- Opowiadanie: wibig - Nienawiść kosmologiczna

Nienawiść kosmologiczna

Hieronima informacja o ciemnej energii zaskoczyła we wtorek. Doniosły o tym gazety, nieostrożnie. Podobno amerykańscy naukowcy odkryli, że Wszechświat pełen jest czegoś innego niż sądziliśmy dotąd. Hieronim też myślał, że im dalej zagłębiając się w dalekie przestrzenie, tym bardziej nic tam nie znajdziemy, a tu okazało się, że nie.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

gary_joiner

Oceny

Nienawiść kosmologiczna

Hieronim rozwiązuje problem

Hieronima informacja o ciemnej energii zaskoczyła we wtorek. Doniosły o tym gazety, nieostrożnie. Podobno amerykańscy naukowcy odkryli, że Wszechświat pełen jest czegoś innego niż sądziliśmy dotąd. Hieronim też myślał, że im dalej zagłębiając się w dalekie przestrzenie, tym bardziej nic tam nie znajdziemy, a tu okazało się, że nie.

Gwiazdy, które świecą, mimo iż jest ich mnóstwo, można policzyć. Policzyć można i galaktyki. Można do tego dodać materię, która może jest tu i tam, ale nie świeci: my na przykład nie świecimy, ale nie świecą też obłoki neutralnego wodoru. To wszystko, cała ta normalna materia nie wystarcza jednak, by wyjaśnić, jak szybko kręcą się galaktyki. Stąd naukowcy (także i amerykańscy, choć czasem okazuje się, że są to urodzeni w Bułgarii Szwajcarzy) wywnioskowali, że poza normalną materią, jest jeszcze materia ciemna, która zrobiona jest z czegoś innego niż my, niż gwiazdy, niż galaktyki, niż obłoki wodoru. Istnienie ciemnej materii lekko zaniepokoiło Hieronima, przede wszystkim dlatego, że było jej bardzo dużo, więcej nawet niż tej naszej, normalnej. Kilka razy więcej. Wynikało z tego, że poza naszym światem, a właściwie dokładnie w nim, w tym samym miejscu, istnieje świat kilkakrotnie bogatszy, przynajmniej jeśli chodzi o masę, o którym nic nie wiemy i z którym nie mamy (prawie) żadnego kontaktu. Nie da się go dotknąć, posmakować, zobaczyć. Jeśli pomyśleć, że w naszym pokoju jest jeszcze pięciu innych facetów i nic na to nie możemy poradzić, każdemu zrobiłoby się nieswojo.

Od wtorku Hieronim wie jeszcze, że jakieś 70% energii, masy, jak zwał, tak zwał, całego Wszechświata to nawet nie jest materia. To coś, co wypełnia (?) każdy kawałek przestrzeni, jest wszędzie i kontynuuje, jak stwierdzili amerykańscy naukowcy, rozpychanie się w każdą z możliwych stron. Nie, nie są to dodatkowi goście w naszych mieszkaniach. To jeszcze można byłoby znieść. Ale nie, to coś niewytłumaczalnego, a Hieronim lubił rozumieć, co się wokół niego dzieje.

No i w dodatku jeszcze ta nazwa: „ciemna energia”! Zostawmy słowo „ciemna”, bo to nic nie znaczy. Zostaje: „energia” i to brzmi intrygująco. Okazało się, że wszędzie wokół nas pełno jest energii. No to co, że ciemnej. Ropa naftowa, też nie jest kryształowa i świetlista, a wszyscy w krajach w nią bogatych cieszą sią z niej i z niej właściwie żyją. Jakież korzyści mogłaby osiągnąć ludzkość, gdyby potrafiła zamienić ciemną energię w elektryczność na masową skalę. To, że nikt problemem tym nie zajął się dotąd, a przynajmniej milczeli o nim amerykańscy naukowcy wynikało może z tego, że ciemnej energii pozornie jest bardzo niewiele: jak pokazują wynika badań amerykańskich naukowców, wypada tego 10 -27 kilograma (E = mc2) na każdy metr sześcienny. Hieronim pomyślał sobie jednak, że ponieważ ma ona wielką chęć do rozprężania (się?), gdyby wyciągnąć ją z jakiegoś kawałka przestrzeni, to natychmiast pojawiłaby się tam znowu i w sumie silnik na ciemną energię mógłby pracować całkiem wydajnie. Myśli Hieronima poruszały się czasem po ścieżkach całkiem nieortodoksyjnych. Szczególnie, gdy zaczynał drążyć problem, na którym nie znał się w zasadzie. Krążyły wokół tematu, podchodziły doń z rozmaitych stron, robiły podkopy, czasem atakowały problem z góry. W większości przypadków nic z tego nie wynikało, ale czasem Hieronim znajdował rozwiązanie i to nierzadko całkiem niebanalne.

Hieronim szkic takiego silnika wykonał w czwartek w następnym tygodniu. Cylinder zawierający (jak wszystko) ciemną energię zamknięty był tłokiem. Jeśli teraz leciutko tłok wcisnąć odrobinę do środka, to na skutek ujemnego ciśnienia ciemnej energii będzie on sam z siebie już kontynuował ten ruch, tak długo, jak tylko się da. Gdy osiągnie dno, koło zamachowe spowoduje, że tłok powróci w końcu do swego pierwotnego położenia. Przestrzeń za tłokiem oczywiście znów wypełni się ciemną energią, bo ta musi być wszędzie i cykl będzie można powtórzyć. Ktoś mógłby powiedzieć, że to jest po prostu perpetuum mobile, ale nie – silnik Hieronima wykorzystuje po prostu ciemną energię Wszechświata i zamienia ją, na razie, na ruch obrotowy. Kwestia podłączenia do niego odpowiednich generatorów, była tak oczywista, że Hieronim nie myślał o niej wcale. Zadowalał się w zupełności tym, że rozwiązał w tak prosty sposób problem zaopatrzenia ludzkości w energię i to rozwiązał raz na zawsze.

Przygotowanie odpowiedniego formularza zgłoszenia silnika do Urzędu Patentowego zajęło Hieronimowi cztery dni, z których dwa przypadały na sobotę i niedzielę.

W przypadku odkryć nieoczekiwanych, genialnych i prostych w swej istocie, niełatwo jest je sprzedać. Pierwszym pytaniem potencjalnych nabywców praw do wynalazku jest: „dlaczego, skoro to takie proste, nikt na to jeszcze nie wpadł?” Nie ma na takie pytanie dobrej odpowiedzi. Kolejne pytanie jest już bardziej praktyczne: „czy to w ogóle działa?” Tu odpowiedzieć można precyzyjnie i na ogół jest to odpowiedź negatywna. Trzecie oczywiste pytanie to: „dlaczego to nie działa?” Odpowiedź na nie jest równie prosta, choć w istocie swojej złożona. „Nie działa jeszcze” ze szczególnym naciskiem na słowo „jeszcze”.  Trzeba nad tym trochę popracować, usunąć niedoskonałości, wypolerować cylinder, oszlifować krawędzie, posmarować, gdzie trzeba. Nic za darmo!

Ideę Hieronima kupiła firma „General Electrician” i w jej laboratoriach w Indianapolis rozpoczęto prace nad prototypem. W przeciągu kilku pierwszych tygodni zbudowano kilka wersji, żadna jednak nie ruszyła na dłużej. Po kilku miesiącach większość osób zaangażowanych w badania przeniesiono do innych zespołów rokujących, jak przypuszczano większe nadzieje. Dokładnie po roku prace zakończono i w konkluzjach końcowego raportu napisano, że mimo wielu wysiłków i przetestowaniu kilku koncepcji szczegółowych, nic nie zakręciło się, jak miało. Sugerowano jakiś błąd koncepcyjny, nikt jednak nie wiedział, że wyjaśnienia należy szukać na krańcach Wszechświata i to w odległej jego przeszłości.

 

Bardzo dawno temu na krańcach Wszechświata…

Ypster był, można tak powiedzieć, kwadratowy. Ktoś mógłby się czepiać jego trójwymiarowości przestrzennej i domagać się słowa sześcienny, ale to w końcu nieistotne. Zamieszkiwał sam koniec Wszechświata, tam gdzie kończył się ten dostępny nam i zaczyna może jakiś inny. Od miliardów lat trwał tam starając się poznać otaczającą go rzeczywistość. Było to o tyle trudne, że i rzeczywistość Wszechświata była całkiem spora, a i on sam rozmiary miał mniej więcej małej galaktyki i co komplikowało sprawę jeszcze bardziej, zrobiony był z ciemnej materii. Jako taki, oddziaływał z naszym Wszechświatem jedynie grawitacyjnie i w oczywisty sposób jego poznanie miał utrudnione. Trochę go to na początku denerwowało, ale z czasem przywykł do swoich ograniczeń i trwał w sobie, jak to już powiedzieliśmy przemieszczając się tylko czasem powoli to w tę, to w tę. Galaktyczne rozmiary Ypstera sprawiały, że myśl, lub to, co można by było w jego przypadku za myśl uważać, pojawiały się w jego świadomości z rzadka i nabierały konkretnej, dającej się potencjalnie choćby wyrazić, postaci powoli, bardzo powoli. Jeśli gdzieś wykiełkowałby jakikolwiek zarodek idei, to zgodnie ze szczególną teorią względności, informacja o tym mogłaby dotrzeć w inne rejony Ypstera po tysiącach, dziesiątkach tysięcy lat. Z braku tego, co my ludzie nazywamy mózgiem, czyli jakiegoś centralnego ośrodka władzy intelektualnej, procesy myślowe Ypstera przebiegał w nim całym i impulsy, powiedzmy nerwowe, krążyły po jego kwadratowej kubaturze sześciennych kiloparseków, mijały się, wzmacniały, ginęły, rozdzielały się i łączyły. A że strukturę Ypster miał dość złożoną, w końcu formułowały się w konkluzje, hipotezy, wyciągały wnioski i tak to Ypster dochodził do prawd ogólnych, twierdzeń abstrakcyjnych i tworów myśli, których w naszym języku opisać niepodobna, gdyż nie są nam znane, nie występują wśród zwojów naszych ograniczonych, mikroskopijnych mózgów. Z tego samego powodu nie jesteśmy w stanie prawie nic powiedzieć o życiu emocjonalnym Ypstera. Nie jest jednak prawdą, że był go pozbawiony w ogóle. Wnioskujemy o tym z jego zachowań, ot choćby takich, jakie chcemy przedstawić w tej historii.

Jeśli chodzi o inne byty zbudowane z ciemnej materii, to Ypster nie był oczywiście jedynym. Nie wiadomo, ile ich zamieszkuje nasz Wszechświat, ale na pewno był wśród nich Eystear. W odmienności swojej był okrągły, może nawet sferyczny i przetaczał się wokół siebie w innym zupełnie zakątku Wszechświata. Wszechświat ma wiele zakątków. Być może każdy z nich jest jakoś tam zamieszkały. Ta pociągająca hipoteza zaludnia go sporą, a może nawet nieskończoną liczbą bytów niewidocznych bo ciemnych, ale myślących i nieustannie próbujących zrozumieć to czy owo. Każdy z nich robi to na swój sposób i niezależnie od innych i dochodzi do tych samych, lub innych wniosków, a wszystkie są słuszne na swój sposób i wszystkie opisują Wszechświat i jest to nasz Wszechświat. Byty te w zasadzie nie kontaktują się ze sobą. Prawdopodobnie dla wielu z nich sama koncepcja wymiany myśli, tego co my nazywamy rozmową, jest zupełnie obca. Jedyna możliwa w ich przypadku próba kontaktu poprzez modulowanie pól grawitacyjnych, jak pokazało tegoroczne odkrycie LIGO[1], wymagałaby olbrzymich wydatków energetycznych. Samo to nie oznacza, że jest niemożliwa, ale po skalkulowaniu bilansu zysków i strat, każdy rozsądny uznałby to za zbędny luksus i rozrzutność. Bywały jednak byty nierozsądne.

Eystear ruchliwy był z natury i miał na swój sposób rozwinięte poczucie humoru. Z tym u istot o rozmiarach galaktyk trzeba ostrożnie. Głupie żarty, odpowiedniki rzucania się tortami w naszych starych niemych filmach prowadzą do kolizji kwazarów, rozpadu gromad gwiazd i gigantycznych rozbłysków gamma. Może kiedyś zachowywał się tak, ale na szczęście Eystear wyrósł już z tego niesfornego wieku i ustatkował się mniej więcej siedem miliardów lat temu.

Poczucie humoru ma sens jedynie, gdy nie jest się w pojedynkę. Trudno rzucić tortem w siebie i uśmiać się z tego na serio. Nie da się też samemu sobie opowiadać kawałów. Nie można zaskoczyć siebie samego niespodziewaną pointą. Jeśli człowiek przewróci się nawet niechcący na skórce od banana, komu się tu śmiać? W tym sensie Eystear biedny był. Mimo iż nie zdawał sobie dokładnie sprawy z tego, co mu doskwiera, czuł, że czegoś mu brakuje. W jaki sposób wpadł na to, że to nazywa się samotnością, nie da się odgadnąć. Mniej więcej wtedy, gdy zapalało się nasze Słońce Eystear udał się w świat w poszukiwaniu drugiego – chciałoby się powiedzieć „człowieka” – kogoś jednak bardziej w swoim rodzaju.

Podróże skupiska ciemnej materii przez Wszechświat nie są bynajmniej łatwe w realizacji, bo rozpędzić się w końcu jakoś trzeba, a nie bardzo jest się od czego odepchnąć. Ale nawet i potem droga nie jest wolne od niebezpieczeństw. Gdy Eyster przemierzał obszar znany na Ziemi jako 1E0657-56, albo może bardziej obrazowo: „Bullet Cluster”, w pobliżu masywnej grupy galaktyk zderzył się z czymś boleśnie[2], a że podróżował wtedy z prędkością prawie dziesięciu tysięcy kilometrów na sekundę, nie zauważył od razu, z czym. Analiza całego tego zderzenia zajęła Eystearowi w sumie niemal miliard lat. Nie spotkał się nigdy wcześniej z niczym podobnym. Istnienia czegoś takiego nie spodziewał się, choć mógł. Jego sieć neuronowa, jakkolwiek zresztą ją nazwiemy, musiała wykonać olbrzymią intelektualną pracę, prześledzić możliwe i niemożliwe konsekwencje miliardów propozycji potencjalnych rozwiązań. Każde z nich wymagało globalnej, międzygalaktycznej współpracy odległych o lata świetlne ośrodków przetwarzających informacje lokalnie. To musiało trwać. Ale musiało też w końcu doprowadzić do właściwego rozwiązania. Odrzuciwszy wszystko to, co niemożliwe, cokolwiek pozostanie, jakkolwiek nieprawdopodobne wydawać się by się mogło, jest prawdą. I tak też Eystear poznał Ypstera.

Minęli się i przez miliard lat oddalali się jeszcze. Eystear uświadomiwszy sobie istnienie poszukiwanego tak bardzo potencjalnego towarzysza gier i zabaw, skupił się w sobie jeszcze bardziej i stworzył ideę konwersacji. Idea absurdalna i nieuzasadniona, a jednak zaświtała gdzieś w jego umownej głowie. Oczywistym było, że konwersacja musi odbywać się na falach grawitacyjnych, bo innych do dyspozycji Eystear nie miał, powstał jednak niespodziewany problem, jak przełożyć myśli na słowa. No i w ogóle, co to są słowa, bo co to jest myśl, powiedzmy, że Eystear już się domyślał.

„Słowa, słowa, słowa, słowa” powtarzał sobie w myślach i w myślach też echo odbijało ten cytat z głębin kosmosu najgłębszych. Powtarzając  odpowiadało: „Słowa, słowa, słowa, słowa”. Któreś z tych odbić dotarło na Ziemię na początku samym XVII wieku, ale to zupełnie inna historia.

Było kwestią czasu, by Eystear odezwał się. Zebrawszy w końcu myśli, ubrawszy je w słowa, zamknął wszystko w jednym krótkim zdaniu i wysłał przez przestrzeń i czas. Gigantyczne rozbłyski ginących neutronowych karłów złożyły się w kod grawitacyjnych drgnień czasoprzestrzeni i chytrze ukierunkowane pobiegły w kierunku odległego zakątka Wszechświata, gdzie Ypster wciąż trwał jakby nigdy nic. 

Oczywiście Ypster drgania te odebrał. Nie mógł ich nie zauważyć, bo wszystko wokół naraz zadrżało. Kilka ciasnych układów podwójnych przestało istnieć, zmieniły się nieznacznie wprawdzie, acz trwale, orbity kilku wielkich planet. Mogło się to oczywiście zdarzyć przypadkiem, ale musiałby to być niezwykle nieprawdopodobny zbieg okoliczności. Po kilku milionach lat, co dla Ypstera było chwilką, zrozumiał, że był to przekaz, wytwór innej świadomości, że była to wiadomość i to wiadomość dla niego. Niewątpliwie należało potraktować ją poważnie, zamyślił się więc raz jeszcze, tym razem bardziej i na dłużej, bo nie bardzo wiedział, co począć. Nic takiego nie zdarzyło się jeszcze. Czuł wewnętrzną potrzebę zareagowania jakoś, wiedział, że to drugie jestestwo oczekuje od niego jakiejś reakcji. Najwłaściwszą reakcją byłoby wysłanie podobnego komunikatu. Nazwał to roboczo odpowiedzią. Na mocy zasady indukcji jego odpowiedź powinna spowodować kolejną analogiczną reakcję drugiej strony, na którą znów musiałby odpowiedzieć i tak dalej, i tak dalej. Można to roboczo nazwać rozmową. Potencjalnie łańcuch ten ciągnąć się powinien w nieskończoność. Ypsterowi nie przychodził do głowy żaden argument za tym, aby rozmowa kiedykolwiek zakończyć by się mogła. Akcja powoduje reakcję – zawsze. Perspektywa rozmowy ciągnącej się w nieskończoność, albo, powiedzmy, co najmniej do końca świata, jeśli zdarzy się wcześniej, zaniepokoiła Ypstera. Po chwili mierzonej w dziesiątkach milionów lat uświadomił sobie, że wypowiedzenie każdego słowa wymaga kolosalnych ilości energii, a tym samym zniszczenia wielu gwiazd, wrzucenia w otchłań czarnych dziur mnóstwa systemów planetarnych. I po co? By mógł porozmawiać o pogodzie, albo o rezultatach rozgrywek ligowych, ale pogoda w żadnym aspekcie nie dotyczyła go przecież, a i sezon ligowy w żadnej z lig nie zaczął się jeszcze. Jaki może być inny powód rozmowy? Powód ważny, galaktycznie, a nawet ponadgalaktycznie istotny? Powód dla którego warto poświęcić tysiące, miliony światów, nieważne, że w większości pustych i bezludnych? Zamyślił się. Sprawa była poważna.

Milczał. Milczał, gdy na Ziemi rodziło się życie i milczał, gdy rozkwitało w kambrze i gdy masowo wymierało w ordowiku. Czas płynął w ciszy. Aż wreszcie, gdy w karbonie zaczął powstawać na masową skalę węgiel kamienny, powiedział:

– Nie chce mi się z tobą gadać…

To historyczne zdanie wypowiedziane przez Ypstera miało daleko idące konsekwencje, być może, gdyby to przewidział zapewne zachowałby się inaczej, ale mleko się wylało. Eystear nie takiej oczekiwał odpowiedzi, a gdy wreszcie odcyfrował sens wzburzyła się w nim jego sferyczna i ciemna natura. Po tylu latach poszukiwań drugiego człowieka, nawet jeśli lata to miliony lat, a człowiek, to nie człowiek, rozczarowanie musiało być duże. Pierwszy kontakt okazał się emocjonalną katastrofą, a Eystear to bardzo chciał się z kimś zaprzyjaźnić. Samotność stała się dlań teraz jeszcze bardziej dotkliwą, bo nie była już samotnością z konieczności, jak to u rozbitka na bezludnej wyspie, który może tylko okrutny los o nią obwiniać, ale samotnością wśród innych, samotnością odrzuconego, dodajmy odrzuconego niesłusznie, niesprawiedliwie. Przez następny miliony, może kilka milionów lat, im bardziej Eystear zagłębiał się w analizowanie swego położenia, nieznane mu dotąd uczucie niechęci do drugiego człowieka, do Ypstera właściwie narastało coraz bardziej, aż wreszcie Eystear wybuchnął. Oczywiście w przenośni, bo ciemna materia wybuchnąć nie może, nie ma w przyrodzie takich sił. Zebrawszy się w sobie, zebrawszy się przestrzennie wokół ciasnego skupiska czarnych dziur w potężnej galaktyce w centrum supergromady w Zegarze i wrzasnął w kierunku Ypstera:

 – Bo pan jesteś cham, ćwok, nieuk, swołocz i woda na młyn odwetowców z Bonn!

I po chwili dodał jeszcze

 – Wooon!

Oczywiście nasze tłumaczenie może być nieprecyzyjne. Nie wiemy też dokładnie jak odebrał to adresat, ale niewątpliwie sens ogólny dotarł do niego dość szybko i zdziwił go niepomiernie. Niezwyczajny stosunków interpersonalnych, których w istocie dotąd nie doświadczył, Ypster nie spodziewał się żadnej odpowiedzi, bo jakaż może być logiczna odpowiedź na odmowę rozmowy. Do rozmowy, jak i do wielu innych rzeczy, trzeba dwojga i to dwojga chętnych. Jeśli nie ma z kim, to się nie rozmawia. Logiczne. Nie przyszło mu do głowy, że rozmowa może być czymś więcej, że może być pretekstem, początkiem, na przykład początkiem pięknej przyjaźni, jak powiedział Rick do Louisa w ostatniej kwestii „Casablanki”. Ypster nie oglądał tego filmu, nie oglądał zresztą żadnego filmu, w ogóle nie wiedział, co to jest film i nie odczuwał też potrzeby kontaktu z drugą podobną mu istotą. Może i szkoda, ale taki już był. Skonsternowany trochę przeszedł, a raczej przeszedłby nad całym tym zdarzeniem do porządku dziennego, gdyby nie poczuł, że oto coś dziwnego dzieje się z przestrzenią. Dziwne to uczucie przypominało sytuację, gdy stoi się na dywanie i ktoś zaczyna ten dywan wyciągać ci z pod nóg. Oczywiście Ypster na niczym nie stał. Nie miał tez nóg, z pod których można by cokolwiek wyciągać, ale całym swym jestestwem odczuwał wyraźnie, że ktoś próbuje przeciągnąć gdzieś przestrzeń, w które jak dotąd spokojnie i odwiecznie się znajdował. Zanim zdążył przeanalizować sytuację dogłębnie, być może w odruchu samoobrony wczepił się w to co było dookoła i co uciekało i zaczął ciągnąć w swoją stronę. Nieprzyjemne uczucie utraty punktu podparcia, a może punktu zaczepienia minęło. Gdy jednak zwolnił chwyt, poczuł, że z drugiej strony ktoś wciąż ciągnie. Nie było rady, musiał ciągnąć i on.

I taka jest właśnie natura ciemnej energii. Zapewne wiele jest bytów, o których wnioskujemy tylko z powodowanych przez nie efektów grawitacyjnych. Skoro istnieje Ypster i Eystear, byłoby zupełnie nielogiczne uznać, że poza nimi nie ma już nikogo. Niektórzy twierdzą, że wypełniają cały Wszechświat. Na pewno co najmniej niektórzy z nich są jak Ypster i niektórzy ich nie lubią. I ciągną tak jedni i drudzy przestrzeń, każdy w swoją stronę. Każdy fragment przestrzeni jest naprężany co najmniej z kilku stron. W przybliżeniu to naprężenie jest takie samo wszędzie, a przynajmniej wszędzie w naszym dostępnym obserwacjom Wszechświecie. Nie jest zbyt wielkie, choć jak się weźmie je globalnie prowadzi do poważnych konsekwencji. Rozciągany Wszechświat rozszerza się szybciej niż wypadałoby to z samej grawitacji. Oczywiście można zmodyfikować równanie Einsteina wiążące grawitację (tensor krzywizny) z materią (tensorem energii-pędu) wprowadzając słynną stałą Λ. On sam to zrobił. Oczywiście nie wiedział, że pod tą grecką literą mieści się życie emocjonalne istot zbudowanych z ciemnej materii. Właściwie nikt się nad tym nie zastanawia. Ale czy ktoś potrafi lepiej wyjaśnić z czego bierze się tak naprawdę stała kosmologiczna?

 

A wracając do Hieronima…

Wyjaśnienie natury stałej kosmologicznej pozwala w prosty sposób odpowiedzieć na pytanie, dlaczego silnik Hieronima się działa i dlaczego w ogóle nigdy nie będzie działał, że działać nie może. Nie chodzi wcale o to, że potrzebna jest doskonała próżnia, że modele laboratoryjne ciągle są w zbyt małej skali i że ruch obrotowy Galaktyki, krążenie Ziemi wokół Słońca, czy same obroty kuli ziemskiej niweczą przez uśrednianie pożądane subtelne efekty związane z ciśnieniem próżni. To nie to. Należy zwrócić uwagę na samo źródło sił, jakie chcemy wykorzystać. Ciemna energia bierze się w istocie z nienawiści, a nie od dziś wiadomo, że nienawiść nigdy nie prowadzi do niczego dobrego.

 

[1] Skrót od “Laser Interferometer Gravitational-Wave Observatory”

[2] przejście to zaobserwował w promieniach Röntgena satelita Chandra.

 

Koniec

Komentarze

To opowiadanie jest ciekawsze niż pierwsze, ale też szału nie ma. Podejrzewam, że zainteresowało bardziej, bo Hieronim coś robi, nie jest tak bierny, jak poprzednio. Nadal nie porywa, bo nic się właściwie nie zmieniło. Podobno w dobrym tekście bohater powinien przejść przemianę.

Eystear i Ypster doświadczają jakiejś metamorfozy, ale oni z kolei są tak gigantyczni, tak nieludzcy, że nieogarnialni.

Babska logika rządzi!

Dość osobliwe opowiadanie – znużyło mnie i jednocześnie nieco rozbawiło.

 

Pierw­szy kon­takt oka­zał się emo­cjo­nal­ną ka­ta­stro­fą, a Ey­ste­ar to bar­dzo chciał się z kimś za­przy­jaź­nić. – Pewnie miało być: …a Ey­ste­ar tak bar­dzo chciał się z kimś za­przy­jaź­nić.

 

Nie miał tez nóg, z pod któ­rych można by co­kol­wiek wy­cią­gać… – Nie miał tez nóg, spod któ­rych można by co­kol­wiek wy­cią­gać

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie można odmówić temu tekstowi pewnego uroku. Fragmenty o Hieronimie podobały mi się bardziej, napisane z jajem. Te o Ypsterze były już bardziej nużące, choć pomysł na bohaterów ciekawy. Na pewno wystrzegałbym się takich długich akapitów. Pod względem językowym nieźle.

“Nienawiść kosmologiczna” ze względu na tematykę, kompozycję i styl przypomina mi “Autostopem przez Galaktykę”, a że “Autostopem przez Galaktykę” lubię, cenię i miło wspominam to jestem czytelnikiem usatysfakcjonowanym i uśmiechniętym. Chylę czoła przed maestrią autora.

Bardzo fikuśna i zmyślna rzecz, powiedziałbym, że ewenement na skalę portalu, gdybym czytał wystarczająco wiele portalowych historii, żeby móc wygłaszać podobnie autorytarne opinie. Lekki tekst SF, taki co bawi i uczy, do którego nie ma za bardzo jak i gdzie się przyczepić na płaszczyźnie naukowej.

Żeby nie było zbyt słodko, to da się tu zaobserwować przerost formy nad treścią (który wyjątkowo, przez sentyment do ApG, nie wywołał u mnie furii) i pewną ślamazarność narracyjną. Mimo wszystko, bardzo przyzwoity kawałek fantastyki.

na emeryturze

Nowa Fantastyka