- Opowiadanie: Efka - Jeżu, o jeżu

Jeżu, o jeżu

Pisząc to opowiadanie, miałam początkowo w planach bajkę edukacyjną o przezwyciężaniu lęku przed ciemnością. Wyszło coś odrobinę innego – opowieść o Piotrusiu – jeżu-dziwaku ;)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Jeżu, o jeżu

 

1.

 

Jeżyk Piotruś bał się ciemności. Dziwny los, prawda? Żeby jeż bał się ciemności! Zamiast fuknąć raz i drugi, rozgrzebać ziemię w poszukiwaniu dżdżownic i ruszyć przed siebie, prosto w zmierzch, wypatrując żab, ślimaków i jabłek, gnijących na ziemi. Tak powinno być z naszym Piotrusiem, ale tak nie było.

Oczywiście, z początku nikt o tym wszystkim nie wiedział. Póki Piotruś był zupełnie mały, leżał sobie ze swoim braciszkiem Szpilką w małej norce, które przygotowała dla nich ich mama, Petronela, nad niczym się nie zastanawiał i niczego się nie bał. Z oddali dochodziły do niego hałasy, piśnięcia i głuche, warczące odgłosy, ale Piotruś tylko zwijał się w ciaśniejszą kulkę, porośniętą jasnobrązowymi, ciągle miękkimi kolcami i drzemał sobie dalej. Budziły go albo niezbyt mocne, chociaż nieprzyjemne ukąszenia (wiadomo, Szpilka) albo silniejszy i dużo przyjemniejszy zapach mleka (mama). Można było jeść, później znowu spać i nie bać się niczego.

To było dobre. Ale się skończyło.

Pewnego dnia coś gwałtownie wyrwało go z drzemki. To było straszne. Nagle wszystkie hałasy, warknięcia i gardłowe pomruki, które dotąd słyszał z daleka, stały się przerażająco bliskie. Wszędzie sypały się suche liście, do wypełnionej zapachem mleka norki wdarło się przenikliwe zimno, zewsząd dochodziło złowrogie pohukiwanie, no i najgorsze: wszędobylskie, węszące, wilgotne cosie. Nie dało się przed nim uciec.

Można było tylko mocno zacisnąć powieki i zwinąć się w kulkę, ciaśniejszą niż zwykle. To właśnie zrobił Piotruś i wydawało mu się, że mama i Szpilka zrobili tak samo.

Po chwili wszystko się uspokoiło. Dobiegający z oddali hałas odciągnął złowrogich napastników. Petronela, groźnie pofukując i trącając nosem raz jednego, raz drugiego syna, zapędziła oba maluchy w krzaki. Jeszcze nie doszli, a Szpilka już zaczął wszystkim wyjaśniać, że to on uratował całą rodzinę.

Piotruś nie słyszał wiele z przechwałek brata. Był ogłuszony wszechobecnymi odgłosami, pijany od cudownych zapachów zgnilizny i na pół oślepiony koszmarnie jasnym światłem. Niczego tak bardzo nie chciał, jak wrócić do norki. Wtedy.

Rodzina jeży znalazła bezpieczną kryjówkę w zaroślach. Piotruś długo kulił się z zamkniętymi oczami, przyciśnięty brzuszkiem do ziemi. Nie słyszał nic, tylko posapywanie brata i westchnienia mamy. Nie czuł nic, oprócz zapachu liści i ziemi.

 

 

2

-To nie jest bezpieczne miejsce – wyjaśniłam synom.

Szpila od razu zrozumiał i zebrał się do drogi. To dziwne, że można tak nie lubić własnego dziecka, jak ja nie lubię Szpili. Pewnie nienormalne. Mogę go nie lubić, ale wiem, że rozumie to, co trzeba zrozumieć.

Za to Piotruś… jeszcze mocniej przycisnął się do ziemi, rozpłaszczył na placek. Nie chciał otworzyć oczu, aż go Szpila nie ugryzł.

Nie rozumiem tego dziecka. Dobrze, wystraszył się. To nic przyjemnego, być wywleczonym na światło dzienne i to w tym wieku, ale przecież to już noc! Jaskrawa jasność nie rani oczu, ludzie śpią, większość psów też, upał minął, no i wszędzie pełno ciem, na szczęście! Złapałam jedną w locie. Chrupiąca, mmmm… Szpila od razu spróbował złowić następną dla siebie, ale Piotruś… nie chciał nawet otworzyć oczu, a kiedy już to zrobił…

Pierwszy raz widzę jeża, który bardziej się boi w nocy, niż za dnia i to musi być mój syn!

 

3.

 

Petronela zrobiła, co mogła, żeby oduczyć Piotrusia lęku przed ciemnością.

-Chyba chcesz być taki sam, jak inne jeże, prawda? – tłumaczyła. – Chcesz, żeby inni poszli się bawić bez ciebie? Dokładnie tak zrobią, jak zobaczą, że nie umiesz się normalnie zachowywać.

Szpila i jego przyjaciółka Goga dowiedli, że to prawda, jak tylko zapadł zmierzch. Zakopali się w trawie, niedaleko nowej norki Petroneli i jej rodziny, wybierając miejsce, którego Piotruś nie mógł dostrzec, nie odchodząc od mamy prosto z ciemniejący sierpniowy wieczór.

-Rusz się – popędzała Petronela. -Nie masz zamiaru nic upolować? Najwięcej ciem lata koło domu.

Rzeczywiście, dom ludzi, ogromne, kamienne straszydło, zawsze promieniowało blaskiem o wiele bardziej przenikliwym, niż światło dnia. Ćmy je uwielbiały.

Piotruś w końcu ruszał przed siebie, kiedy był bardzo głodny. Ale nigdy bez mamy.

Na próżno Petronela fukała, piszczała i tupała ze złości. Syn nie potrafił polować bez niej. Nie potrafił egzystować sam, jeśli akurat było ciemno. Zupełnie jakby światło dzienne, które razem z psami wdarło się do jego norki, coś w nim wypaliło.

 

4.

Co? Słuchaj, gruchaczu, chyba zabroniłam wszystkim gołębiom się wtrącać w moje sprawy! Dobrze, w nasze sprawy. Rodzinne. Co z tego, że praktycznie żyje tylko za dnia? Ale żyje, tak?

 

Nie wiem, co z nim będzie. Robi się coraz chłodniej, dni są coraz krótsze.

Muszę jeść, po prostu. Muszę iść i szukać jedzenia.

A on musi się nauczyć.

 

5.

 

Piotruś wie, że tak dalej nie może być.

Próbuje przyswoić sobie zasady dziennego życia. Wgryza się w na pół zgniłe jabłka, leżące pod drzewami, kopie w poszukiwaniu dżdżownic. Szuka schronienia w stosach zeschłych liści, jak kiedyś Petronela. Ale nic nie jest takie, jak kiedyś. Matka zniknęła – jest stara, może już śpi – a Szpilka uprzedził brata, że chętnie się z nim zobaczy, ale tylko w nocy.

-Nie mam zamiaru pozwolić, żeby mnie pożarły te zębate potwory, którym tak cuchnie z pyska – oznajmił. – Jeszcze nie zgłupiałem, żeby łazić po ogrodzie za jasności.

Coś w tym było. Niedawno, gdy Piotruś gmerał w poszukiwaniu jabłek, nagle chwyciło go coś ostrego, boleśnie ścisnęło i podrzuciło do góry. Na szczęście zdążył się zwinąć w tak ciasną kulkę, że ani zęby ani łapy nie dały rady jej rozwinąć i stwór w końcu odpuścił. Piotruś ledwo się potem pozbierał.

Gryzące stwory w nocy przeważnie zamykano w domu. Piotruś czasem marzył, żeby jego też tam ktoś zamknął. Kiedy Szpilka o tym usłyszał, zwymyślał brata od durniów i na dobre zakazał mu się do siebie odzywać.

Więc Petronela i Szpilka byli gdzieś daleko. Piotruś martwił się tym – za dnia. Wieczorami zapominał o rodzinie i o swojej samotności – nieważne, czy był sam, czy z kimś, ciemność zawsze wracała. Wtedy jeż mógł tylko skurczyć się i odciąć od wszelkich zapachów, podmuchów wiatru i przebłysków światła, tak żeby noc nie mogła go znaleźć.

-Może spróbuj się najeżyć, zamiast zawsze się kurczyć – poradziła mu Goga, kiedy jeszcze się do niego odzywała – żeby to noc bała się ciebie?

Piotruś nawet spróbował, ale nic z tego nie wyszło. Nawet gdy postawił wszystkie kolce i tak był nadal małym, przestraszonym jeżem w ciemności.

I tak to było z naszym Piotrusiem. Żeby żyć, musiał jeść, a żeby jeść musiał polować, albo szukać żywności. Mógł to robić tylko za dnia, razem z ludźmi i psami.

 

6.

 

Pewnego dnia Piotruś spotkał Guru.

 

Guru tak naprawdę miał na imię Kulka, ale w ten sposób nazywali go tylko wybrani. Piotruś podejrzewał, że nowy przyjaciel zaliczył go to nich, ponieważ w całym sąsiedztwie trudnego było o gorszego dziwaka, niż dzienny jeż. Co chwila łapią go psy, a raz nawet o mało nie dorwały go ludzkie dzieci, a on dalej swoje! Łazi za dnia i łazi.

Piotruś pierwszy raz spotkał Kulkę pod drzewem, gdzie można było znaleźć najsmaczniejsze owoce: te fioletowe, słodkie, łatwo poddające się ugryzieniu. Niestety, smakowały nie tylko jeżom: ludzie już zdążyli je wyzbierać. Pozostały jeszcze te większe, kwaskowe, twarde kule, których zapach dobiegał Piotrusia z miejsca porośniętego dłuższą trawą. Podreptał w tamtym kierunku.

-Ty! Patrzę na ciebie! – usłyszał lekko zadyszany głos.

Później Piotruś miał się przekonać, że Kulka zawsze przemawiał takim głosem, nawet jeśli akurat nigdzie się nie spieszył.

Piotruś odszukał wzrokiem niewielkiego jeża, pokrytego dziwnie jasnymi szpilkami. Leżały płasko przy skórze.

-Niezwykle wyglądam, co? – zapytał nowy znajomy. – Nie tak, jak inni. A popatrz na to. – Błyskawicznie zwinął się w równiutki kłębek i rozwinął na powrót. – Kulka i-de-al-na! Potrafię się nawet toczyć, patrz.

Piotruś był pod wrażeniem.

-To co, idziemy pojeść jabłek? – jeż wytoczył się prosto pomiędzy źdźbła najkrócej wyciętej trawy i zawrócił, kuśtykając, w stronę drzew. – Już nieźle podgniły.

-Jabłka? Skąd znasz ludzkie nazwy? – zdziwił się Piotruś, ale nowy znajomy, który w międzyczasie przedstawił się jako Kulka, tylko prychnął w odpowiedzi,

-Nie wiedziałem, że są tu jeszcze jakieś jeże, które mają taki problem jak ja. – sapnął Piotruś, kiedy razem z Kulką już porządnie się najedli.

-Jaki znowu problem? – Kulka postawił kolce na sztorc. – Kiedy łaciaty potwór odgryzie ci łapę – to jest problem. Kiedy ludzie porwą cię z ogrodu i zamkną w kamiennym domu – to jest problem.

Piotruś pomyślał, że takie coś to nie problem, tylko katastrofa, ale zachował tą opinię dla siebie.

-Ale ty, bracie jeżu…

-Przepraszam, ale mój brat nazywa się Szpilka…

-Każdy jeż to mój brat i mogę pomóc każdemu!

Piotruś pociągnął nosem. Miał wrażenie, że ostatnio dzień robi się co raz krótszy, a noc czai się za każdym krzakiem.

Kulka jakby urósł w oczach.

-Tak, tak! Chodź ze mną, a wszystko ci wyjaśnię.

Jeże zakręciły się niespokojnie. Kulka najpierw chciał zatrzymać się w pobliżu spróchniałego, pokręconego pnia, który ostał się po ostatnim karczowaniu tej części ogrodu. Z trawy też niewiele tu zostało, a niedaleko rozległo się kilka szczeknięć, więc Kulka fuknięciem dał znak do wycofania się w kierunku nieskoszonego trawnika koło ogrodzenia.

Było tu cicho i chłodno. W pobliżu wylądował wróbel; Kulka tupnął na niego – ptak zerknął na jeże czarnymi ślepkami, podskoczył i wybił się do lotu.

-Więc…

-Patrzyłeś kiedyś tam?

Piotruś zdziwił się. Ciężko było nie zauważyć szarej pętli, oplatającej ogród. Od czasu do czasu z rykiem pędziły po niej potwory. Wyglądały nawet gorzej, niż te szczekające i goniące po ogrodzie.

-Ale moja mama zawsze mówiła…

-Czyli Petronela, zgadza się? – Kulka ciężko westchnął. – Słyszałem, słyszałem… Petroneli tu nie ma.

Zaczął szeptać Piotrusiowi do ucha.

-No, my! Czy ty nic nie wiesz? Je-że-z-dro-gi!

Piotrusia cofnęło.

-Chcecie wyrzucić…

-Nie, nie! Kto ponad jeże… to znaczy te nasze, oczywiście! Rozumiesz? Wszystko wynika z nazwy!

 

Piotruś upewnił się, że jednak rację mieli ci wszyscy, co to od zawsze go wyśmiewali.

Kulka nagle jakby się wycofał. Nie wyglądał już jak nastroszona sterta igieł, gotowych do kłucia niezależnie od zagrożenia.

-Wychodzimy na drogę, o, Piotrze, jeżu. Szukamy dobra tam, gdzie inni widzą grozę.

Za ogrodzeniem z hukiem przemknął stalowy pojazd. Piotruś skulił się. Oczy Kulki błyszczały.

-Bądź jednym z nas, a twój lęk zniknie.

Słońce, czerwieniejąc, chyliło się ku zachodowi.

-Chcesz poznać tajemnicę, Piotrze?

 

7.

 

Było coraz ciemniej. Przez moment Piotruś nie mógł opanować lęku. Nie chciał, żeby na niego patrzono, a doskonale wiedział, ile zachłannych oczu otacza go w mroku. Wszystkie jego zmysły były na tyle wyczulone, by dać mu znać, że ma wielu wrogów. Nie miał na tyle odwagi, a może sprytu, żeby stawić czoła tej świadomości. Pozostawało mu życie za dnia. Na osobności. Czy było to takie złe?

Piotruś przewrócił się na grzbiet. W blasku świateł, bijących od ludzkich siedzib widział ciemne chmury, pędzące po nocnym niebie. Jedna za drugą. Jedna za drugą.

Ale tak bardzo chciał być podobny do innych! Żeby noc była dla niego okresem polowania, tak jak powinno być. Gdyby w miarę zbliżania się wieczoru, mógł się cieszyć, myśląc o jedzeniu, o wspólnej wyprawie z Petronelą albo ze Szpilą, którzy nie będą się go wstydzić…

Liście drzew głośno zaszeleściły, targane mocniejszym porywem wiatru. Zbliżał się deszcz.

Piotruś skulił się, przejęty chłodnym podmuchem.

Kulka podszedł do niego z tyłu. Młodszy jeż nie usłyszał go, ani nie wyczuł; gdy usłyszał jego słowa, był tak, jakby do Piotrusia przemówił jeden z wieczornych cieni.

-Idziesz? Inni czekają.

Piotruś był tak pogrążony w myślach, że nie zauważył chwili, gdy zmrok przeszedł w noc. Łapkami wyczuwał wibracje budzone przez potężne machiny, które mimo późnej pory, mknęły za ogrodzeniem.

Ślepia Kulki błyszczały w ciemności.

-Przecież wśród nas nie będziesz sam. Nie masz się czego bać.

-Czy jest nas… wielu?

-Za chwilę się zdziwisz.

Kulka ruszył przed siebie, lawirując między połamanymi przez wiatr gałęziami. Poruszał całkiem zgrabnie, jak na kulawego. Łapka chyba przestała go boleć.

Piotruś zawahał się, ale poszedł za nim. Szepczący, mroczny ogród pozostał w tyle.

Jeże bez wysiłku przecisnęły się pod siatką, otaczającą ogród. Inne czekały w rowie, skulone pośród opadłych liści.

-Tonio i Tonia – Kulka przedstawił gapiące się spode łbów rodzeństwo. Piotruś chyba coś o nich słyszał w przeszłości, kiedy Szpilka jeszcze z nim gadał. Podobno brat na siostrze złamał sobie kilka pazurów – a może siostra na bracie? W każdym razie, jedno drugiemu odgryzło ogon.

-A to Willa – mizerna samiczka skuliła się tak, żeby wyglądać na jeszcze mniejszą.

-Twoi najlepsi przyjaciele na dziś wieczór, a kto wie? Może na zawsze.

Jeże milczały. Nawet wiatr jakby się uspokoił.

-To twoi bracia w lęku, Piotrze. Największy wróg Willi to ból. Boi się go odczuwać – i nie chce go zadawać.

W takiej sytuacji jak mogła polować? Nic dziwnego, że nieszczęsna samiczka była taka wychudzona.

 

-A nasze rodzeństwo, no cóż… nie mogą bez siebie żyć.

-Żebym cię mógł wreszcie z oczu stracić, cholero! – wybuchnął samiec. – A to wszystko naszej matki wina! Zawsze jedno: opiekuj się siostrą, opiekuj się bratem, dbajcie o siebie nawzajem… Ja już nie chcę o nią dbać, chcę być sam!

W odpowiedzi samica znacząco wyszczerzyła zęby. Piotruś próbował się zorientować, ale w ciemnościach nie było widać, które z nich nie ma ogona.

Drogą błyskawicznie przemknął niewielki pojazd. Bijące od niego światło omiotło postaci na poboczu; Piotruś cofnął się, oślepiony.

-Dlaczego się cofasz, Piotrusiu? – łagodnie spytał Kulka.

Od dawna nikt nie mówił do Piotrusia tak łagodnie. Jak się zastanowić, to w ogóle od dawna nikt do niego nie mówił.

Właśnie tutaj i teraz rozwiążą się twoje problemy. I tylko dzięki tobie. Twojej wewnętrznej sile.

W oddali rozległ się, na razie stłumiony, warkot.

Willa płakała i trzęsła się na całym ciele.

Nie ma powodu do strachu, moja droga – miękko przekonywał ją Kulka. – Czy ci słudzy człowieka są straszni? Nie ulega wątpliwości! Czy zadają ból i śmierć? Wszyscy widzieliśmy, że tak! I dlatego właśnie jego bliskość może być dla ciebie lekarstwem! Wyjdź tam, na sam środek mrocznej, pustej wstęgi i pozwól, aby owiał cię oddech stwora! Twoja odwaga sprawi, że jego bliskość przyniesie uzdrowienie, zamiast śmierci!

Willa nie patrzyła nikomu w oczy. Mimo to, nie zwinęła się w kłębek, ani nie postawiła kolców. Słuchała.

– Wkrótce na zawsze zapomnisz o lęku, który cię dręczył – łagodnie dokończył Kulka. – Poluj, żyj i nigdy nie cierp z głodu. Wszystko zależy od ciebie.

Ziemia zaczęła wibrować. Zbliżający się pojazd był naprawdę duży.

Willa ruszyła przed siebie. Trzęsła się i pochlipywała, ale szła. Piotruś i Tonia przyglądali się niepewnie. Tonio wyglądał na kogoś, kto jest ciężko przerażony, ale nie może zmusić się do odejścia.

Willa dowlokła się na środek drogi i tam zastygła. W pewnym momencie zrobiła ruch, jakby chciała się wycofać. Jej wzrok padł na skulonych w cieniu towarzyszy i pozostała na miejscu.

Pogrążoną w mroku szosę omiótł snop światła. Pojazd znajdował się teraz na czubku pobliskiego wzgórza i zbliżał się do oczekującej gromadki. Szybko.

Willa trzęsła się na całym ciele. Tonio przypadł do ziemi, zaciskając powieki.

Pojazd przyspieszył, zjeżdżając ze wzgórza.

 

W szklistych, szeroko otwartych oczach Willi odbiło się światło.

Dookoła rozlegał się huk, od którego dygotała ziemia.

-Patrzcie! – wrzasnął Kulka. Krzyczał coś jeszcze, ale Piotruś go nie słyszał.

Pojazd zbliżał się. Był straszniejszy od najgorszego psa.

Piotruś nie wiedział, czy Willa próbowała uciekać w ostatniej chwili. Pojazd przemknął drogą z ogłuszającym hukiem, oślepiając jeże blaskiem swoich źrenic. Piotruś, oszołomiony, zacisnął powieki. Kiedy je otworzył, Tonia i Tonio drżeli, zwinięci tak ciasno, że prawie nie było ich widać. Kulka rozglądał się dookoła, dysząc ciężko, jakby miał gorączkę.

Środek drogi był pusty.

-Odeszła – wyszeptał Kulka. -Jest wolna i odeszła

Piotruś miał wrażenie, że sytuację można by wytłumaczyć trochę inaczej.

-Jest wolna od strachu! – wrzasnął Kulka. – Dziękujcie, bracia jeże! Dziękujcie mnie!

Tonio i Tonia nie byli jeszcze gotowi do składania podziękowań. Piotruś nie zauważył, kto kogo ukąsił pierwszy, ale chyba nie miało to znaczenia.

– Nie gryź mnie, durna! – wrzeszczał Tonio. – Jak ci zaraz…

– To ja ci…!

– Bo to mama…

-Nie mama … !

– AAAAA…!!!!!

Na drodze panowała podejrzana cisza, tylko pod łapkami ziemia jakby lekko wibrowała.

Piotruś miał wrażenie, że w miejscu, gdzie przed chwilą kuliła się Willa, teraz coś połyskuje.

Tonio i Tonia potoczyli się w krzaki, piszcząc przeraźliwie. Kłębek wijących się ciał spadł z głuchym stuknięciem na więdnące liście.

Ja chcę… ja zaraz… – sapał Tonio.

Muszę… ! Puszczaj! – warczała Tonia.

Piotruś zadrżał. Nie wiedział, że Kulka uważnie go obserwuje.

 

Czy ty też mnie zawiedziesz, bracie? – zapytał cicho Guru.

Droga nadal była pusta. Pusta jak obietnica lepszej przyszłości.

Ponownie zabłysły światła, oczy bezwzględnego drapieżnika, który szuka ofiary. Który jest coraz bliżej.

I tu Kulka popełnił błąd: z całej siły pchnął Piotrusia na drogę.

Musicie zobaczyć… – wrzeszczał. – Wszyscy muszą! To wszystko prawda!

Tonio i Tonia bili się zapamiętale, tocząc się w kierunku przeciwnym od szosy.

Piotruś, mocno popchnięty, też się potoczył. Całym ciałem czuł gorąc i drżenie asfaltu.

… ten dzień, kiedy brat zostawił go w tyle…

za wzgórzem rozległ się głośny, buczący dźwięk. Po chwili zabłysły światła.

… ten dzień, kiedy mama po prostu nie wróciła…

Kulka umilkł. Wpatrywał się w Piotrusia, hipnotyzując go wzrokiem.

…. tak rzadko spotykał inne jeże…

Piotruś czuł specyficzny zapach, bijący od zbliżającej się istoty. Zakręciło go w oczach i w nosie. Był już prawie tam, gdzie Willa…

Poślizgnął się. Zabolało go w łapce. Zabolało go wszędzie.

Stwór toczył się ze wzgórza. Nie szybko, ale i nie powoli.

I nagle Piotruś poczuł się taki strasznie głodny!

„Tam coś jest! W rowie coś leży, czuję aż stąd, nie czekam do rana, a później…”

Kulka krzyczał, straciwszy panowanie nad sobą, stwór ryczał, był coraz bliżej, Piotrusia owiało bijące od niego gorąco…

Ale strach nie sparaliżował jeża. Piotruś brnął z powrotem w stronę rowu, stwór już dawno go wyminął, ruszył swoją drogą…

„A jeśli znowu dam radę szukać jedzenia tylko za dnia? Jeżeli ta noc się skończy, a potem znów się nie uda?” – myślał Piotruś, człapiąc przed siebie. Jedzenie wzywało głośniej, niż Kulka. „Taki już ze mnie nieudany jeż…. Los, po prostu.”

Koniec

Komentarze

Hmmm. Gdyby nie fanatyk Kulka, tekst byłby sympatyczny.

Tak właściwie, nie wiem, czy Piotruś przemógł swój lęk. Zakończenie mnie nie usatysfakcjonowało.

Mam wrażenie, że opowiadanie czasami sypie się w szczegółach – Piotruś najpierw marzy o zamknięciu w domu, a potem uważa, że to byłaby katastrofa, ale nie pokazujesz niczego, co zmieniłoby jego podejście. Najpierw używasz jabłek, a potem przechodzisz do opisów twardych kul, a Piotruś dziwi się, że Kulka zna ludzkie określenia.

Masz trochę literówek.

porośniętą jasnobrązowymi (?),

A po co Ci nawias z pytajnikiem? Jeśli masz wątpliwości, to sprawdź.

zachował tą opinię dla siebie.

Tę opinię.

“Co raz” i “coraz” znaczą różne rzeczy. Tobie zdarza się je mylić.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za komentarz. Literówki poprawię :)

Aha, ale fajna tematyka – taka ożywczo świeża. :-)

Babska logika rządzi!

:)

Sympatyczna opowiastka. Zastanawiające jest, jak słowo “ciężko”, wypiera słowo “trudno”. w rozmowach, wywiadach telewizyjnych i radiowych, w prasie króluje słowo “ciężko”, np. “ciężko powiedzieć”, zamiast “trudno powiedzieć”. Ten błąd językowy rozplenił się tak powszechnie, że powoli staje się językową normą. Warto usunąć pewne niezręczności, błędy językowe i wypunktowane przez @Finklę nielogiczności.

Pozdrawiam.

Dziękuję :) Poprawki wprowadzę, jak się prześpię, dotąd warowałam przy kompie;)

 

Lubię jeże. Mogę pisać o nich lub o kotach ;)

Taka sobie ba­jecz­ka, w za­sa­dzie bez za­koń­cze­nia, bo nie wiem, czy zwie­rząt­ko wy­zby­ło się stra­chu przed ciem­no­ścią. Za­sta­na­wiam się, dla kogo prze­zna­czo­ne jest opo­wia­da­nie – z pew­no­ścią nie dla do­ro­słych, ale mam też wąt­pli­wo­ści, czy jest od­po­wied­nie dla dzie­ci.

Nie po­do­ba mi się, że mama i brat zo­sta­wi­li ma­łe­go je­ży­ka sa­me­go sobie z jego lę­ka­mi. Nie po­do­ba mi się me­to­da Kulki, który na­ma­wia jeże, by prze­bie­ga­ły jezdnię przed ja­dą­cy­mi au­ta­mi. Moim zda­niem, chyba nie tędy droga, by po­ko­nać wła­sny strach.

To pew­nie dro­biazg, ale muszę wyznać, że nie przy­pa­dły mi do gustu ludz­kie imio­na zwie­rzą­tek. Naj­bar­dziej zmę­czył mnie Pio­truś, który po­ja­wił się w tek­ście ponad sześć­dzie­siąt razy.

Wy­ko­na­nie po­zo­sta­wia sporo do ży­cze­nia – lek­tu­rę bar­dzo utrud­nia zły zapis dia­lo­gów, prze­szka­dza­ją li­te­rów­ki i licz­ne uster­ki.

Mam na­dzie­ję, Efko, że lek­tu­ra Two­ich ko­lej­nych opo­wia­dań spra­wi mi wię­cej sa­tys­fak­cji. :-)

 

Jeżu, o jeżu. – Zbędna kropka w tytule!

 

roz­grze­bać zie­mię w po­szu­ki­wa­niu dżdżow­nic i ru­szyć przed sie­bie, pro­sto w zmierzch, szu­ka­jąc żab, śli­ma­ków… – Po­wtó­rze­nie.

Może w dru­gim przy­pad­ku: …wy­pa­tru­jąc żab, śli­ma­ków

 

leżał sobie ze swoim bra­cisz­kiem Szpil­ką w małej norce, które przy­go­to­wa­ła… – Li­te­rów­ka.

 

wszę­do­byl­skie, wę­szą­ce, wil­got­ne cosie. Nie dało się przed nim uciec. – Pi­szesz o wielu co­siach, więc: Nie dało się przed nimi uciec.

 

-To nie jest bez­piecz­ne miej­sce – wy­ja­śni­łam synom. – Brak spa­cji po dy­wi­zie, za­miast któ­re­go po­win­na być pół­pau­za. Ten błąd wy­stę­pu­je w opo­wia­da­niu wie­lo­krot­nie. :-(

 

Do­kład­nie tak zro­bią, jak zo­ba­czą, że nie umiesz się nor­mal­nie za­cho­wy­wać. – Ra­czej: Tak wła­śnie zro­bią, gdy zo­ba­czą, że nie umiesz się nor­mal­nie za­cho­wy­wać.

 

do­wie­dli, że to praw­da, jak tylko za­padł zmierzch. – …do­wie­dli, że to praw­da, gdy/ kiedy tylko za­padł zmierzch.

 

od mamy pro­sto z ciem­nie­ją­cy sierp­nio­wy wie­czór. – Li­te­rów­ka.

 

Pio­truś po­dej­rze­wał, że nowy przy­ja­ciel za­li­czył go to nich… – Li­te­rów­ka.

 

w całym są­siedz­twie trud­ne­go było o gor­sze­go dzi­wa­ka, niż dzien­ny jeż. – Pew­nie miało być: …w całym są­siedz­twie trud­no było o więk­sze­go dzi­wa­ka, niż dzien­ny jeż.

 

-Ty! Pa­trzę na cie­bie! – usły­szał lekko za­dy­sza­ny głos. Ty! Pa­trzę na cie­bie! – Usły­szał lekko za­dy­sza­ny głos.

Nie za­wsze po­praw­nie za­pi­su­jesz dia­lo­gi. Może przy­da się ten watek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

przed­sta­wił się jako Kulka, tylko prych­nął w od­po­wie­dzi, – Za­miast prze­cin­ka, zda­nie po­win­na koń­czyć krop­ka.

 

Cięż­ko było nie za­uwa­żyć sza­rej pętli, opla­ta­ją­cej ogród.Trud­no/ Nie można było nie za­uwa­żyć sza­rej pętli, opla­ta­ją­cej ogród.

 

Pio­truś upew­nił się, że jed­nak rację mieli ci wszy­scy, co to od za­wsze go wy­śmie­wa­li.Pio­truś upew­nił się, że jed­nak rację mieli ci wszy­scy, któ­rzy od za­wsze go wy­śmie­wa­li.

 

Było co raz ciem­niej.Było coraz ciem­niej.

 

Po­ru­szał cał­kiem zgrab­nie, jak na ku­la­we­go.Po­ru­szał się cał­kiem zgrab­nie, jak na ku­la­we­go.

 

ła­god­nie spy­tał Kulka. Od dawna nikt nie mówił do Pio­tru­sia tak ła­god­nie. – Po­wtó­rze­nie.

 

Tonio wy­glą­dał na kogoś, kto jest cięż­ko prze­ra­żo­ny… – Tonio wy­glą­dał na kogoś, kto jest bar­dzo/ mocno/ okrop­nie/ sro­dze/ prze­ra­żo­ny

 

Willa do­wlo­kła się na śro­dek drogi i tam za­sty­gła. – Ra­czej: Willa do­wlekła się na śro­dek drogi i tam za­sty­gła.

 

-Jest wolna i ode­szła – Brak krop­ki na końcu wy­po­wie­dzi.

 

-Nie mama … ! – Zbęd­na spa­cja przed wie­lo­krop­kiem. Ten błąd wy­stę­pu­je w opo­wia­da­niu wie­lo­krot­nie.

Zbęd­na spa­cja przed wy­krzyk­ni­kiem.

 

Całym cia­łem czuł gorąc i drże­nie as­fal­tu.Całym cia­łem czuł go­rą­co i drże­nie as­fal­tu.

 

…. tak rzad­ko spo­ty­kał inne jeże… – Zbęd­na jedna krop­ka w pierw­szym wie­lo­krop­ku. Wie­lo­kro­pek ma za­wsze trzy krop­ki.

 

Za­krę­ci­ło go w oczach i w nosie. – Co go za­krę­ci­ło? Czy w oczach może się za­krę­cić coś poza łzą?

Pro­po­nu­ję: Po­ciem­nia­ło mu w oczach, po­czuł obcą woń. Lub:  Za­krę­ci­ło mu się w gło­wie, po­czuł obcą woń.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za dokładną lekturę mojego opowiadania i za wytknięcie błędów – to dla mnie cenna nauczka :)

 

Nie będę się odnosić do uwag na temat postępowania bohaterów – w takiej sytuacji Autor nie powinien, moim zdaniem, bronić tekstu ;)

 

Dla kogo było przeznaczone opowiadanie? Myślę, że zdecydowanie nie dla dzieci – raczej dla dorosłych, chcących spojrzeć na siebie z innej, nie do końca oczywistej, perspektywy.

Za mocne na bajkę dla dzieci, za infantylne dla dorosłych. Przeczytałem, ale zapewne długo w pamięci nie zostanie.

Powodzenia przy następnych publikacjach!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Napisane tak sobie. Przykłady:

 

Tak powinno być z naszym Piotrusiem, ale tak nie było.

 

To było straszne. Nagle wszystkie hałasy, warknięcia i gardłowe pomruki, które dotąd słyszał z daleka, stały się przerażająco bliskie. ← Nie pisz, że coś jest straszne, tylko wyjaśnij dlaczego. Pierwsze zdanie jest zbędne.

 

-To nie jest bezpieczne miejsce – wyjaśniłam synom. ← nagła, nieuzasadniona niczym zmiana narratora bardzo źle wygląda. Poza tym zostawiłaś w tekście brzydkie -, przylgnięte do tekstu, zamiast – i tak jest w wielu dialogach. Bardzo razi w oczy.

 

-To co, idziemy pojeść jabłek? – jJeż wytoczył się prosto pomiędzy źdźbła najkrócej wyciętej trawy i zawrócił, kuśtykając, w stronę drzew. – Już nieźle podgniły. ← zasady pisania dialogów

 

Jedzenie wzywało głośniej, niż Kulka. ← zasady stawiania przecinka przed niż

 

 

Bajka nużyła mnie do połowy. Mama jest bardzo niematczyna i nie wyobrażam sobie, że można ukazać ją w gorszym świetle. Wydaje mi się, że opowiadanie jest napisane lepiej od drugiej połowy – pod koniec, przy akcji na drodze, nawet wywołuje emocje. Utwór zaczyna się bardzo infantylnie a kończy bardzo mocno. Według mnie dobrze wpłynęłoby na niego, gdyby cały był mocny, a przynajmniej od początku wyraziście stanowił tekst dla dojrzałych odbiorców.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Nowa Fantastyka