusiła pomiędzy ziewnięciami.

– Mamo, on się dogadał z Wodnymi! – uświadomiła ją Mary, próbując zmieścić w wypchanym pakunku nadal uwalony woskiem świecznik po dziadku. – Od tygodnia po nocach z nimi pertraktowaliśmy!

– Od miesiąca – poprawił ją Johnny, szybko podając odzież wstającym. Udało mu się zapanować nad łzami, rozpacz zmieniła się w chłodną determinację. – Oni mieli to zrobić tylko w ostateczności, a teraz nawet planu…

– Myślę, że jeńcy mieli być wabikiem – wciął się George, przerzucając do skórzanej teki znalezione akta. – Czy tam zwiadowcami, nie wiem. Jakoś się dowiedzieli, że kapitana Cordingtona nie ma i że namiestnik jest chciwym skurczybykiem, a że oni niewiele lepsi, to no. A że ci durnie dwóch zabili, to kałamarnice wszystko przyspieszyły. Widzicie łunę, rodzice kochani? To lewiatany! Oni idą po nas!

– Oni się na pewno mszczą za krzywdę! – próbowała się wykłócić Mary.

– Wy naprawdę tak myślicie?! – oburzył się Johnny, jednak nie wyjaśnił niczego, tylko zadrżał, zgorszony,

Pan Mottley słuchał przekrzykującej się młodzieży z coraz szerzej otwartymi oczami, ubierając się mimo wyraźnego sceptyzmu.

– To wymyślny żart – przyznał, wciągając spodnie. – Na tyle udany, że sprawdzę, co z tymi Wodnymi biedakami. Wiedzcie jednak, że nie nabraliście mnie i nie myślcie kiedykolwiek tego powtarzać.

– Ojcze, to prawda! – oznajmiła z emfazą Mary, zawiązując ostatni z tobołów.

Coś ponownie zawyło i łuna nad lasem zapłonęła ogniami świętego Elma. Patrzyli na to, oniemiali.

– Do portu! – zarządził przekonany widowiskiem pan Mottley.

Parobek chwycił Klaryssę oraz jeden z tobołów i niezgrabnie, pomagając sobie laską, popędził w świetlistą ciemność. Oburzona pani Mottley ledwo zauważyła schwycenie w tali przez syna, który praktycznie przeniósł ją przez próg. Za nimi wygramolili się pan Mottley i Mary, po czym cicho przemknęli po granicy gospodarstwa, modląc się w duchu, by wśród blasku i hałasu nikt ich nie zauważył. Nie musieli się martwić – jedyny pozostały przy życiu Wodny wył gdzieś poza słyszalnym rejestrem, powodując, że Beukes i Peckles klęczeli w błocie, ściskając skronie i rycząc jak skórowane żywcem bawoły. Z chat powoli wysypywali się ludzie barona, z baraków wyglądali co odważniejsi niewolnicy. Wokół poganiaczy powoli tworzył się wieniec gapiów, zmarszczonych z bólu, piętnujących winowajców. W rosnącym gwarze ktoś krzyknął z bólu. Beukes i Peckles otrzymywali lub zadawali ciosy.

Mottley’owie nie zważali na to. Sunęli przez noc, potykając się na korzeniach i zastanawiając, jaką sytuację zastaną w porcie.

Do południowego wybrzeża nie było daleko, ledwo dwie mile przez łąki i lasy. Pan Mottley wiedział, że na pewno będzie tam chociaż jedna łódź i, że w tej chwili pewnie już jest oblegana przez tych nielicznych, którzy będą próbowali uciec przed zagrożeniem w morze. Przed zagrożeniem niewidocznym, kryjącym się w głębinach. Boże Wszechmogący, jakież to było głupie!

– Johnny! Johnie! – wyrzęził urywającym się od wysiłku głosem. – Nie powinniśmy uciekać w głąb, jak najdalej od wody? My ich nie wyminiemy!

– Oni nie wchodzą na ludzkie łodzie – odpowiedział parobek i zachwiał się. Pan Mottley chwycił go za łokieć nim poleciał w głąb dziury w szlaku. – Brzydzą się. Uciekinierów nie gonią.

– Bo zasłużyli sobie na ucieczkę? – zaśmiała się pani Mottley, ponownie nienawistnie patrząc na dłoń dzierżącą jej laskę.

– Tak, i-

Lekcję przerwało wyłonienie się przed nimi dziwnej sylwetki. Spomiędzy splątanych macek jaśniały dwie pary oczu, patrzące z palącą intensywnością na uciekinierów. Członki obwinięte szmatami drżały. Stwór wydał parę gardłowych pisków, przybliżając się z każdą wyplutą sylabą. Johnny nie zwlekał długo – przesunął przerażonego George’a i wydał kilka podobnych dźwięków, tylko pozornie niemożliwych do wypowiedzenia przez człowieka.

– Mam nadzieję, że nie mówi nic o prowadzeniu się jego matki – burknęła pani Mottley, lecz mąż syknął na nią z naganą. Jednak Johnny stracił rezon. Mówił coraz szybciej, żywo gestykulował, cały czas obserwowany bacznie przez nieustająco drgającego stwora, wydającego co chwilę krótkie, rozkazujące frazy. W końcu udało mu się trafić w jakiś czuły punkt chłopaka. Johnny cofnął się o krok, tuląc laskę do piersi.

Pani Mottley nie wytrzymała napięcia. Wyrwała parobkowi swoją wierną Klaryssę i pełnym gracji ruchem wyciągnęła z niej ukryty rapier. Z wypadu pchnęła Wodnego prosto tam, gdzie przez cienką skórę prześwitywały narządy. Jej rodzina zakrzyknęła, zdumiona, a Johnny gdzieś na granicy rejestru zaczął błagać, by przestała. Niepotrzebnie – stwór bez wysiłku machnął tułowiem w bok, unikając ciosu. Pani Mottley wyprowadziła następny cios, i kolejny, i kolejny, wszystkie bodące wyłącznie powietrze. Mogła przysiąc, że każde słowo potwora to kolejna kpina, i atakowała coraz wścieklej. Przestała uważać. Nieostrożny krok posłał ostrze w krzaki, a ją samą w piach, kończąc jednostronną walkę.

Macki Wodnego zadrżały od śmiechu, po czym znowu wsiąkł w ciemny las, nie zostawiając po sobie żadnego śladu poza dyszącą i klnącą panią Mottley oraz próbującym wyrównać oddech Johnnym.

– O czym on mówił? – odważył się w końcu zapytać pan Mottley.

Johnny wypluł z siebie parę słów w języku Wodnych, zanim z powrotem przestawił się na angielski.

Nie ma sensu tłumaczyć, gadał w kółko, że sam nie wie, co się dzieje, ale że lubi chaos, a ta wyspa popamięta jego imię. Że nikt nie zasłużył na niewolniczy los. Że będzie powstanie i nikt z panów nie będzie pewien następnego dnia.

Idźmy stąd. Błagam – wtrąciła wstrząśnięta Mary, lecz nie zostało to nawet zauważone.

Skąd ty znasz ten bluźnierczy język, chłopcze?! – pytanie jej matki zagłuszyło słowa Mary.

– Skąd ty właściwie tyle wiesz o nich? – dołączył się pan Mottley, pomagając żonie wstać. Po raz pierwszy odkąd zaopiekował się chłopakiem usłyszał odpowiedź.

– Mama uciekła z plantacji jak byłem mały – powiedział cicho Johnny, bez trudu znajdując broń w ciemności i montując ją z powrotem w lasce. – Ukrywaliśmy się jakiś czas w jaskini obok kolonii Wodnych, ci z ciekawości do nas zaglądali i odchowałem się obok nich. Potem sprawy ucichły, przeszliśmy do waszej cywilizacji. W sumie nadal się nie przyzwyczaiłem, jakie tu jest barbarzyństwo.

Chłopak zamilkł na chwilę, po czym dodał dwa krótkie słowa.

– Idźmy stąd.

 

*

 

Wszyscy mieszkańcy portu stali wzdłuż kei w absolutnej ciszy. Ramię w ramię rybacy, niewolnicy, żeglarze i handlarze gapili się na horyzont. Skamieniałe twarze były zwrócone ku otchłani czerni nieboskłonu i wody, przecinanej jedynie żółtą smugą świata.

Pewnie tak lud by patrzył na przybycie jeźdźców apokalipsy, pomyślał pan Mottley. Dopiero po chwili dostrzegł to, co przyciągało uwagę tłumu.

Blask pochodził od leniwie płynących ku wyspie lewiatanów. Było ich więcej, niż którykolwiek z mieszkańców Barbudy zdołałby zliczyć. Część z nich dźwigała na grzbietach platformy, a na nich zdumiewające, obce gryzipiórkowi machiny wojenne. Reszta niosła coś, z czego oko samo się zsuwało, nie pozwalając zarejestrować przerażającej prawdy.

Pan Mottley wyrwał się z odrętwienia dopiero słysząc lament towarzyszących mu młodzieńców. Johnny był na skraju histerii, a George stał, chowając twarz w dłoniach i jęcząc przeciągle. W odróżnieniu od nich, Mary i Betty próbowały wyrwać z transu napotkanych znajomych i wyciągnąć od nich jakieś informacje.

Udało się przy Bobbym Jamisonie, niemłodym handlarzu z Antiguy, odwiedzającym sąsiednią wyspę raz na miesiąc. Ocknięty, patrzył na nich nadal pustym wzrokiem.

– Mogę was zabrać na swój statek, tak jak się dogadaliśmy – przyznał, – ale nic za darmo, druhu.

– Bobby, my prawie nic nie mamy.

– To dacie mi poszperać w swoich gratach, bo zakładam, że czarnucha nie odsprzedasz. Co się tak wykrzywiasz, zabieraj dupę w troki i na pokład!

Załoga statku niemrawo luzowała liny, a pan Jamison bezdyskusyjnie odesłał pasażerów do ładowni. W ciemności, czując dookoła siebie aromat wszystkich transportowanych przez ostatnie tygodnie towarów, Mottley’owie zapadli w niespokojny sen. Tylko Johnny czuwał, niespokojnie patrząc na towarzyszy i nasłuchując dobrze znanych pisków, które nie nadchodziły. Stracili poczucie czasu. W udręczonej głowie rozkwitła myśl, że może jednak, może jednak się udało. Zaczną od nowa gdzie indziej, on odejdzie w swoja stronę lub zostanie przy swej przyszywanej rodzinie. Historia Barbudy rozejdzie się po całych Karaibach, zniechęcając cukrowych baronów do eksperymentów. Może niedługo niewolnicy się zbuntują i przegonią wszystkich baronów na kontynent, nieważne, który.

Może wszystko będzie dobrze.

Niespodziewanie, gdzieś nad głowami zbiegów rozległy się nierówne kroki, jakby stąpał ktoś zbyt lekki jak na dorosłego człowieka i posiadający byt wiele nóg – lub ktoś zraniony, zmęczony, zataczający się przy każdym kroku. Zatrzymał się, a po chwili ładownie zalało światło jutrzenki.

Johnny nie odważył się spojrzeć na postać w otwierającym się luku.

 

Koniec

Komentarze

Zaraz będę czytać dalej, a na razie tylko sobie pomarudzę. Tu:

 

Nieliczni piraci porywali się na łupież, lecz pozostawały po nich tylko opowieści w portowych karczmach o nieśmiertelnych bestiach i rafach znienacka pojawiających się tam, gdzie dno jeszcze przed chwilą było czyste.

 

trochę się uśmiechnęłam. Słownikowo wszystko się zgadza, ale skojarzenia fryzjersko-szamponowe przeważyły ;-)

BardzoGrubaLola – zastanawiałam się ile osób zauważy aluzje do gier komputerowych, a o samym łupieżu nie pomyślałam :)  (poza tym – hej, chyba możemy zacząć tworzyć klub  nicków z piosenek Janerki ;) )

To chyba taki dwunickowy klub by był ;)

Ok. Przeczytałam całość, mogę mówić. Podoba mi się pomysł na Wodnych i cały świat. Trochę bym chyba jeszcze skróciła początek, bo moim zdaniem właściwa akcja zaczyna się w jednej trzeciej tekstu. I mam niedosyt, bo czyta się całkiem fajnie, tylko że chciałabym trochę więcej historii (nie faktów, tylko tego, co się przydarza postaciom :)) – bo na razie ta opowieść jest bardzo jednoliniowa. Może to po to, żeby pasowała do założeń konkursowych (ja czytam w oderwaniu od konkursu, więc nie wiem).

Tekstowi przydałaby się jeszcze jedna korekta – były miejsca, w których coś bym poprawiała, ale nie spisywałam. Poniżej tylko kilka takich rzeczy, które wyglądają na pozostałości po redakcji :-)

 

wojna z niepoznanymi od lat wrogiem

Z nasady cyplu

bardziej beczkowaci, podobni do mątw niż ośmiornic.

Jim, czy ja to normalne, że

Zgadzam się z Lolą – fajna rasa Wodnych, ale ostatniej korekty brakło. Jednak czytało się całkiem przyjemnie, tematyka interesująca.

Tylko nie jestem pewna, gdzie tu świat alternatywny, ale niech się Jurorzy martwią.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za uwagi i mam dosyć amatorskie pytanie – czy na tym etapie mogę jeszcze poprawić zauważone błędy, czy z uwagi na minięcie terminu/opublikowanie tekst ma pozostać taki, jakim go wrzuciłam?

W założeniach co do alternatywy poszłam na kompromis między “ludzie nie będący jedyną cywilizacją” a “świat gdzie kolonizatorzy nie wybili każdej istoty rozumnej na podbijanych wyspach, chociaż trzeba im przyznać, że nie przestają się starać”

Teraz już “odłożyliśmy długopisy”, więc poprawiać błędów nie wypada. Dopiero po ogłoszeniu wyników. A na to pewnie trzeba będzie poczekać…

Babska logika rządzi!

Przeczytałam z przyjemnością, bo spodobała mi się zajmująca, nietuzinkowa opowieść i przedstawione w niej światy. Nie miałabym nic przeciw temu, aby bliżej poznać Wodnych, ale domyślam się, że ich środowisko nie zostało jeszcze dostatecznie zbadane. ;-)

Wykonanie, niestety, pozostawia sporo do życzenia. Podejrzewam, że zabrakło czasu na ostatnie czytanie.

 

Tę am­bi­cję, choć ździeb­ka bru­tal­ną… – Literówka.

 

jak przy­szy­wa­ne­go człon­ka ro­dzi­ny, ba!, jak fa­wo­ry­zo­wa­ne dziec­ko. – Po wykrzykniku nie stawiamy przecinka.

 

Rzeź­bio­na w foki gałka na czub­ku Kla­rys­sy błysz­cza­ła rów­nie zło­wiesz­czo co oczy jej wła­ści­ciel­ki. …rów­nie zło­wiesz­czo jak oczy jej wła­ści­ciel­ki.

 

Zresz­tą jakie po­wsta­nie, mamuś, prze­cież on jest wol­nym czło­wie­kiem.Zresz­tą, jakie po­wsta­nie, mamuś, prze­cież on jest wol­nym czło­wie­kiem.

W wypowiedzi, aby zachować jasność dialogu, staramy się nie używać półpauzy.

 

Nie, nie co do tego, że w od­da­lo­nej od szla­ków wy­spie… – Nie, nie co do tego, że na od­da­lo­nej od szla­ków wy­spie

 

Mieli rację co do chłopaka i że mimo talentu do obliczeń, jego najważniejszym zadaniem była obecność na łodzi w trakcie handlu z Wodnymi. – Wydaje mi się, że: Mieli rację co do chłopaka i tego, że oprócz talentu do obliczeń…

 

cią­gnąc za sobą tra­twy z na­kry­ty­mi ple­dem to­wa­ra­mi. – Wiele tratw i towarów, a jeden pled?

Czy towary na pewno były przykryte pledami, a nie plandekami/ płachtami/ osłonami?

 

– Co tym razem po­wie­dział? – pod ko­niec spo­tka­nia spy­tał… – – Co tym razem po­wie­dział? – Pod ko­niec spo­tka­nia spy­tał

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

ba­lan­su­ją­cych na gra­ni­cy po­zo­ru pra­wo­rząd­no­ści a zgni­li­zną. – …ba­lan­su­ją­cych na gra­ni­cy po­zo­ru pra­wo­rząd­no­ści i zgni­li­zny.

 

za­czął spo­koj­nie tłu­ma­czyć pra­cow­nik, – na plan­ta­cji… – Przed półpauzą nie stawiamy przecinka. Ten błąd pojawia się w dopowiadaniu kilkakrotnie.

 

ponad sto rąk do pracy, nie ro­zu­miem po co -

– Na­da­ją się czy nie? – prze­rwał mu Blome. – O tym, że wypowiedź została przerwana, informuje wielokropek, nie dywiz. Ten błąd pojawia się w dopowiadaniu kilkakrotnie.

 

Po­ki­wał głową, na­dmu­chu­jąc po­licz­ki jak prze­ro­śnię­ta wie­wiór­ka… – Policzków nie można nadmuchać.

Proponuję: Po­ki­wał głową, na­dymając po­licz­ki jak prze­ro­śnię­ta wie­wiór­ka

 

wpa­dła na plat­for­mę Wod­nychOd… – Dlaczego kropka jest podkreślona?

 

Pe­ckles na­rze­ka­jąc na bóle w ko­rzon­kach… – Pe­ckles, na­rze­ka­jąc na bóle korzonków

 

Krępi męż­czyź­ni gó­ro­wa­li nad drob­ny­mi za­rząd­ca­mi i ich pa­rob­kiem. – Zastanawiam się, jak drobni i maleńcy musieli być zarządcy, skoro krępi, czyli niewysocy, mężczyźni górowali nad nimi…

 

– … ale mów nam, jak ich zwa­bić! – Zbędna spacja po wielokropku.

 

– Co za bez­boż­ni­ki, zmu­szać do pracy w dzień pań­ski…– Pe­ckles za­śmiał się, z naj­lep­sze­go dow­ci­pu. – Brak spacji po wielokropku.

Winno być: – Co za bez­boż­ni­ki, zmu­szać do pracy w dzień Pań­ski… –  Pe­ckles za­śmiał się, jak z naj­lep­sze­go dow­ci­pu.

 

Za­ła­ma­ny i oto­czo­ny mło­dzień­ca­mi… – Młodzieńców było dwóch, więc chyba nie mogli go otoczyć.

 

Ob­ser­wu­jąc do­brze sobie znaną krzą­ta­ni­nę, pan Mot­tley uświa­do­mił sobie, że nie wie­dział, kto od kogo jest bar­dziej za­leż­ny w tym ukła­dzie. Ow­szem, lu­dzie uza­leż­ni­li już… – Powtórzenia.

 

– Do czar­ta, oni na­praw­dę są obrzy­dli­wi – burk­nął z obrzy­dze­niem Fla­mand… – Powtórzenie.

 

Przed­miot lą­do­wał z plu­skiem gdzieś da­le­ko od brze­gu, po czym lą­do­wał obok niej… – Powtórzenie.

 

Gdy mu się się udało, uniósł brwi ze zdu­mie­niem. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Przed nimi tkwi­ło czte­rech in­nych z ich rasy, jed­nak zu­peł­nie in­nych od tych… – Powtórzenie.

 

Wodni – straż­ni­cy ode­bra­li ofe­ro­wa­ne przez ludzi to­wa­ry tak, jak zwy­kle.Wodni-straż­ni­cy ode­bra­li ofe­ro­wa­ne przez ludzi to­wa­ry, tak jak zwy­kle.

 

Potem wy­pchnę­li swych cher­la­wych braci na przód i od­da­li­li się… – Potem wy­pchnę­li swych cher­la­wych braci naprzód i od­da­li­li się

 

pan Bau­kles prze­rwał ciszę. Wy­buchł śmie­chem.Wy­buchnął śmie­chem.

 

Świa­tło gwiazd od­bi­ja­ło się od sa­dzaw­ki, gdzie wrzu­co­no Wod­nych… – …do której wrzu­co­no Wod­nych

 

Jim, czy ja to nor­mal­ne, że bar­dziej mi ich szko­da niż mu­rzy­nów?– Jim, czy to nor­mal­ne, że bar­dziej mi ich szko­da niż Mu­rzy­nów?

 

by za moją radą znie­chę­cić ludzi ba­ro­na do pro­jek­tu - – Brakuje kropki na końcu zdania. Zbędny dywiz.

 

trzy razy spy­tał się, która z roz­wa­ża­nych opcji… – …trzy razy spy­tał, która z roz­wa­ża­nych opcji

 

– Ano dobry. Późno już, zbie­raj­my się.

Nie­dłu­go póź­niej brnę­li przez las… – Powtórzenie.

 

pró­bu­jąc zmie­ścić w wy­pcha­nym pa­kun­ku nadal uwa­lo­ny wo­skiem świecz­nik po dziad­ku. – …pró­bu­jąc zmie­ścić w wy­pcha­nym pa­kun­ku, nadal uwa­lany wo­skiem, świecz­nik po dziad­ku.

 

– Oni się na pewno msz­czą za krzyw­dę! – pró­bo­wa­ła się wy­kłó­cić Mary. – Nie zauważyłam, by Mary wykłócała się z kimś.

 

ubie­ra­jąc się mimo wy­raź­ne­go scep­ty­zmu. – …ubie­ra­jąc się, mimo wy­raź­ne­go scep­ty­cyzmu.

 

zmarsz­czo­nych z bólu, pięt­nu­ją­cych wi­no­waj­ców. W ro­sną­cym gwa­rze ktoś krzyk­nął z bólu. – Powtórzenie.

 

Ska­mie­nia­łe twa­rze były zwró­co­ne ku ot­chła­ni czer­ni nie­bo­skło­nu i wody, prze­ci­na­nej je­dy­nie żółtą smugą świa­ta. – …żółtą smugą świa­tła.

 

Mot­tley’owie za­pa­dli w nie­spo­koj­ny sen. Tylko John­ny czu­wał, nie­spo­koj­nie… – Powtórzenie.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Do mniej więcej połowy podobało mi się bardzo. Ciekawe miejsce i czas akcji i interesujący motyw przewodni przestały mi jednak wystarczać do dobrej zabawy, gdy uświadomiłem sobie, że fabuła pełni przede wszystkim rolę pretekstu dla światotwórstwa. Wykreowałaś bardzo fajną literacką czasoprzestrzeń, ale nie wykorzystałaś jej do opowiedzenia ciekawej historii.

na emeryturze

Hm… z tą alternatywą to w sumie rzeczywiście krucho, bo czy samo wprowadzenie Wodnych do znanego nam świata wystarcza? Równie dobrze każda opowieść o wampirach byłaby historią alternatywną, a to przecież nie o to chodzi…

 

Czytało mi się dobrze. Byłam ciekawa, do czego to wszystko zmierza, zgadzam się jednak z zarzutem jednoliniowości – jakoś mało gęsta ta fabuła, nie bardzo jest się czym “podjarać” i dać wciągnąć, gdy mamy tylko jeden wątek; na dodatek bohaterowie są dosyć jednowymiarowi, żaden nie ma wyraźnie zaznaczonego charakteru – najlepsza chyba wyszła pani Mottley.

Podsumowując – fajne miejsce akcji, fajny pomysł na Wodnych, ale warto byłoby nad tym uniwersum popracować, wymyślić jakąś większą historię, tak by sam pomysł nie był jedynym, co to uniwersum podtrzymuje.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przeczytałam bez bólu, choć tematyka zupełnie nie moja (przez Sparrowa i piratów Karaiby przejadły mi się dawno temu). Napisane sprawnie, jakieś straszne błędy nie rzuciły mi się w oczy, oprócz kilku powtórzeń (pamiętam mnóstwo “innych”  w jednym zdaniu, ale łapanki nie robiłam). 

Zauważyłam, że przedpiścy wysuwali zarzuty co do fabuły i bohaterów – mi nie wydawało się to problemem.

Dobra robota, Jualari!

 

Hmm... Dlaczego?

Szkoda, że zabrakło czasu na korektę – błędy zdarzają się najlepszym i podejrzewam, że gdybyś przeczytała tekst jeszcze kilka razy, wielu byś się ustrzegła.

Z mojej strony największy plus za ciekawe przedstawianie rasy wodnych, widać, że wyobraźni Ci nie brakuje.

Minus za to, że ludzkie postaci i ich losy rozpłynęły się w wodzie ;). Do końca nie wiem, o kim (i o czym) miał być ten tekst : >.

 

Nie pasowało mi, że mama-uciekinierka z plantacji wróciła z powrotem w ramiona białych oprawców, zgrzytnęła również zdrowaśka u Anglika w dobie kolonizacji Karaibów – niby to historia alternatywna, ale uderzyłaś z zaskoczenia i dopadłaś mnie z opuszczoną gardą.

 

ed: Pani Mottley była córką irlandzkiego bandyty, ale dla mnie to trochę mało, żeby uznać całą rodzinkę za katolików : >.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Całkiem przyjemne opowiadanie. Podobała mi się kreacja Wodnych, ich wplecenie w świat. Historia wciągała, mimo trochę nieco zbyt stereotypowych bohaterów. Nie podobało mi się otwarte zakończenie.

Spodobało mi się, bo to taka interesująca przygoda. Oczywiście sporo potknięć, ale ogólnie nieźle. Przyklepuję bibliotekę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

dzięki za wszystkie komentarze, trochę nie miałam głowy na nie odpowiadać (no i plus od 1,5 miesiąca mam permanentnego facepalma ponieważ pomyślałam o wszystkim, tylko nie o tym, na kogo bohaterowie powinni kląć, no i kilku innych wytkniętych rzeczach)

 

no i uwaga ze względu na bibliotekę – rozumiem, że nadal nie mogę tego poprawić? bo teraz już faktycznie wstyd przed internetami i forumowiczami.

Konkurs rozstrzygnięty, możesz poprawiać, co tylko chcesz.

Babska logika rządzi!

Finkla – umknęło mi to, dzięki za informację! :)

Fajne :)

Przynoszę radość

Nowa Fantastyka