- Opowiadanie: wboratynski - Kwestia Dni

Kwestia Dni

Zakonnicy z Golinar ruszają tropem niebezpiecznej czarownicy, która zadarła z ich zleceniodawcami - możnymi mieszkańcami Visenary. Misja zdaję się być jedynie rutyną. Co jednak, jeśli zabójcom magów przyjdzie zmierzyć się nie tyle z samą czarownicą, co własnymi słabościami? Co się stanie, kiedy na szalę zostaną rzucone ideały i przysięgi?

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Kwestia Dni

Za sprawą szybkiego ruchu ręką drobna, drewniana szkatułka dźwięcznie została pozbawiona swojej zawartości, która posypała się po uklepanej ziemi, będącej podłogą gościnnej izby w gospodzie.

– Guślarskie rupiecie – burknął wysoki, barczysty jegomość o pokaźnej, kasztanowej grzywie zwieńczonej z tyłu kucykiem. – Nic z tego nie wyciągniemy, a ta pieprzona czarownica już dawno czmychnęła poza nasz zasięg!

– Zabrała niemal cały dobytek. Z tymi tobołami porusza się jak ślimak – stwierdził drugi mężczyzna.

Był niższy od tego pierwszego, ale nie mniej umięśniony. Kolczuga z trudem opinała tęgie ramiona i zbite mięśnie. Zwieńczeniem wyglądu typowego dla zabijaki był stalowy, zimny wzrok wydzierający się z głęboko osadzonych oczu twardej, surowej i naznaczonej cieniem przeszłości twarzy.

– Znam takie kurwy, Kraal. – Pokręcił przecząco głową kasztanowłosy, dłubiąc przy tym niesmacznie głęboko w garbatym, nie raz łamanym nosie, a jego kolczyki w uszach brzdęknęły o siebie. – Użyją swoich sztuczek teleportacji albo czegoś innego i tyle je widziano. Spóźniliśmy się, na wszystkie pierdolone piekła!

Arsejan, słuchający mimochodem dyskusji dwóch swoich towarzyszy, kucnął przy rozsypanym koło siennika znalezisku i podnosił po kolei przedmioty, bacznie się im przyglądając. Można rzec, że było tu wszystko i nic. Kilka igieł, które wygięte były już całkiem i do szycia pewnikiem się nie nadawały, miedziane pierścienie, a prędzej nawet pierścionki o różnych rozmiarach, garść świecidełek błyszczących w blasku rozpalonego obok paleniska i topaz z przeplecionym przez niego srebrnym łańcuszkiem bardzo misternej roboty, prawdopodobnie nawet od corrynijskich rzemieślników, słynących ze swoich dzieł i nie wysokiej, jak za taką pracę, ceny. Zielone, przebiegłe oczy zastygły na małym kamyczku, czymś w rodzaju wisiorku. Wreszcie w jego ręce wpadł topaz, którego blask wskazywał, że czyszczony był nad wyraz często.

– To skoro tak dobrze je znasz, Styffon, to czemu się lepiej w tropieniu nie postarałeś, co? – pokrzykiwał Kraal marszcząc przy tym złowrogo twarz.

– Była tuż tuż – sprzeciwił się Styffon, tupiąc przy tym wojskowym butem jak mały chłopiec. – To, że jestem z wieży cichociemnych, nie znaczy, że jestem zasranym jasnowidzem!

Arsejan na to właśnie czekał. Dobrze wiedział, co teraz się wydarzy. Już za moment, już za chwilę. O! Właśnie. Dalej błądził rękoma po ziemi, gdy dwie pary oczu zerknęły wymownie w jego stronę. Nie, nie podniósł nań wzroku. Nawet się nie odwrócił, tylko zaśmiał w duchu, czując na plecach ich spojrzenia.

Nie mógł powiedzieć, że nie lubi zabójców magów. Byłaby to bezczelna hipokryzja, bowiem sam należał do zakonu pod wezwaniem boga Valiusa, tyle tylko, że nie całkiem w takiej roli jak tamci. Kraal pochodził z wieży siepaczy, których zadaniem była egzekucja poszukiwanego. Z kolei Styffon należał do cichociemnych – szpiegów, tropicieli, a nawet skrytobójców, jeśli wymagała tego sytuacja. Obaj ubrani byli po wojskowemu w kolczugi i stalowe naramienniki z przyczepionymi łańcuchami i ryngrafami z symbolem wagi – znakiem rozpoznawczym twierdzy Golinar. Nawet ciężkie buty i rękawice świadczyły o przygotowaniu do walki. Arsejan był zupełnie inny, już z daleka rozpoznawano w nim kogoś z wieży specjalistów. Zasłaniały go długie, brązowe szaty z kapturem, z pod których wyłaniała się skórzana, czarna kurta dobrej jakości, szyta wedle najnowszych trendów ze stolicy mody, samego Valkrend. Wszyscy nosili przy pasie miecze, ale tylko dwa z nich posiadały ślady częstego użytkowania. Nic dziwnego, bowiem Arsejan pochodził z zupełnie odrębnej, niezależnej wieży specjalistów, a oni raczej unikali bezpośrednich potyczek z wrogiem.

Ironia losu, bowiem on i jemu podobni byli nie mniej nie więcej jak magami, których normalnie zakon tępił, jak sama nazwa wskazuje. Oczywiście, celem byli czarodzieje wyjęci spod prawa, ci, którzy nielegalnie użytkowali magiczną energię – niezarejestrowani guślarze i pomyleni okultyści. Zdarzało się jednak, że specjalista czuł, jakby był zdrajcą.

To trochę tak, jakbym był kurą, która prowadza po kurnikach lisy – myślał często Arsejan.

No cóż, z drugiej strony ratował świat, bo kto inny, jak nie sami magowie, mogli rozpracować wykreowane przez siebie sztuczki, stworzyć techniki, rozbrajające magię i pozbawiające jej użytkowników dostępu do niej? Z magią zaś, jest jak z mieczem. Można jej użyć w bardzo zły sposób.

Żałował tylko, że o członkach jego wieży pozostali zakonnicy przypominali sobie na sam koniec, podczas gdy ich pomoc mogła załatwić coś dużo szybciej i mniejszym kosztem. Rozumiał niechęć, ale… pracowali razem, czyż nie? Kiedyś stwierdził jednak, że to zapewne z powodu tego, że on i reszta „jego" ludzi nie składają zakonnej przysięgi. Dzielą z zabójcami magów zakonne mury, ale należą do braci tylko w teorii. Jemu to akurat odpowiadało i to bardzo.

– Masz coś, czarodzieju? – zapytał cicho Styffon. Jego głos był chłodny i zachrypnięty, niezbyt przyjemny dla uszu.

– Po pierwsze, nie użyję żadnych wspomnianych przez ciebie sztuczek. – Zakapturzony złapał w garść szlachetny kamień, zaciskając go, jak najdroższy skarb. – Po drugie te, jak to określiłeś, guślarskie rupiecie mogą okazać się przydatne, a dokładniej ten.

Wstał i pokazał swoim towarzyszom wspomniany topaz. Zarówno szare oczy starszego od dwójki Kraala, jak i zielone wysokiego Styffona nie zdradziły żadnego rozumienia. Arsejan westchnął tylko i odwrócił się na pięcie, podchodząc do okna.

Noc miała niedługo przyoblec swoim ciemnym całunem niebo – bóg Thordus winien ozdobić tą czerń swoimi świetlistymi służącymi, gwiazdami. Na zewnątrz grupka podpitych mężczyzn z gospody tłukła się niemiłosiernie po gębach. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, najpewniej żaden z zadymiarzy już nie pamiętał za co ma drugiemu wymierzać razy.

Oddalone o kilkanaście metrów drzewa, dotychczas nawet nietknięte wicherkiem, teraz zatańczyły niczym przy wichurze, która zwiastować by miała kraniec wszystkiego, zmierzch bogów sam. Liście poleciały w siną dal, a niebo pociemniało tak, że to nawet nie zwiastowało już nocy, ale otchłań piekielną. Tłukący się po pyskach mężczyźni zaraz oprzytomnieli i z przerażeniem patrzyli ku górze. Podobnie uczynili i inni goście przybytku, którzy szybko wypełzli, niczym mrówki, na zewnątrz. Jedni spoglądali z podziwem, inni niezbyt pojmując co też widzą usta rozdziawili, a pozostali stali jak wryci, modląc się do bogów.

W tym czasie topaz uniósł się minimalnie nad dłoń Arsejana i zaświecił łagodnie, po czym zaczął się obracać. Podmuch wiatru, mimo szczelnie zamkniętej okiennicy, która sądząc po glinianych plamach, nie raz była uszczelniana, wpadł do środka. Zrzucił z głowy czarodzieja kaptur i bawił się płomieniami nad wciąż dającym ciepło kominkiem. Nawet ten mały blask dziwnego wisiorka rozjaśnił obskurne ściany izby, gdzie na kołkach wciąż wisiały różne wielobarwne i, w pewien sposób, pstrokate, kiczowate wręcz odzienia poszukiwanej przez zabójców magów czarownicy, nie zabrane z pośpiechu. Widocznie były zbyt mało ważne.

Arsejan wybałuszył oczy, które niemal natychmiast przestały przypominać żywe. Przysłonięte bielmem, jakby za mgłą, nieobecne, podróżujące po innych światach. Ciemny blond krótko ściętych włosów na modłę corrynijską, który nakazywał podgalać boki i tył, a grzywkę zaczesywać stronę karku, okraszony został pomarańczową barwą szlachetnego kamienia.

Mehmend'Aldo – wymamrotał prawie niesłyszalnie.

Inni tego nie mogli widzieć, ale mag właśnie przemierzał swoim umysłem pobliskie jeziora i lasy. Przeczesywał ogromne połacie łąk, zamieniające się w dzikie stepy, a nawet wyższe, mocno skaliste masywy, gdzie radośnie skakały kozice. Królestwo Ośmiogrodu, a dokładniej okolice miasta Ronkuud, w których się znajdowali, były jednym z najbardziej tajemniczych miejsc na całym kontynencie. Połacie ziem przechodziły raz w depresję raz w wyżynę, by nagle zostać otoczone górami, spomiędzy których wydzierała się dolina. Wszystko to jednak w jakiś sposób ciche, zapomniane, jakby martwe. Garść wiosek rzucona tam, miasto wciśnięte tu i dzika, wolna przestrzeń, ciągnąca się w nieskończoność, aż po Śnieżne Marchie na północy lub Wschodnie Marchie na południu od nich, po bokach zaś otoczone wielką wodą.

Arsejan widział to wszystko jakby tam był i rzeczywiście część jego jaźni znajdowała się daleko poza gościnną izbą. Za pomocą astralnych wichrów – energii, która spajała wszystkie znane światy i wymiary oraz dawała światu to, co nazywali magią, specjalista z pochodzącego z Golinar zakonu szukał ich celu. W pewnym momencie złapał mocno powietrze w płuca, a topaz niczym złośliwy chrząszcz wpadł prosto w jego gardło.

Ucichło wnet wszystko, uspokoiła się wichura, a ludzie, dziękując bogom za pomyślność wracali do swoich zajęć. Kraal jednak i Styffon migiem rzucili się w stronę swego towarzysza podtrzymując go, by nie wyrżnął twarzą o podłogę lub drewniany taboret, gdyż z jego ciała odeszło całe ciepło bytu.

Z nosa Arsejana ciekły ciepłe strużki krwi a powieki drżały jak oszalałe. Począł nagle kasłać tak, jak chorzy na vistaelkę – ciężką chorobę płuc, zapluwając się przy tym niesmacznie, co zresztą wywołało skrzywienie ust Kraala z obrzydzenia. Wreszcie atak ustał, a z ostatnim chrząknięciem czarodziej pozbył się z ust czegoś, co dawniej było topazem, lecz teraz pozostało tylko czarnymi kruszynami, z sykiem i dymem lądując na podłodze jak węgle wyrzucone z ogniska.

Przez stare drzwi, które widziały zapewne więcej pijackich wybryków, niż nie jeden zamtuz, ciężko osiadając na skrzypiących zawiasach, z hukiem do środka wparował jegomość z pokaźnym wąsem pod garbatym nosem, przystrzyżoną, choć już nieco zaniedbaną brodą i sokolim wzrokiem, którym obrzucił zebranych. Pędem zbliżył się do trójki, a jego oficerskie obuwie stukało mocno w podłoże w takt nerwowego kroku. Człowiek ten nie kwapił się nawet zdjąć z głowy futrzanej czapy z bażancim piórem, tylko szarpnął silną ręką za ramię zdziwionego Styffona i nachylił głowę nad Arsejanem.

– Ładny pokaz magu, naprawdę ładny – wycedził niemiło, dysząc czarodziejowi do ucha przez zaciśnięte zęby ze szparą pomiędzy jedynkami. – Miałeś nam pomóc, a nie urządzać sobie cyrki i przedstawienia magiczne dla gawiedzi uskuteczniać!

Arsejan wstał, nie przejmując się zbytnio wąsatym mężczyzną, i poprawił potargane włosy. Ich oczy spotkały się. Powracające do normalności zielone tęczówki były poddawane próbie przez ostre, ciemnoniebieskie spojrzenie, przypominające niespokojne, oceaniczne fale. Stali tak przez moment twarzą w twarz, a kąciki ich ust wyginały się w różne strony. Czarodziej zadarł wyżej głowę, co dodało mu pewności siebie, bowiem był wyższy od tego z wąsami o kciuk.

– Czarownica ukryła się w pobliskiej jaskini, nad wodospadem – oznajmił, nie spuszczając wzroku. – Nie musisz mi dziękować Andreasie.

Mężczyzna pokręcił wąsem a następnie parsknął i odwrócił się. Poprawił na golonej głowie futrzaną czapę, zacisnął mocniej pas, przy którym dyndała oficerska szabla o wyjątkowo zdobnej rękojeści oraz sprawdził zapięcia naramienników i napierśnika, który nosił z dumą.

– Przygotujcie konie i ruszamy – Andreas rzucił rozkaz przez plecy – a ciebie, panie Deveau, niech Valius, pan śmierci, ma w swojej opiece, bo jak mnie zwiedziesz to nie ręczę, oj nie ręczę jakie katusze ci sprawię.

Arsejan zaśmiał się pod nosem. Tak, zakonnicy z Golinar w bardzo specyficzny sposób traktowali użytkowników magii, nawet tych pomocnych i ratujących niejednokroć ich życie. Sami czasem nie zdawali sobie chyba sprawy, że nawet ich techniki walki z niesubordynowanymi czarodziejami także polegają na energii astralnej choć w nieco innym wydaniu.

 

***

 

Jaskinia jawiła się wilgocią i chłodem, daleka od wygód jakimi zwykła się raczyć, lecz nie pozostało jej niestety nic innego. Psy z Golinar były za nią tuż tuż, węsząc i łapiąc trop. Czuła ich oddech na karku. Nie mogła sobie pozwolić, by wszystko, na co poświęciła tyle lat, rozsypało się, pierzchło na cztery strony świata.

Wszędzie w około było ohydne robactwo. Złapała za odwłok małego pajączka z odrazą ściskając, aż jego wnętrzności strzeliły na skalną ścianę. Insekty – kruche i łatwe do zniszczenia jak otaczający ją śmiertelnicy. Zresztą czym oni byli jak nie takimi właśnie pająkami, mrówkami czy wijami? Ona była ich Panią, ona miała nad nimi władzę i ona decydowała kiedy zakończą swój marny, przeklęty żywot w tych obrzydliwych, karykaturalnych ciałach. Zresztą lgnęli do niej jak pszczoły do swej królowej, gotowe nawet użądlić w jej obronie, oddając przy tym swoje ostatnie tchnienie.

Smukłą dłoń wytarła w jedwabną, fioletową chustę skrytą w dekolcie. Zacisnęła mocno wymalowane czerwienią, pełne usta, za które nie jeden mąż dałby się zesłać do samych diabłów i z niechęcią rzuciła materiał na bok. Wkrótce zdobędzie nowy, nie będzie potrzebować tego umorusanego pajęczym ścierwem kawałka szmaty.

Zgrabne, duże biodra, które pięknie zarysowywały się przy wąskiej talii zakołysały się, gdy podeszła o kilka kroków do stojącego w kawernie wodnego zwierciadła, które stworzyło się w kałuży z kapiącej z góry wody. Spojrzała na swoje własne odbicie, przyjmując przy tym różne wyzywające pozy i wydymając usta, by raz udawać słodkiego, roześmianego podlotka, a kiedy indziej stanowczą, ale jakże ponętną matronę.

Gęste, grube, czarne loki sięgały za ramiona i niesfornie opadały kosmykami na twarz o ciemnej karnacji i mocnych rysach. Wyrazisty podbródek, ścięty na końcu nos i wystające kości policzkowe bez wątpienia były fascynujące, szczególnie gdy dodała do tego piękny, śnieżnobiały uśmiech. Pierwsze wrażenie mówiło, że miała około trzydziestu wiosen na karku, ale jej oczy zdradzały, że to tylko ułuda. Brązowe, przymrużone w kształcie migdałów były niezwykle przenikliwe i mądre, pasujące bardziej do kobiety zbliżającej się do kresu swej kobiecości.

Westchnęła cicho i stąpnęła srebrzystym trzewikiem w kałużę, zniekształcając swoje drugie ja i brudząc obuwie. Cóż, to także niedługo kupi całkiem nowe. Długie nogi skierowały ją w stronę szumiącego kojąco wodospadu. Światło wschodzącego księżyca i jego towarzyszek gwiazd co pewien czas przebijało do wnętrza jaskini spomiędzy dziur. Wreszcie dotarła do tafli wody, z hukiem wpadającej do jeziora wiele metrów niżej. Część fali jednak bryzgała radośnie do wewnątrz, co postanowiła wykorzystać. Zrzuciła z siebie dobry kilogram biżuterii, od pięknych sygnetów, po pierścienie lepsze i gorsze, a także korale i medaliony, zostawiając tylko bransoletę owiniętą wokół kostki prawej nogi. Niczym wężowa skóra opadała z niej zielono-czerwona, falbaniasta spódnica ze złoceniami i biała koszula o pięknym, wielokolorowym kwiecistym hafcie. Jędrny biust, jaśniejszy od reszty skóry, o pięknych, pełnych sutkach. Szyja delikatna, wręcz łabędzia. Foremne i pełne pośladki perwersyjnie kołyszące się przy każdym ruchu, czy brzuch, któremu nic, tylko pocałunki składać. Oto była Saisa, przez wielu zwana boginią piękna, zaś przez innych przeklętą czarownicą.

Obmywała swoje ciało w wodospadowej bryzie jakby był to jeden z jej rytuałów. Przyobleczona kroplami wody z zadartą do góry głową podczas mycia włosów musiała wyglądać jak nocna nimfa. Tylko brak było tych, którzy by tak ją określili i podziwiali. Może jednak nie? Mimo głośnego szumu do jej uszu dotarł trzepot ulatującego z okolicznych drzew ptactwa i kopyta spłoszonej sarny. Bystre oczy Saisy zlustrowały okolicę. Było ciemno, ale nie na tyle, by nie dostrzec żadnych sylwetek. Gdyby tam byli… ale nie, cisza jak makiem zasiał. Stała tak naga, bez ruchu, słysząc tylko swój oddech i łomotanie serca. Nawet wodospad wydawał się być tak odległy. Wzmocnione magią zmysły jednak miały się na baczności.

Wtem właśnie do jej uszu dotarł dźwięk rozbitego szkła. Kiedy tylko skryła się w tej kawernie, ucięła mały pukiel swoich grzesznych, jak mawiały chłopki, włosów z łona, a następnie nasączyła go kroplami krwi, po jednej z każdego palca.

– Ankilaverde - krzyknęła wówczas, przyzywając odległe moce i wyrywając z siebie część duszy stworzyła swoją własną, idealną wręcz kopię. Lecz było to tylko złudzenie, iluzja mamiąca zmysły, wszak gdy tylko jej dotknąć, rozsypywała się w szklany, drobniutki pył. Swoje magiczne odbicie postawiła u wejścia do jaskini. Teraz przepadło.

Kundle, zawszone kundle, które nie mają szacunku dla innych! Ileż to rzeczy zrobią w imię wiary, co? Ale ona się nie podda, rzuci zaraz na nich uroki. Na nic ich symbole, tajemne techniki. Ona nie jest głupia, wie jak walczyć z…

Rozmyślania przerwał huk okrutny, co wyrwał ze skalnej ściany ogromny kawał kamienia i ziemi. Zaświszczało jej w uszach przeraźliwie, że przez moment nie była w stanie pojąć nawet własnych myśli. Odruchowo padła na ziemię, na kolana i dygocząc podczołgała się do krawędzi nad wodospadem. Stał tam na dole, pośród zarośli i drzew, wysoki mężczyzna ze skierowaną ku górze i wciąż dymiącą lufą skałkowego pistoletu. Nie pochwalała tej broni, uważając ją za całkiem odrażającą.

– Kurwa, spudłowałem – zaklął na głos człowiek.

Saisa usłyszała to, czego nie chciała, czego obawiała się najbardziej:

– My się zajmiemy tą lafiryndą!

Nie, nie przeszkadzały jej wyzwiska takie jak lafirynda, dziwka czy ladacznica. Niech mówią, to nie problem. Jest ponad to. Przeszkadzał jej fakt, że głos ten usłyszała za sobą. Byli wewnątrz jaskini i, oceniając po krokach, nie był to jeden człowiek, a co najmniej dwóch. Nie schwytają jej, te zawszone psy, nie pozwoli na to.

Zerwała się jak ta spłoszona zwierzyna. Nie przejmowała się już dobytkiem, nie przejmowała się niczym. Jak strzała pędziła przed siebie, wprost na taflę wodospadu. Ktoś za nią krzyknął, ktoś zaklął. Świsnął nawet koło niej ognisty pocisk, co musiało znaczyć, że na polowanie wzięli ze sobą czarodzieja. Przynajmniej liczyli się z nią.

Skoczyła przed siebie, najdalej jak potrafiła. Wpadnie do jeziora i ani ten dryblas na dole, ani tamci w jaskini jej nie dogonią. Na odchodne potraktuje ich jakimś czarem i tyle będą ją widzieli. Wkrótce znów będzie wolna i znów utonie w świecie, który kreowała na własną modłę.

Wszystko zapewne skończyłoby się właśnie tak, gdyby nie jeden krok za dużo. Grzmotnęła z impetem wprost na wystające z wody głazy. Wraz z pluskiem wody i uczuciem, jak jej ciało osuwa się do wody, Saisa traciła pozostałe zmysły, aż w końcu wszystko zgasło, jak zdmuchnięta świeca.

 

***

 

Nie znosił, kiedy coś nie układało się po jego myśli. Andreas Lokbe, starszy zabójca magów z wieży siepaczy musiał mieć cały świat naszkicowany podle swojej myśli. Tylko jakiś wstrętny pech chciał, że zwykle, a nawet częściej niż zwykle, było inaczej i wszystko kreśliło się w kolorach szarości.

Krążył niespokojnie nad brzegiem małego jeziorka pod wodospadem, a jego rozeźloną twarz obsypywał promieniami coraz wyżej usadowiony księżyc w pełni, który majestatycznie falował w wodzie.

– Psia krew – zaklął siarczyście i cisnął swoją futrzaną czapę o ziemię, ukazując rozczochrany pukiel kruczych włosów na szczycie swojej głowy.

Wiele osób rzekłoby, że nie był typem amanta, ale i nie można nazwać go szpetnym. Niechlujny zarost, butne spojrzenie i wieczny grymas dodawały Andreasowi uroku. Jego szczęściem było też to, że wyglądał dokładnie na tyle lat ile miał. Ćwierć wieku na karku to dobry czas, powtarzał sobie.

– Andreas, ty się nie denerwuj – Wzruszył ramionami Kraal, który usiadł jak gdyby nigdy nic pod ogołoconą już z jesiennych liści gruszą.

– Niech wszyscy bogowie świetlistego panteonu mają cię w opiece, durniu jeden! – wrzasnął Lokbe wskazując ręką na jezioro: – Jeżeli Styffon jej nie wyłowi lub zrobi to, ale martwą, to biada nam!

– Ale o co ci chodzi? – Nie rozumiał zupełnie drugi mężczyzna, marszcząc przy pytaniu czoło: – Ile to już razy nie szło maga przesłuchać ani pojmać? Zdarza się.

– W tym przypadku jest trochę inaczej Kraal – wtrącił Arsejan, ślepo wpatrując się w wodę. Strzelił przy tym knykciami w rękach i przeciągnął się leniwie, prostując plecy: – Tylko ta kobieta wie, jak przywrócić rozum hrabiemu D'Algerde, wysokiemu kapłanowi Rudmelowi Hoven, synowi lorda Wyndvon i kilku innym, mniej znaczącym młodzieńcom.

Wysoki mężczyzna zastanowił się chwilę nad słowami czarodzieja, co jeszcze bardziej zirytowało Andreasa. Odezwał się jednak, jakby nagle natchniony:

– Przecież ty też jesteś psychomantą Arsejan! Znasz się na umysłach!

Nie, po prostu nie. Andreas nie wierzył, że czasami mistrzowie dają do jego oddziału tak mało myślących ludzi.

– To, że masz dwóch kucharzy, nie oznacza, że będą potrafili przyrządzić strawę na ten sam sposób – zrugał towarzysza i znów zaczął krążyć niespokojnie.

Wtedy to z pluskiem z jeziora wyłonił się Styffon dźwigając nagą kobietę. Lokbe nie sądził, że kiedykolwiek tak się uraduje na widok jakiegokolwiek maga, nawet specjalisty ich zakonu. Pędem zerwał się do niej i gdy tylko umęczony nurkowaniem Styffon cisnął ciałem, prawie jak workiem ziemniaków, na brzeg, Andreas rozpoczął akcję ratunkową, widząc, że czarownica nie oddycha. Zawahał się przez chwilę, gdy spojrzał na jej piersi, ale na całe szczęście oprzytomniał. Uciskał raz po raz klatkę piersiową, próbując pozbyć się wody z kobiecych płuc. Zakasłała! Cieszył się jak dziecko i to z czego? Z maga? Nikt mu nie uwierzy. Ale nie wszystko było dobrze. Nie odzyskiwała przytomności.

– Odsuń się – polecił Arsejan, na co Andreas przystał, cofając się o krok.

Była piękna. Diabelsko piękna i diabelsko niebezpieczna, powtarzał sobie, podczas gdy Arsejan obrócił ją na brzuch i zaczął badać jej kręgosłup. Dłoń czarodzieja świeciła drobnym światłem. Prosty, magiczny zabieg, który dokładnie pozwalał określić stan zdrowia drugiej osoby.

– Jak chcesz ją wydupczyć magu, to powiedz, odwrócimy się – zażartował wycierający się i grzejący przy ognisku Styffon, na co Kraal odpowiedział szczerym rechotem.

– Ma złamany kręgosłup. – Oszacował czarodziej ignorując dwójkę i kierując słowa bezpośrednio do Andreasa. – Żyje, ale jest w śpiączce. Nawet gdyby się obudziła, to prawdopodobnie będzie sparaliżowana włącznie z ustami. Nie powie nam słowa.

– Nie, to nie może być prawda. – Rozeźlił się Andreas.

Ta suka zabrała im wiele dni, gonili za nią przez pół kontynentu, odmawiając sobie wszystkiego, by teraz… no właśnie, co teraz? Kto im uwierzy, że czarownica popełniła niemalże samobójstwo? Ludzie parający się głęboką magią nie byli zdolni do takich zachowań. Oni nader wszystko wielbili własne życie. Lokbe przetarł powoli swoje wąsy całą dłonią, rozciągając przy tym skórę na całej twarzy.

– Ale jest pewien sposób – rzekł tajemniczo Arsejan.

Twarz Andreasa nabrała rumieńców, bo krew mu się w żyłach zagotowała. Złapał za kołnierz mężczyznę i nieomal pluł mu w twarz:

– Gadaj magu, gadaj – warczał przez zaciśnięte zęby, a drugi stanowczo uwolnił się z jego uścisku i poprawił swoje idealnie skrojone szaty.

Kiedy dostrzegł jednak, że starszy siepacz nie żartuje, westchnął cicho i sięgnął po patyk z ziemi. Nie mówił nic, tylko rysował na piasku dziwne symbole wokół czarownicy. Chociaż zabójcy magów spędzali wiele lat na uczeniu się magicznych znaków, to jednak nie byli w stanie zapamiętać ich wszystkich, a z wiekiem zdarzało im się zapominać, bowiem stosowane przez nich tajniki polegały na gestach i słowach, nie symbolach.

– Jej umysł wciąż funkcjonuje całkiem normalnie – tłumaczył Arsejan, odrzucając na bok patyk i grzebiąc następnie w swojej torbie, którą wiecznie nosił na ramieniu, nie rozstając się z nią nawet na czas snu, a raczej medytacji, bo to bowiem czynili magowie w celu regeneracji organizmu.

– Szybko, użyjcie na niej kręgu Manum'Maag – rozkazał czarodziej.

Był moment zawahania, ale kiedy zrozumieli, że to nie żart, Kraal zbliżył się do kobiecego ciała i przykucnął. Pod nosem wypowiedział słowa pradawnej modlitwy skierowanej do ich patrona, boga śmierci i sprawiedliwości Valiusa, by później uderzyć pięścią pięć razy z całych sił w glebę, zostawiając porządny odcisk. Tak, zabójcy magów nie używali magii z zewnątrz, jak większość, ale tej energii, która była w każdej żywej istocie. Dzięki treningom uczyli się opanowywać własną moc astralną i zamieniać ją między innymi na Manum'Maag, krąg, który w promieniu metra znacząco obniżał możliwości użycia zaklęć przez magów. Jednak te sztuczki nie były tak potężne jak zwykłe czary. Działały na małym obszarze i w jednym momencie zakonnik mógł użyć jednego kręgu.

Odcisk pięści zaświecił się niebieskim światłem, które jak mrówki oblazło ziemię dookoła, zapieczętowawszy w kręgu magię. Andreas był zdziwiony, bowiem jaki sens miało używanie tej mocy na sparaliżowanej czarownicy? Co też ten chędożony mag kombinuje?

Arsejan Deveau kiwnął jednak tylko głową, wciąż nic nie mówiąc i wygramolił ze swojej torby niewielki, zasupłany woreczek, któremu natychmiast poluzował sznurek i jął sypać po kobiecie. Pot zagościł na jego czole, bowiem dla każdego czarodzieja rozdzielenie z energią astralną, jaką czynił Manum'Maag, było nieprzyjemnym i drażniącym zdarzeniem, a nader wszystko wyczerpującym. Opróżnił worek w połowie, zasypując nagą czarownicę popiołem. Lokbe przyglądał się temu z zaciekawieniem, gdy nagle wkradła się do jego umysłu odraza. To nie był zwykły pył z pieca czy ogniska. To był…

– Praktyk nekromancji używa się także w innych dziedzinach – wytłumaczył naprędce mag, kiedy dostrzegł oburzenie na twarzy zabójcy. – Zresztą zakazane jest wywoływanie duchów zmarłych, animacja truchła czy praktyki wiążące dusze. Ja tylko pozyskuje składniki.

Rozbrajający uśmiech Arsejana był dla Andreasa ostateczną granicą. Siepacz wykrzywił się w gniewie, a zęby zgrzytnęły brzydko.

– Gadaj lepiej po co to wszystko, bo zaraz dołączysz do niej – warknął zabójca magów, a Deveau odpowiedział mu tylko radosnym rechotem, podczas którego schował do torby woreczek z prochami i znów intensywnie zaczął czegoś w niej szukać.

– Jak powiedziałem, martwe jest jej ciało, ale nie umysł – wyjaśnił czarodziej – astral wciąż przez nią płynie, więc w każdej chwili mogłaby użyć resztek życiowej energii z tego, hmmm, ciała, by rzucić zaklęcie uwalniające jej umysł w formie niematerialnego bytu. Może i długo nie przeżyłaby w takiej formie, dzień, góra dwa, ale jeżeli po drodze napatoczyłaby się jakaś mało odporna na umyśle osóbka, to nasza czarownica, jak o niej mówicie, stałaby się swoistym pasożytem, który powoli, powoli w pełni przejąłby kontrolę nad nowym ciałem i odzyskał dawną moc. Przynajmniej częściowo. Kwestia Dni.

– A te twoje sztuczki? Symbole, proch i… kadzielnica?! – Andreas był iście zszokowany, gdy mag wysupłał ze swego tobołka małą, przenośną kadzielnicę, misternie zdobioną, choć wykonaną raczej z taniego żelaza.

– Widzę, że nie poświęcałeś aż nadto uwagi książkom, panie Lokbe – skarcił starszego siepacza Arsejan, machając przy tym figlarnie palcem. – Może i rzucając zaklęcia czerpiemy energię z odległych źródeł w innych, nieznanych śmiertelnym światach, ale zawsze ma to jakiś wpływ na nasze własne ja. Używając odpowiednich odczynników część negatywnych efektów przenosimy na nie. Jak rzucisz ognisty pocisk przy ognisku, to zapewne ono zgaśnie, ale ty nie doznasz najmniejszego uszczerbku na zdrowiu.

– Ale po co… – próbował zapytać Andreas, lecz mag uprzedził go.

– Czarownica skradła umysły hrabiego i wielu innych ludzi – mówił Arsejan, w międzyczasie podcinając czarne loki kobiety i wciskając je do kadzielnicy – nie zdążyła jednak nigdzie ich, że tak powiem, ukryć. Trzyma je wciąż we własnym umyśle. Jedynym sposobem, żeby uratować bliskich tych, którzy opłacili zakon, będzie wizyta w nim i wyciągnięcie ich stamtąd. Ich umysły wrócą do swoich własnych ciał, a z nią zrobimy co będzie konieczne.

Ani Andreas, ani tym bardziej Kraal i Styffon nie rozumieli o co chodzi. Patrzyli z rozdziawionymi gębami na maga, jak wcześniej chłopi na magicznie zmienioną pogodę. Ten podpalił zaś kadzielnicę i zaczął obchodzić kobiece ciało od prawej do lewej.

– Nie ma czasu na więcej wyjaśnień. – Zirytował się już czarodziej. – Ma obrażenia wewnętrzne i długo nie pociągnie, więc jeżeli nie chcecie, by mistrzowie dobrali się nam do skóry, lepiej róbcie co wam każę!

Nie pytali o nic więcej. Andreas też, choć wciąż był podejrzliwy. Przyglądali się, jak Arsejan mamrocze kolejne słowa inkantacji, a swąd palonego włosia drażnił ich w nozdrza.

– Lokbe, połóż się obok – nakazał czarodziej.

Znów był moment zawahania, ale widząc stanowcze oblicze Arsejana, zrobił co ten rzekł. Chciał położyć się tak jak leżało kobiece ciało, ale mag poinstruował go, by jego układ był odwrotny. Gdzie ona miała głowę, on miał mieć nogi, gdzie ona stopy, on swą czuprynę. Zrobił to.

– Na mój znak, zdejmiesz swój Manum'Maag, a ty Styffon trzymaj Andreasa.

Starszy siepacz rozejrzał się niepewnie i widać było, że nie lada strach zajrzał do jego wnętrza, ale nim zdążył się podnieść, ręce towarzysza pochwyciły jego barki.

– Co do…

– Spokojnie Lokbe – mruknął czarodziej – nie powinno boleć.

Chciał się wyrwać. Zabije, zabije tego skurwiela, rozszarpie własnymi, gołymi rękoma!

– Teraz! – krzyknął Arsejan, a Kraal cofnął pieczęć.

Obraz zatrząsł się przed oczyma Andreasa. W pierwszej sekundzie wszystko pociemniało, jakby ktoś założył na jego głowę worek, by nagle rozbłysnąć oślepiającą kaskadą barw. Rwało go w każdym centymetrze jego ciała. Czuł, że palce wydłużają mu się na niewyobrażalną długość, następnie wracają do swego rozmiaru i z ogromną eksplozją bólu pękają na drobne kawałki. Żołądek stał się ogromną kulą, wyżeraną od środka. Pęczniała, a w jej wnętrzu coś pełzało i gryzło. Usiłował wierzgać się, wyrwać z objęć, ale siła Styffona była niewyobrażalna. Kiedy odwrócił się by spojrzeć błagalnie w jego oblicze, nie było tam towarzysza, jedynie zionący zielonym ogniem z pustych ust i oczodołów potwór o korowej skórze i krzywym, diabelskim uśmiechu. Krzyczał, albo tak mu się wydawało, bo sam siebie nie słyszał. Zapadał się, daleko, głęboko do wnętrza ziemi, jakby trawa była całkowitym bagniskiem. O dziwo tylko obumarła grusza nad nimi zbliżała się wciąż do niego, a siedzące na niej kruki łypały czarnymi oczyma.

Kiedy wciąganie nagle się zakończyło, a w jego wnętrzu wszystko zdawało się być już w normie, ptaszyska rzuciły się na niego, dziobiąc i wyrywając kawałki ciała. Chciał je odgonić ale był sparaliżowany. Rwały i szarpały ciało, a karmazynowa, ciepła ciecz z ran tryskała na jego twarz. Ból był nie do opisania, ale ustał. Tak samo nagle, jak wcześniejsze przeżycia. Kruki odleciały, a on leżał obolały w wielkim dole. Daleko, daleko, widział księżyc. Coś jednak go zasłaniało. Mały, ciemny punkt, który zaczął rosnąć. Zbliżał się. Andreas znów krzyczał bezgłośnie. Nagie ciało czarownicy zbliżało się do niego. Nie, to nie może być prawda! Arsejan, ty zawszona gnido! Kraal! Styffon! Ratunku! Nie odpowiedział nikt. Ciało kobiety było na wyciągnięcie dłoni. Piękna, ale wciąż śniąca. Udało mu się poruszyć pokiereszowaną dłonią. Wyciągnął ją w jej stronę, z wiszącymi na niej kawałkami mięsa i widocznymi białymi kośćmi.

Czarownica wnet otworzyła oczy i usta w niemym grymasie krzyku, a potem spadła na Andreasa. Wszystko zniknęło, nawet własne myśli.

 

***

 

Czas, kiedy całe otoczenie było ciemnością dla każdego z jego zmysłów, zdawał się nie mieć końca. Nie wiedział, czy trwał w takim stanie ułamki sekund, godziny, dni czy może nawet lata? Rzecz jasna próbował poruszać członkami, ale były jak z żelaza, ciężkie i niewrażliwe na otępiałe ścięgna. Przypominały bardziej nogi kamiennych posągów, co to po wsze czasy w ziemie zostają wbite. Nie inaczej było z ustami, bo gdy tylko zapragnął coś rzec czy szepnąć, nie mówiąc o krzyku, czuł jakby pogryzł przed chwilą całe koryto wysuszonego mułu z dna rzeki. Wreszcie przyszło upragnione światło. Lecz to nie było słońce, nie żaden promyk, który dotknąłby niewinnie jego ogorzałej twarzy, nie załaskotał w gęsty wąs. To był wybuch światła, zmuszający do natychmiastowej reakcji. O dziwo, poruszył się.

Andreas Lokbe poderwał się tak, jak wyrwany z koszmaru. Zresztą był zlany potem po całości. Ciekło z niego jak z cebra. Kołatające serce normalnie zaniepokoiłoby starszego siepacza, ale tym razem rozradowało nieziemsko. Nawet śmiech, głośny i serdeczny, którym sam siebie obdarzył, ucieszył go niezmiernie, bowiem coś słyszał i jakikolwiek dźwięk wychodził z jego wnętrza. Żył! Żył, to było najważniejsze. Z trudem ogromnym dźwignął się, choć kości łupały jakby tydzień spędził na kamiennej i lodowatej podłodze zakonnego karceru. Omiótł przyzwyczajającym się do światła wzrokiem otoczenie i ze zgrozą stwierdził, że to nie jest stara, bezlistna grusza, przy której Arsejan odprawiał swoje rytuały. Nie było wodospadu, nie było też towarzyszy, nie było czarownicy.

Stał osłupiały pośrodku niczego, mając pod stopami tylko rozgrzany piasek, a nad głową palące słońce. Mógłby być to leżący na dalekim południu półwysep Mangharbski, ale ognista kula na nieboskłonie była tylko jedna, podczas gdy tam zwykle dostrzec można było dwa słońca. No i gwiazdy. Był środek dnia, ewidentnie, a niebo utkane było gwiezdnymi nićmi. Jeszcze raz rozejrzał się, poklepując swą twarz w próbie rozbudzenia się, lecz nic się nie zmieniło. Stał na środku jakiejś pustyni i jak okiem sięgnąć widział wszędzie taki sam, pozbawiony cywilizacji i zróżnicowania horyzont.

Wiatr zawiał mocniej, aż musiał zasłonić twarz, by ziarnka piasku na nowo nie dostały się do jego ust, bo naprawdę miał już szczerze dość bycia niemową.

– Zapłacisz mi za to skurwiały magu – zaklął pod nosem i ruszył przed siebie… o krok.

Słyszał o lotnych piaskach, ruchomych piaskach lub jak kto je zwał, ale nigdy nie doświadczył ich w swoim życiu! Mimo wszelkich sił coś ciągnęło go w dół, jak wodne umarlaki ciągnął w głąb jeziora. Próbował rwać się, ale na nic, bo z każdym ruchem wpadał coraz głębiej. Psia krew, jak na bagnach. Jeżeli będzie usiłował się wyrwać, skończy jak… ten ktoś. Tu zerknął na pięknie białe ludzkie kości połyskujące w słońcu i czaszkę, która upiornie szczerzyła się w jego stronę. Na pewno tego nie chciał. Nadzieja matką głupich pomyślał i wniebogłosy począł wołać pomocy, choć w około nie było żywej duszy.

Ale cuda się zdarzają. Za swoimi plecami usłyszał dziwny stukot, nieco przypominający jeźdźców. Nieco, bo raczej nie były to konie, ale na pewno zbrojni na jakichś wierzchowcach. Obrócił powoli kark, by wykonać jak najmniejszy ruch i na horyzoncie dostrzegł faktycznie grupę zbrojnych, dosiadającą dziwnych, garbatych, kopytnych zwierząt o jasnej sierści. W starych księgach mistrza Ezdekela czytał, że nazywa się takie bestie wielbłądami i na pustynnych terenach spisują się wcale nie gorzej, a nawet lepiej niźli zwykłe konie. Ponoć też nie muszą pić, co w tak suchej krainie było największą zaletą.

Jeźdźcy zbliżyli się szybko, stanowczo za szybko. Dla Andreasa było jasne, że musieli korzystać z jakichś zaklęć i miał tylko nadzieję, a raczej oni powinni, że posiadają na takie coś stosowne dokumenty. Nie każdego było stać na zaklinanie wierzchowca, więc albo łamali prawo, albo byli niezwykle zamożni. Siedmiu mężczyzn odzianych w kolcze czepce ozdobione czarnym materiałem i stalowe kirysy, także o ciemnej barwie i srebrnych zdobieniach. Byli uzbrojeni, co oczywiście nie było dla zabójcy magów zdziwieniem. Każdy z jeźdźców dzierżył rodzaj jeździeckiego miecza, a dodatkowo jeden z nich, w białym, połyskującym płaszczu, miał zatknięty za pas pistolet, broń naprawdę rzadko widywaną na południu. Gdy podjechali na odległość dwóch metrów od Andreasa, zauważył, że ich hełmy całkiem zasłaniają twarze i nie jest w stanie dostrzec pośród otworów na oczy ich źrenic.

Nie powiedzieli słowa. Jeden z nich odpiął przywiązaną do siodła sieć i rzucił na zabójcę magów, jakby ten był zwierzyną. Lokbe szeroko otworzył oczy, bardziej z wściekłości niż strachu, a następnie próbował uniknąć spętania, jednak wciągający piasek skutecznie uniemożliwił mu jakikolwiek ruch. Sieć oplotła go całkiem i gdy wierzgał się, nie tylko zatapiał się bardziej w piasek, ale i plątał w grubych niciach swego więzienia. Warczał, pokrzykiwał, stękał i rwał, ale było to na nic. Próbował nawet dobyć broni i może by mu się udało, lecz zszokowany spostrzegł, że nie ma ze sobą całego swego pasa!

– Jestem starszym siepaczem zabójców magów! – krzyczał w proteście. – Każę was wychłostać i nabić na pal, a wasze członki dać trupojadom na pożarcie!

Ale jeźdźcy nie reagowali. Dopięli jeden ze sznurów powiązanych z siatkowym więzieniem Andreasa do wierzchowca zwanego wielbłądem i pognali. Lokbe trzasnął podbródkiem o ziemię, kiedy wyrwano go z wciągającego piasku. Myślał, że to koniec, ale znów był w błędzie. Wielbłąd nabierał prędkości, a on ciągnął się za nimi po ziemi jak truchło, raz po raz obcierając swoje ciało o pustynne podłoże, nie wspominając już o piasku i robactwie, które ochoczo wpadało do ust, oczu, uszu i nosa.

Nie był w stanie określić, ileż to kilometrów go tak ciągnięto, ale po bólu, jaki odczuwał i dziesiątkach sińców, jakimi zostało obdarzone jego ciało, mógł stwierdzić jedno – wystarczająco długo. Wierzchowce pędziły na złamanie karku i to chyba jego, bo latał w siatce jak zwierz pochwycony, nie raz uderzając głową o kamień, co spowodowało znaczącą ilość krwawych rozcięć na twarzy i rękach, ale na całe szczęście wkrótce nastał moment spowolnienia jazdy. Zasapany i doszczętnie poturbowany stwierdził, że jazda na tyle już była powolna, iż pozwala mu na rozejrzenie się, choć umęczone mięśnie błagały, by tego nie czynił.

Przejeżdżali właśnie przez kamienny, łukowy most, który musiał być niezwykle stary, bowiem całość porośnięta była mchem, a wiele fragmentów było częściowo lub nawet doszczętnie spękanych. Andreas spostrzegł jednak, że niektóre z odłamków zamiast runąć w zawalonym miejscu w dół przepaści, nad którą ów most się rozciągał, wisiały, wręcz lewitowały w powietrzu obracając się wokół własnej osi. Zdziwiło go to niezmiernie, bowiem w żaden sposób nie mógł wyczuć tutaj działania magii, co przecież członkowie jego zakonu czynili mimowolnie, instynktownie jak oddychanie. Gdy wychylił się nieco, naciągając sieć do maksimum, ujrzał też kolejny niepokojący fakt. Otóż przepaść była bez dna, czarna jak smoła, a niesione niczym na wietrze pożółkłe liście tworzyły specyficzną, baśniową fosę. Zrozumiał. Był w umyśle czarownicy i to był jej świat, który sama wykreowała. Zatem chociaż część planu się powiodła.

Minęli most i ciągnięto go pośród brukowanych ulic otoczonych przedziwnymi budynkami. Niektóre były drewnianymi chatami, jakie dobrze znał z północy Visenary, z krainy skutej wiecznym mrozem zwanej Śnieżnymi Marchiami. Inne wykonano z białego kamienia, z którego wzniesiono ogromną część Corrynii, stolicy Królestwa Corrynijskiego, klejnotu ludzkości. Były też małe kamienice, niczym te z jego rodzimych, sarenickich stron albo pstrokate budynki, które budowano w Nadmorskich Księstwach. Nawet dało się poznać lepianki z południowego Cesarstwa Denkunijskiego. To zaś, co spajało je w jedną całość była ich chaotyczność i stan. Budynki bowiem wyglądały jak zapomniane przez czas, a ich okna ułożone były całkiem odmiennie, znajdując się na przykład w miejscu, gdzie winny znajdować się drzwi, albo na dachu lub też podłodze ganku. Nie wiedział też, czy to złudzenie, czy fakt, ale każda z budowli kołysała się na boki, niczym goście słuchający chwytliwej melodii trubadura przy ognisku.

Jego uwagę przykuł całkowity brak ludzi, pełno zaś było kruków czy szpaków, a na gankach i w otwartych oknach siedziały koty i psy różnej maści i odmiany. Chciał znów odezwać się do tych, którzy go pojmali, ale gwałtowny zwrot wielbłądów w jedną z uliczek łupnął nim o fasadę budynku z białego kamienia, pozbawiając tchu i tłukąc jedno z żeber. Lokbe zawył z bólu i zaklął po nosem.

Wkrótce jednak zatrzymali się. Nie, nie liczył że to koniec. Jeźdźcy odpięli go od wielbłądów i unieśli do góry, nie zważając na wymierzane w ich ciała kopniaki i pięści. Zabójca magów był nawet przekonany, że po jednym z ciosów, którym trafił zbrojnego idealnie w głowę, jego pięść zatrzymała się na pustym materiale, a nie czaszce.

Weszli z nim do jakiegoś starego, ceglanego budynku, przypominającego jak żywo starożytne spichlerze. Ale nie był raczej tym. Zbyt długo schodzili po schodach w dół, stanowczo zbyt długo jak na piwnice. Drogę oświetlały jedynie ledwie tlące się pochodnie, które w końcu ustąpiły miejsca niemal całkowitym ciemnościom. Zmysł węchu oszalał. Smród uryny, gnijącego ciała, wymiocin, odchodów i potu był nie do zniesienia. Rzucono nim i poza uderzeniem o twardą posadzkę poczuł, że wpadł w coś mokrego, twarzą. Szybko wypluł zawartość orientując się, że to czyjś mocz. Choć ciało wołało o łyk jakiegokolwiek płynu, nie zniży się nigdy do poziomu picia czyichś szczyn. W oddali usłyszał mechanizm zamykających się wrót, a wzrok powoli przyzwyczajał się do ciemności, nawet w sposób nader szybki, nie całkiem naturalny.

Ktoś się zbliżył. Jakaś istota. Nie, nie jedna. Dwie, trzy, siedem, dużo. Wiercił się, starając oswobodzić z więzów, kiedy tajemnicze postacie sięgały ku niemu przypominającymi ludzkie rękoma. Walka trwała parę minut, aż zorientował się, że został rozwiązany. Zerwał się na równe nogi, mimo bólu wielu fragmentów swego ciała. Ruch był tak gwałtowny, że aż poczerniało mu przed oczyma, na szczęście szybko odzyskał świadomość, chociaż czuł, że krew odpłynęła z niego niemal całkowicie.

Dziwne istoty, które go okrążyły były ludźmi, a raczej kiedyś musiały być. Wychudzone, z widocznymi niemal całkiem żebrami i kręgosłupami, z zapadniętymi policzkami, w podartych łachmanach, z oczami, które prawie całkowicie wychodziły na zewnątrz i resztkami włosów przypominały bardziej chodzące trupy. Pojękiwali do niego, postękiwali i tępo patrzyli, jak pozbawieni własnego ja pacjenci zakładów dla obłąkanych. Przepchnął ich barkami i ruszył przed siebie, by ocenić gdzie dokładnie się znalazł. Takich jak Ci tutaj było w okrągłej, ogromnej sali dziesiątki, być może nawet setki. Niektórzy wyglądali bardziej jak ludzie, podczas gdy inni przypominali już całkiem gnilaki lub trupojady. Jedni coś jeszcze mówili we w miarę zrozumiałym, wspólnym języku, inni zaś jedynie warczeli i wydawali z siebie zwierzęce, dzikie dźwięki. Leżeli na ziemi, często w ekskrementach, drapali zdartymi do krwi rękoma ściany lub krążyli bez celu. Nie było stąd wyjścia.

Andreas wiedział, że jakoś musieli go tu wprowadzić, przecież pamiętał korytarz, którym go znoszono, ale wszystkie ściany były litą skałą, podłoga ubitą ziemią, a stalaktytowy sufit znajdował się dobre dwadzieścia metrów nad jego głową.

Poczuł, jak ssie go w żołądku. Nie, nie tak jak po dobrej popijawie z kompanią. To był najprawdziwszy głód, od którego bolała już głowa. Nie mówiąc o spękanych, spragnionych płynu ustach.

– Jeść – zachrypiał do jednego z obdartusów, ale ten odpowiedział mu tylko niemym spojrzeniem bez wyrazu.

– Pić – zbliżył się do drugiego, który wyszczerzył tylko głupkowato wybrakowane zęby i zakasłał straszliwie krwią, aż Andreasa zemdliło.

Odór był tak ohydny, że nie wytrzymał i zwrócił to, co ostało się w żołądku. Żółć. Jak za dotknięciem zaklętej dłoni, na dźwięk wymiotów i ich plusk o ziemię kilkanaścioro z wynędzniałych ludzi gwałtownie odwróciło się w stronę zabójcy magów, a następnie pędem się rzuciło, dopadając do ziemi i… zlizując to, co zwrócił. Zrobiło mu się jeszcze gorzej, ale odsuwając się powstrzymał od kolejnego ataku zwracania zawartości żołądka. Usłyszał obok mlaskanie i pomrukiwanie. Brzmiało to tak, jakby dzikie zwierzę zajadało się swoją ofiarą. Kątem oka spostrzegł, że kilka osób właśnie coś spożywa. Podszedł powoli, by z przerażeniem pojąć, że posiłkiem tych „ludzi" jest jeden z nich, martwy.

– Nie, to nie może być prawda – załkał.

– Ale jest! Jest! – odparł mu jakiś radosny głos.

Odwrócił się i popatrzył, komu to tak zabawnie jest chyba w samym piekle.

Mężczyzna przed nim nie był aż tak wycieńczony jak pozostali tutaj, ale na pewno swoje tu przeżył. Miał na głowie całkiem sporo czarnych włosów, a paznokcie, którymi co chwila drapał inny fragment swojego ciała, były bardziej żółtymi pazurami dzikiej bestii. Patrzył na Andreasa dość debilnie, ale miał nadal jakiś blask w oku, którego tamtym brakowało. Lokbe dostrzegł też częściowy brak nosa i oka, ale ropiejące blizny nie wskazywały, że to czynnik wojenny, tylko raczej samookaleczenie tymi ohydnymi paznokciami.

– Gdzie my jesteśmy?! Jak stąd wyjść?! – Andreas pochwycił mężczyznę za ramiona i majtał nim jak szmacianą lalką, podczas gdy ten zaczął się tylko diabelsko śmiać. – Gadaj – zażądał Lokbe.

– Nigdy nie wyjdziesz stąd, nigdy! Jedz, bo umrzesz, jedz bo umrzesz – powtarzał mężczyzna, nawet wtedy, kiedy zirytowany Andreas cisnął nim o ziemię, łamiąc jedną z jego kości, co skwitowane zostało specyficznym trzaskiem.

Zabójca magów kucnął i przetarł parę razy twarz. Dopiero teraz dotarło do niego, że też odziany jest w łachmany. Może i jego nie były aż tak zdewastowane jak tutejsze, ale wyglądał jak jeden z wędrujących od wioski do wioski Braci Miłosierdzia, pokutników boga życia Numirasa, którzy uznali swój trąd za karę za grzechy całej ludzkości.

– Na pewno nie będę żarł tego, co wy – wycedził, na co tajemniczy mężczyzna leżący obok, który próbował nastawić sobie złamaną przed chwilą rękę, odpowiedział krótko.

– Kwestia dni, kwestia dni.

Andreas prychnął i odszedł od niego. Ten jednak podskoczył zręcznie i zgarbiony dreptał za starszym siepaczem jak pies. Nieważne w które miejsce Lokbe się udał, pomylony mężczyzna szedł za nim.

– Zostawisz mnie w spokoju?! – wrzasnął Andreas.

Nikt nawet się nie obejrzał, a łażący za zabójcą człowiek tylko głupio się uśmiechnął i klasnął w dłonie.

– Kwestia dni, kwestia dni! – zakrzyknął.

Andreas westchnął cicho i przysiadł na ziemi, powoli ściągając z siebie szmatławe szaty i układając je jako poduszka pod głowę. Przykrywać się nie musiał, bo nie było zimno, poza tym nie chciał spać. Na pewno nie w takim miejscu, chociaż spragniony żołądek mówił co innego.

– Masz jakieś imię? – zapytał wreszcie czarnowłosego a ten zaczął skakać z nogi na nogę.

– Saerdna! Saerdna! – radośnie odpowiedział człowiek.

– To teraz łaskawie proszę Saerdna, zamknij ryj i daj mi się skupić.

Pomyleniec usłuchał prośby, kucając obok i zaczynając ssać kciuk jak dziecko. Mlaskanie też było denerwujące, ale mniej niż klaskanie i powtarzanie wkoło tych samych bezsensownych słów. Andreas próbował na różne sposoby wyczuć jakikolwiek powiew astralnej energii, znaleźć odpowiedź, zrozumieć co czynić dalej, ale witał się tylko z pustką. Wkrótce oczy stały się ciężkie, a walka ze snem okazała się skazana na porażkę. Lokbe zasnął obok wypróżniającego się Saerdny i grupki, która ogryzała czyjąś rękę i to chyba kogoś na wpół żywego.

 

***

 

Poczuł jakby ugryzienie na piszczelu. Wyrwał się ze snu, z którego nic już nie pamiętał, jak rażony piorunem. Jeden z tutejszych próbował zrobić sobie z niego ucztę, a trzech innych z apetytem obserwowało. Gdy tylko zobaczyli, że jednak Andreas żyje i jest całkiem ruchliwy, czmychnęli niczym zające.

Zabójca magów rozejrzał się gniewnie i dostrzegł, że Saerdna wciąż kuca obok, teraz obgryzając swoje „paznokcie" i mrucząc przy tym jakąś melodię.

– Mogłeś zareagować! – wydarł się z pretensjami, a mężczyzna o czarnych włosach tylko wzruszył ramionami.

– Świeżak nie prosił – stwierdził, nie wyciągając palców z ust i powrócił do nucenia sobie znanej tylko pieśni.

Andreas nie zamierzał odpowiadać. Westchnął nieco oburzony i poprawił zmierzwione włosy oraz skręcony przez sen wąs. Ani głód, ani pragnienie nie minęło. Doszedł do tego jeszcze ból w kościach od spania na twardej, kamienistej podłodze, umorusanej pyłem i wszystkim, co mogło się na ziemi znaleźć. Przeciągnął się i spróbował zrobić to, co zwykle czynił o poranku, jednakże już przy pierwszej pompce nie tyle mięśnie, co strzaskane żebro dało o sobie znak.

– Bogowie wszechmocni – rozmyślał, kiedy położył się z powrotem na plecach, by jeszcze na chwilę dać odpocząć ciału – musi być stąd jakieś wyjście, muszę jakoś się dostać do…

Zgrzytanie zębatych kół jakiegoś mechanizmu wyrwało go z letargu. Ściana w jednym miejscu wielkiej sali rozwarstwiła się, ukazując oświetlony tunel, a ludzie tłoczyli się w około tego dziwnego zjawiska, podskakując czy to z radości, czy z przerażenia. Lokbe podniósł się i podszedł, łokciami robiąc sobie miejsce wśród gapiów, a krok w krok za nim podążał Saerdna. Zgrzytanie metalu ustało, a w miejscu, gdzie rozsunęła się skała powstała kwadratowa wyrwa szeroka na dziesięć, może nawet dwanaście stóp w każdą stronę. Nikt jednak nie podchodził, patrząc się na nią tylko beznamiętnie.

Andreas pewnym krokiem ruszył na przód, lecz poczuł, że ktoś szarpnął za kawałek szmaty, która owijała jego pas.

– Świeżak nie idzie, postrada zmysły! Rozum, rozum straci! – ostrzegł żywo przerażony Saerdna.

– Co tam jest? – spytał zaciekawiony starszy siepacz.

Czarnowłosy mężczyzna przygryzł język i zachichotał, plując przy tym na lewo i prawo.

– Trzy pytania klucznicy zadadzą, by trzy szkatuły otworzyć – odrzekł szeptem – trzy odpowiedzi wrota też otworzą, które do próby będą wiodły, a próba do niej.

– Do niej?

– Pani tych włości, krwawej Saisy – gdy Saerdna wypowiedział to imię, tłum padł niemal natychmiast na kolana, włącznie z nim, lecz poza Andreasem.

– Ale kto choć na jedno pytanie źle odpowie lub próby nie przejdzie, na wieki tu pozostanie – dodał mężczyzna wścibiając nos w ziemię – na wieki wieków wieczności…

– A więc tam znajduje się ta suka – pokiwał głową zabójca magów, uśmiechając przy tym pod wąsem. – Wkrótce sama zaśnie we własnych szczynach.

– Nie idź tam, nie idź! – ostrzegł beznosy człowiek. – Po wsze czasy będziesz spędzał katusze, będziesz słyszał w głowie jej głos na wieki! Aaaaa!

Andreas prychnął na te słowa i ruszył w stronę tajemniczego tunelu.

– Na pewno to lepsze, niż spanie pośród waszych szczyn i słuchanie twojego obłąkanego bełkotu – burknął.

Im był bliżej, tym odnosił coraz mocniejsze wrażenie, że tunel nie ma końca. Blask, wydobywający się z kamiennego korytarza był na tyle mocny, że musiał ręką przysłaniać oczy żeby cokolwiek widzieć. Przekroczył próg i po kilku krokach wzrok przyzwyczaił się do nowego światła, którego źródło pozostawało jednak tajemnicą. Usłyszał za sobą, jak kamienie zasypują się. Siepacz próbował skoczyć do tyłu i jeszcze o coś spytać pomylonego mężczyznę, ale przejście zniknęło. Wzruszył ramionami i parł naprzód, w głąb tunelu. Otoczenie szybko jednak zaczęło się zmieniać. Chociaż wciąż na wprost prowadziła tylko jedna ścieżka, teraz stała się wiszącym mostem nad wielką rozpadliną, zapchaną tonami złota, drogocennych kamieni i najróżniejszych kosztowności. Zawahał się nawet, ale w głębi wiedział, że czarownica pogrywa z nim i zapewne próba pochwycenia choćby jednej złotej monety skończyłaby się czymś bardzo niedobrym.

– Zwykły wymysł wyobraźni – stwierdził pod nosem Andreas, przekonując chyba tylko samego siebie.

Za mostem stało wielkie, stare zamczysko, o potężnych, choć nadkruszonych czasem murach. Nie było jednak widać żadnych żołnierzy, żadnej żywej duszy. Sprawiało wrażenie, jakby było opuszczone od setek lat. Kiedy zabójca magów podszedł do wysokich, drewnianych bram, te powoli, ze świdrującym w uszach skrzypnięciem otworzyły się. Jego oczom ukazał się zupełnie zaniedbany dziedziniec, który z lubością podziwiały kruki zasiadające na każdym wyższym miejscu. Przy dawnej stajni, której dach zapadł się całkiem, leżało końskie truchło nad którym krążyły insekty, a sadzawka z roztrzaskaną statuą zamiast pięknej wody straszyła zieloną florą. Ostrożnie zbliżył się do niej, by wreszcie spróbować napić się czegokolwiek. Zanurzył usta i pił starą, śmierdzącą wodę. Nie przejmował się. Jak tylko wyjdzie z tego piekła i wróci do swojego ciała, wypije dzban porządnej gorzałki. Nagle woda zafalowała. Przeraził się niezmiernie i odskoczył, potykając o kawałek zwisającej z jego prowizorycznego ubrania szmaty, co doprowadziło do upadku, na całe szczęście tylko na plecy. Podniósł się, a jego ciemnoniebieskie oczy, całe przetkane krwistymi haftami z przemęczenia, spostrzegły jak z brudnej wody wyskakują trzy nienaturalnie wielkie i obrzydliwe ropuchy. Płazy były wielkości dorosłego charta, choć oczywiście znacząco tłustsze. Łypały na niego złotymi oczyma, a jedna, o mocno zielonej, oślizgłej skórze skoczyła dziarsko do przodu, zatrzymując się koło jego stóp, co też zmusiło go do odpełźnięcia do tyłu.

Ropucha rozdziawiła swój wielki pysk, ale zamiast rechotu usłyszał tubalny, ludzki głos, który echem rozszedł się po okolicy.

– Pierwsze pytanie Andreasie Lokbe – zagrzmiała, a zabójca magów z niedowierzaniem potrząsnął czupryną.

– Co mieni się czerwienią i jak płomień jest gorące, migocząc, a wciąż jednak płomieniem nie będąc? – ropucha zakumkała na koniec zagadki i strzeliła przed siebie długim jęzorem, mijając Andreasa zaledwie o stopę, łapiąc zaś kruka, który w mgnieniu oka zniknął w jej wnętrzu z błagalnym „kra" ulatującym z połykanego dzioba.

Starszy siepacz podniósł się i zmarszczył czoło. Mieni się czerwienią, nie jest płomieniem? Myśli siłowały się ze sobą, a na domiar złego ropucha znów zarechotała ohydnie i powtórzyła pytanie.

– Co mieni się czerwienią i jak płomień jest gorące, migocząc, a wciąż jednak płomieniem nie będąc?

To nie może być trudne Lokbe, myśl! Nic wyszukanego, prostego, coś co na pewno znasz ty i znają inni, coś co zna każdy, być może nawet od narodzin…

Żaby zaczęły rechotać nie w swój sposób, ale ludzki, złowieszczy, szyderczy śmiech. Nawet ptaszyska zaczęły im wtórować podskakując wesoło i kracząc, ale poza zwykłym „kra" dało się usłyszeć „przegrał, przegrał, przegrał".

– Krew! – krzyknął zabójca magów, a jego lico było rozradowane szczerze. – Krew migocze, gdy tryśnie z rany! Krew ogrzewa nas, krążąc po ciele i ciepło daje, gorąca też jest gdy tylko skapnie! Krew!

Ropucha nadęła się przeokrutnie i otworzyła pysk, z którego wypluła małą drewnianą, inkrustowaną szkatułkę. Patrzyła jeszcze chwilę swoimi wielkimi ślepiami na siepacza, po czym zaczęła się rozpłaszczać zupełnie, aż wreszcie przypominała wysuszone przez słońce i zgniecione przez dziesiątki końskich kopyt żaby na traktach. Dwa pozostałe płazy uspokoiły się, a kruki siadły na swoich miejscach, znów bacznie zerkając na dziedziniec. Andreas w tym czasie otworzył szkatułę i wyciągnął z niej stary, pożółkły manuskrypt. Rozwinął go czym prędzej i ujrzał tylko koło z dziwnymi, nieznanymi mu symbolami wrysowanymi w cztery strony świata.

– To nie ma sensu… – próbował oponować, ale wówczas usłyszał gdzieś w oddali przekręcanie się jakiegoś zamka, jakby chrobot klucza, a kolejna, tym razem niebieskawa ropucha wykonała susa w jego stronę.

– Drugie pytanie dla kundla z Golinar – szydziła stara żaba – co rodzi się nocą, kiedy wszystko inne odchodzi w zapomnienie, a umiera świtem, gdy reszta powstaje?

– Nie wie, nie odpowie, nie odpowie – krakały ptaszyska, a pióra lecące z nich pióra zaczęły układać się na ziemi niczym dywan.

Niebo zasępiło się podobnie jak Andreas, z chmur zaś runął na ziemię gęsty deszcz, tworząc głębokie kałuże na nierównym podłożu dziedzińca. Zabójca magów był skonsternowany. Mógłby rzec, że to gwiazdy rodzą się nocą, a świtem umierają, jednak dzięki naukom ze sztuki astronomii i astrologii wiedział, że po prostu znikają nam z oczu, lecz faktycznie pozostają tam, gdzie były. Niektórzy nawet twierdzili, że są tak odległe, że być może już nie ma ich od tysięcy lat, a my po prostu wciąż widzimy ich światło.

Czyżby więc przyszło mu zostać więźniem w głowie czarownicy Saisy? Nadzieja umiera ostatnia, ale zbyt często w ostatnich dniach umierała, pozostawiając tylko lęk przed tym, co nadejdzie…

– Lęk! – znów krzyknął, aż cały się rozpromienił, jak małe dziecko, które dostaje świeżo wystruganą zabawkę. – Lękamy się nadchodzącego dnia, niespełnionych nadziei i obietnic, które sami sobie składamy! Ha! Nie wygrasz ze mną, zawszona czarownico!

Kruki zatrzepotały skrzydłami, nawet zaczęły się dziobać, jak ludzie na turnieju, kłócąc się, czy wojownik winien wygrać, czy też paść pod ciosami rywala. Ropucha o mieniącej się niebieskim kolorem skórze splunęła małą skrzyneczką i zaczęła się kurczyć i płaszczyć, jak poprzednia. Starszy siepacz pospiesznie otworzył swą kolejną zdobycz, wydobywając z niej kredę, podobną do tych, którymi specjaliści w twierdzy zakonu znaczyli rysunki podczas rytuałów. Kreda i manuskrypt muszą być ze sobą powiązane, stwierdził mężczyzna, w tym samym czasie nasłuchując, jak kolejna zapadka mechanizmu została wprawiona w ruch. Jeszcze jedno pytanie i będzie o krok bliżej. Miał już serdecznie dość, szczególnie, że kiszki w jego trzewiach grały istny koncert.

Ostatnia gruba ropucha skoczyła na płaskie i wysuszone ciała swoich towarzyszek i zakumkała obrzydliwie, nadymając czerwone cielsko.

– Ostatnie pytanie, rycerzyku – zadudniło w uszach zabójcy magów – cóż jest zimnego i niewzruszonego niczym lód, jednakże parzy wielu w okrutny sposób?

Piorun rozdarł ciemne poszycie nieba, a jego grzmot połączył się z nieustającym już i drażniącym krakaniem. Mężczyzna miał wrażenie, że ptaki oblazły wszystko dookoła. Siedziały już nie tylko na zniszczonych dachach, ale wydzierały się głośno podskakując na cokole fontanny, dziobały się na kamienistej ziemi, siadały nawet na ramieniu Andreasa, podgryzając go, na co ten reagował miotaniem rękoma na lewo i prawo, rozbryzgując przy tym krople deszczu.

– Cóż jest zimn… – próbowała ponownie zapytać ropucha, ale Lokbe przerwał jej.

– Słyszałem, nie jestem głuchy! – wrzasnął, by przebić się przez skrzek ptaków i rzęsisty deszcz.

Słyszałem, tylko że nie wiem, pomyślał. Krew i lęk, co więc może być trzecie? W normalnym świecie przykuł by tego ohydnego płaza za pomocą kręgu Tur'Disbolle do ziemi, a potem wyciągną odpowiedź wprost z czaszki, nawet całkiem martwej! Nie chciał się poddawać, o nie. Starszy siepacz nigdy się nie poddaje. Nigdy nie przegrywał i tak musi pozostać! Gdyby tylko to był rzeczywisty, realny świat, pochwyciłby za szablę i taką kaźń urządził czarownicy, że odechciałoby jej się zadawać głupich pytań! Odechciałoby jej się wszystkiego, błagała by o śmierć. Szkoda tylko, że jego sumienie było niewzruszone.

– Sumienie – wyszeptał cicho, a stara żaba przekrzywiła łeb by lepiej dosłyszeć co mówi – Sumienie jest zimne i chłodne i może parzyć innych. Nasze sumienie jest lodem, który powoduje oparzenia.

Błyskawica przebiegła nad dachami, a kruki z wrzaskiem odleciały, kołując jeszcze w powietrzu i zmuszając Andreasa do leżenia na ziemi, bowiem w innym wypadku wydrapały bu mu oczy. Skulony w kałuży usłyszał jeszcze jeden grzmot burzy w całym tym zgiełku, lecz za moment nastała zupełna ciszy. Deszcz nie dzwonił już, trzepot skrzydeł stał się tylko odległym echem. Podniósł się powoli, niepewnie. Żył, a trzecia ropucha leżała jak inne, płaska i bez tchu. Niebo znów pojaśniało, a zabójca magów przed sobą ujrzał trzecią za szkatułek. Otworzył ją, by znaleźć w środku prosty nóż myśliwski, dokładnie taki, jak zabierał na polowania w góry.

Ziemia zatrzęsła się, a za fontanną wyrosły schody, jeden po drugim, jakby ktoś magiczną siłą łączył teraz ze sobą kamienie w solidną konstrukcję. Kręte i długie prowadziły do drewnianych, zdobionych w ornamenty dwuskrzydłowych drzwi, które to otworzyły się na oścież, zapraszając do środka.

Zabójca magów dźwignął się na pełne nogi, cały przemoczony i zmęczony. Być może zwykły człowiek i tak by się poddał, ale nie Andreas Lokbe. On musiał zwyciężać. Ruszył przed siebie, zostawiając po każdym kroku mokrą plamę. Szedł schodami ku górze, chowając też wszystkie zdobycze za pas. Wreszcie przekroczył próg drzwi. Świat zawirował, a jemu zdawało się, jakby właśnie rozerwano go na tysiące kawałków. Magia była bardzo przewrotną dziwką.

 

***

 

Szumiało w głowie, jak po uderzeniu ciężkim obuchem. To dobrze, przynajmniej oznaczało, że wciąż żyje. Leżał jeszcze przez moment nieruchomo, wpatrując się w pustkę. Było całkiem ciemno, lecz nie tak, jak w zakurzonej i odrażającej jaskini kanibali. Wzrok nie przyzwyczaił się, była tylko ciemność. Czy to właśnie widzą ludzie po śmierci? Czują, mają ciało, ale przed nimi rozdziera się tylko pustka? Kątem oka dostrzegł, że gdzieś pojawiło się światło.

Andreas podniósł się powoli, a ręce pobłądziły po ciele w poszukiwaniu zdobyczy od oślizgłych ropuch. Wszystko było na swoim miejscu, włącznie z każdym fragmentem ciała. Słup światła padał wprost na ludzi, którzy zawieszeni byli w pustce. Mężczyzna o strudzonej życiem twarzy, ubrany w podarte, stare mieszczańskie odzienie siedział przy zbutwiałym stole, racząc się polewanym z dzbanka napitkiem. Starszy siepacz nawet tu, będąc od nich, jak mu się zdawało, jakieś sześć metrów, czuł odór mocnego alkoholu. Zresztą gdy tylko przyjrzał się uważniej twarzy pijącego, widać było, że ten nie wylewa za kołnierz. Obok stała zaś kobieta, wychudzona, zabiedzona, z podbitym okiem i strużką krwi, która ściekała jej z zabarwionego purpurą nosa. Na rękach zaś trzymała zawinięte w stary koc niemowlę. Lokbe wiedział, że dziecko płacze, choć nie słyszał wrzasku. Ono, ona i on, cała trójka stojąca w słupie światła, otwierała usta jak w krzyku, zapewne się kłócąc, ale do uszu Andreasa docierała pustka. Nie widział też żadnej podłogi czy innych mebli. Byli niczym scena wydarta z jakiejś teatralnej sztuki, zawieszeni w nicości. Niepewnie zaczął podchodzić do nich, a wówczas rozświetliło się obok kolejne miejsce, z leżącą, czy też może lewitującą szablą. Jego szablą.

Zbliżył się i pochwycił za rękojeść. Miał wrażenie, że mięśnie całkiem już zapomniały ciężaru oręża. Był tak ciężki, niczym kamienna kolumna, która podtrzymuje świątynne sklepienie. Całe życie powtarzał sobie, że ręce nigdy nie zapominają wpajanej dzień w dzień przez lata szermierki, a okazywało się, że jest inaczej. Może to jednak tylko ten wypaczony umysł czarownicy?

– Podziwiam cię, zabójco magów – rozległ się wokoło aksamitny, kojący kobiecy głos.

Nie mówiła tego ani ta biedna kobieta, ani zapijaczony mężczyzna, ani tym bardziej płaczące dziecko. Głos był wszechobecny.

– Ujawnij się, to inaczej porozmawiamy – zagroził Andreas, a w odpowiedzi usłyszał tylko perlisty śmiech.

– Jeszcze jedna próba rycerzyku i dostaniesz to, czego pragniesz – głos zalotnie zachęcał siepacza – dzierżysz w dłoni coś, co jest sądem. Tak, jak twój wspaniały patron, Valius, tak i ty wymierzasz sprawiedliwość, czyż nie? Czyń więc, swą powinność, osądź winnego w tej wypaczonej rodzinie. Osądź i spotkamy się wreszcie, twarzą w twarz.

Ostatnie słowa odbiły się echem w głowie. Co to za próba? Wystarczy, że odrąbie łeb temu pijakowi i po sprawie. Dobrze znał takich jak on. Sfrustrowani nieudacznicy, którzy wyżywają się na najbliższych. Tłuką do krwi, okaleczają, bo myślą, że im wolno. Popadają w marazm. Zaczynają chlać na umór z niemocy, a później przez chlanie niemoc jest coraz większa. Błędne koło. Ale czy te kobiety, które przy nich trwają, są lepsze? Zamiast odejść, uciec, one trwają w beznadziejności ze swymi mężami, stając się częścią ich niemocy. Same spadają na dno, kupcząc niejednokrotnie swoim ciałem, byleby on miał na gorzałkę. W tym wszystkim zaś rośnie kolejne dziecko, już na początku pozbawione szans. Patologia, jak to nazywają mądre głowy z uniwersytetów, nakręca patologię. Więzienie własnej jaźni. Cóż więc trudnego w tym osądzie?

Poprawił uchwyt na broni i poczuł, jak ta zelżała. Może nie było to jeszcze to ułożenie, którego pragną, ta lekkość i finezja, z jaką normalnie fechtował, ale ostrze zatańczyło młynek tak, jak chciał. Podszedł. Nie wiedział, czy tu Valius wysłucha jego modlitw, lecz poprosił boga o łaskę dla swojej ofiary, kiedy ta trafi do bram wiecznego żywota. Cięcie. Jedno, proste, szybkie poziome cięcie. Pijany mężczyzna sięgnął po kolejny kieliszek, lecz gdy odchylił głowę ta poleciała do tyłu dużo mocniej, niż zwykle. Rozpłatane gardło zbroczyło krwią znoszone ubranie i stół, a kobieta w bezgłośnej panice rozdzierała na oścież usta. Głupia rzuciła się na ratunek mężowi, puszczając bezbronne dziecko, które łupnęło o ziemię. Nie, to nie tak! Nie tak! Andreas był przerażony, zupełnie nie wiedział co czynić. Mała główka zaczęła blednąć, gdy spod niej wylewała się plama czerwieni. Chyba przestało płakać. W tym czasie kobieta próbowała cucić mężczyznę, którego głowa zwisała za oparciem krzesła trzymana już tylko przez kilka płatów skóry.

– Morderczyni! Głupia dziwka! – wydzierał się Andreas w przypływie furii.

Jak mogła. Uratował ją, oszczędził, dał szanse na lepsze życie, a ona nie tylko nie chciała tej szansy widzieć, ale pozbawiła tej szansy własne dziecię! Nie wybaczy! On jest sędzią w imię boskie! Szarpnął znów za szablę i w ogromnej złości rąbał na lewo i prawo, robiąc ze zrozpaczonej kobiety krwawą łaźnię. Ciął, póty nie ostało się nic. Wreszcie zaczął tracić oddech ze zmęczenia. Padł na kolana wprost w karmazynową kałużę posoki, a szabla wyleciała z dłoni i gruchnęła o podłogę, wydając za sobą typowy szczęk stali.

Załkał. Po raz pierwszy od kiedy pamięta, płakał. Klęczał chwilę z pochyloną głową, podpierając się tylko rękoma, by wreszcie zakryć całkiem umęczoną żalem twarz, rozmazując przy tym na niej zmieszaną krew wychudzonej kobiety i jej zapijaczonego towarzysza. Szlochał mocno, głęboko wciągając powietrze, by się uspokoić. Usłyszał nagle powolne klaskanie w dłonie.

Podniósł głowę jak by kto batem strzelił. Nie było już pijaka, nie było jego zmasakrowanej żony ani martwego dzieciątka. Był na pięknej polanie, z gęstą trawą, która cicho śpiewała szumem pod nuty pisane przez lekki, wiosenny wiatr. Jak okiem sięgnąć, zieleń była wszędzie, gdzieniegdzie przetkana płaczącymi wierzbami o świeżo wyklutych liściach albo też małymi, zgrabnymi na swój sposób kamieniami. Przed nim, w blasku słońca, które zawisło wysoko nad horyzontem, było jezioro, a w nim radośnie kąpały się nago niewiasty o różnych kształtach i różnej urody. Na brzegu stał zaś tron, czy też może bardziej kamienne łoże, które zajmowała kobieta, o urodzie zniewalającej i przyćmiewającej wszystko w około. Jedwabna tunika opinała jej skórę, odznaczając jeszcze dobitniej każdą krągłość i szczegół pięknego, ciemnego ciała, a roześmiane oczy świdrowały Andreasa do cna. To ona klaskała w dłonie, przy czym jej czarne loki tańczyły w rytm klapnięć. Obok stała dwójka fomorów, chłodząca kobietę wielkimi wachlarzami z pawich piór. Fomorowie byli niezwykle rzadkimi bestiami, niektórzy nawet uważali, że całkiem wymarłymi. Tylko nieliczni wędrowcy z wysp Siegardtu mówili o spotkaniach z pojedynczymi osobnikami. Choć ich tors budową i kształtem przypominał hardego, umięśnionego człeka, to jednak nogi były zgoła inne, przywodzące na myśl kozy lub inne kopytne istoty. Głowy miały kozie lub bycze rogi, oczy czarne całkiem jak smoła o kształcie i wielkości migdała, a nos i twarz były drapieżne, trochę psie, a trochę kocie. W całości zaś fomorowie pokryci byli szarawą, ostrą sierścią.

– Wywalczyłeś nagrodę, mój golinarski rycerzu – śpiewająco zachichotała kobieta – zapewne teraz chciałbyś ją otrzymać?

Tak, to była ona. Równie przebiegła i zdeprawowana, co piękna. Andreas splunął na ziemię przez lewe ramię i rzucił czarownicy gniewne spojrzenie. Saisa tylko zawadiacko wyszczerzyła zęby i przeciągnęła się na swym leżu. Chwycił leżącą obok szablę i zbliżył się o krok.

– No, już się tak nie naburmuszaj – zażartowała pani tych włości – chciałeś zapewne uwolnienia hrabiego, tego starego kleryka i kilku innych, tak? Proszę bardzo, i tak wystarczająco już mi się znudzili, choć nie sądzę by oni sami byli skorzy do odejścia.

Czarownica odwróciła głowę, wzruszając przy tym ramionami, a starszy siepacz powiódł wzrokiem za czubkiem jej brody, którym wskazała pląsających się w jeziorze. Dopiero teraz Andreas dojrzał tam grupkę mężczyzn, także nagich, którzy jak małe dzieci skakali i polewali się wodą, czasami łapiąc nagie kobiety, całując je, pieszcząc, czy nawet chędożąc na różne sposoby. Faktycznie, raczej nie było im spieszno do domów.

– Co gdybym jednak pragnął twojej śmierci? Albo gdybym rzekł, byś uwolniła wszystkich? Spełniłabyś moje żądania? – Andreas zadziornie podniósł głowę i zacisnął usta.

Czarownica pokręciła głową, zaśmiewając się przy tym, aż nawet dystyngowanie przysłoniła białe zęby dłonią.

– Jeśli takie byłoby twoje życzenie, zabiłabym się – szczerze odparła – jednak wówczas nikt nie uszedłby stąd żywy głuptasie. Gdybym zaś uwolniła wszystkich, no cóż. Niektórzy są tu tak długo, że ich ciała w twoim świecie przestały już egzystować. Uwolniłabym byty, którym chyba niezbyt po drodze z twoim zakonem.

Przebiegła dziwka. Ale na całe szczęście, nie powiedział ostatniego słowa. Zagra na czas, a potem…

– To jak? – podparła podbródek na splecionych palcach. – Mam ich odesłać?

– Tak – rzucił krótko Andreas.

Wzruszyła znowu ramionami, a następnie klasnęła trzykrotnie. Wszyscy mężczyźni, którzy zażywali kąpieli w jeziorze zaczęli się rozpływać w wodzie, jakby byli stworzeni z gliny. Nie pozostawał tylko po nich ślad. Po prostu znikali.

Pierwsza część zadania wykonana, pomyślał Lokbe. Czas na drugą. Zakołysał szablą w dłoni, a nogi rozstawił w pozycji bojowej. Był mistrzem szermierki, prawdziwym złotem z Golinar. Jeszcze żaden mag nie uniknął sprawiedliwości. Oczy starszego siepacza tliły się żarem.

– Czyżby? – zapytała ironicznie czarownica, po raz pierwszy od początku tej konwersacji spuszczając z łoża bose nogi, które dotknęły delikatnie trawy. Bransoleta na prawej nodze kobiety zabrzęczała cichutko.

– Myślisz, że w moim świecie, w moim własnym ja, dasz mi radę?! Och, Panie Lokbe, błagam – kobieta kpiła z niego, śmiejąc mu się w twarz.

Zdenerwowany postanowił zaatakować. Najpierw fomorowie, potem ona. Lecz coś było nie tak. Broń stała się zbyt lekka, zbyt inna, giętka. Spojrzał na swój oręż by stwierdzić, że to, co ułamek sekundy temu było szablą, teraz zamieniło się w syczącą i gotową do ataku żmiję. Miotnął nią ze wszystkich sił, odrzucając łuskowate zwierzę gdzieś pod jedną z wierzb.

– Kiedy wreszcie do Ciebie dotrze, zabójco magów, że przegrałeś? – zapytała czarownica powoli, zmysłowo i drażniąco zbliżając się. – Jesteś gotów uczynić wszystko pod płaszczykiem swojej wiary, wywyższając się tym nad innymi. Nie chciałeś jeść ciał, by przetrwać, gardząc tymi, co tak czynią, a zarazem sam dostarczasz im kolejnych porcji jedzenia! Ileż to już legło od twoich ciosów, co? Dziesiątki, setki, a może tysiące martwych dzięki tobie? Osądzasz wedle swego uznania, zakrywając się wolą bożą. Doprowadziłeś do śmierci dziecka. Ty, nie pijak czy jego żona. Ty. Równie dobrze mogłeś oddać mu miecz, by go sprzedał i miał pieniądze na żywot. Zresztą skąd wiesz, że dziecię było niewinne? On nikogo nie zabił, kobieta też, a niemowlę, przychodząc na świat zabiło siostrę pijaka i jej męża. Jak Ci się to podoba, co? Myślisz, że ratujesz świat, bo zabijesz jakiegoś mordercę. Tylko powiedz mi szczerze, czy ten, który zamorduje mordercę nawet w najlepszej wierze sam nie staje się mordercą?

Czuł, jakby był przytwierdzony do ziemi. Nogi były niczym żelazo, którego nie mógł za nic ruszyć. On nie przegrywa, nigdy, nie! Andreas Lokbe jest zwycięzcą! Andreas Lokbe wszystko robi zgodnie z sumieniem! Tym lodowym, złym sumieniem, ale jednak!

– Postępuje zgodnie z prawem, z moralnością jaką stworzył ten świat! – odkrzyknął we wściekłości, a zarazem przez łzy, starszy siepacz. – Powstały pewne reguły, których nie można łamać, a wy je łamiecie! Ja robię co konieczne, rozumiesz?! To jest egzekwowanie…

– Prawa? – odpowiedziała pytająco kobieta, gdy jeden z jej loków spadł na jej twarz i zdmuchnęła go z irytacją. – A co jeśli w innym świecie Ci, których ścigasz, byliby po stronie prawa, a myślący jak ty byliby przestępcami? Też tak chętnie godziłbyś się na mordowanie was?! Nie, Lokbe. Byłbyś w opozycji, jak ja. To jest właśnie to, przed czym uciekałam. Przed WASZĄ prawdą, która dla was ma tylko jeden wymiar i wydźwięk. Przyznaj po prostu, że mam rację i będziesz wolny.

Andreas potrząsnął głową przecząco i drżącymi dłońmi wysupłał zza pazuchy zdobyte od ropuch rzeczy. Kobieta skrzywiła się na ich widok. Spróbowała podejść, ale Lokbe wymierzył w jej stronę sztychem noża. Zatrzymała się. Pomięty manuskrypt wypadł mu z rąk, ale nie opuszczając ostrza klęknął po niego i drugą ręką rozwinął, w ustach przygryzając kredę.

– Nie chcesz tego robić Andreasie – stwierdziła kobieta, ale on tylko warknął w odpowiedzi.

Skruszył kredę i począł sypać zgodnie z rysunkiem, tworząc wokół siebie rodzaj ochronnego kręgu. Zrozumiał już też, po co mu nóż myśliwski. Naciął przegub dłoni i, dokładnie tak, jak czynią to magowie, on poprowadził krew po ówcześnie narysowanym wzorze. Sapał i dyszał przy tym, zarówno ze zmęczenia, jak i złości. Krąg obudził się i blado-czerwone światło wystrzeliło do góry, tworząc ochronną barierę. Andreas zaczął się śmiać i, jak małe, głupie dziecko, wskazywał palcem na czarownicę. Odpowiedziała jednak w sposób, którego się nie spodziewał. Uśmiechem.

– Doprawdy? Myślałeś, że w moim świecie pozostawiłabym narzędzia, które mogłyby mnie zabić? – zapytała.

Teraz dotarło do niego. To nie był krąg, który miał chronić go przed nią. Ten krąg chronił ją przed nim. Przegrał, naprawdę przegrał. Uszy ogłuszył mu nagły huk, huragan, który się rozpętał. Woda z jeziora zamieniła się w wir, wysoki na kilkanaście metrów i tańczący wokoło osuszonej wnęki w ziemi. Wierzby siłowały się przez chwilę z wiatrem, by jednak ulec mu i z płatami ziemi ulecieć ku górze. Ona zaś stała pośrodku wszystkiego.

Stała, z rękoma wzniesionymi ku górze i oczami całkiem nieobecnymi. Coś mówiła, zapewne bluźniercze zaklęcia, lecz Andreas poza zawieruchą, nie słyszał nic. Wnet miotnęło nim do tyłu, aż poczuł, że kręgosłup zostaje rozbity w drobny mak. Organy wewnętrzne zostały rozcięte przez odłamki kości, a zmysły mieszały się jeden z drugim. Słyszał, co powinien widzieć, widział zaś to, co powinien smakować. Chciał otworzyć jeszcze zaciśnięte z bólu oczy, lecz powieki ważyły całe tony, których nawet wielkie, okrętowe dźwigi nie mogłyby unieść. Przez chwilę zapanowała pustka, zupełna czysta nicość, by ustąpić jednak miejsca nieopisanej eksplozji całego ciała. Andreas znów przeżywał własną śmierć. Ale czuł, że chyba ostateczną.

 

***

 

Arsejan siedział na brzegu łóżka kopcąc fajkę nabitą ziołami importowanymi z coraz szerzej odkrywanych ziem Reevinth. Czytał przy tym jedną z nowych pozycji traktujących o ruchu, jak to nazwał autor, ciał niebieskich. Postawienie tezy, w której to znany świat krąży wokół słońca było dość rewolucyjne, ale słyszał już takie głosy od religijnych reformatorów. Z lektury wyrwał go ruch zwykłego ciała.

Mężczyzna w łóżku obok wierzgnął gwałtownie. Mag nachylił się, by mokrą ścierką przetrzeć czoło, lecz atak drgawek był mocniejszy, niż ten ostatni. Mięśnie pacjenta napięły się i targnęło nim tak, jak ciska się workiem o ziemie. Ku uciesze Arsejana, wąsaty człowiek otworzył oczy, ale chyba nie całkiem pojmował gdzie się znajduje.

– Spokojnie, Panie Lokbe – czarodziej przytrzymał leżącego za ramiona, by ten nie wykonywał więcej niepotrzebnych ruchów – już jesteś w domu.

Starszy siepacz z niedowierzaniem rozejrzał się, rozchylając usta. Powoli zlustrował obskurne ściany, które aż prosiły się o nieco ciepła w postaci dekoracji, by przykryć surowy kamień. Zerkał na kandelabr nie pierwszej świeżości, który czekał na rozświetlenie izby, gdy nadejdzie mrok, aż w końcu spojrzał za okno. Śnieg sypał aż miło, kładąc białą pierzynę na okoliczne wzgórze, a do wnętrz przynosząc rześki, mroźny wicher.

– Golinar – zachrypiało od kilku dni nie używane gardło Andreasa, który jednak po chwili roześmiał się na przemian kaszląc. – Jestem w Golinar!

– Nie da się ukryć – skwitował na swój sposób Deveau. – Teraz, gdy jesteś już żyw, pozwolisz, że odeskortuję naszą towarzyszkę w odpowiednie miejsce.

Lokbe chyba nie całkiem zrozumiał słowa. Spojrzał pytająco na maga, a gdy tamten odpowiedział tylko zerknięciem w swą prawicę, podążył za jego oczyma. Na łożu, przywiązana pasami, ale zupełnie nieruchoma tkwiła czarownica, której tak wiele dni poszukiwali.

– Póki nie wróciłeś z jej umysłu musiałem trzymać ją w pobliżu – wyjaśnił czarodziej.

– Wiem – odparł krótko Andreas, schodząc ze swego łóżka.

Nie spała. Choć jej ciało było sparaliżowane, otwarte oczy mówiły, że dokładnie wie, co się dookoła niej dzieje. Zabójca magów zbliżył się i musnął ją wzdłuż jej ręki, delikatnie i powoli palcem, jak dziecko robiące fale na tafli jeziora. Patrzyła przerażona. Tak, jak zwykle żaden mag nie patrzył.

– Wyjaśnisz mi, co tam się stało? – zapytał zdziwiony Arsejan.

Starszy siepacz nie odpowiedział. Muskał ciało czarownicy, zniewolonej i bezbronnej. Przejechał ręką w dół, mijając uda i kolana, aż zatrzymał się na małej, ręcznie robionej bransoletce, oplecionej wokół kostki. Odpiął znalezisko najostrożniej, jak tylko potrafił i zapiął na przegubie swojej dłoni. Biżuteria zabrzęczała cichutko.

– Kwestia dni – odpowiedział Andreas na pytanie maga. – Kwestia dni.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Doczytałam do drugich gwiazdek i nie uwiodło. Jak dla mnie – za niski współczynnik informacji do znaków, styl nazbyt kwiecisty, może nawet z odchyleniami w kierunku patosu.

bóg Thordus winien ozdobić tą czerń swoimi świetlistymi służącymi,

Tę czerń.

Złapała za odwłok małego pajączka z odrazą ściskając,

W zdaniach tego typu (złożone z imiesłowem współczesnym lub uprzednim) konieczny jest przecinek. Niech czytelnik wie, czy magiczka z odrazą złapała, czy z odrazą ściskała.

Jędrny biust, jaśniejszy od reszty skóry,

A to mnie zastanowiło. Dlaczego biust miała jaśniejszy? Opalała się w bikini?

Babska logika rządzi!

Przeczytałam, ale po lekturze ¼ bardziej przeleciałam wzrokiem wyłapując sens opowiadania. Pomysł jest ciekawy, czarodzieje polujący na innych władających magią. Niestety samo wykonanie w żaden sposób nie wciąga. Znudziły mnie już pierwsze akapity i naprawdę musiałam się zaprzeć, żeby czytać dalej. Bohaterowie wydają się być papierowi, nie wiem, jak ocenić wędrówkę po umyśle czarownicy, gdyż tutaj naprawdę tylko przeleciałam wzrokiem po tekście. 

Wyłapałam kilka błędów, głównie z początku, bo to czytałam jeszcze uważnie:

 

dźwięcznie została pozbawiona swojej zawartości – jakoś  dziwnie brzmi dźwięczne pozbawianie zawartości

a jego kolczyki w uszach brzdęknęły o siebie – raczej kolczyki w jego uszach

 

Można rzec, że było tu wszystko i nic. Kilka igieł, które wygięte były już całkiem i do szycia pewnikiem się nie nadawały – powtórzenie

 

No cóż, z drugiej strony ratował świat, bo kto inny, jak nie sami magowie, mogli rozpracować wykreowane przez siebie sztuczki, stworzyć techniki, rozbrajające magię i pozbawiające jej użytkowników dostępu do niej? Z magią zaś, jest jak z mieczem. –  powtórzenie

 

 

Więcej błędów nie wypisałam, ale były, po prostu czytałam już zbyt pobieżnie. 

 

 

Przeczytałam połowę opowiadania, cały czas mając nadzieję, że w końcu zacznie się dziać coś zajmującego. Niestety, przykro mi to pisać, ale nie wydarzyło się nic, co by mi dawało gwarancję, że dalszy ciąg nie okaże się równie nieciekawy jak początek.

Do nie najlepszego odbioru Kwestii dni przyczyniły się nazbyt rozwlekłe i nudne opisy, fatalnie konstruowane zdania, których sens niejednokrotnie ginął pośród zbędnych ozdobników, wiele błędów i usterek, nadmiar zaimków, że o zlekceważonej interpunkcji nie wspomnę.

Mam nadzieję, Wboratynski, że Twoje przyszłe opowiadania będą ciekawsze i lepiej napisane.

 

bar­czy­sty je­go­mość o po­kaź­nej, kasz­ta­no­wej grzy­wie zwień­czo­nej z tyłu ku­cy­kiem. – Zastanawiam się, w jaki sposób kucyk może stanowić zwieńczenie grzywy…

Sprawdź znaczenie słowa zwieńczenie.

 

zimny wzrok wy­dzie­ra­ją­cy się z głę­bo­ko osa­dzo­nych oczu… – Na kogo i dlaczego wydzierał się zimny wzrok?

Sprawdź znaczenie słów wydzierać sięwyzierać.

Czy wzrok aby na pewno może wyzierać?

 

a jego kol­czy­ki w uszach brzdęk­nę­ły o sie­bie. – Cóż to były za kolczyki, skoro mogły brzdęknąć o siebie?

 

Ar­se­jan, słu­cha­ją­cy mi­mo­cho­dem dys­ku­sji dwóch swo­ich to­wa­rzy­szy… – Nie zauważyłam, by ktokolwiek dyskutował.

 

garść świe­ci­de­łek błysz­czą­cych w bla­sku roz­pa­lo­ne­go obok pa­le­ni­ska… – Powtórzenie.

 

sły­ną­cych ze swo­ich dzieł i nie wy­so­kiej, jak za taką pracę, ceny. – …sły­ną­cych ze swo­ich dzieł i niewy­so­kiej, jak za taką pracę, ceny.

 

Zie­lo­ne, prze­bie­głe oczy za­sty­gły na małym ka­mycz­ku, czymś w ro­dza­ju wi­sior­ku. – …czymś w ro­dza­ju wi­sior­ka.

 

sprze­ci­wił się Styf­fon, tu­piąc przy tym woj­sko­wym butem jak mały chło­piec. – Co to znaczy, że wojskowy but był jak mały chłopiec?

 

– To, że je­stem z wieży ci­cho­ciem­nych… – Ten termin pochodzi z czasów II wojny światowej i nie powinien znaleźć się w tym opowiadaniu.

 

Nie, nie pod­niósł nań wzro­ku. – Na kogo?

 

brą­zo­we szaty z kap­tu­rem, z pod któ­rych wy­ła­nia­ła się… – …brą­zo­we szaty z kap­tu­rem, spod któ­rych wy­ła­nia­ła się

 

bo­wiem on i jemu po­dob­ni byli nie mniej nie wię­cej jak ma­ga­mi… – …bo­wiem on i jemu po­dob­ni byli ni mniej, ni wię­cej, jak ma­ga­mi

 

naj­pew­niej żaden z za­dy­mia­rzy już nie pa­mię­tał… – A skąd tutaj zadymiarze?

 

Po­ła­cie ziem prze­cho­dzi­ły raz w de­pre­sję raz w wy­ży­nę, by nagle zo­stać oto­czo­ne gó­ra­mi, spo­mię­dzy któ­rych wy­dzie­ra­ła się do­li­na. – Dolina, jak widać, też musiała swoje wykrzyczeć. ;-)

 

wi­dzia­ły za­pew­ne wię­cej pi­jac­kich wy­bry­ków, niż nie jeden za­mtuz… – …wi­dzia­ły za­pew­ne wię­cej pi­jac­kich wy­bry­ków, niż niejeden za­mtuz

 

Ja­ski­nia ja­wi­ła się wil­go­cią i chło­dem, da­le­ka od wygód ja­ki­mi zwy­kła się ra­czyć… – A jakimiż to wygodami zazwyczaj raczyła się jaskinia i dlaczego teraz z nich zrezygnowała?

 

Wszę­dzie w około było ohyd­ne ro­bac­two.Wszę­dzie wokoło było ohyd­ne ro­bac­two.

 

Smu­kłą dłoń wy­tar­ła w je­dwab­ną, fio­le­to­wą chu­s­tę skry­tą w de­kol­cie. – Jak wytarła dłoń, skoro chusta była skryta?

 

pełne usta, za które nie jeden mąż dałby się ze­słać… – …pełne usta, za które niejeden mąż dałby się ze­słać

 

oczy zdra­dza­ły, że to tylko ułuda. Brą­zo­we, przy­mru­żo­ne w kształ­cie mig­da­łów… – Czy rzeczywiście oczy można przymrużyć w kształcie migdałów?

 

Wresz­cie do­tar­ła do tafli wody, z hu­kiem wpa­da­ją­cej do je­zio­ra wiele me­trów niżej. – O wodzie, która kaskadą spadającą z wysoka, nie można powiedzieć, że to tafla.

 

czy brzuch, któ­re­mu nic, tylko po­ca­łun­ki skła­dać. – Jak brzuch składa pocałunki?

 

Ob­my­wa­ła swoje ciało w wo­do­spa­do­wej bry­zie… – Sprawdź znaczenie słowa bryza.

 

Przy­oble­czo­na kro­pla­mi wody z za­dar­tą do góry głową… – Masło maślane. Czy można zadrzeć cos do dołu?

 

– An­ki­la­ver­de - krzyk­nę­ła wów­czas… – Zamiast dywizu powinna być półpauza.

 

przy­zy­wa­jąc od­le­głe moce i wy­ry­wa­jąc z sie­bie część duszy stwo­rzy­ła swoją wła­sną, ide­al­ną wręcz kopię. – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Roz­my­śla­nia prze­rwał huk okrut­ny, co wy­rwał ze skal­nej ścia­ny… – Roz­my­śla­nia prze­rwał huk okrut­ny, który wy­rwał ze skal­nej ścia­ny

 

Psia krew – za­klął siar­czy­ście… – Psiakrew – za­klął siar­czy­ście

 

ci­snął swoją fu­trza­ną czapę o zie­mię, uka­zu­jąc roz­czo­chra­ny pu­kiel kru­czych wło­sów na szczy­cie swo­jej głowy. – Czy zaimki są konieczne?

 

– An­dre­as, ty się nie de­ner­wuj – Wzru­szył ra­mio­na­mi Kraal… – Brak kropki po wypowiedzi.

 

Strze­lił przy tym knyk­cia­mi w rę­kach… – Czy istniała możliwość, by strzelił knykciami innej części ciała?

 

Dłoń cza­ro­dzie­ja świe­ci­ła drob­nym świa­tłem. – Co to znaczy, że światło jest drobne?

 

Ar­se­jan De­ve­au kiw­nął jed­nak tylko głową, wciąż nic nie mó­wiąc i wy­gra­mo­lił ze swo­jej torby nie­wiel­ki, za­su­pła­ny wo­re­czek… – Poznaj znaczenie słowa gramolić się.

 

za­su­pła­ny wo­re­czek, któ­re­mu na­tych­miast po­lu­zo­wał sznu­rek i jął sypać po ko­bie­cie. – Nie bardzo rozumiem – sypał sznurkiem, czy woreczkiem?

 

– Widzę, że nie po­świę­ca­łeś aż nadto uwagi książ­kom… – – Widzę, że nie po­świę­ca­łeś zanadto uwagi książ­kom

 

Ten pod­pa­lił zaś ka­dziel­ni­cę… – Na pewno podpalił kadzielnicę?

 

Usi­ło­wał wierz­gać się, wy­rwać z objęć… – Usi­ło­wał wierz­gać, wy­rwać się z objęć

 

Pięk­na, ale wciąż śnią­ca. – Skąd wiadomo, że śniła?

 

co to po wsze czasy w zie­mie zo­sta­ją wbite. – Literówka.

 

jak wodne umar­la­ki cią­gnął w głąb je­zio­ra. – Literówka.

 

Psia krew, jak na ba­gnach. – Psiakrew, jak na ba­gnach.

 

choć w około nie było żywej duszy. – …choć wokoło nie było żywej duszy.

 

Każdy z jeźdź­ców dzier­żył ro­dzaj jeź­dziec­kie­go mie­cza… – Powtórzenie.

 

Sieć oplo­tła go cał­kiem i gdy wierz­gał się… – Sieć oplo­tła go cał­kiem i gdy wierz­gał

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za komentarze i lada moment poprawię błędy. Powiem szczerze, że było to moje pierwsze opowiadanie, napisane kilka lat temu. Odgrzebałem je ostatnio i postanowiłem się podzielić. Większość błędów wynika zapewne z mojego dawnego bardzo, ale to bardzo pobieżnego podejścia do czytającego. Skoro ja rozumiem sens, on też. Kilka zaś to na pewno wynik wrednej autokorekty – kiedy ostatnio importuję coś starego do nowego Libre Office, ten na siłę wszystko zmienia, łączy albo dzieli. Psiakrew rozerwie, “ni mniej, ni więcej” zawsze zmieni na nie itd.

A nie da się wyłączyć autokorekty? Gdzieś powinna być taka opcja, bo komputer, któremu wydaje się, że wie lepiej od użytkownika, to strasznie wkurzające liczydło.

Babska logika rządzi!

Cieszę się, że trochę pomogłam. ;-)

Ponieważ zdajesz sobie sprawę, czym zaszkodziłeś swojemu opowiadaniu, jestem przekonana, że kolejne będziesz pisać już z innym nastawieniem. A przy okazji – może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki! Tak, na pewno z betowania skorzystam, po prostu tu wrzuciłem to co miałem. Jak napisałem, kiedy tylko będę miał czas, zrobię edycję, niestety praca wymusza na mnie permanentny brak czasu. @Finkla – pewnie można, świeżo stawiałem system ostatnio i jeszcze nie ustawiałem nic, ale będę musiał, bo nie tylko w edytorach tekstu, ale i video bazowe ustawienia to jakiś dramat.

No, nie porwało mnie :(

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka