- Opowiadanie: wibig - Nadzieja Ypstera

Nadzieja Ypstera

Są rzeczy, które nie powinny się zdarzyć. Są nieprawdopodobne zbiegi okoliczności. Choć może ich nie ma. Ja, a może i Ty zbudowanie jesteśmy z kilku rodzajów cząstek elementarnych, dokładnie z trzech i nie ma w nas wiele ponad to. Jest jeszcze ciemna materia. Wypełnia ona Wszechświat i jest jej zdecydowanie więcej niż tej zwykłej. Oczywiście istnieją istoty inteligentne z niej zbudowane. Są one nieskończenie od nas mądrzejsze, a jednak niekoniecznie. Może jednak nie. Rozejrzyj się dookoła.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Nadzieja Ypstera

Miejsce akcji:

Ypster znajdował się właśnie na samej krawędzi Wszechświata. Akurat w tym wypadku określenie „znajdował się” można traktować prawie dosłownie, bowiem zagubił się on tam jakiś czas temu i wciąż próbował znaleźć się –  właściwie jakkolwiek: po tej, czy po tamtej stronie. Z naszego punktu widzenie przejście Ypstera na naszą stronę było dość zasadnicze dla całej przyszłości Wszechświata i jak się okazało po milionach lat usiłowań, udało się.

Bohater tytułowy:

Co do kształtu, Ypster był, można powiedzieć, kanciasty, jakby kwadratowy, a ściśle rzecz ujmując mniej więcej sześcienny. No i raczej duży – z każdego punktu widzenia. Nawet, jeśli wziąć pod uwagę, że aktualnie  tylko jego fragment należał do naszego Wszechświata, a gdy reszta zwisała gdzieś po drugiej stronie i jako taka formalnie nie istniała, to i tak miał prawie kiloparsek w każdą stronę.

Początek:

Historia nasza zaczyna się w momencie, gdy Ypster dotarł wreszcie do siebie i jął przechodzić na właściwą stronę. W naszej, ludzkiej skali jego własny czas wlókł się nieskończenie długo. Przez nasze jakieś 250 milionów lat Ypster wygramolił się dopiero w 80%. Potem przyspieszył.

Na odległej zielonej planecie zwanej przez tubylców Ziemią krążącej wokół średniej wielkości gwiazdy zwanej Słońcem w całkiem przeciętnej galaktyce zwanej Galaktyką, urodził się Hieronim. 

Był dzieckiem chorowitym i słabym. Rodzice nie dbali o niego przesadnie, przeto sam musiał o siebie dbać i dbał, jak umiał najlepiej. Na tyle dobrze, że skończył szkołę w regulaminowym wieku, potem pokończył kolejne szkoły i osiągnąwszy tytuł magistra inżyniera od fizyki SMSów osiadł na posadzie młodszego pomocnika starszego naukowca bez większych perspektyw w instytucie badań nad telekomunikacją niedużej uczelni w cichym i niedużym miasteczku w odległym zakątku kraju.

Wydawać by się mogło, że jest to absolutnie niemożliwe, aby losy Hieronima i Ypstera, kiedykolwiek splotły się ze sobą jakkolwiek i że to już koniec naszej nieciekawej historii, a jednak rzeczywistość okazuje się bardziej zaskakująca niż chora wyobraźnia niektórych autorów opowiadań SF. Nadeszła środa, był maj. Natura rozkwitała bujniej niż zwykle o tej porze roku, co wszyscy tłumaczyli ociepleniem klimatu i z czym zamierzali walczyć, ale powiedzmy, nie w tej chwili. Ptaki kwiliły w zaroślach, gdy Hieronim zdążał w kierunku kolektury totalizatora, by, jak co tydzień, dać szansę szczęściu i wypełnić kupon. Jak dotąd szczęście nie rozpieszczało Hieronima, ale nadzieja wciąż upierała się, że jest jego matką. Hieronimowi to wystarczało. Zawsze miło było pomarzyć, że może w tym tygodniu los rozwiąże jego problemy finansowe i da mu wreszcie to, co mu się przecież zasłużenie od dawna należy. Hieronim zawsze wpisywał na kuponie loterii te same liczby. Najważniejsza jest konsekwencja – mawiał. Jako pracownik naukowy, wiedział, że jest to zupełnie pozbawione naukowego uzasadnienia, ale wiedział też, że nie ma matematycznego sensu wypisywanie jakiejkolwiek innej, nowej za każdym razem kombinacji. Probabilistyka jakby jest matka nadziei. Gdyby ktoś poszedł dalej tym tropem, mógłby powiedzieć, że rachunek prawdopodobieństwa jest dziadkiem Hieronima, ale to nieprawda i nikt się tak daleko nigdy nie posunął. Wpisawszy więc te same liczby oddał kupon w kolekturze i poszedł dalej, jak zwykle. Nie podejrzewał, że właśnie się zaczęło.

A Ypster trwał już cały na skraju Wszechświata w tempie sobie właściwym, w swojej właściwej skali i było mu z tym w sumie dobrze, choć to pojęcie było mu w zasadzie obce, ale z braku lepszego niech tak zostanie. Galaktyki obracały się powoli gubiąc gwiazdy i rozpalając swe wnętrza rozniecały fajerwerki blazarów tu i tam. Hieronim w swojej malutkiej w tej skali rzeczywistości nie obserwował obracających się galaktyk. Dla niego, jak i dla wszystkich istot mu podobnych w swej rozciągłości niebo było niezmienne. Nie było w nim miejsca na żywiołowość. Sfera gwiazd stałych była synonimem wieczności niezmiennej i trwałości ostatecznej po wieki. Z drugiej strony Hieronim był także trudno osiągalny dla Ypstera z tej samej racji, w drugą jednak pojętej stronę. Całe życie od narodzin do śmierci każdego Hieronima trwało krócej niż kichnięcie Ypstera, gdyby ten kichał, niż mrugnięcie okiem, gdyby posiadał choćby jedno oko, niż myśl, gdyby myślał.

Gdzie jest pies pogrzebany

I tu jest właśnie pies pogrzebany. Gdyby Ypster kichał, gdyby mógł okiem mrugnąć, gdyby myślał… ale wszystko to było nie tak – konstrukcja Ypstera, była odmienna od konstrukcji Hieronima. a właściwie od konstrukcji wszystkiego, co Hieronim uznać mógłby za istotę żywą, niekoniecznie rozumną. Pomijając skalę, choć ta rzucała się w oczy na ich pierwszy rzut, inna była sama natura materii, z jakiej Ypster był skonstruowany, bo nie była to materia, a przynajmniej nie to, co my materią nazywamy. Ypster zbudowany był z Ciemnej Materii. Stanowi ona, jak powszechnie wiadomo, prawie ćwierć wszystkiego, co istnieje, to jest jakieś pięć razy więcej niż to, z czego my jesteśmy zrobieni, czyli ze zwykłej, barionowej materii: protonów i neutronów omotanych elektronami w najrozmaitszych konfiguracjach i tworzących wnętrza masywnych gwiazd, a innym razem kurę, Hieronima, czy jego kolegę. Nie ma co zgadywać, z czego Ciemna Materia składa się tak naprawdę. I tak nie da się jej dotknąć, ani powąchać. Powiedzmy, że ją to sterylne supersymetryczne odpowiedniki cząstek znanych nam i nam przyjaznych. Dla naszej historii nie ma to znaczenia. Ważne jest tylko to, że Ypster, o takiej właśnie konstrukcji, gdyby tylko chciał, mógłby bez trudu skupić się, na przykład, na pojedynczej gwieździe, czymś z jego puntu widzenia drobnym i kruchym. Właściwie kilka razy zrobił to już przyglądając się supernowej w momentalnej skali samego rozbłysku i kolapsującemu w przeciągu milisekund układowi podwójnemu czarnych dziur. Pamiętał, choć to znowu bardzo mylące określenie, jak powstałe wtedy drobne grawitacyjne drgnienia czasoprzestrzeni wywołały w jego ciele-nie-ciele miłe łaskotki. Podobało mu się.

Ypster mógł więc zobaczyć Hieronima – gdyby tylko chciał.

Punkt odniesienia

Powszechnie znana jest historia Archimedesa, który, jak głosi legenda, mawiał, że potrzebuje tylko czegokolwiek, na czym mógłby się oprzeć, by poruszyć cokolwiek innego. Ypster ujął to nieco inaczej: aby zmienić coś, co trwa, potrzeba innego punktu odniesienia. To głębokie prawo sprawdza się w mechanice pod postacią dźwigni, ale także i w psychologii, etnologii, genetyce, czy entomologii, z tym, że za każdym razem nazywa się inaczej, ale nie o to chodzi. W momencie, gdy kupon loterii zamknięty został z zaplombowanej skrzyneczce i czekał na podróż do kolektury centralnej w celu archiwizacji, a jego kopia w kieszeni Hieronima spoczywała spokojnie nie znając jeszcze swej roli w najbliższej i w ogóle w przyszłości ludzkości, w przestrzeni wokół Ypstera zachodził proces krystalizacji idei. Używając języka potocznego można by trywialnie i nieprecyzyjnie stwierdzić, że Ypster zastanowił się przez chwilę. Jak zwał, tak zwał, rezultat jest ważny: pojawiła się wreszcie: była w istocie ogromna, jakby kolorowa, mieniła się w delikatnych odcieniach ultrafioletu ciepło i żywo, była obła i kanciasta jednocześnie, oscylowała wzdłuż zmieniając kształt elipsoidalnie, wydawało się, że mruczy, choć to chyba była już przesada – idea. Idea zmiany. Ypster wpadł na pomysł – znów ten brak odpowiednich słów, że:

tak dalej być nie musi.

Ujęte w formie tautologii rozumowanie automatycznie prowadzi do konkluzji, że może być inaczej, inaczej niż jest.

Nie zastanawiając się, skąd wzięła się taka uniwersalność klasycznego rachunku kwantyfikatorów, wypada stwierdzić, że z tego już tylko krok do pytania: jeśli nie tak, to jak? Jaki jest sens tego wszystkiego? Jaki jest sens życia i według kogo? Być, albo nie być?

I przed tymi pytaniami stanął Ypster. Odpowiedź na nie wszystkie oczywiście sprowadzała się do znalezienia nowego punktu odniesienia. To on miał zdefiniować na nowo rzeczywistość, a raczej nową w niej sytuację Ypstera, a i Hieronima w końcu.

Można by mieć obawy, że roztrząsanie tych problemów potrwa tyle, że opowiadanie skończy się, nim ktokolwiek doczeka się pointy. Dla Ypstera zadumać się na kilkadziesiąt milionów lat nie było niczym nadzwyczajnym. Nie tym razem jednak. Problem, jeśli już zaistniał, był palący. Sens istnienia w stanie niekoniecznym, który jest sobą tylko dlatego, że trwa, bo nikt go nie zmienił, zmniejsza się z każdą sekundą. Biorąc pod uwagę rozmiary Wszechświata utrata sensu groziła chaosem i to w najbliższym czasie.

Punkt odniesienia.

Ypster niezwłocznie przepatrzył niezliczona mnogość światów i cywilizacji. Było to możliwe dlatego, że szczęśliwie jego percepcja mogła funkcjonować w reżimie równoległym. Nie musiał studiować kolejnych planet szeregowo, po kolei, jedna po drugiej, ale mógł to robić jednocześnie tu i tam. Większość światów była pusta lub prawie pusta. Niektóre były zwyczajnie inteligentne, inne inteligentne ponadprzeciętnie, ale to wszystko było nie tym, czego poszukiwał. Inteligencja istot zwyczajnie inteligentnych była mu znana i nie mogła stanowić podstawy, oparcia kosmologicznej dźwigni, dźwigni psychohistorycznej, dzięki której moglibyśmy w nowym, poruszonym świecie dopasować nasze introspekcje inaczej. Taki był bowiem ambitny plan. No, bo jaki miałby być?

Przetrząsając niezmierzone przestrzenie Wszechświata Ypster, trafił wreszcie na zieloną planetę Hieronima. Ziemska cywilizacja pozornie też wyglądała na normalną. Hieronim dałby głowę, że Ziemia to całkiem normalna planeta, ale sąd ten jest tak naprawdę oczywiście wynikiem braku właściwej skali porównawczej, brakiem słusznego punktu widzenia. Ypster od razu spostrzegł szczególną anomalię nie występujące nigdzie indziej we Wszechświecie. To znaczy być może istnieją gdzieś podobne światy, ale są one na tyle dobrze ukryte, że Ypster nie napotkał ich dotąd w swoim przeglądzie planet. Prawdopodobnym jest też, że światy takie nie żyją po prostu tak na tyle długo, by mogły zostać zauważone przez kogokolwiek. Być może.

A tymczasem na Ziemi

Oczywiście Hieronim nie zdawał sobie z niczego sprawy. Gdyby wiedział, zapewne zauważyłby cień podążający za nim drugą stroną ulicy. Nie, żeby ktoś go śledził. Nic z tych rzeczy. To tylko co jakiś czas plamy zachodzącego słońca układały się na chodniku w cień wielkiego kota, czasem podmuch wiatru przemiatał liście, które przez moment wirowały wokół czegoś na kształt bestii, której tam przecież nie było wcale. A może zresztą nic takiego nie miało miejsca, to tylko złudzenie, gra wybujałej wyobraźni. Może doniczka z pelargonią, która spadłszy z parapetu okna na drugim piętrze, rozbiła się metr, może dwa za idącym Hieronimem, i rozbiła się na mnóstwo kawałków ze szkodą dla kwiatka, spadła zupełnie przypadkiem. Nie było przecież żadnego powodu, by było inaczej. Podobnie trudno sobie wytłumaczyć, że tuż przy wejściu do domu na chodniku leżało sto złotych. Ktoś zgubić je musiał. Nikogo w pobliżu widać nie było. Może więc wiatr przyniósł je skądś. Nie wiadomo skąd. Leżało sobie na chodniku sto złotych i głupio było nie podnieść. Hieronim podniósł. Rozejrzał się wokół w nadziei, że zauważy nieostrożnego prawowitego właściciela, ale nic z tych rzeczy – nikogo widać nie było wzdłuż i w lewo i w prawo. Może to i nielegalne, może moralnie naganne, ale Hieronim, z pewnym wahaniem, przyznajmy, podniósł banknot i włożywszy do kieszeni nacisnął klamkę i otworzył drzwi.

Jak zwykle zrobił sobie coś do jedzenia. W lodówce było jeszcze trochę wczorajszej zupy udającej pomidorową z ryżem na gęsto, na gęsto i kleiście. Mimo to nie było to takie złe. Zadowoliwszy swój żołądek Hieronim, jak zawsze zaległ na kanapie i włączył telewizor. I telewizor był mu posłuszny jak zawsze. Nic nie wskazywało na to, że Hieronim tak naprawdę jest testowany, że sprawdzane są jego reakcje na sygnały z zewnątrz, jego zdolność odbierania tychże i jego przywiązanie do tej rzeczywistości. W rezultacie nim zaczęły się wiadomości wiadomo było, że dzień ten zdąży się jeszcze do północy zapisać bardzo wielkimi literami w historii Hieronima, w historii całej ludzkości, a kto wie, może i naszego Wszechświata w ogóle.

Zwykle wiadomości wieczorne pełne są informacji nieistotnych. Wydawcy muszą zapełnić czymś czas dany im do zapełnienia i wyszukują w serwisach agencyjnych doniesień, które przy odrobinie talentu i dobrej woli da się przemienić na newsy i podać widzom w sposób sugerujący, że oto wydarzyło się coś ważnego – aby do jutra. Wiadomości i tego dnia zaczęły się podobnie: na bardzo ważnym spotkanie delegacja rządowa spotkała się z inną delegacją innego rządu, aby sobie porozmawiać o czymś nie mającym większego znaczenia, ale przy okazji powtórzono to samo, co mówiono już kilka razy i co było niewątpliwie słuszne i budujące. Obie strony to powtarzały, bo przecież i w tym drugim kraju potrzebne są newsy na wieczór. Potem mieliśmy informację o małym strajku, gdzie obie strony miały swoje racje i na tym stwierdzeniu strajk się zakończył, a rozmowy dalej prowadzone będą. Właściwie nie ma sensu kontynuować tej wyliczanki, bo to co ma naprawdę znaczenie podano w serwisie właściwie pod sam koniec dopiero, jako ostatnią, a może przedostatnią wiadomość.

Reporter wiadomości donosił z Hobokien, nie z tego słynnego Hoboken w New Jersey, ale z Hobokien koło Nowego Tomyśla, że w tutejszym zoo na wybieg żyrafy Julii spadł meteoryt. Było to raczej niespotykane zjawisko, gdyż w okolicach Nowego Tomyśla ostatnio żaden meteoryt nie spadł, a i wybiegi żyraf nie są miejscami, na które szczególnie często spadają meteoryty. Oczywiście mogła to być historyjka zmyślona całkiem, lub żart jakiś nie najwyższego lotu. Problem w tym, że wspomniany meteoryt spadł na wybieg żyrafy Julii najpierw jako pierwszy. Po pięćdziesięciu minutach na tenże wybieg spadł meteoryt po raz drugi. Był bardzo podobny do pierwszego. Gdy po godzinie i czterdziestu minutach, spadł kolejny, ewakuowano żyrafę Julię, słusznie spodziewając się upadków następnych. I rzeczywiście, w przeciągu następnych trzech godzin na pusty już wybieg spadły jeszcze w bardzo równych odstępach czasu cztery kolejne meteoryty. A potem przestały już spadać. Pokazano je wszystkie leżące na alejce. Meteoryty, jak meteoryty. Wyglądały zwyczajnie. Reporter zdążył jeszcze powiedzieć, ze naukowcy nie są zgodni, co do natury tych obiektów i ogólnie wyrazili swoje zdziwienie. Cały telewizyjny news trwał mniej niż dwie minuty i zakończył się kiepską pointą, że żyrafa wróciła już na wybieg i spoglądając w niebo nie wykazuje żadnych oznak niepokoju.

Hieronim jako naukowiec, co prawda może niskiego szczebla, ale zawsze, zainteresował się tą wiadomością. Z tego co wiedział, było absolutnie nieprawdopodobne, aby meteoryty upadały w to samo miejsce raz za razem, a dodatkowo jeszcze w równych odstępach. Nie wiedział, co myśleć i tak jak większość mieszkańców naszej planety, którzy usłyszeli o dziwnym przypadku żyrafy Julii z Hobokien uznał, że to jakaś bzdura i dał sobie spokój z dalszym zastanawianiem się. Gdyby znał prawdę, też by w nią pewnie nie uwierzył. Ale za chwile była już prognoza pogody, a potem po przerwie na reklamy zaczynał się film, który Hieronim wprawdzie już widział jakiś czas temu, ale z braku lepszych pomysłów postanowił obejrzeć raz jeszcze. Po filmie mieli podać wyniki totalizatora.

W przezroczystej, dla zapewnienia przejrzystości losowania zapewne, kasecie znajdują się 64 kule. Na kulach wymalowano numery od 1 do 64, oczywiście. Po zwolnieniu blokady kule wpadają do bębna maszyny losującej i zaczyna się losowanie. Od dołu kule podwiewa odkurzacz, albo coś w tym rodzaju, tak że wpadają one w niepohamowany powietrzny taniec. W zadanym momencie ciąg powietrza zostaje na chwilę przekierowany i wyciąga za każdym razem po jednej z wirujących kul. Powtarza się to osiem razy. Każda kula po złapaniu zatrzymuje się na chwilę, by pokazać do kamery zapisany na niej numer, który prowadzący losowanie prezenter odczytuje głosem monotonnym i całkowicie pozbawionym emocji. Widać sam nie gra, albo tak mu właśnie czytać nakazano. Potem kula spada w dół i ustawia się w kolejce do protokołu. Trwa to niecałą minutę. Razem z całą wstępną prezentacją i wprowadzeniem z niepotrzebnym nikomu powtórzeniem najważniejszych zasad losowania i końcowym odczytaniem wyników raz jeszcze – pięć minut. Po tym czasie w kilku domach pojawia się większa, czy mniejsza euforia, zależnie o ilości trafionych liczb, a w zdecydowanej większości pozostałych, życie wraca do normy.

Tego dnia wylosowano liczby 40, 2, 23, 3, 8, 32, 15 i 19.

Hieronim co tydzień skreślał 2, 3, 8, 15, 19, 23, 32 i 40.

Nie da się opisać tego, co poczuł, co pomyślał w czasie, gdy w maszynie pokazywały się kolejno jego liczby. Nikt nie jest w stanie tego pojąć, jeśli nie wygrał nigdy głównej nagrody. Nawet, gdyby opisać się to dało i tak nikt, kto nie wygrał nigdy głównej nagrody, nie zrozumiałby tego, a ktoś kto kiedyś wygrał, zrozumie, co czuł i myślał Hieronim bez dodatkowych podpowiedzi.

Po jakimś czasie, bo Hieronim był człowiekiem ostrożnym, nawet jeśli o popadanie w euforię chodzi, gdy sprawdził na innych kanałach i zatelefonował pod bezpłatny numer do biura loterii, Hieronim poczuł się naprawdę zaskoczony. Zdarzyło mu się coś, co z naukowego punktu widzenia nie powinno mu się nigdy zdarzyć. Ale zdarzyło się. Musiał to przemyśleć. Musiał pomyśleć o konsekwencjach.

Ewolucja

Znalezienie Ziemi ucieszyło Ypstera. Gdyby wierzył w szczęśliwe zbiegi okoliczności, mógłby za taki to uznać. Ale rzeczy tak naprawdę są takie, albo inne i zdarzyć się mogą, lub nie i szczęście nie ma tu nic do rzeczy. Kulki wypadały z maszyny zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa i co tydzień musiała wypaść jakaś ich kombinacja. Z punktu widzenia Wszechświata nie miało znaczenia, jaka ona będzie. Miało to znaczenie tylko dla Hieronima i Ypster doskonale o tym wiedział. Ziemia tak, czy inaczej musiała zostać zauważona, mimo, a może właśnie dlatego, że była tak nieprawdopodobna.

Na większości ze światów, na wszystkich prawie światach, wszystkie cywilizacje postępują z grubsza racjonalnie. Oczywiście, jeśli się tylko nad tym zastanowić, a Ypster zastanawiał się nad nimi dostatecznie długo i od bardzo dawna – rozciąganie czasu na potrzeby dokończenia rozumowań, czy przeprowadzenia badań było czasem konieczne, czynił to jednak za każdym razem niechętnie i zawsze wtedy tylko, gdy nie miał innego wyjścia. Światy nieracjonalne ginęły bezpowrotnie. Cywilizacje nierozsądne odchodziły w niepamięć zastępowane przez lepsze, efektywniejsze, lepiej przystosowane. To oczywiste prawo natury znane było w całym wszechświecie od czasów Wallace’a i Darwina, czyli z grubsza od połowy XIX wieku. 

Jeśli jakaś cywilizacja złożona jest z indywidualnych istot rozumnych, co pozwala wyeliminować między innymi mrówki, termity i niektórych mieszkańców planety Vortis, każda z tych istot w naturalny sposób chciałaby najlepiej dla siebie i swojego potomstwa. Jeśli by zaproponować rozumnym istotom żyjącej w rozumnym świecie, by dobrowolnie każda z nich oddała część tego, co posiada, jednemu, nie wyróżniającemu się niczym szczególnym, przeciętnemu, a może nawet i nie, przedstawicielowi swojego rodzaju, który skutkiem tego stałby się nieprzyzwoicie bogaty, popukaliby się palcem w czoło, zakładając, że mieliby i palce, i czoła, a w innej wersji okrzyknęli by taką propozycję głupią i dodatkowo jeszcze bezczelną. Byliby skłonni raczej, znalazłszy wśród siebie kogoś nieprzyzwoicie bogatego, odebrać mu ponadprzeciętną ilość posiadanego bogactwa, którą potem podzieliby między siebie. To normalne i ewolucyjnie uzasadnione. Na większości światów nazywa się to podatkiem. System podatkowy istnieje także na Ziemi. Jak widać Ziemianie też od najdawniejszych czasów próbowali być racjonalni. Nie udało im się to niestety, choć może właśnie na szczęście. Fakt, że nie wymarli jest zastanawiający, ale to pewnie tylko kwestia czasu, a w międzyczasie być może oni to właśnie uratują Wszechświat dając Ypsterowi tak bardzo poszukiwany nowy punkt odniesienia.

Kontakt

Ypster, jako stworzony z Ciemnej Materii może oddziaływać z materią, którą skutkiem nieuzasadnienie wysokiej samooceny nazywamy normalną, jedynie grawitacyjnie, co znacznie utrudnia jakiekolwiek porozumienie. Nie moglibyśmy uścisnąć jego wyciągniętej na powitanie ręki, gdyby oczywiście miał rękę, nie tylko dlatego, że byłaby ona rozmiarów ramienia Galaktyk, ale przeszłaby ona przez nas i przez Układ Słoneczny, jak przez masło, albo i lepiej nawet, bo przecież nie ma na świecie aż tyle masła. Oczywiście zobaczyć go też nie możemy. Fale elektromagnetyczne mógłby ugiąć, to fakt, ale wtedy jawiliby się nam jak soczewka grawitacyjna, a nie jak ktoś, kto chciałby tylko porozmawiać. No, bo czy ktoś próbował dialogu z własnymi okularami? Z naszego punktu Ypster jest całkowicie niewidzialny, ale to nie znaczy, że jest to prawda dwukierunkowa. Nie próbujcie pojąć, jak to się dzieje i jak zbudowane są jego grawitacyjne zmysły. Wykształcił je przez miliardy lat i tyleż by zajęło ich tłumaczenie istotom tak znikomym w skali Wszechświata, zwłaszcza, że czas nas goni. Do następnego losowania pozostał już niecały tydzień, a przecież historia dopiero się zaczyna.

Podczas gdy Hieronim przez większość tygodnia zajmował się swoimi sprawami, a miał czym się zajmować, na całym świecie pozornie nie działo się nic niezwykłego. Seria wybuchów na Słońcu, o jakiej doniósł satelita SOHO, zaciekawiła niektórych badaczy Słońca. Wcześniej tak regularnej serii nie zauważono, ale naukowcy od ręki opublikowali kilka prac opisujących możliwe fizyczne mechanizmy tego fenomenu. Wszystkie potencjalnie prawdopodobne, ale, jak okazało się później, wszystkie fałszywe. Biolodzy morza zaobserwowali chóralne zawodzenia humbaków na całym niemal Pacyfiku. Poza humbakami ich sensu nie pojmował nikt, a i one same nie były przekonane. T. Whitcomb z Uniwersytetu Stanu Washington rzucił ideę, że to planeta cała rozkołysała się z nieznanych przyczyn, co wywołało subtelne fale w oceanie zauważone akurat przez wieloryby. Jednak laserowe interferometry LIGO w Stanach i VIRGO we Włoszech nie zauważyły niczego w tym rodzaju i o hipotezie Whitcomba zapomniano, jak się później okazało niesłusznie. Oczywiście detektory wybudowane za setki milionów dolarów dla detekcji fal grawitacyjnych nie mogły zauważyć Ypstera. Charakterystyki jego sygnałów grawitacyjnych nie przypominały katastroficznych procesów umierania gwiazd, czy czarnych dziur. Ypster poza tym miał się dobrze.

Loterie, w których nieliczni bogacą się kosztem wielu, są popularne w wielu krajach. Właściwie chyba we wszystkich. Gdzieniegdzie, jak na przykład w Nepalu są one zakazane, ale nie do końca, więc i tam macki nielegalnego hazardu potrafią znaleźć i dosięgnąć chętnych i naiwnych. To dziwne, ale nikt nie zauważył tego, że we wszystkich przypadkach – powtarzam: dokładnie we wszystkich przypadkach, gdzie losowano w środę osiem liczb wypadło: 40, 2, 23, 3, 8, 32, 15 i 19 i to w tej właśnie kolejności. Nawet, jeśli ktoś to zauważył, fakt ten nie przedostał się do wiadomości powszechnej. Nie donosiły o tym duże dzienniki. Być może wiadomość tę uznano za na tyle nieprawdopodobną, że musi – powtarzam: absolutnie musi byś nieprawdziwa. A zresztą zawsze można było pisać o wybuchach na słońcu, czy dziwnym zachowaniu humbaków. Pisano jeszcze o wielu innych nieprawdopodobnych zjawiskach, jakie zdarzyły się tu, czy tam. Przeglądając gazety spotykamy takie informacje każdego dnia. Nie wszystkie są fałszywe, ale też nie wszystkie mają jakieś głębsze, ukryte znaczenie, odróżnienie jednych od drugich prawie zawsze jest niemożliwe. Do tego potrzeba więcej informacji, konieczne są nowe dane. 

W tym konkretnym przypadku nowe dane pojawiły się w kolejną środę. Hieronim z jednej strony był już innym człowiekiem, pieniądze jednak odmieniają ludzi, ale od wewnątrz wciąż był jeszcze tym samym Hieronimem, co poprzedniej środy rano. Wrócił z pracy, z lodówki wyjął resztki zamówionej wczoraj z dowodem za 4 złote kaczki w kilku smakach z ryżem i w sosie słodko-kwaśnym. Odgrzana w mikrofalówce wciąż smakowała nieźle. Hieronim lubił chińszczyznę. W ramach przyzwyczajania się do luksusu po obiedzie nalał sobie kieliszek czerwonego wina z rodzaju tych nie najtańszych, usiadł na kanapie i włączył telewizor. Gdyby można przewinąć czas do końcówki wiadomości, byłoby to bardzo rozsądne, bo aż do tego momentu czas po prostu mijał. Potem był, jak zwykle film, aż nadeszła wreszcie chwila, w której, jak co tydzień prezenter w skrócie zaczął przedstawiać regulamin losowania. Hieronim oczywiście wypełnił kupon. Tkwiąca w nim druga natura sprzeciwiała się zbyt daleko idącym zmianom trybu życia i przyzwyczajeń. Z naukowego punktu widzenia, a Hieronim był jeszcze ciągle naukowcem, to nic, że bez większych perspektyw, nie było żadnego powodu, aby zmieniać ciąg skreślanych liczb. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież niemożliwe jest, aby w kolejnym tygodniu wypadły po raz drugi te same liczby, ale równie nieprawdopodobne było przecież, żeby wypadły też jakiekolwiek inne i Hieronim skreślając tegotygodniowy zakład, pozostał przy swoich.

Kulki zatańczyły w maszynie i już po chwili zaczęły pojawiać się wylosowane numery. W trakcie, jak pojawiały się w Hieronimie pojawiało się uczucie głębokiego niedowierzania: 40, 2, 23, 3, 8, 32, 15 i 19. To mógł być okrutny żart, a może to sen! Uszczypnął się – bolało, więc nie. Może to powtórka z poprzedniego tygodnia? Nie, w rogu ekranu obok zegara wskazującego aktualną godzinę był kalendarz z widoczną wyraźnie datą tej środy. Hieronim musiał się napić. Butelka była już otwarta.

Jeszcze tego samego dnia wieczorem, choć może był to już dzień następny i środek nocy Hieronim doszedł do wniosku, że coś tu jest nie tak. Wszelkie rachunki oparte na autorytecie wszystkich matematyków i fizyków świata od Kardana (tego od przegubu) do Schrödingera (tego od kota) wskazywały na to, że to co się zdarzyło, jest niemożliwe. Upewniły go o tym doniesienia z różnych stron świata, gdzie zauważono wreszcie tenże fenomen. Wszędzie wylosowano te same osiem liczb. Nie sposób było tego nie zauważyć. Redakcje wszystkich gazet w pośpiechu przygotowywały news na pierwszą stronę. Gorączkowo poszukiwano szczęśliwców, którzy wygrali główną nagrodę dwa razy z rzędu. Na całym świecie było ich zaledwie pięciu, a wśród nich i Hieronim. Nie wiadomo jak reporterzy odnaleźli go o czwartej nad ranem, gdy akurat wkładał piżamę, by jednak odrobinę się przespać. Niemal równocześnie z dzwonkiem telefonu zabrzęczał dzwonek przy drzwiach. Światło flesza oślepiło go, gdy tylko uchylił drzwi. Bardzo głupio wyglądał nad ranem na większości pierwszych stron dzienników całego świata, w pomiętej piżamie w wypłowiałe niebieskie pionowe paski oślepiony przez błysk lamp z miną wyrażającą kompletny brak jakiegokolwiek racjonalnego uzasadnienia czegokolwiek.

Wydarzenia następnych dni początkowo wstrząsnęły opinią publiczną, a raczej bardziej opiniami każdego człowieka z osobna. Wierzący znajdowali w tym, co się zdarzyło, wyraźny dowód na istnienie siły wyższej mogącej nagradzać i karać wedle własnego uznania i według reguł znanych, lub nieznanych zwykłych śmiertelników. Wierzący inaczej znajdowali w tym dowód istnienia sił nadprzyrodzonych i zjawisk, o których nie śniło się filozofom. Filozofowie z radością odkryli rysę na gmachu  wiedzy reprezentowanej przez nauki ścisłe z matematyką na czele, przez co mocy nabierały ich niejasne wynurzenia o tym, co wiemy, co możemy wiedzieć i czego nie dowiemy się nigdy. Niewierzący byli w rozterce, ale odwołali się do zawołania „wiem, że nic nie wiem”, które po raz kolejny w ich przypadku okazało się pasujące jak najbardziej. Animiści uznali, że ich racje mogą obejmować i przedmioty dotąd uważane za nieożywione i odnaleźli duszę w kamieniu. Wegetarianie nie wyciągnęli z tego żadnych wniosków.

Hieronim obserwował powstałe zamieszanie z naukowego punktu widzenia i próbował wyłuskać w tym informacyjnym szumie jakieś racjonalne głosy, jeśli już nie racjonalne wyjaśnienia. Nie było to łatwe. Łamy czasopism i programy telewizyjne zdominowali specjaliści, którzy w większości reprezentowali specjalności, właśnie powstałe w przeciągu ostatnich kilku dni i analizowały zjawiska z poziomu intelektualnego samego specjalisty. Każdy mógł zostać specjalistą. Wystarczyło skończyć jakąkolwiek szkołę, preferowano oczywiście duże uniwersytety, ale były też nieistniejące nigdy dotąd instytuty badawcze i akademie wielobranżowe na każdy temat. Poza wykształceniem należało dość poprawnie wypowiadać się w rozumianym w danym zakątku świata języku. Hieronim zanotował dziwne zjawisko: specjaliści mówiący z wyraźnym obcym akcentem byli w telewizji wyraźnie preferowani. Poza samym mówieniem należało opanować specyficzny język, żeby nie powiedzieć żargon jakiejś, nieważne jakiej, dyscypliny naukowej, a jeśli to było dla kogoś za trudne, zawsze można było wymyślić samemu kilka dziwnie brzmiących słów i nauczyć się ich odmiany przez przypadki i liczby, albo przez liczby, czasy i osoby, jeśli to były to czasowniki. Bardzo istotny dla specjalisty telewizyjnego był wygląd, przy czym nie było jednego obowiązującego wzorca wyglądu. Specjaliści dzielili się na starych, zacnych, najlepiej siwych, ubranych w garnitury z obowiązkowym krawatem, nigdy muchą, oraz na młodych, genialnych, może być z brodą i w swetrze, a jeśli już w marynarce to sztruksowej i w żadnym wypadku w krawacie. Okulary nie były konieczne. Tacy specjaliści wypowiadali się na każdy temat i po jakimś czasie okazało się, że nie mają oni nic do powiedzenia. Po kilku dniach telewizje przestały ich zapraszać i dla zachowania jeszcze przez jakiś czas pozorów powagi niektórzy z nich, ci którzy potrafili pisać, zajęli się produkowaniem tekstów do gazet. Było to trudniejsze niż występowanie w telewizji, bowiem musiało jednocześnie uwypuklać inteligencję piszącego i uwzględniać poziom czytelnika. Oba te wymagania często rozjeżdżały się, mimo iż wcześniej nie spotkały się nigdy. Po następnych kilku dniach niezwykłe zjawisko, jakiego doświadczył Hieronim zeszło już z pierwszych stron. Po cichu zajęli się nim uczeni etatowi. Hieronim starał się śledzić publikacje fachowe, ale dość szybko okazało się, że nikt nie ma nic interesującego do zaproponowania. Dokładnie opisano fakty, zgromadzono obfity materiał, analizowano go na wszystkie strony – i nic.

Właściwie wszyscy spodziewali się tego co stało się dalej. Nadeszła następna środa. Maszynę losującą wymieniono na zupełnie nową, a właściwie na trzy nowe, które przetestowali na wszystkie możliwe sposoby fachowcy obsługujące dwa największe kasyna w stolicy. Przygotowano kilkanaście zestawów kul do losowania. Wybór maszyny i kasety z kulami miał być dokonany bezpośrednio przed losowaniem i, rzecz jasna, też miał być losowy. W studiu obok zwykłej obsługi w postaci prezentera i jego dwóch uroczych asystentek wymieniono całą ekipę kamerzystów, inspicjentów, dźwiękowców i oświetleniowców. W reżyserce niezmieniony pozostał jedynie reżyser i redaktor odpowiedzialny, choć tego ostatniego też chciano się pozbyć. Nikt go nie lubił. Całego budynku strzegła nowo wynajęta firma ochroniarska, a w samym korytarzu i w studiu nawet znajdowali się agenci z zupełnie innej firmy z innego miasta. Szczególną czujność polecono też zachować policji i wszelkim służbom miejskim, energetycznym, gazowym, wodociągowym. Nikt nie pamiętał podobnych środków ostrożności. Sprawa była poważna.

Hieronim oczywiście zasiadł przed telewizorem, jak prawie wszyscy i, jak prawie wszyscy wypełnił kupon wpisując tam, jak wszyscy 2, 3, 8, 15, 19, 23, 32 i 40. Nadeszła właściwa pora, zwolniona została blokada z losowo wybranej kasety, kule wpadły do losowo wybranej maszyny i po chwili miliony ludzi z zapartym tchem obserwowały jak u wylotu pokazała się 40, a za nią 2, 23, 3, 8, 32, 15 i na końcu oczywiście 19. Z finansowego punktu widzenia nic wielkiego się nie stało. Za trafienie ósemki w tym tygodniu płacono mniej niż wynosiła opłata wnoszona przy składaniu kuponu i tak było na całym świecie. Istotny był efekt światopoglądowy. Zachwiana została cała wiara ludzkości w naukę, nikt już nie mógł być do końca pewien, czy jutro dwa i dwa to ciągle będzie cztery. Z oczywistych powodów wszystkie firmy loteryjne, kasyna, a nawet uliczni oszuści proponujący grę w trzy karty zwinęli działalność. Na wyścigi koni i psów zaczęli przychodzić wyłącznie miłośnicy zwierząt i hodowcy. Ligi piłkarskie, organizacje takie jak UEFA, FIFA, czy PZPN zastanawiały się nad tym, czy działalność jedynie zawiesić, czy może już jednak zakończyć. W piłkę grały już tylko dzieci dla zabawy.

Hieronim zdał sobie sprawę z tego, jak wiele rzeczy w życiu zależy od przypadku. I to wszystko nagle, w przeciągu kilku tygodni stanęło pod znakiem zapytania. Wyglądało na to, że przypadek bywa sterowany. Nie żeby zawsze, bo czasem jeszcze co odważniejsi grywali w chińczyka i znajdowali w tym przyjemność, z tym, że była to przyjemność podszyta trochę niepewnością, może głębokim, nieuświadomionym strachem, strachem przed nieznanym. 

W kręgach naukowych coraz częściej wspominano teorię chaosu. Spadająca na podłogę moneta może zasadniczo upaść do góry orłem lub reszką. Jeśli rzuca się ją z wysoka i dodatkowo wprowadzi w ruch wirowy, nie ma możliwości odgadnąć, jak spadnie. Z formalnego puntu widzenia, jak wykazywali mechanicyści, gdyby znać prędkość i położenie każdej molekuły we Wszechświecie efekt końcowy byłby do przewidzenia. Może nawet nie trzeba by znać ich nieskończenie dokładnie, by pozostać w zgodzie z zasadą Heisenberga. Problem w tym, że molekuł w istotnym otoczeniu monety, a więc powiedzmy w pokoju, w którym rzucamy, jest niesłychane dużo i nie da się nad nimi wszystkimi zapanować – tak powstaje prawdopodobieństwo.

Jakiś niepoważny naukowiec w swetrze i z rudą brodą, zapewne Irlandczyk, lub Norweg zauważył, że gdyby ktoś znał wszystkie istotne parametry Wszechświata w istotnej skali i potrafił nimi odrobinę choćby manipulować, mógłby spowodować, żeby moneta opadła na podłogę tą stroną, jaką by chciał, aby upadła. Napisał on podanie o grant na badanie tej możliwości, ale że był młodym naukowcem i o niewielkim dorobku publikacyjnym, nie przyznano mu funduszy i z konieczności, dla chleba, musiał zatrudnić się w prywatnej firmie kontrolującej linie średniego napięcia. Nikt już nie pamięta, jak się nazywał, a szkoda, bo w zasadzie miał rację.

Druga strona kontaktu

Z drugiej strony Ypster także studiował to, co działo się na Ziemi, jego jednak interesował zupełnie inny tego aspekt. Próbował ustalić, jakie jest uzasadnienie, a może i znaczenie nieracjonalnych zachowań Ziemian i też musiał zbierać wciąż nowe dane. Zbierał je globalnie. Globalnie, choć szczegółowo. Monitorował zachowania każdego człowieka, podsumowywał je i wyznaczał trendy czasowe zmian wywołanych zanikiem wiary w przypadkowość. Skoro nikt nie mógł być już pewnym losowości pewnych zdarzeń, w działaniach ludzi zmieniło się całkiem sporo. Nie można już było uzasadniać swoich porażek pechem, albo nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności. Nie można było liczyć na szczęście i zakładać, że może się jednak uda. Wiara w to, że z czasem, po serii niepowodzeń los musi się odwrócić, już nie była tak silna, jak kiedyś. I tak dalej, i tak dalej, nie ma sensu mnożyć przykładów.

Doprowadziło to prędko do kryzysu. I był to kryzys poważny. Globalna produkcja wszystkiego zmalała niebawem o 15%, co prognozowało już niedługo lawinowy spadek do poziomu nienotowanego nigdy w historii. Finansiści przeprowadzali się z Wall Street do wysokich budynków na przedmieściach, w których da się, gdy przyjdzie pora, otworzyć okna. Zaniechano poszukiwać nowych złóż surowców energetycznych i jakichkolwiek, gdyż znalezienie mogło być w jakiejś części kwestią szczęścia. Ropa drożała ze względu na awarie podmorskich rurociągów, których nikt nie chciał naprawiać, ryzyko było bowiem zbyt duże, a nikt nie chciał ryzykować.

Powszechny uwiąd nadziei na sukces w każdej dziedzinie przekładać się zaczął na zanik nadziei w ogóle. Globalne analizy Ypstera nie wchodziły w szczegóły dramatów jednostkowych, a tych było co niemiara. Darujmy sobie i my opowiadanie o nieszczęściach spowodowanych zanikiem nadziei indywidualnie. Podsumujmy to jednym słowem: było beznadziejnie.

Zbieranie danych przez Ypstera nie musiało trwać długo. W końcu wiedział już wszystko, czego chciał się dowiedzieć. Wiedział i był wstrząśnięty. Stan taki nie zdarzał mu się często, ostatni raz, gdy zagładzie uległa Gallifrey, planeta tych, którzy spacerują po ciemnej stronie. Było to dawno temu.

W bliżej niejasny sposób Ypster przewidział to, co działo się na Ziemi, choć nie mógł przecież tego przewidzieć. Rzecz jasna stwierdzenie, że nie mógł odnosi się tylko do czasy linowego, ale przy drobnej manipulacji, zawinięciu go delikatnie w skromną pętelkę, dałoby się wyjaśnić wszystko. Pewne fakty wskazują, iż Ypster znał wcześniej sekret zawracania czasu, choć w skali niewielkiej. Wspomniany przypadek meteorytu spadającego na wybieg żyrafy Julii świadczy o tym, że Ypster wtedy po prostu testował swoje możliwości. Nie ulega przecież wątpliwości, że musiał to być jeden i ten sam meteoryt, który uwięziony w pętli czasu kilkakrotnie powrócił i upadł w to samo miejsce.

Ypster przewidział wszystko i dlatego właśnie wybrał Hieronima i o ile Hieronim nie wiedział nic o Ypsterze, o tyle ten wiedział o Hieronimie wszystko i jeśli Hieronim został wybrany, to oczywiście nie był to wybór przypadkowy. Wyjątkowość Hieronima brała się z jednej strony z jego kompatybilności psychologicznej w odbiorze i dopasowania systemowego mechanizmów reakcji na sugestie pozornie pozazmysłowe. Hieronim nie miał o tym rzecz jasna najmniejszego pojęcia. A poza tym Hieronim zawodowo studiował problemy telekomunikacyjne i miał głęboką wiedzę teoretyczną i praktyczną jeśli chodzi o wysyłanie SMS-ów. Na całym świecie Ypster znalazł jedynie pięć osób o podobnych predyspozycjach. Wszystkie one oczywiście grać musiały na loterii i w nich skreślać co tydzień te same osiem liczb. Zgodnie ze starym, dobrym rachunkiem prawdopodobieństwa to, że co tydzień zaznaczały zestaw 2, 3, 8, 15, 19, 23, 32 i 40, jest absolutnie nieprawdopodobne. A więc mamy absolutną pewność tego, że liczby te zostały im dane z pominięciem rachunku prawdopodobieństwa i to już dawno temu. Oczywiście wykorzystano w tym celu ich szczególne predyspozycje, o jakich powiedziałem wyżej. Ponieważ nie jest możliwe, aby Ypster zaplanował swą akcję dużo wcześniej, niewielka wycieczka w przeszłość musiała być konieczna i tym razem.

Skąd bierze się przekonanie, że podróże w czasie są niemożliwe?

I tak Hieronim stał się elementem planu.

Zakończenie

Ypster miął dobre serce. Oczywiście w sensie dosłownym nie miał serca, ani nawet nic, co by serce przypominało, ale nie miał tez żadnych powodów, aby źle życzyć komukolwiek. W szczególności nie życzył źle bytom tak drobnym i kruchym, jak te, które nieracjonalnie zamieszkiwały miliardami planetę zwaną Ziemią. W jakimś odległym od naszego sensie tego słowa Ypster czuł sympatię do tych krótkotrwałych i niepozornych istot żywiących się nadzieją – nie dosłownie, rzecz jasna, ale bardziej, niż przypuszczały dotąd, bardziej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Odebranie Ziemianom nadziei na łut przypadkowego szczęścia było nieludzkie. Ponieważ Ypster nie był człowiekiem, to akurat nie obeszło go bardzo, ale wierzył on w porządek rzeczy i w poczucie przyzwoitości. Nie należało odbierać nikomu niczego, no chyba, że był po temu jakiś powód. A tym razem powodu nie było. Ypster postanowił oddać ludzkości wiarę w rachunek prawdopodobieństwa. Dla lepszego efektu postanowił zrobić to w środę i Hieronim był mu do tego absolutnie niezbędny.

Zwykle w porze wieczornych wiadomości Hieronim nie pracował, tej środy jednak został po godzinach. Pytany później: dlaczego, nie potrafił podać jakiegokolwiek wiarygodnego powodu. Oczywiście miał co robić, ale nie było to nic takiego, czego nie mógłby zrobić w czwartek, jednak jakiś wewnętrzny głos, podświadoma potrzeba nakazała mu pozostać w instytucie wieczorem. Nic ciekawego nie działo się, wszyscy współpracownicy już wyszli. Portier zajrzał upewnić się, czy wszystko w porządku, a Hieronim siedział przy swoim służbowym komputerze i powoli kończył kolejny raport z nieudanych doświadczeń powtarzanych uparcie od tygodni. Czas mijał i powoli zbliżała się pora, w której jeszcze nie tak dawno odbywało się losowanie numerów totalizatora. Oczywiście na całym świecie zaniechano już tego, skoro i tak wszyscy wiedzieli jaki będzie wynik. Zmieniono ramówkę i wydłużono przerwę na reklamy.

I wtedy właśnie na chwilę zgasło światło. Komputer wyłączył się, a po chwili rozpoczął procedurę awaryjnego wznawiania systemu. Na ekranie wyświetlały się uspokajające komunikaty złożone głównie ze słowa „czekaj” w różnych konfiguracjach. Po pięciu minut system zażądał ponownego zalogowania się i po podaniu hasła wyświetlił obraz pulpitu, którego Hieronim nie spodziewał się zgoła. Był cały czarny i widniała na nim centralnie tylko jedna ikonka z napisem: „kliknij mnie”. Hieronim powinien zastanowić się, przemyśleć kwestię bezpieczeństwa, wezwać specjalistów od ochrony danych i pod żadnym pozorem nie klikać. Niby wiedział o tym doskonale. Mówiono o takich sytuacjach na wielu szkoleniach, a jednak kliknął. Tłumaczył się potem znów głosem wewnętrznym i nieodpartą potrzebą, nazwano to jednak za mało wyrafinowaną linią obrony i uznano, że zachował się po prostu nieostrożnie, nieprofesjonalnie i wręcz karygodnie.

Jak się okazało, to jedno delikatne naciśnięcie klawisza myszki spowodowało lawinę wydarzeń, która uratowała być może ludzkość, a przynajmniej zdaniem niektórych zwróciła jej nadzieję. Kliknięcie to uruchomiło oczywiście pewien nieduży program. Zawsze tak się dzieje, choć niektórzy dopatrują się w kliknięciach poleceń dla małych ludzików budujących na ekranach wirtualne miasta, zamieniających komputer w telewizor, włączających kuchenkę, światło, czy alarm w garażu. Skąd wziął się mały program w komputerze Hieronima, nie ustalono nigdy. Oczywistym podejrzanym był sam Hieronim i jego nieostrożność, czy nawet premedytacja, ale nie udało się znaleźć najmniejszych śladów, by miał on z tym cokolwiek wspólnego. Brygady specjalistów poszukiwały fragmentów kodu w resztkach skasowanych plików, przeglądały wszystkie dyski i nośniki pamięci z jakimi Hieronim mógł mieć kiedykolwiek do czynienia – i nic. Program znikąd przypominał kod wirusa, ale nie był to klasyczny wirus. Nie miał instrukcji pozwalających mu powielać się, ani przenosić na inne maszyny, co więcej nie pobierał z zewnątrz żadnych danych. Miał za zadanie uruchomić się tylko raz, zakończyć się i zmodyfikować swą strukturę tak, by nikt nie mógł uruchomić go ponownie. Trzeba przyznać, że napisany był za znawstwem i niewidywaną często wirtuozerią. Najwięksi fachowcy świata zatrudnieni przez służby wywiadowcze wielkich mocarstw stwierdzili, że nigdy nie widzieli niczego podobnego.

Jedynym działaniem programu było wysłanie SMS-a, a właściwie wielu SMS-ów do wielu ludzi, po prawdzie do wszystkich ludzi w zasięgu, a że zasięg był globalny, po krótkim czasie wszyscy ludzie na świecie dostali SMS-y i wszystkie były jednakowe. Zawierały dwa krótkie zdania napisane za każdym razem w języku odbiorcy, czy był to rdzenny mieszkaniec wysp południowego Pacyfiku, Inuita, Holender, czy Kaszub. Pierwsze zdanie miało charakter oznajmujący:

Wiem już wszystko.

Drugie było w trybie rozkazującym i było zaproszeniem, zachętą, dobrą radą:

Grajcie dalej.

Nie było podpisu.

Oczywiście początkowo nikt nie rozumiał, o co chodzi. Znaczenie szczególnie drugiego zdania zaczęło docierać do ludzi, gdy rzucone monety raz upadały do góry orzełkiem, innym razem reszką. Niektórzy spróbowali zagrać w kości i znów, jak za dawnych czasów, raz wygrywali, raz nie. Przeprowadzono próbne losowanie totalizatora. Wypadły zupełnie przypadkowe liczby. Ludzie znów spróbowali patrzeć na siebie przyjaźnie. Za którymś kolejnym razem udawało im się. Nadzieja zaczynała wracać.

Podsumowanie

Dla Hieronima wszystko zakończyło się szczęśliwie. Jakkolwiek nie wypłacono mu podwójnie wielkiej wygranej, gdyż losowanie uznano to za nie do końca rzetelne i chyba słusznie, ale wypłacono mu całkowicie legalnie i uczciwie swoistą rekompensatę, a że była niemała, Hieronim nie protestował. Pozostała czwórka wybrańców, która doświadczyła dokładnie tego samego, co i Hieronim potraktowana została podobnie. Rekompensaty oczywiście były różne, ale nie o to chodzi.

Dla ludzkości szczęśliwe zakończenie było jedyną rekompensatą za przykre doświadczenia tych kilku tygodni. Niektórzy być może nauczyli się czegoś. Czasem była to wiedza o nich samych, czasem o innych. Ciekawostką było, że z naukowego punktu widzenia przebieg wypadków nie doprowadził do rewizji istotnych hipotez względem rzeczywistości, Wszechświata, czy nawet czegoś więcej. Pojawiło się wprawdzie sporo teorii, niektóre były dość bliskie prawdy, inne zupełnie fantastyczne. Zresztą ciągle powstają nowe. Może z czasem wyniknie z nich coś więcej. Na razie nie zanosi się.

Dla Ypstera doświadczenie to było kluczowe. Ponieważ on jeden wiedział wszystko o wszystkim, on jeden mógł wyciągnąć ze wszystkiego właściwe wnioski. I wyciągnął. Oczywiście nie da się ich sformułować w sposób zrozumiały dla bytów ograniczonych i trwających krócej niż mgnienie oka, niż myśl. Wnioski Ypstera są jego wnioskami, sformułowanymi przez niego i dla niego. Właściwie tylko dla niego.

Choć jest jednak jeden wniosek praktyczny i dostępny w skali ludzkiej. Hieronim oczywiście dalej, co środę, wypełnia kupony loterii. Kontynuując tradycyjne podejście do sprawy, zakreśla wciąż te same liczby: 2, 3, 8, 15, 19, 23, 32 i 40 i ten kupon podpisuje własnym nazwiskiem, ale wypełnia i drugi na tym wpisuje inne liczby. Nie powiem jakie, bo to tajemnica. Oddając go w kolekturze podpisuje go „Ypster”, a pole na adres pozostawia puste. Obaj nie liczą, że padnie na nie wielka wygrana.

Ale zawsze można mieć nadzieję.

Koniec

Komentarze

Cześć.

Nie zmęczyłem tekstu, bo szybciej zmęczyłem moją wolę przeczytania go.

Nie przepadam za tekstami probabilistycznymi: może jest, a może nie, może go walnął w przeponę, a może tylko kopnął w żołądek… Sam zdecyduj.

Takie “może” oznacza dla mnie NA PEWNO, że autor nie bardzo chce być odpowiedzialny za to, co tworzy (i zaraz znajdzie wyjaśnienie tej czy innej nielogiczności) oraz to, że usiłuje on stworzyć tekst zabawny.

Pierwsze jest tu dla mnie widoczne, do drugiego nie zdążyłem dotrzeć. Również nie chciałem.

Bardzo porządna interpunkcja, trudno się przyczepić (to wyjątkowa cecha tutaj). I bardzo nieładny sposób zapisywania liczebników cyframi. Sam tak robię, ale nie wówczas, gdy liczebnik należy odmienić.

Zaś kwadrat jest podobny do sześcianu tylko z dwóch punktów widzenia i pewnej ilości podobnych punktów widzenia. Zaś z większości innych punktów nie jest wcale podobny do sześcianu. Mniej precyzyjnie: zmierzam do tego, że takie podwórkowe “spłycenie” opisu sześcianu do kwadratu jest według mnie za daleko posuniętym uproszczeniem.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Hmmm. Niby tekst dobrze napisany, niby oryginalny, niby poruszasz ciekawe problemy, a nie podeszło. I nie bardzo potrafię wyjaśnić, co nie zażarło. Może to, że Hieronim, oglądany z kosmicznej perspektywy, przypomina mrówkę i trudno przejąć się jego losami? Nie wiem.

Babska logika rządzi!

Ja się postaram odpowiedzieć, czemu mnie odrzuciło i jednak nie przeczytałem do końca (przepraszam, mogę się wykręcić późną godziną?).

  1. Przedstawienie rozumowania istoty tak różnej od człowieka jest trudne. Widać to już przy opisywaniu z perspektywy maszyny, a co dopiero w przypadku bytu balującego na płaszczyznach fizyki już zupełnie odlatującej ludzkiemu pojęciu “myślenia”. Z jednej strony najpierw to opisujesz, ale już chwiluńkę potem u Ypstera krystalizuje się idea. Que? (Pewnie się powtarzam w kilku tematach, ale jednak lemowe Solaris jest dla mnie ideałem w tym aspekcie)
  1. Sposób prowadzenia narracji. Uważasz, że dobrym pomysłem jest dla narratora nazywanie własnej historii nudną, budowanie długich opisów po to tylko, żeby stwierdzić że są zupełnie niepotrzebne, i że maniera narracji polegająca na opisywaniu wielokrotnie tego samego, w prawie identyczny sposób to dobry pomysł?
  1. Z połączenia 1 i 2 powstają takie zdania jak: “A Ypster trwał już cały na skraju Wszechświata w tempie sobie właściwym, w swojej właściwej skali i było mu z tym w sumie dobrze, choć to pojęcie było mu w zasadzie obce, ale z braku lepszego niech tak zostanie.” Czy to zachęca czytelnika? Niezdecydowanie narratora/brak pomysłu narratora na opis? Nawet jeśli to jakaś koncepcja, to jednak drażniąca.
  1. Jednak sporo błędów. Zdania tasiemce (przykład: “Na tyle dobrze, że skończył szkołę w regulaminowym wieku, potem pokończył kolejne szkoły i osiągnąwszy tytuł magistra inżyniera od fizyki SMSów osiadł na posadzie młodszego pomocnika starszego naukowca bez większych perspektyw w instytucie badań nad telekomunikacją niedużej uczelni w cichym i niedużym miasteczku w odległym zakątku kraju.“). Koślawe zdania z literówkami (”Probabilistyka jakby jest matka nadziei.“). Liczebniki pisane cyframi (te pierwsze, te z totka mają sens, jak rzuciłem na końcówkę okiem). To tylko z początku, dalej może jest lepiej.

I tutaj konkluzja: jeśli szarżuje się na typ narracji z tak solidnym jajem, trzeba to robić bezbłędnie – przynajmniej na początku. Trzeba chwycić czymś czytelnika bardzo mocno, jeśli chce się jednocześnie umyślnie odstraszać.

To tak z mojej perspektywy odpowiedż na: dlaczego tekst nie podchodzi?

 

Powodzenia przy następnych tekstach.

Przykro mi, Wibigu. Próbowałam, niestety, nie udało się. Nie przebrnęłam.  

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka