- Opowiadanie: -13- - Marsjanie

Marsjanie

Witam po długiej nieobecności. Poniższy tekst jest całkowicie niepoważny, absurdalny a może nawet głupawy. Jednak lektura takich książek, jak np. “ORP Dzik” pozwala sądzić, że i takie teksty znajdują odbiorców.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Marsjanie

 

Śliczna niczym porcelanowa laleczka, mała dobra wróżka podfrunęła do mnie, trzepocząc swymi cieniutkimi skrzydełkami. Wyciągnęła srebrny dzwoneczek. Do mych uszu dobiegło cichutkie dzyń dzyń. Po chwili zmarszczyła brwi. Uśmiech stał się nieco wymuszony, a dzwoneczek zaczął pobrzękiwać natarczywiej, lecz już za moment zastąpiła go złotawa trąbka. Wróżka grała na niej głośno i kompletnie bez sensu. Trąbka nagle zniknęła. Tym razem skrzydlata istotka wyciągnęła zza pleców wielką syrenę alarmową. Splunęła w dłonie i zaczęła kręcić korbą. Rozległ się nieznośny hałas, ale na tym nie koniec! Diabli wiedzą skąd pojawiły się dwa pluszowe misie i zaczęły dusić mnie poduszką! Walczyłem desperacko o każdy łyk powietrza, szarpałem się, miotałem…

 

Obudziło mnie nieznośne bzyczenie alarmu… chociaż nie. Tak właściwie to obudziło mnie walenie kowalskiego młota wewnątrz mojej głowy. Każde uderzenie trafiało wprost we wnętrze czaszki. Zupełnie jakby młot starał się wybić dziurę w głowie, by móc zniszczyć natrętny brzęczyk. Podjąłem się heroicznej próby uniesienia obu powiek. Normalnie uniósłbym jedną, by nadmiar światła słonecznego nie wprawił w ruch kolejnych ciężkich narzędzi, które zapewne walały się w mojej głowie, lecz dźwięk alarmu nieco mnie niepokoił. Ciut bardziej niepokoiło mnie to, że chociaż już nie spałem, nadal czułem się jakby podduszony. Trochę bólu i… sukces: powieki w górze. Zorientowałem się, że leżę zagrzebany do połowy w brunatnym pyle. Wyświetlacz na nadgarstku migał czerwonym światłem. Komunikat na jego ekranie brzmiał: poziom tlenu poniżej dziesięciu procent. No to kwestia duszenia wyjaśniona. Tylko jak ja się w takie gówno wpakowałem?

 

To tak. Czesław Bizon oraz ja – Andrzej Poniedziałek – zostaliśmy wybrani na polski komponent misji załogowej na Marsa. Właściwie to miał lecieć wnuk Hermaszewskiego (jako kontynuator chlubnej tradycji dziadka) oraz syn tego piłkarza Pazdana (za zasługi ojca, co to mistrzostwo świata z reprezentacją zdobył), a nas wytypowano jako „statystów” do badań wstępnych. Minister chciał Amerykańcom pokazać, że mamy aż czterech potencjalnych astronautów. Były liczne głosy, by w kosmos posłać prezesa jednej z partii. Argumentowano, że to z pożytkiem dla kraju. Do tego dochodziły spore oszczędności, gdyż prezes był niski, więc i kombinezon można by mniejszy zrobić. No ale szefostwo nie dało się namówić. Lecieć miał Pazdan Junior i młody Hermaszewski, my zaś mieliśmy ładnie wyglądać i nie wypaść podczas testów na większych debili, niż byliśmy w oczach przełożonych. I zapewne polecieliby tamci dwaj… gdyby nie żona Czesława. Taka z niej cholera, że biedny Czesiek sprzedał działkę na Mazurach, akcje odziedziczone po babci, a nawet swojego ukochanego Poloneza w gazie, by mieć fundusze na łapówki. Desperat doszedł do wniosku, że gdzie jak gdzie, ale na Marsie to go stara nie dorwie. A że z Cześkiem nie jedną połówkę wypiliśmy, więc postanowił zabrać mnie ze sobą. Niezłą musieli mieć minę ci z ministerstwa, jak się okazało, że przeszliśmy psychotesty perfekcyjnie. I to dzień po imieninach Czesława!

 

I tak oto polecieliśmy na Marsa. Gdyby Czesław nie przemycił na pokład spirytusu, to by z tej podróży w ogóle nie było co wspominać – taka nuda. A że spirytus był… to też wspominać nie bardzo jest co, gdyż mało kto cokolwiek pamięta. No ale cóż – dolecieliśmy szczęśliwie. Pierwszy zgrzyt nastąpił w momencie, gdy dowódca wyprawy miał postawić pierwsze kroki na czerwonej planecie. Wysięgnik uzbrojony w kamerę ustawiony był wprost na drabinkę lądownika oraz miejsce, gdzie pojawić miał się pierwszy odcisk stopy ludzkiej na Marsie. Amerykanin już miał wykonać ten wielki krok dla ludzkości, gdy nagle otworzył się właz, z którego wypadł Czesław z kieliszkami w jednej, a butelką „Stolicznej” w drugiej dłoni. Zawadził przy tym stopą o próg i stracił równowagę. I tak się niefortunnie złożyło, że pierwszy odcisk ludzki na Marsie ma kształt… tyłka Czesława Bizona. Jednak to nie był koniec. Mój towarzysz zapomniał, że wszystkie rozmowy są nagrywane, a do tego przygotowano przekaz na żywo z lądowania. Wstał, otrzepał skafander z kurzu, po czym wypalił:

– Wiem, zepsułem wszystko. Myślałem, że choć symbolicznie oblejemy sukces. Ale spoko wodza. Nakręcicie sobie wszystko po powrocie w tym studiu, które nam pokazywaliście w NASA. Sami przecież mówiliście, że lądowanie na Księżycu wyszło wam jak ta lala.

 

Gdy już ocaliłem kolegę przed linczem, gwałtem, ukamienowaniem i co tam dla niego jeszcze Amerykanie wymyślili, trzeba było wziąć się za robotę. Zbieraliśmy próbki gruntu, kamyki itp. Czesiek znalazł nawet odciski muszli w skale, ale nie zabrał. Stwierdził, że w muzeach tego mają potąd, więc po co cholerstwo w plecaku taszczyć. Przecież te z Marsa wyglądają całkiem podobnie do naszych ziemskich. Ja natomiast cały czas zastanawiałem się, czy przemykające tu i ówdzie białe myszki to miejscowa fauna, czy też „biologiczne zanieczyszczenie” przywleczone z Ziemi.

 

Zostało kilka dni do końca misji. Zbieraliśmy z Czesiem próbki skał, Amerykanie robili swoje eksperymenty. Tylko ich pilot sprawdzał lądownik i przygotowywał go powoli do planowanego za kilkadziesiąt godzin startu. Dzień mijał spokojnie i leniwie. Znaleźliśmy z Czesławem nieco osłonięte przez skały miejsce, gdzie z dala od wścibskich oczu towarzyszy misji postanowiliśmy pozostawić świadectwo polskiej kultury oraz rozwoju społecznego naszego narodu. Kończyliśmy układać z kamieni gigantycznego penisa, zastanawiając się przy tym, czy go chłopaki z NASA zobaczą. Nagle dowódca misji zaczął wydzierać się, jakby w połowie roboty zorientował się, że prostytutka, która go obsługuje, ma rzeżączkę. Wrzeszczał coś o niebezpieczeństwie i ewakuacji. Po chwili usłyszeliśmy głos pilota meldującego, że skoro jego pradziadek w Wietnamie doleciał na lotnisko z samym tylko wolantem w dłoni, bo Vietcong resztę śmigłowca roztrzaskał, to on też da radę dolecieć w tych warunkach do statku czekającego na orbicie. Spojrzałem na Czesia, a on wzruszył ramionami i stwierdził nieco bełkotliwym głosem, że jak rozkaz to rozkaz. Dodał jeszcze z wyrzutem, że teraz nasz narodowo-marsjański penis będzie jak amerykański dowódca – bez jaj. Ja natomiast postanowiłem skrupulatnie przeszukać kajutę Czesława. Byłem pewny, że łobuz ma jeszcze schowane kilka litrów samogonu i nie chce się łajza jedna podzielić. Gdy wyszliśmy na otwartą przestrzeń, zobaczyliśmy amerykańskich astronautów w panice biegnących do lądownika. Dowódca misji najwyraźniej nas dostrzegł, gdyż przystanął i zaczął machać, wrzeszcząc przy tym do interkomu. Coś mnie tknęło i obróciłem się za siebie. Cały horyzont zasłonięty był przez pędzącą w naszym kierunku burzę piaskową.

– Czesiek! Spinamy pośladki i spieprzamy, bo ta wichura nam skafandry z tyłków pozrywa! – krzyknąłem i ruszyłem w stronę lądownika.

Po chwili poczuliśmy pierwsze podmuchy. Mój towarzysz stwierdził, że ostatnio taki wiatr poczuł, gdy się jego Halina przed snem grochówki obżarła. Mnie jednak nie było do śmiechu. Nie, żebym się bał! Po prostu w przeciwieństwie do Czesia, w mojej krwi poziom alkoholu spadł do niebezpiecznie niskiego poziomu, przez co ujawniła się we mnie dziwna i tajemnicza moc zwana czasem przebłyskami zdrowego rozsądku. Gdy dobiegłem do drabinki lądownika, burza szalała na dobre. Pilot krzyczał, by się pospieszyć, bo wichura zaraz przewróci tą naszą aluminiową puszkę z silnikiem.

– O kurwa! Muszę pobiec do baraku! – ryknął Czesław i ruszył w kierunku modułu mieszkalnego.

Stanąłem na pierwszym stopniu i próbowałem wykrztusić z siebie jakiekolwiek słowo. Co on do diabła robi?

– Nie wrócę do domu bez prezentu dla starej! – usłyszałem wyjaśnienie w interkomie.

– No ale po co leziesz do baraku?! Spieprzajmy stąd! Jak wylądujemy, to sobie w NASA w bezcłowym coś kupisz.

– Nie mam kasy, a ta Murzynka od mikrobiologii nosiła takie zajebiste koronkowe stringi. Pewnie zostały w środku. Dla Halinki będą jak zalazł – odrzekł Czesław, przyspieszając kroku.

Zeskoczyłem z drabinki i pobiegłem za Czesławem. Musiałem doprowadzić go do lądownika choćby siłą. Nie myślałem o niebezpieczeństwie, ryzyku, poświęceniu dla przyjaciela. W głowie kołatały mi tylko trzy myśli. Po pierwsze: skąd Czesław wie, że pani mikrobiolog nosi stringi. Po drugie: czy Czesław widział owe stringi na pani mikrobiolog. Jeśli tak, to czy ma zdjęcia lub może nawet jakiś nagrany jego przestarzałą komórką filmik? I najważniejsze: jak wielki tyłek Haliny Bizon miałby zmieścić się w rozmiar S? Potem pamiętam tylko silny podmuch oraz szybującą w moim kierunku przenośną toaletę. Potężne uderzenie i ciemność…

 

Tak więc leżałem sobie grzecznie zagrzebany w marsjańskim pyle, przeklinając męczącego mnie kaca. Nagle poczułem silne szarpnięcie za ramiona. Jeszcze się dobrze nie uwolniłem, gdy przed oczami stanął mi Czesław z rolką taśmy klejącej w dłoni. Oderwał spory kawał i obwiązał mi rękaw skafandra.

– Mówiłem, kurka wodna, że żadna, ale to ŻADNA misja nie uda się bez taśmy klejącej i silikonu – skwitował.

– Taa… i pewnie bez dwukilowego młotka? – odparłem, podnosząc się z ziemi.

– Młotki to są potrzebne Ruskim. Amerykański sprzęt pachnący jeszcze ryżem nie wytrzymałby kontaktu z porządnym dwukilowym radzieckim Niwelatorem Wszelkich Usterek. A tak przy okazji: wiesz, że jankesi nas zostawili? Samych? Na Marsie? Bez szans na ratunek! Ja tu wbiegam do kajuty tej mikrobiolog, przegrzebałem jej szafki, ale stringi widocznie miała na sobie. Myślę sobie: trzeba będzie faktycznie na bezcłowym jakąś pamiątkę z Marsa kupić. Jakąś miniaturową wieżę Eiffela albo może cygańską patelnię? Halinka lubi praktyczne prezenty. Wybiegam z baraku a tu lądownik wysoko w górze a w miejscu, gdzie cię ostatnio widziałem – kibel. Już nawet myślałem, że zabrałeś się z nimi i zostałem sam. No ale na szczęście zostałeś.

– Na czyje kur… na czyje SZCZĘŚCIE?! Czesiek! Czy ci promieniowanie mózg przypaliło? Teraz to my tu obaj zginiemy! Rozumiesz? Zginiemy!!!

– Oj tam, oj tam – Czesiek machnął ręką. – Panikujesz jak dziewica na widok setki arabskich uchodźców. Zanim zapisaliśmy się na misję, czytałem książkę o gościu, który został na Marsie. Pamiętam wszystko. Skoro on był sam i sobie poradził, to my? We dwóch? Przecież takich trzech jak nas dwóch to ani jednego nie znajdziesz! – Uśmiech mojego towarzysza był jak wycięty z reklamy pasty do zębów.

– Wiesz? Ok! Ty nas w to wpędziłeś – TY nas uratujesz! Nie mam nic do stracenia – odparłem zrezygnowany. Czesław wzruszył jedynie ramionami i wrócił do baraku.

 

Reszta dnia zeszła nam na zbieraniu ocalałego sprzętu i sporządzaniu spisu dóbr, jakie mieliśmy do dyspozycji. Musiałem wysłuchiwać też narzekania mojego wybawcy na brak wdzięczności za uratowanie rzyci… oraz życia. Gdy wieczorem usiedliśmy przy stole w sali odpraw, Czesław zapomniał już o fochu rodem z liceum. Oparł głowę na dłoni i wyskamlał:

– Mamy jedzenia na dwa, może trzy miesiące. Ziemniaków znalezionych w laboratorium nie liczę.

– No to kiepsko… – skomentowałem. – Na ratunek poczekamy o wiele dłużej. Nawet gdyby wyruszyli z Ziemi od razu…

– Czekaj! – przerwał Czesław. – Nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że została nam ostatnia butelka bimbru!!!

– ?!

– Nie rozumiesz? – Czesław doskoczył do mnie niczym ryś. Złapał mnie za ramiona i potrząsnął. – Nie dość, że umrzemy, to jeszcze o suchym pysku!!!

A więc nasz los został przesądzony – zginiemy w najokrutniejszy możliwy sposób: na trzeźwo. Świadomość tego była czymś, z czym każdy prawdziwy mężczyzna musiał zmierzyć się w odosobnieniu. Dlatego pozostawiłem płaczącego jak bóbr Czesława i udałem się do swojego pokoju. Tego wszystkiego było za dużo jak na moją trzeźwą (niestety) głowę.

 

Nazajutrz obudziły mnie dziwne hałasy dochodzące z laboratorium. Najpierw usłyszałem walenie młotkiem oraz dźwięk pilarki kątowej. Gdy zbliżałem się do pomieszczenia naukowego, kakofonię dźwięków wzbogaciła jeszcze wiertarka oraz pokaźna litania przekleństw wykrzykiwanych z pasją przez mojego towarzysza. Zdezorientowany stanąłem przed drzwiami, bojąc się wejść.

– Czesław?

Nic. Zero reakcji.

– Czesiek! Co się tam wyrabia?

Znów nic. Trzeba było zagrać ostro.

– Znalazłem w kajucie amerykańców "Playboya" z Carmen Electrą! Tylko lekko używany! Chcesz?!

Odgłosy dochodzące zza drzwi ucichły. Po chwili w wejściu pojawił się Czesław Bizon we własnej, sponiewieranej przez przymusową abstynencję osobie.

– W dupę sobie go wsadź i nie przeszkadzaj z łaski swojej, gdy próbuję nam życie ratować.

Oho, czyli ktoś już ma objawy syndromu odstawienia. Drażliwy się nam Czesiu robi. A co gorsza – jeśli faktycznie uratuje nam życie, zapewne będzie oczekiwał małego ołtarza, a może i pomnika na przylądku Canaveral.

– Sorki, nie wiedziałem… A tak w ogóle to co ty tam wyczyniasz?

Czesław wyprostował się, a na jego twarzy pojawił się taki… hmm… inteligentny grymas.

– Pamiętasz, jak mówiłem ci, że czytałem książkę o gościu, który utknął na Marsie?

– Pamiętam. Co z tego?

– A to, że on tam zmajstrował takie urządzenie do wytwarzania wody, a potem zaczął uprawiać ziemniaki, by mieć co jeść.

– I?

– I to, że my tu mamy wszystko, czego on użył!

„Poza mózgiem niezżartym przez wódę” – pomyślałem, lecz nie podzieliłem się z Czesiem swym spostrzeżeniem.

– A najlepsze jest to, że on się tam wysadził w powietrze!

– Że jak?!

– Bez nerwów – uspokajał mnie Czesław. – Opisał, jaki błąd popełnił. Ja go nie powtórzę.

– Nie wątpię – odparłem. – Jesteś bardziej kreatywny. Zamiast powielać błąd bohatera książki, popełnisz jakiś własny.

Koniec rozmowy. Foch. Trzaśnięcie drzwiami. Tyle Czesława tego dnia widziałem. Muszę koniecznie znaleźć choć trochę jakiegokolwiek płynu zawierającego alkohol, bo jak tak dalej pójdzie, to Czechu zacznie mi tu biegać w asymetrycznej fryzurze i czarnym makijażu, będzie ciął się po kątach i może nawet zacznie rurki nosić. Katastrofa.

 

Następnych kilka dni minęło według utartego schematu: Czesiek wstawał, jadł coś w pośpiechu i pędził do prac przy swym projekcie, ja zaś postawiłem sobie za cel uruchomienie pozostawionego na pastwę losu łazika. Wprawdzie na mechanice średnio się znałem, lecz chodziło o zabicie czasu. Poza tym też chciałem zrobić coś pożytecznego. A rozum podpowiadał, że lepszy sprawny łazik, niż niesprawny.

 

W końcu nastał dzień, w którym bardzo wiele się zmieniło. Baardzo wiele. I to nie tylko dla nas – dwóch biednych żuczków pozostawionych na pewną śmierć na obcej planecie, lecz dla ludzkości ogółem. To był dzień ważniejszy dla homo sapiens niż ten, w którym pan Henryk Maliniak z Bronowic (niech błogosławiona będzie ziemia, po której stąpał) jako pierwszy sporządził wódkę na bazie rozpuszczalnika do farb. Jednak nie wybiegajmy do przodu. Po kolei.

 

Dzień zaczął się niby rutynowo – od posiłku. Tyle że Czesiek nie mógł usiedzieć na krześle. Jakby owsiki miał. Zjadł w pośpiechu swoją porcję i pognał do laboratorium. Ja zaś spokojnie dokończyłem śniadanie, ubrałem skafander i wyszedłem na zewnątrz, by pogrzebać przy łaziku. Minęła może godzina, gdy uznałem, że warto sprawdzić efekty mojej kilkudniowej pracy. Usiadłem za kierownicą i wcisnąłem włącznik. Jakie było moje zdziwienie, gdy kontrolki zaświeciły się zielonym, wesołym światłem. Zwolniłem hamulec i ruszyłem. Najpierw jechałem powoli i ostrożnie, obserwując wskazania instrumentów. Odruchowo spoglądałem też za siebie, wypatrując śladów po wycieku płynów. Gdy zaliczyłem pierwsze okrążenie wokół bazy, uznałem, że czas na poważny test. Docisnąłem pedał gazu. Łazik ruszył całkiem ochoczo, a ja poczułem się jak w filmie „Szybcy i Wściekli XI: Mars atakuje”. Kłęby kurzu za mną, kamienie wystrzeliwujące spod kół na lewo i prawo. I tylko prędkościomierz złośliwie wskazywał niecałe czterdzieści kilometrów na godzinę. A niech tam – i tak byłem najszybszym kierowcą na czerwonej planecie.

 

Prawdziwy przełom był jednak dopiero przede mną. Otóż ledwo wróciłem do bazy, gdy natknąłem się na Czesława. Dumny był z siebie niczym paw. Skinął na mnie, zupełnie jak władca na chłopa pańszczyźnianego. Nakazał, abym poszedł za nim. Po chwili stanęliśmy przed laboratorium.

– Działa – rzekł z namaszczeniem.

– Ale co?

– Wszystko! – odparł tonem urażonego stwórcy wszechświata i okolic.

– Możesz jaśniej?

– O rany, z kim ja muszę pracować… Wytwarzamy wodę, mamy mały skrawek żyznej gleby, o której pochodzeniu nie chcesz wiedzieć, a połowa naszych kartofelków puszcza pędy.

Jak to mówią, „diabeł tkwi w szczegółach”, dlatego powstrzymałem się od wybuchu radości.

– Połowa kartofelków?

Na twarzy Czesława zagościł uśmiech podobny do tego, jaki widuje się u arabskich pasterzy na widok zagubionej kozy.

– Wejdź, to ci pokażę. Taki mój projekt robiony „na boku”. Poprawi jakość naszego życia, zaspokoi podstawowe potrzeby, pozwoli przebadać przy okazji…

– Bimbrownia? – stanąłem w progu. – Zrobiłeś w laboratorium bimbrownię?

– Popatrz na to tak. – Czesław ani trochę się nie zraził. – Nie odwodnimy się, kalorii tyle samo albo i więcej, morale strzeli nam w górę…

W jego dłoni znikąd pojawił się słoik po ogórkach wypełniony do połowy brunatnym płynem. Wypiłem go, przyrzekając sobie w duchu, że nigdy nie spytam o pozostałe składniki użyte do spreparowania tego świństwa. No ale jak to mówią: jak się nie ma, co się lubi, to się pije, co się ma. Poza tym na zewnątrz znów rozpętała się piaskowa burza, więc zawsze można było wytłumaczyć się marsjańską „barową” pogodą.

Oczywiście po pierwszym słoiku był drugi, a potem trzeci. Dopiero wieczorem na moment odzyskałem przytomność utraconą w trakcie heroicznego i karkołomnego marszu z laboratorium do swego pokoju. Oparłem się o ścianę. Głowa przykleiła się do małego okienka. Na tle pasma górskiego tonącego w promieniach zachodzącego słońca ujrzałem w oddali wielką, lśniącą metalicznie… kobiecą pierś. Przyglądałem jej się przez chwilę, po czym przeszedłem z pozycji stojącej w leżącą z pominięciem wszelkich faz przejściowych. Nie to, żeby widok solidnego kobiecego cyca robił na mnie wrażenie. W końcu nie takie się w życiu widziało. Po prostu komórki mózgowe zostały zalane kolejną falą „Marsjańskiego Tarmosiciela”, jak swój trunek nazwał Czesław.

 

Nazajutrz z trudem stanąłem na nogach. Głowa mi pękała, światło raziło w oczy, mięśnie odmawiały współpracy. Gdy Czesław zaproponował mi małego klina – zwymiotowałem. Ten jego bimber to nie żaden tarmosiciel – to prawdziwy Conan Dewastator. Dopiero po południu zacząłem jako tako funkcjonować. I wtedy przypomniała mi się ta śmieszna halucynacja z poprzedniego wieczora. Poszedłem do korytarza, spojrzałem przez to samo okienko.

– O kurwa! On tam nadal jest! – wymamrotałem, po czym ryknąłem z całych sił: Czesław! Co ty za gówno pędzisz! Nadal mam haluny!

– Nie możliwe! – krzyknął nadbiegający Czesio. – Przecież to naturalny produkt. Zero konserwantów, barwników. Nie ma szans, byś się zatruł. Bakterie też odpadają – chlor by je wybił…

– Taaak?? – Chwyciłem go za koszulkę, a twarz przycisnąłem do szyby. – Jak tak, to patrz i powiedz, co widzisz na tle tych gór przed nami.

Czesław zamarł, a po twarzy popłynęły mu łzy.

– Ja… ja… jaki on piękny – wyjąkał.

No tak. Syndrom pułkownika Kwiatkowskiego. To jednak znaczy, że ten jego bimber nie dokonał trwałego spustoszenia jedynie w moim mózgu. On też widział kobiecą pierś. Choć jeden plus. Tylko co my teraz z tym cyc… fantem zrobimy?

 

Wieczorem urządziliśmy sobie małą naradę w stołówce.

– Co o tym sądzisz?

Czesław podrapał się po głowie.

– Wiesz… tak po głębszym namyśle to nic specjalnego. Trochę duży, poza tym zbyt kształtny, by był naturalny. Do tego ten metaliczny połysk. Ja bym wolał nawet nieco obwisły, ale jednak bez implantów.

– Czechu! Nie rozbrajaj mnie! – ryknąłem zdenerwowany. Nie byłem pewny, czy mój kolega tylko się zgrywa, czy faktycznie do reszty zgłupiał. Mnie w każdym razie nie było do śmiechu.

– No dobra, dobra. Wiem, o co ci chodzi i powiem tak: prawie na pewno i tak tu zginiemy, więc co nam szkodzi pojechać tam jutro i sprawdzić, z czym mamy do czynienia?

– A masz jakieś pomysły, co to jest?

– Stawiam na skutek uboczny naszej popijawy. Wiesz – najpierw taki post, a potem od razu na głęboką wodę. A jeśli to nie przez wóde, to nie wiem. Równie dobrze może to być ufo, jak i złudzenie optyczne. Na razie nie ma co gdybać. Walnijmy po maluchu i idźmy spać. Jutro się zobaczy.

– Dzięki, dziś nie piję. Po kolejnym kielichu mógłbym wypatrzyć jutro jakąś sterczącą z ziemi fujarę, czy coś. Wolę nie ryzykować. Dobrej nocy – odarłem.

Czesław wypił słoiczek swojego „Marsjańskiego Tarmosiciela”, po czym szybko napełnił ponownie słoik i równie szybko go opróżnił.

– Co to było? Miało być po maluchu – skarciłem go.

– Jutro jest ważny dzień. Walnąłem na drugą nóżkę, by nie kuleć podczas misji – uśmiechnął się.

 

Następnego dnia przed południem łazik gnał przez bezdroża Marsa, zaś my nabraliśmy pewności, iż rosnąca z każdą chwilą metaliczna kobieca pierś nie jest żadnym złudzeniem. Po godzinie dotarliśmy na miejsce. Pozostawiliśmy łazika w bezpiecznej odległości i ruszyliśmy ku podstawie piersi.

– Skąd to się u diabła wzięło? – głośno rozmyślał Czesław.

– Pewnie było tu cały czas pokryte warstwą pyłu i ziemi. Burza piaskowa musiała ją odsłonić – odparłem, choć w to wyjaśnienie nawet sam niespecjalnie wierzyłem. Bo niby czemu burza miała odsłonić to… coś akurat teraz, a nie na przykład sto czy tysiąc lat wcześniej lub później?

– No tak. Ale czyja to sprawka?

– A tego to Ci nie powiem. Pradawna cywilizacja? Obcy z głupim poczuciem humoru? Tajny projekt agentów Korei Północnej? Możemy tak gdybać do wieczora – odparłem.

– Ja bym jeszcze dodał spisek feministek – dodał Czesław.

Postanowiliśmy obejść obiekt dookoła. Liczyliśmy, że znajdziemy jakąś podpowiedź, jeśli chodzi o pochodzenie i zastosowanie budowli – jeśli można to było budowlą nazwać. Niestety nic nie znaleźliśmy. Doszliśmy tylko do wniosku, że ludzkość nie dysponuje narzędziami pozwalającymi na budowę czegoś o tak obsesyjnie wręcz gładkich ścianach. I tak stanęliśmy w miejscu, w którym zaczęliśmy oględziny. Patrzeliśmy na siebie poprzez wizjery skafandrów i nie wiedzieliśmy, co począć.

Nagle gładka powierzchnia ściany rozstąpiła się. Z powstałej dziury wielkości może trzydzieści na trzydzieści centymetrów wysunęło się metaliczne ramię, czy też wysięgnik zakończony tacą. Zgłupiałem doszczętnie. Czesław natomiast w pierwszej chwili zmarszczył brwi, a potem zrobił minę niczym Newton w momencie, jak oberwał jabłkiem. Brakowało tylko klasycznego w takich chwilach okrzyku: eureka! Odpiął boczną kieszeń skafandra i wyciągnął z niej piersiówkę, którą postawił na tacy. Ta natychmiast wsunęła się, a otwór zniknął.

– Po pierwsze: kultura osobista, panie kolego – odpowiedział Czesław na niezadane przeze mnie pytanie. – Zielone ludki cenią najwidoczniej kulturę osobistą, a przecież w złym tonie jest przychodzić w gości z pustymi rękoma.

– A czekoladek przypadkiem w drugiej kieszeni nie miałeś? Jeśli to samice albo abstynenci?

– Abstynenci niczego w życiu nie osiągną. Za mało fantazji. Jeśli idzie o kobiety, czy też samice w ogóle… cóż. Szczytem ich możliwości jest wyprawa samochodem do galerii handlowej, o ile po drodze nie ma oczywiście ronda. Bo w takim wypadku mąż, czy też partner podróżniczki szybko odbierze wiadomość o treści: „Houston, mamy problem”.

– Że ty doktoratu z psychologii nie robiłeś – skomentowałem wywody Czesława. Jego żelazna logika rozkładała mnie na łopatki niczym Małysz Najmana.

Jednak po dłuższej chwili jakby zza ściany zaczęły dochodzić dziwne dźwięki.

– Czechu, powiem krótko: jak tu zginiemy, to ci jaja urwę – zagroziłem.

Na gładkiej powierzchni ściany znów pojawiła się rysa, która po chwili zamieniła się w wysokie na trzy, może cztery metry wejście, z którego biło jasne światło. Nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, Czesław wszedł do środka. Cóż było robić. Poszedłem za nim.

Brnęliśmy dłuższą chwilę przed siebie, zalani białym światłem. Nie widzieliśmy nic. Oślepiał nas wszechobecny blask.

– Nie zdziwię się, jeśli zaraz zobaczymy złotą bramę i starca w białej todze – wyszeptałem.

– A ja się nie zdziwię, jak zaraz nam tu wyskoczy pospieszny do Katowic – odszepnął Czesław.

Przeszliśmy jeszcze kilka metrów, gdy nagle nieco się ściemniło. Okazało się, że stoimy na środku obszernej sali o kształcie kopuły. Jej ściany były gładkie i lśniły metalicznie tak jak zewnętrzna powierzchnia tworu. Przed nami stała zaś kobieta w błękitnej, powłóczystej szacie. No, kobieta to może nie całkiem dobre słowo. To było coś jak połączenie Kate Beckinsale z… ośmiornicą. Dla wyjaśnienia: cholernie zgrabne, cholernie seksowne. Tylko z mackami zamiast włosów na głowie. No i fioletowe. Jednak nie ma co uprzedzać się za zapas. Za szczeniaka widywało się gorsze na dyskotece w remizie.

– Zdejmijcie hełmy, nic wam tu nie grozi – usłyszeliśmy głos, który wydobywał się jakby z wszystkich kierunków naraz. – Nie uczynię wam krzywdy. Nie po to czekałam na was tyle tysięcy lat.

No to robi się ciekawie. Miss Drogi Mlecznej czekała kilka tysięcy lat na Czesława Bizona. Dobre sobie. No, chyba że w całym wszechświecie rozmiar ma znaczenie. Tylko, bądźmy brutalnie szczerzy, kompletnie nie wiem, co ja tu w takim razie robię. Tak czy inaczej – zdjąłem hełm, a Czesław poszedł za moim przykładem.

– Co się tu dzieje? Kim jesteś? – zapytałem niepewnie.

– Trzeba z tobą chodzić, czy tak bez ceregieli? – dorzucił ku memu przerażeniu Czesław.

Kobieta roześmiała się.

– Czekałam na was. A konkretnie na przedstawicieli gatunku homo sapiens pochodzących z centralnej części kontynentu, który nazywacie Europą. Swoją drogą – parsknęła śmiechem – w naszym języku podobnie brzmiące słowo oznacza wychodek albo ściek.

– Ale dlaczego akurat ludzie z centralnej Europy? – postanowiłem drążyć temat, pomijając wątek lingwistyczny.

– Naszej rasie grozi wymarcie. Nieznana choroba doprowadziła do wymarcia samców naszego gatunku. – Kobieta spoważniała.

– Ta choroba nazywa się feminizm – bąknął pod nosem Czesław. Obca kontynuowała.

– Na nasze szczęście wtedy już nasza rasa dość dobrze poznała waszych praprzodków chowających się w jaskiniach. Nawet pomogliśmy nieco w waszej ewolucji. Gdy zabrakło samców, wysłano mnie z misją, nazwijmy to, zwiadowczą. Miałam przeprowadzić badania mające na celu określenie możliwości krzyżowania naszych ras.

– Trochę cię ubiegnę – przerwałem. – Chcecie użyć naszych mężczyzn jako reproduktorów?

– W zasadzie tak – przytaknęła obca, a Czesław ukradkiem przybił mi piątkę. – Jednak w toku badań nad waszym genomem okazało się, że najlepszymi kandydatami będą mieszkańcy właśnie tego konkretnego fragmentu globu, z którego pochodzicie. Oczywiście po uzyskaniu przez wasz gatunek minimalnego wymaganego stopnia rozwoju. No ale skoro dotarliście aż tu, warunek rozwoju został spełniony. Macie dość inteligencji, by podróżować w przestrzeni kosmicznej.

– A co ze zgodnością genetyczną? Z jak to nazwać, techniką rozmnażania?

– Oczywiście na miejscu samce waszego gatunku przejdą kurację dostosowującą wasze organizmy do naszych. Jeśli chodzi o, jak to określiłeś, technikę rozmnażania – tutaj nie występują żadne różnice.

– Czyli dobrze, że spakowałem futrzane kajdanki i pejcz – szepnął Czesław.

– Że co spakowałeś? – spytałem zaskoczony, a obca skarciła mnie wzrokiem. Spoważniałem.

– No dobrze. A skąd wiesz, że pochodzimy z centralnej Europy? – spytałem zaciekawiony.

– Przeszliście pomyślnie weryfikację przy wejściu.

– Weryfikację?

– Chodzi o wasz podarek. Alkohol. Skłonność do jego spożywania oraz uwarunkowania kulturowe sprowadzające się do gościnności i zasad z nią związanych również były zapisane w genomie waszych przodków.

– A widzisz? Kulturalny człowiek zawsze przychodzi w gości z prezentem dla gospodarza – uśmiechnął się Czesław.

Skarciłem Czesia wzrokiem. Sprawa robiła się naprawdę poważna. Nie był to dobry moment na błaznowanie. Zrozumiał i cofnął się o pół kroku, ja zaś wróciłem do rozmowy z obcą.

– Powiedziałaś, że minęło sporo czasu, odkąd tu jesteś. Skąd wiesz, co zastaniemy po powrocie? Jesteście tak długowieczne? Jeśli nie, to raczej nieco się spóźnimy.

– Wybraliśmy kilka tysięcy samic, które pozostały na planecie zahibernowane w specjalnie do tego przygotowanych schronach. Czekają tam na mój powrót.

– Kilka tysięcy? Z całej planety? A co z resztą? – Nagle naszły mnie złe przeczucia.

– Cóż. Reszta musiała się poświęcić – skwitowała moja rozmówczyni bez cienia emocji.

– A jakie było kryterium wyboru?

– Stan zdrowia, inteligencja, posiadane umiejętności, wiek, zdolności rozrodcze oraz wygląd – wymieniła jednym tchem.

– Wygląd?

– Wytypowałyśmy jednostki jak najbardziej zbliżone do przewidywanych gustów waszego gatunku. Miał to być czynnik ułatwiający waszym samcom wywiązanie się z narzuconej roli. – W tym momencie obca zamyśliła się na moment. – Źle się wyraziłam. Niczego wam nie narzucam. Możecie udać się ze mną lub odmówić. Jeśli się zgodzicie – musicie wiedzieć, że jest to podróż w jedną stronę. Bez powrotu. Jeśli odmówicie – pomogę wam wrócić do domu, jednak zapomnicie o pobycie na tej planecie. Wymażę to z waszej pamięci.

– A gdzie haczyk? – zapytał przytomnie Czesław.

– Haczyk? Ach, rozumiem. – Kobieta roześmiała się. – Nie pojęłam jeszcze w pełni niuansów waszego języka. Otóż haczyk jest taki, że decyzję musicie podjąć tu i teraz.

Zapadła cisza. Spojrzeliśmy na siebie, potem na obcą, a na końcu na czubki własnych butów. Każdy z nas robił szybką listę za i przeciw. Pierwszy zabrałem głos, gdyż kątem oka widziałem, że Czesław toczy jakąś straszną wewnętrzną walkę. Postanowiłem zyskać dla niego jeszcze kilka chwil.

– Zgadzam się – słowa z trudem przeciskały się przez moje gardło.

– Jesteś pewny? – zapytała kobieta.

– Tak. Na Ziemi czeka na mnie chyba tylko komornik. Żony nie mam, dzieci też nie. Nawet psa czy kota. Jeśli pomogę tobie i twojej rasie, moje życie będzie miało jakikolwiek sens. – Wypowiedziałem te słowa nadspodziewanie poważnie. I – uwierzycie, czy nie – nie myślałem wtedy o żadnych międzygalaktycznych orgiach. Pewnie nie uwierzyliście… I dobrze.

– Rozumiem i dziękuję – kobieta odrzekła niemal z namaszczeniem. – A twoja decyzja? – przeniosła wzrok na Czesława, a po jego twarzy spłynęły łzy.

– N.. nie… no kurwa nie mogę – wyjęczał. – Nie mogę zostawić Haliny. Tyle lat razem. Ja nie mogę, nie potrafię tego zrobić. Ja… ja chcę wrócić do żony!

Oniemiałem, osłupiałem, a na koniec och… znaczy się, bardzo się zdziwiłem. Nie takiego obrotu spraw się spodziewałem. Byłem pewien, że Czesław zabije mnie, jeśli taki warunek postawi obca. Ona natomiast spoglądała spokojnie na mego towarzysza, a przy okazji największego idiotę w znanym wszechświecie.

– Szanuję twoją decyzję.

Skinęła dłonią, a Czesław rozpłynął się w powietrzu.

– Co mu zrobiłaś? – ryknąłem i doskoczyłem do kosmitki. Ta jednak wskazała na wielki ekran, który pojawił się na ścianie za moimi plecami.

– Odesłałam go do domu, jak obiecałam. No może nie do końca. Aktywność tutejszej gwiazdy wywołała zakłócenia. Twój towarzysz wylądował nie do końca tam, gdzie planowałam.

Spojrzałem na ekran i oczom własnym nie wierzyłem: duża łazienka z rzędem pryszniców, pod którymi stało kilkanaście nagich kobiet w różnym wieku. Po przeciwnej stronie długa ławeczka, na ławeczce odzyskujący przytomność Czesław. Zaś w kącie pomieszczenia wieszak, a na nim… habity!

– Mam nadzieję, że twój towarzysz wybaczy mi błąd przy teleportacji?

– Myślę, że wybaczy – roześmiałem się głośno.

– Czy skoro upewniłeś się co do losów przyjaciela, możemy ruszyć w drogę? Czeka nas długi lot.

Pomyślmy: czy jestem gotowy na lot ku planecie, na której czeka na mnie kilka tysięcy międzygalaktycznych seks-bogiń? Czy podołam roli jedynego faceta na całym globie? Czy obejdzie się bez wiagry? I cóż znaczy czternaście centymetrów w skali wszechświata? Nie wiem, ale chcę się przekonać! Więc czy jestem gotów? Odpowiedź brzmi: jasne!

Koniec

Komentarze

Jakoś do mnie nie trafił humor, przeskanowałam opowiadanie. Panowie na Marsie plus bimber z ziemniaczków to nie moja bajka.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wybacz -13-, ale rodzaj zaprezentowanego humoru osłabił mnie. Zniosłam spirytus zabrany w podróż, zniosłam układanie kutasa z kamieni, jednak grochówkowych wiatrów już nie zniosłam, a stringi wydały mi się żartem absolutnie poniżej pasa…

Dodam tylko, że tekst jest napisany fatalnie, jednak nie sugeruję żadnych poprawek, bo domyślam się, że taki to już urok szczególnego bohatera-narratora, że inaczej nie potrafi.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W zasadzie takich opinii się podświadomie spodziewałem. Nie dlatego, że opowiadanie uważam za nieudane – jest takie, jakie miało być. Chodzi raczej o odbiorców. By nie było niedomówień: myślę, że historie Jakuba Wędrowycza pióra Pilipiuka , “ORP Dzik” Domagalskiego, czy też przygody Debrena z Dumajki również nie cieszyły by się uznaniem na tym forum. Oczywiście daleko mi do Baniewicza czy Domagalskiego – to oczywiste. Jednak wśród wielu osób to właśnie Pilipiuk jest bardziej znany od np Asimova. Trochę jak z disco polo – niby obciach, a jak przyjdzie co do czego to każdy zna. 

Z drugiej strony wśród pojawiających się tu opowiadań co raz mniej jest sci-fi w stylu space opery, klasyczne fantasy już chyba wije się w przedśmiertnych konwulsjach, im dziwniej i oryginalniej – tym lepiej. Poklask zyskują często teksty nietypowe, trudniejsze w odbiorze. Trochę jak w rzeźbiarstwie, gdzie klasyczne posągi wyparła sztuka nowoczesna.

Tyle, że do muzeów chodzą już jedynie koneserzy, a disco polo przeżywa renesans…

 

Oczywiście nie mam zamiaru się bronić. Nie trafiłem w grupę odbiorczą – trudno. Wrzuciłem ten tekst też na kilka innych forów i tam odbierany jest raczej na luzie i z poczuciem humoru. A tu – cóż – wlazłem do muzeum sztuki nowoczesnej z krasnalem ogrodowym pod pachą… i tyle.

 

-13-, na razie masz tylko dwa komentarze. Poczekaj na inne. ;-)

 

A co do disco polo, to wiem, że jest, ale nie znam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Humor może być. Nie jest najwyższych lotów, ale ujdzie. Absurdzik podbity “u cioci na imieninach”.

Nie zgodzę się, że Pilipiuk jest bardziej znany niż Asimov. No, po prostu nie. I przygody Jakuba Wędrowycza chyba jednak są ciekawsze, w sensie bardziej rozbudowane w elementy inne niż “popić i podupczyć”.

ubrałem skafander

A w co? Psiakrew, -13-, ile dzionków jesteś już na portalu, że tak starannie rozwałkowane błędy popełniasz?

Nie możliwe => niemożliwe

Jeszcze gdzieś tam miałeś coś podobnego.

Babska logika rządzi!

Finkla – a co data rejestracji ma z faktycznym czasem spędzonym na pisaniu czy przebywaniu na forum? Tak się składa,że miałem przymusową długą przerwę. A co do Asimova i Pilipiuka – zaryzykowałbym o to sporą sumkę.

Liczba okazji do poczytania o ubieraniu ubrań ogromna. A powinno wystarczyć jedno czytanie i znajomość znaczenia słowa. Przerwy nie mają znaczenia. Zresztą, pytałam o czas pobytu, nie o czas od rejestracji.

Wydaje mi się, że prawa robotyki są znane nawet poza fantastyką.

Babska logika rządzi!

Nawiązania i inspiracje widoczne gołym okiem. Kilka razy się uśmiechnęłam, ale bez jakiegoś wielkiego szału. Da się przeczytać. 

Niektóre z opowieści ORP Dzik bawiły mnie do łez, ale ich poziom jest różny, Debrena z Domeyki wspominam ciepło, a Pilipiuka generalnie nie trawię, więc Wędrowycza znam jedynie z cudzych opowieści. Jakie takie porównanie więc mam. Moim zdaniem o ile rzeczywiście na Dziku różne rzeczy się działy i można w jakimś stopniu uznać, że i Twój humor i absurd jest porównywalny, to Debren to już jednak inny poziom, z tego co pamiętam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka