- Opowiadanie: Merrin - "Frant dziewczynie złamał serce..."

"Frant dziewczynie złamał serce..."

Opowiadanie, które zaszczytnie odpadło z konkursu wiedźmińskiego – nieco podrasowane przez Bemik, której bardzo dziękuję za uwagi i odnalezienie (o hańbo!) żenującego błędu, za który będę się po wiek wieków smażyła w piekle.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

"Frant dziewczynie złamał serce..."

I

– I ujrzeli ducha Wulfryka, który wyłonił się z mroku. Wrogowie trzymali się z dala nawet od jego truchła, tak wielką budził wśród nich bojaźń…

– Folkwin mówi, że Wulfryk był szalony – przerwałam Edwinowi tę wyjątkowo nadętą opowieść o rivskim bohaterze narodowym, gdy zrobił przerwę na oddech. – I że to właśni ludzie bali się go najbardziej.

– Folkwin jest głupi. – Mój starszy brat, Dago, jak zwykle przyszedł w sukurs uwielbianemu kuzynowi. To jego niewolnicze oddanie straszliwie mnie irytowało. Mógłby w końcu przestać, miał już szesnaście lat i gdyby tylko zechciał, siedziałby na Reven jako wolny pan, zamiast spędzać czas na snuciu się za Edwinem jak cień.

– Być może jest w tym ziarno prawdy. – Nasz stryjeczny brat błysnął zębami i mrugnął porozumiewawczo. Poczułam, że złość mnie opuszcza i odpowiedziałam uśmiechem. Gerlinda chyba nie bez powodu twierdzi, że moje nastroje przypominają chorągiewkę na wietrze i że to wstyd, bo ludzie szlachetnej krwi powinni zachowywać się odpowiednio.

Tymczasem żadne z naszej trójki nie zachowywało się „odpowiednio”, zwłaszcza Edwin, wyciągnięty leniwie na wiązce siana. Pojedyncze źdźbła powbijały mu się we włosy, brodę i wełniany płaszcz i już sobie wyobrażałam służki walczące o zaszczyt doprowadzenia do porządku okrycia ukochanego panicza. Naprawdę, na własne oczy widziałam kiedyś, jak jedna z praczek z głupią miną tuliła do piersi jego brudną koszulę. Wszystkie dwórki, pomywaczki i dójki w tym zamku dałyby się pokroić za uśmiech synalka Hugona von Neuberg i nawet Gerlinda, wszechwładna ochmistrzyni, szafująca szczodrze razami słynnego pasa ze świńskiej skóry, dla niego jednego miała zawsze dobre słowo.

Oprócz nas w stajni nie było nikogo. Budynek wydawał się większy niż w dzień i wywoływał dziwnie przygnębiające wrażenie. Może dlatego, że panowała tu niezwykła cisza. Późna pora i przenikliwy chłód wygnały stajennych do kwater, a większość stanowisk zionęła pustką, mimo że do wiosennych wypasów wciąż pozostawało kilka miesięcy. Choć stajnie Neuburga mogły pomieścić ponad sto koni, zimowało ich tu zaledwie czterdzieści trzy. Nie była to wina złego gospodarowania. Po prostu coraz więcej zwierząt wysyłano na zachód, do Temerii, i na południe, korzystając z gwałtownie rosnącego zapotrzebowania na dobre wierzchowce. Oraz rosnących cen tychże. Jeśli plotki powtarzane na podgrodziu odpowiadały prawdzie, szykowała się naprawdę wielka wojna z Nilfgaardem.

– Szalony czy nie, był wielkim wodzem – obstawał przy swoim Dago.

– Zaiste, wielkim – ironizowałam z czystej przekory. – Tak wielkim, że trzech tęgich pachołków musiało go podsadzać na konia.

W tym momencie Frydha zarżała cicho. Natychmiast zapomniałam o Wulfryku i jego domniemanej wielkości. W końcu mające właśnie przyjść na świat źrebię miało należeć do mnie i wyczekiwałam tej chwili od długich jedenastu miesięcy.

Nie po raz pierwszy uczestniczyłam w narodzinach źrebaka, ale zawsze było to niesamowite przeżycie, choć zasadniczo człowiek nie miał wiele do roboty poza byciem cicho. Najpierw aksamitna sierść klaczy pociemniała od potu, potem Frydha zaczęła kręcić się niespokojnie. Kilka razy kładła się i zrywała, a ja przygryzałam wargi, wyobrażając sobie towarzyszący temu ból. W pewnym momencie do naszej trójki dołączył Folkwin, główny stajenny, człowiek, który o koniach zapomniał więcej, niż niejeden znawca tematu kiedykolwiek się dowiedział. Uwielbiałam go, choć nazywał mnie Zarazą i kazał uprzątać nawóz, kiedy narozrabiałam. Czyli prawie codziennie.

Lotos urodził się nad ranem i według mnie był najpiękniejszym źrebakiem, jaki przyszedł na świat nie tylko w Lyrii, ale i na całym świecie. Przez dobrą godzinę po tym wydarzeniu czekaliśmy, aż podźwignie się na nogi i tym samym w pełni potwierdzi, że wszystko z nim w porządku. Mimo że nie bardzo lubiłam karą maść, tym razem byłam gotowa bronić do upadłego tej niezrównanej czerni nierozjaśnionej najmniejszą nawet odmianą.

– Nazywa się Lotos – oznajmiłam, kiedy konik wstał i zrobił kilka kroków, zataczając się jak pijany.

Wszyscy popatrzyli na mnie, jakbym raptem zamieniła się w gnoma.

– Wiesz, kuzyneczko… – zaczął Edwin.

– Zgłupiałaś! – Dago był moim bratem, nie bawił się w eufemizmy. – Takie idiotyczne imię mogła wymyślić tylko dziewczyna.

Folkwin nic nie powiedział, wzruszył jedynie ramionami.

– Nazywa się Lotos – powtórzyłam przez zaciśnięte zęby.

Tymczasem źrebak ssał z zapałem wymiona matki, nic sobie nie robiąc z „dziewczyńskiego” imienia, które właśnie otrzymał.

II

Gram wykonał klasyczny winden, a ja po raz kolejny skontrowałam twardą zasłoną, od której zadzwoniły mi zęby. Mimo że jak na koniec maja dzień był wyjątkowo zimny, spływaliśmy potem, bo Halet nas nie oszczędzał. Nikt jednak nie narzekał. Stary żołnierz budził respekt i nawet ja nie śmiałam mu pyskować. Głównie dlatego, że w każdej chwili mógł mnie stąd wyrzucić na zbity łeb. Ćwiczenia z bronią „nie były przyjęte” i ciotka Adalberta nieraz kłóciła się z wujem, że powinnam raczej uczyć się rzeczy bardziej przystających damie.

– Larze prędzej się przyda umiejętność dźgania deką niż wyszywanie srających ptaszków na chustkach do nosa – odpowiadał zgryźliwie. Dzięki tym postępowym metodom wychowawczym spędziłam niezliczone godziny, wywijając drewnianym mieczem, zamiast nudzić się jak mops w towarzystwie starych bab.

– Do licha, Laro, w ten sposób może bronić się krasnolud o łapach grubych jak dęby – warknął Halet, a ja błyskawicznie porzuciłam myśli o damach, manierach i defekujących ptaszkach. Zdawał się mieć oczy dookoła głowy i wyławiał wszystkie potknięcia, chociaż oprócz mnie i Grama na placyku trenowało aż szesnastu kandydatów na szermierzy. Którzy, oczywiście, natychmiast zaczęli się gapić; klekot „oręża” wydatnie stracił na intensywności. Gram, jakby speszony swoją krzepą, opuścił nieco gardę. Błyskawicznym ślizgiem odbiłam klingę i kompletnie nieprzepisowo zdzieliłam go płazem w przedramię. To musiało zaboleć. Więcej, to MIAŁO boleć.

– Nawet się nie waż dawać mi forów – wysyczałam, kiedy odruchowo poderwał się do mocno spóźnionej zastawy. Po jego zaciętej minie poznałam, że ostrzeżenie podziałało.

Halet westchnął. Z rezygnacją.

Teraz starałam się odbijać miękko, ze ślizgiem lub stosować sprytne zawinięcia, przynajmniej tam, gdzie się dało. Nie, żeby Gram często dawał ku temu okazję. Niezmiennie od lat górował nade mną wzrostem i siłą i w odwecie za siniak na przedramieniu bez litości wykorzystywał teraz te atuty. Istniała jednak nadzieja, że sama natura zmniejszy ową przewagę. Ostatnio wszystkie moje ubrania kurczyły się w zastraszającym tempie, a należy pamiętać, że babka Nissa, do której jestem ponoć podobna, przewyższała wzrostem niejednego męża.

Nie żebym zaraz sobie życzyła stać się babką Nissą. Z tego, co słyszałam, miała wąsy, bary jak niedźwiedź i ostry język, którym władała sprawniej niż legendarny Cregennan swoją magiczną mocą.

Rytmiczny stukot ćwiczebnych mieczy wywabił na dziedziniec kilku najemników, niedawno przybyłych aż z Aldersbergu. Zaczęli zachęcać nas okrzykami i głośno komentować nasze poczynania. Pośpiesznie poszukałam wzrokiem tego o dziwnych oczach i twarzy jak z koszmarnego snu, ale go nie dostrzegłam. Od trzech bez mała dni próbowałam zawrzeć z nim znajomość, ale jak dotąd bez skutku, choć dowiedziałam się sporo o okolicznościach jego przyjazdu. Wuj, rad, że udało mu się wynająć kogoś takiego do ochrony stad, zamęczał nas szczegółami podczas posiłków. „Na początku kręcił nosem” – mówił – „ględził coś o kodeksie i potworach. A ja mu na to:  potwory to u nas, panie wiedźmin, nie grasują, ale koniokradów z pogórza mamy szeroki wybór i znaczną różnorodność, na czele z Guncelinem von Erbach, tym niemytym kutasem!”.

Tu wuj walił kuflem w stół, a ciotka syczała, żeby nie przeklinał przy damach.

Jako że byłam na placu jedyną dziewczyną, w dodatku siostrzenicą barona, cała uwaga skupiła się na mnie i Gramie. Fakt, że najemnicy wyraźnie faworyzowali syna Gerlindy tylko dlatego, że był chłopakiem, wysoce mnie zirytował. Zaryzykowałam fintę, markując cios z góry; zanim Gram zdołał wyprowadzić kontrę, lewą pięścią rąbnęłam go w nos. Jednocześnie jego miecz spadł na mój odsłonięty bark. Unisono wrzasnęliśmy z bólu.

Tym razem Halet nie miał zamiaru udawać, że wszystko jest w porządku.

– Panienko Laro – powiedział spokojnie, nie zwracając uwagi na śmiechy i gwizdy – przeproś Grama, odejdź i ochłoń, zanim napytasz biedy sobie i nam.

Gdyby taki rozkaz wydał mi ktoś inny, nie posłuchałabym. Ale Halet to Halet.

Masując bark, zerknęłam na przyjaciela, który odpowiedział mi spojrzeniem pełnym urazy. Jego nos błyskawicznie przybierał kolorek świeżych buraczków.

Ogarnął mnie wstyd.

– Przepraszam – burknęłam i obróciłam się na pięcie, rada z faktu, że od kilku tygodni nie trenowaliśmy przed samym donżonem, tylko w najbardziej odeń oddalonej części dziedzińca, tuż obok kwater zbrojnych. Prawdopodobnie ciotka Adalberta maczała w tym palce, od dawna irytowały ją nasze wrzaski. Tak czy owak chyba nikt z zamkowej służby nie był świadkiem mojego upokorzenia.

Nie chciałam wracać do domu, gdzie Gerlinda natychmiast zagnałaby mnie do szycia lub czytania Dobrej Księgi starego Lebiody, rzeczy, których serdecznie nie znosiłam. Zamiast więc udać się w stronę górującego nad okolicą donżonu, skręciłam w wąski przesmyk prowadzący w dół, na podzamcze. Włóczęga między zajętymi jak mrówki rzemieślnikami wydawała się zdecydowanie lepszym pomysłem niż kiszenie się w pogrzebowej atmosferze zamkowych komnat. No i zawsze mogłam się zakraść do stajni, a stamtąd naprawdę blisko już było do wymknięcia się za bramę.

Wychodząc zza załomu muru, niemal zderzyłam się ze szczupłym, ciemnowłosym mężczyzną i mimo woli krzyknęłam, kiedy paskudna gęba i dziwne oczy znalazły się tak blisko mojej twarzy. Usunął się grzecznie, odwracając poharatany policzek, jakby nie chciał mi sprawiać przykrości widokiem tej okropnej blizny. Zrobiło mi się głupio. Od kilku dni łaziłam, szukając okazji, by z nim porozmawiać, a kiedy się nadarzyła, wrzeszczę jak idiotka. Zaczęłam gorączkowo myśleć, co by tu rzec, ale jak na złość nic mądrego nie przychodziło mi do głowy. Nie mogłam jednak stać i gapić się w nieskończoność. Głównie dlatego, że po chwili wahania obiekt oględzin wyminął mnie i ewidentnie zamierzał się oddalić, nie racząc nawet poczęstować frazesem w rodzaju: „panienka wybaczy”.

– Zaczekaj! – krzyknęłam. Gdy przystanął, nie usiłował już kryć zmasakrowanego policzka. Uff, jednak tę gębę to rzeczywiście miał straszną.

– Jak ci na imię? – palnęłam, bo pomysłu na konwersację nadal nie miałam żadnego, a wymiana uprzejmości zawsze stanowiła jakiś początek.

Uniósł brew.

– Mama panienki nie uczyła, że nie należy zaczepiać nieznajomych? – zakpił. Głos miał niespodziewanie dźwięczny i miły. Sądząc z wyglądu, powinien warczeć jak dzikie zwierzę.

– Ona nie żyje – odparłam obojętnie. Matka umarła dawno i w okolicznościach, które nie nastrajały do przesadnego czczenia jej pamięci. – Jestem Lara Reven. Jak odpowiesz na pytanie, tę część z nieznajomymi będziemy mieli załatwioną.

Drgnęły mu kąciki ust. Nie bez racji Gerlinda twierdzi, że mam nieprzyzwoity talent do nawiązywania nieodpowiednich znajomości. Ha, gdyby mnie teraz zobaczyła! Chociaż lepiej nie, mógłby ją szlag trafić.

– Zwą mnie Eskel.

– Ładnie – pochwaliłam, podchodząc bliżej. – Jeśli chcesz, mogę cię oprowadzić po zamku.

– To prawdopodobnie nie jest najlepszy pomysł. – Potrząsnął głową, a ja natychmiast zrozumiałam. Wbrew temu, co często powtarza ciotka Adalberta, nie jestem „głupim, krnąbrnym dziewuszyskiem”. No, owszem, jeszcze rok czy dwa temu pazurami i zębami broniłabym prawa do przyjaźnienia się, z kimkolwiek zechcę. Tymczasem jednak udało mi się skończyć trzynaście lat i pewne rzeczy zaczęły docierać nawet do mojej, przyznaję, dosyć twardej głowy.

– Prawdopodobnie nie – zgodziłam się. – Ale…

Tu błysnęła mi pewna myśl i uśmiechnęłam się od ucha do ucha.

– Na równiny wyruszacie dopiero jutro, prawda? W takim razie spotkamy się po południu i wtedy ci wszystko pokażę.

Natychmiast odwróciłam się na pięcie, zdecydowana odszukać Grama i zmusić do pełnienia roli przyzwoitki, choćby się nie wiem jak wykręcał.

– Eeee… Laro?

– Tak? – Tym razem ja zamarłam wpół kroku.

– Szczególna fryzura jak na panienkę z dobrego domu. – W jego głosie ciągle była leciutka nutka kpiny, ale takiej przyjaznej, jak w głosie Folkwina, kiedy nazywał mnie Zarazą. Dlatego nie obraziłam się.

– A, to? – Przesunęłam dłonią po ciemnobrązowych kosmykach ledwie zakrywających uszy i kark. – W zeszłym roku udało mi się złapać wszy cztery razy pod rząd. Ostatni skończył się gruntownym strzyżeniem, bo ciotka Adalberta była nieco, hm, niekontenta. Gdybyś widział jej minę, gdy oświadczyłam, że tak jest o wiele wygodniej! Wypisz, wymaluj rozjuszony rosomak!

III

Kto chociaż raz swobodnie galopował po równinach, zdaje sobie sprawę, że nie istnieje rzecz, która mogłaby się z tym równać. Nic dziwnego, że walczyłam jak dzikie zwierzę, by zachować ów przywilej. Albowiem całkiem niedawno ciotka próbowała mnie go pozbawić, mając podobno na uwadze bezpieczeństwo i względy przyzwoitości. Wuj Hugon nie posiadał na ten temat zdania, niewiele go obchodziło, co robię, dopóki nie właziłam mu w oczy i nie zawracałam głowy. Szczęściem Edwin stanął po mojej stronie, bo go bawiłam i miałam dość sprytu, żeby obracać ów fakt na swoją korzyść. Nie darmo przeczytałam wszystkie książki z biblioteczki kapłana Rdesta, druidzkiego preceptora, choć ciągle powtarza, że jeśli nie powściągnę swojej chorobliwej ciekawości, zapewne skończę na stryczku. Może i tak, w każdym razie dzięki niemu odkryłam, jak wiele się można dowiedzieć o życiu, mając otwartą głowę i właściwe lektury. Gdyby nie „Sztuka argumentowania” pióra czarodziejki Jokasty z Cidaris, nie buszowałabym teraz po boksach zajęta realizowaniem planu, za który, gdyby został ujawniony, zapewne porządnie dostałabym w skórę.

W stajni nikt nie zawracał mi głowy, dopóki nie wparował tam Gram, który najwidoczniej rozpytywał o mnie w donżonie. Lubiłam go – na ogół – i jeszcze do niedawna świetnie się dogadywaliśmy. Był moim najlepszym przyjacielem, nieodłącznym towarzyszem. Wspólnie układaliśmy najbardziej zwariowane plany i realizowaliśmy je, po równo też dzieliliśmy zyski, szczodrze wypłacane przez Gerlindę skórzanym pasem. Niestety, ostatnio Gram mianował się kimś w rodzaju jednoosobowej gwardii przybocznej Lary Reven, chociaż był starszy ledwie o rok. Irytowało mnie to, ale i smuciło, bo gdzieś w tym wszystkim znikła zażyłość, a narodziło się skrępowanie i dystans.

Nie miałam aż tylu przyjaciół, by nie bolało mnie przeczucie, że wkrótce stracę bezpowrotnie jednego z nich.

– Wiesz, że nie powinnaś tego robić – mruknął, kiedy zobaczył, że ściągam siodło z haka.

– Tak, ciociu Adalberto – odparłam drwiąco, przytrzymując kulbakę przedramieniem z wprawą, którą daje tylko długoletnia praktyka. Dołożyłam tręzlę i pośpieszyłam do boksu Frydhy.

Po stajni kręciło się kilku koniuchów, jednak nie poświęcili nam nawet przelotnego spojrzenia. Oboje byliśmy tu zbyt częstymi gośćmi, by ktokolwiek zwracał uwagę na pańską siostrzenicę i jej „rycerza”.

Gram przewrócił oczami.

– Nie martwi mnie, że ktoś uzna twoje wyprawy za nieprzyzwoite – prychnął. – Ale tak czy owak są…

– Zabawne? Przyjemne? Ciekawe? – podsunęłam usłużnie.

W odpowiedzi tylko prychnął.

 Poszedł za mną w głąb stajni, ale nie zaproponował pomocy. Za dobrze mnie znał, by nie wiedzieć, że dzień, w którym nie zdołam sama osiodłać sobie wierzchowca, będzie dniem mojej śmierci.

– Guncelin von Erbach bardzo by był rad, jakbyś mu wpadła w łapy – kontynuował, gdy zakładałam klaczy tręzlę. – Nienawidzi twego wuja i chętnie by cię ze skóry obłupił, żeby mu tylko zrobić na złość. Wiesz, Vibeke mówiła, że on podobno pokumał się z elfami z gór, coby mu pomagali w zbójowaniu.

– Ja tam bym nie wierzyła we wszystko, co mówi Vibeke. W zeszłym roku utrzymywała, że u starej Grabcowej na strychu siedzą trzy diabły i dyndają ogonami przez otwór w suficie. A zresztą to będzie tylko krótka przejażdżka, nie podróż do Mahakamu. Jak chcesz, możesz jechać ze mną – zaproponowałam wielkodusznie. – Chyba że jesteś dupą wołową, która boi się wyściubić nos za mury.

Nie muszę mówić, jaki odzew wywołały te słowa.

Mimo że zaczęłam przygotowania wcześniej, Gram uwinął się szybciej i kiedy w końcu wyprowadziłam okulbaczoną klacz ze stajni, on od dobrej chwili już siedział w siodle z uśmieszkiem wyższości na ustach. Przewróciłam oczami. Zaciągnięcie popręgu wymaga siły, jeszcze jeden powód, by żałować, że nie urodziłam się chłopakiem. Poza tym, kiedy on był zajęty swoim wałachem, ja w międzyczasie dyskretnie ściągnęłam z haka skórzaną torbę na prowiant i wpakowałam do niej zapasowe ogłowie oraz munsztuk. I choć poruszałam się najszybciej, jak mogłam, zabrało to kilka chwil.

Włożyłam nogę w strzemię i dźwignęłam się w górę. Usadowiłam się wygodnie i mocniej ujęłam wodze; ruszyliśmy stępa w kierunku bramy. Kopyta miarowo stukały o bruk, rodząc echa i ściągając na nas zaciekawione spojrzenia przechodniów. Zanim dotarliśmy do barbakanu, musiałam ze dwadzieścia razy odpowiedzieć na ukłony o różnym stopniu uniżenia, które niezmiennie wprawiały mnie w irytację. Nie znoszę, kiedy ludzie próbują wkupić się w łaski wuja, robiąc słodkie oczy do wszystkich, którzy w ich mniemaniu mogą w tym pomóc. Na szczęście strażnicy barbakanu szybko zamienili ową irytację w dobrą, solidną złość, bo zadawali mnóstwo pytań i zachowywali się wyjątkowo odpychająco. Przepuścili nas, dopiero kiedy zapewniłam, że planujemy tylko niedaleką przebieżkę po gościńcu. Mimo że miałam formalne pozwolenie na wyjazdy, te zarośnięte małpy nie byłyby sobą, gdyby nie robiły trudności.

Gdy tylko przejechaliśmy przez bramę, a przed naszymi oczami rozciągnął się widok na równinę, Frydha przyśpieszyła do kłusa. Choć miała już szesnaście lat i według końskiej rachuby osiągnęła wiek średni, jej nogi wciąż były chyże, a usposobienie równie płoche jak wtedy, gdy była młodziutką źrebicą. Wystarczyło popuścić cugle, a od razu przechodziła w galop, od którego w każdym prawdziwym łowcy przygód śpiewała dusza.

Nie wspomniałam o tym Gramowi, ale moja przejażdżka nie miała być ani tak krótka, ani też pozbawiona celu, jak wmawiałam wartownikom. Udawałam się na wschodnie pastwisko, gdzie trzymano młode konie, z gotowym planem, który dawniej wzbudziłby jego natychmiastowy zapał. Jednak ten nowy Gram mógłby nie być zachwycony. Milczałam więc, bo nie miałam ochoty przekonywać kolejnej zakutej głowy do swoich racji.

W ciągu ostatnich szesnastu miesięcy, kiedy ja zbliżyłam się do czternastych urodzin i urosłam niemal o cztery cale, Lotos zdążył wyjść z wieku źrebięcego. Dorósł już do siodła i uzdy i wkrótce miał rozpocząć służbę, do której rodziła się większość naszych rumaków. Wyczekiwałam dnia, kiedy wskoczę mu na grzbiet, choć w myśl decyzji Folkwina nie ja miałam go ujeździć. Na nic się zdały tłumaczenia, że koń jest mój. Ostatnia dyskusja na ten temat skończyła się tak, że ja wrzasnęłam coś o w rzyć chędożonych starych nudziarzach, a on spokojnym tonem oznajmił, że porozmawia z wujem, bym w ogóle nie dostała konia na własność.

Poczułam się wtedy, jakby podstępnie wbił mi nóż w serce i przez kilka dni w ogóle się do niego nie odzywałam, chociaż w głębi serca wierzyłam – nie bez racji – że tego nie zrobi. Sprawa ujeżdżenia  Lotosa stawała się jednak paląca, a to, że Folkwin zabronił, nie oznaczało wcale, że ja posłucham. Nie wiem, po kim odziedziczyłam ów wściekły upór, ale odkąd tylko pojęłam znaczenie słowa „nie”, ciągle robiłam wszystkim na przekór. Koń był mój, prawda? A skoro tak, równie dobrze mogę dosiąść go teraz, dzisiaj, zanim ubiegnie mnie byle pastuch w zgrzebnej koszulinie.

Kiedy wypadliśmy na równiny, zrobiliśmy to, co robiliśmy zawsze, a co pewnie przyprawiłoby Folkwina o atak furii, zaś Gerlindę o palpitacje serca. Jak na komendę pochyliliśmy się w siodłach, spięliśmy konie i poszliśmy w cwał. Wałach Grama był młodszy i roślejszy, jednak w żyłach Frydhy płynęła, rozrzedzona, bo rozrzedzona, ale zawsze, krew chyżych elfickich biegunów. Pojedynek był więc wyrównany, ziemia pryskała spod kopyt, wiatr gwizdał w uszach, a mnie chciało się krzyczeć w głos z czystej radości.

Po kilku minutach zwolniliśmy do stępa, choć rozochocone wierzchowce rwały się do dalszego biegu. Zerknęłam na Grama i w jego twarzy dostrzegłam odbicie tej samej euforii, która wrzała w moich żyłach od czubka głowy aż po palce u nóg. Odgarnęłam włosy –wprawdzie nie zakrywały uszu, ale świetnie sobie radziły z włażeniem do oczu – i wyszczerzyłam do niego zęby. Ku mojemu zaskoczeniu nie odpowiedział uśmiechem; przeciwnie, spochmurniał i odwrócił wzrok.

– Hej, chyba się nie gniewasz? – zapytałam zdziwiona. Gram nigdy nie chował urazy, nawet kiedy po raz kolejny zbierał lanie będące pokłosiem jakiegoś mojego genialnego pomysłu.

– Niby za co? – odburknął. Wciąż unikał patrzenia mi w oczy.

– Że cię nazwałam dupą wołową. – Nagle słowa popłynęły potokiem, jakby tylko czekały na malutką wyrwę w murze milczenia wznoszonym wokół każdej sprawy, na którą nie mogłam znaleźć rady. – Wcale tak nie myślę, tylko… jestem chora od tych wiecznych nakazów i zakazów! – wybuchnęłam. –  Jakbym była cielęciem na postronku, który wszyscy mogą szarpać do woli, bo przecież cielę jest zbyt głupie, by chodzić samopas!

Twarz Grama w jednej chwili stała się kwintesencją zdumienia. Nie wiedzieć czemu, rozzłościło mnie to bardziej, niż gdyby otwarcie nazwał mnie idiotką.

– Och, zapomnij – warknęłam i uderzyłam Frydhę piętami. Drgnęła i położyła uszy, przyśpieszyła jednak do kłusa i szybko przeszła w lekki galop.

– Nie, zaczekaj! – Gram zrównał się ze mną, a potem głupio spróbował zajechać mi drogę. Klacz uskoczyła spłoszona, mnie zaś wyrwało się brzydkie słowo, którego czasem używał Edwin, kiedy był bardzo, ale to bardzo zły.

– Wyżywasz się na mnie, bo nie możesz robić, co ci się podoba?

– Ależ skąd. Wyżywam się na tobie, bo jesteś durniem – oświadczyłam dobitnie, po czym popuściłam cugli, a Frydha i jej temperament uwolnili mnie od konieczności kontynuowania rozmowy zmierzającej w kierunku, który dawniej po prostu oznaczał bójkę, a dziś mógł definitywnie zakończyć naszą przyjaźń.

*

„Wschodnie pastwiska są duże, zielone i leżą na wschodzie” – wykaligrafowałam na pergaminie wkrótce po tym, jak kapłan Rdest wziął się za uzupełnianie mojej edukacji. Pamiętam to bardzo dokładnie, bo musiałam potem dziesięć razy skopiować tekst, w którym jakiś pomylony zarządca w przerażających szczegółach opowiadał o ukształtowaniu terenu, szlakach i rozmieszczeniu stad. Kiedy po raz pierwszy miałam okazję sama obejrzeć owe „dwieście dwadzieścia jeden mil kwadratowych stepowych traw i endemicznej roślinności Lyrii” (tu następowała długa na cztery strony litania nazw własnych w Starszej Mowie), doszłam do wniosku, że dziecinna definicja, pomimo rozbrajającej prostoty środków wyrazu, całkiem dobrze oddawała istotę rzeczy. Te pastwiska naprawdę były duże i zielone. Były też wymarzonym miejscem na letnie wypasy, ponieważ nie brakowało tu paszy, przestrzeni i wody – trzech rzeczy, bez których nie może się obejść żadna hodowla. Jako że tej wiosny wuj zrezygnował z przepędzania stad dalej na równiny, stepy na wschód od Neuburga raptem zaroiły się od koni, pasterzy i zbrojnych. W duchu rada byłam, że po drodze nie natknęliśmy się na żaden oddział. Wprawdzie nie sądziłam, by ktokolwiek miał dość śmiałości, by mi mówić, co mam robić, jednak wolałam tego nie sprawdzać.

Przez dłuższy czas jechaliśmy w milczeniu – Gram wściekły i obrażony, ja nieskruszona, ale zdecydowana nie prowokować go więcej. Kłótnia i tak wisiała w powietrzu, a znałam siebie zbyt dobrze, by się łudzić, że nie odpowiem atakiem na atak. Mimo to co jakiś czas zerkałam na przyjaciela kątem oka. Paradoksalnie, im bardziej ponurą miał minę, tym silniej korciło mnie, by zrobić coś głupiego – zepchnąć go z siodła albo wrzasnąć „kto ostatni, ten kobold!” i popędzić Frydhę do szalonego cwału. Dawniej robiliśmy takie rzeczy bez przerwy. Cóż. Chyba nie tylko on się zmienił.

W końcu nasze wierzchowce zaczęły parskać, strzyc uszami i przyśpieszać kroku, co oznaczało, że wyczuły bliskość pobratymców. Z miejsca zapomniałam o Gramie i jego nastrojach. Ogarnęła mnie ekscytacja na myśl, że przynajmniej jedno z moich marzeń za chwilę się spełni i nikt nie zdoła mi w tym przeszkodzić – choćby dlatego, że wszyscy, którzy mogliby to zrobić, przebywali daleko stąd.

Pozwoliłam, by wyciągnięty kłus Frydhy wyniósł mnie na wzniesienie, z którego ujrzałam pasące się stado i obozowisko pastuchów. Niedługo potem my również zostaliśmy spostrzeżeni; od tabunu oderwali się trzej jeźdźcy i pomknęli w naszą stronę z szybkością wichru. W jednym z nich rozpoznałam Egila, syna Folkwina; dosiadał charakterystycznego dereszowatego ogiera o imieniu Sokół, którego nie dało się pomylić z innym koniem. Pomachałam mu i ruszyłam w dół, nie oglądając się na Grama. Wkrótce mogłam już dostrzec uśmiech na ogorzałej twarzy młodego kawalkatora. Odpowiedziałam powitalnym okrzykiem. Przyjeżdżałam tu średnio raz w miesiącu i wydawało mi się, że znam wszystkich. Z tym większym zdziwieniem stwierdziłam, że nie rozpoznaję żadnego z towarzyszących Egilowi mężczyzn. Ewidentnie nie byli koniuchami, to byli uzbrojeni po zęby najemnicy.

Zżymnęłam się w duchu. Co oni, u licha, tu robili i to w takiej liczbie? Zwykle każdy tabun chroniło dwóch, góra trzech uzbrojonych ludzi, nie licząc koniuchów. Ostatnio, gdy tu byłam, młodych ogierków pilnowali tylko wiedźmin Eskel, Egil i jeden niewydarzony pastuch z Nowych Taszek. Nie mogłam liczyć, że przy tylu zbrojnych obserwujących każdy mój ruch uda mi się bez przeszkód zrealizować plan.

Co nie znaczyło, że nie spróbuję.

– Lara! Co tu robisz, u licha? – Na twarzy Egila radość walczyła ze zdziwieniem. Najwidoczniej od czasu naszej ostatniej rozmowy wydarzyło się coś na tyle niezwykłego, że postawiło pod znakiem zapytania zwykły porządek rzeczy. Natychmiast przypomniałam sobie wcześniejszą rozmowę z Gramem, jednak od razu odrzuciłam myśl o grasujących po stepach rabusiach i elfach. Gdyby to była prawda, strażnicy przy bramie nigdy by nas nie wypuścili.

– Zażywamy przejażdżki. Podobno to zdrowe. – Wyszczerzyłam zęby do obu jeźdźców, którzy przyglądali się nam z nieprzeniknionymi twarzami. Młodszemu, o oczach równie niebieskich jak moje, lekko drgnęły kąciki ust. Starszy nadal mierzył mnie podejrzliwym wzrokiem, zupełnie jak Gerlinda, gdy wietrzyła w powietrzu jakiś figiel. – Poza tym chciałam odwiedzić Eskela. A tak nawiasem mówiąc, gdzie on jest?

– Co się stało? – wtrącił się Gram, który nigdy nie słynął z subtelności. – Dlaczego baron podwoił straże?

– Nie twój interes – odezwał się wreszcie starszy z najemników. Mówił we wspólnej z dziwnym akcentem, którego nie umiałam umiejscowić i patrzył na nas z wyraźną odrazą, jak na gówno przyklejone do obcasa. – W ogóle nie powinno was tu być.

– A ty jesteś… – Bezczelnie uniosłam brwi. Podobno jeśli tylko chcę, moje maniery są bez zarzutu. Problem w tym, że zazwyczaj nie chcę.

– To Johann Tarkow. Dowodzi oddziałem – poinformował Egil z naciskiem, by uprzedzić ewentualną obraźliwą uwagę. Którą natychmiast przełknęłam. Nic dziwnego, ów Tarkow mógł mnie odstawić do zamku siłą, powołując się na względy bezpieczeństwa. Wuj pewnie nie powiedziałby złego słowa, ma uczulenie na punkcie swoich cennych koników. Jego siostrzenica zaś, choć – formalnie – jest córką wolnego pana na Reven, który dał się bardzo chwalebnie i głupio zabić w pierwszej bitwie o Sodden, nie przedstawia dlań żadnej realnej wartości.

– Racz wybaczyć, panie. Nie chciałam być niegrzeczna. – Skinęłam głową, błyskawicznie przeobrażając się w kwintesencję szlacheckiej uprzejmości. Niestety rozmówca okazał się zbyt tępy, by docenić mój wysiłek.

– Nie wiem, czego szlachetna panienka chce od tego szpetnego czarciego pomiotu, ale może się z nim zabrać do miasta, jak tylko wróci. Nagadacie się po drodze.

– Eskel nie jest szpetny – zjeżyłam się, natychmiast zapominając o grzeczności. – A jeśli nawet, to przynajmniej nie śmierdzi brudnymi onucami, co jest nader rzadkie w dzisiejszych czasach. Poza tym chwilowo nigdzie się nie wybieram, ale wy, panowie, nie przeszkadzajcie sobie. Z pewnością macie tu ważkie obowiązki powierzone wam przez mojego wuja.

Celowo podkreśliłam „wuja” i „obowiązki”.

Tarkow pokraśniał jak burak ćwikłowy i przez mgnienie oka byłam pewna, że ja i Gram powędrujemy do Neuburga na piechotę, wleczeni przez jego ludzi na arkanach. Na szczęście chyba nie najlepiej rozeznawał się w sytuacji rodzinnej swego chlebodawcy. Wysyczał przez zęby coś, co prawdopodobnie było przekleństwem, spiął konia i pogalopował w stronę wzgórz. Jego milczący kompan ruszył za nim, zdążył jednak posłać mi uśmieszek wyrażający więcej niż tysiąc słów. W odpowiedzi błysnęłam zębami. Całkiem był ładny z tymi swoimi błękitnymi oczami i opaloną cerą.

Zerknęłam na Grama. Miał nieprzenikniony wyraz twarzy, ale znałam go tak dobrze, że niemalże mogłam odczytać jego myśli. Nie był ze mnie zadowolony.

– Niepotrzebnie go rozwścieczyłaś – mruknął Egil, który został przy nas. – On nie słynie z poczucia humoru.

– No to co? Co mi zrobi, wpakuje bełt między łopatki? Egilu, co oni, u licha, tu robią?

– Ech… – westchnął. – W ogóle się dziwię, że wuj wypuszcza cię za mury. I to teraz, kiedy…

– Kiedy co? – zniecierpliwiłam się, gdy urwał.

– Dwa dni temu elfy z gór zagrabiły bydło i wymordowały pasterzy znad Źródlanki. Mówi się, że niektóre ciała zostały poszarpane na strzępy, jakby przez bestie z samego dna piekła.

– Poszarpane? Przez bestie? I to z samego dna? – Uniosłam brwi. – Czemu nie dołożysz do tej bajki jeszcze hordy krwiożerczych upiorów i kilku smoków?

– To nie bajka. Wprawdzie jestem skłonny przypuszczać, że „bestie” to słynne górskie wilczarze Guncelina von Erbacha, ale to wcale mnie nie cieszy. One są śmiertelnie groźne, Laro, i, w przeciwieństwie do wydumanych diabłów, zupełnie realne. Wszystkie stada otrzymały dodatkową ochronę.

Przewróciłam oczami. Jeśli nawet wydarzyło się coś dziwnego, Źródlanka leżała daleko na wschodzie, niemal w cieniu gór. Tam zawsze wrzało, niezależnie od tego, czy gdzie indziej panował spokój, czy szalała wojna.

– Brednie – powiedziałam głośno, by przekonać samą siebie. – Gdyby nawet ośmielili się zapuścić tak daleko na niziny, patrole już dawno trafiłyby na jakiś ślad.

Egil wzruszył ramionami. Gram milczał, ale sposób, w jaki jego czarne brwi zbiegały się nad nosem, wyrażał cały ogrom dezaprobaty. Gdybym nie była świadoma, że jest to prawdopodobnie ostatnia (i w ogóle jedyna) okazja, by wreszcie mieć coś na własność od początku do końca, pewnie z podkulonym ogonem czmychnęłabym do domu tylko po to, by przestali mi słać te potępiające spojrzenia. W końcu należeli do nielicznych osób, które naprawdę lubiłam i które lubiły mnie.

W obozowisku zastaliśmy dalszą trójkę jeźdźców. Wśród nich była nawet kobieta, brzydka i wytatuowana niczym Zerrikanka. Po wymianie grzeczności (i niegrzeczności, Johann Tarkow jeszcze raz próbował odesłać nas do wszystkich diabłów) udało mi się uwolnić od ich towarzystwa. Zostawiłam Frydhę pod opieką Grama, przewiesiłam torbę przez ramię i poszłam popatrzeć na pasący się tabun, jako pretekst wykorzystując oczekiwanie na powrót Eskela, z którym pozostawałam w niejakiej zażyłości od pamiętnego spotkania na neuburskim podgrodziu.

Młode ogiery to chyba najbardziej energiczne i nieobliczalne stworzenia na świecie. Bez przerwy próbują ustalić hierarchię, więc się podgryzają i przepychają, a nierzadko kopią. Opieka nad nimi nie jest łatwa, wymaga wyczucia, wiedzy, niezłego refleksu i nieskończonych pokładów cierpliwości. Przez ostatnie półtora roku nauczyłam się od Lotosa równie wiele, jak on ode mnie. Ćwiczyliśmy podawanie nóg, zakładanie ogłowia, oprowadzanie w ręku, kiełznanie i kulbaczenie. Zebrałam porcję uszczypnięć i nadepnięć na palce. Dowiedziałam się, jak twarde jest końskie kopyto i jak wielkiego sińca może zostawić niegroźne nawet kopnięcie.

Mimo to, a może właśnie dlatego, szybko stał się dla mnie niemal równie ważny jak członkowie rodziny czy Gram. Nie myślałam o nim jak o pięknym i użytecznym stworzeniu, którego posiadanie zawdzięczałam kaprysowi wuja. Był przyjacielem. Bratem. Należał do mnie, a ja w pewnym sensie należałam do niego.

Gdyby te konie pochodziły z pogórza, nie znałyby stajni i nie tolerowałyby bliskości ludzi. Szczęściem dziki chów nie był w Lyrii popularny – wszystkie młode ogiery spędziły zimę w stajniach i większość mogłabym zawołać po imieniu. Wśród nich dostrzegłam smukłą sylwetkę mojego przyjaciela i uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Bez wahania zagwizdałam sekwencję dźwięków, która dzięki cierpliwości i mozolnej pracy kojarzyła się teraz w końskiej głowie z jedną rzeczą – ze mną.

Tudzież z kieszeniami pełnymi smakołyków.

Kilka koni natychmiast przestało się paść. Podniosły głowy i postawiły uszy. Ponowiłam sygnał i spośród brązów, rudości i bieli wyprysnął raptem czarny pocisk, który rzucił się ku mnie karkołomnym galopem. Za nim ruszyły jeszcze trzy – gniady Nahar, siwy Domero i kasztanowaty Fafnir. Wszystkie korzystały zimą z mojej szczodrobliwości, co najwyraźniej nie uleciało im z pamięci.

Kilka chwil później otoczyły mnie ze wszystkich stron, domagając się łakoci. Takie przekupstwo nie było ani rozsądne, ani całkiem bezpieczne, świetnie jednak służyło moim planom, bo końskie tornado zasłoniło mnie przed wzrokiem Egila i pozostałych. Opróżniłam kieszenie kurtki z jabłek i skórek chleba, szybko otworzyłam torbę i wyszarpnęłam tręzlę. Jazda na oklep to dla mnie bułka z masłem, robiłam to, odkąd sięgam pamięcią, jednak nawet ja nie zaryzykowałabym wskoczenia na grzbiet nieujeżdżonego konia bez założenia mu uzdy. Nie byłam ani czarodziejką, ani kandydatką na samobójczynię, chociaż z tym ostatnim w zaistniałych okolicznościach można było prawdopodobnie polemizować.

Dzięki temu, że przećwiczyliśmy to zimą setki razy, Lotos bez większych protestów pozwolił sobie założyć munsztuk i przecisnąć pasek potyliczny przez uszy. Zapinając sprzączki, poczułam bolesne uszczypnięcie w ramię – to Nahar domagał się kolejnych smakołyków czy chociażby odrobiny uwagi. Zaklęłam pod nosem i odepchnęłam natrętny pysk ozdobiony białą chrapką. Zirytowany ogier mógł stanowić poważne zagrożenie dla zdrowia, dlatego bez zwłoki przerzuciłam wodze przez wdzięcznie wygięty kark, chwyciłam się grzywy i…

Lotos drgnął i przysiadł na zadzie, gdy na jego grzbiet spadł ponad stufuntowy ciężar, jednak nie zaczął szaleć, czego w głębi duszy trochę się obawiałam. Odwrócił tylko głowę i spojrzał na mnie, jakby chciał rzec: „co jest?”. Od strony obozowiska doleciał mnie czyjś wrzask, chyba Grama. Nie miałam czasu sprawdzać. Mój wierzchowiec zatańczył nerwowo, nieprzywykły do tego, żeby cokolwiek krępowało mu ruchy. Pozwoliłam, by przejął inicjatywę; jakakolwiek próba wymuszania posłuszeństwa byłaby głupotą. Nie potrafił jeszcze reagować na sygnały, które ujeżdżone konie odczytywały niemal bezwiednie. Jedyne, co zdołałabym uzyskać, to gorące pragnienie zrzucenia mnie w diabły. 

Właściwie mój wyobrażony plan działania skończył się w chwili, kiedy wskoczyłam na smoliście czarny grzbiet. Chciałam jedynie, żeby ta pierwsza jazda należała do mnie, choćby miała się zakończyć upadkiem albo czymś gorszym, na przykład interwencją Johanna Tarkowa i powrotną jazdą do Neuburga w pętach. Dlatego nie bardzo teraz wiedziałam, co robić; na szczęście bądź nieszczęście ludzie wuja zdecydowali za mnie. Zbliżający się tętent kopyt i okrzyki oznajmiły, że nadciąga karząca ręka sprawiedliwości, nie miałam jednak czasu sprawdzać, czyją przyjęła postać. Ktokolwiek to był, raczej swoich poczynań nie przemyślał. Wystraszony hałasem Lotos runął nagle w galop, a ja momentalnie przestałam myśleć o czymkolwiek oprócz utrzymania równowagi. Ścisnęłam udami gładkie boki, pochyliłam się i niemal wtuliłam twarz w grzywę. Z niezrozumiałych powodów ogier nie uciekł w kierunku stada, tylko pognał w stronę przesmyku pomiędzy wzgórzami, prowadzącego na otwartą przestrzeń. Wiatr, który nie docierał do stosunkowo zacisznej dolinki, raptem zawył mi w uszach, gdy wypadliśmy na równinę. Mimo że niewątpliwie znajdowałam się w niebezpieczeństwie, nie miałam czasu się bać. Gdybym straciła równowagę albo koń potknął się i upadł, przy tej prędkości najprawdopodobniej skręciłabym kark. Skupiłam się więc na przypadającej mi części zadania, czyli utrzymaniu się na śliskim grzbiecie, co przy braku oparcia dla stóp wcale nie było łatwe. Na szczęście galop Lotosa był płynny jak ocean, wydawało się, że nie dotyka kopytami ziemi, że lecimy nad trawami jak duchy konia i jeźdźca z dawnych sag. W moje żyły uderzyła raptownie mieszanina zgrozy i zachwytu. Zrobiłam to! Cokolwiek się stanie, zrobiłam to!

Gwizd wiatru i łomot krwi w uszach przebił nagle dźwięk, którego nie słyszałam nigdy w życiu, jednak przysięgłabym, że pamięć o nim czaiła się w zakamarkach mojej duszy niczym spuścizna po dziesiątkach pokoleń ludzi mieszkających w cieniu gór – modulowane wycie zakończone jękliwą nutą, w której brzmiał głód i zapowiedź mordu. Ogier zarżał dziko i raptem poszedł w taki cwał, że świst powietrza przeszedł w stłumiony ryk. Odruchowo skuliłam się i mocniej wczepiłam palcami w grzywę. Kątem oka dostrzegłam po zachodniej stronie szare cienie, które próbowały przeciąć nam drogę. Niedowierzanie walczyło przez chwilę z paniką. Przecież to było niemożliwe, takie rzeczy się nie zdarzały, a już na pewno nie tu, dosłownie o strzał z łuku od zamku, w dodatku pod samym bokiem doświadczonych najemników!

Rzecz jasna, panika wygrała. Zacisnęłam powieki, puściłam cugle i wtuliłam twarz w szyję zwierzęcia. Próba zawrócenia w kierunku doliny na nic by się nie zdała – koń prawdopodobnie nie posłuchałby mnie, nawet gdyby nie czuł na karku oddechu strasznych górskich wilczarzy. Teraz szarpanie cugli mogłoby go przerazić jeszcze bardziej, przez co niechybnie zginęlibyśmy oboje, zanim ktokolwiek zdołałby nam przyjść z pomocą.

Niespodziewanie Lotos zmienił kierunek, a mnie omal nie zmiotło z grzbietu. Przez mgnienie oka byłam pewna, że spadam i jeśli jakimś cudem nie pogruchoczę kości, zginę od kłów stworzeń, z których drwiłam jeszcze godzinę temu. Mięśnie prawego uda wrzasnęły w proteście, gdy mój środek ciężkości niebezpiecznie przesunął się na lewą stronę. Szarpnęłam się rozpaczliwie i odzyskałam równowagę na chwilę przed tym, jak biegun potężnym susem przesadził jakiś dół. Każde ścięgno w jego ciele wibrowało od wysiłku. Równie dobrze jak ja wiedział, że idzie w przegony ze śmiercią i dawał z siebie wszystko, rwąc do przodu wyścigowym cwałem, którego mogłyby mu pozazdrościć rumaki z legend. Jednak żaden koń nie mógł długo utrzymać podobnego tempa, zwłaszcza taki, który dopiero co wyrósł z wieku źrebięcego i dźwigał na grzbiecie jeźdźca. Nawet czystej krwi elficki ca’pall nie zdołałby na długim dystansie prześcignąć wilczarzy, nieważne, co na ten temat miały do powiedzenia romantyczne ballady. Nasze szanse malały z każdym pokonanym jardem; prędzej czy później boki Lotosa zamydlą się od piany, znużenie odbierze jego nogom sprężystość, a bestie dopadną go i rozszarpią.

Moją jedyną nadzieją była odsiecz. W tej chwili przywitałabym wrednego Johanna Tarkowa jak wysłannika bogini Melitele i na kolanach błagała, żeby mnie odeskortował do domu, a jego obelgi brzmiałyby w moich uszach piękniej niż śpiew syren. Jednak był tylko gwizd wiatru, tętent kopyt i chrapanie dobywającego resztek sił konia. W niebo buchnął nagle skowyt triumfu – o wiele za blisko, w dodatku nie z tyłu, tylko gdzieś przed nami. Oszalały ze strachu Lotos kwiknął i rzucił się w bok, a mnie tym razem nie dopisało szczęście. Straciłam równowagę, z impetem walnęłam o ziemię i przekoziołkowałam dobrych kilka stóp, zanim zatrzymałam się z nosem w trawie i ustami pełnymi krwi. Złowrogie wycie rozległo się znowu. W głowie mi huczało, a kiedy spróbowałam wziąć głębszy oddech, między żebra wbił się rozżarzony grot bólu. W dodatku coś mi się stało w nogę – lewa kostka gięła się dziwnie i nie chciała mnie słuchać. Mimo to musiałam wstać, więc wstałam. Nie mam pojęcia jak, ale wstałam. I wyszarpnęłam z pochwy u pasa sztylet, którego jakimś cudem nie zdołałam dotąd zgubić.

Okazało się, że ścigały nas cztery wilczarze, ale tylko jeden, ten najdrobniejszy, ruszył w moją stronę. Pozostałe widać uznały, że nie jestem warta zachodu i nadal pędziły śladem ogiera. W myślach życzyłam mu szczęścia. Przynajmniej zyskał jakąś szansę. Jeśli tylko będzie miał dość rozumu, by zatoczyć koło i uciekać po własnych śladach, w końcu znajdzie się wśród braci. Osaczone stado koni potrafi bronić się do upadłego, o wiele skuteczniej niż ja byłabym w stanie nawet uzbrojona w miecz czy łuk. Fakt, mogłabym przynajmniej spróbować zastrzelić potwora, który krążył wokół po coraz ciaśniejszym okręgu, chociaż nieszczególna była ze mnie łuczniczka i zapewne tylko zmarnowałabym strzały. To Gram nigdy nie rozstawał się z pełnym kołczanem. Chciałabym, żeby tu był.

Pies obnażył kły, a ja mocniej zacisnęłam palce na rękojeści. Pobożne życzenia nie mogły mi pomóc, zresztą poniekąd sama ponosiłam odpowiedzialność za obecne położenie, więc właściwie zasłużyłam na taki marny koniec.

To była ostatnia rozsądna myśl, bo potwor runął do ataku. Zdołałam uskoczyć, a raczej zatoczyć się w bok. Niemal calowe kły kłapnęły o siebie z przyprawiającym o mdłości odgłosem; impet przeniósł napastnika obok, w skoku jedynie zawadził mnie barkiem, obalając z powrotem na ziemię i kończąc walkę, zanim na dobre się zaczęła. Nawet gdybym nie była poobijana i przerażona, nie zdołałabym wstać na czas. Nim minął paroksyzm bólu, już był przy mnie, imponujący garnitur lśniących od śliny zębisk wypełniał, zdawałoby się, całe niebo, wściekłe warczenie zagłuszyło wszystkie inne dźwięki. Zamachnęłam się ręką ze sztyletem, raz, drugi na oślep dźgnęłam cuchnący trupim odorem pysk próbujący dobrać się do mojego gardła. Wrzeszczałam przy tym i miotałam się jak opętana, bo wizja rozrywanych mięśni i wywlekanych z brzucha wnętrzności pozbawiła mnie resztek rozsądku.

Coś z sykiem uderzyło potwora w bok, zaskowyczał przeraźliwie i odwrócił się, próbując dosięgnąć to zębami. Natychmiast zwinęłam się w kłębek i schowałam głowę w ramiona – można żyć z pokąsanymi plecami, ale rozerwanym gardłem już nie bardzo – i zamarłam. Słyszałam, jak wilczarza dosięgają kolejne pociski, jak skowyt się urywa, ziemia wibruje od odgłosu kopyt, a powietrze wypełnia chrapanie koni i brzęk uprzęży. Nie reagowałam. Trzęsłam się tak, że dzwoniły mi zęby i, o dziwo, wcale nie miałam ochoty z okrzykami radości biec na spotkanie wybawców.

Jak się szybko okazało, całkiem słusznie.

Ten, który zsiadł i kopniakiem obrócił mnie na plecy, miał ciemne, proste włosy i nieskazitelnie piękne oblicze księcia z bajki. Ale każdy, kto spojrzałby uważnie w jego lodowato błękitne oczy, od razu zorientowałby się, że to nie jest dobra bajka. Pozostała trójka nadal siedziała w siodłach i ze swojej perspektywy widziałam tylko plątaninę końskich nóg. Dwa gniade. Jeden ciemny kasztan z białą skarpetką na lewej tylnej. Jeden siwek w hreczce.

Pan lodowooki złapał w garść połę mojego kaftana i próbował postawić mnie na nogi, co okazało się niedobrym pomysłem, bo tylko wrzasnęłam przeraźliwie i zawisłam w jego rękach jak stary łachman. Oczywiście natychmiast mnie odepchnął, więc ponownie ciężko runęłam w trawę. Jeden z jeźdźców roześmiał się i powiedział coś w śpiewnej Starszej Mowie, a ja bez zdziwienia skonstatowałam, że to kobieta. W każdym elfim oddziale była co najmniej jedna. Tak twierdził Edwin, a ja nie miałam powodu, by mu nie wierzyć.

– Kim jesteś, mała Dh'oine? – zapytała. Miała niezwykle melodyjny głos i pomimo bólu i strachu zapragnęłam zobaczyć jej twarz. Nigdy jeszcze nie widziałam wolnej elfki. Otworzyłam więc oczy, ostrożnie przetoczyłam się na bok i wsparłam na łokciu.

Nie wszyscy byli elfami. Oprócz tego o zimnych oczach tylko dziewczyna – tak, dziewczyna, na oko nie wydawała się wiele starsza ode mnie, chociaż akurat z nimi nigdy nie wiadomo – miała spiczaste uszy i charakterystyczną dla Aen Seidhe pociągłą twarz. Pozostali byli ludźmi i wyglądali bardzo swojsko, zupełnie jak pastuchy z Neuburga. Zapewne byli to pachołkowie Guncelina von Erbacha, tego zdradzieckiego, kumającego się z elfami sukinsyna.

Kim jestem? Nie bardzo mogłam zebrać myśli, biegały po głowie jak spanikowane owce. W innych okolicznościach ta głupia metafora rozbawiłaby mnie do łez; teraz zupełnie nie było mi do śmiechu. Jeśli skłamię, zastanawiałam się gorączkowo, zabiją mnie z mniejszym żalem niż tego nieszczęsnego wilczarza. Jeśli powiem prawdę, to mnie uprowadzą. Chyba.

 – Jestem Lara Reven. – odparłam drżącym głosem. Cóż, w zaistniałych okolicznościach uprowadzenie brzmiało całkiem nieźle. – Mój wuj…

– To siostrze…

– Lara! Ta paskudna, brudna smarkula ma na imię Lara! – Lodowooki wszedł w słowo i mnie, i pastuchowi śpieszącemu z wyjaśnieniem rodzinnych koligacji barona Neuburg. Spojrzał na mnie z taką pogardą, że raptem poczułam jak gniew przebija się przez warstwę strachu niczym gejzer. Gerlinda ma rację, bardzo często mój język wyprzedza pomyślunek o całe mile.

– Nie jestem paskudna, a już na pewno nie brudna! – wrzasnęłam i usiadłam, niemal zapominając o bólu. – W przeciwieństwie do was, wy nędzne, złodziejskie…

Nie widziałam, jak się zamachnął. W jednej chwili wrzeszczałam, w następnej znów leżałam z nosem w trawie, a policzek niemiłosiernie piekł od uderzenia.

– Panie elf, nie godzi się! – usłyszałam sekundę przed tym, nim szarpnął mnie za włosy i przytknął coś zimnego do szyi. – Ubiliście nam psa, żeby dziewki nie rozszarpał, a teraz sami chcecie jej nożyskiem po gardle przejechać? Wykrwawić nasz zysk? Toż to siostrzenica Neuburga, on da za nią tyle złota, ile mała waży! Co tedy za różnica, jak ją wołają?

Nie śmiałam odetchnąć. Przestałam się nawet trząść. Przestałam myśleć. Był tylko chłód stali i świadomość, że za moment umrę.

W końcu, po nieskończenie długiej chwili, elf puścił mnie i cofnął nóż.

– Możecie ją sobie wziąć, Dh'oine. Rekompensata w sam raz za psa – rzucił z pogardą. – Te va, Aniraille, poszukajmy lepiej konia, skoro tak bardzo chcesz go mieć.

Nie usłyszałam jego oddalających się kroków, ale po skrzypieniu siodła, parskaniu i miękkim tupocie kopyt zorientowałam się, że dosiada konia.

– Chcecie nas tu zostawić? – spytał ten drugi człowiek, który dotąd przyglądał się w milczeniu.

– Miriel i reszta zapewne zgarnęli już tabun, a mój śliczny konik uciekł i trzeba go znaleźć – wyjaśniła elfka nazwana Aniraille. – Nie mamy luzaka, więc dziewczyna was spowolni, zaś Neuburg wyśle w pościg wszystkich ludzi, jakich posiada. Każda zwłoka oznacza zbędne nadstawianie karku. Ale to wasze karki, Dh’oine.

Konik! Ta suka miała na myśli Lotosa! Wszystko się we mnie zagotowało, ale zbyt się bałam, by wykrzyczeć jej w twarz, co myślę o parszywych złodziejkach.

– Aniraille! – W głosie elfa słychać było zniecierpliwienie.

– Cheana, maoineach! Najbezpieczniej byłoby pozwolić Idarielowi poderżnąć tej dziewce gardło. Ale jeżeli chcecie ją zatrzymać, nie jedźcie na wschód, bo wpakujecie się prosto na pogoń. Kierujcie się na południowy szlak. Va faill, mellones!

– Va faill, przeklęte odmieńce – wymamrotał pod nosem ten, który przedtem targował się o moje życie. – Bogdaj was zaraza wydusiła w tych waszych górach. Kukułka, bierz dziewkę na siodło!

– A jak elfka miała słuszność? I zgonią nas?

– Durnyś. Oni tam mają kupę roboty z Miriel i jej bandą, nie wspominając o pieskach naszego pana. Zanim się pozbierają, my będziem daleko. No, panienko, możesz już wyciągnąć nos z trawy, wiem, że nadstawiasz ucha!

Po chwili wahania posłusznie zaczęłam gramolić się do pozycji siedzącej. Kostkę nadal przeszywał piekielny ból, a w żebrach kłuło przy każdym głębszym oddechu, ale strach, jaki wywołały martwe oczy pięknego elfa, trochę osłabł. Powoli wracała mi przytomność umysłu. Jeśli zacznę wrzeszczeć i wierzgać, na pewno mnie zwiążą. Jako potulna, grzeczna i swobodna dziewczynka będę mogła spróbować ucieczki przy najbliższej możliwej okazji.

– Śliczna z ciebie dziewuszka, nie licząc tych paskudnych włosów. No, nie becz, nie ukrzywdzimy cię przecie!

Ostatnia uwaga odnosiła się do mojego, nie tak do końca udawanego, pociągania nosem. Kiedy pastuch nazwany Kukułką gadał farmazony sztucznie przesłodzonym głosem, podsadzając mnie jednocześnie na konia, rozszlochałam się tak, że aż echo grało.

– Przestań ryczeć, bo zatkam ci gębę onucą! – syknął towarzysz Kukułki, w przeciwieństwie do niego najwyraźniej mniemający, że dyplomacja to jakaś zamorska kraina.

Posłusznie usiłowałam stłumić płacz, ale dało to tylko tyle, że usmarkałam się i dostałam czkawki. Pastuch wskoczył na siodło za mną i ruszyliśmy niemal prosto na południe. Siedzenie na łęku w objęciach śmierdzącego brudem obwiesia samo w sobie było nieprzyjemne, ale wzbogacone wrażeniami dostarczanymi przez koński galop szybko stało się torturą nie do zniesienia. Romantyczne ballady wyśpiewywane przez minstreli ciotki Adalberty często opowiadały o dziewicach podróżujących w ten sposób po uratowaniu przez ukochanego, ale żadna jakoś nie wspominała o otarciach, siniakach i pełnym pęcherzu. Może radość z ocalenia stanowiła niezawodną driakiew na te dolegliwości, a może owe damy po prostu wstydziły się wrzasnąć: „hej, zaraz się zsikam i w ogóle skóra mi z tyłka schodzi od tej jazdy!”. Ja się nie wstydziłam, nie byłam hołubioną przez paladyna księżniczką, ale też i moi porywacze z rycerskością nie mieli nic wspólnego. Pozostali głusi na protesty i prośby, w miarę upływu czasu stawali się za to coraz bardziej nerwowi i brutalni. Kukułka już dawno porzucił rolę dobrego wujka, jego łapy niby przypadkiem wędrowały w miejsca, gdzie nie miały nic do roboty, co doprowadzało mnie do mieszaniny wściekłości i wstydu; jego kompan noszący, nie wiedzieć dlaczego, szlachetne imię Herbert, zasypywał mnie groźbami i bez przerwy oglądał się za siebie. Sama również chętnie wypatrywałabym pogoni, ale za każdym razem, gdy odwracałam głowę, w polu widzenia miałam jedynie rękawy brudnej koszuli i siwiejące kudły na przedramionach Kukułki.

Pod wieczór byłam już tak zmaltretowana, że zaczęłam marzyć o śmierci, ale moi porywacze nie wyglądali wiele lepiej, a konie człapały noga za nogą, apatycznie zwiesiwszy łby. Nic dziwnego, jechaliśmy nieprzerwanie od dobrych kilku godzin z rzadka tylko zwalniając do stępa. Kiedy Herbert zarządził postój, zsunęłam się z łęku i po prostu przewróciłam w trawę. Dopiero realna możliwość zsikania się w spodnie zmusiła mnie do ruchu. Przy okazji uświadomiłam sobie, że żebra nie były chyba połamane, skoro związane z nimi dolegliwości przyćmił obity i poocierany zadek. Niestety, kostka spuchła jak bania, ledwo mieściła się w cholewce buta i przy każdym ruchu bolała niczym ognie piekielne.

Załatwiłam sprawę pęcherza tak blisko obozowiska, że Gerlinda chyba dostałaby apopleksji z powodu rażącego naruszenia zasad przyzwoitości. Kiedy przywlokłam się z powrotem, Kukułka wcisnął mi w dłoń kawałek suchego chleba i nakazał żreć. Nie rozpalili ogniska – nawet gdyby chcieli, w okolicy nie było niczego, co mogłoby do tego posłużyć – więc jedyne źródło światła stanowił blady sierp księżyca. Nie miałam apetytu, co odkryłam z niejakim zdumieniem, gdyż ostatni posiłek zjadłam rano na zamku. Wydawało się, że to było tak dawno, jakby minął co najmniej tydzień.

Zamiast jeść, zwinęłam się w kłębek na trawie i usiłowałam spać, ale okazało się to niemożliwe. Po pierwsze, leżenie na gołej ziemi do miłych rozrywek nie należy, a jeżeli połączyć to z bólem wybuchającym w różnych częściach ciała przy każdym najmniejszym ruchu, przyjemność staje się jeszcze bardziej wątpliwa. Po drugie, w gardle coraz bardziej mnie uwierało, rosła tam wielka, ciastowata gula za nic niedającą się przełknąć.

Nie szukają mnie.

To było jedyne rozsądne wytłumaczenie, dlaczego pościg nie dopadł pastuchów jeszcze przed zachodem słońca. Wujostwo uznało kłopotliwego bękarta za niewartego zachodu. Och, zapłacą okup, jeśli ci dwaj dowiozą mnie żywą do Erbach, a Guncelin jakimś cudem nie każe zedrzeć ze mnie skóry. Ale nikt tak naprawdę nie zapłacze, jeżeli przepadnę bez wieści. 

Byłam na najlepszej drodze do rozpłynięcia się w żalu nad sobą, gdy konie zaczęły parskać i przytupywać. Podniosłam głowę; księżyc akurat schował się za chmurę i widoczność była niemal żadna. Usłyszałam szelest trawy, ktoś poruszył się, usiadł i zaklął.

– Kukułka? – szepnął ochryple. Ach, więc to Herbert.

Milczenie. Poczułam, jak irracjonalna groza podnosi mi włoski na karku. Konie kręciły się niespokojnie, ale nie zdradzały objawów paniki, więc nie groził nam raczej natychmiastowy atak wilków ani innych stepowych łowców. Ta świadomość w ogóle nie przeszkodziła mi w błyskawicznym przeglądzie wszystkich legend o upiorach, wragach i demonach, jakie kiedykolwiek słyszałam. Kiedy Herbert zawołał kompana po raz drugi – i znowu bez skutku – byłam już śmiertelnie przerażona. Nic więc dziwnego, że gdy coś niespodziewanie przemknęło obok niczym wielki nietoperz, rozwrzeszczałam się przeraźliwie. W tej samej chwili zawtórował mi pastuch, ale jego krzyk niemal natychmiast się urwał i przeszedł w makabryczne gulgotanie. Rzuciłam się do ucieczki, zapominając o niesprawnej kostce. Niestety, ona nie zapomniała i runęłam jak długa, kiedy po zaledwie kilku krokach wykrzywiła się pode mną w eksplozji nieludzkiego bólu. Ani przez sekundę nie przestawałam piszczeć wniebogłosy, więc nie od razu do mnie dotarło, że ktoś wykrzykuje moje imię, a jeszcze dłużej trwała identyfikacja wołającego.

Zanim umilkłam, zapewne postawiłam na nogi wszystkie żywe stworzenia w obrębie co najmniej mili.

– E…Eskel? To ty? – upewniłam się ochrypłym szeptem. Straciłam orientację i nie wiedziałam, skąd dochodzi głos, poza tym wcale nie pozbyłam się panicznego lęku. Bogaty zbiór lyrijskich podań miał potwora i na taką okoliczność: zwał się lustrzeniec i jego specjalnością było przyjmowanie postaci nieżyjących mężów, by dostać się do domów ich żywych małżonek. Nie pamiętałam po co. Po coś. Eskel nie był moim mężem i z tego, co mi było wiadomo, jeszcze tego ranka cieszył się dobrym zdrowiem, ale w obecnych okolicznościach to jakoś nie miało znaczenia.

Nie słyszałam, jak podszedł, poruszał się niemal bezszelestnie i najwyraźniej widział w ciemności o wiele lepiej niż ja. Omal znów nie zawyłam z przerażenia, gdy pochylił się nade mną, a w jego dziwnych oczach zalśniło światło księżyca.

– Chodź – mruknął.

 Nie dałabym rady go posłuchać, nawet gdybym chciała, a Melitele świadkiem, że nie chciałam. Ten nocny stwór przerażał mnie o wiele bardziej niż stu Herbertów, ba, wyglądał straszniej niż rozwścieczony elf Idariel.

– Na bogów, Laro, chodźże, albo będę musiał poderżnąć gardła tym dwóm!

Nie rozumiałam, co mój pośpiech miał wspólnego z gardłami Kukułki i Herberta, ale poczułam się zobligowana do wyjaśnienia.

– Nie mogę – jęknęłam – chyba złamałam kostkę.

Bez słowa podniósł mnie i przerzucił sobie przez ramię. Ból przeszył poobijane żebra, jednak zacisnęłam zęby i milczałam. Zaczęliśmy się oddalać od obozowiska, co wcale nie przyniosło mi ulgi; nadal miałam w głowie opowieści o lustrzeńcach. Kiedy jednak dotarliśmy do skarogniadego wierzchowca Eskela i stało się jasne, że za chwilę zostanę posadzona na łęku, zaczęłam się wyrywać, powodowana strachem całkiem innego rodzaju.

– Nie, nie chcę. Już lepiej mnie zabij! Nie pojadę tak, nie dam rady!

– Ach. No tak. – Eskel nie był głupi, pojął w lot bez dalszych tłumaczeń. – Zaczekaj tutaj.

Uczepiłam się puśliska, stojąc przy koniu na jednej nodze, podczas gdy wiedźmin znów rozpłynął się w mroku. Wydało mi się, że nie było go całe wieki, ale w końcu wrócił, prowadząc za sobą osiodłanego siwka Herberta.

– Jeden wystarczy – mruknął.

Nie zapytałam, co przez to rozumie, to było jasne dla każdego bywalca stepów. Jeśli Kukułka i Herbert mieli przeżyć, potrzebowali przynajmniej jednego konia, by dotrzeć na ziemie Erbachów, zanim zabije ich głód. Najwidoczniej Eskel nie chciał mieć pastuchów na sumieniu. Dziwne, wszyscy wciąż powtarzali plotki o niesłychanej wiedźmińskiej krwiożerczości.

– Czy to rozsądne? A jeżeli będą nas ścigać? – zapytałam, kiedy przy akompaniamencie jęków i posykiwań w końcu wgramoliłam się na siodło.

– Wolałabyś, żebym ich zabił? – Eskel spojrzał na mnie, a ja pożałowałam, że nie widzę wyrazu jego twarzy.

Nie wolałam. Zaprotestowałam więc gorąco przeciwko mordowaniu kogokolwiek w jakimkolwiek celu.

Przez resztę nocy jechaliśmy prosto na północny zachód. Początkowo zasypywałam wybawcę pytaniami o losy przyjaciół, ale gdy usłyszałam, że napad się nie udał i wszyscy żyją, skupiłam się na wysiłkach, by nie zasnąć i nie zlecieć pod końskie kopyta. Kiedy Eskel zarządził postój, po prostu zwaliłam się na trawę, troskę o sprawy doczesne zostawiając jemu.

IV

Kiedy się ocknęłam, bardzo szybko zdałam sobie sprawę z dwóch rzeczy.

Po pierwsze, leżałam na czymś miękkim.

Po drugie, nic mnie nie bolało. To znaczy, bolało mnie wszystko, ale było to zaledwie słabe echo cierpień ubiegłej nocy.

Zachęcona tym odkryciem usiadłam. I natychmiast musiałam się położyć, bo żołądek podjechał mi do gardła.

Teraz mgliście przypominałam sobie, że zanim odpłynęłam w sen, Eskel napoił mnie czymś ostro pachnącym ziołami.

– Nie próbuj wstawać, to co ci dałem, miewa dość przykre skutki uboczne.

– Dziękuję za ostrzeżenie – wybełkotałam z sarkazmem, raz po raz przełykając ślinę, żeby nie zwymiotować.

Po chwili mdłości złagodniały. Powolutku przeturlałam się na bok, żeby mieć wiedźmina w polu widzenia. Siedział na rzuconej na ziemię kulbace Herberta i patrzył na mnie w zamyśleniu.

– Czemu tak patrzysz? – spytałam podejrzliwie. – Mam coś na twarzy?

– Przypominasz mi kogoś. – Uśmiechnął się lekko. – A co do twojego pytania, tak, masz coś na twarzy. Bardzo, bardzo piękną śliwę.

– Elf mnie walnął, bo mam na imię Lara – powiedziałam dotykając spuchniętego policzka. – Wiem, że niesamowicie denerwuję ludzi, ale akurat z tego powodu nikt mi jeszcze nie przyłożył.

– To elfickie imię. Znaczy…

– Mewa, wiem – przerwałam mu. – Kapłan Rdest mi opowiedział. Znaczy, o Larze Dorren i jej smutnym losie. Gdyby ten lodowy książę z bajki nie rzucił mi się od razu do gardła, mogłabym mu wytłumaczyć, że matka celowo mnie tak nazwała. No, wiesz. Bo jestem bękartem i w ogóle, została wypędzona w hańbie. Powinna więc raczej nazwać mnie Riannon, prawda?

Na okaleczonej twarzy Eskela odbiło się zakłopotanie.

– Ten medykament… on powoduje… Może lepiej nie mów za wiele.

– Eeee tam, i tak wszyscy wiedzą, chociaż udają, że nie. – Umościłam się wygodniej na derce, przy okazji odkrywając, że nie mam na sobie butów, za to złamaną kostkę ciasno spowijają pasy czystego płótna. Nagle ogarnęła mnie nieprzeparta ochota do zwierzeń. – To była, jak mawia Gerlinda, balladowa historia. Pani na zamku, która pokochała młodego i bardzo biednego trubadura, kiedy jej mąż wojował hen, na zachodzie. Potem trubadur uciekł, gdzie raki zimują, a małżonek wrócił. Wyobraź sobie jego minę, kiedy zobaczył brzuch. Musiał mieć minę jak Jago, kiedy nakrył swoją narzeczoną na sianie z Edwi…eeee, znaczy, pewnie wyglądał bardzo głupio. Nie mógł nawet oficjalnie nazwać matki dziwką, a mnie bękartem, bo naraziłby się na śmieszność. Więc się ugodzili – ja miałam pozostać ślubnym dzieckiem, ale matka musiała wynieść się z majątku. Przyjechała do Neuburga i po kilku miesiącach otruła się, zupełnie jak w piosence. „Frant dziewczynie złamał serce, pozostawił ją w rozpaczy, panna z żalu się zabiła, on jej imię wnet zabaczył” – zanuciłam. Mam piękny głos. Jest to jedyna rzecz, którą bezsprzecznie odziedziczyłam po ojcu; wszyscy Neuburgowie beczą jak kozy, kiedy biorą się do śpiewania.  – Nic dziwnego, że wuj uważa mnie za kłopot, którego by się chętnie pozbył.

– W takim razie to bardzo dziwne, że wysłał za tobą wszystkich ludzi, jakich zdołał zebrać. Strasznie dużo zachodu, jak na ratowanie zbędnego kłopotu – powiedział z ironią i zwinnie podniósł się na nogi.

– Naprawdę?

– Naprawdę.

Zagryzłam wargi.

– Pewnie jest okropnie wściekły.

– Pewnie jest – przyznał. – Obawiam się, że przez bardzo długi czas nie usiądziesz w siodle. A skoro już jesteśmy przy siadaniu, masz tu maść. Pomoże na najgorsze otarcia.

– Eskel…

– Co?

– Na pewno z Gramem, Egilem i resztą wszystko w porządku?

– Na pewno. Tarkow dostał bełtem w udo, a syn Folkwina ma rozbitą głowę, ale nic im nie będzie. Baron postradał kilkanaście koni, nic, czego nie mógłby przeboleć. Najdziwniejsze zaś jest to, że twój niewydarzony wierzchowiec wyszedł z tego bez szwanku, przygalopował cały i zdrowy, jeszcze zanim wyruszyliśmy w pościg. Nawiasem mówiąc, wszyscy są pod wrażeniem twoich umiejętności jeździeckich. Jeśli nic innego ci się w życiu nie powiedzie, możesz zarabiać na chleb jako kawalkatorka.

Uśmiechnęłam się z dumą, a Eskel, który miał zamiar odejść, by zapewnić mi odrobinę prywatności podczas aplikowania smarowidła, przystanął, jakby porażony pewną myślą.

– Laro, jak on się nazywał? Ten trubadur?

– Wiem tylko, że miał na imię Julian. Nazwiska nie znam. – Raptem ożywiłam się tak, że prawie zapomniałam o parszywym samopoczuciu. – Słyszałeś może o kimś takim?

Zawahał się, a ja na moment wstrzymałam oddech. Potem wzruszył ramionami.

– Nie sądzę. Pośpiesz się, wolałbym przed nocą odstawić cię do zamku.

– Szkoda – zawołałam do jego oddalających się pleców. – Gdybym go spotkała, z przyjemnością naplułabym mu w gębę.

I kopnęła w rzyć, aż but ugrzązłby w niej po samą cholewę. A jeszcze później błagałabym, żeby mnie zabrał ze sobą i kochał jak córkę.

Ale tego już wiedźminowi nie powiedziałam. Nie musiałam. Zapewne i tak o tym wiedział.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Na plus: dziewczyna pisze o dziewczynie i według mnie dość wiarygodnie to brzmi. Na minus: czytam czytam i nic się nie dzieje.

Na początku bardzo mi się spodobało – coś nowego, bo jest pierwszoosobowa narracja i kobieta w roli głównej. Później zaczęły mnie nużyć te wszystkie końskie szczegóły (chyba w całej sadze nie ma tyle o siodłaniu Kelpie, co tu w jednym tekście) i bezmyślność panny.

Twist w zakończeniu rzeczywiście fajny, ale już nie naprawił wrażenia wynikającego z przydługiego środka.

Napisane całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Tak jak napisałam w trakcie betowania (betowanie nastąpiło już po odrzuceniu tekstu przez żury) – pierwsze dziesięć stron nic specjalnego nie wnosi do tekstu, spokojnie można było zdecydowanie skrócić. Po “końskich scenach” widać, że autorka zna się na rzeczy i wykorzystuje to w tekście, ale jak napisała Finkla – za szczególasto.

Ogólnie wrażenia dobre, czytało się bezboleśnie i bez potknięć.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Cholera, tak to jest, jak człowiek dosiada swojego, że tak powiem, ulubionego konika…

Co do bohaterki, miała być bezmyślna, zbuntowana, czynić wszystkim na złość i niemożebnie ich irytować, co, jak wiadomo, robią dzieci, kiedy czują się niekochane i porzucone. Jeśli jednak irytuje również czytelników, to niedobrze. Nie to autor miał na myśli.

Tak czy owak, dziękuję za opinie. Nauka w nich zawarta nie pójdzie w las.

"Prędzej czy później cmentarze są pełne wszystkich". T. Pratchett "Panowie i damy"

Przykro mi to mówić, Merrin, ale opowiadanie nie spodobało mi się. Jest nudne i mam wrażenie, że powstało, abyś mogła napisać to i owo o koniach.

Szalenie irytowała mnie główna bohaterka – samowolna, rozwydrzona i osobliwie „wyemancypowana” trzynastolatka, moim zdaniem, jest postacią raczej mało wiarygodną. Nie podoba mi się też język, którym posługuje się Lara – zdarza się, że używa sformułowań i słów brzmiących zbyt współcześnie, niepasujących do tej opowieści, tym bardziej, że narratorka to panienka o umyśle chyba jeszcze dziecka.

Poza tym, że w opowiadaniu pojawił się osobnik, którego nazywasz wiedźminem, nie znalazłam tu nic wiedźmińskiego.

 

"Frant dziewczynie złamał serce…" – Tytuł niepotrzebnie ujęty w cudzysłów.

 

że po­win­nam ra­czej uczyć się rze­czy bar­dziej przy­sta­ją­cych damie. – Raczej: …że po­win­nam ra­czej uczyć się rze­czy bar­dziej przy­stoją­cych damie.

Za SJP przystoi, przystało «należy, wypada, godzi się»

 

– Tak? – Tym razem ja za­mar­łam wpół kroku.– Tak? – Tym razem ja za­mar­łam w pół kroku.

 

W ze­szłym roku udało mi się zła­pać wszy czte­ry razy pod rząd. – Czy dobrze rozumiem, że wcześniej łapała wszy na przemian z innymi pasożytami?

 

Nic dziw­ne­go, że wal­czy­łam jak dzi­kie zwie­rzę, by za­cho­wać ów przy­wi­lej. Al­bo­wiem cał­kiem nie­daw­no ciot­ka pró­bo­wa­ła mnie go po­zba­wić, mając po­dob­no na uwa­dze bez­pie­czeń­stwo i wzglę­dy przy­zwo­ito­ści. – Raczej: …by za­cho­wać ów przy­wi­lej, al­bo­wiem cał­kiem nie­daw­no

 

W ciągu ostat­nich szes­na­stu mie­się­cy, kiedy ja zbli­ży­łam się do czter­na­stych uro­dzin i uro­słam nie­mal o czte­ry cale, Lotos zdą­żył wyjść z wieku źre­bię­ce­go. – Wcześniej napisałaś: Tym­cza­sem jed­nak udało mi się skoń­czyć trzy­na­ście lat

Zastanawiam się, jak w tym świecie płynie czas, skoro dla trzynastoletniej panny szesnaście miesięcy to za mało, by skończyć czternaście lat… ;-)

 

Od­gar­nę­łam włosy –wpraw­dzie nie za­kry­wa­ły uszu… – Brak spacji po półpauzie.

 

Drgnę­ła i po­ło­ży­ła uszy, przy­śpie­szy­ła jed­nak do kłusa… – …przy­śpie­szy­ła jed­nak do kłusu

 

po­pu­ści­łam cugli, a Fry­dha i jej tem­pe­ra­ment uwol­ni­li mnie… – …po­pu­ści­łam cugli, a Fry­dha i jej tem­pe­ra­ment uwol­ni­ły mnie

 

ka­płan Rdest wziął się za uzu­peł­nia­nie mojej edu­ka­cji. – …ka­płan Rdest wziął się do uzu­peł­nia­nia mojej edu­ka­cji.

 

W obo­zo­wi­sku za­sta­li­śmy dal­szą trój­kę jeźdź­ców. – Raczej: W obo­zo­wi­sku za­sta­li­śmy kolejną trój­kę jeźdź­ców.

 

koń­skie tor­na­do za­sło­ni­ło mnie przed wzro­kiem Egila i po­zo­sta­łych. – Co to jest końskie tornado i w jaki sposób zasłania przed wzrokiem innych?

Skąd bohaterka zna słowo tornado?

 

W moje żyły ude­rzy­ła rap­tow­nie mie­sza­ni­na zgro­zy i za­chwy­tu. – W jaki sposób coś może uderzyć w żyły?

 

z któ­rych drwi­łam jesz­cze go­dzi­nę temu. – Skąd Lara wiedziała, ile to godzina?

 

można żyć z po­ką­sa­ny­mi ple­ca­mi, ale ro­ze­rwa­nym gar­dłem już nie bar­dzo… – …ale z ro­ze­rwa­nym gar­dłem już nie bar­dzo

 

Jeden siwek w hrecz­ce. – Co to znaczy? Czy może tam rosła tatarka?

 

 – Je­stem Lara Reven. – od­par­łam drżą­cym gło­sem. – Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

i bez prze­rwy oglą­dał się za sie­bie. – Masło maślane. Czy można oglądać się przed siebie?

Proponuję: …i bez prze­rwy oglą­dał się. Lub: …i bez prze­rwy patrzył za sie­bie.

 

wszyst­kich le­gend o upio­rach, wra­gach i de­mo­nach… – Pewnie miało być: …wszyst­kich le­gend o upio­rach, war­gach i de­mo­nach

 

wy­słał za tobą wszyst­kich ludzi, ja­kich zdo­łał ze­brać. – wy­słał za tobą wszyst­kich ludzi, których zdo­łał ze­brać.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ha, mnie się już dawno przestało podobać, teraz się go wstydzę, ale to nawet dobrze. Nic mnie bardziej nie mobilizuje niż dobry opieprz.

 

Tytuł to w zamyśle miał być wers piosenki. Gdybym zacytowała na ten przykład: “zachodni wiatr spienione goni fale”, też ujęłabym to w cudzysłów.

Mea culpa.

Jw.

I tu też. Mogłabym się bronić, że wcześniej złapała świerzb i grzybicę, ale nie będę :D

Sama nie wiem, dlaczego postawiłam tu tę kropkę nienawiści.

Kiedy źrebak się rodzi, Lara ma dwanaście lat. Kiedy spotyka wiedźmina, ma prawie czternaście. Jeżeli tekst nie daje rady tego przekazać, to lać autora.

Mea omnia magna culpa.

Do kłusa (stępa, galopu).

Auć :/

I tu też :/

I tu.

A taka piękna metafora miała być :D

Podobnie jak tutaj.

Hm, jakoś ten czas jednak trzeba mierzyć. “Jeden obrót kieszonkowej klepsydry z certyfikatem wystawionym przez samego Chronosa” brzmiałoby zabawniej, ale wtedy dopiero zebrałabym cięgi…

Mea culpa.

Siwek w hreczce to po prostu końska maść. Taki siwy koń w drobny rzucik. BTW “odmiany” to fachowa nazwa tych wszystkich plamek i łatek.

I znów ta kropka nienawiści.

Był kiedyś taki film: “Nie oglądaj się za siebie”. Telewizja to zło.

Wrag to taki słowiański diabeł.

Mea omnia.

Bardzo Ci, Regulatorzy, za Twój komentarz dziękuję. Ty i Bemik otworzyłyście mi oczy na niechlujstwo językowe, które uprawiam, a którego podczas pisania po prostu nie widzę. Nawet jeśli nudne, niechże będzie chociaż dobrze napisane – oto mój plan na przyszłość :)

"Prędzej czy później cmentarze są pełne wszystkich". T. Pratchett "Panowie i damy"

Jeśli któreś w uwag okazały się przydatne, cieszę się.

Prawdę powiedziawszy, zamiast nudnego, bezbłędnie napisanego opowiadania, wolałabym przeczytać ciekawe, niechby i z usterkami. :-)

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą coraz lepsze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze się czytało :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka